Tylko nie śpij 2 - Jacek Y. Łuczak - ebook
Opis

W typowym małym amerykańskim miasteczku dochodzi do serii zabawnych, brutalnych morderstw. Jak zwykle w takich okolicznościach, lokalny szeryf i jego zespół nie dają sobie rady z wyjaśnieniem sprawy. Ale miejscowi nastolatkowie podejrzewają, co się dzieje. No i tradycyjnie wpadają w kłopoty, które kończą się po drugiej stronie powiek. Dosłownie i w przenośni. A w pewnym sensie także po drugiej stronie życia. Ale wówczas z pomocą przychodzi im Ktoś Niezwykle Istotny Z Innego Punktu Widzenia.

Książka jest komedią filozoficzną w konwencji horroru science-fiction; kontynuacją nieistniejącej pierwszej części, być może o tym samym tytule.


Jacek Y. Łuczak

Niezależny dziennikarz w stanie spoczynku, aktor i tekściarz kabaretowy także w stanie spoczynku. Autor przewodników turystycznych. Podróżnik chwilowo w stanie spoczynku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 648

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Jacek Y. Łuczak

Tylko nie śpij 2

© Copyright by Jacek Y. Łuczak & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo, zdjęcie na okładce: Rafał Karcz

ISBN 9780-83-7859-098-9

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Większość zdarzeń jest częścią rzeczywistości. Ale są też takie, które dzieją się w jej okolicy.

***

Życie, które toczy się po drugiej stronie powiek, bywa o wiele ciekawsze od tego zwykłego.

***

Naukowcy mówią, że sen jest tym dla duszy, czym ubikacja dla ciała. Tyle tylko, że po śnie nie ma czym spłukać.

A niektórych ludzi sen może tak przycisnąć, że nawet nie będą w stanie zdążyć do łóżka.

***

Snu nie można nikomu pożyczyć. Choć ujawniło się kilku twierdzących, że to zrobili. Do dziś są pacjentami zakładów o charakterze zamkniętym.

***

Powszechne jest przekonanie, że sen jest bezpieczny. Ale co zrobić, gdy to, co śnimy, wydarza się naprawdę, ze wszystkimi konsekwencjami? Co wtedy, kiedy nie da się powiedzieć: „Spokojnie, nie mogą mnie zabić, to tylko sen”?

No cóż, wtedy mamy przechlapane.

– Pępek!

– Co?

– Oni mają pępek!

– Kto? – Sandra próbowała zrozumieć zaskoczenie Stevena.

– Adam i Ewa. Zobacz sama.

Spojrzała. Rzeczywiście, na obrazie Adam i Ewa mieli pępki.

– No i…?

***

– Dobry kotek – wydusił z siebie Bob Schredinger.

Zwierzę nawet nie drgnęło. To dlatego koty są kompletnie nieprzydatne w energetyce.

– Czy ty w ogóle żyjesz, Kundlu, głupi futrzaku, czy jak ci tam?

Kundel drgnął. Przynajmniej tak się Bobowi wydawało. Rudy kot z białym krawatem chyba lekko przechylił głowę, ale brakowało pewności, w którą stronę. Kundel siedział w pozycji wyczekującej. Tylko koty potrafią tak siedzieć – z nieruchomymi oczami wyrażającymi nadzieję, że człowiek zaraz wyciągnie zza pleców sztuczną myszkę do zabawy i zacznie mówić wiele rzeczy bez sensu. Jedną z nich jest „kici, kici, zobacz, co ja tu dla ciebie mam”. Wszyscy wiedzą, że koty lubią te słowa, ale wypowiadane jedynie z towarzyszeniem dźwięku otwieranej puszki z tuńczy-kiem.

Pan Schredinger uchodził za dziwaka. Zresztą nie tylko on, ale także cała jego kolekcja zwierząt, które nazywał domowymi. Hodował na przykład żabę, prawdopodobnie jedyną na świecie, która nosiła muchę wyłącznie dla ozdoby.

Pan Schredinger był gruby, choć znajomi zawsze powtarzali mu, że po prostu dobrze wygląda. Problem w tym, że z roku na rok wyglądał coraz lepiej.

Prawda była taka, że utknął gdzieś pomiędzy korpulentnością a przysadzistością. Był człowiekiem, ale wystarczyłoby, żeby jego ojciec 62 lata temu poszedł do kuchni, zamiast do sypialni, w której czekała na niego żona, a z pewnością pan Schredinger byłby teraz potężnym naleśnikiem.

Ważył 120 kilogramów i mieszkał sam. Nigdy nie miał żony, tym bardziej dzieci. To akurat nie dziwiło, bo jak może rozmnażać się ktoś, kogo interesuje tylko jedzenie?

Bob ze szczególną czcią obchodził jedno tylko święto w roku – Światowy Dzień Otyłości. Nigdy jednak nie ustalił, czy tego dnia walczy się z nadwagą, czy też z niedowagą. Więc zawsze bez stresu wybierał drugą, przyjemniejszą wersję.

Pan Schredinger spojrzał niechętnie na ściszony nieco telewizor, w którym potwornie nudny prezenter lokalnej telewizji TS News nadawał jeszcze nudniejszą relację sprzed miesiąca z wręczenia nagród w corocznym konkursie plastycznym mieszkańców domu spokojnej starości w Towerstone. I chyba zasnął.

***

– No… przecież oni mają pępki! – prawie wykrzyczał Steven. Prawie, bo znakomita akustyka w Muzeum Historii Naturalnej w Denver wymuszała mówienie szeptem. Zwłaszcza w sali, gdzie wisiała reprodukcja obrazu Rubensa.

– A nie powinni mieć? – zdziwiła się Sandra.

– Jak mogą mieć pępki, skoro byli pierwszymi ludźmi na świecie? Oni się przecież nie urodzili, tylko zostali stworzeni, a Ewa to nawet z żebra Adama. Podobno.

Część umysłu Sandry, odpowiedzialna za zrozumienie kwestii wiary, właśnie runęła niczym stary budynek. Choć dwie z czterech ścian nośnych wciąż trzymały się niespodziewanie mocno w pozycji pionowej.

– Chyba musimy już iść. Mieliśmy być w autobusie o pół do trzeciej – zauważyła.

Wycieczka szkolna z Towerstone do dużego miasta mogła zostać uznana za całkiem udaną. Może poza tym, że Sandra przez ostatnią godzinę częściej trzymała się za brzuch. Przyczyn mogło być kilka. Jedna z nich lekko zmroziła Stevena.

Ale przecież oni nigdy… ma się rozumieć, że w sumie, czemu nie… tyle że, no jakby, nie było takiej okazji… I w ogóle…

***

Pukanie, a właściwie walenie do drzwi obudziło pana Schredingera. W normalnych okolicznościach ocknąłby się po usłyszeniu dzwonka, ale grubasowi od sześciu lat nie chciało się naprawić prostego urządzenia elektrycznego.

Samo podejście do drzwi było dla Boba Schredingera podróżą. Dlatego nie cierpiał podróży.

W otwartych drzwiach ukazał się człowiek tak mały i jedno-cześnie okrąglutki, że w sprzyjających okolicznościach mógłby się stać naturalnym satelitą pana Schredingera. Prawdopodobnie wystarczyło podejść do niego nieco bliżej, a grawitacja zrobiłaby swoje. Na jego szczęście Bob trzymał bezpieczny dystans.

To był Wściekły Dwayne. Jeśli ktokolwiek w Towerstone widział go kiedyś uśmiechniętego, prawdopodobnie nie żyje już od bardzo dawna.

Bo to nie był ani Zły Dwayne, ani Zdenerwowany Dwayne, ani nawet Poirytowany Dwayne. To był prawdziwy Wściekły Dwayne – człowiek, który prawdopodobnie nigdy w życiu nie powiedział dobrego słowa. Ale czy może być miły ktoś, komu dzieci codziennie, wracając ze szkoły, robią najbardziej wredne numery świata? Nie. Taki człowiek nie może być wesoły. Wesołe są jedynie dzieci, bo które z nich odmówi sobie przyjemności sprawdzenia, czy Wściekły Dwayne rzeczywiście tak zabawnie sepleni, jak mówią?

– Gwie, do cholery, maf pan tego pfeklętego kota?!

„Faktycznie, niezłe” – pomyślał sarkastycznie większy z roz-mówców. W duchu wszystkie fałdy tłuszczu na jego brzuchu zrobiły właśnie meksykańską falę. W rzeczywistości tylko lewy kącik ust pana Schredingera uniósł się nieznacznie, jednak nie na tyle, by pozwoliło to Wściekłemu Dwayne’owi rozpoznać w tym ruchu jakąś kpinę.

Bob już znał powód wizyty sąsiada. Znowu chodziło o kury. Ilekroć w jego kurniku padał ptak tajemniczo zagryziony przez nieznane zwierzę, Wściekły Dwayne przychodził się wykrzyczeć, obwiniając Kundla. Kurę tracił średnio raz w tygodniu, toteż pojawiał się u Boba dość regularnie. Dlatego mieszkańcom Towerstone wydawało się czasem, iż są przyjaciółmi.

Lecz było przeciwnie. Bob nie cierpiał Dwayne’a. Uważał wręcz, że jeden dość szybko wyprowadzony lewy sierpowy załatwiłby sprawę. Tyle tylko, że Bob był ostrożny i przewidujący. W miejskim areszcie nie było telewizora.

– A dostrzegasz pan w pokoju kota? – w pytaniu było wiele ukrytej złośliwości.

– Doffegam.

– I co on robi?

– Fiewi.

– A więc, czy siedząc może jednocześnie biegać, zagryzając inne zwierzęta?

– Niech mi pan tu ofu nie mydli! Dobwe pan wief. Ffyffy dobwe wiewą, we to wabójfa!

Pan Schredinger jeszcze raz odwrócił głowę w kierunku pokoju. Kundel z kocim wdziękiem i niezwykłą łatwością zaczął na dywanie wykonywać językiem tę charakterystyczną czynność pielęgnacyjną, z którą człowiek nigdy sobie nie radził samodzielnie.

– Pfed chwilą wagływł mi kułę!

– Zapewniam, że to niemożliwe. Donikąd nie wychodził. I ja też cały czas tu byłem.

– Beknief pan kiedyf za niego, kurfe blade, beknief.

Intrygujące, że tracąc jedną kurę tygodniowo, gospodarstwo Wściekłego Dwayne’a jeszcze funkcjonowało. Możliwe, że świat wciąż nie docenia możliwości rozrodczych drobiu.

***

Autobus stał na poboczu od dobrych kilku minut. Młodzież z zaciekawieniem spoglądała przez okna, wypatrując powodu opóźnienia. Niektórzy przez telefony komórkowe już informowali swoich rodziców w Towerstone, że nie zdążą na kolację.

Przyczyna postoju stała zgięta wpół za drzewem.

No tak – pomyślał Steven. – Hamburgerki, fryteczki, lodziki, deserki. Takie rzeczy zawsze się mszczą.

***

Na komisariacie w Towerstone było tego popołudnia spokojnie, dopóki do holu nie wtoczył się Josh. Początkowo było widać tylko ruch skrzydeł podwójnych uchylnych drzwi, dopiero po chwili, gdy już poszukała jakiegoś oparcia, z okolic podłogi wynurzyła się znajoma postać.

