Tylko raz w roku - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook

141 osób właśnie czyta

Opis

Jest prawdziwą świąteczną czarodziejką. Agnieszka Lingas-Łoniewska zabiera swoich czytelników w magiczną, pełną miłości podróż, która rozgrzeje serca!

Po tym, jak jej rodzice postanowili się rozstać przy wigilijnym stole, myślała, że znienawidzi święta na zawsze.

On nigdy ich nie lubił: sztywna, smutna matka, wykrochmalony, ręcznie tkany obrus i rodowe srebra – elegancko i… mroźniej niż na zewnątrz.

Ale tego roku los przygotował im prawdziwy gwiazdkowy cud. Przypadkowe spotkanie stało się początkiem uczucia, które na zawsze zmieniło ich życie.

Ela musi się mierzyć z problemami rodzinnymi: rozstaniem rodziców, chorobą mamy, a Kamil – stawić czoła zaborczej matce, która wie jedno: ukochany syn zasługuje na kogoś lepszego. Zwłaszcza gdy otwierają się przed nim drzwi do międzynarodowej kariery, a piękna i dobrze sytuowana córka przyjaciół robi do niego słodkie oczy.

Co roku, w Wigilię, Ela i Kamil wracają jednak – przynajmniej myślą – do miejsca, w którym spotkali się po raz pierwszy.

Choć oboje nigdy wcześniej nikogo tak nie kochali, ich uczucie może się okazać nie dość silne w starciu z prozą życia i uprzedzeniami.

Chyba że zdarzy się kolejny cud. W końcu kiedy, jeśli nie w Gwiazdkę?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 171

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkim moim wiernym Czytelniczkom i Czytelnikom. Życzę Wam pięknych, magicznych, rodzinnych świąt. Bo to, co się w życiu liczy, to miłość, nadzieja i rodzina.

Prolog

Okrążyłam Pergolę po raz drugi. Ramzes uparcie nie chciał iść przy nodze i szarpał smycz, raz po raz zanurzając nos w płytkim śniegu. Był wigilijny wieczór, byliśmy już po rodzinnej kolacji, a ja zabrałam psiaka na codzienny wieczorny spacer. Zwykle wędrowałam z nim koło domu, ale dzisiaj musiałam przyjść właśnie tutaj. W miejsce, z którym wiązało się tak wiele wspomnień, tych wspaniałych, tych cudownych, tych smutnych. Wigilia to szczególny wieczór. Tak łatwo zagubić się we własnych myślach i wspomnieniach, tych złych i tych dobrych… Uświadamiałam sobie wtedy, że mimo wszystkich przeciwności losu wciąż warto żyć i stawiać czoło kolejnym życiowym niespodziankom. Uniosłam głowę i spojrzałam na rozświetloną światełkami Pergolę, na zarys monumentalnej Hali Stulecia, na piękną choinkę, skrzącą się setkami lampek.

Kolejny rok za mną. I kolejny przede mną. Chyba czas już zapomnieć…

Wzięłam głęboki wdech i chciałam zawrócić w stronę domu, kiedy nagle Ramzes zaczął węszyć i popiskiwać. Przestraszyłam się trochę – wprawdzie w okolicy było sporo spacerowiczów i nic mi nie groziło, pies jednak zachowywał się naprawdę dziwnie. Szarpnął mnie nagle i wyraźnie chciał gdzieś pobiec, ale dosyć mocno trzymałam smycz i udało mi się go zatrzymać.

– Ramzes, spokój! – odezwałam się ostrzej.

Przysiadł na tylnych łapach, piszczał i wpatrywał się w coś za moimi plecami.

Poczułam dreszcz. Reagował tak tylko na jedną osobę.

Ale…

To niemożliwe!

Powoli się odwróciłam. Serce dudniło jak oszalałe, krew szumiała w uszach. Uniosłam wzrok. I wtedy…

Grudzień 2013

My radością pijani...

Śpiew anioły tumani...

Dzisiaj tańczą na ulicach we dnie.

