Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 371 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko ta noc - Julia Quinn

Daniel Smythe-Smith, hrabia Winstead, przez trzy lata ukrywał się w Europie przed ścigającymi go zabójcami. Teraz powraca do domu. Jest przekonany, że nic mu już nie grozi.

Nie wie, jak bardzo się myli…

 

Na rodzinnym wieczorku muzycznym jego wzrok przykuwa piękna pianistka. A jego zachwytu nie studzi nawet odkrycie, że Anna Wynter jest… guwernantką.

Anna nie może wyjawić nikomu swego prawdziwego nazwiska. Nawet Danielowi, pierwszemu od lat mężczyźnie, który budzi drżenie jej serca.Jest przekonana, że bezpieczeństwo zapewnia jej tylko przybrana tożsamość.

 

Nie wie, jak bardzo się myli…

Opinie o ebooku Tylko ta noc - Julia Quinn

Fragment ebooka Tylko ta noc - Julia Quinn

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

A Night Like This

Copyright © 2012 by Julie Cotler Pottinger

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4928-5

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Janie, najsilniejszej osobie, jaką znam.

A także Paulowi, chociaż nadal nie rozumiem, po co ktoś mógłby potrzebować aż siedmiu śpiworów.

Prolog

Winstead, ty przeklęty oszuście!

Daniel Smythe-Smith zamrugał zaskoczony. Był nieco wstawiony, ale wydawało mu się, że ktoś właśnie zarzucił mu oszukiwanie przy grze w karty. Musiała minąć chwila, nim nabrał co do tego pewności; był hrabią Winstead zaledwie do roku i czasami jeszcze zapominał zareagować, kiedy ktoś zwrócił się do niego tym tytułem.

Ale nie, to on jest Winsteadem, a właściwie Winstead jest nim i…

Drgnął, a głowa zachwiała mu się nieco. O czym właściwie myślał?

Ach tak.

– Nie – powiedział powoli, wciąż nieco zdziwiony. Uniósł rękę w geście protestu, bo był prawie pewien, że nie oszukiwał. Prawdę mówiąc, po ostatniej butelce wina to chyba jedyna rzecz, jakiej mógł być pewny. Ale nie udało mu się powiedzieć nic więcej. Właściwie ledwie zdążył odskoczyć na bok, kiedy stolik przewrócił się na niego.

Stolik? Do diabła, czyżby był aż tak pijany?

Oczywiście, teraz stolik leżał na boku, karty rozsypały się po podłodze, a Hugh Prentice wrzeszczał na niego jak szaleniec.

Hugh też musi być pijany.

– Nie oszukiwałem – powiedział Daniel. Uniósł brwi i zamrugał, jakby ten sowi gest mógł go uwolnić od mgiełki upojenia, która przesłaniała… no cóż, przesłaniała wszystko. Spojrzał na Marcusa Holroyda, swojego najbliższego przyjaciela, i wzruszył ramionami.

– Ja nie oszukuję.

Wszyscy wiedzą, że on nie oszukuje.

Lecz Hugh najwyraźniej stracił rozum i Daniel mógł tylko patrzeć, jak miota się, wymachując rękoma i krzycząc. Przypomina szympansa, pomyślał z zainteresowaniem Daniel. Tyle że bez futra.

– O czym ty mówisz? – spytał, nie zwracając się do nikogo konkretnego.

– W żaden sposób nie mogłeś mieć tego asa – wściekał się Hugh. Rzucił się ku niemu, wyciągając chwiejnie rękę w oskarżycielskim geście. – Ten as powinien być… powinien… – Machnął ręką w okolicy miejsca, gdzie wcześniej stał stolik. – W każdym razie nie powinieneś go mieć – mruknął.

– Ale miałem – powiedział Daniel. Nie ze złością, nawet nie tłumacząc się. Po prostu spokojnie i rzeczowo, wzruszając ramionami dla podkreślenia, że nie ma o czym dalej rozmawiać.

– Nie mogłeś – rzucił Hugh. – Znam każdą kartę w tej talii.

To była prawda. Hugh zawsze znał każdą kartę w talii. Jego umysł był pod tym względem zupełnie niesamowity. Umiał też wykonywać w pamięci obliczenia. I to takie skomplikowane, na trzycyfrowych liczbach, z przenoszeniem, pożyczaniem i całym tym paskudztwem, które musieli bez końca ćwiczyć w szkole.

Patrząc z perspektywy czasu, Daniel prawdopodobnie nie powinien był siadać z nim do gry. Ale szukał jakiejś rozrywki i – szczerze mówiąc – spodziewał się, że przegra.

Nikt nigdy nie wygrał w karty z Hugh Prentice’em.

Najwyraźniej oprócz Daniela.

– To nadzwyczajne – mruknął, patrząc na karty. Wprawdzie teraz leżały rozrzucone na podłodze, ale dokładnie wiedział, jakie mu się trafiły. Był tak samo zaskoczony jak wszyscy inni, kiedy wyłożył je na stolik.

– Wygrałem – oznajmił, chociaż miał wrażenie, że już wcześniej to powiedział. Spojrzał na Marcusa. – Podoba mi się.

– Czy ty go w ogóle słuchałeś? – syknął Marcus. Klasnął w dłonie przed twarzą Daniela. – Obudź się!

Daniel posłał mu potępiające spojrzenie i zmarszczył nos, słysząc dzwonienie w uszach. Doprawdy, to było niepotrzebne.

– Nie śpię – odparł.

– Żądam satysfakcji – warknął Hugh.

Daniel spojrzał na niego zaskoczony.

– Co takiego?

– Wskaż swoich sekundantów.

– Wyzywasz mnie na pojedynek?

Wszystko na to właśnie wskazywało. Ale z drugiej strony, był pijany. I przypuszczał, że Prentice także.

– Danielu – jęknął Marcus.

Daniel odwrócił się do niego.

– On chyba wyzywa mnie na pojedynek.

– Danielu, zamilcz.

– Pfff. – Daniel machnął lekceważąco ręką. Kochał go jak brata, ale Marcus bywał czasami taki drętwy.

