Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 301 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko on - Sylvia Day

Sylvia Day po raz kolejny zabiera swoje czytelniczki w ekscytującą podróż po krainie zmysłowych doznań. Maria, Zimna Wdowa, słynie z niezwykłej urody i ognistego temperamentu. Jej osoba wzbudza wielkie zainteresowanie i pożądanie wśród mężczyzn – wydaje się niedostępna i oziębła, a jej przeszłość osnuta jest mgłą tajemniczości. W młodym wieku pochowała już dwóch mężów. Jej małżeństwa były aranżowane przez znienawidzonego ojczyma, lorda Weltona, który trzyma Marię w szachu. Kilka lat temu rozdzielił ją z ukochaną siostrą i od postępowania Marii zależy bezpieczeństwo Amelii. Zimna Wdowa nie ustaje w poszukiwaniu młodszej siostry oraz planowaniu uwolnienia się od ojczyma i zemsty na nim. Póki co musi brać udział w jego intrygach. Właśnie otrzymała od Weltona kolejne zadanie: ma wykorzystać swój nieodparty urok, aby dowiedzieć się, dlaczego Christopher St. John, niepokorny pirat, został zwolniony z więzienia. Tymczasem jedyną szansą St. Johna na uniknięcie stryczka jest użycie swego legendarnego czaru uwodziciela, aby rozpuścić lód w sercu Marii i przejrzeć jej zamiary. Oboje okazują się godnymi siebie i równie atrakcyjnymi przeciwnikami. Uwikłani w niebezpieczną, ale jakże zmysłową intrygę, oboje chcą wygrać w tej niełatwej grze uwodzenia i pożądania, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a oprócz interesów i namiętności zaczyna się liczyć coś więcej...

Sylvia Day jest autorką kilkudziesięciu wielokrotnie nagradzanych książek, w tym światowych bestsellerów z serii Dotyk Crossa, które zostały przetłumaczone na 40 języków. Jej książki – od powieści erotycznych po romanse historyczne – zajmują pierwsze miejsca na listach w 20 krajach i sprzedają się w milionowych nakładach. Dotyk Crossa został wybrany najlepszym romansem największej księgarni internetowej Amazon i już trwają prace nad ekranizacją powieści.

Opinie o ebooku Tylko on - Sylvia Day

Fragment ebooka Tylko on - Sylvia Day

Mojej literackiej dobrej wróżce, Kate Duffy.

Za wszystko, a zwłaszcza za to, że kochasz moje książki tak samo jak ja.

Uwielbiam pisać dla Ciebie.

Rozdział 1

– Gdyby anioł zagłady dorównywał ci urodą, mężczyźni ustawialiby się w kolejce po śmierć.

Maria, lady Winter, energicznym gestem zatrzasnęła wieczko emaliowanej puderniczki. Czuła odrazę do człowieka, którego odbicie widziała przed chwilą w lusterku. Mdliło ją na jego widok. Wzięła głęboki oddech, wpatrując się uparcie w scenę na dole, lecz mimo to rozpraszał ją ten niebywale przystojny mężczyzna siedzący za nią w półmroku jej prywatnej loży.

– Wkrótce i na ciebie przyjdzie kolej – szepnęła, zachowując niewzruszone oblicze niczym królowa. Jak zwykle, wszystkie lornetki na widowni kierowały się w jej stronę. Na ten wieczór włożyła suknię ze szkarłatnego jedwabiu z lejącymi rękawami z koronki. Szkarłat był jej ulubionym kolorem. Nie dlatego że podkreślał jej urodę – ciemne włosy, czarne oczy i oliwkową karnację – którą zawdzięczała domieszce hiszpańskiej krwi płynącej w jej żyłach. Ten strój był jak przestroga. Miej się na baczności. Poleje się krew.

Zimna Wdowa, zawrzało wśród widzów. Już dwóch mężów pochowała... ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Anioł zagłady. Ile w tym prawdy! Mężczyźni z jej otoczenia umierali; niestety, oprócz tego, którego najchętniej zesłałaby do Hadesu.

O dreszcze przyprawił ją stłumiony śmiech dobiegający z głębi loży.

– Słono za to zapłacisz, najdroższa córeczko, kiedy doczekam się mojej nagrody.

– Bodajby nagrodą był ci mój sztylet w twym sercu – syknęła.

– Ech... szkoda, że wówczas nigdy nie zobaczysz siostrzyczki. Jest już prawie dorosła.

– Nie waż się mi grozić, Welton. Kiedy wydasz Amelię za mąż, dowiem się, gdzie jest, a wtedy stracisz jedyny powód do kontynuowania swej marnej egzystencji. Wspomnij me słowa, zanim uczynisz jej to, co mnie uczyniłeś.

– Sprzedam ją zatem jako niewolnicę – wycedził.

– Lekkomyślnie zakładasz, że nie uprzedziłam twych planów. – Poprawiła koronkowe rękawy i lekko wykrzywiła usta, by ukryć strach. – Dowiem się, a wtedy zdechniesz.

Poczuła, że się wzdrygnął. Uśmiechnęła się. Miała szesnaście lat, gdy Welton zakończył jej żywot. Od tej pory czekała na dzień, w którym będzie mogła się jemu odpłacić. Myśl o zemście pomagała jej znieść tęsknotę za siostrą.

– St. John – znów się odezwał.

Maria wstrzymała oddech na dźwięk znanego nazwiska.

– Christopher St. John?

Doprawdy, aż dziw brał, że cokolwiek było w stanie ją jeszcze zaskoczyć. W dwudziestej szóstej wiośnie życia miała wrażenie, że na tym świecie widziała i robiła już wszystko.

– Pieniędzy ma w bród, ale małżeństwo z nim mnie pogrąży. Wówczas nie zdam się na nic, jeśli idzie o twe intrygi.

