Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko ludzie - Sylvain Neuvel

W dzieciństwie Rose Franklin przypadkowo odkryła gigantyczną metalową rękę ukrytą pod ziemią w Południowej Dakocie. Kilkanaście lat później stanęła na czele zespołu, który w różnych miejscach na świecie wydobył spod ziemi pozostałe części ogromnego robota o najprawdopodobniej pozaziemskim pochodzeniu. Przyczyniła się do zażegnania ogólnoświatowego konfliktu oraz inwazji Obcych. Teraz, po niemal dziesięciu latach spędzonych na obcej planecie, dr Franklin wraca na Ziemię, której tym razem chyba już nic nie zdoła uchronić przed zagładą. Rose mimo wszystko podejmuje heroiczną próbę odbudowania dawnych więzi i stworzenie nowych sojuszy. To ostatnia szansa na ocalenie ludzkości.

Opinie o ebooku Tylko ludzie - Sylvain Neuvel

Fragment ebooka Tylko ludzie - Sylvain Neuvel

Tytuł oryginału: Only Human

Projekt okładki: Faceout Studio

Redakcja:Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Szajowska

Copyright © 2018 by Sylvain Neuvel.

By arrangement with the author.

All rights reserved.

Ilustracja na okładce © Vilhelm Jozsef Hunor

Zdjęcie na okładce © iStockphptp.com/angelinast

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Radosław Madejski

ISBN 978-83-287-0899-0

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

Eyaktept eket ontyask atakt oyansot ot.

Eyantsant eps.

PROLOG

DOKUMENT NR 2101

ZAPIS GŁOSOWY Z MISJIKAPITAN BODIE HOUGH I PORUCZNIK BARBARA BALL,KORPUS PIECHOTY MORSKIEJ STANÓW ZJEDNOCZONYCH,DYWIZJA ZMECHANIZOWANA

Miejsce: Okolice hotelu Dar es Salaam, Tobruk, Libia

– Centrala, tu Japet. Cel w zasięgu wzroku.

[Przyjąłem, Japet. Czekajcie na pozycji.]

Czekamy… Dokładnie w wyznaczonym punkcie. Zdolny jestem, co?

– Och, Bodie, przestań się przechwalać. Przecież tylko wpisujesz współrzędne. Zrób moonwalk tym kolosem, to rzeczywiście będziesz miał powód do dumy.

– Moonwalk? Znaczy jak w stanie nieważkości?

– Żartujesz, Bodie? Człowieku, ile ty masz lat?

– Porucznik Ball, o ile mnie pamięć nie myli, kiedy ostatnio kierowałaś nogami, potknęłaś się na jakimś budynku i poleciałaś na twarz, a Benson złamał przez ciebie nadgarstek. Mam rację?

[Japet, tu Centrala. Bądźcie łaskawi przymknąć się na chwilę, bo nie jesteście tu na wczasach. Stoicie przodem do obiektu?]

Tak jest, przodem. Ładny hotel. Nie pogardziłbym urlopem w takim miejscu.

[Czy robot jest stamtąd widoczny?]

Jeśli masz na myśli tych, którzy obserwują nas z najwyższego piętra, to owszem, jesteśmy widoczni jak na dłoni. Górujemy nad całym miastem. Nie można nas nie zauważyć.

[Przyjąłem, Japet. Rozmawiamy w tej chwili z przewodniczącym. Czekajcie na rozkazy.]

Czekamy. Swoją drogą, co my robimy w Tobruku? Myślałem, że siedziba rządu jest w Trypolisie.

– Bo jest.

– A tutaj?

– Tutaj siedzibę ma inny rząd. Nie przygotowałeś się.

– Przecież to ten sam kraj.

– Czasem tak się zdarza. Kiedy byłam dzieckiem, przez pewien czas mieli tu aż trzy rządy.

– I który jest właściwy?

– Zależy, kogo zapytasz. Każdy ci powie, że ten, na który głosował.

– To bez sensu. Zresztą, kogo to obchodzi? Za dwadzieścia minut i tak władzę przejmie jakiś amerykański generał.

– Chciałeś powiedzieć: będzie doradcą demokratycznie wybranego rządu Libii.

– Tak, jasne.

[Japet, tu Centrala. Sekretarz okazał się bardziej oporny, niż przypuszczaliśmy. Użyjcie promienia i zniszczcie północne skrzydło hotelu. Powtarzam, zniszczyć północne skrzydło hotelu.]

– Zrozumiałem. Przystępujemy…

– Kapitanie, ostatnie piętro, drugie okno od prawej.

– Widzę. Centrala, wygląda na to, że w tej części budynku są ludzie. Może dać im trochę czasu na ewakuację? Jeśli zniszczymy wszystkie samochody na parkingu, to ich wypłoszy.

[Japet, wykonaj rozkaz.]

– No i co robimy?

– Jak to co? Słyszałaś. Zacznij od środka i przesuwaj promień w prawo. Celuj nisko, to może uda się oszczędzić te budynku z tyłu.

– Tak jest… Gotowa do akcji.

– Aktywuję promień. Powiedz „stop”.

– Hm… stop. Przecież wszystko widzisz. Zorientujesz się, kiedy skończę.

– Kurczę, niesamowite jest to cholerstwo. Nawet nie zaszumiało. Centrala, tu Japet. Cel zniszczony. W każdym razie połowa.

[Przyjąłem, Japet. Widzę to na obrazie z satelity. Czekajcie w pogotowiu.]

Cholera, uwielbiam tę robotę!

– Zauważyłam.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Dokładnie to, co usłyszałeś. Powiedziałeś, że uwielbiasz tę robotę, a ja ci odpowiedziałam, że to widać. I tyle. Masz z tym jakiś problem?

– …

– Świetnie! No to zmieńmy temat, bo chyba jeszcze chwilę tu postoimy. O czym chciałbyś porozmawiać? O książkach? O filmach? Masz jakieś hobby, o którym nie wiem?

– …

– W porządku. To ja zacznę. Kolekcjonuję Kapustki, to znaczy laleczki Cabbage Patch Kids.

– Nie mam pojęcia, co to…

– Nic nie szkodzi. Moje pokolenie też się na to nie załapało. Cabbage Patch Kids: laleczki, których się nie kupowało, tylko adoptowało. Podobno każda była niepowtarzalna. Miała świadectwo urodzenia, dokumenty adopcyjne i mały albumik, do którego można było wpisać, kiedy zaczęła chodzić, jakie było jej pierwsze słowo i co najbardziej lubi jeść.

– Te lalki mówiły?

– Nie, Bodie, nie mówiły. Ani też nie jadły. Chodziło o to, żeby wszystko wyglądało autentycznie, jakbyś adoptował prawdziwe dziecko znalezione na polu kapusty.

– Jak można adoptować lalkę?

– Po prostu kupujesz i nazywasz ten wydatek opłatą adopcyjną. W latach osiemdziesiątych ludzie wariowali na punkcie tych lalek, bili się o nie w sklepach, istny obłęd. Były modne tylko przez krótki czas, ale kilka firm nadal je produkuje. Dostałam sześć takich lalek od mojej mamy, kiedy byłam nastolatką. Teraz je kolekcjonuję. Te najstarsze bardzo trudno dostać i zazwyczaj osiągają zawrotne ceny.

– A więc zbierasz lalki. Nie, to wcale nie jest pokręcone, nic a nic.

– W zeszłym roku sprzedałam jedną za pięć kawałków.

– Sprzedałaś lalkę za pięć tysięcy dolarów?