Z nieba sypią się pióra,

Ziemi bujna natura

Odrodzona przystroiła się w nie...

Tyle dobrej w nas wiary,

Aż zwariował świat stary,

Gdy się nowy zaczyna wiek...

Oszaleli anieli, cali w bieli od chmur.

Gdy na ziemię spłynęli, niby śnieg białych piór...

I jak ziemia szeroka, wszędzie nowa epoka...

Oszaleli anieli, anieli...*

* Katarzyna Skrzynecka, Oszaleli anieli.

Przedświąteczna atmosfera, jak zawsze, pełna była zamieszania i niejakiej nerwowości. Ela Bracka z wielką cierpliwością pomagała mamie w zakupach, dźwigając torby tak pełne, jakby do wykarmienia był pułk wojska, a nie jedynie babcia, ciotka i samotna sąsiadka z domu obok. Od lat spędzali święta w takim towarzystwie, chociaż ojciec od jakiegoś czasu stał się dziwnie odległy i niekiedy Ela słyszała, jak rodzice późno w nocy o czymś rozmawiali, a mama popłakiwała. Nigdy się nie kłócili, zawsze starali się przedyskutować wszelkie problemy, ale tych nocnych dyskusji było ostatnio sporo i Ela trochę się niepokoiła.

Mama uznała wreszcie, że wszystko już ma, spojrzała z niechęcią na wypakowany z czubem sklepowy wózek i westchnęła.

– Powinnam jeszcze upiec makowiec, ale chyba kupię go w tej cukierni na Olszewskiego.

– Mamo, będziemy to potem dojadać jeszcze przez tydzień. Co ty masz z tymi zakupami? – Ela pokręciła głową, pchając wózek w kierunku długiej kolejki do kas.

– Po prostu nie chcę, żeby ktoś odszedł od stołu głodny.

– No, to akurat jest niemożliwe. Nie wiem, czy ktokolwiek zdoła choćby wstać od stołu.

– Poza tym zawsze mam co zapakować babci, cioci i pani Zawadzkiej.

– Wiem, ale i tak sporo tego zostaje.

– To chyba taki nawyk z dzieciństwa. Wychowywałam się w czasach, kiedy były kartki i mama musiała stać w koszmarnych kolejkach, żeby cokolwiek dostać, a na święta to już w ogóle! I tak mi zostało.

– Coś w tym jest. – Ela wzruszyła ramionami. Historie o zakupach „na kartki”, choć w sklepach nigdy nic nie było, a ludzie ustawiali się w wielogodzinnych kolejkach i tworzyli specjalne komitety, znała tylko z opowiadań mamy i babci i była to dla niej całkowita abstrakcja. Zupełnie nie rozumiała, jak ludzie wtedy żyli. Ale jakoś dawali radę, jak widać. Tylko ten dziwny zwyczaj robienia zapasów im pozostał. Babcia miała zawsze wszystko w nadmiarze. Kosmetyki, mydła, rajstopy, płyn do naczyń, papier toaletowy.

– Lepiej mieć, kochanie, mały zapasik – mówiła, kiedy Ela wchodziła do spiżarki i zastawała tam sześć wielopaków papieru toaletowego. – Kiedyś musieliśmy załatwiać te sprawy gazetami.

Lubiła te babcine wspomnienia i opowieści o czasach, które znała wyłącznie z filmów lub podręcznika do historii. Ela była dobrą uczennicą, kończyła trzynaste liceum ogólnokształcące we Wrocławiu i zamierzała zdawać na germanistykę. Była wysoką, zgrabną dziewczyną z burzą czarnych, lekko kręconych włosów, które odziedziczyła po ojcu Adamie. Mama Ewa była jasną blondynką, delikatną, eteryczną. Przy dobrze zbudowanym, wysokim mężu wyglądała jak mała dziewczynka. Ela pamiętała, że kiedyś tata nosił mamę na rękach, podnosił ją bez trudu, jakby ważyła tyle, co piórko. Mama śmiała się i go całowała, a Ela podskakiwała i klaskała w ręce, ciesząc się razem z rodzicami.