– Tym razem małżeństwo nie wchodzi w grę. Nie tknąłem jeszcze majątku po lordzie Winterze. Potrzebuję informacji. Podejrzewam, że coś knują i dlatego potrzebny im St. John. Chcę, żebyś się zorientowała, czego od niego chcą i – co najważniejsze – kto zaaranżował jego zwolnienie z więzienia.

Maria wygładziła czerwoną jak krew suknię. Jej dwaj świętej pamięci małżonkowie byli agentami Korony i przez wzgląd na swą profesję stanowili łakomy kąsek dla jej ojczyma. Nieszczęśnicy byli też nieprzyzwoicie bogatymi parami, a po ich przedwczesnej śmierci spora część bogactw przypadła jej w spadku, którym de facto dysponował Welton.

Rozejrzała się po teatrze. Smugi dymu unosiły się ze świec oświetlających pozłacane woluty. Na scenie sopranistka daremnie walczyła o uwagę publiczności, choć przecież nikt z obecnych nie przyszedł tu po to, by ją podziwiać. Parowie wprawdzie bywali w operze, ale po to, aby się pokazać w towarzystwie i mieć baczenie na salonowe rozgrywki – nic ponadto.

– Interesujące – mruknęła, przywołując w pamięci opowieści o sławnym piracie. Podobnie jak ona, St. John słynął z wielkiej urody. Ludzie rozpowiadali o nim niesłychane historie i prześcigali się w zakładach, kiedy wreszcie zawiśnie na szubienicy. Niektóre z przypisywanych mu rozbojów były tak niezwykłe, że Maria wiedziała, iż nie mogą być prawdą.

– Muszą być w wielkiej desperacji, skoro wypuszczają tego awanturnika na wolność. Przez tyle lat usiłowali go złapać na gorącym uczynku i teraz, gdy wreszcie mają go w garści, ni stąd, ni zowąd pozwalają mu odejść. Jak mniemam, z tej sytuacji nikt nie jest zadowolony.

– Nie obchodzi mnie niczyje samopoczucie – uciął Welton. – Chcę wiedzieć, co mogę ugrać w tej sprawie.

– Skąd ta niezachwiana wiara w siłę mojego wdzięku? – wycedziła z nienawiścią. Pomyślała o grzechach, których musiała się dopuścić, by chronić znienawidzonego człowieka. I mu służyć... Uniosła podbródek. Nie, nie chroniła ojczyma ani mu nie służyła. Potrzebowała go żywego. W razie jego śmierci nigdy nie odnalazłaby Amelii.

Welton zignorował tę złośliwość.

– Pojmujesz, ile jest warta ta informacja?

Lekko skinęła głową, świadoma bezustannej obserwacji, jakiej poddawany był każdy jej gest. Ludzie wiedzieli, że mężowie Marii nie zmarli śmiercią naturalną. Jednak nikt nie mógł niczego udowodnić. Mimo powszechnego przekonania o jej winie chętnie podejmowano lady Winter na najświetniejszych salonach. Ciągnęła się za nią zła sława. A nic tak skutecznie nie zabija nudy podczas towarzyskich przyjęć.

– Jak go znajdę?

– Masz swoje sposoby.

Niespodziewanie wynurzył się z zakamarka loży i stanął tuż nad nią, ale ona ani drgnęła. Bała się tylko o Amelię. Poza tym nigdy nie czuła lęku.

Welton dotknął jej kruczoczarnych włosów.

– Twoja siostra ma równie przepiękne pukle. Nawet puder nie zdoła zakryć ich blasku.

– Precz stąd!

Jego śmiech niósł się nawet, kiedy zniknął za kotarą loży. Jak długo jeszcze będzie znosić ten rechot? Opłaciła już tylu zwiadowców, ale żaden z nich nie zdołał odnaleźć jej siostry. Czasem przynosili plotki, czasem nowy ślad. Tyle razy była już blisko celu... Ale Welton zawsze był o krok do przodu.

Tymczasem z każdym dniem dusza Marii pogrążała się w mroku, właściwie na jego rozkaz.

– Nie daj się zwieść jej słodkiej buźce i filigranowej figurze. Jest jak żmija, gotowa ukąsić w każdej chwili.

Christopher St. John usadowił się wygodnie na krześle, nie poświęcając przesadnej uwagi agentowi Korony, który zaprosił go do swej loży. Jego wzrok przykuwała kobieta w szkarłatnej sukni siedząca w loży naprzeciwko. Wyczuwał w niej bliskie podobieństwo. Żyjąc pośród społecznych mętów, zdołał wyrobić sobie intuicję, która jeszcze nigdy go nie zawiodła.

W sukni koloru dającego ułudę ciepła lady Winter nie wydawała się tak lodowata jak jej nazwisko. Przypominała raczej hiszpańską kusicielkę, w której żyłach płynęła gorąca krew. On zaś miał rozbudzić w niej namiętność, udawać sprzymierzeńca i dowiedzieć się o niej tyle, żeby to ona zamiast niego zawisła na stryczku. Takie dostał zadanie.

W jego ocenie ohydny, ale sprawiedliwy układ. On był piratem i złodziejem, a ona żądną krwi zachłanną jędzą.

– Ma na usługach co najmniej tuzin ludzi w każdym zakątku kraju – ciągnął wicehrabia Sedgewick. – I kontakty w agencji Korony. To śmiertelnie niebezpieczna kobieta. Pasujesz do niej, zważywszy na twoją wątpliwą reputację i zamiłowanie do zamętu. Oczekujemy, że wdowa nie oprze się propozycji pomocy, którą niebawem jej złożysz.

Christopher głośno westchnął; wizja dzielenia łoża z piękną Zimną Wdową bynajmniej go nie cieszyła. Znał ten typ kobiet, które obchodził tylko własny wygląd, a nie radość z życia. Sens jej egzystencji sprowadzał się do znalezienia źródła utrzymania, czyli usidlenia zamożnego pretendenta do ręki. Nie będzie chciała się spocić ani wysilić. Przecież mogłaby popsuć sobie fryzurę.