– To był Brutis Kendall urodzony pierwszego listopada na Kapuścianej Grządce. W idealnym stanie, z pudełkiem i wszystkimi papierami.

– Trzeba być stukniętym. Uważam, że to pokręcone. Nie powinnaś…

[Japet, tu Centrala. Przewodniczący libijskiej Izby Reprezentantów zwrócił się do Stanów Zjednoczonych o wsparcie techniczne i doradztwo. Dobra robota. Zostańcie na miejscu. Za około dwadzieścia minut nastąpi desant z morza. Kiedy piechota opanuje teren, wrócicie do bazy. Za chwilę dostaniecie współrzędne do powrotu.]

Przyjąłem, Centrala. Bez odbioru. I znowu punkt dla nas. Wyzwalamy miasto za miastem.

– Założę się, że przedtem też byli wolni.

– Ale teraz są bardziej.

Część pierwsza

KIEDY JESTEŚ W RZYMIE…

DOKUMENT NR EE955

ARCHIWUM PRYWATNE Z ESAT EKTDZIENNIK OSOBISTYDOKTOR ROSE FRANKLIN

Lepiej uważajmy, o czym marzymy.

Blisko dziesięć lat temu pojawił się na Ziemi i zniszczył część Londynu gigantyczny robot z obcej planety. Udało nam się go unieszkodliwić, niestety w ślad za nim przybyło trzynaście innych, żeby rozpylić w kilkudziesięciu najbardziej zaludnionych miastach zabójczy gaz bojowy. W wyniku tych ataków poniosło śmierć sto milionów ludzi. Wśród nich ów tajemniczy mężczyzna, którego nazwiska nigdy nie poznałam, kierujący wszystkimi naszymi poczynaniami od czasu, gdy Uniwersytet Chicagowski powierzył mi badania nad olbrzymią dłonią robota. Zginęła również Kara Resnik, moja najbliższa przyjaciółka, a także żona Vincenta i biologiczna matka Evy.

Dzięki pomocy „nieznajomego” znalazłam sposób na zaburzenie struktury molekularnej metalu, z którego wykonane były roboty, i udało mi się zniszczyć jednego z nich. To wystarczyło, aby nakłonić obcych do pozostawienia nas w spokoju.

Nie zdawałam sobie sprawy, co się wydarzy. Nie mogłam przewidzieć, że odkrywając Temidę i ściągając uwagę obcych na naszą planetę, doprowadzę do śmierci milionów ludzi, ale obawiałam się tego od chwili, gdy przywrócono mnie do życia. Czułam, że… jestem w niewłaściwym miejscu, i bardzo pragnęłam, żeby ci, którzy skonstruowali Temidę, wzięli ją sobie z powrotem. Miałam nadzieję, że zabiorą również mnie.

I tak się stało. Gdy roboty obcych opuściły Ziemię, generał Eugene Govender, dowódca Korpusu Obrony Ziemi, Vincent, Eva i ja świętowaliśmy na pokładzie Temidy nasze… ocalenie, bo raczej nie można nazwać tego zwycięstwem. W tym samym czasie Rada Akitast – grupa obcych, która decyduje o ich stosunkach z innymi cywilizacjami – postanowiła odzyskać wreszcie swoją własność. Temida, z nami w środku, wróciła na swoją rodzimą planetę Esat Ekt, czyli Dom Ektów – tak nazywa się zamieszkujący planetę lud. Ektowie nie są dla nas obcymi w ścisłym znaczeniu tego słowa. Jakieś pięć tysięcy lat temu garstka ich przodków przybyła na Ziemię. Mieli żyć na uboczu i nie mieszać się w lokalne sprawy, ale z czasem kilkoro z nich złamało zakaz, nawiązało kontakty z miejscowymi i założyło rodziny. Ich dzieci były półludźmi, w następnym pokoleniu w trzech czwartych ludźmi i tak dalej, aż wreszcie ich potomkom została jedynie znikoma część ektyjskich genów. W ciągu kolejnych tysiącleci różnice między nami zacierały się coraz bardziej. Teraz wszyscy mieszkańcy naszej planety są dalekimi krewnymi tamtej grupki obcych, którzy w czasach, gdy po Ziemi chodzili tytani, przedłożyli miłość nad czystość rasy.

Minęło dziewięć lat od momentu naszego pojawienia się na Esat Ekt, ale wciąż żyjemy na uboczu. Cała tutejsza cywilizacja kieruje się zasadą, że odrębne gatunki nie powinny wywierać na siebie wpływu i każdemu z nich należy pozwolić na samodzielny rozwój zgodnie z jego systemem wartości. Przed wiekami Ektowie cudem uniknęli zagłady z rąk mieszkańców innej planety, którą ich władca wysiedlił z jakiegoś powodu. Potem obalili monarchię, zastępując ją bardzo skomplikowanym ustrojem demokratycznym i nadali swojej polityce nieingerencji całkiem nowy wymiar. Skażenie całego gatunku obcymi genami postrzegają jako ograbienie go z przeznaczenia. Dla nich to taka zbrodnia jak dla nas ludobójstwo. To, co wydarzyło się na Ziemi przed tysiącami lat, uznali za tragedię, która dotknęła zarówno ich, jak i nas. Dlatego postanowili zgładzić, jak sądzili, garstkę swoich rodaków, żeby zapobiec skażeniu całej naszej populacji. Zanim zdali sobie sprawę, jak wygląda rzeczywistość, było już za późno, zdążyli zabić miliony ludzi. Jesteśmy żywą pamiątką tego, co Ektowie uważają za wielką hańbę w swojej historii, jak pomnik holokaustu albo ofiar niewolnictwa.

Nam już nie będą o niczym przypominać. Tak czy inaczej, nasz pobyt tutaj dobiega końca. Dzisiejszej nocy wracamy do domu.

DOKUMENT NR EE961

ARCHIWUM PRYWATNE Z ESAT EKTZAPIS ROZMOWYVINCENT COUTURE I DOKTOR ROSE FRANKLIN

Miejsce: Kabina Temidy

[Tato, nie rób tego!]

– Już za późno. Ani kroku dalej, Evo. Nie chcę mu zrobić krzywdy. Rose, czy mogłabyś ją przytrzymać?

– Przytrzymać ją? Nie, nie sądzę. Chodź do mnie, Evo. Nie komplikujmy tego jeszcze bardziej. Nie chcesz, żeby przez przypadek ktoś został ranny. Odeślemy go tu z powrotem, obiecuję ci. Nikomu więcej nie stanie się krzywda.

[Jak to nikomu więcej? A komu stała się krzywda? Co zrobiłeś, tato?]

– Ekimie, eyyots ant ipyosk insot. Ekim! Eyekant!

[Ekimie, nie słuchaj go. Wiesz, że on blefuje. Nic ci nie zrobi. Eyekant ops!]

Masz rację. Nie chcę go skrzywdzić, więc mnie do tego nie zmuszaj.

{W porządku, Evo. Eyekant aktept eps.}

[Nie! Nie rób tego dla mnie! Ja zostaję! Zostanę tutaj z tobą.]

– Nie możesz zostać, Evo. Już nie. Nie wiesz, co… nieważne. Nie mamy na to czasu. Ekimie, jesteś przypięty? Rose, potrzymaj broń. Wejdę tylko w uprząż i już znikamy.

– Oni zaraz tu będą, Vincent. Musimy się pośpieszyć.

– Cholera! Nie mogę przełożyć rąk.

– Dasz radę. Rozluźnij się.

– Nie sądzę, żeby to coś dało. Nigdy nie pilotowałem góry. Kiedy ostatnio ktoś to zakładał, Eva miała dziesięć lat…

– Mógłbyś się zamienić miejscami z Ekimem? On ci pomoże przy wprowadzaniu komend na konsoli.

– Powiedział, że to skomplikowane. System obrony orbitalnej to dla mnie czarna magia. Nie sądzę, żebym… Mam pomysł! Ale nie zapnę się z przodu. Założę hełm i przekonamy się, czy działa, kiedy klamry są otwarte.

– Lada chwila… Musimy wiać!

– Jasne! Zasilanie włączone! Szybko! Szybko! Ekimie, wprowadzaj współrzędne. Eyyots!

– Ile to potrwa, zanim…

– Ojej!

– Co się stało? Vincent, gdzie my jesteśmy?

– Nie mam pojęcia. Myślę, że… Jest noc. Wkoło pełno drzew. Ekimie, czy to Ziemia? Akt eyet Eteyat?

{Ops eyoktiptet.}

– Co powiedział?

– Hm… To takie wyrażenie. Mam pustkę w głowie. Coś w tym rodzaju.

– Popatrz na gwiazdy.

– Co?

– Popatrz na gwiazdy. Rozpoznajesz coś?

– Nie widzę niczego znajomego… Mam! To jest… la grande ourse. Nie znam nazw gwiazdozbiorów. Duża niedźwiedzica?

– Wielka Niedźwiedzica. Ursa Major.

– No właśnie. Wróciliśmy, Rose. Jesteśmy na Ziemi.

– Rety, nie wierzę, że się nam udało. Evo, powiedz coś.

[Tato, co zrobiłeś?]

– Nie teraz, Evo.

[Chcę wiedzieć, co zrobiłeś!]

– Powiedziałem, że nie teraz. Za chwilę ktoś nas zauważy. Połóżmy Temidę, żeby wyjść.

[A więc mi nie powiesz?]

– Evo, jak myślisz, co się stanie z Ekimem, jeśli go tu znajdą? Musi wracać. Ekimie, eyost yeskust ak eyyots esat.

{Eyekant est ops. Ethemis eyet onsoks.}

– Co powiedział? Pusta Temida?

– Powiedział, że Temida jest wyczerpana. Rozładowana. Zużyła całą energię, żeby tu wrócić. Ta resztka, która jej została, wystarczy na zasilanie hełmu, ale nie mogę już poruszać rękami.

– Długo będziemy musieli czekać, Vincent?

[Tato, zabiję cię, jeśli coś mu się stanie.]

– Spokojnie, Evo. Kiedy rozładowaliśmy ją w Nowym Jorku, wystarczyło kilka minut, zanim odzyskała zdolność ruchu. Wygląda na to, że jesteśmy na pustkowiu. Jeśli dopisało nam szczęście, nikt nas nie widział i wydostaniemy się stąd przed wschodem słońca. Kurczę, zanim nas znajdą, może upłynąć kilka dni. Tak jak ostatnio.

[Ostatnio omal nie zginęliśmy!]

No więc nie tak jak ostatnim razem. Posłuchaj, nic na to nie poradzę. Uwierz mi, na pewno coś bym zrobił, gdybym wiedział, jak to przyspieszyć.

– Porozmawiaj z Ekimem, Evo. Prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczysz, kiedy wróci na swoją planetę. Macie chwilę dla siebie, więc powinniście ją wykorzystać.

[Nienawidzę cię, tato. Naprawdę cię nienawidzę.]

– Wiem.

– Kiedyś to przeboleje, tylko daj jej trochę czasu.

– Nie jestem pewien, Rose. To, co zrobiliśmy… W każdym razie wróciliśmy do domu i to jest najważniejsze. Teraz musimy tylko wyprawić Ekima z powrotem.

– Mógłby tu zostać.

– Nie, nie mógłby. Zamknęliby go w klatce i kłuli igłami przez cały dzień. Kiedy ostatnio jego rodacy odwiedzili Ziemię, zginęło sto milionów ludzi. Minęło już trochę czasu, ale wątpię, żeby cała sprawa poszła w niepamięć.

– A co z nim będzie, kiedy wróci na Esat Ekt?

– No cóż, powie, że go porwaliśmy. Zgodnie z prawdą. Miejmy nadzieję, że nie będą tego drążyć.

– Myślisz, że mu uwierzą?

– Nie mam pojęcia, Rose. A co proponujesz? Mam mu wystawić zaświadczenie?

– Wygląda na przerażonego.

– Bo to jeszcze dzieciak. Znalazł się miliony kilometrów od domu i grozi mu oskarżenie o zdradę. Też bym się bał.

– Zagroziłeś mu pistoletem.

– Mówię, też bym się bał.

– Sami przebyliśmy tę samą drogę.

– Dziwne, prawda? Czekaliśmy tyle czasu, aż tu nagle bum! Wróciliśmy.

– Nasz… wspólny znajomy powiedział mi kiedyś, że potrzeba dziesięciu dni na pokonanie tej odległości. A wydawało się, że to tylko chwila. Ciekawa jestem, skąd wiedzieli.

– Co wiedzieli, Rose?

– Ile trwa podróż.

– Może po prostu spojrzeli w kalendarz?

– Ale jak? Możemy sprawdzić datę na Ziemi, ale musielibyśmy wiedzieć, jaki dzień jest tam. Jak to ustalić? Wrócić i podzielić czas na pół?

– Nie mam pojęcia. Ja tylko…

– Zrobiłeś to, co było konieczne, Vincent.

– Tak? A czy to naprawdę było konieczne?

– Daj spokój. Nie zastanawiaj się nad tym.

– Co gorsza, nie czuję się nawet w połowie tak parszywie, jak myślałem… O cholera.

– Co?

– Niemożliwe. Nie tak szybko.

– Co się dzieje?

– Widzę światła. Jadą tu jakieś samochody, chyba ciężarówki. Ekimie, eket eyyots apt aks.

[Kto to jest, tato?]

Nie wiem, ale wygląda na to, że bardzo im się spieszy.

[Yokits! I co teraz? Nie możemy nic zrobić.]

Oni też, jeśli to zwykłe ciężarówki. Jesteśmy na wysokości piętnastego piętra.

[Mogą przyjechać z dźwigiem.]

Minie kilka dni, zanim ustawią taki wysoki dźwig. Ale nie to mnie martwi.

[Co w takim razie?]

Jeśli to tylko miejscowi w swoich pikapach, to wszystko w porządku. Kiedy Temida się zregeneruje, wyniesiemy się stąd.

[A jeśli to nie miejscowi?]

No cóż, jeśli to wojsko, mają nie tylko ciężarówki. Mogą tu przysłać…

[Co takiego?]

Właśnie to.

[Znaczy co? Pamiętaj, że my tu nic nie widzimy.]

Helikopter.

– Wojskowy?

– To jest duża maszyna, Rose. Na pewno nie taka, jakimi latają ekipy telewizyjne albo turyści.

– Co robi?

– Jest coraz bliżej… Właśnie zawisł nad nami… Otwierają się drzwi… O kurwa, kurwa, kurwa.

– Schodzą tu?

– Dwaj faceci zjeżdżają na linach.

– Co to za jedni?

– Nie wiem, ale mają broń. Jeden jest już przy włazie.

– Może się ucieszą na nasz widok.

– Całkiem możliwe. Evo, na wszelki wypadek zasłoń Ekima, gdyby jednak się okazało, że nie będą zachwyceni. Kimkolwiek są, właśnie weszli do śluzy.

– Wewnętrzny właz się otwiera.

<Dierżytie ruki na widu.>

– Vincent, co on powiedział?

– Nie mam pojęcia, ale na pewno mówi po rosyjsku.

DOKUMENT NR 2106

ZAPIS ROZMOWYMAJOR KATHERINE LEBIEDIEW, WYWIAD WOJSKOWY FEDERACJI ROSYJSKIEJ, I DOKTOR ROSE FRANKLIN

Miejsce: Siedziba GRU, Sankt Petersburg, Rosja

– Dzień dobry, doktor Franklin. Zapewne dobrze pani spała. Nie mogło być inaczej. Mamy naprawdę dobre środki… Proszę nie mówić o tym nikomu, ale sama też je zażywam od czasu do czasu, kiedy potrzebuję wypoczynku. Choć nie sądziłam, że przypadnie mi to w udziale, w imieniu Federacji Rosyjskiej i całej naszej planety witam ponownie na Ziemi. I witam w Rosji!

– Jesteśmy w Rosji?

– Owszem. Proszę usiąść, doktor Franklin. Działa pani na mnie deprymująco.

– Proszę wybaczyć. Sama czuję się odrobinę zdeprymowana. Nie wiem, co tu robię.

– Ma pani pełne prawo tak się czuć. Powiedziałam, że pani tak na mnie działa, bo powinnam emanować pewnością siebie, a nie jest to łatwe, kiedy wiercę się w fotelu. Ale to wszystko jest takie ekscytujące! Proszę usiąść!

– Czy mogę liczyć, że się dowiem, kim pani jest i gdzie się znalazłam?

– Kim jestem? Nie ma tego na… Gdzie ona się podziała? Powinna tu być tabliczka z moim nazwiskiem… O, jest. Nazywam się Katherine Lebiediew.

– Nie mówi pani jak Rosjanka.

– Całe szczęście. Większość życia spędziłam w New Hampshire. Studiowałam prawo na Uniwersytecie Browna.

– Była pani szpiegiem?

– Byłam… Nie! Ja tylko się tam urodziłam. Byłam dzieckiem, bawiłam się lalkami. Moi rodzice byli szpiegami, ale dowiedziałam się o tym, dopiero kiedy musieliśmy wyjechać. Przeprowadziłam się tu jedenaście lat temu, no i oto jestem! Ale o czym to ja mówiłam? Ach tak. Nazywam się Katherine Lebiediew. Jestem majorem GRU.

– …

– Nie wie pani, co to jest, prawda? Główny Zarząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Wiem, trudne do zapamiętania.

– To brzmi jak KGB.

– KGB, która swoją drogą nazywa się teraz SWR, to przy nas przedszkole. Ale proszę im nie mówić, że to powiedziałam. Jesteśmy dziesięć razy więksi od SWR. No, może nie dziesięć razy, ale i tak nie mogą się z nami równać. Przewyższamy ich sześciokrotnie pod względem liczby agentów, satelitów szpiegowskich i innych gadżetów w stylu Bonda. Co jeszcze chce pani wiedzieć? Och tak, znajduje się pani w naszej siedzibie. To taki duży szary gmach w Sankt Petersburgu.

– To pani stoi na czele tego… GRU?

– Ja? Chciałabym, ale nie, jestem tylko skromnym majorem. Kieruję małym, tak naprawdę maleńkim wydziałem powołanym do badania technologii obcych. Z braku takowych wydział jest mały, jak powiedziałam. Dlatego może pani sobie wyobrazić, jak bardzo się ucieszyłam, jak wszyscy się ucieszyliśmy, kiedy wylądowaliście w Estonii. To zaledwie kilka godzin jazdy stąd. Jakie było prawdopodobieństwo, że traficie akurat tutaj?

– W Estonii? Mówiła pani, że jesteśmy w Rosji.

– Racja! Nie jest pani na bieżąco! Przepraszam. Gdzie moje maniery? Co pani chce wiedzieć? Proszę pytać.

– Jak długo nas nie było?

– Dziewięć lat, trzy miesiące i sześć dni… to jest dziewięćdziesiąt siedem. Dziewięć lat i dziewięćdziesiąt siedem dni. Proszę wybaczyć, nie orientuję się w zapisach naukowych…

– Dziewięć lat? Myśleliśmy, że to trwało krócej.

– Och! Nasi naukowcy dyskutowali na ten temat. Coś o rozciągnięciu czasu w przypadku podróży z prędkością światła. Niewiele z tego zrozumiałam, ale mówili, że możecie wrócić starsi o tysiąc lat. Nie, ale to niemożliwe. Tysiąc lat musiałoby upłynąć tutaj. Sama pani widzi, że jestem dyletantką. No więc ile to trwało według pani? Kilka sekund?

– Osiem lat i siedem miesięcy, może trochę dłużej.

– Zaraz… Nie potrafi pani określić tego dokładnie?

– Byliśmy… Wie pani, gdzie byliśmy?

– Mam nadzieję dowiedzieć się tego od pani. Wszyscy przypuszczali, że trafiliście na planetę, z której pochodzą te roboty.

– I słusznie. Ta planeta nazywa się…

– Co? Jak się nazywa? Och, nie jest pani pewna, czy powinnam się tego dowiedzieć… Wybór należy do pani. No, w zasadzie niezupełnie, ale wie pani, co mam na myśli. Nie żebyśmy tak od razu przechodzili do tortur. Żartowałam! Taki szpiegowski humor… Rozumiem. No to jak będzie? Uważa pani, że jeśli poznam nazwę tego miejsca, zaburzy to nieodwracalnie równowagę sił? Poza tym pracowała pani dla ONZ. No i wszystko jasne. To wasz świat!

– Co takiego?

– Wasz świat, wasze zmartwienie. Motto ONZ.

– Nie wiedziałam, że ONZ ma jakieś motto.

– Okropne, nie? No to jak, powie mi pani? Proszę! Bo umieram z ciekawości.

– Nazywa się Esat Ekt. To znaczy Dom Ektów. Tamtejszy lud tak o sobie mówi. Nie mogliśmy odmierzać ziemskiego czasu, ale oni mają własną jednostkę, która jest zbliżona do minuty, więc…

– Nie mieliście zegarka? Albo komórki?

– Mieliśmy, ale baterie w końcu się wyczerpały. Vincent i ja znamy swoje tętno spoczynkowe, więc policzyliśmy, ile uderzeń serca mieści się w ich jednostce czasu, żeby uzyskać równowartość pomiaru w minutach. Najwyraźniej pomyliliśmy się trochę w obliczeniach. Możliwe, że powietrze miało tam inny skład. Chyba było bogatsze w tlen.

– Czyli tak jak w górach.

– W górach jest mniej tlenu. Ale owszem, coś w tym rodzaju.

– Przepraszam, studiowałam prawo, pamięta pani? Aha, zanim zapomnę. Kiedy zniknęliście, był z wami generał Govender. A teraz go nie ma, chyba że jakimś cudem zamienił się w nastoletniego obcego. Co się z nim stało?

– Nie żyje.

– Przykro mi… Zabili go?

– Zmarł śmiercią naturalną.

– Jakie to smutne… A więc mieszkańcy tej planety nazywają się Ektowie. Wasz przyjaciel, który przyleciał z wami, jest jednym z nich? Jest… Ektem?

– Myślałam, że zechce pani odpowiedzieć na moje pytania.

– Znowu mnie poniosło, tak? Przepraszam. Ale jestem taka przejęta! Za bardzo się podniecam no i tak się to kończy. Zaczynam paplać i nawet tego nie zauważam, dopóki kogoś nie urażę. Proszę mi wybaczyć. Przysięgam, że… Nie, to bez sensu, bo za pięć minut znowu to zrobię i będzie mi jeszcze bardziej głupio. Nie gadaj tyle, Katherine! Co pani chce wiedzieć, doktor Franklin?

– Przepraszam, pani Lebiediew, ja nie…

– Jak mnie pani nazwała? Panią Lebiediew? To te wnętrza tak działają na ludzi. Nawet nie wiem, jak się nazywa ten styl. Gotyk wiktoriański? Pani Lebiediew to moja mama, a ja jestem Katherine i tak proszę się do mnie zwracać.

– W porządku, Katherine. Nie wiem, czy to skutek podróży, czy wciąż działają prochy, które mi podaliście, ale jestem wyczerpana. Czy mogłybyśmy dokończyć tę rozmowę jutro?

– Naturalnie! Przebyliście miliony kilometrów, a ja zamęczam panią tymi wszystkimi pytaniami. Proszę wypoczywać. Porozmawiamy, kiedy poczuje się pani gotowa.

– Dziękuję.

– Nie ma o czym mówić. Chciałam tylko zapewnić, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby pomóc waszemu przyjacielowi, nawet gdyby okazała się pani niezbyt rozmowna, nadal czuła się wyczerpana i w ogóle.

– Naszemu przyjacielowi?

– Tak, temu młodemu Ektowi… Jak to pięknie brzmi. Obawiam się, że jest trochę niedysponowany. Ale proszę się nie martwić, musi pani wypocząć. Jestem pewna, że wróci do zdrowia. Jest pod opieką najlepszych lekarzy.

– Co pani mu zrobiła?

– Ja? Czemu pani uważa, że mogłabym go skrzywdzić?

– Wiem, że swego czasu współpracowała z wami pewna genetyczka, która…

– Mówi pani o doktor Papantoniou? Co takiego zrobiła?

– Bez skrupułów poddawała ludzi bardzo inwazyjnym zabiegom, żeby osiągnąć swoje cele.

– Wtedy jeszcze mnie tu nie było, aczkolwiek słyszałam o niej wiele strasznych historii. Teraz pracuje dla Amerykanów.

– Alyssa? Czym się zajmuje?

– Och, możemy o tym porozmawiać jutro. Chciała pani wypocząć, prawda?

– Proszę.

– Selekcjonuje pilotów. Prowadzi jakieś specjalne badania krwi.

– Pilotów? Do czego?

– Do ich gigantycznego robota. Takiego jak Temida. Mówiłam, że nie jest pani na bieżąco.

– Jakiego robota? Skąd go wzięli?

– No cóż, pani im go dała.

– Ja?

– Owszem. Dziewięć lat temu w Nowym Jorku uszkodziła pani jednego z nich. Rozleciał się na kawałki. Jak pani myśli, ile czasu potrzebowała armia amerykańska, żeby go poskładać?

– Ale on nie działał.

– No cóż, teraz działa.

– Ale jak oni nim kierują? Znaleźli kogoś z odwróconymi kolanami jak Vincent?

– Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że doktor Papantoniou znajduje im pilotów. Chyba nie sądzi pani, że jestem taka jak ona? Naprawdę mam nadzieję, że pani tak nie myśli, bo… to jakiś obłęd. Serio! Oczywiście lubię stawiać na swoim i zazwyczaj dostaję to, na czym mi zależy, ale nie chcę, żeby coś złego spotkało waszego przyjaciela. Naprawdę.

– A czego pani chce?

– Od niego? Żeby wyzdrowiał. Chcę go zwerbować do współpracy, ale nie może pilotować tego wielkiego robota, kiedy jest chory, prawda? Dlatego zależy mi na jego zdrowiu. Wydaje się sympatyczny. Jest sympatycznym Ektem.

– …

– Wiem, że to dużo jak na jeden raz. Niech pani wypoczywa. Porozmawiamy później.

– Czy jestem w niewoli?

– Co? Jasne że nie! Może pani w każdej chwili wyjść i udać się, dokąd tylko dusza zapragnie.

– Mogę opuścić ten budynek i nikt nie będzie mnie zatrzymywał?

– Nasi konwojenci zawiozą panią wszędzie. Polecam zwiedzanie miasta. Petersburg jest przepiękny. Moskwa się nie umywa, jeśli chce pani znać moją opinię. Proszę obejrzeć katedry, przespacerować się po Prospekcie Newskim. A jeśli zechce pani odwiedzić Ermitaż, chętnie się przyłączę. Nie byłam tam od lat.

– Mogę się zobaczyć z moimi przyjaciółmi?

– To świetny pomysł! Może zjedlibyśmy wspólnie kolację? Oczywiście, kiedy pani odpocznie.

DOKUMENT NR 2108

ZAPIS ROZMOWYMAJOR KATHERINE LEBIEDIEW, WYWIAD WOJSKOWY FEDERACJI ROSYJSKIEJ, I VINCENT COUTURE

Miejsce: Siedziba GRU, Sankt Petersburg, Rosja

– Jak się czujesz, Vincent? Mogę tak się do ciebie zwracać, prawda? Wypiłeś wczoraj sporo wina. Niestety sama nie mogłam sobie na to pozwolić. Muszę dbać o wizerunek, wiesz, jak to jest.

– Dziękuję, samopoczucie w porządku.

– Ale prawie nie tknąłeś jedzenia. Rose i Eva tak samo. Mam powiedzieć restauratorowi, żeby zwolnił tego kucharza?

– Nie, to nie jego wina. Na… Tam, gdzie byliśmy, miejscowi mają o wiele bardziej wyczulone kubki smakowe. Dlatego ich potrawy są dużo subtelniejsze.

– Mdłe.

– Tak, początkowo robią takie wrażenie. Ale chyba przywykliśmy do tego. Nie wątpię, że wczorajsza kolacja była wyśmienita. Dziękuję za zaproszenie.

– Cała przyjemność po mojej stronie! Wiedziałam, że my obydwoje jakoś się dogadamy. Tak się cieszę, zwłaszcza po tym, jak poznałam twoją córkę. Ona jest taka wojownicza. Nie sądzę, abyśmy zostały przyjaciółkami.

– Nie znałaś jej matki.

– Szczerze tego żałuję. Wiem, że upłynęło już kilka lat, ale bardzo mi przykro z powodu jej śmierci. Ale mówiłam to w pozytywnym sensie, wiesz, o twojej córce. Ma dziewczyna charakter i to mi się podoba. Ile ona ma teraz lat? Dziewiętnaście?

– Tak. A jak się czuje nasz przyjaciel?

– Pytasz o Ekima? Och, nie rób takiej miny. Eva mi powiedziała. Zresztą co to zmienia, że znam jego imię? Niestety nie jest z nim dobrze.

– Wiesz, co mu dolega?

– Wiele rzeczy. Ma grypę, a jego system odpornościowy w ogóle nie działa. A do tego złapał toksoplazmozę.

– Jak to?

– Jeden z komandosów, którzy wyciągnęli was z kabiny robota, ma koty. Właśnie się dowiedziałam, że połowa światowej populacji jest zarażona toksoplazmozą. Wiedziałeś o tym? W niektórych regionach prawie wszyscy są nosicielami. U większości ludzi objawy nie występują, ale wasz przyjaciel ma ich całe mnóstwo. A do tego nie reaguje na antybiotyki, na leki przeciwmalaryczne, właściwie na nic. Obawiamy się, że leki mogą go zabić, jeśli wcześniej nie wykończy go choroba.

– Błagam, zróbcie coś. Musi być jakiś sposób.

– Naprawdę ci na nim zależy.

– Jest moim przyjacielem.

– Czy tylko przyjacielem? Wydawało mi się, że…

– Tak?

– Nie, nic. Pomyślisz, że to głupie. A zresztą, co mi tam! Lubię słuchać, co mówią ludzie. Wszędzie, nie tylko w restauracjach. Moi rodzice byli szpiegami, jak ci zapewne wiadomo, a może nie. Cóż, no to właśnie się dowiedziałeś. W każdym razie skłonność do podsłuchiwania może być cechą wrodzoną. To jest jak gra. Próbuję wyciągać wnioski na temat ludzi i czasem nawet mi się wydaje, że jestem w tym dobra. A więc wczoraj przy kolacji nie mogłam nie zauważyć tego napięcia między tobą a twoją córką. Z początku nie zastanawiałam się nad tym, ale potem doszłam do wniosku, że Eva jest o coś zła na tatę. Może jest zła, bo Ekim zachorował? A jeśli Ekim jest jej chłopakiem? Może obwinia cię o to, co się dzieje. A ty, kochający ojciec, nie chcesz, żeby coś się stało jej chłopakowi, bo czujesz się odpowiedzialny za to wszystko i obawiasz się, że twoja córka by ci tego nie wybaczyła… I to wszystko, co wywnioskowałam. Jestem bliska prawdy?

– Obawiam się, że nie.

– Wiedziałam, że uznasz to za głupotę. Na pewno nie chcesz czegoś przeciwbólowego? Trochę jesteś blady.

– Wystarczy kawa.

– Gdzie ja mam głowę? Pracuję od kilku godzin i zapomniałam, że jest jeszcze wcześnie. Zaraz wracam. Pijesz czarną, tak?

– To skutkuje?

– O czym mówisz?

– O tej taktyce przyjaznej paplaniny.

– Och, to było niemiłe, Vincent. Wiem, duża niedobra Rosja, tak? Jesteśmy czarnym charakterem. Może warto zrewidować swoje poglądy. Nie uwierzysz, ale tak naprawdę obydwoje chcemy tego samego.

– Skąd wiesz, czego ja chcę?

– Jestem pewna, że na pewno chcesz się stąd wydostać, ale zmienisz zdanie, kiedy się dowiesz, jak wygląda teraz świat. Dokąd byś się wybrał, gdybyś mógł? Do Stanów? Wróciłbyś do Montrealu?

– Całkiem prawdopodobne.

– To co byś wybrał? Nie odpowiadaj. To nie ma znaczenia, bo teraz na jedno wychodzi.

– …

– Och, daj spokój! Nawet nie zapytasz? Rozumiem, że żadne z was nie chce rozmawiać, ale dlaczego nie zadajecie pytań? Nie było was dziewięć lat. Dziewięć lat! Ani trochę nie jesteś ciekawy, co was ominęło? Nawet gdybyście usłyszeli ode mnie tylko część prawdy, byłoby to dużo lepsze niż kompletna niewiedza.

– Chcesz powiedzieć, że Stany Zjednoczone napadły na Kanadę?

– Nie, to nie było konieczne. Ale obecnie stacjonuje tam czterdzieści tysięcy amerykańskich żołnierzy. W Montrealu powstała baza piechoty morskiej.

– Więc jesteśmy sojusznikami.

– Niezupełnie. Wasz parlament nie obradował od przeszło dwóch lat, a premier przebywa w areszcie domowym. Waszym krajem rządzi generał Scott. Ale nie jesteście jedyni. Taki sam los spotkał Wenezuelę, połowę Bliskiego Wschodu i Afrykę Północną. Amerykanie właśnie zajęli Libię. Prezydent Meksyku był bardziej oporny od waszego premiera, ale nie przyniosło to nic dobrego. Stany Zjednoczone sięgają teraz aż do Panamy.

– Jak do tego doszło?

– Oczywiście dzięki robotowi. Nazywa się Japet. W samym środku Mexico City zieje wielki krater, który przypomina wszystkim, że dla własnego dobra powinni „przyłączyć się” do Stanów Zjednoczonych.

– A co z Rosją? Może nie zadaję wielu pytań, ale słuchałem uważnie, kiedy wczoraj wieczorem mówiłaś, że wylądowaliśmy w Estonii.

– No i?

– A teraz jesteśmy tutaj. Domyślam się, że Estonia już nie jest suwerennym państwem.

– Ach, o to ci chodzi. Owszem, Estonia jest obecnie dumnym członkiem Federacji Rosyjskiej. Podobnie jak Gruzja i prawie wszystkie te azjatyckie republiki, których nazwy kończą się na „stan”. Prawdę mówiąc, połowa z nich sama o to prosiła.

– A druga połowa?

– Pijesz napoje gazowane?

– Ale co to ma…

– Wyobraź sobie, że Coca-Cola podkupuje wszystkie inne marki, a Pepsi jest jedynym koncernem, na który jej nie stać. Powiedzmy, że lubisz Doktora Peppera i nadal chciałbyś go pić, ale nie możesz. Nie ma już Doktora Peppera. Jest tylko Coca-Cola i Pepsi. Niektórzy ludzie akceptują taki stan rzeczy, a inni potrzebują trochę czasu, żeby się przyzwyczaić. Na przykład Gruzja nie chciała się rozstawać ze swoją Fantą.

– Więc wysłaliście im ofertę marketingową w postaci czołgów i stu tysięcy żołnierzy. W niczym nie jesteście lepsi.

– Chronimy nasze granice. Amerykanie chcą zawładnąć całym światem.

– A Korpus Obrony Ziemi?

– Nie bądź śmieszny. Tydzień po zniknięciu Temidy przestał istnieć.

– Nie ma już ONZ?

– Jest, przynajmniej na papierze. Ale tamten robot jest amerykański w każdym calu. I nie służy do obrony wdów ani sierot.

– A wy zamierzacie wykorzystać Temidę w tym samym celu.

– Chcielibyśmy trochę wyrównać szanse. Nie widzę w tym nic zdrożnego. Przed wtargnięciem na nasze podwórko powstrzymuje Amerykanów jedynie groźba ataku nuklearnego. Doktryna wzajemnego unicestwienia. Pozostaje nam tylko taka karta przetargowa. Domyślasz się, jak niewiele to znaczy w porównaniu z ich robotem, prawda? Oni wiedzą, że tak naprawdę nie chcemy nacisnąć tego czerwonego guzika, bo powstrzymuje nas perspektywa totalnej zagłady, dlatego stopniowo przypierają nas do muru, aż w końcu stracimy swobodę ruchów i nastąpi wielkie bum. Nie będzie coli ani pepsi, tylko mętna radioaktywna woda.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie ma szans, abym kiedykolwiek zgodził się pilotować Temidę pod waszymi rozkazami?

– Och, Vincent, Vincent… Czemu sobie to robisz? Na pewno zauważyłeś, jak strażnicy gapią się na twoją córkę. A czy wiesz, jak długo Eva potrafi wytrzymać bez powietrza? A teraz powtarzaj za mną: nóż – do – tapet.

– Pierdol się.

– No cóż, czy naprawdę nie możemy się obejść bez małej prezentacji?

– Jeżeli…

– Wiem, wiem. Zabijesz mnie, jeśli coś jej zrobię. Nie wątpię, że mówisz poważnie. Ale bez obaw, tylko się z tobą droczę. Nigdy bym nie skrzywdziła twojej córki.

– Skąd mogę mieć pewność, że ty też mówisz poważnie?

– Bo wiesz, że nie muszę tego robić. Wystarczyłoby, żebym podeszła do niej z nożyczkami, a już siedziałbyś w kabinie, czekając na rozkazy, zanim zdążyłabym przystrzyc jej grzywkę. Ale porozmawiajmy o czymś innym, dobra? To jest zbyt przygnębiający temat. Zajmijmy się czymś konstruktywnym, jak na przykład ratowanie waszego przyjaciela. Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby to on został pilotem Temidy.

– Czego zatem oczekujesz ode mnie?

– Takie podejście rozumiem! Dziękuję, że zapytałeś. Widzisz, nasi lekarze się do tego nie przyznają, ponieważ boją się o własny los, ale tak naprawdę nie mają pojęcia, jak go leczyć. Nikt tego nie wie, chyba że sam Ekim. Dlatego pomyślałam, że mógłby nam powiedzieć, jak możemy mu pomóc. Tylko że nie mamy z nim kontaktu. Albo nas nie rozumie, albo nie chce z nami rozmawiać, ale jestem pewna, że chętnie zamieniłby kilka słów z przyjacielem.

– Dlaczego uważasz, że potrafiłbym się z nim dogadać?

– Szczerze? Zastanówmy się. Był z wami w kabinie Temidy. Nudziłoby mu się w podróży, gdyby nie miał do kogo się odezwać… Aha, no i spędziliście dziewięć lat na jego planecie. A ty jesteś lingwistą. Dogadywanie się to niejako twój zawód. Coś jeszcze? Hm, nie, to wszystko. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

– Pytałem o to, dlaczego uważasz, że to w ogóle możliwe. Przecież oni wcale nie muszą się porozumiewać za pomocą mowy. Mogą im do tego służyć jakieś reakcje chemiczne, feromony, dotyk, telepatia albo język migowy. A nawet gdyby posługiwali się mową, musieliby jakoś wydawać i rozpoznawać dźwięki. A gdyby byli wyposażeni w całkiem odmienny system artykulacji? Mogliby nie mieć krtani albo mieć dwie pary fałd głosowych, albo jeszcze coś innego. A nawet gdyby byli zbudowali tak samo, mogliby wydawać dźwięki, których nie potrafilibyśmy powtórzyć. Albo nieuchwytne dla ludzkiego ucha. Albo niemożliwe do rozróżnienia. W swoim języku mogliby mieć tysiąc różnych sygnałów, które my odbieralibyśmy jako jeden. Albo wydawać kilkanaście dźwięków jednocześnie. Tyle rzeczy mogłoby stanąć na przeszkodzie. Nie potrafię wychwycić właściwego brzmienia w mandaryńskim, a co dopiero go odtworzyć. A to jest ludzki język, więc pomyśl, jakie mam szanse na dogadanie się z mieszkańcami obcej planety, którzy chodzą jak strusie. Nawet gdyby sama artykulacja nie stanowiła problemu, niekoniecznie treść przekazu byłaby dla nas zrozumiała. Ich tok rozumowania mógłby się całkowicie różnić od naszego, mogliby nazywać rzeczywistość w zupełnie inny sposób.

– Zaraz, zaraz… Ależ popełniłam głupstwo! Och! Na śmierć zapomniałam, że zapytałam Evę, czy nie chciałaby z nim porozmawiać, zanim tam przyjdziesz. Twoja córka siedzi teraz przy jego łóżku. Widzisz, jaka jestem roztrzepana? Wygląda na to, że jednak nie będę potrzebowała twojej pomocy. Ale bardzo ci dziękuję za ten krótki wykład. To było niezwykle interesujące. Nie, tylko nie rób znowu takiej miny! Naprawdę było! A młodzi wyglądają na przywiązanych do siebie. Długo się znają? Całe dziewięć lat czy krócej?

– Jakie to ma znaczenie?

– No właśnie! Jakie to ma znaczenie, że mi nie powiesz? Wiesz, że mogę o to zapytać Evę. Wolałabym dowiedzieć się tego od ciebie, bo w jej przypadku muszę ściślej przestrzegać procedur bezpieczeństwa, a nie znoszę całej tej papierkowej roboty. Ale nie ma sprawy, nie musisz mi mówić. Wiesz, ile formularzy muszę wypełnić, żeby porozmawiać z nią przez szybę?

– Nie rozumiem. Dlaczego traktujecie ją inaczej? Przecież wszyscy spędziliśmy tam tyle samo czasu.

– No właśnie! Też o to zapytałam, kiedy zamknęli ją w tym hermetycznym pomieszczeniu. Cóż, przede wszystkim dlatego, że ma więcej obcych genów niż jakakolwiek znana nam osoba.

– Ale to tylko niewielka część jej DNA.

– Ta niewielka część ma wielkie znaczenie. Twoja córka to A pięć.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że miałaby poważne problemy ze znalezieniem pracy. Ja jestem A jeden i awans na pułkownika to szczyt moich możliwości. W niektórych krajach A trójki zamyka się w obozach. Twoja córka, mając taki genotyp, spędziła na obcej planecie niemal pół życia. Przez pierwszych kilka lat tutaj była niemowlęciem, więc tak naprawdę większość tego, co pamięta, przeżyła tam. Znów próbuję mamić samą siebie, ale jestem gotowa się założyć, że… nie chciała tu wracać. Tak czy nie? W każdym razie ja obstawiam, że nie chciała. A do tego cały ten romans z obcym. Wiesz, przedstawicielem tego samego gatunku, który uśmiercił sto milionów ludzi i obrócił Moskwę w ruinę.

– Myślałem, że sami zbombardowaliście Moskwę.

– Na jedno wychodzi. Rzecz w tym, że dziewczyna nie budzi zbytniego zaufania. Z zadowoleniem odkryłam, że przestrzega niektórych ziemskich zwyczajów, kiedy na powitanie pokazała mi środkowy palec, ale mimo to mówi w tym ich pieprzonym języku.

– Jest takim samym człowiekiem jak ty. Żyliśmy tam na osobności. To ja ją wychowywałem. Rose i ja. Dorastała z nami.

– A widzisz! I o to chodzi! Wreszcie mam coś bardziej przekonującego niż ten środkowy palec, co mogłabym przekazać moim przełożonym. Co jeszcze mógłbyś mi powiedzieć? Zastanów się. Cokolwiek! Dobra, opowiedz mi, co się wydarzyło, kiedy wylądowaliście na Esat Ekt. Tak, Rose mi powiedziała, ale podoba mi się ta nazwa. Co zrobiliście? Czy ktoś przyszedł was powitać? Czy chodziliście w kółko bez celu, dopóki na kogoś nie natrafiliście? Powiedz mi, proszę.

– Nic nie zrobiliśmy… Czekaliśmy na śmierć.

DOKUMENT NR 1641 EE001

ZAPIS GŁOSOWYEVA REYES

Miejsce: Kabina Temidy, Kwatera główna KOZ, Nowy Jork

– Mówi Eva Reyes. Znajdujemy się na pokładzie Temidy i świętujemy. Jest tu ze mną mój tata, doktor Franklin i generał Govender. Nie wiem… Nie wiem, co powinnam powiedzieć! Hej, Vincent?

[Tak, Evo?]

Dlaczego muszę nosić tę kamerę na głowie?

[Bo wszystko nagrywamy. Rose lubi wszystko nagrywać.]

Rozumiem, ale dlaczego ja? Dlaczego któreś z was nie może tego założyć?

[Popatrz na nas. Ja mam rękę w gipsie i wygiętą nogę, a Rose ma złamaną goleń.]

Ale przecież to się nosi na głowie.

[Masz większą swobodę ruchu niż my. Przestań narzekać, dobra?]

Generał mógłby to założyć.

[Generał jest lekko wstawiony.]

{Wszystko słyszę, Couture.}

[Proszę wybaczyć, sir. Chciałem powiedzieć, że jest pan pijany jak bela.]

{To ten cholerny szampan. Czemu nie mogłem dostać normalnego drinka? I czemu tu jest tak ciemno? Prawie nie widzę kieliszka.}

O to też chciałam zapytać. Dlaczego tylko ja piję sok?

[Żebyś mogła nagrywać. Och, a poza tym masz tylko dziesięć lat.]

Daj spokój, Vincent! Właśnie spuściłam łomot obcym. Też chciałabym się napić szampana.

[W zasadzie to Rose wykończyła ich robota…]

<Chodź tutaj, Evo. Dostaniesz mały kieliszek.>

Dziękuję, doktor Franklin.

<Prosiłam cię, żebyś mówiła mi po imieniu.>

Nie wiem, czy…

<Vincent nie ma z tym problemu. Jeśli nie dasz się przekonać, będę cię nazywała panną Reyes.>

No dobrze, Rose. Jakie to uczucie?

<Szampan? Jest…>

Nie, chodziło mi o to, że miałaś rację. Twój plan wypalił.

<Cóż, najwyraźniej. Co to za mina, generale?>

{Pokazaliśmy obcym, że bez ich genów też jesteśmy twardzi, obryzgując ich jakąś skażoną breją z beczki po piwie…}

O czym pan mówi, generale?

{Mówię, że… Co ja mówiłem?}

<Generał nie sądził, że mój plan ma jakiekolwiek szanse powodzenia.>

Czy to prawda, generale?

{Za cholerę, żadnych szans.}

Ha, ha! A ty, Vincent? Myślałeś, że to zadziała?

[Ja? Ja…]

<Uważałeś to za głupotę. Nie krępuj się, Vincent! Możesz to powiedzieć!>

[Nie, Rose! Nie miałem zastrzeżeń do twojego pomysłu. Po prostu nie byłem pewien, czy nawet jeśli bakterie zrobią swoje, obcy właściwie zrozumieją przesłanie.]

<Tego nadal nie wiemy.>

Dlaczego, doktor Franklin? Przecież się wynieśli.

<Miałaś mi mówić po imieniu, pamiętasz? Nie wiemy, dlaczego się wynieśli. Nie wiemy, czy tak naprawdę właśnie tego od nas oczekiwali. Tak mi powiedział pan Burns, który wie o nich więcej niż my, ale nie rozmawiał z nimi. Tak samo opierał się na domysłach.>

Więc dlaczego jeszcze mogli zniknąć?

{Bo doktor Franklin obryzgała ich jakimś cholerstwem.}

[Generale, może powinien pan spróbować trochę tego soku, który pije Eva.]

To jest sok jabłkowy.

{Milczeć, Couture! To rozkaz!}

Pytałam poważnie, Rose. Dlaczego jeszcze mogli zniknąć?

<Może twój ojciec ma jakiś pomysł. Jego zapytaj.>

Vincent?

[Nie wiem! Mogli się wystraszyć bakterii. Może ich roboty i statki, a może nawet domy są zbudowane przy pomocy tej samej technologii. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby choć odrobina tych bakterii dostała się do ich świata.]

Co to było?

[Nie pamiętam, co mówiłem. Czy światło stało się jaśniejsze?]

Chyba tak.

[Myślę, że Temida właśnie się włączyła.]

<Przecież żadne z was nie założyło hełmu.>

Czy to w ogóle możliwe?

{Nie wiem. Pierwszy raz siedzę w tym całym waszym robocie.}

Vincent?

[Konsola się świeci. Evo, podejdź do swojego stanowiska i załóż hełm.]

Dobra. Ale jesteśmy w hangarze. Niby co miałabym zobaczyć?

[Nie wiem. Po prostu mam jakieś przeczucie.]

Już zakładam. Obawiam się…

[Co jest, Evo?]

<Evo?>

{Do cholery, dziecko! Co tam widzisz?}

Słuchajcie… Obawiam się, że nie jesteśmy już na Ziemi…

[Co?]

<Jak to nie jesteśmy na Ziemi? Vincent, załóż hełm.>

Gigantyczne roboty. Otaczają nas ze wszystkich stron.

{Te same, które na nas napadły?}

Nie wiem, generale. Jest ich tu…

{Dziecko, do jasnej cholery! To proste pytanie. Czy to te roboty, które nas napadły?}

Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy są wśród nich.

{Couture, o czym ona, do cholery, mówi?}

[Psiakrew! Nie może ich rozróżnić. Są tu ich setki.]

Tysiące. Stoją przed nami w idealnie równych rzędach. Za nami też.

[To prawda. Wyglądają jak Terakotowa Armia. A my jesteśmy dokładnie w samym środku.]

Boję się, tato.

[Ja też.]

DOKUMENT NR EE002

ARCHIWUM PRYWATNE Z ESAT EKTDZIENNIK OSOBISTY, ZAPIS GŁOSOWYEVA REYES

Miejsce: Kabina Tamidy, na nieznanej planecie

Nazywam się Eva Reyes. Mam dziesięć lat. Mój ojciec chce, żebym wszystko dokumentowała na wypadek, gdybyśmy nie wrócili na Ziemię. Siedzę… Siedzimy w kabinie Temidy już trzeci dzień. Przynajmniej tak wynika z kalendarza w telefonie taty, ale nie jestem tego pewna, bo już rozładowała się bateria. Słońce nie zaszło ani razu. Nie mamy jedzenia ani wody. Mieliśmy litr soku jabłkowego, ale się skończył. Nie wiem, co jeszcze powiedzieć. Doktor Franklin? Co mam mówić?

[Opowiedz o sobie. Skąd jesteś, jak się tu znalazłaś. I mów mi Rose.]

Ech… Urodziłam się w Portoryko. Moi rodzice, to znaczy ludzie, którzy mnie wychowywali, pracowali dla rządu. Mieliśmy ładny dom w San Juan. Chodziłam do prywatnej angielskiej szkoły i miałam dobre oceny, ale nikt mnie tam nie lubił. Nauczyciele uważali, że sprawiam problemy. Wylaliby mnie, ale mój tato należał do zarządu. Nie miałam wielu przyjaciół. Ludzie uważali mnie za wariatkę, bo widziałam różne rzeczy, które kiedyś miały się wydarzyć. Szydzili ze mnie i wyzywali. Moi przyjaciele nigdy mi nie dokuczali, ale martwili się o mnie. Moi rodzice również. Martwili się cały czas.

[Jestem pewna, że bardzo cię kochali.]

Wiem o tym. Ale myśleli, że jestem chora. W końcu mi uwierzyli, ale zginęli przeze mnie.

[Evo!]

Tak było!

[To nie twoja wina!]