Mama już od dawna się nie śmiała.

A tato nie nosił już jej na rękach.

Ela wiedziała, że nadchodzi coś niedobrego.

Wigilijna kolacja przebiegła jak zwykle. Babcia z ciotką narzekały na bolące kości, pani Zawadzka opowiadała o synu lekarzu, który wyjechał do Stanów i robił tam karierę jako chirurg, mama co rusz dokładała jedzenia, Ramzes próbował ściągnąć ze stołu smakowite kąski, a Ela chłonęła tę atmosferę, martwiąc się jedynie milczeniem ojca.

– A co ty taki milczący, Adasiu? – Babcia zwróciła uwagę na zamyślenie swojego zięcia.

– Może chory? – Ciotka Janka, siostra babci, pokręciła głową. – Ciągle jeździ do tych Niemiec, a w tych samochodach taki przeciąg.

– Trzeba uważać, mojego świętej pamięci męża raz tak przewiało, że skręcił się jak rogal marciński i musiałam go na pogotowie wieźć. – Pani Zawadzka nałożyła sobie kolejną porcję smażonego karpia i westchnęła. – Oj, tak. Dobry człowiek był z mojego Stasia. Bardzo, bardzo dobry.

Adam Bracki chwilę jeszcze milczał, wreszcie spojrzał na swoją żonę, potem na córkę, wbił oczy w talerz ze szczątkami karpia i odchrząknął.

– Rozwodzimy się – wypalił.

Chodziłam wzdłuż lekko przymarzniętej wody na Pergoli, cicho płacząc, choć tak bardzo chciałam krzyczeć. Chciałam wykrzyczeć cały ten żal, wyrazić złość, że moja rodzina się rozpada, że nic nie mogę zrobić, że mój ojciec postanowił dokonać tak drastycznych zmian w naszym życiu i powiadomił nas o tym w wigilijny wieczór. Gdy rąbnął nam tę rewelację, babcia zamarła, ciotka prawie zadławiła się makowcem, pani Zawadzka zaczęła opowiadać o swojej siostrze, która także się rozwiodła po dwudziestu latach małżeństwa, a mama dziwnie ucichła. Widziałam po jej minie, że wiedziała o tym już od jakiegoś czasu. Ciekawe, czy wiedziała też, że ojciec zamierza nam dać taki wspaniały prezent pod choinkę. Nie chciałam o tym rozmawiać. Wstałam od stołu, narzuciłam płaszcz, szyję owinęłam długim czerwonym szalem, zawołałam Ramzesa i wyszłam, przez nikogo niezatrzymywana.

A teraz robiłam kolejne kółka wokół Pergoli, łzy zamarzały mi na policzkach, a na usta cisnęły się inwektywy, które starałam się zdusić. Zawsze byłam taka ułożona, grzeczna, dobrze się uczyłam, nie paliłam, nie chodziłam na imprezy, nie przysparzałam rodzicom problemów. Może to dlatego? Gdyby musieli się skupić na sprawiającej kłopoty córce, nie mieliby czasu na… No właśnie, na co? Nie wiedziałam, dlaczego rodzice chcą się rozwieść… Może… Zatrzymałam się nagle w pół kroku, niezadowolony Ramzes zaczął mnie ciągnąć, ale szarpnęłam smycz.

No tak…

Moi rodzice najzwyczajniej w świecie przestali się kochać.

Ta szokująca, ale prosta prawda niemal wbiła mnie w ziemię. I pewnie stałabym tak aż do wiosny, gdyby mój pies nie miał innego zdania na ten temat. Dojrzał coś interesującego po drugiej stronie Pergoli i skoczył w kierunku Ogrodu Japońskiego. Pociągnął mnie, a ja się poślizgnęłam, puściłam smycz i padłam, uosobienie wkurzenia i żalu, w gęsty, puszysty śnieg.

– Jasna cholera! – warknęłam, a Ramzes podbiegł do mnie, radośnie machając ogonem i szczekając.