Ziewnął szeroko i zapytał:

– Czy mogę teraz odejść, milordzie?

Sedgewick pokiwał głową.

– I od razu zabieraj się do roboty, bo zaprzepaścisz swoją ostatnią szansę.

St. John z ledwością przełknął te słowa. Wkrótce agencja przekona się, że on nie z tych, co tańczą, jak mu inni zagrają.

– Zajmę się tym. Chcecie, żebym rozpoczął romans i interesy z lady Winter. I tak się stanie. – Christopher wstał i poprawił płaszcz. – Zważcie jednak, że ten typ kobiety szuka w miłości korzyści finansowych. Taki mężczyzna jak ja nie zrobi na niej wrażenia, więc nie od razu zajrzę do jej alkowy. Zaczniemy naszą znajomość od interesów. Dopiero potem przypieczętujemy je miłosnym aktem. Tak się załatwia takie rzeczy.

– Przerażające z ciebie indywiduum – zauważył cierpko Sedgewick.

Christopher zerknął przez ramię, kiedy odsuwał ciężką kotarę prywatnej loży para.

– Lepiej, żebyś to sobie zapamiętał.

Maria zdawała sobie sprawę, że publika nieustannie jej się przygląda. Od natrętnych spojrzeń stanęły jej włoski na karku. Uważnie obserwowała każdy balkon, ale nic nie wzbudziło jej zainteresowania. Żyła tylko dzięki własnemu instynktowi, dlatego ufała mu bezgranicznie.

Ściszone męskie głosy dochodzące z galerii odciągnęły jej uwagę od bezowocnych obserwacji lóż. Zwykły bywalec opery nie dosłyszałby nic wśród gwaru widowni zagłuszającego arię śpiewaczki, ale nie Maria. Zmysły miała wyostrzone niczym wytrawny myśliwy podczas łowów.

– Loża Zimnej Wdowy.

– Ach... – mruknął mężczyzna z uznaniem. – Warta grzechu. Obłędnie urodziwa. Istna bogini piękności.

Maria prychnęła. Co za przekleństwo!

Dziewczęca próżność, którą kiedyś odczuwała, gdy komplementowano jej niespotykaną urodę, zniknęła w dniu, w którym on spojrzał na nią z ukosa i rzekł:

– Zrobię na tobie fortunę, skarbie.

To była zaledwie jedna z wielu śmierci, których doświadczyła w swoim życiu.

Najpierw umarł jej ukochany ojciec. Zapamiętała go jako pewnego siebie i energicznego człowieka, który lubił się śmiać i adorować jej matkę, Hiszpankę. Niestety, zapadł na zdrowiu. Wiele lat później Maria nader celnie nauczyła się rozpoznawać objawy otrucia. W tamtym czasie znała jednak tylko strach i niepewność. Te uczucia dopadły ją ze zdwojoną siłą, kiedy matka przedstawiła jej przystojnego bruneta, który miał zastąpić jej ojca.

– Mario, drogie dziecko – powiedziała matka z charakterystycznym akcentem, miękko wymawiając sylaby. – To wicehrabia Welton. Zamierzamy się pobrać.

Już wcześniej słyszała to nazwisko. Najbliższy przyjaciel ojca. Nie umiała pojąć swoim młodym umysłem, dlaczego matka ponownie chce wyjść za mąż. Czyżby ojciec znaczył dla niej tak niewiele?

– Wicehrabia Welton pragnie wysłać cię do najznakomitszych szkół – wyjaśniła. – Zapewni ci przyszłość, o jakiej marzył dla ciebie twój ojciec.

Wysłać cię. Tyle z tego zrozumiała.

Zaraz po ślubie lord Welton wywiózł je na wrzosowiska do średniowiecznego zamczyska. Maria nienawidziła tego miejsca. Dokuczały jej przeciągi, komnaty były zimne i ponure, tak inne niż przytulny dom, w którym onegdaj mieszkała.

Welton spłodził córkę ze swą nową żoną i zaraz potem obydwie porzucił. Maria wyjechała do internatu, a on zamieszkał w mieście, gdzie trwonił pieniądze jej ojca na mocne trunki, dziwki i hazard. Matka tymczasem stawała się coraz bledsza i chudsza. Wypadały jej włosy. Chorobę ukrywano przed Marią do ostatniej chwili.

Wezwano ją, dopiero gdy koniec był już bliski. Wicehrabina Welton przedstawiała już tylko cień kobiety, którą była zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Jej siły witalne znikały równie nieubłaganie jak zawartość ich rodzinnego skarbca.

– Mario, moje dziecko – szeptała matka na łożu śmierci. – Wybacz mi. Welton był taki dobry po śmierci twojego ojca. Byłam ślepa.

– Wszystko będzie dobrze, mamo. – Maria kłamała bez mrugnięcia okiem. – Wydobrzejesz, a wtedy od niego uciekniemy.

– Nie! Musisz...

– Proszę, nie mów nic więcej. Potrzebny ci odpoczynek.

Zaskoczył ją uścisk matki. Był taki silny mimo nadchodzącej śmierci. Jego moc odzwierciedlała matczyną determinację.

– Musisz chronić przed nim swą siostrę. Nie obchodzi go, że łączy ich krew. Wykorzysta ją tak, jak wykorzystał mnie. I wykorzysta też ciebie. Amelia nie jest tak dzielna jak ty. Brak jej wytrzymałości, jaką ty odziedziczyłaś po ojcu.

Maria patrzyła na matkę z przerażeniem. Wiele się nauczyła w czasie dziesięcioletniego małżeństwa matki z Weltonem. Przede wszystkim zaś odkryła, że pod maską niezwykle przystojnego mężczyzny kryje się prawdziwy szatan.