– Hugh – zwrócił się do stojącego przed nim wściekłego mężczyzny. – Nie bądź osłem.

Hugh rzucił się na niego.

Daniel uskoczył na bok, lecz nie był wystarczająco szybki i obaj przewrócili się z hukiem na podłogę. Daniel miał dobre dziesięć funtów przewagi nad Hugh, ale Hugh był wściekły, a Daniel tylko zamroczony i Hugh zdążył zadać mu co najmniej cztery ciosy, zanim Danielowi udało się wymierzyć pierwszy.

A nawet ten nie osiągnął celu, gdyż Marcus i kilka innych osób wskoczyło między nich i ich rozdzieliło.

– Jesteś cholernym oszustem – wychrypiał Hugh, wyszarpując się z uścisku dwóch trzymających go mężczyzn.

– Jesteś idiotą.

Twarz Hugh pociemniała.

– Żądam satysfakcji.

– O nie – warknął Daniel. W którymś momencie, prawdopodobnie wtedy, gdy pięść Hugh trafiła w jego szczękę, jego dezorientacja ustąpiła miejsca wściekłości. – To ja żądam satysfakcji.

Marcus jęknął.

– Zielona Polana? – spytał chłodno Hugh, mając na myśli ustronne miejsce w Hyde Parku, gdzie dżentelmeni zwykli rozwiązywać swoje konflikty.

Daniel spojrzał mu prosto w oczy.

– O świcie.

Zapadła chwila ciszy, kiedy wszyscy czekali, aż któryś z nich odzyska rozsądek.

Ale żaden nie odzyskał. Oczywiście, że nie.

Kącik ust Hugh uniósł się lekko w górę.

– A więc niech będzie.

– Och, do diabła – jęknął Daniel. – Głowa mi pęka.

– Doprawdy? – spytał kąśliwie Marcus. – Zupełnie nie wiem dlaczego.

Daniel przełknął ślinę i potarł zdrowe oko. To, którego Hugh nie podbił mu poprzedniej nocy.

– Sarkazm ci nie pasuje.

Marcus go zignorował.

– Wciąż jeszcze możesz to powstrzymać.

Daniel rozejrzał się dookoła, powiódł wzrokiem po drzewach otaczających polanę, po zielonej połaci trawy rozciągającej się przed nim, aż do Hugh Prentice’a i mężczyzny, który stał obok niego, oglądając broń. Słońce wzeszło zaledwie dziesięć minut temu i poranna rosa wciąż skrzyła się na wszystkich powierzchniach.

– Trochę na to za późno, nie sądzisz?

– Danielu, to idiotyzm. Po co ci to strzelanie? Prawdopodobnie wciąż jeszcze jesteś oszołomiony po zeszłej nocy. – Marcus spojrzał z niepokojem na Hugh. – I on także.

– Nazwał mnie oszustem.

– Nie warto za to umierać.

Daniel wzniósł oczy do nieba.

– Och, na miłość boską, Marcus! Przecież on nie będzie naprawdę do mnie strzelał.

Marcus znowu popatrzył na Hugh z wyraźnym niepokojem.

– Nie byłbym tego taki pewny.

Daniel zbył jego słowa kolejnym wymownym spojrzeniem.

– Ucieknie.

Marcus pokręcił głową i ruszył spotkać się z sekundantem Hugh pośrodku polany. Daniel patrzył, jak obaj oglądają broń i naradzają się z lekarzem.

Do diabła, kto wpadł na pomysł sprowadzenia tu lekarza? Przecież w pojedynkach nikt naprawdę do nikogo nie strzela.

Marcus wrócił z ponurą miną i podał Danielowi pistolet.

– Postaraj się tym nie zabić – mruknął. – Siebie ani jego.

– Jasne – odparł Daniel na tyle dziarsko, by zirytować Marcusa. Odszukał cel, uniósł rękę i czekał na odliczanie do trzech.

Jeden.

Dwa.

Trz…

– Niech cię diabli, postrzeliłeś mnie! – ryknął Daniel do Hugh. Spojrzał na swoje ramię, z którego sączyła się krew. To była tylko powierzchowna rana, ale, na Boga, bolało! I do tego prawa ręka.

– Coś ty sobie myślał?! – krzyknął.

Hugh stał tylko, wpatrując się w niego jak dureń, jakby nie zdawał sobie sprawy, że pocisk może przebić ciało.

– Ty cholerny idioto – mruknął Daniel i złożył się do strzału. Celował lekko w bok – tam, gdzie rosło ładne, duże drzewo, które powinno przyjąć kulę – ale w tej chwili podbiegł lekarz, coś ględząc od rzeczy, a kiedy Daniel odwrócił się do niego, poślizgnął się na błocie i zacisnął palec na spuście, oddając strzał wcześniej, niż zamierzał.

Niech to diabli, jak boli. Głupi…

Hugh wrzasnął.

Daniel poczuł się, jakby jego skóra zamieniała się w lód i z przerażeniem spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Hugh.

– O, mój Boże.

Marcus już nadbiegał wraz z lekarzem. Krew była wszędzie; tyle krwi, że Daniel widział ją przez trawę, nawet z przeciwległego końca polany. Wypuścił pistolet z palców i jak w transie zrobił chwiejny krok naprzód.

Dobry Boże, czy właśnie zabiłem człowieka?

– Proszę mi przynieść torbę! – krzyknął lekarz, a Daniel postawił następny krok. Co właściwie chciał zrobić? Pomóc? Marcus już się tym zajmował, razem z sekundantem Hugh, a poza tym – czyż to nie Hugh go postrzelił?

Co dżentelmen powinien zrobić w takiej sytuacji? Pomóc rannemu po wyjęciu z niego kuli?

– Trzymaj się, Prentice! – prosił ktoś; Daniel szedł krok za krokiem, aż w końcu w nozdrza uderzył go metaliczny zapach krwi.

– Trzymaj mocno.

– On straci nogę.

– Lepiej nogę niż życie.

– Musimy zatamować krwawienie.

– Przyciśnij mocniej.