– Jesteś cała? – usłyszałam niski głos, w którym wyraźnie brzmiało rozbawienie. – Dasz radę wstać?

Podniosłam wzrok. Nade mną pochylał się jakiś chłopak. Spod brązowej grzywki patrzyły na mnie z troską i rozbawieniem niebieskie oczy.

– Eeee, chyba tak. – Jęknęłam, ukradkiem wycierając twarz. Nie chciałam, aby ktokolwiek dostrzegł na niej ślady łez.

– No to dawaj. – Chłopak ujął mnie pod ramiona i jednym szybkim ruchem postawił na nogi.

Wreszcie mogłam go spokojnie ocenić: był wysoki, bardzo przystojny i patrzył na mnie uważnie. Ramzes biegał wokół nas i cieszył się jak wariat.

– Dziękuję – powiedziałam cicho. I nagle, nie wiem dlaczego, zrobiło mi się jakoś dziwnie, emocje wzięły górę i się rozszlochałam. – Bardzo… dzię… dziękuję.

Nieznajomy zmarszczył brwi i mocniej zacisnął palce na moich ramionach.

– Aż tak bardzo się potłukłaś?

– N-nie, wcale nie… – Załkałam, wściekła i zażenowana, że nie mogę się powstrzymać.

– Kurczę, dziewczyno, co się dzieje?

– Moje życie się po… potłukło. – Znowu zaszlochałam, chociaż wiedziałam, że zachowuję się irracjonalnie, że wprawiam w zakłopotanie tego uprzejmego chłopaka, który pewnie zaraz ode mnie ucieknie, bo któż by chciał mieć do czynienia z płaczliwą wariatką.

Ale on dotknął moich mokrych policzków i pokręcił głową.

– Nigdzie mi się nie śpieszy – powiedział łagodnie, patrząc mi w oczy. – Jeśli chcesz pogadać, to jestem. Niedobrze, gdy taka dziewczyna jak ty płacze w wigilijny wieczór.

Szliśmy powoli, Ramzes biegał dookoła, lampki na choince przy Hali Stulecia migały niczym gwiazdy, a ja opowiadałam zupełnie obcemu człowiekowi o świątecznej niespodziance, jaką zafundował mi ojciec. Chłopak słuchał, milczał, kiwał głową, a ja mówiłam i mówiłam, i wcale nie czułam się z tym źle czy nie na miejscu. Kiedy skończyłam, spojrzał na mnie i westchnął.

– Mój ojciec zostawił nas, gdy miałem pięć lat. Okazało się, że cały czas spotykał się ze swoją pierwszą dziewczyną. Ślub to była pomyłka, rodzice wzięli go tylko dlatego, że mama była w ciąży. Podobno tata chciał, aby jego eks była zazdrosna. Przez lata próbował udowadniać, że potrafi być dobrym ojcem. Nigdy mu się nie udało. Godzinami siedziałem na krawężniku i czekałem, aż zza zakrętu wyjedzie jego czerwony ford. Nigdy nie przyjechał. Rozumiem twoje rozgoryczenie, ale twój stary przynajmniej umiał się przyznać do tego, że odchodzi, postawił sprawę jasno. I z tego, co mówisz, twoja mama o tym wiedziała.

– Wiedziała… – Pokiwałam głową. – W sumie… nie wiem, czemu ci to opowiedziałam – zreflektowałam się. Raczej za późno.

– Ja też trochę ci się zwierzyłem, więc jesteśmy kwita. – Uśmiechnął się. – Jest Wigilia, ludzie kładą na stół dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego wędrowca. Zwykła empatia. Oboje tego potrzebowaliśmy.

Wpatrywałam się w niego w milczeniu.

– Skąd się tutaj wziąłeś? – spytałam wreszcie.

– Szedłem do kumpla, na Dembowskiego. – Wzruszył ramionami.

A ja się roześmiałam.

– Zupełnie nie to miałam na myśli.

– Ależ wiem.

– Jak masz na imię?

– Kamil. A ty?

– Ela.