– Przecież jestem jeszcze za młoda! – Dziewczynka oddychała ciężko, a po jej policzkach leciały łzy. Większość roku przebywała w szkole. Tam uczono ją manier godnych dam, które Welton z przyjemnością wykorzystywał. Podczas sporadycznych odwiedzin w domu nieraz słyszała, jak ojczym rzucał ostre niczym brzytwa obelgi pod adresem matki. Służba donosiła o rozdzierających serce krzykach. Siniakach. Krwi. Długiej rekonwalescencji po jego wizytach.

W dniach, kiedy ojciec przebywał w dworku, siedmioletnia Amelia nie opuszczała swej komnaty. Osamotniona i przerażona. Żadna guwernantka nie zagrzała w ich domu miejsca.

– Poradzisz sobie, Mario – szeptała Cecille, wykrzywiając z bólu blade usta. Powieki opadały na jej przekrwione oczy. – Po śmierci obdaruję cię moją siłą. Będę cię wspierać, mój aniołku. I twój ojciec też. Będziemy cię strzec.

Te słowa zapadły jej w pamięć. Dały jej wiarę, że przetrwa kolejne lata cierpień.

– Czy już umarła? – zapytał Welton niewzruszonym tonem, kiedy Maria wyszła z sypialni matki. W jego jasnozielonych oczach nie było ani śladu uczucia.

– Tak.

Wstrzymała oddech. Ręce jej drżały.

– Załatw tę sprawę wedle własnego uznania.

Kiwnęła głową i ruszyła do drzwi. Wśród posępnej ciszy domu zaszeleściła jej ciężka jedwabna spódnica.

– Mario. – Usłyszała przyprawiający o dreszcze szept.

Przystanęła i spojrzała na niego. Przez chwilę studiowała jego oblicze, kontemplując drzemiące w nim zło. Obojętnym wzrokiem omiotła jego szerokie ramiona, wąskie biodra i silne nogi, które dla wielu kobiet zdawały się być pociągające. Bił od niego chłód, ale zielone oczy, czarne gęste włosy i szarmancki uśmiech czyniły z niego najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego w życiu widziała. Diabelski suplement do jego czarnej jak grzech duszy.

– Powiadom Amelię o śmierci Cecille. Jestem już spóźniony.

Amelia.

Maria skuliła się w sobie. Po stracie matki trawił ją nieznośny ból. Miała wrażenie, że ojczym, zlecając jej to zadanie, bezlitośnie wgniatał butem jej pierś w zimną posadzkę. Przypomniała sobie słowa matki i poczuła w sobie siłę, którą ona jej przyrzekła. Jak na komendę wyprostowała się i dumnie uniosła podbródek.

Na widok jej buńczucznej miny Welton głośno się roześmiał.

– Wiedziałem. Idealnie się nadasz. Zapłacisz za kłopoty, których przysporzyła mi twoja matka.

Maria patrzyła, jak ojczym sprężystym krokiem skierował się do wyjścia, zupełnie nie zważając na śmierć własnej żony.

Co ma powiedzieć siostrze? Jakie słowa ukoją jej ból? Amelia, w przeciwieństwie do Marii, nie zachowała szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa. Teraz została sierotą, bo jej ojciec w ogóle nie troszczył się o nią. Równie dobrze mógłby nie żyć.

– Witaj, dziecinko. – Maria weszła do pokoju siostry i rozłożyła szeroko ramiona, żeby złapać pędzącą do niej dziewczynkę.

– Maria!

Uściskały się, potem usiadły na łóżku przykrytym narzutą z granatowego jedwabiu. Maria kołysała w ramionach szlochającą siostrzyczkę, bezwiednie wpatrując się w bladobłękitny adamaszek zdobiący ściany. Po jej policzkach spływały łzy. Zostały same na świecie.

– Co teraz poczniemy? – zapytała Amelia płaczliwym głosem.

– Przetrwamy – powiedziała cicho Maria. – I będziemy się trzymać razem. Zaopiekuję się tobą. Pamiętaj o tym.

Zasnęły. A kiedy Maria się obudziła, nie było już przy niej Amelii.

W tamtej chwili jej życie odmieniło się na zawsze.

Maria zerwała się z fotela. Odsunęła kotarę i wyszła na galerię. Dwóch służących strzegących wejścia do jej loży stanęło na baczność.

– Kareta – rzuciła do jednego, a on natychmiast wybiegł z teatru.

Nagle ktoś gwałtownie uderzył ją w plecy. Zatoczyła się i zaraz znalazła oparcie w silnych ramionach nieznajomego.

– Proszę o wybaczenie. – Usłyszała intrygujący, nieco chrapliwy głos.

Wstrzymała oddech i nawet nie drgnęła, choć jej zmysły szalały. Czyjaś mocna pierś napierała na jej plecy, twarde ramię ściskało jej kibić, a w jej nozdrza wbijał się natrętny aromat bergamotki zmieszany z zapachem mężczyzny. Nieznajomy nie rozluźnił uścisku; przeciwnie – przytulił ją jeszcze mocniej.

– Puść mnie! – rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Uczynię to, gdy będę gotów.

Gołą ręką, bez rękawiczki, złapał ją za szyję. Jego dotyk rozgrzał rubiny zdobiące jej dekolt do tego stopnia, że niemal płonęły. Szorstkie palce wprawnie znalazły jej tętno i przez chwilę pieściły w tym miejscu skórę. Jej serce biło jak oszalałe. Ruchy mężczyzny były pewne. Nie wahał się ani sekundy, jakby miał prawo obmacywać ją kiedykolwiek i gdziekolwiek chciał, nawet w miejscu publicznym. Mimo to był wręcz niewiarygodnie czuły. Z łatwością uwolniłaby się z tego uścisku, gdyby tylko chciała, ale nagły bezwład ogarnął jej ciało.

Rzuciła spojrzenie służącemu na znak, by jej pomógł. Chłopak wytrzeszczył oczy i nerwowo przełknął ślinę, po czym odwrócił głowę w drugą stronę.

Westchnęła. Zdaje się, że będzie musiała sobie sama poradzić.

Jak zwykle.

