Tylko martwi mogą przetrwać - D.B. Foryś - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

Miłość ma oczy anioła, śmierć – diabła. Zemsta właśnie zyskała moje!
Mam na imię Tessa i cóż… Moje życie lekko się skomplikowało… Przebywam w mieście, którego nienawidzę. Wykonuję pracę, której nie lubię, i wciąż myślę o ludziach, których już dawno powinnam wyrzucić z pamięci.
Jakby tego było mało, spotykam kogoś, kto najwyraźniej wszystko o mnie wie. Czego chce? Jest wrogiem czy sprzymierzeńcem? A może kręci się w pobliżu tylko po to, by odciągnąć moją uwagę od czegoś ważniejszego, jak na przykład te przeklęte skarabeusze, o których wciąż nic nie wiem.  
Jedno jest pewne – ja nigdy nie odpuszczam.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 424

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © D. B. Foryś Wydawnictwo NieZwykłe All rights reserved Wszelkie Prawa Zastrzeżone Oświęcim 2019
Redakcja: Julia Deja
Korekta: Anna Strączyńska Aleksandra Tomasik Dominika Smoleń
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
ISBN 978-83-8178-194-7
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.

„Piekło jest puste, bo wszystkie demony wskoczyły na karty powieści D. B. Foryś! Elektryzująca, wciągająca, pełna mrocznych intryg i dobrego humoru – właśnie taka jest historia Tessy Brown. Ja nie mogłam się oderwać, aż do ostatniej strony... Wam gwarantuję to samo!”.

Noemi Vain, Niegrzeczne recenzje

„D. B. Foryś wykreowała piekielnie dobry świat, w którym nigdy nie można być pewnym swojej przyszłości, kiedy przeszłość ingeruje w teraźniejszości, a świetny humor nadaje powieści zupełnie nowych barw. Napędzana pozbawiającymi tchu zwrotami akcji historia, która w mgnieniu oka chwyci cię w swoje szpony i nie wypuści, zanim nie odkryjesz jej piękna!”.

Aleksandra Bienio, Demoniczne Książki

„Cykl o Tess Brown to wielka gratka dla fanów fantastyki. Sam Lucyfer czytałby z wypiekami na twarzy. Autorka w doskonały sposób przedstawia motyw walki dobra ze złem i wcale na tym nie kończy. Stworzyła dla bohaterów intrygę, w której wszystko muszą postawić na jedną kartę i zdać się na siebie. W tej walce największy wróg okaże się sprzymierzeńcem, a przyjaciel może nie mieć dobrych zamiarów. Niezwykła fabuła i wartka akcja sprawiają, że nie można się od niej oderwać, a dzięki zabawnym dialogom i niezwykłym postaciom zapamiętacie ją na długo”.

Aleksandra Tomasik, Czytam o zmroku

„Jeśli sądzicie, że drugi tom nie może być lepszy od pierwszego, to chyba nie znacie tej serii! Uwielbiam powieści tej autorki i już nie mogę doczekać się trzeciej części. Gorąco polecam!”.

Dominika „Iwi” Smoleń, Nasz Książkowir

ROZDZIAŁ 1

Zaciągnęłam się po raz ostatni i rzuciłam niedopałek na ziemię, uważnie obserwując biurowiec na końcu ulicy. Zasnute burzowymi chmurami niebo przecięła pierwsza błyskawica. Pojedyncze krople deszczu moczyły moją skórę, wiatr nieprzyjemnie chłostał niezasłonięty kark, a ja, zamiast ruszyć z miejsca, wbijałam wzrok w szklaną powierzchnię budynku. To nie był strach. Nie bałam się, chociaż coś usilnie ściskało żołądek, jakby próbowało mnie przekonać, że w każdej chwili mogłam jeszcze zawrócić.

Trzy tygodnie temu Bargo powierzył mi nową misję. Z pozoru banalną – nic nadzwyczajnego. Miałam tylko rozpracować mężczyznę, który od jakiegoś czasu panoszył się po mieście. Urządzał polowania, zostawiając za sobą niezły bajzel, ale rozgryzienie jego tożsamości i tak graniczyło z cudem. Facet to totalna zagadka. Po kilkunastu dniach wciąż nie wiedziałam, jak wygląda, gdzie mieszka ani właściwie dlaczego tu przyjechał. Szybki, zorganizowany, bezbłędny. Przy czym cholernie irytujący. Wręcz idealny kandydat do pracy w Genesis – jednostce, do której trafiłam po szkoleniu w Watykanie. Nie byliśmy formalnie związani. Współpracowałam z nimi jako wolny strzelec, od czasu do czasu przyjmując indywidualne zlecenia, ponieważ szybko udowodniłam, że nie nadaję się do pracy w zespole. Wyszło lepiej, niż zakładałam. Nie musiałam tłumaczyć każdego ruchu ani omawiać strategii, mogłam wykonywać przydzielone zadania według własnych upodobań.

Angaż przywiódł mnie aż tutaj. Toronto położone w południowej części prowincji Ontario. To właśnie w Kanadzie mieściła się siedziba wydziału, natomiast powleczony szkłem piętrowiec po przeciwnej stronie jezdni stanowił rzekome miejsce zatrudnienia człowieka, którego od dawna usiłuję odnaleźć.

A pieprzyć to! Na tym świecie pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć oraz fakt, że Tessa Brown nie zamierza czaić się na nikogo w nieskończoność.

Poprawiłam kołnierz kurtki i pewnym krokiem podążyłam w kierunku wejścia. Szarpnęłam za klamkę, następnie wślizgnęłam się do środka. Jasny i przestronny hol, rozświetlony sufit czy ustawiony pod ścianą rząd skórzanych foteli nadawał całości surowego wyglądu. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam.

Obróciłam się w prawo. Tuż za schodami dostrzegłam wąskie przejście, o którym wspominał demon. Jeśli wierzyć jego zapewnieniom, znajdę tam to, czego oczekiwałam: rekruta. Choć Isaac nigdy nie powiedział tego wprost, przypuszczałam, że zapewne z tej przyczyny polecił mi go namierzyć. Ostatecznie potrzebowaliśmy nowych sprzymierzeńców. Świeżego spojrzenia na sprawę, gdyż poszukiwania tajemniczych skarabeuszy od dłuższego czasu ugrzęzły w martwym punkcie. Wiedziałam o nich naprawdę niewiele.

Z przyjemnością wypytałabym o nie Melecjusza. Podczas poprzedniej rozmowy zdawał się dość obeznany w tym temacie lub chociaż próbował za wszechwiedzącego uchodzić. Niestety zaginął po nim wszelki ślad. Cholernie wygodne... Wywrócić czyjś świat do góry nogami i zniknąć bez wieści. Dosłownie ojciec roku!

Tymczasem Bargo, nawet jeżeli znał prawdę, nie zająknął się o tym ani słowem, choć podejrzewałam, że i on błądził po omacku. Genesis to najemnicy. Zrzeszona komórka, ślepo wykonująca rozkazy bez zadawania zbędnych pytań. Dla nich liczy się wyłącznie końcowy efekt, a nie cały proces, więc nie zdziwiłoby mnie, gdyby Watykan go w to nie wtajemniczył – o ile w ogóle mieli świadomość ich prawdziwego przeznaczenia. W rezultacie już niejeden raz udowodnili brak profesjonalizmu, ale jakby nie było, to właśnie z watykańskiego skarbca zostały skradzione skarabeusze, stąd musieli mieć jakiś powód, by je tam przechowywać.

Ilość niewiadomych rosła z każdą chwilą, a ja powoli zaczynałam tęsknić za czasami, kiedy moje życie sprowadzało się do stania za barem i biegania za marnymi demonami niskiej kategorii. Ten, kto stwierdził, że wiedza to potęga, najwyraźniej nie wiedział nic...

– Mogę w czymś pomóc? – zagadnęła siedząca za ladą kobieta. Posłała mi serdeczny uśmiech, zachęcając, żebym podeszła bliżej.

– Szczerze wątpię. – Wyminęłam recepcję i skierowałam się prosto do pojedynczych drzwi na końcu korytarza, za którymi ponoć przesiadywał enigmatyczny nieznajomy.

– Tam nie wolno wchodzić! – wrzasnęła, gdy zauważyła, dokąd zmierzałam, byłam jednak zbyt daleko, aby zdołała mnie zatrzymać.

– Wiem! – zapewniłam ją dosadnie. Przyspieszyłam, potem kopnięciem ułatwiłam sobie wejście do środka.

W gabinecie zastałam dwóch delikwentów. Obaj posłali mi zdziwione spojrzenia, po czym jeden z nich migiem rzucił się do ucieczki. Nie wiedziałam, jaki miał plan, jako że blokowałam jego jedyną możliwość czmychnięcia z pomieszczenia, lecz było to w tym momencie najmniej istotne. Finalnie i tak nie przyszłam tu rozmawiać z nim. Moją uwagę od razu przyciągnęła atletyczna postura oraz pewny siebie wyraz twarzy drugiego faceta.

Tak, teraz już rozumiałam, dlaczego demon nazwał go „uciążliwym”.

– Niech idzie. – Mężczyzna machnął ręką na swojego partnera. – Tylko by nam przeszkadzał.

Wzruszyłam ramionami, pozwalając uciekinierowi minąć mnie w progu. Zamknęłam za nim drzwi na klucz, aby uniemożliwić recepcjonistce interwencję, następnie weszłam w głąb pokoju, z rezerwą przyglądając się towarzyszowi.

Mógł mieć maksymalnie trzydzieści kilka lat. Para okalanych dość gęstymi rzęsami błękitnych oczu lśniła, jakby próbowała mnie onieśmielić. Z kolei zmarszczone czoło i lekko uniesiony kącik ust nie przywoływały ciepłych uczuć. Definitywnie nie sprawiał dobrego wrażenia. Wróżył wyłącznie same kłopoty.