– No, to już nie jesteśmy nieznajomymi. – Kamil uśmiechnął się szeroko. Miał ładny, szczery uśmiech, a jego niebieskie oczy robiły coś naprawdę dziwnego z moim sercem.

Nie lubiłem świąt. Ta kolorowa, jazgotliwa świąteczna pompa w sklepach, dzwonki, mikołaje, światełka i puste prezenty pod sztucznymi choinkami, udawane uśmiechy, ludzie biegający po sklepach z obłędem w oczach, korki na mieście, wszędzie tłumy, krzyczące dzieci. I moja matka. Zawsze taka wymuskana, elegancka, nakrywająca do stołu zgodnie z tradycją. Pod śnieżnobiałym obrusem siano, dwanaście potraw, piękna, żywa choinka ze srebrnymi światełkami i takimi samymi łańcuchami. Zimna. Jak nasz dom. Kolacja wigilijna dla dwojga. Moja piękna matka z nienagannym makijażem, w białej bluzce z żabotem, spiętym srebrną broszą po prababci. Im byłem starszy, tym bardziej było mi z tym źle. Teraz miałem dwadzieścia jeden lat, studiowałem na drugim roku architektury i jedyne, czego pragnąłem, to wyrwać się z tego ponurego domu i jego sztywnych zasad. Czasem, jedząc kolację wigilijną rodowymi srebrnymi sztućcami, wyobrażałem sobie, że zrywam ten śnieżnobiały obrus, zrzucam bezcenną porcelanę na podłogę, wdeptuję karpia i kutię w kosztowny perski dywan w naszej jadalni. To byłoby coś. Uśmiechałem się wtedy, a moja doskonała matka odkładała sztućce, wycierała kąciki ust lnianą serwetą i, patrząc na mnie uważnie, pytała:

– Coś cię bawi, Kamilu?

– Ależ skąd, mamo – odpowiadałem grzecznie, chociaż w myślach krzyczałem i rzucałem porcelaną.

Dzisiaj nie było lepiej. Pięknie zastawiony stół, rodowe srebra, wyciągane i pieczołowicie czyszczone dwa razy w roku. Miśnieńska porcelana, kryształowe kieliszki, wykrochmalony biały obrus z koronką, którą zrobiła babcia. Moja mama, piękna jak zawsze, z wysoko upiętymi włosami i nienagannym makijażem. Tak idealna, doskonała. Pamiętam, że gdy byłem mały, bałem się jeść przy tym idealnym stole z tą idealną matką. Siedziałem w bezruchu, przerażony, że coś stłukę, pobrudzę, rozleję. Mama nie krzyczała, nie karała mnie, tylko łagodnie tłumaczyła, że młody dżentelmen tak się nie zachowuje. Młody dżentelmen. Miałem sześć lat i chciałem szybko uporać się z jedzeniem i rozpakować prezenty. A zamiast tego musiałem celebrować posiłek, jeść powoli, przeżuwać dokładnie, z zamkniętymi ustami, kroić wszystko na idealne małe kawałeczki.

Idealna wieczerza wigilijna z idealną matką w idealnym domu.

Teraz widziałem to trochę inaczej, miałem swoje pasje, studia, przyjaciela Tomka, u którego można było zachlapać stół bez narażania się na długą opowieść o tym, jak to babcia tkała ów obrus własnymi rękami.

Żałowałem, że moja matka nigdy nie związała się z żadnym facetem. Może wówczas nie byłaby taka idealna, tylko bardziej… naturalna. Czasami marzyłem o tym, że po prostu się śmieje, żartuje ze mną, czochra mi włosy i jest zwykłą mamą, a nie królową śniegu. Ale kochałem ją bardzo. Była moją matką, kochała mnie, dbała o mnie, podzielała moje pasje i kibicowała mi, kiedy zdecydowałem się zdawać na architekturę. Lecz w taki dzień jak dzisiaj odliczałem minuty do końca kolacji, do chwili, gdy będę mógł się wyrwać do Tomka, gdzie jego rodzice, dwie siostry, babcia i on sam robili niezły świąteczny rozgardiasz, tak miły mojemu uchu po nieznośnej ciszy panującej w domu.