W ciągu kilku sekund zrobiła to, co podpowiadał jej instynkt. Błyskawicznym ruchem złapała napastnika za nadgarstek, wbijając weń ostrze ukryte w pierścieniu robionym na zamówienie. Mężczyzna syknął z bólu, a potem się zaśmiał.

– Uwielbiam niespodzianki.

– Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o sobie.

– Przerażona? – rzucił beztrosko.

– Z powodu krwi na mojej sukni? Owszem – odparła cierpko. – To jedna z moich ulubionych.

– Teraz lepiej pasuje do krwi na twych rękach... – urwał. Drgnęła, gdy musnął językiem płatek jej ucha. Zalał ją rumieniec. – ...i moich.

– Kim jesteś?

– Tym, kogo potrzebujesz.

Maria głęboko wciągnęła powietrze, wciskając uwięzioną w gorsecie talię w muskularne ramię mężczyzny. Przez jej głowę przelała się lawina domysłów. Nie umiała pozbierać myśli.

– Nie brak mi nikogo.

Wypuścił ją z objęć, dotykając palcami jej nagiej skóry tuż nad gorsetem. Zadrżała.

– Kiedy zmienisz zdanie – szepnął – przyjdź do mnie.

Cofnął się, a ona, kołysząc suknią, odwróciła się, by spojrzeć mu w twarz.

Zręcznie zamaskowała zaskoczenie. Doprawdy, nie znalazłaby słów oddających powalającą urodę nieznajomego. Rozjaśnione słońcem włosy w kolorze złotego blondu, niesamowicie błękitne oczy, regularne rysy. Wyglądał anielsko. Usta, choć wąskie, wyrzeźbiła ręka prawdziwego mistrza. Oblicze było obezwładniająco piękne. Budził zaufanie, lecz zimna determinacja w jego spojrzeniu podpowiadała, że to błąd.

Maria przyglądała mu się uważnie. Naraz uzmysłowiła sobie, że swym zachowaniem przyciągają ciekawskie spojrzenia, ale nie umiała od niego oderwać wzroku. Ten mężczyzna ją usidlił. Stał teraz przed nią i w impertynencki sposób próbował ją sprowokować.

– St. John – szepnęła.

Wysunął nogę do przodu i lekko się ukłonił. Potem uśmiechnął się, ale jego spojrzenie pozostało niewzruszone. Przejmujące na wskroś i demonizujące. Sine worki pod oczami wskazywały, że nie cieszył się spokojnym ani długim snem.

– Schlebiasz mi, milady.

– A czegóż to niby mi brakuje?

– Zapewne tego, czego szukają opłacani przez ciebie ludzie.

Nie umiała ukryć zdziwienia.

– Co wiesz?

– Za dużo – odpowiedział szybko. Przyglądał się jej badawczo. Lekko wykrzywił zmysłowe usta, a ona wpatrywała się w nie wbrew własnej woli. – Choć, moim zdaniem, za mało. Razem moglibyśmy dopiąć celu.

– A jaki jest twój cel?

Jak to możliwe, że znalazł ją zaraz po rozmowie z Weltonem? To nie może być zwykły zbieg okoliczności.

– Zemsta – to słowo gładko przeszło mu przez gardło. Zgadywała, że pirat jest tak samo wyzuty z emocji jak ona. I chyba miała słuszność. Przecież był notorycznym kryminalistą. Żadnej skruchy, wyrzutów sumienia ani żalu za grzechy. – Agencja niepotrzebnie wtrąca się w moje życie.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Nie? Szkoda. – Krążył blisko wokół niej. – Będę w pobliżu, jak już sobie wszystko przemyślisz.

Postanowiła, że nie odwróci się za nim i nie będzie patrzeć, jak odchodzi, ale już po sekundzie wpatrywała się w niego łapczywie. Oceniła jego wzrost, szerokie ramiona, satynowe ubranie i wysokie buty. Nic nie umknęło jej uwadze. W takim stroju nie mógł się wtopić w tłum kłębiący się po galerii. Kanarkowy płaszcz i bryczesy wyróżniały się na tle czarnych fraków. Podziwiała go, jakby był bogiem słońca olśniewającym świat swoją osobą. Swobodnymi manierami bynajmniej nie tuszował niebezpiecznej natury. Wręcz przeciwnie. Budził grozę wśród parów, którzy szybko schodzili mu z drogi.

Wreszcie poznała urok osławionego St. Johna.

– Idziemy. – Maria rzuciła do służącego.

– Pani! – zawołał z rozpaczą. – Błagam o wybaczenie.

Młodzieniec wyglądał, jakby lada moment miał zemdleć. Ciemne włosy opadły mu na brwi, podkreślając jego dziecięce jeszcze rysy. Gdyby nie liberia wyglądałby jak dziecko.

– Za co? – uniosła brwi.

– Nie przyszedłem pani z pomocą.

Spojrzała na niego łagodnie i wyciągnęła rękę. Ten gest go przestraszył.

– Nie gniewam się na ciebie. Bałeś się. Znam to uczucie.

– Naprawdę?

Westchnęła ciężko i ścisnęła go za ramię.

– Naprawdę.

Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Poczuła bolesne ukłucie w sercu. Czy kiedykolwiek zdarzyło jej się postępować tak... prostolinijnie? Czasami czuła się zupełnie oderwana od świata.

Zemsta. To było jedyne pragnienie w jej życiu. Karmiła się nim codziennie rano, a potem napychała sobie nim usta wieczorem. Potrzeba odpłacenia się za doznane krzywdy pompowała krew w jej żyłach i powietrze do płuc.

A Christopher St. John miał być środkiem do celu.

Jeszcze przed chwilą ten człowiek oznaczał dla niej nowe zadanie. Teraz pojawiły się inne okoliczności, daleko bardziej intrygujące, by nie rzec, kuszące. Traktowała tę sprawę jak przemyślaną rozgrywkę, w której zamierzała z kretesem wykorzystać pirata. Nie miała cienia wątpliwości, że sobie poradzi.