Josh nie należał do trzeźwych. Praktycznie nie wychodził z upojenia, a jeśli się to przypadkiem zdarzyło, pewna część jego ciała błyskawicznie dawała znak innym, że był to błąd. Czasem miewał, co zaskakiwało jego sąsiadów, przemyślenia. Najsłynniejszą myślą była ta sprzed czterech miesięcy, kiedy próbował pomóc dzieciom zbudować olbrzymi zamek z piasku. Zrezygnował po upływie zaledwie kwadransa, oznajmiając, że nie rozumie, jak można bawić się przez cały dzień w piaskownicy bez alkoholu.

Josh wiódł dość prosty żywot. Od dłuższego czasu. Konkretnie od wygranej na loterii. Kiedy był jeszcze trzeźwy, nieźle działające wówczas partie mózgu poprosiły go o przelanie pieniędzy na lokatę, co spowodowało, że mógł rzucić pracę w ubojni i w zasadzie w nie-skończoność żyć z procentów.

I promili. Wszelkich dostępnych na planecie.

Josh był dziwnym człowiekiem. To jemu zdarzało się zwykle to, co reszta społeczeństwa uznaje za niemożliwe lub niewiarygodne.

W przedszkolu na przykład przeżył otwarte złamanie nosa. Dziesięć lat później, kiedy odnalazł w sobie pewną pasję i zaczął kolekcjonować roślinne środki wykrztuśne, został prawdopodobnie pierwszym człowiekiem świata, który stojąc na ziemi, spadł z dużej wysokości. To było akurat wtedy, kiedy z niewiadomych przyczyn zawaliła się część szkolnego boiska do baseballu. Ale miewał też szczęście. Rok po tym wypadku jego pies wygrał szkolny plebiscyt na szczura roku.

Dlatego alkohol stał się dla Josha odskocznią od rzeczywistości. Wybił się z niej tylko raz i dotychczas nie spadł. I miał bardzo silną wolę. Kiedy mówił, że wypije, to pił.

Pił wszystko, co miał w danej chwili pod ręką, dopóki płyn nie odsłonił dna naczynia.

Kiedy Josh wtoczył się na posterunek, miał już we krwi pół tablicy Mendelejewa.

– Ziendoby. Chsiaem zapytaś, szy w saym mieśsie jes tak, że ten, tego… szytyko umie w domu schońszyo siepiwo?

– Odwiozę cię do domu, Josh – stwierdził posterunkowy szósty raz w tym tygodniu.

Była sobota.

***

Na ulicy Klonowej Ron z wrażenia aż przystanął. Wcześniej nie kojarzył tego miejsca z takim wstrętnym zapachem. Odruchowo obejrzał podeszwy butów. Ale jedyną rzeczą, która się do nich przykleiła, była stara różowa guma do żucia.

– He, he – zaśmiał się głośno do siebie. – Nie wierzę, że produkują już takie coś…

Prędzej uwierzyłby w czosnkową pastę do zębów albo lody o smaku smalcu.

Przysiadł na krawężniku, zdjął but, nie bez trudu odkleił gumę małym patykiem i zbliżył ją do nosa. Zapach był wypadkową wanilii i jogurtu owocowego.

– Zadziwiające.

To na pewno nie była ta woń. Nieznośna woń.

– Pieprzyć to.

Do siebie mówił wiele różnych słów. Nawet te powszechnie uznane za wulgarne.

Ron był dobrym kumplem Stevena. Nie przyjacielem, ale kumplem, z którym fajnie chodzi się do kina, od którego świetnie pożycza się komiksy, takie już bardziej dla dorosłych, i z którym można pogadać o dziewczynach ze szkoły. Zwłaszcza o tych, z jakimi jeszcze się nie chodziło.

Choć Steven i Sandra go namawiali, nie pojechał na szkolną wycieczkę do Muzeum Historii Naturalnej do Denver. Nie była obowiązkowa. Poza tym Ron uważał, że nauka dla samej nauki jest bez sensu.

Spojrzał na zegarek i uznał, że jego koledzy powinni już dojeżdżać do Towerstone. Odwrócił głowę w kierunku ulicy. Usłyszał przeraźliwy pisk opon, po trzykroć dźwięk klaksonu i serię wyzwisk, których jeszcze nie znał, ale z którymi chętnie by się zapoznał. Nie zwrócił jedynie uwagi, czy odbyło się to w takiej właśnie kolejności.

Auto minęło go z zaskakująco dużą prędkością i w tak niewielkiej odległości, że niemal poczuł, jakich związków użyto do produkcji lakieru.

– O matko… – wykrztusił w osłupieniu.

Aby się dostać do krainy wiecznych łowów, zabrakło mu może dwóch i sześciu dziesiątych centymetra. Był tak zaskoczony, że nie pomyślał nawet o przyjrzeniu się rejestracji samochodu.

Zepsute powietrze odeszło tak nagle, jak się pojawiło.

Chłopak złapał trzy, może cztery spokojniejsze oddechy i ruszył przed siebie.

Szedł po Książkę.

***

Dochodziła siódma wieczorem, a szkolny autobus był ledwie w połowie drogi z Denver do Towerstone. Żołądek Sandry zafundował wycieczce już trzy postoje, ale obecnie wydawało się, że podpisał z Burger Kingiem tymczasowy rozejm.

Było jej trochę wstyd. Tak jest wstyd tylko dorastającej nastolatce.

Wokół niej i Stevena w środkowej części autobusu zebrał się spory tłumek. Lecz rówieśnicy nie byli bynajmniej zainteresowani tym, czy Sandra przygotowała kolejne niespodzianki, tylko treścią rozmowy, która toczyła się mniej więcej nad jej głową. Uczestniczył w niej sam pan Derek Friedel, ich nauczyciel fizyki. Dzieciaki go uwielbiały, bo potrafił wszystko wytłumaczyć, nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia teorii względności, a na lekcjach przeprowadzał dla nich eksperymenty, których w naturalnych warunkach nie podejmują się najwięksi szaleńcy.

Nigdy się nie przyznał, ale prawdopodobnie właśnie po jednym z takich eksperymentów zapadła się część szkolnego boiska do baseballu.

Poza tym incydentem, doświadczenia były raczej bezpieczne, nie licząc tajemniczego zniknięcia w biały dzień brzozowego zagajnika na tyłach szkoły i czterech myszy z laboratorium, z których jedna odnalazła się po tygodniu w pracowni fizycznej. Razem z klatką. Niewyjaśniona pozostała także niezwykła przemiana szczura Kleofasa w niewielkiego kanapowego psa oraz trzy przypadki samoczynnego wirowania sprzętu sportowego w sali gimnastycznej. A na znikające z klas i odnajdujące się w pobliżu śmietnika dzienniki nauczycielskie grono profesorskie przestało już zwracać uwagę.

Derek był też nieco nieudolnym konstruktorem maszyn mających ułatwiać codzienne życie. Jego największe dzieło w szkole zostało nazwane bezrobotem kuchennym.

– Skoro prędkość światła jest stała, a wszystko wokół względne, to znaczy, że to wszystko dostosowuje się do prędkości światła? – dedukował Steven.

– Tak można w skrócie przyjąć – odparł nauczyciel.

Z Friedelem można było porozmawiać o wszystkim. Na jego lekcjach fizyka teoretyczna zamieniała się z zimnej i wyrachowanej psychopatki w ciepłą i przyjazną babcię. Czy jakoś tak…

– Czyli że jak gasimy światło w pokoju, a potem nagle włączamy, to przestrzeń i czas może dzięki temu ulegać deformacji? – ciekawość czasami zadziwiała samego Stevena. – To by znaczyło, że podróże w czasie są bardziej możliwe niż nam się wydaje!

– Hi, hi. Teoretycznie tak – nauczyciel próbował zrozumieć pytanie. – Tylko raczej nie w tak małej skali. Chociaż…

– Wychodzi na to, że jednak można przenosić się jednocześnie w czasie i przestrzeni! – dodał ktoś z tyłu.

Z rozmowy powoli zaczynało wynikać, że wszystko we wszechświecie zależy od dobrego oświetlenia.

– Światło jest tym dla astronomii, czym hamburger dla gastronomii – zażartował Friedel.

Gdyby wzrok Sandry mógł zabijać, wszyscy byliby teraz martwi.

– Znaczy, że kiedy światło nie świeci, to te same rzeczy w pokoju mogą wyglądać zupełnie inaczej niż przed zgaszeniem lampy – w lekkim półmroku w autobusie nie było widać chojraka, który z czwartej orbity wokół nauczyciela wygłosił tę tezę.

– Światło nie może nie świecić, baranie. To właśnie brak światła nie świeci – głos dobiegł z tej samej okolicy. Zaraz potem rozległo się klaśnięcie jednej dłoni. Bardzo możliwe, że o czyjeś czoło.

– A jeśli samochód jedzie w nocy z prędkością większą od prędkości światła, to tak naprawdę cały czas jedzie w ciemnościach? – ktoś inny niezbyt fortunnie próbował zmienić temat.

– To zbyt daleko idące porównanie – uznał Friedel. – Ale cieszę się, że was to interesuje. Ta ciekawość na pewno kiedyś wam się zwróci.

– Bardzo śmieszne – wymamrotała Sandra.

***

Towerstone było typowym małym amerykańskim miasteczkiem, rozłożonym na dość dużej przestrzeni, co sprawiało wrażenie, że składa się wyłącznie z przedmieścia. Z trzech stron, tworząc mniej więcej kształt podkowy, otaczały je wzniesienia Macklehorn, których nazwa wzięła się zupełnie od niczego. Od wschodu rozciągało się Pasmo Wschodnie, od południa Pasmo Południowe, a od zachodu Pasmo Zachodnie. Geneza ich nazw była wystarczająco zrozumiała zarówno dla geografów, jak i filozofów. W mieście panowało jednak naturalne przekonanie, że twórcy nazewnictwa niezbyt się wysilili.

Wzgórza były w wyglądzie niezwykle monotonne – bez prawdziwych szczytów do zdobycia i bez głębokich dolin. Nie rosły tam drzewa ani krzewy, nikt nie spotkał na wzniesieniach kwiatów. Góry, bo tak je określali na co dzień mieszkańcy Towerstone, wybijały się ledwie dwieście metrów ponad płaszczyznę miasteczka. Zimą najwyższe partie, zwłaszcza te od południa, pokrywały się cieniutką śnieżną czapą, ale już wczesną wiosną nie było po niej śladu. Wycieczki w tamte rejony nie należały do najciekawszych. Nie było tam nic wartego zobaczenia, nikt też nie mieszkał w pobliżu gór. A mimo to jeszcze przed kilkoma laty można było z daleka obserwować maleńkie sylwetki wspinających się na nie z uporem turystów. Wszyscy byli Polakami, których pragnienie zdobycia czegokolwiek jest silniejsze od wszystkiego innego. Mieszkańcy Towerstone zwykle ich ignorowali. Polacy nie byli zbyt interesującymi turystami – zazwyczaj nie schodzili do miasteczka, bo żal im było paru dolarów na normalny nocleg. Woleli nocować pod namiotami, a do przeżycia wystarczała im zgrzewka mielonki.

Do miasta można było dojechać tylko z jednej strony, z tej właśnie, z której kończyły się ramiona podkowy Macklehorn. Tuż przed wzniesieniami trzeba było minąć dwa Kwadratowe Lasy, leżące po obu stronach drogi.