– Nie trać przytomności, Hugh!

– On ciągle krwawi!

Daniel słuchał. Nie wiedział, kto co mówi, ale to nie miało znaczenia. Hugh umierał, tu, na trawie, i to on to zrobił.

To był wypadek. Hugh do niego strzelił. A trawa była mokra

Poślizgnął się. Dobry Boże, czy oni wiedzą, że się poślizgnął?

– Ja… ja… – próbował coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów, a poza tym i tak tylko Marcus go słyszał.

– Lepiej się odsuń – rzekł ponuro Marcus.

– Czy on… – Daniel chciał zadać jedyne pytanie, które miało teraz znaczenie, ale słowa uwięzły mu w gardle.

A potem zemdlał.

Kiedy Daniel odzyskał przytomność, leżał w łóżku Marcusa, z ciasno obandażowanym ramieniem. Marcus siedział na krześle i wyglądał przez okno, lśniące w południowym słońcu. Kiedy usłyszał jęk budzącego się Daniela, odwrócił się gwałtownie do przyjaciela.

– Hugh? – spytał ochrypłym głosem.

– Żyje. W każdym razie żył, kiedy go ostatnio widziałem.

Daniel zamknął oczy.

– Co ja zrobiłem? – szepnął.

– Nogę ma strasznie pokiereszowaną – odparł Marcus. – Trafiłeś w arterię.

– Nie chciałem. – Zabrzmiało to żałośnie, ale było prawdą.

– Wiem. – Marcus odwrócił się do okna. – Nigdy dobrze nie celowałeś.

– Poślizgnąłem się. Było mokro. – Sam nie wiedział, dlaczego to mówi. I tak nie będzie miało znaczenia, jeśli Hugh umrze.

Do diabła, przecież są przyjaciółmi. To najbardziej idiotyczna część tego wszystkiego. Znali się od lat, od pierwszego semestru w Eton.

Ale on pił i Hugh pił, i wszyscy pili oprócz Marcusa, który nigdy nie pozwalał sobie na więcej niż jednego drinka.

– Jak twoje ramię? – spytał Marcus.

– Boli.

Marcus skinął głową.

– To dobrze, że boli – powiedział Daniel, odwracając wzrok.

Marcus prawdopodobnie skinął po raz drugi.

– Czy moja rodzina wie?

– Nie wiem – odparł Marcus. – Jeśli nie, to wkrótce się dowiedzą.

Daniel przełknął ślinę. Niezależnie od tego, co się naprawdę zdarzyło, stanie się pariasem i sprawa dotknie całą rodzinę. Jego starsze siostry były już zamężne, ale Honoria dopiero miała swój debiut. Kto ją teraz zechce?

I wolał nawet nie myśleć, jak przyjmie to matka.

– Będę musiał wyjechać z kraju – powiedział spokojnie Daniel.

– On jeszcze nie umarł.

Daniel spojrzał na niego, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.

– Jeśli przeżyje, nie będziesz musiał wyjeżdżać – zauważył Marcus.

Miał rację, ale Daniel nie mógł sobie wyobrazić, że Hugh z tego wyjdzie. Widział krew. Widział ranę. Niech to szlag, widział odsłoniętą kość.

Nikt nie przeżyje takiej rany. Jeśli nie umrze od utraty krwi, zabije go infekcja.

– Pójdę się z nim zobaczyć – postanowił w końcu Daniel, podnosząc się z łóżka. Opuścił nogi i już prawie stał na podłodze, kiedy Marcus go powstrzymał.

– To nie jest dobry pomysł – ostrzegł.

– Muszę mu powiedzieć, że tego nie chciałem.

Marcus uniósł brwi.

– Nie sądzę, żeby to miało teraz znaczenie.

– Dla mnie ma.

– Możliwe, że będzie tam policja.

– Gdyby policjanci mnie szukali, już byliby tutaj.

Marcus zastanowił się przez chwilę, w końcu odsunął się na bok i powiedział:

– Masz rację.

Podał Danielowi rękę i pomógł mu wstać.

– Grałem w karty – odezwał się głucho – bo tak robi dżentelmen. A kiedy nazwał mnie oszustem, wyzwałem go na pojedynek, bo tak robi dżentelmen.

– Nie zadręczaj się – rzekł Marcus.

– Nie – mruknął ponuro Daniel. Dokończy to. Są rzeczy, które muszą zostać powiedziane. Spojrzał na Marcusa z błyskiem w oku.

– Strzeliłem w bok, bo tak robi dżentelmen – dodał z furią. – I spudłowałem. Spudłowałem i trafiłem w niego, a teraz zamierzam zachować się jak mężczyzna, pójść do niego i przeprosić go.

– Zabiorę cię tam – rzekł Marcus. Nie było nic więcej do powiedzenia.

Hugh był drugim synem markiza Ramsgate i został zabrany do domu ojca w St. James’s. Nie trwało długo, nim Daniel się zorientował, że nie jest tam mile widziany.

– Ty! – zagrzmiał lord Ramsgate, wskazując Daniela, jakby rozpoznał w nim samego diabła. – Jak śmiesz się tu pokazywać?

Daniel zachowywał kamienny spokój. Lord Ramsgate miał prawo być na niego wściekły. Był wstrząśnięty. Był zrozpaczony.

– Przyszedłem, żeby…

– Żeby złożyć kondolencje? – przerwał mu szyderczo Ramsgate. – W takim razie zapewne będziesz rozczarowany, kiedy ci powiem, że jest na to jeszcze trochę za wcześnie.

Daniel pozwolił sobie na cień nadziei.

– A więc on żyje?

– Ledwie.

– Chciałbym przeprosić – powiedział sztywno Daniel.

Oczy Ramsgate’a, już i tak wyłupiaste, zrobiły się niewyobrażalnie wielkie.

– Przeprosić? Doprawdy? Myślisz, że przeprosiny uratują cię przed szafotem, jeśli mój syn umrze?

– To nie dlatego…

– Dopilnuję, żebyś zawisł. Niech ci się nie wydaje, że odpuszczę.

Daniel nie wątpił w to ani przez sekundę.