Szczery uśmiech zawitał na jej twarzy. Po raz pierwszy od wielu lat.

Christopher, pogwizdując, wychodził z teatru. Czuł na sobie spojrzenie lady Winter. Nie spodziewał się, że od razu uda mu się z nią porozmawiać. Miał nadzieję, że przy odrobinie szczęścia przyjrzy się jej z bliska i zorientuje się, jak dobrze jest strzeżona. To był doprawdy cudowny zbieg okoliczności, że akurat w tym momencie opuściła lożę. Nie tylko ją poznał, ale też jej dotykał, trzymał w ramionach i wdychał zapach jej skóry.

Już nie obawiał się nudy w sypialni. Na pewno nie po tym, jak poczuł na sobie ostrze ukryte w pierścieniu. Rozbudziła w nim coś więcej niż tylko cielesne pożądanie. Była młodsza, niż zakładał. Pod warstwą pudru kryła się nieskazitelnie gładka cera, a w jej ślicznych czarnych oczach czaiły się nieufność i jednocześnie ciekawość. Lady Winter nie była dojrzałą matroną. Jak to możliwe, skoro przypisuje się jej zamordowanie aż dwóch mężów?

Zamierzał się tego dowiedzieć. Zastanawiało go również, dlaczego agencja wyżej ceniła sobie jej głowę niż jego.

Gdy wyszedł z gmachu teatru, spostrzegł czarną, lakierowaną karetę z herbem Winterów. Zatrzymał się tuż obok. Wykonał ledwie zauważalny gest, a potem przez chwilę nasłuchiwał. W odpowiedzi rozległo się pogwizdywanie ptaka. Ten znak oznaczał, że jeden z jego ludzi rozstawionych w okolicy odczytał rozkaz. Będzie śledzić powóz do odwołania. Dokądkolwiek się uda piękna milady, St. John zostanie o tym bezzwłocznie powiadomiony.

– W tę niedzielę będę bawił na przyjęciu u Harwicków – zwrócił się do nadętego stangreta, który wybałuszył na niego oczy. – Dopilnuj, żeby jaśnie pani się o tym dowiedziała.

Mężczyzna skwapliwie przytaknął.

Christopher uśmiechał się z zadowoleniem. Czuł się zaintrygowany. Po raz pierwszy od wielu lat.

Rozdział 2

– Nie wykluczam, że została sprzedana jako niewolnica.

Maria stała przy kominku. Spojrzała twardo na swego zwiadowcę i byłego kochanka. Simon Quinn miał na sobie kolorowy szlafrok z satyny, niedbale związany w pasie. Poły szlafroka odsłaniały jego smagłą pierś. Ogorzała skóra i czarne włosy podkreślały intensywny błękit jego oczu. Typowo irlandzkie rysy. Zupełne przeciwieństwo starszego o kilka lat złotowłosego St. Johna, ale równie przystojny.

Nie licząc niebywałej urody, Simon wydawał się zwyczajnym mężczyzną. Jedynie badawcze spojrzenie, jakim taksował otoczenie, zdradzało, że przywykł żyć w nieustannym niebezpieczeństwie. W ciągu tych lat, które spędzili razem, złamał wszelkie obowiązujące w kraju prawa.

Zresztą, ona również.

– Dziwne, że akurat dziś o tym wspominasz – zauważyła. – Welton mówił mi dziś to samo.

– A zatem sprawa nie wygląda dobrze.

– To tylko domysły, Simonie. Znajdź jakiś ślad. Wtedy pozbędziemy się Weltona i ruszymy w pościg.

Ogień w kominku ogrzewał łydki Marii ukryte w falbanach sukni. Zaczęło jej być gorąco, ale strach, który skuł lodem serce, nie odpuszczał. W głowie krążyły czarne myśli. Jakim cudem zdoła odnaleźć Amelię gdzieś daleko, w wielkim świecie?

Simon uniósł brew.

– Poszukiwania poza granicami Anglii mocno zmniejszają szanse powodzenia.

Szybko wypiła likier i z hałasem odstawiła szklaneczkę na gzyms kominka. Przez chwilę krążyła wzrokiem po starej boazerii i ciemnozielonej draperii zdobiącej okna jej gabinetu. To miejsce ją uspokajało. Urządziła je ascetycznie z dwóch powodów. Po pierwsze, ponury wystrój zniechęcał do bezsensownych i beztroskich pogaduszek. Po drugie, dawał jej poczucie kontroli, której tak desperacko łaknęła. Czuła się jak marionetka w rękach Weltona, ale tutaj, w tych czterech ścianach, to ona rozdawała karty.

Wzruszyła ramionami i znów zaczęła krążyć przed kominkiem, głośno szeleszcząc czarną suknią.

– Nie mów tak. Jeśli jej nie odnajdę, stracę sens życia.

– Musi być coś, czego pragniesz. – Wstał z fotela i podszedł do niej. Jak większość ludzi, w porównaniu z nią był bardzo wysoki. – Coś przyjemniejszego od śmierci.

– Zależy mi tylko na Amelii. Nie wyobrażam sobie bez niej życia.

– Spróbuj. Nie bój się. To cię nie osłabi.

Posłała mu miażdżące spojrzenie. Simon tylko się zaśmiał. Kiedyś dzielili łoże, ale wraz z rolą stałego kochanka przyszła nieunikniona dysharmonia w związku.

Maria westchnęła i spojrzała na portret pierwszego męża, wiszący na ścianie. Zgrabne pociągnięcia pędzla ożywiały obraz zażywnego jegomościa o rumianych policzkach i jasnozielonych oczach.

– Tęsknię za Daytonem – szepnęła. – Brak mi jego wsparcia.