Umościłam się na brzegu biurka. Facet nie wyglądał na kogoś, kto zamierzał grzecznie wysłuchiwać, co miałam mu do przekazania, dlatego na wstępie obróciłam stopą fotel, który zajmował, a później położyłam ją na siedzisku jakiś cal od jego krocza.

– Korzeń arcydzięgla, olej Van Van, czarny mak, fiołek afrykański... – wymieniłam porozkładane na blacie wspaniałości. – Szykujesz przyjęcie?

– To ty tu jesteś ekspertem, jak widać. – Odchrząknął, zerkając na mój but. – Mogłabyś?

– Nie – burknęłam. Asertywność to akurat moja mocna strona. – Doszły mnie słuchy, że lubisz uganiać się za demonami.

– Faktycznie ktoś mógł odnieść takie wrażenie – powiedział mężczyzna, przechylając głowę na bok. – Tylko mi nie mów, że przyszłaś tu w ich imieniu.

– Zidiociałeś? – prychnęłam, zanosząc się śmiechem. – Jeśli o mnie chodzi, możesz sobie polować, ile dusza zapragnie, byleby nie w tej lokalizacji.

– To znaczy? – zapytał szorstko.

– To znaczy, że... – dosunęłam stopę bliżej jego przyrodzenia – ...utrudniasz mi życie. Biegasz na prawo i lewo, eliminujesz każdego, na kogo się napatoczysz, płosząc moje... – zamilkłam na parę sekund, po czym dodałam z braku lepszego określenia – ...źródła informacji. Znajdź sobie inne miejsce, rozumiemy się?

– Niekoniecznie – stęknął. – Polubiłem Toronto. To najczystsze miasto na świecie.

– Właśnie, a ty robisz tutaj burdel – zauważyłam. – Wyświadcz nam obojgu przysługę i trzymaj siebie oraz całe to swoje... – zamachałam ręką w powietrzu, omiatając pomieszczenie – ...przedsięwzięcie po drugiej stronie granicy.

Zapadła chwilowa cisza. Mężczyzna wydął wargi i potarł brodę, jakby głęboko nad czymś dumał.

– Przemyślę twoją propozycję – przemówił w końcu, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

Krnąbrny jegomość. Nie ma co...

– Przemyśl. – Zdjęłam nogę z fotela i sięgnęłam po jedną z wizytówek leżących na biurku. – Obym tylko nie musiała tu znów przyjeżdżać.

– Ale kiedy ja nie mam nic przeciwko. – Przybrał cwaniacki uśmiech. – Zawsze chętnie przyjmę kilka instrukcji od koleżanki po fachu.

Nawet tego nie skomentowałam. Spojrzałam na niego odpowiednio, potem ruszyłam do wyjścia, lecz przystanęłam, usłyszawszy za plecami odgłos odsuwanego krzesła. Odwróciłam się, przeczuwając, że mężczyzna spróbuje mnie zatrzymać, zamiast tego napotkałam jedynie jego wesołą minę. Pomachał mi na pożegnanie, a sposób, w jaki zmrużył oczy, sugerował, iż z ochotą będzie wyczekiwał ponownego spotkania.

Niedoczekanie. Już ja o to zadbam!

– Czym tak właściwie się tutaj zajmujecie? – zapytałam, odryglowując drzwi. Wystrój wnętrza za nic nie pozwalał na wyciągnięcie jednoznacznych wniosków. Zero szyldów, obrazów czy fotografii, żadnych przedmiotów osobistych, zaledwie komplet prostych mebli, urządzenia biurowe oraz niezapisana tablica magnetyczna.

– Sprzedajemy papier oraz długopisy.

– Papier oraz długopisy – powtórzyłam z drwiną. – I co? Opłaca wam się to?

– Opłaca.

***

Skręciłam w prawo, jak tylko dostrzegłam Lexie wychodzącą zza zakrętu korytarza w siedzibie Genesis. Przyśpieszyłam kroku, niestety na niewiele się to zdało. Zrezygnowałam z ucieczki, gdy puste ściany wypełniło echo jej nawoływania. Nie było sensu udawać, że tego nie dosłyszałam, choć miałam na to ogromną ochotę.

– Tessa, zaczekaj! – krzyknęła, podbiegając bliżej. – Przestań już, dobrze? Nie możesz unikać mnie w nieskończoność.

– A chcesz się założyć? – Skrzyżowałam ręce na piersiach. – Kiedy cię uprzedzałam, że nie zamierzam z tobą rozmawiać, dopóki nie wyznasz mi prawdy, ani trochę nie żartowałam.

Ja i Blondi, pomimo iż broniłam się przed tym, jak mogłam, zostałyśmy przyjaciółkami. Tak jakby. Zdecydowanie nie nazwałabym jej swoją bratnią duszą, ale polubiłam ją. Pomogła mi wydobrzeć po wydarzeniach w Lincoln, później wymyśliła zabawę w mediatora, aby pogodzić mnie z Gabrielem. Dzień po dniu sukcesywnie rozbijała mur, którym się otoczyłam, udowadniając, że wcale nie zostałam sama. Byłam jej za to wdzięczna. Oczywiście do czasu.

Przesadziła, gdy w zeszłym miesiącu ciało Kiliana zniknęło z Genesis. Puf! Po prostu wyparowało! Akurat wtedy, kiedy poza nią w budynku przybywało jedynie trzech przypadkowych członków zespołu. Lexie twierdzi, że nic nie słyszała, niczego nie widziała, lecz nie umie kłamać. Nie chce mi wyjawić, co się z nim stało, choć ma świadomość, ile bym oddała, żeby go odzyskać. Jeśli jakimś cudem nie zginął, zasłużyłam na wyjaśnienia, dlaczego nie wrócił. Nawet jeżeli prawda okazałaby się niemożliwa do przyswojenia.

– Gdybym wiedziała, powiedziałabym ci – odparła z westchnieniem. – Może to znak, że powinnaś zapomnieć i ułożyć życie na nowo?

– Jesteś archeologiem, nie psychologiem, więc zachowaj te wszystkie pseudoegzystencjalne porady dla siebie, okej? – Odwróciłam się do niej tyłem. – Teraz wybacz, Bargo na mnie czeka.

– Jak sobie chcesz – dodała, gdy zaczęłam odchodzić. – Jeszcze zmienisz zdanie i znów zaczniesz ze mną rozmawiać.

– Zaręczam, że nieprędko!

Zacisnęłam palce w pięści, by przyhamować wzbierającą wściekłość. Wymijałam kolejne pary drzwi, aż dotarłam do tych, które mnie interesowały, po czym weszłam do środka, nie zaprzątając sobie głowy pukaniem czy innym zaanonsowaniem swojego przybycia.

Już na starcie zauważyłam, że mój rozmówca nie był w dobrym nastroju. Jego napięte wargi oraz pionowa zmarszczka pomiędzy ściągniętymi brwiami przemawiały za tym, że do ataku szału niedużo mu brakowało.

– Siadaj, Brown – rozkazał groźnie Isaac, wskazując dłonią fotel naprzeciwko siebie.

– Tak jest, sir! – Zasalutowałam z udawanym szacunkiem i pomału zajęłam wyznaczone miejsce. Widząc jego podły humor, należałoby oszczędzić sobie tego przedstawienia, ale odkąd odsunął mnie od sprawy skarabeuszy, do czego, tak swoją drogą, zostałam przecież zatrudniona, i postanowił zlecać same upierdliwe zadania, uprzykrzanie mu życia stało się moim priorytetem oraz prawdziwym hobby.

– Możesz mi wytłumaczyć, bo doprawdy nie jestem w stanie tego pojąć, jakim cudem Sebastian Morrow nie dość, że nie siedzi teraz w moim gabinecie, to jeszcze został poproszony o opuszczenie miasta?!

– Nie spodobał mi się – odparłam spokojnie, pstryknięciem wprawiając w ruch stojącą na biurku kołyskę Newtona.

– Nie spod... – Urwał i głośno wypuścił powietrze. – Miałaś tylko poznać jego tożsamość, ewentualnie namierzyć adres pobytu, nic więcej! Ty natomiast znów wykazałaś się niesubordynacją. Czy pomyślałaś, chociaż przez sekundę, że zleciłem ci go zlokalizować w jakimś konkretnym celu? Kiedy mówię, że coś ma być zrobione, oczekuję, że właśnie takie będzie!

– Robisz awanturę o byle bzdury – stwierdziłam swobodnym tonem, ignorując wybuch Isaaca. – Wierz mi, niedługo za to podziękujesz, bo ten cały Morrow to jakiś podejrzany typ. Jeśli planowałeś go zwerbować czy cokolwiek, co tam sobie ubzdurałeś, zapewniam, że popełniłbyś ogromny błąd.

– Ta decyzja nie należała do ciebie – warknął rozzłoszczony. – Masz do niego zadzwonić, przeprosić za swoje idiotyczne zachowanie, później omijać go szerokim łukiem, zrozumiałaś?

– Zapomnij – burknęłam. – Skoro tak bardzo ci na nim zależy, sam sobie zadzwoń.

– Jesteś niewiarygodna! – Wyrzucił ręce w górę. – Jeżeli próbujesz w ten sposób wymusić na mnie rozwiązanie naszej współpracy, nic z tego. Choćbym zrobił to z nieskrywaną przyjemnością, niestety nie posiadam na twoje stanowisko łańcuszka chętnych. – Szybkim ruchem otworzył szufladę. – Zdaniem doktor Morgan potrzebujesz odpoczynku. Wyjaśnijmy sobie coś: mam gdzieś, czego ci trzeba, ale może to cię zmotywuje do traktowania naszego oddziału z poważaniem. – Wyjął papierową teczkę i przesunął ją w moją stronę. – Zapamiętaj tę chwilę, Brown, żebyś potem nie mówiła, że nigdy niczego dla ciebie nie zrobiliśmy.