– To Hugh wyzwał go na pojedynek – odezwał się cicho Marcus.

– Nie obchodzi mnie, kto kogo wyzwał – warknął Ramsgate. – Mój syn postąpił, jak powinien. Celował w bok. Ale ty… – zwrócił się znowu do Daniela, wylewając na niego cały żal i jad. – Ty strzeliłeś do niego. Czemu to zrobiłeś?

– Nie chciałem.

Przez chwilę Ramsgate tylko patrzył na niego.

– Nie chciałeś. To jest twoje wyjaśnienie?

Daniel nic nie powiedział. W jego uszach również zabrzmiało to żałośnie. Ale to była prawda. Straszna prawda.

Spojrzał na Marcusa, licząc na jakąś milczącą radę, która wskazałaby mu, co ma powiedzieć, co zrobić. Ale Marcus także wyglądał na zagubionego i Daniel już zaczął przypuszczać, że nie zostanie im nic innego, jak tylko jeszcze raz przeprosić i wyjść, gdyby nie to, że właśnie wtedy do pokoju wszedł lokaj, oznajmiając, iż doktor skończył zajmować się Hugh.

– Co z nim? – spytał Ramsgate.

– Będzie żył – zapewnił doktor. – O ile nie wda się infekcja.

– A noga?

– Nie straci jej. Również pod warunkiem, że nie wda się infekcja. Ale będzie utykał, może nawet kulał. Kość została strzaskana. Złożyłem ją najlepiej, jak umiałem. – Doktor wzruszył ramionami. – Tylko tyle mogłem zrobić.

– Kiedy będzie wiadomo, czy uniknął zakażenia? – spytał Daniel. Musiał to wiedzieć.

Doktor spojrzał na niego.

– Kim pan jest?

– Diabłem, który zastrzelił mojego syna – syknął Ramsgate.

Lekarz cofnął się najpierw zaskoczony, a potem jeszcze o krok, kiedy lord Ramsgate szybkim krokiem przemierzył pokój.

– Posłuchaj mnie – powiedział złowrogo, stając niemal nos w nos z Danielem. – Zapłacisz za to. Zniszczyłeś mojego syna. Nawet jeśli przeżyje, będzie ruiną człowieka, jego noga będzie ruiną i  całe jego życie też!

W piersi Daniela zacisnął się zimny węzeł niepokoju. Wiedział, że Ramsgate jest wzburzony; miał do tego pełne prawo. Ale w jego zachowaniu było coś jeszcze. Markiz sprawiał wrażenie niezrównoważonego, wręcz opętanego.

– Jeśli on umrze – syknął Ramsgate – ty będziesz wisiał. A jeśli nie umrze, jeżeli jakoś uda ci się uciec przed prawem, to ja cię zabiję.

Stali tak blisko siebie, że Daniel czuł wilgotne powietrze wydostające się z ust Ramsgate’a przy każdym słowie. A kiedy patrzył w błyszczące zielone oczy starszego mężczyzny, zrozumiał, co znaczy się bać.

Lord Ramsgate zabije go. To tylko kwestia czasu.

– Sir – zaczął Daniel, ponieważ coś musiał powiedzieć. Nie mógł tak po prostu stać i słuchać. – Muszę panu powiedzieć…

– Nie, teraz to ja mówię – warknął Ramsgate. – Nie obchodzi mnie, kim jesteś i jaki tytuł zostawił ci twój przeklęty ojciec. Zginiesz. Zrozumiałeś?

– Sądzę, że już pora, żebyśmy poszli – wtrącił się Marcus. Wsunął rękę między nich i powiększył odległość między nimi.

– Doktorze. – Skinął głową lekarzowi, równocześnie popychając Daniela w kierunku drzwi.

– Odliczaj dni, Winstead – ostrzegł lord Ramsgate. – Albo, jeszcze lepiej, godziny.

– Sir – odezwał się jeszcze raz Daniel, próbując okazać starszemu mężczyźnie szacunek. Chciał to wszystko naprawić. Musiał spróbować. – Muszę panu powiedzieć…

– Nie mów do mnie – przerwał mu Ramsgate. – Nie możesz powiedzieć nic, co by cię uratowało. Nie ma takiego miejsca, w którym mógłbyś się ukryć.

– Jeśli pan go zabije, pan także zawiśnie – zauważył Marcus. – A jeżeli Hugh przeżyje, będzie pana potrzebował.

Ramsgate spojrzał na Marcusa jak na idiotę.

– Myślisz, że zrobię to sam? Nietrudno wynająć zabójcę. Życie ma naprawdę niską cenę. Nawet jego. – Skinął głową w kierunku Daniela.

– Pójdę już – powiedział doktor. I uciekł.

– Pamiętaj, Winstead – rzekł lord Ramsgate, patrząc na Daniela z mieszaniną wściekłości i pogardy. – Możesz uciec, możesz próbować się ukryć, ale moi ludzie zawsze cię znajdą. A ty nie będziesz ich znał. Dlatego nie zauważysz, kiedy się pojawią.

Te słowa prześladowały Daniela przez następne trzy lata. Z Anglii do Francji, z Francji do Prus, z Prus do Włoch. Słyszał je we śnie, w szeleście drzew, w każdym kroku dobiegającym z tyłu. Nauczył się trzymać plecami do ściany, nie ufać nikomu, nawet kobietom, z którymi od czasu do czasu się spotykał. I pogodził się z faktem, że nigdy więcej nie postawi stopy na angielskiej ziemi, nie zobaczy swojej rodziny. Aż pewnego dnia w małej włoskiej wiosce wyszedł mu na spotkanie, kulejąc, Hugh.

Wiedział, że Hugh przeżył. Od czasu do czasu dostawał listy z domu. Ale nie spodziewał się zobaczyć go znowu, a już z pewnością nie tutaj, na rozgrzanym śródziemnomorskim słońcem starożytnym placu, wśród rozbrzmiewających w powietrzu okrzyków arrivederci i buon giorno.

– Znalazłem cię w końcu – powiedział Hugh, wyciągając rękę. – Przepraszam.

A potem wypowiedział słowa, których Daniel nigdy nie spodziewał się usłyszeć:

– Możesz już bezpiecznie wrócić do domu. Przysięgam.

1

Jak na damę, która spędziła ostatnie osiem lat, starając się nie zostać zauważoną, Anna Wynter znalazła się w niezręcznej sytuacji.

W ciągu mniej więcej jednej minuty miała wyjść na zaimprowizowaną scenę, ukłonić się przed co najmniej osiemdziesięcioma członkami crème de la crème londyńskiej socjety, usiąść przy fortepianie i zagrać.

Pewnym pocieszeniem było to, że miała dzielić scenę z trzema innymi młodymi kobietami. Pozostałe damy – członkinie osławionego kwartetu Smythe-Smithów – grały na instrumentach strunowych, oko w oko z publicznością. Anna mogła przynajmniej pochylić głowę i skupić się na klawiszach z kości słoniowej. Przy odrobinie szczęścia publiczność będzie zbyt przerażona muzyką, by zwrócić jakąkolwiek uwagę na ciemnowłosą kobietę, która w ostatniej chwili musiała zająć miejsce pianistki, która z kolei w ostatniej chwili (co jej matka oznajmiała każdemu, kto zechciał słuchać) rozchorowała się straszliwie – nie, wprost katastrofalnie.

Anna ani przez minutę nie wierzyła, że lady Sara Pleinsworth jest chora, ale nie mogła nic z tym zrobić, jeśli chciała zachować posadę guwernantki trzech młodszych sióstr lady Sary.

Jednak lady Sarze udało się przekonać matkę, która postanowiła, że występ musi się odbyć. A następnie, po opowiedzeniu zaskakująco szczegółowej siedemnastoletniej historii wieczorków muzycznych u Smythe-Smithów, oznajmiła, że Anna zajmie miejsce jej córki.

– Podobno grywała pani fragmenty Koncertu fortepianowego nr 1 Mozarta – przypomniała lady Pleinsworth.

Anna bardzo tego teraz żałowała.

Najwyraźniej nie miało żadnego znaczenia, że Anna nie grała tego utworu od ponad ośmiu lat ani że nigdy nie zagrała go w całości. Lady Pleinsworth nie przyjmowała żadnych argumentów. Anna została zaciągnięta do domu szwagierki lady Pleinsworth, gdzie miał się odbyć koncert, i dostała osiem godzin, żeby poćwiczyć.

To niedorzeczne.

Pocieszające było tylko to, że przy tak złej grze reszty kwartetu może nikt nie zauważy pomyłek Anny. Prawdę mówiąc, jej jedynym celem tego wieczoru było nie zwracać na siebie uwagi. Naprawdę tego nie chciała. Nie chciała zostać zauważona. Z wielu powodów.

– Już prawie pora – szepnęła z podnieceniem Daisy Smythe-Smith.

Anna uśmiechnęła się do niej blado. Daisy najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, jak fatalnie gra.

– Jakże się cieszę – usłyszała cichy, żałosny głosik siostry Daisy, Iris. Ona zdawała sobie z tego sprawę.

– Och, daj spokój – powiedziała lady Honoria Smythe-Smith, ich kuzynka. – Będzie wspaniale. Przecież jesteśmy rodziną.

– Cóż, ona nie – zauważyła Daisy, wskazując Annę skinieniem głowy.

– Dzisiaj jest – oznajmiła Honoria. – Jeszcze raz pani dziękuję, panno Wynter. Uratowała pani sytuację.

Anna mruknęła coś pozbawionego sensu, ponieważ nie potrafiła się zmusić, by powiedzieć, że to żaden kłopot albo że cała przyjemność jest po jej stronie. Lubiła lady Honorię. Ona, w odróżnieniu od Daisy, wiedziała, jak strasznie grają, ale inaczej niż Iris, mimo to chciała wystąpić. Tu chodziło o rodzinę. Siedemnaście zespołów kuzynek Smythe-Smithów występowało przed nimi, a jeśli wszystko pójdzie dobrze, będzie siedemnaście następnych. Nieważne, jak brzmiała muzyka.

– Och, to jest ważne – powiedziała cicho Daisy.

Honoria lekko szturchnęła kuzynkę smyczkiem od skrzypiec.

– Rodzina i tradycja – przypomniała. – Oto co jest ważne.

Rodzina i tradycja. Anna nie miała nic przeciwko rodzinie i tradycji. Chociaż, prawdę mówiąc, jej niespecjalnie szło tak z jednym, jak z drugim.

– Widzicie coś? – spytała Daisy. Przestępowała z nogi na nogę niczym zdenerwowana sroka i Anna już dwukrotnie musiała się cofnąć, żeby ratować stopy przed przydeptaniem.

Honoria, stojąca bliżej miejsca, z którego miały wejść na scenę, skinęła głową.

– Jest kilka pustych miejsc, ale niewiele.

Iris jęknęła.

– Czy tak jest co roku? – Anna nie mogła się powstrzymać przed zapytaniem o to.

– To znaczy jak? – odpowiedziała Honoria pytaniem na pytanie.

– Mhm, cóż… – Są rzeczy, których po prostu się nie mówi siostrzenicom swojej pracodawczyni. Na przykład raczej nie należy sobie pozwalać na komentarze dotyczące zupełnego braku talentu muzycznego u innej młodej damy. Albo zastanawiać się na głos, czy koncerty zawsze były tak straszne, czy tylko tegoroczny jest wyjątkowo zły. A już z całą pewnością nie powinno się pytać, dlaczego ludzie przychodzą na koncerty, skoro są tak beznadziejne?

Właśnie wtedy przez boczne drzwi wpadła jak burza piętnastoletnia Harriet Pleinsworth.

Anna spojrzała na nią, lecz zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Harriet oznajmiła:

– Będę przewracać pani strony.

– Dziękuję ci, Harriet. To bardzo miło z twojej strony.

Harriet uśmiechnęła się szeroko do Daisy, która posłała jej pogardliwe spojrzenie.

Anna odwróciła się, żeby nikt nie zauważył, jak wznosi oczy ku niebu. One nigdy za sobą nie przepadały. Daisy traktowała siebie zbyt serio, a Harriet nie traktowała poważnie niczego.

– Już pora – oznajmiła Honoria.

Wyszły zatem na scenę i po krótkim wprowadzeniu zaczęły grać.

A Anna zaczęła się modlić.

Wielkie nieba, nigdy w życiu nie pracowała tak ciężko. Jej palce śmigały po klawiszach, rozpaczliwie starając się nadążyć za Daisy, która grała na skrzypcach, jakby brała udział w jakimś wyścigu.

To jest żałosne, żałosne, żałosne, nuciła w myślach Anna. Przedziwne, ale mówienie do siebie było jedynym sposobem, żeby jakoś przez to przebrnąć. Grały wyjątkowo trudny utwór, nawet dla doświadczonych pianistek.

Żałosne, żałosne… Oj! Cis! Anna odchyliła mały palec i trafiła w klawisz w samą porę. To znaczy o dwie sekundy później niż powinno być.

Zerknęła ukradkiem na publiczność. Jakaś kobieta w pierwszym rzędzie wyglądała, jakby miała mdłości.

Wracaj do pracy, wracaj do pracy. O matko, fałszywa nuta. Nieważne. Nikt tego nie zauważy, nawet Daisy.

Grała więc dalej, zastanawiając się przez moment, czy nie powinna jednak nadgonić swojej części. Muzyka i tak nie mogła już brzmieć gorzej. Daisy pływała po swojej części, oscylując między głośnym a bardzo głośnym dźwiękiem; Honoria brnęła powoli – każda jej nuta brzmiała jak tupnięcie; a Iris…

Hm, Iris była naprawdę dobra. Chociaż nie miało to większego znaczenia.

Anna wzięła głęboki oddech i rozprostowała palce w czasie krótkiej przerwy w partii fortepianowej. Po czym wróciła do klawiatury i…

Przewróć stronę, Harriet.

Przewróć stronę, Harriet.

– Przewróć stronę, Harriet! – syknęła.

Harriet przewróciła stronę.

Anna zagrała pierwszy akord i zdała sobie sprawę, że Iris i Honoria wyprzedzają ją już o dwie linijki. A Daisy… cóż, wielkie nieba, nie miała pojęcia, gdzie jest Daisy.

Anna przeskoczyła kawałek dalej, by dorównać do miejsca, które grała reszta. W najgorszym razie znajdzie się gdzieś w połowie drogi.

– Ominęła pani kawałek – szepnęła Harriet.

– Nieważne.

I rzeczywiście, nie miało to większego znaczenia.

Aż w końcu – w końcu – dotarły do miejsca, gdzie Anna nie musiała niczego grać przez całe trzy strony. Oparła się wygodniej, przestała wstrzymywać oddech i…

Zobaczyła kogoś.

Zamarła. Ktoś obserwował je z tylnego pokoju. Drzwi, przez które weszły na scenę – te same, które (Anna mogłaby przysiąc) dokładnie za sobą zamknęła – teraz były lekko uchylone. A ponieważ ona była najbliżej drzwi, nie wspominając już o tym, że jako jedyna nie siedziała do nich tyłem, widziała zarys twarzy jakiegoś mężczyzny, który zaglądał przez szparę.

Panika.

Przerażenie owładnęło nią, uciskając płuca, powodując pieczenie skóry. Znała to uczucie. Nie zdarzało jej się często, i całe szczęście, ale było znajome. Za każdym razem, kiedy widziała kogoś gdzieś, gdzie nie powinien być…

Przestań.

Zmusiła się, by zacząć znowu oddychać. Znajdowała się w domu owdowiałej hrabiny Winstead. Była tak bezpieczna, jak to tylko możliwe. Musiała tylko…

– Panno Wynter! – syknęła Harriet.

Anna drgnęła, wytrącona z zamyślenia.

– Ominęła pani swoje wejście.

– Gdzie jesteśmy teraz? – spytała nerwowo Anna.

– Nie wiem. Nie umiem czytać nut.

Anna spojrzała na nią wbrew sobie.

– Ale przecież grasz na skrzypcach.

– Wiem – powiedziała żałośnie Harriet.

Anna, najszybciej jak umiała, przejrzała nuty na stronie, przeskakując wzrokiem z linii do linii.

– Daisy na nas patrzy – szepnęła Harriet.

– Ćśś. – Anna musiała się skoncentrować. Odwróciła stronę, odetchnęła i sięgnęła do g-moll.

I po chwili namysłu do dur. To było lepsze.

Lepsze to najtrafniejsze określenie.

Przez resztę występu siedziała z pochyloną głową. Nie podniosła wzroku ani na publiczność, ani na człowieka, który obserwował ją z tylnego pokoju. Grała z finezją dorównującą pozostałym Smythe-Smithom, a kiedy skończyły, wstała i dygnęła, wciąż trzymając pochyloną głowę. Wreszcie mruknęła do Harriet coś o tym, że musi się sobą zająć, i uciekła.

Daniel Smythe-Smith nie planował swojego powrotu do Londynu na dzień dorocznego wieczorku muzycznego swojej rodziny. Prawdę mówiąc, jego uszy rozpaczliwie żałowały, że nie przewidział tego wydarzenia, ale serce… cóż, to zupełnie inna sprawa.

Dobrze wrócić do domu. Nawet w takiej kakofonii.

Zwłaszcza w takiej kakofonii. Nic nie mogło być dla mężczyzny z rodu Smythe-Smithów wyraźniejszym sygnałem powrotu do domu niż źle grana muzyka.

Nie chciał, żeby ktoś go zobaczył przed koncertem; nie było go trzy lata i wiedział, że jego powrót zakłóci występ. Publiczność zapewne byłaby mu wdzięczna, ale ostatnie, czego sobie życzył, to witać się z rodziną w obecności tłumu dam i dżentelmenów, z których spora część zapewne uważała, że powinien pozostać na wygnaniu.

Chciał jednak zobaczyć rodzinę, więc ledwie rozległa się muzyka, wślizgnął się bezszelestnie do pokoju ćwiczeń, podszedł na palcach do drzwi i uchylił je.

Rozpromienił się. Zobaczył Honorię, uśmiechającą się tym swoim wielkim uśmiechem, kiedy atakowała skrzypce smyczkiem. Nie miała pojęcia, że nie umie grać, biedactwo. Z jego pozostałymi siostrami było tak samo. Ale kochał je za to, że próbowały.

Na drugich skrzypcach grała… wielkie nieba, czy to Daisy? Czy ona nie powinna się jeszcze uczyć? Nie, ma już szesnaście lat, jeszcze nie weszła do towarzystwa, ale już nie jest dzieckiem.

A tam Iris przy wiolonczeli, wygląda na nieszczęśliwą. Zaś przy fortepianie…

Zastanowił się. Kto, u diabła, siedzi przy fortepianie? Nachylił się, by lepiej widzieć. Głowę miała opuszczoną i nie widział dobrze jej twarzy, ale co do jednego nie miał wątpliwości – to nie była żadna z jego kuzynek.

Hm… a to ci zagadka. Wiedział doskonale (ponieważ matka mówiła mu to wiele, wiele razy), że kwartet zawsze składa się z niezamężnych młodych dam z rodziny Smythe-Smithów – i nikogo innego. Rodzina była bardzo dumna z tak licznych muzycznie uzdolnionych (to opinia matki, nie jego) kuzynek. Kiedy jedna wychodziła za mąż, zawsze kolejna czekała, by zająć jej miejsce. Nigdy nie było potrzeby wprowadzania kogoś z zewnątrz.

Ale – co ważniejsze – kto z zewnątrz chciałby wejść do takiego kwartetu?

Któraś z kuzynek musiała zachorować. To jedyne możliwe wyjaśnienie. Próbował sobie przypomnieć, kto powinien siedzieć przy fortepianie. Marigold? Nie, ona ma już męża. Viola? O ile dobrze pamiętał, jeden z listów informował go o jej ślubie. Sara? Tak, musi chodzić o Sarę.

Pokręcił głową. Miał przerażającą liczbę kuzynek.

Przyglądał się damie przy fortepianie z niejakim zainteresowaniem. Bardzo starała się nadążyć. Kiwała głową, śledząc nuty, a na jej twarzy co jakiś czas pojawiał się pełen bólu grymas. Obok niej stała Harriet i przewracała strony – zawsze w niewłaściwym momencie.

Daniel parsknął śmiechem. Kimkolwiek jest ta biedna dziewczyna, miał nadzieję, że jego rodzina dobrze jej płaci.

I nagle oderwała palce od klawiszy, kiedy Daisy, cierpiąc, zaczęła grać solową partię na skrzypcach. Patrzył, jak wzięła głęboki oddech, rozprostowała palce i nagle…

Spojrzała na niego.

Czas się zatrzymał. Po prostu się zatrzymał. To najbardziej ckliwy i banalny sposób na opisanie tego, co się zdarzyło, ale te kilka sekund, kiedy jej twarz była zwrócona ku niemu… rozciągały się i wydłużały, stapiając z nieskończonością.

Była piękna. Ale to nie wyjaśniało wszystkiego. Widywał już wcześniej piękne kobiety. Z wieloma z nich nawet sypiał. Ale ta… Jej… Ona…

Nawet myśli mu się plątały.

Włosy miała ciemne, lśniące i gęste, mniejsza z tym, że spięła je w praktyczny kok. Zupełnie nie potrzebowała wymyślnych loków ani aksamitnych wstążek. Nawet gdyby spięła włosy ciasno jak baletnica albo wręcz zgoliła, i tak byłaby najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widział.

To jej twarz; tak, musi o to chodzić. W kształcie serca, blada, o zupełnie niezwykłych, uniesionych brwiach. W półmroku nie potrafił powiedzieć, jaki kolor miały jej oczy – i nad tym ubolewał. Ale jej usta…

Miał ogromną nadzieję, że ta kobieta nie jest zamężna, ponieważ zamierzał ją pocałować. Pozostawało tylko pytanie: kiedy.

I nagle – zdał sobie z tego sprawę natychmiast – ona go zauważyła. Na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia, potem zamarła, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu. Uśmiechnął się cierpko i skinął głową. Czy wzięła go za szaleńca, który zakradł się do Winstead House, by podglądać koncert?

Cóż, wydało mu się to całkiem prawdopodobne. On sam od tak długiego czasu czujnie wypatrywał nieznajomych, że bezbłędnie rozpoznawał ten sam odruch u innych. Nie znała go, a z całą pewnością w tylnym pokoju nie powinno nikogo być w czasie koncertu.

Najbardziej zdumiewające było to, że nie odwróciła wzroku. Wytrzymała jego spojrzenie, a on nie poruszył się, nawet nie oddychał, dopóki jego kuzynka Harriet nie szturchnęła ciemnowłosej kobiety, zapewne mówiąc jej, że przegapiła swoje wejście.

Więcej już na niego nie spojrzała.

Lecz Daniel ją obserwował. Obserwował przy każdym odwróceniu strony, każdym akordzie fortissimo . Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że w pewnym momencie przestał nawet słyszeć muzykę. Jego umysł grał własną symfonię, bogatą i pełną, płynnie zmierzającą ku doskonałemu, nieuniknionemu apogeum.

Które nigdy nie nastąpiło. Czar prysnął, kiedy kwartet łupnął ostatnie nuty i wszystkie cztery damy wstały, by dygnąć przed publicznością. Ciemnowłosa piękność powiedziała coś do Harriet, która rozpromieniła się, słysząc oklaski, jakby sama na czymś grała, po czym oddaliła się tak szybko, że Daniel zdziwił się, iż nie zostawiła śladów na podłodze.

Nieważne. I tak ją znajdzie.

Pospiesznie przeszedł przez tylny hol Winstead House. Wymykał się tędy wielokrotnie, kiedy był młodszy; dokładnie wiedział, jaką drogę może wybrać ktoś, kto nie chce zostać zauważony. I tak jak przypuszczał, przeciął jej drogę tuż przed ostatnim zakrętem do wyjścia dla służby. Nie zauważyła go jednak od razu; nie zauważyła go, dopóki…

– Tu pani jest. – Uśmiechnął się, jakby witał dawno niewidzianą przyjaciółkę. Nie ma nic skuteczniejszego niż niespodziewany uśmiech, by wytrącić kogoś z równowagi.

Drgnęła zaskoczona i urwany okrzyk wyrwał się z jej ust.

– Wielkie nieba – powiedział Daniel, zasłaniając jej usta dłonią. – Proszę tego nie robić. Ktoś panią usłyszy.

Przyciągnął ją do siebie – tylko tak mógł zamknąć jej usta. Poczuł jej ciało, drobne, smukłe i drżące jak liść. Była przerażona.

– Nie zrobię pani krzywdy – zapewnił. – Chcę tylko wiedzieć, co pani tu robi.

Odczekał chwilę, po czym zmienił pozycję, żeby lepiej widzieć jej twarz. Napotkał spojrzenie jej oczu, ciemnych i wystraszonych.

– A więc jeśli panią puszczę, czy będzie pani cicho?

Skinęła głową.

Zastanowił się przez chwilę.

– Kłamie pani.

Przewróciła oczami, jakby chciała powiedzieć: „A czego pan się spodziewa?” Zachichotał.

– Kim pani może być? – zastanawiał się na głos.

I nagle stało się coś dziwnego. Rozluźniła się. Odrobinę, ale jednak. Poczuł, że jej napięcie nieco zelżało, poczuł jej westchnienie na dłoni.

To ciekawe. Nie martwiła się tym, że on jej nie zna. Martwiła się, że może ją znać.

Niespiesznie, na tyle powoli, by wiedziała, że w każdej chwili może zmienić zdanie, zdjął dłoń z jej ust. Nie przestał jednak obejmować jej w talii. Wiedział, że to samolubne z jego strony, lecz nie potrafił się zmusić, by ją puścić.

– Kim pani jest? – szepnął jej wprost do ucha.

– Kim pan jest? – odpowiedziała pytaniem.

Uśmiechnął się kącikiem ust.

– Ja zapytałem pierwszy.

– Nie rozmawiam z nieznajomymi.

Roześmiał się i obrócił ją tak, że stanęli twarzą w twarz. Wiedział, że zachowuje się karygodnie, nagabując to biedne stworzenie. Przecież ona nie zrobiła nic złego. Na miłość boską, grała w jego rodzinnym kwartecie. Powinien jej podziękować.

Ale kręciło mu się w głowie – niemal tracił poczucie rzeczywistości. Ta kobieta miała w sobie coś, co sprawiało, że krew buzowała mu w żyłach, a już wcześniej czuł się nieco oszołomiony, kiedy dotarł do Winestead House po tygodniach podróży.

Był w domu. W domu. I trzymał w objęciach piękną kobietę, która – tego był niemal pewien – nie zamierzała go zabić.

Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz mógł się napawać tym uczuciem.

– Myślę… – powiedział powoli. – Myślę, że będę musiał panią pocałować.

Szarpnęła się do tyłu; nie wyglądała na przerażoną, lecz raczej zdziwioną. A może zaniepokojoną.

– Tylko odrobinę – zapewnił. – Muszę sobie przypomnieć…

Milczała przez chwilę i nagle, jakby nie potrafiła się powstrzymać, spytała:

– O czym?

Uśmiechnął się. Podobał mu się jej głos. Był miły i pełny, jak dobra brandy. Albo letni dzień.

– Wielkie nieba – powiedział i dotknął jej podbródka, odchylając jej głowę ku sobie. Wstrzymała oddech – słyszał szmer powietrza przepływającego między jej wargami – ale nie broniła się. Odczekał chwilę, ponieważ wiedział, że jeśli zacznie się bronić, będzie musiał ją puścić. Ale nie zrobiła tego. Wytrzymała jego spojrzenie, równie zahipnotyzowana tą chwilą jak on.

I pocałował ją. Najpierw ostrożnie, jakby się bał, że może zniknąć z jego objęć. Ale to nie wystarczyło. Namiętność obudziła się w nim i przyciągnął ją do siebie, napawając się miękkością jej ciała.

Była drobna w taki sposób, który sprawia, że mężczyzna ma ochotę zabijać smoki. Ale była też kobieca, ciepła i pełna we wszystkich odpowiednich miejscach. Jego ręka aż rwała się, by dotknąć jej piersi lub objąć idealną wypukłość jej pośladka. Ale nawet on nie był na tyle śmiały; nie wobec nieznajomej damy w domu swojej matki.

Jednak wciąż nie był gotów jej puścić. Pachniała Anglią, ciepłym deszczem i rozgrzaną w promieniach słońca łąką. Dotykanie jej było czymś najlepszym na świecie. Miał ochotę owinąć się wokół niej, wtulić w nią i tak zostać przez resztą swoich dni. Od trzech lat nie wziął do ust kropli alkoholu, lecz teraz czuł się upojony, miał w głowie lekkość, jakiej nie spodziewał się poczuć już nigdy więcej.

To szaleństwo. Nie ma co do tego wątpliwości.

– Jak się pani nazywa? – spytał szeptem. Chciał to wiedzieć. Chciał ją poznać.

Lecz ona nie odpowiedziała. Zrobiłaby to w końcu. Gdyby mieli więcej czasu, wydobyłby to z niej. Jednak oboje usłyszeli, jak ktoś zbliża się tylnymi schodami, dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie stali spleceni w objęciach.

Pokręciła głową, z oczami rozszerzonymi z niepokoju.

– Nikt nie może mnie tak zobaczyć – szepnęła.

Puścił ją, lecz nie dlatego, że o to poprosiła. Zobaczył, kto jest na schodach – i co robi – a wtedy zupełnie zapomniał o ciemnowłosej czarodziejce.

Z wściekłym rykiem pobiegł przez hol jak szaleniec.