Hrabia Dayton ocalił ją przed fatalnym końcem. Poczciwy wdowiec przejrzał intencje Weltona. Wykupił ją i pojął za żonę, choć mogłaby uchodzić za jego wnuczkę. Pod jego okiem zgłębiła wiele dyscyplin, dzięki którym przeżyła w okrutnym świecie. Szermierka była jedną z nich.

– Dopilnuję, żeby został pomszczony – mruknął Simon. – Obiecuję.

Maria wzruszyła ramionami. Męczyła ją ta rozmowa. Podeszła do biurka i opadła na fotel.

– A co z St. Johnem? Zrobimy z niego jakiś użytek?

– Ma się rozumieć. Ze znajomości z nim każdy zrobiłby użytek. Ale on też musi mieć swój zysk. To nie instytucja charytatywna.

Zacisnęła palce na rzeźbionym oparciu fotela.

– To nie będą noce spędzone w mojej sypialni. Ten łotr zachowuje się tak, jakby mógł mieć każdą.

– Prawda, znany jest z tego, że żyje chwilą.

Simon podszedł do kredensu i ponownie napełnił swoją szklaneczkę. Niedbałym gestem wsparł się o mebel. Prowadził się w sposób nonszalancki, ale nigdy nie tracił czujności. Maria wysoko sobie ceniła tę cechę.

– Jak mniemam, interesuje go śmierć twoich dwóch mężów i ich związki z agencją.

Pokiwała głową. Domyślała się, że St. John planował wykorzystać ją w taki sposób, jak robił to Welton: do niecnych intryg, w których cenne okazywały się kobiece sztuczki. Zapewne nie brakło w jego otoczeniu kobiet, które wykonałyby to zadanie z niezgorszym skutkiem.

– Jakim cudem został pojmany? Po tylu latach? Zachodzę w głowę, jaki popełnił błąd.

– Żaden. Wedle mojej wiedzy pogrążył go donosiciel.

– Nadgorliwy? – zapytała cicho, wspominając krótkie spotkanie z kryminalistą. Słynął z wielkiej odwagi. Głupcem byłby ten, kto stanąłby na jego drodze. – Czy zachęcony torturami?

– Zapewne to drugie. Sprawdzę.

– Zrób to.

Maria dotknęła pergaminu leżącego na biurku. Jej wzrok spoczął na szklance z bursztynowym trunkiem, którą Simon ściskał w ręku. Potem spojrzała na jego szerokie, silne ramiona.

– Żałuję, że nie umiem ci pomóc – uderzyła ją szczerość w jego aksamitnym głosie.

– Czy znasz kobietę, której ufasz i która przeszłaby na stronę Weltona?

Simon właśnie podnosił szklankę do ust, ale odstawił ją nietkniętą. Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.

– Na Boga! Jesteś niebywała. Dayton dobrze cię wyszkolił.

– Mam nadzieję. Welton woli blondynki.

Żałowała, że jej matka nie miała tej wiedzy.

– Poszukam odpowiedniej niewiasty.

Maria odchyliła głowę i zamknęła oczy.

– Mhuirnín[1]?

– Tak?

Usłyszała brzęk odkładanej szklanki, a potem jego miarowy krok. Ogarnęło ją uczucie odprężenia, przed którym zwykle się broniła.

– Pora na spoczynek – położył rękę na jej dłoni, którą wciąż trzymała na oparciu fotela. Zapach jego skóry wypełnił jej nozdrza. Drzewo sandałowe. Zapach Simona.

– Mamy jeszcze tyle spraw do omówienia – zaprotestowała, otwierając oczy.

– Mogą zaczekać do jutra. – Objął ją ramieniem. Wstała i zatoczyła się. Błyskawiczne złapał ją wpół. Poczuła jego ciepło. – Nie odprawisz mnie stąd, dopóki nie zrobisz tego, co każę.

Wtuliła się w jego ramiona i zacisnęła powieki, żeby stłumić namiętność.

Nie umiała wymazać z pamięci tego uczucia, gdy w niej był. Maria zakończyła ich związek ponad rok temu. Przerwała romans natychmiast, gdy jego dotyk zaczął oznaczać dla niej więcej niż tylko fizyczną przyjemność. Nie mogła sobie pozwolić na słabość. Mimo to Simon pozostał w jej domu. Odmówiła mu swych uczuć, ale nie umiała odmówić mu dachu nad głową. Podziwiała go. Ceniła jego przyjaźń i kontakty w półświatku.

– Znam twoje zasady. – Głaskał ją czule po plecach.

Nie podobały mu się postawione przez nią reguły. Wiedziała o tym. Jego pożądanie nie zgasło. Czuła je teraz, gdy przyciskał do niej swe ciało. Nieposkromiony apetyt młodego mężczyzny.

– Gdybym była zacną kobietą, kazałabym ci odejść.

Simon westchnął, dotykając ustami jej włosów. Przytulił ją jeszcze mocniej.

– Nie poznałaś mnie przez te wszystkie lata, kiedy byliśmy razem? Nie możesz mi kazać odejść. Zawdzięczam ci życie.

– Przesadzasz – odparła, przywołując w pamięci scenę, gdy ujrzała go po raz pierwszy. Stał w ciemnej uliczce, sam przeciw dwunastu napastnikom. Była w nim dzikość, która ją przerażała. Już niemal ruszyła dalej, w ciemną noc, podążając za tropem Amelii, który tym razem zdawał się być bardziej obiecujący. Ale sumienie nie pozwoliło jej przejść obojętnie wobec tej nierównej walki.

Wymachując szablą i mierząc z pistoletu w otoczeniu kilku swych ludzi, przegoniła opryszków. Mimo to Simon, ranny i osłabiony, zbeształ ją ostro i przeklął, zapewniając, że niepotrzebna mu pomoc.

I zaraz runął jak długi u jej stóp.

Zabrała go do siebie. Miał się tylko umyć, najeść i zapewnić jej spokój sumienia. Ale gdy wyszedł z kąpieli... Męska, zapierająca dech w piersi bestia. I tak z nią został.

Simon wykrzywił usta w cierpkim uśmiechu, jakby czytał w jej myślach.