– Nagroda? – Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. – Czyżbyś odbył ostatnio jakieś szkolenie z zarządzania zasobami ludzkimi? – Sięgnęłam po leżące na blacie dokumenty. – Nie poznaję pana, panie genera... Skąd to masz? – Aż się wyprostowałam, dostrzegając zapisane w aktach nazwisko. – Jesteś pewien, że to on?

– Jeden z chłopaków podobno trafił na jego ślad podczas swojej misji – odrzekł leniwie. – Moment! – zawołał za mną, gdy zerwałam się z krzesła. – Zanim wybiegniesz stąd jak tajfun, uprzedzam, że masz tydzień i ani dnia dłużej. W poniedziałek widzę cię z powrotem, uśmiechniętą, zadowoloną oraz cholernie pozytywnie nastawioną na nowe zlecenia. Niezależnie od tego, czy zdołasz go odnaleźć, czy nie.

– Wrócę – wysyczałam. – Ale jeśli się okaże, że to tylko jakieś brednie, które wymyśliłeś, żeby mną manipulować, nie ręczę za siebie.

– Już drżę ze strachu. – Odwrócił głowę, po czym ostentacyjnie stuknął w klawiaturę. Ewidentnie chciał pokazać, iż moje groźby nie zrobiły na nim absolutnie żadnego wrażenia. – Tydzień i ani dnia dłużej, Brown!

– Zrozumiałam!

***

Deszcz nie przestawał padać. Niewinna mała mżawka zamieniła się w ulewę, oberwanie chmury, następnie burzę z piorunami, aż zaczęła przypominać prawdziwą nawałnicę. Mój lot został przez to opóźniony o ponad pięć godzin, co ani trochę nie zwiastowało przyjemnego pobytu w Pasadenie, dokąd przyprowadziłam za sobą tę paskudną pogodę.

Postawiłam walizkę na podłodze. W pośpiechu zrzuciłam przemoczone ubrania i usiadłam na sofie, szczelnie owijając się kocem. Dłuższą chwilę chłonęłam wzrokiem otaczającą mnie przestrzeń, by ostatecznie odkryć, że wcale za nią nie tęskniłam. Kawalerka sprawiała wrażenie jeszcze mniejszej, niż ją zapamiętałam, a jakimś cudem – choć dawno mnie tu nie było – panował w niej istny bałagan. Mówcie, co chcecie, ale on naprawdę tworzy się sam!

Wiedząc, że za nic nie dam rady zasnąć, zaparzyłam kawę i po raz kolejny przejrzałam dokumenty od Bargo. Wertowałam je kartka po kartce. Mimo iż usilnie próbowałam zachować spokój, nie potrafiłam powstrzymać wiązanki przekleństw cisnącej mi się na usta. Notatki nie zawierały praktycznie żadnych szczegółowych informacji, a jedynie zlepek chaotycznych zapisków mówiących o tym, że wczorajszej nocy Leonardo rzekomo przebywał w Kalifornii. W samym centrum Los Angeles! Parszywy zdrajca, zamiast smażyć się w Piekle, kroczył sobie po Ziemi niczym jeden wielki wygrany. Chyba zaraz oszaleję!

Nie miałam pojęcia, jak Genesis zdołało go rozpoznać, coś jednak musiało przykuć ich uwagę, skoro stwierdzili, że akurat on był demonem, na którego się natknęli. Przebiegły z niego drań, to trzeba mu przyznać. Podczas gdy ja z jego winy bezustannie odczuwałam sto rodzajów bólu wyniszczających mój organizm na wszelkie możliwe sposoby, on zdążył już renegocjować swój pakt i stać się pełnoprawnym przedstawicielem Podziemi. Nie minęło nawet pół roku, na litość boską!

Nieistotne, co powiedział Isaac. Jeśli Leo rzeczywiście tu przebywa, nie planuję wracać, dopóki go nie namierzę. Poświęcę palantowi pełne zainteresowanie. Pokażę mu, czym jest odwet, prędzej niż myśli, a na tym świecie nie istnieje nikt, kto zdołałby mnie zatrzymać.

Miłość ma oczy anioła, śmierć – diabła, zemsta właśnie zyskała moje!

ROZDZIAŁ 2

Obudził mnie głośny łomot. Uniosłam powieki, instynktownie sięgając do nocnej szafki po demoniczne ostrze, choć wcale nie wyczułam w powietrzu piekielnej energii. Szybko wybiegłam z sypialni. Nieprzytomnym wzrokiem rozglądałam się dookoła, gotowa stanąć do walki z czyhającym zagrożeniem. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, na żadne nie natrafiłam. Zapaliłam światło i rozejrzałam się po wnętrzu. Mogłabym przysiąc, że raptem chwilę temu słyszałam huk przewracanych mebli, tymczasem wszystko stało na swoim miejscu.

Dziwne.

Westchnęłam ciężko. Wróciłam do pokoju, położyłam sztylet na blacie, następnie przetarłam dłońmi zaspaną twarz. Cyfrowy zegar wskazywał pierwszą w nocy. Istniały dwa wyjaśnienia: albo podczas mojej nieobecności zamieszkali obok jacyś hałaśliwi sąsiedzi, albo powoli traciłam zmysły. Co by to nie było – bez znaczenia – nie miałam zamiaru tego teraz roztrząsać. Wiedziałam natomiast, że nie istniała na świecie taka siła, która pozwoliłaby mi ponownie zasnąć.

Ziewnęłam. Ignorując podkrążone oczy oraz wyraźny ślad poduszki na policzku, związałam włosy w niedbały kok i zamieniłam dół od piżamy na stare, luźne spodnie. Paczka po papierosach świeciła pustką, chociaż byłam praktycznie pewna, że zostawiłam w niej coś na rano. Czekała mnie przymusowa wycieczka do najbliższego otwartego sklepu.

Zarzuciłam na plecy skórzaną kurtkę, żeby nie paradować po ulicach w rozciągniętym podkoszulku, potem z ociąganiem opuściłam kawalerkę. Kiedy próbowałam po cichu zamknąć drzwi, niespodziewanie usłyszałam za sobą teatralny męski szept.

– Obudziłem?

Dosłownie podskoczyłam, wypuszczając klucze z ręki. Serce o mało nie roztrzaskało kręgosłupa. Odwróciłam się błyskawicznie, aby nawrzeszczeć na swojego towarzysza za przyprawienie mnie o atak arytmii, ale nieoczekiwanie głos ugrzązł mi w gardle.

To jakiś żart?!

– Cześć.

– Cześć?! – pisnęłam. – Co ty tutaj robisz?

– Stoję. – Morrow uśmiechnął się wesoło. – Grzecznie prosiłaś, żebym opuścił Toronto, więc posłuchałem.

– I przyjechałeś akurat do Pasadeny? – zauważyłam ze zdziwieniem. – Wprowadzając się do mieszkania naprzeciw mojego?

– Cóż za niebywały zbieg okoliczności, prawda? – skomentował rozbawiony. – Jestem równie zszokowany jak ty. Wychodzisz?

– Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam? – zapytałam wrogo, unosząc brew.

– Nie wiedziałem. Nazwij to przeznaczeniem – odparł zadziornie. Zgasił żarówkę w przedpokoju, po czym przekroczył próg i przystanął jakieś pół jarda ode mnie. – Zatem wchodzisz czy wychodzisz?

– Kto ci powiedział? – Kucnęłam, aby podnieść klucze, cały czas nie tracąc Sebastiana z pola widzenia. – Isaac cię przysłał?

– Nie znam żadnego Isaaca. – Albo był perfekcyjnym kłamcą, albo naprawdę nie miał pojęcia, o kogo pytałam. – To co, wychodzisz? Bo jeśli tak, możemy iść razem.

Poczułam się niepewnie, wręcz upiornie. Mimo iż na ustach mężczyzny gościł przyjazny uśmiech, a jego zachowanie nie sugerowało zagrożenia, miał w sobie coś alarmującego. Sama do końca nie potrafiłam tego określić, ale wydawał się trochę... nieuczciwy?

Definitywnie nie polubiłam sposobu, w jaki moje ciało reagowało na jego obecność. Napięte mięśnie oraz ścierpnięta na karku skóra z pewnością nie pochodziły znikąd. Zupełnie jakby organizm próbował mnie przed nim ostrzec. Możliwe, że to wina tej dziwnej sytuacji, a ja usilnie doszukiwałam się w tym drugiego dna, wszakże postanowiłam zaufać instynktom.

– Nigdzie z tobą nie idę.

Niechętnie obróciłam się do niego tyłem. Przez moment rozważałam powrót do środka i odczekanie, aż zniknie, lecz ostatecznie zamknęłam drzwi. Racja, jego pobyt w tym miejscu lekko mnie niepokoił, ale przecież daleko mi do bezbronnej dziewczynki. Nie widziałam powodu, by od razu zachowywać się irracjonalnie.

– To jak będzie? – kontynuował Morrow, najwyraźniej uznając moją odpowiedź za mało przekonującą. – Ja wybieram się do sklepu, a ty?

Cholera!

– Gdzieś – wymyśliłam naprędce.

– Oj, to w takim razie zmierzamy chyba w innym kierunku – stwierdził z udawanym zasmuceniem. Naciągnął kaptur na głowę, schował dłonie do kieszeni sportowej bluzy i mrugnął do mnie zaczepnie. – To cześć.

Odprowadziłam go wzrokiem, kiedy niespiesznie przemierzał całą długość korytarza. Zdawało mi się, że zwlekał, jakby oczekiwał, iż może jednak zmienię zdanie. Nic z tego. Policzyłam w myślach do dziesięciu, później powoli ruszyłam w stronę klatki schodowej. On wziął windę, więc przy odrobinie szczęścia zdąży odejść w miarę daleko, zanim dotrę na dół.

W drodze do osiedlowego marketu zastanawiałam się nad tym, jakim cudem i, co ważniejsze, po co Sebastian zamieszkał naprzeciwko mnie. Ani przez sekundę nie uwierzyłam w jego idiotyczną bajeczkę o przeznaczeniu. Na świecie znajdowało się z tysiąc miast oraz miliard razy tyle mieszkań, zatem nie było mowy, żeby trafił tu przypadkiem. Jeśli dobrze to rozważyć, mogliśmy przylecieć wręcz tym samym samolotem. W końcu byłam wtedy tak przepełniona wściekłością, że nawet nie pomyślałam, by wnikliwie obserwować współpasażerów. Zadzwoniłabym do Lexie, wypytać, czy wiedziała cokolwiek na ten temat, lecz wspominając naszą poprzednią rozmowę, wątpiłam w jej szczerość. Na razie wolałam radzić sobie sama. Ostatecznie, także demony nazywały Morrowa „uciążliwym”, co czyniło go potrójnie podejrzanym.

Cóż... Przynajmniej w jednej kwestii nie kłamał. Rzeczywiście wybrał się na zakupy. Gdy dotarłam do celu, dostrzegłam przez szybę jego szerokie barki obok regału z napojami. Coś czułam, że to nie będzie takie proste...

Ukradkiem przemknęłam do kasy, marząc, aby nie zdążył mnie zauważyć. „7-Eleven” to najbliższy całodobowy lokal w okolicy, ale ten cwaniaczek gotów jeszcze uznać, iż przylazłam tu za nim. Z pewnością nie miałam też nastroju na kolejną pogadankę o sile wyższej czy innym zrządzeniu opatrzności.

– Marlboro – powiedziałam do ekspedienta, racząc go wymuszonym uśmiechem. – Light – dodałam pospiesznie. – Jestem na diecie.

– A jednak sklep. – Mój nowy sąsiad umieścił na ladzie butelkę coli i zajął za mną miejsce w kolejce. – Też nabrałaś ochoty na corn doga? Możemy wziąć razem. Na dwa mają promocję. – Wskazał palcem plakat reklamowy. – Głodna?

– Stać mnie na regularną cenę, dziękuję – bąknęłam przez ramię, wręczając pieniądze sprzedawcy. Zgarnęłam paczkę fajek, następnie wyszłam na zewnątrz, by skutecznie odciąć Sebastianowi możliwość dalszej dyskusji.

Szybszym tempem podążyłam w pobliże mieszkania, mając nadzieję, że jeżeli zostawię mężczyznę w tyle, może zrozumie aluzję i da mi spokój. Niestety niewiele to pomogło. Zdążyłam zrobić zaledwie kilka kroków, gdy podbiegł, aby się ze mną zrównać. Naprawdę zabrakło mi pomysłu, która część mojego zachowania sugerowała, że pragnęłam jego towarzystwa.

– Skoro oboje nie śpimy, dodatkowo przestało padać...

– Nie – natychmiast mu przerwałam.

– Nie? – powtórzył zmieszany. – Przecież jeszcze nie zdążyłem...

– Nie, nie pokażę ci miasta, nie, nie pójdziemy na spacer, nie, nie zaproszę cię do siebie – wyliczałam zirytowana, rzucając natrętowi krótkie spojrzenie. – Cokolwiek by to nie było, moja odpowiedź wciąż brzmi: „nie”. Po prostu przestań się wysilać, okej?

– W porządku. – Uniósł ręce w geście poddania. – Załapałem.

– Świetnie – podsumowałam. – Dobranoc!

Przeszłam przez jezdnię, bo po jego roześmianej minie wywnioskowałam, iż wcale nie planował tak łatwo odpuszczać. Skręciłam w boczną uliczkę, wybierając okrężną trasę do domu, żeby uniknąć sytuacji, w której Morrow nagle orzeknie, że idziemy w tę samą stronę, to może mimo wszystko mnie odprowadzi. Co jakiś czas upewniałam się, czy nie maszerował za mną. Pięknie. Tylko tego brakowało, abym wpadła przez niego w paranoję.

Po powrocie zapaliłam papierosa i przez dłuższą chwilę krążyłam po kawalerce, wreszcie stwierdzając, że skoro byłam już definitywnie rozbudzona, równie dobrze mogłam od razu przejść do działania. Wciąż panowała noc, stąd zlokalizowanie jakiegoś pechowca nie powinno stanowić większego problemu, a trasa do LA to maksymalnie dwadzieścia minut jazdy.

Przebrałam się w coś bardziej odpowiedniego, zgarnęłam zapas broni i zjechałam windą do garażu. Zerwałam zakurzony pokrowiec, by umieścić go w bagażniku, po czym z nostalgią zajrzałam do wnętrza mustanga. Tapicerka była chłodna, ale nie powstrzymało mnie to przed zajęciem miejsca za kierownicą czy oparciem szyi o zagłówek, aby przez moment napawać się jedynym pozytywnym wspomnieniem związanym z tym miastem. Silnik zaskoczył standardowo – dopiero za trzecim razem – później obrałam kurs na zaplanowaną lokalizację.

***

Minęłam centrum. Początkowo, licząc na tłumy lub chociaż większe grupy imprezowiczów, nie uwzględniłam tego, że jeśli chciałam uzyskać wartościowe informacje, nie mogłam ucinać sobie pogawędki przy świadkach. Ta metoda sprawdzała się idealnie, kiedy w grę wchodziło spłoszenie demona, natomiast dłuższa interakcja to już inna sprawa.

Mieszkając w tych okolicach przez lata, zdążyłam w miarę poznać nawyki przedstawicieli Podziemi, wyśledzić ich ulubione lokale, rozpoznać taktyki wyboru ofiar do opętania czy składania propozycji nie do odrzucenia. Wracając po miesiącach nieobecności, czułam się tu dziwnie obco. Jakby wszystko było przeszłością.

Zmieniłam pas i pojechałam do portu. Wiedziałam, że tam raczej nie trafię na żadnego z nich, bo sztuczne trawniki bezcześciły dzieło natury, którą tak ubóstwiały, ale skoro przebyłam taki kawał drogi, postanowiłam przynajmniej zaczerpnąć orzeźwiającego powietrza.

Zgodnie z założeniami na plaży nie zastałam żywej duszy. Sztorm ustał kilka godzin temu, obecnie ocean szumiał w przyjemny, relaksujący sposób. Fale wyrzuciły na brzeg całą masę skarbów jak śmieci, kamienie, muszle oraz wodorosty czy ryby, tworząc istny żer dla mew. Szłam powoli blisko linii wody, nasłuchiwałam dźwięków uderzeń o skały i cichego szelestu palmowych liści, całkiem odrywając się od świata. Skupiona na własnych myślach, nawet nie wyczułam, że wcale nie byłam tu sama. Uświadomiłam to sobie w dość mało przyjemny sposób dopiero wtedy, gdy dla zwrócenia uwagi ktoś pchnął mnie do przodu, aż upadłam twarzą na piach.

Osiągnął piorunujący efekt, ponieważ od razu przypomniałam sobie o rzeczywistości. Przeturlałam się, odbiłam stopami od podłoża, by stanąć twardo na nogach i wypatrzeć przeciwnika.

– Doszły mnie słuchy, że wpadłaś w odwiedziny, Nocna Zołzo – przemówił wesoły głos za moimi plecami. – Postanowiłem więc się przywitać.

No patrz! Gdybym tylko wiedziała, iż wystarczyło rozpuścić wieści o swoim przybyciu, zrobiłabym to, jeszcze zanim wysiadłam z samolotu. Doprawdy te demony same szukały wrażeń, a później na mnie zwalały winę za swój parszywy los. Ktoś powinien zrobić im jakieś szkolenie z inwigilacji czy coś w ten deseń. To szokujące, że nikt dotąd na to nie wpadł...

– Jak miło z twojej strony – odpowiedziałam równie jedwabistym tonem i skręciłam ciało tak, aby stanąć naprzeciw niego. Starszy, całkiem przystojny mężczyzna, zdjął na chwilę słomkowy kapelusz, dygając w lekkim ukłonie. Przewróciłam oczami na widok jego idiotycznego pokazu dobrych manier. – Co tam dzisiaj w planach?

– A, nic wysublimowanego. – Demon machnął ręką. – Tak sobie szukam nowych franczyzobiorców.

– Uuu – mruknęłam. – Czyżby interes podupadał?

– Nie, wszystko w porządku, ale doceniam, że się martwisz. – Zaszczycił mnie szerokim uśmiechem. – Wyrazy uszanowania od naszego nowego Cesarza Ciemności, tak swoją drogą.

– Cesarza Ciemności? – powtórzyłam kpiąco. – Tylko mi nie mów, że naprawdę każe wam się tak tytułować.

– Każe, nie każe – burknął. – W każdym razie jest to mile widziane.

Nowy Władca Podziemi od dawna stanowił dla nas istną zagadkę. Przez dłuższy czas próbowaliśmy rozszyfrować jego tożsamość oraz poznać zamiary dotyczące tajemniczych skarabeuszy, niestety bezskutecznie. Miałam za to dziwne przeczucie, że niebawem będzie o nim głośno. Cokolwiek planował i cokolwiek tam sobie ubzdurał, każdy napotkany demon przesyłał mi od niego pozdrowienia. Całkiem jakby próbował wywołać we mnie strach. Aczkolwiek, co by to nie było, nie zapominajmy, kto zgładził jego poprzednika. Może chciał po prostu grzecznie podziękować za niespodziewany wakat?

– Więc... – zaczęłam, otrzepując ubrania z piachu. – Zabawimy się czy potrzebujesz dłuższej gry wstępnej?

– Jak zawsze jestem zwarty i gotowy – powiedział z dumą. – Chciałbym cię tylko uprzedzić, że ostatnio sporo ćwiczyłem.

– Cóż, ja też.

Dzięki szkoleniu w Genesis, następnie niejednokrotnej walce oraz klepaniu cudzych tyłków, wreszcie nauczyłam się kontrolować zamieszkującego moje ciało demona. Nie musiałam już pilnować go dwadzieścia cztery godziny na dobę ani bezustannie w sobie zagłuszać, aby nie przejmował władania nad moim organizmem. Umiałam z kolei wykorzystać wszystkie jego... atuty. Kiedy wyprowadzałam ciosy albo naprawdę go potrzebowałam, budził się do życia, ale wystarczył jeden mój sygnał, a ponownie zapadał w głęboki sen. Czy trzeba komukolwiek tłumaczyć, jak ogromną sprawia mi to ulgę i zadowolenie? No chyba nie...

Nie czekałam, aż mężczyzna pierwszy wykona ruch. Nie zamierzałam dawać mu żadnej przewagi oraz kolejnych powodów do dumy. Sięgnęłam do kieszeni i obsypałam go sekretną mieszanką. Nie była tak doskonała jak tamta, którą przygotowywał parszywy zdrajca, lecz również spełniała swoją funkcję.

Mój przeciwnik zaklął siarczyście, posyłając mi piorunujące spojrzenie.

– Oszukujesz! – wrzasnął oburzony. – Myślałem, że chcesz walczyć!

– Wybacz, ale cała ta nasza rozmowa strasznie mnie zmęczyła i jakoś mi się odechciało... – Wzruszyłam ramionami. – Z racji tego, że świt nadciąga, zatem oboje jesteśmy znużeni, słuchaj uważnie, bo mam trudne pytanie. Pewien demon, kiedyś imieniem Leonardo, teraz zapewne przybrał sobie coś bardziej wyszukanego, ponoć włóczy się w tych rejonach. Gdzie go znajdę?

– Nie kojarzę gościa – odparł od razu.

– Próbowałam być miła, lecz skoro nalegasz...

– Zaczekaj! – zawołał, gdy wyszeptałam pierwsze słowa egzorcyzmu. – Coś ty taka narwana? Uważasz, że wszystkie demony się znają? Mamy w Piekle jakieś spotkania integracyjne przy kociołkach i akompaniamencie jęków gnębionych grzeszników? Spieszę z wyjaśnieniem: nie, nie mamy! Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, podaj detale, daty, miejsca, zdarzenia, a także zaproponuj coś w zamian, żeby zadośćuczynić wszelkie trudy i niedogodności. Ja tu do ciebie z kulturą, w kraju cię elegancko przywitałem, natomiast ty z mety wyskakujesz z tym swoim „zatłukę, zatłukę”!

– Niech no zgadnę, za życia byłeś politykiem? – Roześmiałam się.

– Dobra, wygrałaś. Nie gadam z tobą. Odsyłaj.

– Co? – Zmarszczyłam czoło.

– Odeślij mnie na dół! – ryknął. – Chodzą plotki, że się z ciebie suka zrobiła, odkąd facet cię rzucił, ale nie sądziłem, że aż tak z tobą źle. Całkiem ci odje... Pewnie! Sakramentaliami mi przyłóż, bo czemu by nie! – Zamrugał, kiedy chlusnęłam w niego święconą wodą. – Co tam jeszcze chowasz? Krzyże? Mirrę, kadzidło i złoto? Jedziesz z tym całym dobrodziejstwem inwentarza! Nie żałuj sobie!

Odpuściłam. Odprawiłam egzorcyzm do końca, nie mogąc dłużej znieść jego jazgotania. Tacy jak on stanowili najgorszy rodzaj demonów: gawędziarzy. Mogli nawijać do upadłego, smęcić o wszystkim oraz opowiadać niestworzone historie, jednocześnie nie mówiąc nic.

Był w tej całej sytuacji jednak mały plus. Mimo że nie zdradził niczego przydatnego, przynajmniej zwrócił moją uwagę na jedną ważną kwestię. Choćbym biegała dookoła, wypytywała i drążyła, nie dotrę do prawdy, nie znając szczegółów. Dla mnie Leo to ktoś cholernie istotny, lecz dla pozostałych prawdopodobnie nie istnieje. Jeżeli chcę go wytropić, powinnam na razie odłożyć żądzę zemsty. Zacząć od zgromadzenia informacji, jakbym to zrobiła z każdą inną sprawą. Leonardo stał się kimś obcym. Najpierw muszę poznać go na nowo, zanim mu pokażę, jak wielki popełnił błąd, nie zabijając mnie, gdy miał ku temu okazję.

Pochyliłam się nad mężczyzną, by sprawdzić jego stan. Był nieprzytomny i nieco blady, ale serce uderzało w miarowym rytmie. Nawiedzenie nie zdążyło wyrządzić większych szkód, więc jako że nie wymagał pilnej opieki medycznej, zaciągnęłam go jedynie bliżej pomostu, aby doszedł do siebie z dala od przybrzeża. Kiedy się upewniłam, iż nie zagrażało mu niebezpieczeństwo, ruszyłam w kierunku parkingu.

Droga powrotna do Pasadeny minęła wyjątkowo szybko. Ulice świeciły pustką, zatem mogłam docisnąć pedał gazu, a z racji tego, że do wschodu słońca wciąż pozostało trochę czasu, postanowiłam pokręcić się po okolicy. Wybrałam bardziej malowniczą trasę z nadzieją, iż może szczęście dopisze mi po raz kolejny.

Uchyliłam szybę, by ułatwić sobie wychwycenie nadnaturalnej energii, gdybym takową napotkała, i krążyłam po centrum, z sentymentem przyglądając się otoczeniu.

Z osobliwym smutkiem odkryłam, że od mojego wyjazdu miasto całkiem się zmieniło. Pozornie wszystko wyglądało tak samo, ale jakby utraciło dawny blask. Nie słyszałam znajomego trelu ptaków, charakterystycznego zapachu rzeki Arroyo Seco ani nie widziałam gęstych deszczowych chmur nadciągających zza wzgórza San Rafael. Zobaczyłam natomiast coś innego, czego totalnie nie wzięłabym nawet pod uwagę. Zahamowałam tak gwałtownie, że aż uderzyłam klatką piersiową o kierownicę.

Sterczałam na środku jezdni i z osłupieniem wpatrywałam się w witrynę sklepową lokalu Leonarda. Choć było jeszcze przed godzinami otwarcia, wnętrze rozświetlały halogeny, zapraszając klientów do środka. Wprost nie mogłam w to uwierzyć. Zupełnie jak gdyby minione pół roku w ogóle nie miało miejsca!

Zjechałam na chodnik, uważnie rozglądając się na boki. Wzięłam głęboki wdech, chcąc w ten sposób odgonić intensywne uczucie niepokoju, potem wysiadłam z auta. Mimo że od wejścia dzieliły mnie nie więcej niż cztery kroki, odniosłam wrażenie, że świat nagle zastygł, a ja pokonywałam je w zwolnionym tempie. Szum pulsującej krwi zagłuszył wszelkie inne dźwięki.

Cztery: To niemożliwe! Sklep wyglądał identycznie jak ostatnim razem, kiedy go widziałam! Czy istniała szansa, że nowy właściciel postanowił absolutnie niczego nie zmieniać?

Trzy: A może demony przejęły ten budynek? Urządziły tu sobie jakąś super mega ekstratajną siedzibę i dybią na życie każdego nieszczęśnika, który tylko przekroczy próg? Niemal jak w tym filmie Dziewiąte wrota z Johnnym Deppem! Cholera! Gdzie mój sztylet z piekielnej stali?!

Dwa: Podejdę tam, ukradkiem zajrzę do środka, a w razie czego powiem, że coś ogromnie mi się spodobało, więc koniecznie muszę to kupić. Albo nie! Powiem, że nie jestem stąd i jedynie chciałam zapytać o drogę. Nie, nie, nie! Już wiem! Powiem, że...

Jeden: A co, jeśli to właśnie tu przebywa Leo? Lub gorzej, wcale nie umarł i jakimś cudem udało mu się wszystkich przechytrzyć? Nie byłam przecież na jego pogrzebie, nie widziałam ciała, zatem mogli włożyć do trumny jakąś wypchaną kukłę albo łudząco podobnego humanoida. Och, ogarnij się, Tessa! Nie jesteś bohaterką żadnej powieści science fiction!

Dotarłam do celu. Uciszyłam galopujące serce, drżącą dłonią nacisnęłam na klamkę, następnie weszłam w głąb pomieszczenia, zapowiadając swoją wizytę irytującym odgłosem dzwoneczka przytwierdzonego do framugi. Stanęłam w przejściu i skrzyżowałam spojrzenie z człowiekiem za ladą, otwierając szerzej oczy z niedowierzania. Nie no... jego to ja się tutaj z pewnością nie spodziewałam!

– Co ty tu robisz? – wydukałam piskliwym głosem. Prawie zabrakło mi słów na widok Gabriela krzątającego się po sklepie. Grzebał w jakimś pudełku, wykładał towar na półkę i podrygiwał w rytm płynącej z głośników cichej muzyki. Jego obecność w tym miejscu była tak irracjonalna, że niczego więcej nie zdołałam z siebie wykrztusić.

– Tessa! – Gabe wybiegł zza kontuaru. Mało się nie potknął, tak prędko wymijał porozstawiane na podłodze kartony. – O matko bosko... Czy ty w ogóle coś jadasz? – Pogładził moje włosy, wytarmosił za policzki, podszczypał biodro, mocno wyściskał, wzdychając przy tym melodramatycznie. – Wyglądasz, jakby cię miał wiatr zaraz porwać!

– Spokojnie – upomniałam go. Z trudem utrzymywałam równowagę, gdy szarpał mną na wszystkie kierunki, potem ledwo zdołałam za nim nadążyć, kiedy siłą zaciągnął mnie na zaplecze. – Zgłupiałeś na starość?

– Wcinaj. – Podał mi kawałek pizzy. – Dlaczego nie uprzedziłaś, że wracasz?! – Z wybuchu czułości automatycznie przeszedł do napadu gniewu. – Przyjechałbym po ciebie na lotnisko, ugotował coś dobrego, dom wysprzątał – wymieniał z wyrzutem. – Masz pieniądze? Potrzebujesz czegoś? Mów natychmiast! – Znów przełączył się na troskę.

– Nie wróciłam. Przyleciałam jedynie na parę dni. – Ugryzłam kęs. Suchy i zimny. – Możesz przestać? – poprosiłam, bo jak tylko odłożyłam jedzenie na stolik, ponownie wcisnął mi je do ręki.

– Sama przestań – burknął. – Nie odzywasz się, nie dzwonisz, raptem wysyłasz jedną krótką wiadomość na odczepnego. Wszystkiego od obcych się muszę dowiadywać – smęcił, zrzucając na ziemię zalegające na kanapie szpargały, żeby zrobić nam miejsce.

Miał rację. Odkąd zamieszkałam w Toronto, spotkaliśmy się zaledwie dwa razy. Utrzymywaliśmy głównie kontakt telefoniczny, bo szczerze mówiąc, trochę go unikałam. To nie tak, że mu nie wybaczyłam, po prostu jego bliskość przypominała mi o bolesnej przeszłości, którą ogromnie pragnęłam wymazać z pamięci. Odejście i zostawienie Gabriela za sobą było chyba najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Nie powinnam uciekać. Każde z nas coś wtedy straciło. Nie musieliśmy przechodzić przez to w samotności. Mogliśmy się wspierać, ale wówczas nie widziałam tego w ten sposób.

Uświadomiła mnie o tym dopiero uparta Lexie, dzięki której szybko naprawiłam swój błąd, jednak nie wzięłam pod uwagę, iż pociągnie to za sobą konsekwencje. Choćby krótka rozmowa z nim powodowała, że przez kolejnych kilka dni zadręczałam się, przeżywając wszystko na nowo. Z jednej strony Gabe był moim oparciem, przyjacielem, a także najbliższą rodziną i chciałam mieć go przy sobie, lecz z drugiej czasami rozmyślałam o tym, czy odseparowanie oraz zapomnienie o dawnym życiu nie okazałoby się lepszym rozwiązaniem. Może to pomogłoby mi odzyskać siebie? Może znów poczułabym spokój, jakiego nie zaznałam od dawna? Czy fakt, że egoistycznie marzyłam o szczęściu, czyni mnie złą osobą?

– Wiem, przepraszam. – Usiadłam obok niego, posyłając mu przyjazny uśmiech, który od razu odwzajemnił. Gabe wydawał się jakiś inny, weselszy niż ostatnim razem, gdy go widziałam. Nawet jego twarz nie wyglądała na taką zmęczoną jak kiedyś. Zniknęły gdzieś głębokie zmarszczki, rehabilitacja po wydarzeniach w Watykanie wymazała wszelkie ślady dawnych kontuzji, zeszczuplał też o paręnaście funtów. Co prawda siwizna pokryła już znaczną część gęstej czupryny, ale figlarny błysk w jasnych oczach sugerował, że wciąż pozostał tym samym śmieszkiem, jakiego znałam.

– Żeby mi się to więcej nie powtórzyło. – Pogroził palcem, udając srogą minę. – A teraz zobacz, jak tatuś ładnie tu urządził – pochwalił sam siebie i rozłożył ramiona, by zaprezentować otaczającą nas przestrzeń.

– Właśnie, opowiadaj, jakim cudem wylądowałeś w tym miejscu. – Omiotłam pokój wzrokiem. – Ty i handel? – Spojrzałam na niego z powątpiewaniem. – Przecież tu trzeba siedzieć cały dzień, tymczasem ledwie godzinną mszę dawałeś radę wytrzymać.

Wiedziałam, że krótko po moim wyjeździe Gabriel porzucił stanowisko proboszcza w tutejszej parafii i poświęcił się wyłącznie służbie w charakterze egzorcysty; później całkiem zrezygnował z kapłaństwa, gdyż nie widział możliwości dalszej współpracy ze zwierzchnikami, ale ani razu nie wspomniał, iż planuje aż tak zawrotną zmianę kariery. Z ambony za ladę.

– Okazało się, że Leo nie miał żadnych krewnych, więc lokal przejęło miasto. Chcieli go sprzedać na licytacji, a gdy zobaczyłem księgi i obliczyłem, ile na tym zarabiał... Dziewczyno, to istna żyła złota! Wykorzystałem pozycję wielebnego, zadzwoniłem tu i tam, i oto jestem – oznajmił wesoło. – A tak poza tym przesadzasz... – Zmrużył do mnie oczy. – Zaspałem raptem kilka razy, wielkie mi rzeczy. Każdemu się czasem zdarza.

– Raz w tygodniu. – Kaszlnęłam, aby zamaskować kąśliwą uwagę. – To kiedy wielkie otwarcie?

– Co masz na myśli? – zdziwił się. – Sklep prosperuje już prawie od miesiąca.

– Żartujesz? – pisnęłam. – Wpuszczasz ludzi do takiego burdelu?

Pal sześć zaplecze, ponieważ tutaj raczej klient nie zajrzy, lecz to, co działo się w głównym pomieszczeniu... Wnętrze wyglądało, jakby właściciel padł ofiarą włamania. Mnóstwo pustych kartonów, opakowań, papierów, plastikowych czy metalowych elementów walało się dosłownie wszędzie. Nie sposób odróżnić śmieci od produktów wystawionych na sprzedaż.

– Oj tam! – Machnął ręką. – Dopiero przylazłaś i od razu narzekasz. Herbaty zaparzę, ciasto zjesz. No nie krzyw się, bo ci tak zostanie.

– Wstawaj. – Złapałam go za dłoń. – Trzeba tu uprzątnąć.

Zdjęłam kurtkę, po czym podwinęłam rękawy koszuli, żeby zabrać się za przywrócenie sklepu do względnego porządku. Nie wiedziałam, jak to możliwe, że chociaż ja i Gabriel nie byliśmy spokrewnieni, sprzątanie nam obojgu przychodziło z wielkim trudem. Całkiem jakbym to po nim odziedziczyła.

Przez dobrą godzinę wycieraliśmy gabloty, myliśmy witryny, układaliśmy towary na właściwych półkach, w międzyczasie rozmawiając i odświeżając naszą relację. Choć początkowo zamierzałam przemilczeć rzeczywisty powód swojej wizyty w Pasadenie, ostatecznie wyjawiłam mu prawdę, optymistycznie licząc, iż może dotarły do niego jakieś wieści o pobycie Leonarda w tych rejonach.

Niestety Gabe nie posiadał żadnych informacji na jego temat. Mógł przemawiać za tym fakt, że demony nieczęsto odwiedzały miejsca, które wręcz naszpikowano różnorodnymi wspaniałościami mogącymi je zgładzić niemal od progu. I słusznie zresztą.

Rozstaliśmy się dopiero wczesnym rankiem, kiedy ledwo stałam na nogach. Musiałam zaczerpnąć odrobiny snu i zregenerować siły, bo zaczynałam przeczuwać, iż moja gościna w mieście znacznie się przeciągnie.

Gdy wchodziłam do mieszkania, zerknęłam na drzwi Sebastiana. Będąc jeszcze na dole, zauważyłam, że miał zapalone światła. Nie spał już albo wcale się nie położył. Czegokolwiek tam nie wyprawiał, automatycznie wzbudził moją czujność. Postanowiłam na razie dać sobie z nim spokój, gdyż głowę zaprzątały mi inne priorytety, ale jeśli tylko zrobi coś podejrzanego, przysięgam, pożałuje chwili, w której nasze drogi się przecięły.

ROZDZIAŁ 3

Z łóżka zwlekłam się dopiero późnym popołudniem. Wstawiłam filiżankę pod wylewką w ekspresie i otworzyłam okno, żeby zapalić odprężającego papierosa. Słońce niespiesznie umykało za horyzontem, rozświetlając niebo odcieniem jasnego różu, przez co cała kuchnia zdawała się skąpana w blasku.

Przysiadłam na parapecie, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Ciepły wiatr zmieszał zapach tytoniu z aromatem mocnej kawy, przypominając mi, jak bardzo potrzebowałam kofeiny. Odgarnęłam włosy z twarzy i przymknęłam powieki, wsłuchując się w dobiegający z dworu gwar; wtedy moje rozluźnienie przerwało ciche pukanie do drzwi.

Zmarszczyłam czoło, ze zdziwieniem spoglądając w ich stronę, jako że nie spodziewałam się niczyjej wizyty. Poprawiłam pasek szlafroka, z ociąganiem przeszłam do przedpokoju, następnie zajrzałam przez wizjer, aby wypatrzeć nieproszonego gościa.

– Sąsiadka, jesteś?! – zawołał Sebastian, stukając kłykciami o framugę.

– Czego chcesz? – warknęłam. Widok jego cwaniackiego uśmiechu przyprawiał o rozstrój żołądka. – Jeśli przyszedłeś pożyczyć szklankę cukru, od razu mówię, że nie mam.

– Otwórz – poprosił. Wyprostował się, wbijając wzrok w futrynę, jakby wyczekiwał momentu, w którym wychwyci pogłos przekręcanego w zamku klucza. – Przychodzę z propozycją.

– Raczej nie – oznajmiłam. Sięgnęłam po stojący na szafce kartonowy kubek po wczorajszej latte, żeby nie strzepywać popiołu na podłogę. – Zakup papieru i długopisów też mnie nie interesuje.

– Otwórz – powtórzył. – Nie będę mówił przez drzwi.

– Nie – zaprzeczyłam stanowczo.

No co za natręt... Absolutnie nie zamierzałam wpuszczać go do środka. Nie chodziło już choćby o to, że stałam w cienkiej piżamie, ale o tak drobny szczegół, iż Morrow piął się na sam szczyt mojej listy podejrzanych. Nie wiedziałam, czego chciał ani co robił w tym mieście, lecz z pewnością nie uznawałam tego za żaden przypadek.

– Cóż, twój wybór. – Westchnął po chwili. – W każdym razie mam na oku pewien lokal, ponoć aż roi się tam od wygnańców, więc planuję to sprawdzić. – Obserwowałam, jak wyjął kawałek kartki i pospiesznie coś na niej nabazgrał, po czym zgiął ją na pół, aby wsunąć pod drzwi. – Tu masz adres, gdybyś zmieniła zdanie.

– Dzięki, ale nie skorzystam – burknęłam ze złością. – Idź sobie!

– Będę czekał. – Zaśmiał się krótko. – Do zobaczenia.

– Aha, już odliczam minuty!

Wolne żarty. Ani przez sekundę nie rozważałam pójścia za Sebastianem. Miałam ciekawsze plany, niż bieganie z nim po krzakach. Skopałam blankiet pod ścianę, by przypadkiem mnie nie kusił, potem wróciłam do kuchni.

Usiadłam przy stole, żeby jeszcze raz na spokojnie przejrzeć dokumenty z Genesis i spróbować poukładać wszystkie zawarte w nich informacje. Według zapisków spotkali Leo na dziedzińcu obserwatorium, co nijak nie pasowało do demona pierwszej klasy. Te zazwyczaj trzymały się standardów jak nocne kluby, puby, okolice masowych imprez, czasem świątynie czy inne religijne miejsca, nie zapominajmy też o obszarach zieleni miejskiej, lecz nigdy placówki naukowe. Jasne, zdarzało się, że niektóre z nich odwiedzały jakieś egzotyczne lokalizacje z sentymentu lub upodobania, ale nie on. Leonardo nie gustował w tych klimatach. Albo zdrajca coś kombinował, albo to jedno wielkie oszustwo.

Ciągnący od okna chłód coraz bardziej smagał odkrytą skórę. Wstałam, aby je przymknąć i przy okazji zgarnąć telefon z salonu. W notatkach znalazłam nazwisko człowieka, który sporządził raport, dlatego postanowiłam zadzwonić do Isaaca z zamysłem wysępienia jego numeru.

Po drodze do pokoju natknęłam się na świstek od Sebastiana. Przeciąg musiał go zdmuchnąć, bo leżał teraz w przejściu. Biały papier kontrastował z ciemnym odcieniem desek, wręcz niemożliwy do przeoczenia. Podniosłam go z zamiarem wyrzucenia do śmieci, jednak ciekawość wygrała i mimochodem zerknęłam na adres, jaki mi zapisał.

Szlag! Nie wiedziałam, czy to jakiś dowcip, czy desperacka próba zwrócenia mojej uwagi, ale na milion procent nie uznałam tego za kolejny zbieg okoliczności. Ten palant naprawdę zaczynał mnie wnerwiać!

Dopiłam kawę w kilku łykach, zarzuciłam na siebie pierwsze, co wpadło mi w ręce, po czym pognałam do samochodu. Niestety musiałam odłożyć na później swoje małe śledztwo, by najpierw zająć się ważniejszą kwestią. Morrow skutecznie niweczył wszelkie moje plany. Nękana oraz nachodzona przez niego o każdej porze dnia i nocy, nigdy nie zdołam dotrzeć do prawdy. Nie byłam pewna, jaki chciał osiągnąć cel, lecz jeśli starał się doprowadzić mnie do szału, właśnie balansowałam bardzo blisko tej granicy. Z Toronto wykopałam go w parę godzin, nadszedł czas pobić ten rekord.

***

Zaparkowałam w pobliżu knajpy Andy’ego i od razu weszłam do środka, z rozwścieczeniem rozglądając się za uciążliwym sąsiadem. Stanowczym krokiem podeszłam do lady, gdy zauważyłam Sebastiana przy barze, następnie usiadłam obok niego, mocno trącając go łokciem.

– Kutafon – warknęłam do jego ucha. – Nie wiem, skąd wiesz o mnie tyle rzeczy ani co tak właściwie sobie wyobrażasz, ale zapewniam, że ci tego nie daruję. Jesteś jakimś chorym psychopatą, który wybiera ofiarę, a potem śledzi i prześladuje ją tygodniami? Bawi cię to? Podnieca? Sprawia, że czujesz się bardziej męski? Jaki jest, kurwa, twój problem?!

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Morrow obrócił się na stołku, rzucając mi zdumione spojrzenie. – Przecież sama tu przyszłaś. Do niczego cię nie zmuszałem.

– Jasne – prychnęłam. – Zwabiłeś mnie zmyśloną historyjką o wygnańcach, choć doskonale wiedziałeś, że tutaj pracowałam i jak tylko rozpoznam adres, to szybko przyjadę.

– Po pierwsze, Tereso – dobitnie zaakcentował moje imię – niby skąd miałbym wiedzieć, że tu pracowałaś? Myślisz, że jestem jasnowidzem? A po drugie, w tym miejscu naprawdę przesiaduje pełno wygnańców.

– Ciekawe! – wrzasnęłam. – Jakoś żadnego nie widzę!

– Przestań krzyczeć, bo przyciągasz niepotrzebne zainteresowanie – syknął, zasłaniając mi dłonią usta, na co momentalnie się wzdrygnęłam. – Namierzyłem dwóch, siedzą w sąsiedniej sali, ale specjalnie zostałem tutaj, żeby mieć widok na drzwi i zareagować, kiedy będą wychodzili. – Zamilkł na chwilę. – Wiesz, miałem cię za profesjonalistkę, lecz zaczynam przypuszczać, iż jesteś nikim więcej jak zadufaną w sobie lalunią. Uwierz, że gdybym chciał cię śledzić, nigdy byś się nie zorientowała. – Przesunął w moją stronę półmisek z przekąskami. – Orzeszka?

– Nie, dziękuję – burknęłam szorstko. – Wiesz, że na wygnańców jest wyłącznie jeden sposób? Ten ostateczny?

– Wiem. – Wziął łyk piwa. – To dla ciebie przeszkoda?

– Nie. – Popatrzyłam na kufel, gdy odstawiał go na blat. Po podejrzanie jasnym słomkowym kolorze odgadłam, że Andy wciąż rozcieńczał browar wodą z kranu. Życzę smacznego, drogi sąsiedzie. – Dla mnie czysta whisky. – Przywołałam barmana machnięciem ręki. – Nawet nie próbuj lać jakiegoś zwietrzałego sikacza, bo pożałujesz – ostrzegłam, kiedy sięgał po butelkę z obdrapaną etykietą. Już ja przeczuwałam, co w niej zalegało.

Odwróciłam się, aby sprawdzić, co jeszcze nie uległo tu zmianie. Nadal śmierdziało wilgocią, to na pewno, meble bez wątpienia pamiętały szalone lata osiemdziesiąte, ozdabiając brudną podłogę odpryskującą farbą, klientela także nie odstawała od przyjętych tu norm.

Nie mogłam natomiast nie docenić drobnych modernizacji. Najwyraźniej idąc z duchem czasu, zastąpiono skrzeczącą szafę grającą jakimś podrzędnym śpiewakiem, który teraz wył do kotleta, szarpiąc za struny sfatygowanej gitary. Dojrzałam również stół do bilardu, ewidentnie wyświechtany, ale mimo wszystko liczył się gest. Gdybym sknerusa nie znała, powiedziałabym, że Andy powoli przeobrażał tę spelunę w lokal z klasą.

– Zawsze jesteś taka pasywno-agresywna? – zakpił Morrow, zerkając na mnie z rozbawieniem. Zmrużył oczy, jakby próbował coś rozwikłać lub chociaż podsłuchać moje myśli.

– Nie. – Ponownie rozejrzałam się po pomieszczeniu, wcale nie unikając irytująco błękitnego spojrzenia swojego towarzysza. – Jaki jest plan?

– Na razie żaden. – Wzruszył ramionami. – Ty zawsze jakiś masz?

– Przeważnie – oczywiście skłamałam. Demony to nieprzewidywalne skurkowańce. Układanie taktyki czy szczegółowej strategii w większości przypadków i tak okazałoby się bezcelowe. – Pilnuj ich dalej. – Wstałam z krzesła, przechylając szklaneczkę do dna.

– Dokąd idziesz? – Sebastian drgnął nerwowo. Po jego nietęgiej minie odgadłam, że musiał uznać, iż zamierzałam zrobić coś głupiego.

– Zapalić – powiedziałam podniesionym tonem. – Chyba nie potrzebuję twojego pozwolenia, prawda?

– Nie możesz tutaj? – Zmarszczył brwi.

– Zostawiłam fajki w samochodzie.

Wyszłam na zewnątrz, z rozdrażnieniem dostrzegając, że natręt podążył za mną. Miałam cholerny mętlik w głowie. Morrow to totalna zagadka. Gdy już myślałam, że go przejrzałam i rozszyfrowałam jego intencje, jakimś dziwnym trafem mówił lub robił coś, co w mig obalało moją teorię. Nie wiedziałam, czy był aż tak cwany, czy ta cała sytuacja to faktycznie nieporozumienie stulecia.

Dotarłam do auta. Otworzyłam drzwiczki, aby wygrzebać paczkę ze schowka, następnie przysiadłam na masce, chcąc podelektować się smakiem papierosa. Sebastian dołączył do mnie po chwili. Wyciągnął rękę i przejechał palcami po karoserii.

– To twój? – zapytał z lekkim zachwytem w głosie. Rozproszone światło latarni nadało rysom jego twarzy surowszego wyglądu. Wydał mi się znacznie groźniejszy, niż zapewne w rzeczywistości był. – ‚65 ford mustang fastback?

– ‚67 GT500 Shelby – poprawiłam go. – Boczne wloty powietrza, silnik V8, stalowy blok, manualna skrzynia biegów, maksymalna moc 5400 obrotów na minutę, przyspieszenie do 62 mil na godzinę w sześć i siedem dziesiątych sekundy. – Wypuściłam dym z głośnym westchnieniem. – Muscle car.

– Hmm... – Morrow podrapał się po brodzie. – Nieźle.

– Więc... – zaczęłam, by uciąć dalszą bezproduktywną dyskusję. – Co tak naprawdę tutaj robisz? Tylko skończ z tą gadką o przeznaczeniu, bo nie uwierzę, nawet jeśli powtórzysz to z tysiąc razy.

– Prawda jest taka, że – usiadł obok i wyciągnął papierosa z mojej dłoni, po czym mocno się zaciągnął – przyleciałem tu w interesach. Nie opuściłem Toronto na stałe i nie mam też takiego zamiaru. Wynająłem mieszkanie naprzeciw twojego, ponieważ było pierwszym, jakie poleciła mi agentka nieruchomości. Tyle w temacie.

– W jakich interesach? – Spojrzałam na niego podejrzliwie. Chciałam przyłapać go na oszustwie, lecz niestety jego mimika nie wyrażała zbyt wielu emocji. Ten człowiek sprawiał wrażenie definitywnie niemożliwego do rozpracowania.

– Wbrew temu, co tam sobie ubzdurałaś, naprawdę prowadzę legalny biznes. Polowanie na demony to bardziej jak... hobby – oświadczył zdawkowo. – Wiesz, że w przyszłym tygodniu będzie zaćmienie Księżyca?

– Masz przedziwne zainteresowania – stwierdziłam, zabierając od niego papierosa. – Od dawna to robisz?

– Można tak powiedzieć. – Wyciągnął szyję i zapatrzył się w niebo. – To zaledwie zaćmienie częściowe, ale widok powinien być intrygujący.

– Skąd wiesz o istnieniu Podziemi? – kontynuowałam zadawanie pytań, ignorując jego usilne próby skierowania rozmowy na inny tor. Właśnie odkryłam, że robił to za każdym razem, gdy poruszana kwestia ewidentnie zdawała się dla niego niewygodna. Może jednak wcale nie był taki trudny do rozgryzienia?

– Jeśli zasłużysz, kiedyś ci opowiem – oznajmił wymijająco, naciągając kaptur na głowę. – Chodź, robota czeka.

Podążyłam za jego wzrokiem i dostrzegłam dwóch mężczyzn oddalających się od baru. Minus wygnańców stanowiło to, że emitowali symboliczną woń nadnaturalnej energii, dlatego musiałam się porządnie skupić, żeby ich zidentyfikować. Morrow tymczasem dokonał tego na poczekaniu. Widocznie dojrzał w nich jakiś szczegół, którego ja nie widziałam. Zbyt mocno ufałam swojemu dziwacznemu radarowi, nie wykorzystując należycie pozostałych zmysłów. Będę zmuszona w przyszłości nad tym popracować.

Zgasiłam papierosa i ruszyłam za Sebastianem, ze skupieniem obserwując otoczenie. Na szczęście dla nas w środku tygodnia nie kręciło się wielu klientów, dodatkowo panowała noc, lecz i tak należało dopilnować, by nie zostać zauważonymi.

Wytężyłam słuch, jednocześnie napinając mięśnie. Nie miałam pewności, czego mogłam się spodziewać po swoim kompanie. On bez wątpienia nie przestrzegał żadnych zasad, procedur czy protokołów, poza oczywiście tymi sporządzonymi przez siebie. Do tej pory współpracowałam z paroma osobami, ale łowcy bym do nich nie zaliczyła. Wolałam zachować ostrożność, niż potem tego żałować.

Okolica pubu wyglądała na opustoszałą. Im bardziej oddalaliśmy się od parkingu, tym większy panował spokój. Dochodzący z knajpy szmer ginął na tle targanych wiatrem liści drzew oraz sporadycznego pohukiwania sów. Brnęliśmy w mrok. Blask księżyca wspomagało bijące od pobocza oświetlenie, lecz jego rozmyta łuna nie sięgała odgrodzonych gęstymi zaroślami terenów. Pozostało mi zaufać wyłącznie swoim instynktom.

Wyminęłam Sebastiana, aby nie myślał, że to on tutaj rządzi, następnie wyjęłam z kieszeni garść tetsubishi[1] i wycelowałam w jednego z wygnańców. Metalowe elementy przebiły cienką bluzkę, haratając skórę, co momentalnie przyciągnęło jego uwagę. Jęknął. Obrócił się w naszym kierunku, a jak tylko nas spostrzegł, zamiast stanąć do walki, szturchnął kumpla w ramię, po czym obaj rzucili się do ucieczki.

Serio?! Musieliśmy trafić akurat na tchórzy?!

– Bierz chudzielca, ja pobiegnę za osiłkiem – rozkazał Morrow.

– Chciałbyś! – zawołałam. Szybko wyrwałam do przodu, by nie zdążył mnie uprzedzić, i bez zastanowienia pognałam za większym. W głośnym przekleństwie dało się wyczuć rozdrażnienie. Z pewnością nie tego oczekiwał.

Dogoniłam zbiega w kilku krokach. Energicznie pociągnęłam gagatka za rękę, żeby powalić go na ziemię. Choć wygnańcy byli znacznie słabsi ode mnie, a co za tym szło, zazwyczaj nie mieli ze mną większych szans, ten osobnik niewątpliwie wiedział, jak spożytkować atuty opętanego przez siebie człowieka. Dryblas ledwie drgnął, gdy tarmosiłam go za fraki. Ani myślał kapitulować tak łatwo. Wyrwał łapsko z uścisku, wziął szeroki zamach i wymierzył mi solidny cios w twarz. Zaskoczona niespodziewanym zwrotem akcji nawet nie zdążyłam się zasłonić. Masywna pięść wylądowała na mojej szczęce, która wydała nieprzyjemny trzask pękającej kości. Odczułam to uderzenie chyba we wszystkich zakończeniach nerwowych.

Zatoczyłam się do tyłu, co mój przeciwnik wykorzystał z nieskrywaną radością, na powrót podejmując starania czmychnięcia stąd w ekspresowym tempie. Prędko złapałam równowagę, aby nie pozwolić draniowi na zdobycie zbyt dużej przewagi. Usłyszałam w oddali nawoływania Sebastiana, jednak nie próbowałam go zrozumieć, zbyt ogarnięta wściekłością błyskawicznie przepełniającą cały organizm. Lekceważąc ból, popędziłam za dezerterem.

Skoczyłam na jego plecy i wczepiłam mu palce we włosy. Liczyłam, iż zdołam skręcić skubańcowi kark, a tym samym odwzajemnię wyrządzone szkody, ale on zręcznie się wywinął, przerzucając mnie przez siebie. Runęłam na trawę, oszołomiona umiejętnościami mężczyzny i zła, że go nie doceniłam.

W swoim koszmarnym położeniu dostrzegłam przynajmniej sprzyjającą okazję, żeby wreszcie odnieść małe zwycięstwo. Zawinęłam stopę wokół kostki rywala, zanim zdążył nawiać, następnie przeturlałam się na bok, by upadając, niechcący nie przygniótł mnie zwalistym cielskiem.

Gruchnął o ziemię, jak przewidziałam, później uniemożliwił mi wstanie kopniakiem, po którym rąbnęłam potylicą o kamieniste podłoże, bo oczywiście, zamiast łajdaka wykończyć, pozwoliłam sobie na parę sekund wytchnienia, naiwnie wierząc, że to go powstrzyma przed kolejnymi sztuczkami.

Straciłam na moment kontakt z otoczeniem. Umysł wypełnił nieznośny szum, dzwonienie w uszach przytłumiło pozostałe dźwięki. Zajęło mi chwilę, nim odzyskałam nad sobą kontrolę, a kiedy znów spróbowałam się podnieść, nieoczekiwanie doznałam intensywnego ucisku w ramieniu. Przeciwnik już nie zamierzał uciekać, teraz postanowił walczyć. Najwyraźniej uznał mnie za słabą konkurencję, więc aby nie tracić cennego czasu, skoczył na moją rękę, wybijając ją z barku. Krzyknęłam. Nie mogłam opanować palącego ukłucia promieniującego niemal do kręgosłupa.

To jakieś nieporozumienie...

Zacisnęłam zęby, gdy przyuważyłam, że mężczyzna się nade mną pochylał. Uniosłam głowę, by grzmotnąć nią o jego, jak tylko podejdzie na wystarczającą odległość, niestety to był błąd. On również wpadł na ten sam pomysł, przenosząc starcie na zupełnie nowy poziom. Zderzyliśmy się czołami z taką mocą, że aż poczułam silne mdłości. Jeszcze tego brakowało, żebym nabawiła się przez niego wstrząśnienia mózgu. Zawyłam z furią, sięgając do wewnętrznej kieszeni kurtki po demoniczną stal. Kiedy wygnaniec dźwignął się do pionu, wycelowałam w jego serce i wprawiłam ją w lot.

Nie trafiłam zbyt celnie, pewnie przez to, że obraz wirował mi przed oczami, zatem już po chwili próbował złapać za rękojeść, aby wyszarpać sztylet. Stanęłam chwiejnie na nogach, z trudem nabierając powietrza, potem naparłam na niego z całej siły. Miałam dość tej zabawy. Zgładziłam mnóstwo demonów znacznie przewyższających go umiejętnościami, a pozwalałam, by rozstawiał mnie po kątach.