W ostatnim domu przed wyjazdem z miasta mieszkał staruszek Al Corn.

Al Corn był jedynym, który pamiętał.

On miał Książkę.

***

Tysiące kilometrów na południe, w górskiej wiosce w dżungli niedaleko Medellín, dwaj kolumbijscy przemytnicy narkotyków siedzieli przy starym drewnianym stole nad szklaneczkami whisky.

– Co tak dziwnie pachnie? – zapytał jeden z nich.

– Nie wiem, może mój nowy dezodorant… – odpowiedział drugi.

– Sorry, facet, ale on raczej nie jest nowy.

Zza najbliższego drzewa padły dwa strzały. Oba celne.

***

Zmierzchało powoli w Towerstone. Za zachodnią częścią pasma Macklehorn słońce skrywało się wcześniej niż za naturalnym horyzontem. W związku z tym zmrok w mieście nie zapadał tak nagle, jak gdzie indziej. Bowiem zanim słońce ostatecznie się schowało na noc, przez jakąś godzinę dawało trochę słabszego, bo pośredniego, ale cały czas dziennego światła.

Ron zapukał mocno, bo stary Al Corn był bliższy całkowitej utraty słuchu niż nosorożec biały wyginięcia. I w oczekiwaniu usiadł spokojnie na drewnianych schodach wejściowego tarasu. Czas między pukaniem a otwarciem drzwi przez staruszka każda telewizja wykorzystałaby na nadanie przynoszącego dwa miliony dolarów zysku bloku reklamowego.

Drzwi domu Al Corna otworzyły się prawie bez skrzypienia. Ronowi ukazał się zgarbiony i wychudzony człowiek. Był tak wątły, że niewiele brakowało, a nie rzucałby cienia. Nic dziwnego, miał 109 lat. Ludzi w jego wieku zwykle nie widywało się w pionie.

– Czego chcesz, dziecko?

– To ja, Ron. Przyszedłem po Książkę.

Starał się powiedzieć to słowo od dużej litery.

Bo to nie była zwykła książka.

To była Książka.

– Dzieci nie powinny jej czytać – odparł krótko staruszek i zamknął drzwi.

Ron nie poddawał się.

– Umawialiśmy się przecież – powiedział do klamki. – Zresztą, mam już prawie osiemnastkę.

– Wszystkie dzieci tak mówią – odparła klamka.

– Naprawdę, za trzy tygodnie mam urodziny. Mogę panu pokazać prawo jazdy.

Chłopak czuł się jak w sklepie monopolowym.

– Pokaż.

Drzwi znów się otworzyły. Wysuszona, chuda ręka przysunęła dokument do oczu.

– Wejdź.

***

Kawałek dalej, na Osiedlu Zasłużonych, Leroy Cutt znalazł na trawniku przed swoim domem martwą świnkę morską. To był Puddy, długowłosy dorosły samiec.

Osiedle Zasłużonych nie różniło się od pozostałych osiedli w Towerstone. Stały tu takie same domy z identycznymi równo przyciętymi trawnikami, jak w innych częściach miasta. Jedyną różnicą było to, że mieszkali w nich tak zwani zasłużeni. Pan Cutt wsławił się na przykład tym, że trzy lata temu odmalował salę posiedzeń w ratuszu.

To prawda, brakowało w Towerstone prawdziwych bohaterów.

Leroy Cutt stracił Puddy’ego. Wprawdzie miał czterdzieści pięć innych świnek morskich, ale każde z jego zwierzątek miało swoje imię, a on je wszystkie pamiętał. Mówił do nich, opiekował się nimi, budował im coraz to nowe labirynty i urządzenia do zabawy, niektóre nawet ubierał w śmieszne ciuszki. Wszystkie, które zdychały, chował za domem w ogródku i stawiał im maleńkie nagrobki. Rotacja świnek morskich była dość intensywna, dlatego tyły posiadłości wyglądały jak miniaturowy cmentarzyk.

Kilka lat wcześniej odeszła od niego żona. Nie rozumiał, dlaczego.

Leroy Cutt był nieznacznie brzydszy od musztardy, więc rzadko pokazywał się publicznie. Swoje talenty próbował rozwijać głównie w domu. Kupował mnóstwo papieru maszynowego i pisał. Uważał się za najlepszego poetę dekady. W pewnym sensie miał rację. Ostatnie wydanie jego wierszy w wersji książkowej zrobiło furorę na rynku surowców wtórnych.

Puddy był martwy.

Wyraźnie jednak nie odszedł ze starości.

Puddy został zamordowany.

Ten, kto zabił Puddy’ego, nie był mordercą doskonałym. Zostawił ślady w postaci czterech charakterystycznych dołeczków po dolnych i górnych siekaczach.

Leroy Cutt nie miał wątpliwości, do kogo udać się po zadośćuczynienie.

***

W zupełnie innym miejscu na świecie, w południowo-zachodnich Niemczech, Dieter Organik kopał. Robił to od dziecka, więc nikogo z jego znajomych nie zaskoczyło, że został paleontologiem.

Dawna kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego była znakomitym miejscem badań. Znajdował tu już setki odcisków dawnych roślin i zwierząt. Przed laty wykopał na przykład maleńki szkielecik przypominający pozostałości nielotnego ptaka.

Tego dnia wstał jeszcze przed świtem. Miał przeczucie, że coś się wydarzy. I nie mylił się.

Jak co dzień odgarniał łopatką kolejne warstewki ziemi na znacznej już głębokości, odpowiadającej w przybliżeniu poziomowi karbonu.

Nagle poczuł nieopisany fetor.

– Niemożliwe, takie rzeczy nie mają prawa przetrwać tyle milionów lat! – szepnął do siebie.

W tym momencie ściana wyrobiska osunęła się, grzebiąc Dietera żywcem.

Wstał bez trudu, co bardzo go zaskoczyło, i uniósł się lekko nad osuwisko. Za tym, co jeszcze przed chwilą było solidnym skalnym blokiem, dostrzegł jakąś postać. Trzymała w ręku przedmiot przypominający narzędzie, które już dawno wyszło z użycia w rolnictwie.

– Czułem, że to będzie coś w tym guście… – powiedział ze spokojem.

***

Ron pierwszy raz w życiu trzymał w rękach Książkę.

Musiał przyznać, że uczucie było niesamowite. Jakby dostał do potrzymania miniaturę wieży Eiffla z wyjątkowo cienkiego szkła.

– Masz dwa dni – stwierdził Al Corn.

***

Drugi tego wieczoru łomot doprowadził Boba Schredingera niemal do szału. Zakłócić oglądanie „Milionerów” w trakcie pytania za dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów mógł tylko ktoś wyjątkowo niewychowany.

– Czego?! – zapytał po otwarciu drzwi.

– Czego? – powtórzył pytanie Leroy Cutt. – A tego! – wskazał na Kundla siedzącego na dywanie przed telewizorem.

Kot Schredingera nieznacznie tylko przechylił głowę w stronę przybysza. Ogon podążył leniwie mniej więcej w tym samym kierunku. Kundel spoglądał wzrokiem sugerującym, że zobaczył małego włochatego znajomego. Lecz akurat ten nie był już interesujący. Koty znacznie bardziej lubią tych włochatych znajomych, którzy jeszcze się ruszają.

Właściciel świnki w swej złości przypominał teraz Wściekłego Dwayne’a. Lecz tylko przypominał. Bo tak naprawdę Wściekłemu Dwayne’owi dotąd nikt nie dorównał. Raz tylko, parę lat wcześniej, spróbowali tego twórcy szkolnego teatrzyku, umieszczając postać zdenerwowanego sąsiada w minisztuce na zakończenie roku. Przedstawienie zostało przerwane w środku drugiego aktu po tym, jak jedno z krzeseł po widowiskowym locie z szóstego rzędu omal nie zabiło nastoletniego aktora. Wściekły Dwayne dostał wtedy pół roku bezwzględnego aresztu domowego.

– Jeszcze raz wypuścisz tego kota na zewnątrz, to inaczej porozmawiamy – ostrzegł Leroy.

– Poszaleliście dziś wszyscy, czy co? – teraz wściekł się Bob. – Cały dzień siedzi ze mną!

– Ciekawe, bardzo ciekawe.

Cutt wskazał na świnkę, rozgarnął jej sierść w miejscu, gdzie u ludzi znajdowałaby się szyja, i odsłonił śmiertelne rany.

– Co to jest, według ciebie? Ślady samochodowych opon?

No tak. Musiał przyznać, że opony, nawet zimowe, nie zostawiają na ciele dwóch wyraźnych dołeczków po siekaczach.

– Musisz bardziej pilnować swoje świnki, bo się pozagryzają – Bob próbował obrócić wszystko w żart.

– To nie są ślady zębów świnek morskich, tylko kota.

– Dużo ludzi ma koty. Czemu przychodzisz z tym do mnie?

– Bo to są ślady zębów twojego kota.

Leroy wydawał się o tym przekonany.

– Nie wychodził dzisiaj z domu, więc daj spokój i atakuj kogo innego – Schredinger był pewien tego, co mówi.

Choć parę osób w Towerstone mogłoby przysiąc, że koło czwartej po południu widziało białego kota na czatach pod domem Leroya Cutta.

– Nie lubię niczego i nikomu udowadniać, ale zróbmy eksperyment.

Bob znalazł na stoliku starą gazetę. A nie było to specjalnie kłopotliwe, bo tylko takie posiadał.

– Popatrz, co tu dla ciebie mam – zwrócił się do Kundla.

Metodą archaicznego kasownika biletów pobrał na gazetę odciski zębów kota, przyłożył do dziurek pozostawionych na śwince, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą, i…

– Dziwne – ocenił ze zdziwieniem.

Pan Schredinger stracił dotychczasową pewność siebie. Nic, co do tej pory spotkał w życiu, nie pasowało do siebie bardziej niż tych kilka dołeczków.

Podrapał się po głowie.

– Ale jak to możliwe? Dałbym sobie głowę… – postanowił zaczekać z tą propozycją. – Dałbym wiele za to, za tę pewność, że nie wychodził z mieszkania.

Niestety, pan Schredinger nie miał w najbliższej okolicy nikogo, kto mógłby potwierdzić jego słowa.

Triumfująca mina Leroya Cutta wykroczyła daleko poza usta. Odwiedziła uszy, brwi i spory kawałek czoła, które akurat u niego kończyło się tam, gdzie u innych rozpoczyna się tylna część szyi.

– Żeby to było ostatni raz – zagroził. – Może przydałaby ci się wizyta u lekarza. Ludziom z twoją tuszą zapychają się tętnice. Niedotleniony mózg może płatać różne figle.

Tym zdaniem zaklinacz świnek morskich wysłał w kierunku terytorium wroga rakietę krótkiego zasięgu, wyposażoną w głowicę złośliwości. Zrobił to, nie wiedząc, że przeciwnik ma zainstalowaną tarczę antyrakietową.

– Wspaniale się czuję z moim cholesterolem, nawet współpracujemy.

Sąsiedzkie relacje obu panów natychmiast zmieniły się z utrzymywania zwykłych stosunków dyplomatycznych w zimną wojnę. Drobnymi kroczkami, ale nie napierając, pan Schredinger przesuwał linię demarkacyjną w okolice drzwi wejściowych.

– To może sobie kup jakąś książkę o kotach – zaproponował półgębkiem Cutt. – Albo prowadzaj tego swojego zwierzaka na smyczy.

– A ty sobie kup czapkę, bo razisz mnie po oczach odbitym światłem.

Bobowi udało się w końcu wyprosić sąsiada.

Bitwa została wygrana, ale wojna dopiero się rozpoczynała.

***

– Gdzie byłeś? – słysząc dźwięk otwieranych drzwi, pani Norman rzuciła pytanie, nie odwracając głowy od telewizora, gdyż kończyli się „Milionerzy”.

– Musiałem na chwilę zajrzeć do klubu – skłamał Ron. W sobotę w klubie bejsbolowym nie było zajęć, bo znaczna część zawodników wraz z trenerem wyjechała na wycieczkę do Denver.

– Obiad odgrzej sobie w mikrofalówce.

Gdyby wszystkie matki tak dbały o swoje dzieci…

– Nie jestem głodny.

Pognał na górę do swojego pokoju. Przed wejściem do niego zdjął buty i założył obuwie w pewnych fragmentach przypominające domowe klapki. Ron nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów, jak dobry wygląd tego, w czym chodzi.

Pchnięte drzwi od pokoju uchyliły się pod tak małym kątem, że nawet Pitagoras miałby problemy z wyznaczeniem jego cosinusa.

Wejście blokowały różne rzeczy, w zasadzie wszystko, co jakiś czas temu stało na półkach lub było schowane w szufladach i garderobie. Największe zagęszczenie tworzyły skarpetki, te sprzed dwóch dni, i te, których data ostatniego noszenia wypadła kilka tygodni temu. Skarpetki można było zbierać jak grzyby po deszczu. Trzeba było tylko uważać na trujące.

***

Pan Schredinger nie należał do szczególnie błyskotliwych amerykańskich umysłów dwudziestego pierwszego wieku. Intelektualny pojedynek z rośliną doniczkową wygrałby z pewnością w pierwszej rundzie przez nokaut, ale wyniki starć z istotami bardziej rozwiniętymi pozostawały otwarte.

Odsuwał meble i sprawdzał wszystkie zewnętrzne ściany.

Od czasu wizyty pana Cutta z sumy pojęć „zamknięty dom”, „kot” i „na zewnątrz” nieskomplikowane połączenia nerwowe mózgu Schredingera wygenerowały pojęcie „nieszczelność”.

Kundel spokojnie lizał przednią prawą łapę.

***

W redakcji TS News panowało zwykłe wieczorne poruszenie. Jak przed każdą codzienną emisją „Wydarzeń”, półgodzinnego programu na żywo z wiadomościami z Towerstone. Już samo istnienie stacji telewizyjnej w zaledwie dwunastotysięcznym miasteczku było niezwykłe. Jeszcze bardziej osobliwe było to, że w mieście zazwyczaj nie działo się nic ciekawego, a telewizja konsekwentnie robiła materiały z tego niedziania. Przeważnie na żywo. Programy z tygodnia na tydzień stawały się coraz bardziej dynamiczne. Do tego stopnia, że relacje z obrad rady miasta oglądało się jak film sensacyjny z Bruce’em Willisem.

Sprawa niedostarczenia porannych gazet do kilku domów nieopodal ratusza mocno rozwinęła dziennikarstwo śledcze. Reporterzy odkryli, że gazety dostarczono, ale zanim adresaci je podjęli ze schodów swoich domów, jakiś bezpański pies zdążył je zabrać i poszarpać do bezużyteczności. Bezdomną sukę odnaleziono na skraju jednego z Kwadratowych Lasów, gdzie znosiła gazety, by zrobić wygodne legowisko swoim przyszłym szczeniakom. Zakończenie sprawy zostało okraszone kilkugodzinną debatą telewizyjną z udziałem kynologów, którzy ostatecznie orzekli, że musiała to być ciąża urojona.

Redakcja TS News mieściła się tuż obok rynku, w najwyższym budynku Towerstone, który miał trzy piętra. I byłaby – być może – najzwyklejszą redakcją na świecie, gdyby nie to, że droga ewakuacyjna prowadziła z niej przez piwnicę, plac zabaw i strażacki tor przeszkód do pobliskiego kina. Na tym odcinku droga ewakuacyjna pokrywała się z jedynym w mieście szlakiem turystycznym. Wyznaczono jego przebieg tamtędy, żeby znajdowała się na nim choć jedna atrakcja. Wkrótce powstał też przewodnik po szlaku, który w procesie redagowania z formy książki skrócony został do ulotki.

Jakkolwiek dziennikarze umieli zrobić coś z niczego, to redakcja nie miała szczęścia do pracowników administracji. Od niedawna na etacie pracowała tam automatyczna sekretarka, ponieważ poprzednio zatrudnione żywe wiedziały od niej dużo mniej. Poza tym, automatycznej sekretarce każdy mógł zostawić wiadomość bez obawy, że coś przekręci, przekazując informację szefowi. Ostatnia asystentka wyleciała z pracy po tym, jak Jeffrey Goodman przyszedł do redakcji z informacją, że zakład komunalny od tygodnia nie opróżnia pojemników na śmieci przy ulicy Krętej. Od sekretarki do dziennikarzy sensacyjny temat dotarł dopiero po trzech dniach i brzmiał: pan George od tygodnia nie może się wypróżnić, bo ma jelita zbyt kręte. Tego, że czas akcji się zgadzał, nie uznano okolicznością łagodzącą.

– Wchodzimy za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden – odliczał realizator wizji.

– Dzień dobry, Coleen Baelin, przed nami „Wiadomości”.

Coleen, długowłosa blondynka, prowadziła program na żywo po raz siódmy. Nie była etatową prezenterką, siadała przed kamerą zawsze w zastępstwie chorej koleżanki Sary Woods. Była reporterką. Wolała przynosić tematy niż o nich opowiadać. Choć szef redakcji, Bruce Farrell, miał inne zdanie. Coleen miała znacznie ładniejszą twarz niż Sara, była też efektowniej zbudowana, a w niektórych miejscach nawet zdecydowanie efektowniej.

Przede wszystkim jednak, nie robiła sobie na głowie codziennie fikuśnych rzeźb z włosów.

Jedynym problemem Coleen było to, że często mówiła do siebie. Z tego powodu, mimo nieprzeciętnej urody, młodość upłynęła jej w samotności. Nie licząc dwóch chłopców, którzy mieli nadzieję, że to powinno samo przejść, ale jednak dość szybko dali za wygraną. W związkach kobiet z mężczyznami nikt nie lubi czuć się tym trzecim.

Szczęście przyniosły jej wakacje w Wielkim Kanionie, gdzie poznała mężczyznę swego życia. Jego problemem także było to, że mówił do siebie. Dlatego gdy szli razem i każde z nich mówiło do siebie, wyglądało to tak, jakby szczerze rozmawiali.

Natomiast gadanie do siebie nigdy nie zdarzyło się Coleen na antenie.

– A w „Wiadomościach” między innymi: o tym, że pan Leroy Cutt stracił Puddy’ego, o kilkugodzinnym spóźnieniu autobusu wiozącego uczniów z wycieczki do muzeum w Denver i o tajemniczym zniknięciu kury z gospodarstwa Dwayne’a Loopsa. Powiemy także o dwóch nowych pomysłach rady miejskiej: na radzenie sobie z bezpańskimi kotami oraz na walkę z otyłością w Towerstone.

***

Pan Schredinger wyczuł, że wszystkie wiadomości telewizyjne będą tego wieczora złośliwie skierowane przeciw niemu.

– Skąd, u diabła, oni o tym wiedzą? – zapytał siebie, oglądając jak na ekranie Wściekły Dwayne ciska małymi kamieniami w kamerzystę.

***

Grupa otaczających nauczyciela uczniów zmniejszyła się o kilka postaci, z których dwie zasnęły na przednich fotelach z otwartymi ustami, a pozostałe próbowały pocelować w nie zwiniętymi w kulki kawałkami papieru.

Derek Friedel podjął próbę wyjaśnienia podopiecznym, co to jest strzałka czasu i dlaczego, jego zdaniem, może być zwrócona w kierunku przeciwnym do obecnego. Po czwartym zdaniu postanowił zmienić temat na łatwiejszy.

– Powoli dojeżdżamy. Jeszcze jakieś siedemdziesiąt kilometrów.

Stevenowi przypomniał się eksponat z muzeum.

– A widział pan, panie profesorze, że na obrazie Rubensa Adam i Ewa mają pępki?

– Nie zwróciłem uwagi. Tak było?

– Tak! Logicznie rozumując, dopiero ich dzieci mogły mieć, prawda?

Steven nie dodał już, że Adam – jeśli w ogóle – to powinien mieć bliznę raczej w okolicy klatki piersiowej.

– Logika podpowiada, że tak – odpowiedział Friedel. Zanosiło się na trudną rozmowę. – Choć Biblia nie opisuje w tak drobnych szczegółach, jak wyglądali pierwsi ludzie. To artystyczne wyobrażenie.

Steven był bardzo dociekliwy. Chciał znać odpowiedzi na wszystkie pytania świata, łącznie z tymi: dlaczego istniejemy i czy poza granicami Wszechświata jest coś jeszcze? Biblia na te pytania nie dała mu jasnych odpowiedzi. Ona wątpliwości tworzyła. Niezrozumiałe dla chłopaka była zwłaszcza epoka Kaina i Abla, w której dokładnie połowa młodzieży była zamieszana w działalność kryminalną.

No i jak, do jasnej choinki, rozmnożył się Kain?

***

Trzy przecznice od posterunku, w szeregu podobnych do siebie budynków, stał dom szeryfa Jacko Rossiego. Jego żona, Leslie, brunetka o filmowej urodzie, zajmowała się ich pięciomiesięcznym synkiem.

– O! Zrobiłeś kupkę! – wykrzyknęła, wyraźnie uradowana, młoda mama.

Niezwykła jest fascynacja dorosłych dziecięcymi odchodami.

***

Wiele rzeczy dziwiło Stevena. Zastanawiał się na przykład, dlaczego w reklamie odświeżacza powietrza o zapachu orchidei występuje pingwin.

I kompletnie nie rozumiał japońskiej kultury kulinarnej. Przecież nie po to człowiek przez tyle milionów lat uczył się wykorzystywać ogień do smażenia mięsa, żeby teraz jeść surowe ryby.

***

– W ten sposób będziemy mogli kontrolować bezpańskie koty. A co ważniejsze: będziemy wiedzieć, kiedy takie zwierzę wejdzie na nasz teren…

Pan Witt Oloffsky pokazywał w „Wiadomościach” najnowszy model zaprojektowanej przez siebie kotokomórki, reagującej przeraźliwie głośnym buczeniem na przechodzącego przez nią futrzaka. Kotokomórka miała kształt rury.

– Ustawiamy aparat przy wejściu na posesję i załatwione – samą tylko pewnością siebie Oloffskiego można by wygrać wojnę w Wietnamie.

– Ale kot może wcale nie chcieć przejść przez urządzenie, tylko je obejść albo zaczaić się z zupełnie innej strony posiadłości – młodziutka dziennikarka śledcza TS News zapowiadała się obiecująco.

– Eee… no… tego…

Coleen błyskawicznie, ale z wyczuciem, podziękowała za tę relację na żywo i, nie korzystając z promptera, zaprosiła na kolejną.

***

Bob Schredinger oglądał „Wiadomości” z coraz większą irytacją. Zwłaszcza że właśnie zaczął się kawałek o otyłości. Sięgnął po leżący w pudełku ostatni zimny kawał wczorajszej pizzy. Aż dziw, że się ostał.

– Słanie w banie – wymruczał z pełnymi ustami.

Radny George de Bruine wyłuszczał widzom pomysł częściowego sfinansowania wycieczek na basen do Colorado Springs dla osób z nadwagą. Opowiadał o tym, jacy to pływacy są sprawni, jak dobrze wyglądają i ile kalorii można spalić podczas godziny spędzonej w wodzie.

Gruby Bob niechętnie przyjmował nowe teorie. No bo skoro pływanie wyszczupla, to przecież, kurczę, wieloryby muszą coś robić źle…

***

Kwadratowymi Lasami młodzież nazywała dwa duże parki tuż za rogatkami miasta.

Kwadratowe Lasy znajdowały się po obu stronach szosy, tam, gdzie nie domykały się ramiona wzniesień Macklehorn.

Kwadratowe Lasy były gęste i ciemne.

Kwadratowe Lasy były gęstsze i ciemniejsze niż jakikolwiek inne lasy.

Kwadratowe Lasy były kwadratowe. Przynajmniej z lotu ptaka. Wyglądały tak, jakby ktoś je specjalnie wystrugał.

Kwadratowe Lasy były dla sporej części młodzieży tym miejscem, do którego chodziło się, kiedy szkoła robiła się nudna.

W kwadratowych Lasach świetnie paliło się skręty.

Kiedyś, nawet często, Sandra, Steven i Ron zapuszczali się do Kwadratowych Lasów, ale nie po to, by palić trawkę. Lubili tajemnice i niesamowitości. A tajemnicze i niesamowite było choćby to, że liście drzew nie miały tu koloru zielonego, tylko rudawo-brązowy, i nigdy nie opadały na zimę.

Za Kwadratowymi Lasami rozciągały się pola. Wszyscy nazywali je polami, choć od dawna porastały je tylko rzadkie trawy. Pola nigdy nie dawały plonów, choć co roku na nowo prowadzono badania i próbowano budować coraz bardziej profesjonalne kanały melioracyjne. Przyjeżdżali fachowcy z Ohio, Alabamy i Teksasu, robili pomiary i zapewniali mieszkańców, że wszystko jest na najlepszej drodze do rozpoczęcia uprawy niesłychanie wydajnej odmiany kukurydzy. Oczywiście modyfikowanej genetycznie. Lecz woda kanałami płynąć nie chciała, a kukurydzy – jak nie było, tak nie było.

Pomiędzy Kwadratowymi Lasami biegła szosa, którą większość mieszkańców zwała autostradą. Tak szeroka droga właściwie nie była nikomu potrzebna, bo samochodów było w Towerstone ledwie kilka tysięcy sztuk. To znacznie mniej od amerykańskiej średniej, wynoszącej ponad dwa auta na jednego mieszkańca.

Szosa była regularna, prosta, nie zniszczona zębem czasu, choć istniała prawie sto lat. Jakby utrzymywana rękoma niewidzialnych służb drogowych. Rada miasta w swej historii nie wydała centa na jej remont.

***

Coleen odetchnęła z ulgą i wyjęła z ucha słuchawkę.

– Może wyskoczymy na hamburgera? – zaproponował Matthew, inżynier dźwięku.

– Przecież wiesz, że nie jadam mięsa – odpowiedziała z uśmiechem.

– Ciągle to samo. Coleen, zrozum, człowiek jest drapieżnikiem i żaden nowy rodzaj wegetarianizmu tego nie zmieni.

– Wdawać się w dyskusję? Nie… Trochę się spieszę. Co to ja miałam zrobić? Aha, po drodze do domu wejdę do sklepu. A oddałam Bruce’owi tę jazzową płytę? Nie! Ojejku. Jutro nie mogę o niej zapomnieć.

To, że mówiła do siebie, było nawet korzystne dla współpracowników. Przynajmniej mieli pewność, iż mówi to, co myśli.

***

Ron poczuł odrobinę słabszy, ale wciąż taki sam okropny zapach, który na ulicy Klonowej omal nie stał się ostatnim, jaki w życiu zarejestrował. Spojrzał z łóżka w kierunku okna. Było otwarte. Lekki powiew rytmicznie unosił firankę w sposób, który co bardziej konserwatywni republikanie uznaliby za niemoralny.

Czytał Książkę.

Trzymała się nieźle, ale widoczne już były wyraźne znamiona starości: miała porysowaną, przetartą skórzaną okładkę i lekko pożółkłe, naddarte od wielokrotnego zginania kartki. Były cieniutkie, przy przewracaniu trzeba było zachować szczególną ostrożność. Na pierwszej z nich, nie licząc okładki, widniała data 15 września 1912.

– Dokładnie sto lat! – pomyślał na głos z fascynacją, ale i niepokojem, poprawiając pozycję siedzącą. Naoglądał się już w życiu dość horrorów, żeby wiedzieć, co może się stać w okrągłą rocznicę pewnych wydarzeń.

***

Coleen zrobiła małe zakupy, zaraz po przyjściu do domu spakowała na jutro jazzową płytę dla szefa, zjadła odgrzaną kolację i usiadła z Harrym przed telewizorem, by odbyć z nim codzienną wieczorną rozmowę.

– Nie mówię, że prowadzenie programu na żywo nie jest przyjemne, ale zawsze kiedy nie ma Sary, wracam później z pracy.

– Skoro w piwnicy są te duże gwoździe, to może udałoby się zamontować regał w przyszły weekend.

– Chociaż z drugiej strony, zawsze to jakaś odmiana.

– Chyba że…

– Może poprosić Bruce’a o częstsze prowadzenie? Na przykład raz w tygodniu?

– Ale i tak nie ma uchwytów.

– Częściej nie, bo mi się znudzi.

– Powinny być „U Rogera”.

– Tak, ten wieczorny niedzielny magazyn byłby dobry.

– Czy ja kiedyś czegoś nie znalazłem „U Rogera”?

– Zresztą sam Bruce proponował mi to już pół roku temu.

– Nie ma co, trzeba to zrobić. Wtedy rozwiąże się problem z kupą płyt stojących w sypialni.

– Sara z pewnością nie będzie miała nic przeciwko temu.

– Dobra. W przyszłą sobotę to załatwię.

– Ale jestem zmęczona, już prawie północ. Ciekawe, czy małolaty wróciły z Denver.

– Mam wrażenie, że w lodówce zostało jeszcze jakieś piwo.

Wszystkich ich znajomych nurtowało pytanie: po ilu latach związku przypadek sprawi, że w jednej chwili trafią w ten sam temat? I czy w ogóle? I co się wtedy stanie?

***

Zwykle zabierał się do czytania książek w specyficzny sposób – od ostatniej strony. Lubił wiedzieć wcześniej, jak przygoda się zakończy. Ron spopularyzował tę metodę w swojej klasie. Przyjęła się nadspodziewanie dobrze, zwłaszcza wśród tych, którzy mieli zaległości w obowiązkowych lekturach.

Tym razem postąpił inaczej, czytał od pierwszej strony.

Bo wiedział, jak kończy się Książka.

Bo historia, choć dawna, była znana. I prawdziwa.

***

Kiedy autobus stanął na parkingu przed szkołą, wszystkim ulżyło. Część uczniów ochoczo wybiegła z pojazdu, resztę trzeba było dobudzić.

– Dzięki wszystkim. Idźcie i wyśpijcie się. Jutro, a właściwie już dzisiaj, jest sobota. Widzimy się w poniedziałek na treningu.

Derek Friedel był nie tylko nauczycielem fizyki i chemii, ale także zapalonym, niespełnionym w młodości bejsbolistą. Szkolną drużynę trenował charytatywnie, po godzinach.

– Steven…

– Tak?

– Pamiętasz o doświadczeniu z dyfrakcją fal świetlnych?

– Tak, tak. Możemy z Sandrą przyjść we wtorek po lekcjach.

– Ale akurat ja wtedy nie mogę. We wtorki po południu mam Godzinki.

Nie trzeba było nikomu tłumaczyć, co w języku lokalnego fizyka oznaczają Godzinki. Wbrew pozorom, nauczyciel nie był nadmiernie religijny, tylko rozwijał w sobie nietypową pasję. W wolnych chwilach dzwonił do znanych ludzi i mówił im, która jest godzina.

– W ubiegłym tygodniu zadzwoniłem do Sylwestra Stallone’a i powiedziałem mu, że jest w pół do drugiej – pochwalił się Friedel. – Mam to nagrane!

***

Nocna lampka dawała nikłe światło. Było prawie ciemno. Chłopak co chwilę odrywał oczy od tekstu, rozglądał się. W pokoju nie było nikogo, ale wrażenie, że nie jest sam, było nieznośne.

Chłodne powietrze wlatywało przez uchylone okno. Ze strachu jednak nie wstał, by je zamknąć, tylko chwycił koniec kołdry i naciągnął aż pod szyję.

Nie przestawał czytać.

Książka wciągała.

Książka pragnęła być przeczytana.

***

W ostatnim domu, na skraju jednego z Kwadratowych Lasów, na fotelu skierowanym do telewizora bujał się bardzo, bardzo stary człowiek. Tak stary, że nawet na wizytę u fryzjera musiał mieć pozwolenie miejskiego konserwatora zabytków.

Jego palce, pukające monotonnie w poręcz fotela, nagle znieruchomiały.

Al Corn wyczuł czyjąś obecność.

Obecność, której nie czuł od… od bardzo dawna.

***

Zbliżał się koniec kwartału, więc szeryf Jacko Rossi musiał zostać dłużej na komisariacie. Raz na trzy miesiące dochodzi do głosu sprawozdawczość. Wtedy mniej jest interwencji, a więcej papierkowej roboty.

Nie dość, że sam musiał wypełnić około dwustu druków, to jeszcze był zmuszony kontrolować swoich podopiecznych. Bo część policjantów w Towerstone nie była ani zbyt ambitna, ani szczególnie uzdolniona. Dowodów na to było aż nadto. Przed trzema laty, na przykład, na czterdzieści osiem godzin do aresztu miał trafić starszy jegomość, który w biały dzień okładał parasolem nastolatka, bo myślał, że ten kradnie mu rower. Biedak zapomniał, że dwie godziny wcześniej poprosił chłopca o naprawę łańcucha. Nic dziwnego, że mężczyzna był zestresowany. W młodości otrzymał mieszkanie komunalne w najodleglejszym i najgorszym kwartale – Oliver City, leżącym w zasadzie u podnóża Pasma Południowego Macklehorn. Jedyna podła dzielnica Towerstone skupiała drobnych złodziejaszków, kradnących sobie nawzajem wszystko, co tylko można było unieść.

Dzielnica była tak podła, że ilekroć ktoś zamykał w niej okno, przycinał palce komuś innemu.

Policjanci wyposażeni w nakaz mieli go doprowadzić do aresztu, ale trwało to trzy tygodnie. Starszy pan zostawiał codziennie tak zasłane łóżko, że za każdym razem, gdy funkcjonariusze wchodzili do mieszkania – myśleli, że śpi i bali się go zbudzić.

Szeryf pochylił się nad młodym mężczyzną, wykonującym najprostsze czynności cztery razy wolniej niż ktokolwiek inny.

– Czy kiedy mówiłem ci, żebyś wytłuścił te trzy słowa, to zasugerowałem, że masłem orzechowym?! –zdenerwował się.

Fakt, Zibi należał do osób mniej rozgarniętych. Czasem przekraczał cienką czerwoną linię pomiędzy niezrozumieniem a głupotą. I był irytująco powolny w działaniu. Podczas gdy zwykły policjant mógł się uporać z kilkunastoma dokumentami w godzinę, Zibi kończył zapoznawanie się z połową pierwszego. Był tak flegmatyczny, że nawet zrobione przez niego zdjęcia ślimaków były nieostre.

Zibi dostał pracę w policji z litości. Nie sprawdził się dotychczas w żadnej profesji w Towerstone, nawet w ratuszu, gdzie tylko raz w tygodniu miał przygotowywać herbatę na sesje rady miejskiej. Napój lądował na stołach zwykle już po wyjściu ostatniego urzędnika i prawie zawsze była to kawa. Należał więc do szerokiego grona pracowników nieważnych. Bo ważny pracownik to nie taki, którego można zwolnić w dowolnej chwili, ale taki, po którego odejściu zaczynają spadać wskaźniki giełdowe.

Za to szeryf był w mieście kimś. Wysoki, dobrze zbudowany, nieprzyzwoicie przystojny, a do tego inteligentny i szarmancki. A w odpowiednim czasie, miejscu i w stosunku do właściwych ludzi – także wymagający i sprawiedliwy. U męskiej części społeczności budził szacunek, u żeńskiej pożądanie. Kobiety dzwoniły na posterunek z prośbą o interwencję tylko po to, by go zobaczyć i przynajmniej spróbować dotknąć jego muskularnych bicepsów. Zdarzało się, że mdlały z emocji, gdy tylko pojawiał się w progu ich mieszkań.

Jego rodzice – matka z Kalabrii, ojciec z Luizjany – przekazali mu w genach wszystko, co najbardziej pociągające u Włochów z południa i Amerykanów z południa. Zdawał sobie sprawę z własnej urody, ale nigdy, nawet w najgęstszym hormonalnie okresie młodości, nie starał się tego wykorzystywać. Nie był uwodzicielem, raczej romantykiem, czyli człowiekiem, któremu częściej przytrafia się miłość niż seks.

Był przykładnym i kochającym mężem, a od pięciu miesięcy – także ojcem. Jeszcze nie był pewien, czy kochającym.

Zanim został policjantem, marzył o dalekich podróżach. Lecz nie o podróżach do Nowego Jorku czy Seattle, które przeciętni Amerykanie już uważają za dalekie, ale o prawdziwych wyprawach do nieprzebytej dżungli czy krainy wiecznego lodu, a nawet o locie na Księżyc. W późnym dzieciństwie kupił wielką mapę ścienną i obiecał sobie, że będzie przypinał kolorowe pinezki w miejsca, w które dotarł. Zrezygnował jednak, kiedy zorientował się, gdzie musiałby pojechać, by mapa w ogóle mogła trzymać się ściany.

Na posterunku nie było tłoczno, ale panowała zorganizowana dokumentacyjna krzątanina. Rossi uważał, że te biurokratyczne bzdury lepiej mieć za sobą wcześniej niż później, w razie nieprzewidzianych okoliczności. A bardzo prawdopodobne, że właśnie jedna z takich okoliczności przekroczyła próg komisariatu.

***

Podmuch wiatru trącił okno i uniesioną jego część wprawił w wibracje o wysokiej częstotliwości. Do pokoju zostało wdmuchnięte chłodne powietrze. „No cóż” – pomyślał Ron. Kończyło się lato, więc zimniejsze powiewy nie należały do rzadkości. Tym razem jednak wraz z podmuchem wleciało coś jeszcze, czego nie dało się zobaczyć, ale można było wyczuć.

Znał już ten obrzydliwy zapach. Długo nie potrafił skojarzyć go z konkretną sytuacją, ale teraz… Teraz przypomniał sobie, że coś podobnie ohydnego wąchał rok temu na wycieczce szkolnej po oddziale utylizacji szczątków zwierzęcych korporacji FarmFoods niedaleko Denver.

Nie ruszając się z łóżka, zrobił szybki przegląd porozrzucanych na podłodze skarpetek.

– Hmm – mruknął głośno dla dodania odwagi.

Zrobiło się zimno. Jakby ktoś nie zamknął lodówki.

Ron zadrżał. W pokoju przecież nie było lodówki.

– Hmm – mruknął nieco głośniej.

Dużo by dał, żeby ktoś był teraz przy nim.

Pomyślał, żeby zbiec po schodach do rodziców. Ale tylko tyle. Ze strachu znieruchomiał. Otworzył usta w nadziei, że wydobędzie się z nich jakiś okrzyk ostrzegawczy, lecz wyszedł z tego zaledwie stłumiony szept i bliżej nieokreślony słaby syk.

Nerwowo rozglądał się po pokoju. Wszystko wokół było normalne, poza smrodem i tym niepokojącym uczuciem, że ktoś patrzy.

***

Nauczyciel fizyki nieustannie robił eksperymenty. Przeprowadzał je przeważnie w piwnicy swojego domku, który stał nieopodal boiska futbolowego. Doświadczenia były przeróżne – od takich, po których zupełnie nic się nie działo, do takich, dzięki którym ludzie odzyskiwali wiarę w zjawiska nadprzyrodzone. Mieszkańcy przyzwyczaili się do dziwnych błysków w piwnicznych oknach, do dźwięków nie dających się zaliczyć do żadnej gamy oraz do wydobywających się z mieszkania kłębów dymu we wszystkich kolorach tęczy. Większego wrażenia nie robiły nawet tzw. efekty Friedela, związane z krótkotrwałym, ale doskonale widocznym unoszeniem się domu w całości.

Mieszkał sam. Nie miał żony. A nawet gdyby miał, nie wiadomo, jak długo pozostawałaby w stanie stałym. Zapewne zainteresowałoby go to, dlaczego człowiek, składający się w 70 procentach z wody, nie utrzymuje się w stabilnym stanie ciekłym.

Ale Derek nie robił doświadczeń ani na ludziach, ani na zwierzętach. Zakończył je definitywnie jeszcze w dzieciństwie. W Dzienniku Prób zapisał wówczas: „Króliki nie latają. Nie samoczynnie. Do latania króliki potrzebują co najmniej katapulty lub jastrzębia na plecach”. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy eksperymentalnie dowiódł, że mieszanka miodu lipowego z akacjowym nie eksploduje. Przynajmniej nie bez udziału ładunku wybuchowego.

Jednak ostatnio budynek, w którym mieszkał, lewitował rzadziej. Rzadziej niż raz w tygodniu. Nauczyciel był zajęty nowymi eksperymentami.

– Ach… ta… mechanika kwantowa… To jest… fascynujące! – wzorcowo cedził słowa. Żaden durszlak tak nie potrafi.

Urządzenie, które skonstruował Friedel, zajmowało obecnie jedną trzecią piwnicy. Zaczynało się niewielkim podajnikiem o budowie lejka, umieszczonym na trzecim stopniu schodów prowadzących na parter, a kończyło małą szklaną rurką wylotową wystającą z nie domykającego się wąskiego, ale płaskiego okna. Końcówka maszyny była skierowana mniej więcej na południowy zachód.

Mechanika kwantowa rządzi światem w bardzo małych skalach. Tak małych, że do eksperymentów potrzeba nie laski ebonitowej, lecz cząstek elementarnych. Na dodatek mechanika kwantowa stoi w sprzeczności z zasadami ogólnej teorii względności. W tak małym świecie nie działa grawitacja. Przynajmniej nie tak, jak uważał Albert Einstein.

Według mechaniki kwantowej poruszając jedną maleńką cząstką w stanie Kolorado, można poruszyć inną w Ohio.

I to właśnie chciał zaobserwować Friedel. Miał też cichą nadzieję, że to prawo znajdzie zastosowanie dla nieco większych cząstek, na przykład dla kuleczki śrutu do wiatrówki.

Urządzenie w piwnicy mieszkania nauczyciela było czymś w rodzaju akceleratora. Ale nieco większych cząstek niż te, jakich używa się w zderzaczu CERN pod Genewą.

Derek podłączył maszynę do prądu.

Światła w całym Towerstone na moment przygasły.

Urządzenie działało niepokojąco cicho.

Podszedł do schodów. Założył laboratoryjne gogle z przezroczystego plastiku, które jako żywo przypominały kask używany w amatorskich rozgrywkach hokeja na lodzie. I wrzucił kulkę śrutu do podajnika. Kulka drastycznie przyspieszyła w szklanej spiralnej rurce. Ułamek sekundy później osiągnęła taką prędkość, że nauczyciel stracił ją z oczu. Urządzenie zrobiło ciche „umf” w niskich tonach, prawie na granicy słyszalności i…

I tyle.

Kulka nie dotarła do końcowej pipetki.

Kulka znikła.

Friedel podrapał się w głowę.

– Chyba… trzeba będzie nad tym jeszcze popracować…

***

W tej samej chwili na małym targowisku rybnym w Ujung Pandang na indonezyjskiej wyspie Celebes młoda kobieta kupowała pół kilograma krewetek. Coś uszczypnęło ją w prawy pośladek. Prawie w tym samym momencie stojący za nią w kolejce młody mężczyzna otrzymał precyzyjny cios otwartą dłonią w bezpośrednie okolice lewego ucha. Nie bardzo wiedział za co, ale mógł być pewny, że czerwonawy piekący ślad zniknie dopiero po tygodniu.

– Świnia.

Kobieta odwróciła się na pięcie, nieświadomie wdeptując w miękką ziemię maluteńką, niepozorną kulkę śrutu.

***

– Idziemy do Rona? – zaproponował śmiało Steven.

Sandra była lepiej od niego zorientowana w czasie.

– Oszalałeś chyba, wiesz która godzina?

– Ach, tak. Racja.

Nie wszyscy rozeszli się do domów sprzed szkoły. Dwie osoby przez telefon namawiały swoich rodziców, by przyjechali po nie samochodem, jedna próbowała ukryć, że pali papierosa, a dwie grupki po czterech uczniów namawiały się na jutro do kina i na koszykówkę w szkolnej sali gimnastycznej. Najwyższy i najchudszy z nich poszedł do Sandry i Stevena.

– Steven! Zagracie z nami jutro po południu? – zapytał Kareem, dwieście dziewięć centymetrów wzrostu. – Brakuje nam dwóch.

Steven nie lubił przegrywać. Nawet w meczach towarzyskich.

– Nie. Jadę do rodziny na obiad – odpowiadając, musiał tak odchylić głowę do góry, że wyglądało, jakby rozmawiał z gwiazdami.

Nie lubił też koszykówki, wolał gry mniej kontaktowe. Oczywiście skłamał, ale w dobrej wierze. Nie można bowiem bez narażenia zdrowia oznajmić komuś, kto ma dwieście dziewięć centymetrów wzrostu: nie lubię koszykówki. Steven odwrócił głowę w kierunku Sandry i szybko zmienił temat.

– No to chodźmy. Odprowadzę cię.

Steven znowu skłamał. Dom Sandry znajdował się na tej samej ulicy, co dom jego i Rona. Na Lazurowej. Sandra mieszkała najbliżej szkoły, Steven najdalej. Ale pomiędzy ich domami było kilka innych posesji. Można jednak powiedzieć, że byli prawie sąsiadami.

Żeby znaleźć się na ulicy Lazurowej, trzeba było, idąc od strony szkoły, przejść do końca ulicy Krętej, która – nie wiadomo dlaczego – nie miała ani jednego zakrętu, potem pod kątem prostym skręcić w prawo w Wiązową, a z niej w lewo w Lazurową.

– Nie wiem, może wypadało wszystkich przeprosić? – zaczęła Sandra.

– Za co?

– No, w końcu to z mojej winy tak późno wróciliśmy.

– Eee, każdemu się może zdarzyć – uspokoił ją Steven. – Pamiętasz, co zrobił Gibbon na akademii z okazji trzydziestolecia szkoły?

– Oj…

To nie był najlepszy przykład w tych okolicznościach. Zarządca szkolnej świetlicy zrobił to samo, co Sandra trzykrotnie koło autobusu. Różnica polegała na tym, że Gibbon miał moment słabości w auli tuż przed odśpiewaniem hymnu państwowego.

Weszli w Wiązową. Minęli psa, który kręcił się w kółko, goniąc swój ogon. Robił to tak zawzięcie, że nie było widać ani początku, ani końca psa. Szybkim wirowaniem upodobnił się do dziecięcego bąka – niemal pewne było, że został nakręcony, nie do końca zaś jasne, kto go puścił.

Na Lazurowej, tuż za ostatnim zakrętem, spostrzegli kontur postaci, zdawało się, że siedzącej na krawężniku. Światła ulicznych latarni na moment przygasły. Steven chwycił ramię Sandry i jednocześnie zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal zwichnął sobie kolano.

– Cicho – wyszeptał. Niski, ciemny kształt nie wyglądał przyjaźnie i wymachiwał rękami w mało skoordynowany sposób. Steven nie bardzo wiedział, co począć. Każdym następnym ruchem brał odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za koleżankę.

Siedzący człowiek musiał ich już zauważyć, byli zbyt blisko, żeby pozostali niezauważeni. Jeśli pójdą dalej, może ich zaczepić, a nawet zaatakować. A może czekał, aż podejdą bliżej? No tak, jeżeli zawrócą, będzie wiadomo, że oni zauważyli jego. Może spróbować ich gonić.

Każde z rozwiązań miało poważny minus.

Postać wstała z krawężnika i zaczęła się zataczać.

„No nie, i do tego jest pijany!” – myśli Stevena rozpaczliwie wołały o pomoc.

Najgorsze, że ten ktoś zataczał się w ich kierunku. W lewej dłoni miał przedmiot bardzo przypominający szyjkę rozbitej butelki i mamrotał niezrozumiale pod nosem.

Sandrę zmroziło. Nie rozpoznawali twarzy mężczyzny, bo pozostawała ukryta w cieniu. Światło ulicznej latarni padało mu zza pleców. Takie sceny widzieli dotychczas jedynie w filmach grozy.

Mroczny kształt podszedł tak blisko, że ucieczka stała się bezcelowa.

***

Krokiem typowym dla westernowych bandziorów do lady na posterunku podszedł Karczoch, cały ubrany w dżins. Brakowało mu tylko kozaczków z ostrogami i kowbojskiego kapelusza. No i konia, rzecz jasna. Ale widać było, że rewolwer akurat miał. I pozwolenie na rewolwer też. Nic nie można było zrobić, dopóki nie wystrzeli.

Nie znaleziono w Towerstone mądrego, który wiedziałby, jak naprawdę nazywa się Karczoch. Rzadko wychodził z domu, przeważnie tylko po zakupy. Za dnia żył ze skręcania długopisów reklamowych, a wieczorami i nocami oglądał filmy z wypożyczalni.

Jego twarz, usiana dołkami po ospie, wyglądała, jakby co najmniej raz przegrała w rosyjską ruletkę. Była twarzą niepoprawnego indywidualisty i uparciucha, który zatrzaskuje drzwi pokoju, gdy mama z korytarza krzyczy „Nie drap! Chcesz wyglądać jak karczoch?!”

– Szeryfie, nie wiesz, czy Shop & Mart jest jeszcze otwarty? – zapytał grzecznie.

– Jeszcze jakieś dziesięć minut. Bo zwykle o północy zamykają.

– To w tym kierunku na autostradę?

– Tak, jasne.

Co bardziej leniwi mieszkańcy Towerstone mało znali miasto, zdarzało się więc, że oni sami często pytali innych o drogę.

***

Ciemna postać zatrzymała się tuż przed nimi. Z dłoni trzymającej utrąconą szyjkę butelki wolno kapała krew.

– Gohana muozieszy. Szeraszm, bazo sendesznie. Szeraszm. Nie masie może niestuczonej butelgi? Najlepi dosyś pełnej.

Z ust Josha zaleciało półroczną produkcją whisky stanu Kolorado.

Steven nie miał natychmiastowego pomysłu na odpowiedź. Josh, należący do podgrupy przyjaznych pijaczyn, nie stanowił zagrożenia. Ale nadnercza Stevena zdawały się jeszcze nie przyjmować tego do wiadomości.

– Nie mamy.

– A to szeraszam bazo, szeraszam.

Chłopak szturchnął koleżankę łokciem. Oddalili się prawie biegiem.

– Ech, ta sisiejsza muoziesz…

***

W kuchni ostatniego domu stojącego na skraju jednego z Kwadratowych Lasów niesłychanie wiekowy mężczyzna zapalił dwa palniki kuchenki gazowej. Na jednym ustawił czajnik, na drugim brytfannę pełną wody. Z szafki z napisem „Emergency” wyjął puszkę herbaty Yunan, łyżeczkę i kompas.

Po tylu latach był prawie pewny, że to się już nie powtórzy. Ale bliskość pewności nie oznacza całkowitej pewności.

Cokolwiek miało się stać, był na to przygotowany.

***

– Nie wyłączaj telefonu. Tak w razie czego.

– Dobrze, do jutra.

Sandra zamknęła za sobą drzwi.

Chłopak ruszył w swoją stronę, obejrzał się jeszcze. Josh to znikał, to pojawiał się za zakrętem, przechylając się na boki, co sugerowało, że obie strony jego ciała prowadzą wyrównaną walkę o utrzymanie pionu. W końcu prawa strona nieznacznie przeważyła i wraz z resztą schowała się za narożnym domem.

„Pewnie jeszcze nie śpi” – pomyślał Steven, przechodząc koło podwórka domu Rona i spoglądając w uchylone okno na piętrze. W pokoju kolegi paliło się słabiutkie światło. Postanowił jednak porozmawiać z nim dopiero rano.

***

– Za kwadrans – szeryf odpowiedział przez telefon na pytanie żony, o której zamierza wrócić.

Leslie nie była natarczywa, zdenerwowana ani złośliwa. Po prostu martwiła się, że tak długo nie wraca, wiedząc jednocześnie, iż mąż zaczyna w pracy męczący papierkowy tydzień.

– Jak tam nasze maleństwo? Pewnie śpi?

– Oczywiście, i tak słodko. Przyjedź, to zobaczysz.

***

Próbował się dostać do domu, robiąc jak najmniej hałasu. I pewnie by się udało, ale mały, uroczy szary terier imieniem Texas od kilku godzin czekał na Stevena w progu. Z pewnością pomachałby ogonem, gdyby mu go nie obcięto w latach szczenięcych. Dlatego psina okazywała radość głównie szczekaniem.

Po chwili przy balustradzie na piętrze pojawiła się pani Ulla Sparks, mama Stevena, będąca w ostatniej fazie zawiązywania sznurka od podomki.

– Co tak długo? – spytała.

Było już kilkanaście minut po północy.

– Mieliśmy kilka nieplanowanych postojów. Komuś zrobiło się niedobrze w autokarze.

– Obiad sobie odgrzej. Ale nie wiem, czy będziesz chciał to jeść.

– Dobra, na razie.

Ojciec nie wyjrzał z sypialni, ale to było do przewidzenia. Zawsze do późna pracował w łóżku z laptopem.

W mikrofalówce stało szklane naczynie przykryte folią. Steven włączył zegar na dwie minuty. Zadziwiające, jak szybko upłynęły. Urządzenie zrobiło „ping”.

Spodziewał się, że rodzice przygotują „to” na obiad. Zawsze tak robili, gdy wyjeżdżał na dłużej. Zdjął folię, nabrał zieloną papkę na końcówkę widelca, spróbował. W szpinaku było tyle żelaza, że można było z niego bić monety.

„Może innym razem” – zadecydował w myślach.

Wdrapał się po schodach do swojej sypialni, nie domknął drzwi, żeby Ozzy mógł rano tradycyjnie go powitać, i położył telefon na biurku. Chociaż „na biurku” to za dużo powiedziane. Położył raczej nad biurkiem, gdyż na blacie leżało kilkanaście warstw książek. Mebel już dawno zmienił funkcję na tę zarezerwowaną dotychczas dla półek.

Oba ścienne regały były pełne i książki leżały też na podłodze, tworząc różnej wielkości wieże, co wyglądało jak układana misternie latami makieta Manhattanu. Gdzieś pośrodku brakowało jedynie Central Parku.

Na dachu jednego z mniejszych drapaczy chmur stał niewielki telewizor. Steven usiadł na pościeli, odgarnął nieco przydługie blond włosy i zdalnie włączył monitor.

***

Zagotowała się woda w czajniku; bliska tego była też ta w brytfannie. Staruszek zalał herbatę w prostokątnym kubku i posłodził. Włożył łyżeczkę do środka. Oparł ją o jeden z boków naczynia, popatrzył na wskazówkę kompasu, zastanowił się i przesunął łyżeczkę na przeciwległą ściankę.

Al Corn nie mógł się tylko zdecydować, czy zmniejszyć ogień pod brytfanną, czy wyłączyć całkowicie gaz. Nie potrafił przewidzieć, kiedy wrzątek będzie potrzebny.

***

Przebrnął przez trzydzieści stron. Był senny. Oczy zamykały mu się co jakiś czas. Początkowo Ron wygrywał ze snem, bo strach był silniejszy, ale teraz wszystko wskazywało na to, że przestało mu na tym zależeć. I – nagle – jakby przestało mu się chcieć spać.

Za to w pokoju nic się nie zmieniło. Poza tym, że już nie tylko firanka falowała. Delikatnie poruszała się kołdra i prześcieradło, a można było zaryzykować twierdzenie, że ściany również. Obraz drzwi lekko się zamazał, skarpetki zaczęły wirować.

– O matko… – chciał to wykrzyczeć, lecz z jego krtani wydobył się ledwie szept, którego i tak nikt nie mógłby usłyszeć.

Coś ścisnęło mocno szyję Rona, tak że oddychanie stało się trudne. Był pewien, że zachłystywałby się teraz każdym łykiem powietrza. Gdyby tylko mógł oddychać. A najbardziej przerażające było to, że nie mógł zobaczyć „tego”, co go zaatakowało. Zakrztusił się, próbując wyswobodzić, i huknął z impetem głową o ścianę. Ale przytomności nie stracił.

Uścisk na szyi zelżał po uderzeniu, więc Ron w panice spróbował ucieczki przez drzwi prowadzące na schody ku parterowi domu. Na próżno. Coś rzuciło nim z niebywałą siłą o przeciwległą ścianę. Zanim zdążył się podnieść, leciał już w kierunku sufitu, zawadził nogą o żyrandol. Poczuł ogromny ból. Gdy spadał, druga noga zgięła się z chrzęstem. Na jego nieszczęście – w tę stronę, w którą ruch blokuje zwykle kolano.

Nie miał siły wstać, ból był zbyt wielki. Spojrzał na nienaturalnie wygięte kończyny. Ze łzami w oczach doczołgał się do drzwi, ale wtedy coś błyskawicznie znów chwyciło go za kark i czymś, czego nie mógł zobaczyć, wyrwało mu dolną szczękę.

Choć dłonie drgały w agonii, Ron jeszcze żył.

– Ron, do jasnej cholery, nie możesz słuchać ciszej tej swojej muzyki?! – z parteru dobiegł głos zdenerwowanego rodzica.

Jeszcze miał nadzieję, że ktoś przyjdzie i weźmie go stąd. Jednak po chwili coś podniosło go prawie do sufitu i rzuciło na narożnik łóżka. Pękł z trzaskiem kręgosłup. Rozerwała się skóra na brzuchu.

Chłopak nie miał szans.

I wszystko ucichło tak nagle, że można by sądzić, iż nic się nie stało. Że może tylko jakaś duża książka spadła z półki.

***

Coś zbudziło Sandrę. Usiadła na łóżku, włączyła nocną lampkę, dotknęła dłonią czoła. Było spocone. Nie ocknęła się bynajmniej z powodu sennego koszmaru, ale niejasnego przekonania, że jest obserwowana. Odruchowo sięgnęła po telefon. Złe wrażenie natychmiast odeszło, ale z trwogą omiotła wzrokiem wszystkie elementy pokoju. Każda rzecz była na swoim miejscu. Bo u niej każda rzecz musiała mieć swoje miejsce. A na podłodze leżał tylko dywan. Co świadczyło, że jest to pokój dziewczęcy. Ten rodzaj uporządkowania u chłopców w jej wieku był nie do osiągnięcia.

***

Krzew dzikiej róży poruszył się prawie bezszelestnie. Gdyby w tych ciemnościach ktoś spróbował przyjrzeć się roślinie z bliska, dostrzegłby, że ma kształt zadziwiająco podobny do ludzkiego, ubranego w wojskowe moro, a przednie gałązki wyrastają z hełmu pokrytego siatką maskującą.

Krzak był jednocześnie okrąglutki i delikatnie podłużny. Można powiedzieć: owalny. Z jednej strony kończył się czarnymi wojskowymi trepami, natomiast z drugiej – lufą wiatrówki wycelowaną w małą szczelinę między progiem a dolną krawędzią drewnianych drzwi do kurnika.

Takie rośliny rzadko występują w naturze.

Wściekły Dwayne rozpoczął wojenne działania operacyjne. Wiedział, kim jest wróg, ale najpierw chciał poznać jego pozycję. I zaatakować z zaskoczenia.

Spojrzał na zegarek z podświetlaną tarczą. Była za kwadrans pierwsza.

– Jeffe ffefnie.

***

Wybiegł z domu, bo bał się, że nie zdąży. Gdy obejrzał się w lewo, dostrzegł „trzynastkę”. Przed nią stały jeszcze dwa tramwaje, więc powinien dotrzeć na przystanek za rondem na czas. Dotarł. Niesłychane, jak szybko. Rozglądał się. Podjechała „piątka”, następnie „dwunastka”, potem tramwaj z napisem „Za autobus”.

Popatrzył na kiosk. Nie skojarzył go z potrzebą kupna biletu.

Na przystanku stały trzy atrakcyjne kobiety. Wiedział, że ładne są wszystkie trzy, ale zwrócił uwagę tylko na jedną z nich, charakterystyczną blondynę o prostych włosach, przypominającą z grubsza pewną znaną prezenterkę telewizyjną.

Wsiadł do „trzynastki”, kiedy podjechała. Stanął koło drzwi, żeby się nie przepychać przy wysiadaniu.

Tramwaj ruszył w przeciwnym kierunku niż powinien.

– To niemożliwe!

Skręcił na rondzie w prawo.

– Poproszę bilety do kontroli – powiedziała niespodziewanie za plecami Stevena blondyna, przypominająca z grubsza pewną prezenterkę telewizyjną.

Steven nie miał biletu. Był tego świadomy, bo nie skorzystał z dobrodziejstwa kiosku na przystanku. I zapragnął dobrowolnie poddać się karze.

– Wysiądźmy tu, niech pani spisze moje dane – chłopak nie chciał jechać na pętlę tramwajową ani na komisariat.

Przez moment wydawało się, że blondyna odpuści i zaraz umówią się na wieczór. Nic z tego. Dziewczyna otworzyła notatnik.

Steven otworzył oczy.

– Co za kretyński sen – wydukał i przewrócił się na bok.

W Towerstone nigdy nie było tramwajów.

Ani ronda.

Po co komu w Ameryce rondo?

***

Ron rozejrzał się po ścianach, pochlapanych czerwono-brunatną lepką cieczą.

– O matko… – jęknął.

Ale nie czuł ani strachu, ani przerażenia, ani choćby niepokoju. Nie czuł w zasadzie nic, no może poza delikatnym rozbawieniem, co – zważywszy na zaistniałe chwilę wcześniej okoliczności – było co najmniej zaskakujące. Czuł się w całości, choć to, co zobaczył w okolicy łóżka, raczej jednolite nie było.

Uśmiechnął się czymś. W tradycyjnej, cielesnej postaci byłyby to usta.

W kącie pokoju od strony okna zauważył jakiś zarys, ogólnie zgadzający się z zarysem człowieka. Jednak ludzie, o ile dobrze pamiętał, zwykle nie przychodzili w gości z kosą.

– JESTEM ŚMIERDŹ – odezwała się postać głosem dochodzącym zewsząd, odbieranym jednocześnie przez wszystkie receptory, o ile w tych warunkach jeszcze istniały. No i ten głos… ten głos nie dawał echa.

– Ha! To dlatego przed chwilą tak specyficznie pachniało, żeby nie powiedzieć…

– NIE MÓW.

Nie było to żądanie, ale stwierdzenie. Uprzejme, ale kategoryczne. Bez prawa do polemiki.

Przynajmniej jedno dla Rona było oczywiste: śmierć, jako taka, nigdy nie pachniała najlepiej.

– NIE NARZUCAM SIĘ?

– Nie, skąd. Czytałem sobie. Czy to znaczy, że ja…?

– TAK. WSZYSCY KIEDYŚ.

– Jesteś kobietą?

– NIE W TAKIM SENSIE, O JAKIM MYŚLISZ.

– Dokąd mnie zabierzesz?

– DONIKĄD.

– Czy to znaczy, że dalej już nic nie ma?

– TO ZALEŻY.

– Od czego?

– ZA DUŻO PYTAŃ.

***

Był środek nocy. W niewielu domach paliło się o tej porze światło.

– Jesze kopelkę… prrosze… bazo prrosze…

W jednym z takich domów Josh niemal wykręcał butelkę po czerwonym Johnnym Walkerze.

– Ech… – zrezygnował.

Żeby szklana butelka zamieniła się w płyn, potrzeba albo znacznie większej siły, albo dużo wyższej temperatury.

Wpadł na dużo lepszy pomysł – przeszuka szafki w okolicach kuchennego zlewu. Zważywszy na to, co znajdowało się w większości z nich, było to zajęcie na długie godziny.

***

Jasny las i on, idący szeroką ścieżką prowadzącą do plaży. Światło bijące od piasku było silne, ale nie oślepiające. Za nim, nieopodal krańca lasu, zamajaczyły trzy ledwie dostrzegalne cienie. Nie mógł ich zobaczyć, bo jego wzrok przyciągnęła niekończąca się złocista plaża. Usuwające się z pola widzenia drzewa wydały mu się teraz koszmarnie brzydkie i ponure. Ale tylko przez chwilę.

Źdźbła wydmowych traw były bladoróżowe, a wystające tu i ówdzie malutkie korzenie robiły się raz fioletowe, raz złote.

Nagle kłącza kostrzew zaczęły rosnąć i osiągać rozmiary drzew. Z gracją wiły się jak pnącza na murze, tylko w przyspieszonym tempie.

Trzy cienie, w tym jeden znajomy, pojawiły się tuż za chłopakiem.

– Poproszę bilety do kontroli – powiedział najjaśniejszy kształt.

Steven nie miał tej nocy spokojnych snów.

***

Szeryf wziął szybki prysznic i położył się obok śpiącej małżonki. Zerknął jeszcze na bujane łóżeczko ustawione pod najbliższą ścianą. Zrobił to z uśmiechem i westchnieniem. Posiadanie dziecka to z jednej strony spora uciecha, ale z drugiej – poważny deficyt snu.

Część małżeństw decyduje się na dziecko, reszta po prostu kupuje budzik. Budzik przynajmniej dzwoni o godzinie, na którą go sobie nastawisz.

***

Dzika róża w moro oddała dwa strzały. Jeden po drugim, w krótkich odstępach czasu. Dwa celne strzały w kierunku szczeliny prowadzącej do kurnika.

Śrut powbijał się gęsto w tę część ciała kota, która wiadomo, że też przejdzie, jeśli najpierw zmieści się głowa.

– He, he. Mam fię, piepfony fierfiuchu.

***

Teraz śniło mu się, że leci. Pod sobą miał migoczące w blasku zachodzącego słońca morskie fale. Po prawej przybrały formę olbrzymich bałwanów. Rozbijały się o wysokie na kilkaset stóp klify i opadały na kamieniste wybrzeże w postaci drobniutkich kropelek, przywodzących na myśl poranną rosę. Zanim opadły, przekształcały się w kryształki, mikroskopijne diamenciki. Przechodzące przez nie światło utworzyło na skałach wyraźną i doskonałą tęczę.

Przez moment wydawało się, że tak już zostanie, ale tęcza uniosła się nagle i zaczęła powiększać. Przefrunęła nad głową Stevena z rykiem podobnym do dźwięku samolotu odrzutowego i opadła z wolna w morską toń. Woda zrobiła się tęczowa.

Znad horyzontu nadlatywały trzy ciemne kształty, w tym jeden jaśniejszy, dość znajomy.

– No nie…

Ale kobiety-ptaki minęły go , wzbiły się wysoko, po czym z dużą prędkością zanurkowały w oceanie.

Zrobiło się spokojnie, wręcz błogo.

Po chwili usłyszał za sobą odgłos chodzenia bosymi stopami po plaży. Odwrócił się na pięcie, co wywołało wyraźny, ale przyjemny dla ucha chrzęst ciepłego piasku.

– Poproszę bilety do kontroli.

***

To, co działo się w domu Josha, z pozoru wyglądało jak wielkie porządki. Puste butelki wyjęte z szafek, szuflad, a nawet z piekarnika, dołączały powoli do stojących już na blatach, półkach i podłogach. W zlewie nie było miejsca.

Josh, najostrożniej jak tylko umiał w tym stanie, przeciskał się wąską ścieżką pomiędzy hektarami szklanego lasu. Potrącenie jednej butelki mogło rozpocząć próbę bicia rekordu Guinnessa w domino.

Przyjął pozycję kuczną przy jednej z szafek i zaczął wyciągać z niej butelki. Już po kilkunastu sekundach…