Lecz dzisiejszy wieczór wigilijny miał się skończyć zupełnie inaczej. I choć teraz jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, miał zmienić całe moje życie.

Już z daleka zwróciłem na nią uwagę. Spacerowała wokół Pergoli z wielkim owczarkiem niemieckim i płakała. Była niewysoka, jej długie, ciemne, lekko falowane włosy wystawały spod kolorowej czapki, dłonie w równie kolorowych rękawiczkach zaciskała na smyczy psa, który chyba był trochę na bakier z dyscypliną – wyglądało to tak, jakby to on wyprowadził ją na spacer. Kiedy byłem niedaleko, pies wyczuł coś w krzakach koło Ogrodu Japońskiego i pociągnął za sobą swoją panią. Ta, zaskoczona, nie zdążyła zareagować i runęła jak długa, twarzą wprost w świeży śnieg. Zaklęła całkiem głośno, a ja, niewiele myśląc, rzuciłem się jej na pomoc.

A potem… jakoś tak się stało, że po prostu wyrzuciła z siebie wszystko, co ją gryzło. To było tak naturalne, tak szczere i prosto z serca, że ja sam się przed nią otworzyłem. Bez wahania.

– Idę do przyjaciela, Tomka – powiedziałem, gdy wreszcie się sobie przedstawiliśmy. – Mieszka niedaleko, na Dembowskiego.

– Ja też mieszkam na Dembowskiego. – Ela pokręciła głową.

– Jego mama robi pyszny makowiec i wyborny sernik, zawsze mnie zaprasza. Chodź ze mną – zaproponowałem. – Zjemy ciasto, a potem odprowadzę cię do domu.

– Ale… – zawahała się. – To chyba nie wypada.

– Niby dlaczego?

– Bo… mnie nie znają ani ja ich. I ciebie.

– Mnie już znasz. Nazywam się Kamil Wysocki, mam dwadzieścia jeden lat, mieszkam na Mickiewicza, studiuję architekturę, nie jestem seryjnym mordercą.

Uśmiechnęła się.

– To dobrze wróży.

– Daj spokój, zwierzyliśmy się sobie, jesteśmy przyjaciółmi. A skoro jesteś moją przyjaciółką, to Tomka też. Poza tym… – Pochyliłem się do jej ucha. – Dzisiaj jest wieczór cudów, Elżbieto. Może to właśnie jeden z nich?

Kiedy się odsuwałem, kosmyk jej włosów musnął mój policzek. Nagle zaschło mi w gardle. Miałem ochotę wsunąć palce w jej gęste włosy, poczuć ich sprężystą jedwabistość na skórze, powąchać je. To było zaskakujące. Nigdy wcześniej mi się coś takiego nie zdarzyło. Ela uśmiechnęła się trochę nieśmiało, a ja musiałem zacisnąć dłonie w pięści, aby nie zrobić czegoś pochopnego i niewątpliwie głupiego.

– Zwykle nie robię takich rzeczy – powiedziała cicho.

– To znaczy jakich? Nie wpadasz głową w śnieg? – spytałem poważnie.

– Tego też nie. Chyba że Ramzes coś wyczuje. No właśnie… – Potrząsnęła smyczą. – Przecież jestem z psem.

– Nie szkodzi. Zresztą… sama zobaczysz. Chodź, potem odprowadzę cię do domu.

– Naprawdę ten makowiec taki pyszny?

Przewróciłem oczami.

– Marzenie! Tylko nie zjedz wszystkiego!

Pies znudził się staniem w jednym miejscu i pociągnął ją, ruszając nagle. Ela się zachwiała, a ja złapałem ją w objęcia. I nagle wszystko stało się takie jasne. Przejrzyste. Proste. Ona też to dostrzegła. Stało się. Ot tak! Wziąłem od niej smycz i poprowadziłem psa, który, o dziwo!, szedł grzecznie przy nodze.

– To nie fair. – Ela pokręciła głową.

– Tak już mam. Zwierzęta po prostu ze mną współpracują – powiedziałem swobodnie. Mówiłem prawdę. Wprawdzie nigdy nie miałem swojego zwierzaka, ale Tomek miał suczkę Lamę, kota Franciszka i żółwia Armagedona. Przychodziły do mnie bez wołania (no, oprócz żółwia), słuchały się mnie i lubiły się ze mną bawić. Tęskniłem za zwierzętami, moja matka twierdziła jednak, że one brudzą, i nigdy nie pozwoliła mi trzymać żadnego w domu.

– Tak właśnie myślałam, gdy ten niewdzięczny pies ruszył jak szalony. Biegł do ciebie!

– No widzisz. Psy znają się na ludziach.

Już wchodziliśmy na podwórko mojego kumpla. Mieszkał w poniemieckim domu, których tu, na Biskupinie, Sępolnie czy Zalesiu, było bardzo dużo.

– Czy twój kolega i jego rodzice… – Ela się zawahała, chciała o coś zapytać, ale zanim zdążyła dokończyć, została porwana przez tajfun zwany rodziną Nowickich.

– Tato, Kamil przyszedł! – Tomek darł się jak opętany. – O! I to nie sam.

– Jak to nie sam? – W korytarzu pojawił się tata Tomka. – O! Joasiu, Kamil przyprowadził niespodziewanego gościa!

Z kuchni wyjrzała mama mojego kumpla. Jej brązowe oczy śmiały się jak zawsze.

– Dajcie im się rozebrać. Lama, spokój! – Pani Nowicka strofowała białą suczkę, która powarkiwała na Ramzesa, choć ten nie posiadał się z radości, że ma nową koleżankę.

Kiedy udało mi się przedstawić wszystkim Elę i wreszcie usiedliśmy z Nowickimi do stołu, na którym czekał na nas obiecany makowiec, poczułem, że wszystko jest tak, jak być powinno. I potem, gdy w pokoju Tomka słuchaliśmy muzyki i bawiliśmy się z psami. I kiedy widziałem, jak przyjaciel powstrzymuje się od zarzucenia mnie pytaniami. Ela się odprężyła, wyluzowała, Tomek żartował, a ja obserwowałem tę śliczną czarnowłosą dziewczynę i zastanawiałem się, czy istnieje coś takiego jak przeznaczenie.

– Ja cię chyba znam – stwierdził w pewnym momencie Tomek. – Chodzisz do piekarni na Olszewskiego?

– Zgadza się, od lat kupujemy tam chleb.

– No właśnie, stamtąd cię kojarzę.

– W końcu mieszkamy w jednej dzielnicy. – Ela uśmiechnęła się łagodnie. A ja nie mogłem oderwać wzroku od jej ślicznych ust. – A wy skąd się znacie?

Tomek pokazał mi język.

– Znamy się z czasów, kiedy waliliśmy kupę na nocnik.

– Daruj sobie szczegóły, stary! – parsknąłem, ale Ela tylko machnęła ręką.

– Chodziliście razem do przedszkola?

– Dokładnie. A potem do zerówki, do podstawówki…

– A teraz wspólnie studiujemy na wydziale architektury. Ten gość nie chce ode się mnie odczepić. – Przewróciłem oczami, a Tomek walnął mnie pięścią w ramię.

– No chyba ty!

Przekomarzaliśmy się trochę, a Ela żartowała razem z nami i była taka pogodna. Było mi naprawdę miło, że dzisiaj, w ten świąteczny wieczór, spotkałem kogoś, kto potrzebował mojego wsparcia.

Odprowadziłem ją później do domu. Ramzes skakał wokół nas, a my szliśmy powoli, rozmawiając o wszystkim i o niczym.

– Wierzysz w przeznaczenie? – spytałem nagle, boleśnie świadomy zaciśniętej w pięść dłoni, gdy tak bardzo marzyłem, aby dotknąć jej ręki.

– Nigdy o tym nie myślałam – odparła cicho. – Kiedyś myślałam, że żyję w szczęśliwej rodzinie, a tymczasem mój ojciec pewnie sobie kogoś znalazł i postanowił nas zostawić.

– Skąd wiesz, że kogoś ma?

– No sam powiedział, że się rozwodzi. – Wzruszyła ramionami.

– Rozumiem. Głupi moment na takie wyznania. Ale to, że się rozwodzą, nie oznacza, że on kogoś ma.

– Dlatego może… z tym przeznaczeniem, wiesz… – Zatrzymała się i spojrzała mi w oczy. – Może jest coś takiego. Zapisane w gwiazdach czy coś. – Machnęła ręką w stronę rozgwieżdżonego nieba.

Śnieg przestał padać, a chmury ustąpiły, odsłaniając granatowe niebo, iskrzące gwiazdami.

– Nie wierzyłem w takie rzeczy. Zawsze mówiłem, że mamy to, co sami sobie wypracujemy.

– Czasami nie otrzymujemy tego, czego byśmy pragnęli. Albo dostajemy za mało.

Pokiwałem głową.

– Masz rację.

– Myślisz, że nasze spotkanie… to było przeznaczenie? – Patrzyła na mnie dziwnie poważnie.

Nie mogłem się już dłużej powstrzymywać, dotknąłem jej dłoni i leciutko ścisnąłem.

– Tak właśnie myślę.

Wieczór cudów? Tylko raz w roku?

Może coś w tym jest? Skoro kręcą o tym filmy i piszą książki, to może i w realnym życiu się zdarza.

– To dziwne. Ale fajne. – Jej oczy błyszczały. A ja przełknąłem ślinę i odetchnąłem głęboko. W życiu się tak nie czułem. Jakbym unosił się nad ziemią.

– Bardzo fajne, Elu.

Ruszyliśmy powoli do jej domu. Tuż przed bramą Ela się zatrzymała i teraz to ona ścisnęła moją dłoń.

– To była jedna z fajniejszych Wigilii w moim życiu. Chociaż zaczęła się beznadziejnie.

– Czasami z kiepskich rzeczy rodzą się całkiem dobre. – Dotknąłem palcami jej chłodnego policzka. – Zobaczymy się jeszcze? – spytałem pospiesznie, czując, że coś dławi mnie w gardle.

– Bardzo bym chciała – odpowiedziała cicho. Widziałem, że też się denerwuje. Dwa nerwusy. Ona i ja. Zestaw doskonały. Odetchnąłem z ulgą.

– To wymieńmy się numerami telefonów.

– Okej.

Pies popiskiwał, niecierpliwie ciągnąc smycz, chyba chciał już iść do domu. Ela miała zaróżowione policzki i czerwony nos, wyglądała uroczo, ale widać było, że przemarzła. Mnie za to wcale nie było zimno. Czułem się, jakbym przebiegł maraton. Tak… W takim właśnie tempie biło moje serce.

– Też coś ci powiem. – Pochyliłem się ku niej i spojrzałem jej w oczy.

– Co…?

– To była najlepsza Wigilia w moim życiu. Po prostu najlepsza.

Ela uśmiechnęła się, a ja wiedziałem, że oto właśnie coś się zaczyna. Obok mnie pojawiła się ta dziewczyna z uśmiechem, który rozjaśniał najciemniejsze zakątki duszy. Czasami wydawało mi się, że moje życie jest beznadziejne, ale przecież wcale takie nie było. Wiele dzieciaków wychowywało się w niepełnych rodzinach i wychodziło na ludzi. Po prostu… czasami się dusiłem, czułem się samotny, mimo iż miałem kochającą matkę i najlepszego kumpla. Tymczasem dziewczyna, którą poznałem w świąteczny wieczór, okazała się być mi bliższa, niż mógłbym w najśmielszych wyobrażeniach przypuszczać. To musiało coś znaczyć! Świąteczny cud! Byłem głupkiem, że wierzyłem w takie rzeczy. Ale jednak wierzyłem.