– Znów stanąłbym naprzeciw tuzina łotrów, choćby i setki, gdybym wiedział, że to zaprowadzi mnie z powrotem do twego łoża.

Potrząsnęła głową.

– Jesteś niereformowalny. I zanadto napalony.

– Nie da się być zanadto napalonym – roześmiał się i obejmując ją w pasie, odprowadził w kierunku sypialni. – Nic mnie powstrzyma przed zapakowaniem cię do łóżka. Potrzebne ci są odpoczynek i słodkie sny.

– Nie poznałeś mnie przez te wszystkie lata, kiedy byliśmy razem? – droczyła się z nim. Wyszli z gabinetu i wspięli się po schodach na górę. – Wolę nie śnić, bo z rana budzę się w depresji.

– Pewnego dnia wszystko się ułoży – pocieszał.

Ziewnęła. Przycisnął ją do siebie tak mocno, że zabrakło jej tchu w piersiach. Potem złożył na jej czole krótki pocałunek i już po chwili leżała w swym łóżku. Simon wyszedł z sypialni. Odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała ciche kliknięcie drzwi sąsiedniego pokoju.

Zasnęła, rozmyślając o niebieskich oczach innego mężczyzny.

– Dobry wieczór, mój panie.

Christopher skinął głową do swego kamerdynera i przystanął w holu. Z salonu buchały rubaszne i ochrypłe śmiechy.

– Przyślij do mnie Philipa – rozkazał, podając mu kapelusz i rękawice.

Ruszył w kierunku schodów, mijając otwarte drzwi, za którymi bawili się jego ludzie. Zawołali go, podszedł więc do progu, by przyjrzeć się hałastrze, którą traktował jak własną rodzinę. Świętowali jego zwolnienie z więzienia – czarcie szczęście, powtarzali. On nie miał czasu na zabawę. Czekały go obowiązki. Musiał ich dopilnować, jeśli zamierzał dłużej zabawić na wolności.

– Bawcie się do białego rana. – Pożegnał ich i wspiął się na górę po schodach. Okrzyki protestu i zawodu dobiegały go nawet na piętrze.

Wszedł do swej garderoby. Z pomocą kamerdynera zaczął się rozbierać. Po chwili rozległo się ciche pukanie. Christopher zawołał, by wejść.

– Czego się dowiedziałeś? – od razu zapytał młodego człowieka, który stanął w drzwiach.

– Tyle, ile można się dowiedzieć za dnia. – Philip poprawił fular i zaczął krążyć po komnacie. Jego bladozielony płaszcz i bryczesy odznaczały się na tle wiszących na ścianach ozdób z ciemnobrunatnej skóry.

– Ile razy jeszcze mam cię przestrzegać przed zgubnymi skutkami niecierpliwości? – upomniał go Christopher. – Ta cecha zdradza słabość, której przeciwnik nie omieszka wykorzystać.

– Przepraszam. – Młodzieniec poprawił binokle i chrząknął.

– Nie przepraszaj. Po prostu nie rób tak więcej. Wyprostuj się, nie garb i patrz mi w oczy. Rozmawiaj jak równy z równym.

– Nie jesteśmy równi, panie – zaprotestował Philip, zatrzymując się w pół kroku. Przez chwilę patrzył na niego wzrokiem pięcioletniego chłopca, który kiedyś stanął u progu jego domu, osierocony, pobity i głodny.

– Owszem, nie jesteśmy. – Christopher poruszał ciałem w sposób ułatwiający kamerdynerowi zdejmowanie jego ubrań. – Ale staraj się mnie tak traktować. Na szacunek trzeba sobie zapracować. Nikt cię nim nie obdarzy, jeśli będziesz dobroduszny i uczciwy. Niejeden idiota odniósł sukces, bo uważał, że mu się należy.

– Tak jest, proszę pana. – Philip wyprostował się i uniósł wysoko podbródek.

Christopher się uśmiechnął. Chłopak wyrośnie jeszcze na prawdziwego mężczyznę. Takiego, który będzie stać mocno na nogach i przetrwa najgorsze próby, jakie zgotuje mu los.

– Doskonale. Teraz mów.

– Lady Winter liczy sobie dwadzieścia sześć lat. Dwukrotnie owdowiała. Żaden z mężów nie zagrzał miejsca w jej sypialni dłużej niż dwa lata.

Christopher potrząsnął głową.

– Czy mógłbyś zacząć od wiadomości, których jeszcze nie znam i tylko takimi mnie raczyć?

Philip zaczerwienił się.

– Nie ma się co wstydzić. Po prostu się naucz, że czas to pieniądz. Niech inni wiedzą, że dla ciebie jest równie cenny. Zawsze od razu przechodź do sedna. Zaczynaj od wieści, które wzbudzą zainteresowanie słuchacza.

Philip wziął głęboki oddech i wypalił:

– Ma stałego kochanka.

– Cóż... – Christopher zastygł w bezruchu na myśl o uroczej lady Winter, upojonej namiętnością. Z zadumy wyrwało go mocne szarpnięcie, kiedy kamerdyner usiłował wyswobodzić go z satynowej szarfy. Christopher zdjął bryczesy, odchrząknął i wreszcie odpowiedział: – To już coś.

– Niestety, nie dowiedziałem się zbyt wiele na jego temat. Wiem tylko, że ma irlandzkie korzenie i że zamieszkał w jej rezydencji po śmierci lorda Wintera dwa lata temu.

Dwa lata.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] W języku irlandzkim: kochanie.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

PASSION FOR THE GAME

Projekt serii i zdjęcie na okładce

Anna Małyszek

Zdjęcie na okładce

Shutterstock/CLM

Redakcja

Justyna Kulesza-Nguyen

Korekta

Bogusława Jędrasik

Copyright © 2007 by Sylvia Day

Copyright © for the translation by Anna Zeller, 2014

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2014

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-64142-58-1

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl