Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko Lola - Jarosław Kamiński

Studium paranoi systemu totalitarnego.
Polska, końcówka lat 60. Nina Molska rozpoczyna pracę w TVP. Jej przełożoną zostaje żarliwa ideolożka i aparatczyk, Lidia Kowal. Między kobietami szybko pojawia się niepokojące napięcie, dotyczące nie tylko kwestii ideologicznych, ale nieżyjącej już, tajemniczej Loli, ciotki Niny, z którą Lidia pozostawała kiedyś w bliskich kontaktach. Gdy partia komunistyczna bada grunt pod wielką czystkę, Nina niespodziewanie znajdzie się na samej górze listy wrogów ojczyzny, Lidia zaś stanie przed wyborem między lojalnością wobec idei a wiernością dawnej miłości.

O Wiwarium:
Jarosław Kamiński nie zawodzi. Po pierwsze, jako pisarz, który nie wpada w pułapkę sentymentalizmu, gdy pisze o smutku. Po drugie, jako autor wielowątkowych historii, w których akcenty kładzie nierównomiernie, budując po raz kolejny epicką narrację o niemożliwości wyboru i o konsekwencjach tego, że nie można wybrać.
KrytycznymOkiem.blogspot.pl

Jarosław Kamiński – pisarz,  scenarzysta, dramaturg.
Współscenarzysta serialu HBO Pakt 2 (reż. L. Dawid) i trzeciego sezonu serialu HBO Bez Tajemnic (reż. A. Holland i K. Adamik). Film krótkometrażowy 3xLove (reż. O. Chajdas) z jego scenariuszem zdobył wiele nagród na międzynarodowych festiwalach,  m.in. na Los Angeles Independent Film Festival Award 2016 i na Festiwalu „Oddalenia”  2016 w Dublinie.  W 2011 r. podczas Max Ophuels Preis Festival w Saarbrücken odbyła się premiera niemieckiego filmu Nachmieter, którego był współscenarzystą (reż. Marc Metzger). Obecnie Kamiński pracuje nad nowym projektem filmowym Rafaela Lewandowskiego, reżysera nagradzanego filmu Kret.
Jako Wielebny Kamiński autor opublikował zbiór radykalnych esejów kazań Jak nie dać się ogłupić (pierwsza e-książka sprzedawana w polskim internecie). Sztuki Kamińskiego,  m.in. Szczęśliwego Nowego '67, Proces Johnnego D. i Selekcja, były publikowane i nagradzane, a także wystawiane lub prezentowane w formie czytań w wielu teatrach w Polsce. Kamiński pisze również eseje, m.in. do pisma sieciowego dwutygodnik.com
W 2012 r. wydał powieść Rozwiązła (W.A.B.). Książka znalazła się na liście bestsellerów Empiku. Program III Polskiego Radia, Magazyn Literacki „Książki” oraz portal WP.pl zaliczyli ją do najważniejszych wydarzeń literackich 2012 r.
W 2015 wydał powieść Wiwarium. Portal onet.pl uznał ją za jedną z dziesięciu najbardziej zaskakujących książek poruszających temat katastrofy w Smoleńsku.

Opinie o ebooku Tylko Lola - Jarosław Kamiński

Fragment ebooka Tylko Lola - Jarosław Kamiński

Jarosław Kamiński

TYLKO LOLA

Copyright © by Jarosław Kamiński, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Prolog

Warszawa, styczeń 1968. Lidia

ipoedziałamżesenieżyczeimachałrencamiinogamyiżecomuzrobiajażesporoaonżenieprzesadzajajazgadzamsięjakośtakaoniżetakiżemogemupodskoczyćwięcjapowiedziałamżebyseniemyślałiżejataksamoaonżenicseniemyślitylkożeiwtedyjaaon

ipoedziałamdosyćtegojakośtakdosyćtegoostroikonkretnieiżeniebedenawetotymrozmawiaćionzapytałoczymajażemamdośćtegocowygadujewogólewszystkiegonopoprostuwszystkiegoakonkretnieaonżmuszęsłuchaćajażeniczegoniemuszenotoonżemogeseiśćiżei

poedziałam powiedziałam

rencami rękami

nogamy nogami

zrobie zrobię

bede będę

moge mogę

jade jadę

siende siądę

sie się

se się

se sobie

Nowy Jork, maj 1986. Nina

Jestem Amerykanką! I’m an American! Zrzucam z biurka jednym ruchem ręki stertę notatek, a właściwie bazgrołów, i powtarzam w myślach: I’m an American. Nikt mi w tym nie przeszkodzi. Nikt. Nic i nikt.

Otwieram okno małej klitki z widokiem na ceglane mury kamienic obwieszonych drabinami przeciwpożarowymi jak winogronami. Potrzebuję zatęchłego powietrza ulicy, potrzebuję jej hałasu, słońca i spojrzeń przechodniów. Nie lubię czystości, czystość kojarzy mi się z czystością rasową, moralną, ideologiczną, religijną, językową, seksualną i nade wszystko z czystką. Lubię brud, zmechacenia, zbrukanie i mieszanki. Metysów, Mulatów, Zambo, transwestytów, transgender. I wszystkie kundle w okolicy. Lubię wieloznaczne sytuacje, wypowiedzi i zakończenia. Brudne obrazy, brudne dowcipy i brudny język.

Chica toxica, mówi do mnie mój mąż. I pewnie ma rację.

Wdycham idiom Lower East Side, wypowiadany furkoczącymi na wietrze płachtami wczorajszych gazet, trąbieniem samochodów, kawałkami piosenek z radia sąsiadów, melodyjnym spanglish robotników budowlanych nawołujących się na rusztowaniach public projects.

– Giver me esta bricke.

– No!

– Porque no?

– Porque yes!

Uliczni sprzedawcy oferują papierosy z Kanady, sznurowadła z Meksyku, zepsute walkmany z Tajwanu, stare szmaty nie wiadomo skąd, z Armii Zbawienia, z szaf ludzi, którzy umarli, którzy wyprowadzili się do lepszej części miasta. Kolorowe dziewczyny kręcą się od jednego skrzyżowania do drugiego, nucąc z ironią na twarzy she works hard for the money, gołodupcy w samochodach z otwartymi oknami rzucają zaślinione spojrzenia na opięte w blue jeans pośladki, mrucząc pod nosem los smokin’ aces.

O tak, nienawidzę czystości. Rasowej, moralnej, gatunkowej, iluzorycznej. Nie zniosłabym mieszkania w suburbiach, wśród równo przystrzyżonych trawników, idealnie zaprojektowanych domków, gładkiej nawierzchni ulic, tak schludnych, czystych, że zdrowiej jeść z nich kanapkę z burgerem niż z talerza w lokalnym Wendy’s. Nic mnie nie obchodzą bazgroły na pomiętych kartkach, które walają się po podłodze. Jestem Amerykanką, I’m an American, do cholery, I am an American!

Wszystko, co za mną, jak wskazuje anatomia, mam w dupie.

Warszawa, styczeń 1968. Lidia

ipoedziałammużetakaonżechybanierozumiemajażewprostprzeciwniejakośtakżenierozumiemproblemuajażeoczymonmówiaonżeprzecieżalemuprzerwałamżeprzecieżwiemtylkotakpoedziałamwznaczeniuionżeskorotaktochybaprzyznammuracjęjakośtakajażewprostprzeciwnieiwtedysięzdenerwowałpoedziałnieijeszczewalnądłoniowstółajampoedziałamalboalboikrzyknełamżebysięuspokoiłcogotylkobardziejzdenerwowałowściekłowłaściwiewięcgouspokajałamżebysięniemartwiłaoncojagouspokajamnicdziwnegożesamaskorowogólewiemijakmogętakmówićnotomuwyjaśniłamżezupełnieniepotrzebniesięniepokoibomuprzecieżpomogealemiprzerwałitoostroitakostroiżecojawiemiżeniemamsynaanicórkianimenżaaniżonyajażeowszemwiemitosporoinierazmuudowodniłamnacoonjużspokojniejżesięboiboijaknigdywcześniejidlategobozostawiaprzecieżalemuprzerwałamżebysięniebałiżeniewolnomutakmyślećaonżebocórkaajażezałatwięwszystkonacoonżeskondmampewnośćborobisięciężkocokolwiekzałatwićajaodpowiedziałamboznamludziiwiadomojużnierazmupomagałamwięccozaróżnicatymrazemaonżekażdyrazjestinnyicojapieprzęchybasięzdenerwowałalemuodpowiedziałamżezałatwięitakwkołojakośtakonnerwyalboprawiepłaczeajażewszystkosięudaiżebysięniemartwiłnaprawdęnacoonżełatwomigadaćniemojacórkaijażesamawiemnajlepiejjaktojeststracićkogośnajważniejszegowżyciuiżesięodechciewajakośtakodechciewawszystkiegoiżebytegokogośodzyskaćzrobisięnajwiększeświństwoinajwiększepoświęcenieinajwiększedobroinajwiększezłojakośtakiniechsięwreszciezamknieiweźmiewgarźdźboinaczypowiedziałammujeszczecośnauspokojenietakąpigułęmudałamaonże

gotowcale

żego

żegonie

nie

poedziałam powiedziałam

pomoge pomogę

dłonio dłonią

menża męża

skond skąd

garźdź garść

inaczy inaczej

Nowy Jork, czerwiec 1986. Nina

Kto by pomyślał, od Dzikiego Zachodu nad Odrą do Dzikiego Zachodu nad rzeką Hudson, mniej więcej między Delancey i Grand Street. Kto by pomyślał. Ja nie. Nie myślałam, nie marzyłam, nie starałam się, tak wyszło. I teraz mi z tym dobrze, nie zastanawiam się, czy powinno skończyć się inaczej, niczego nie kwestionuję. Żadnych wątpliwości.

Po prostu wkładam do srebrnego walkmana kasetę z ulubionym albumem Bruce’a Springsteena Born in the USA i wychodzę na miasto, w tłum, nowoczesna Amerykanka, jogging w weekend, aerobik w tygodniu, pasta salad po pracy.

Miasto, moje miasto, nareszcie coś mojego, z całym rozpadającym się chłamem budynków, pub of puberty, hospital for hospitality, central warehouse of war i wholesale for whores, jednosezonowych lokali, Pink Pussy Cat, Erotic Novelties, Tokyo Sushi Bar, Texas Steak House, z dealerami i junkies, z wyblakłymi plakatami filmowymi, które prześwitują jeden przez drugi, Halloween, Tootsie, Conan, Flashdance, Octopussy, 1984. Historia kina, historia mojego wolnego czasu. Wchodzę w te rewiry bez obaw, wdeptuję sneakersy w niedopałki papierosów i jak order zasługi w wojnie wietnamskiej, pokazuję środkowy palec natrętom siedzącym na motocyklach z wypiętym w stronę przechodniów kroczem.

Czerwony znak z literą M, metro, jelito tego miasta przepycha pasażerów jak karmę w dowolne miejsce. Przyglądam się zahipnotyzowana płytkom ceramicznym, którymi wyłożone są tunele kolejki. Popartowskie wzory opalizują, a ja się dziwię, że to miasto tak bardzo lubi dostarczać okazji do halucynacji. I samo zmieniło się w wielką halucynację na swój własny temat.

Kilka bujnięć, wysiadka, Washington Park Square. Ktoś prosi o dolara, aby przemówić głosem Pana, ktoś zbiera na misję katolicką w Afryce, ktoś na strzał w żyłę. Na odrapanych ławkach siedzą bezzębni starcy, mamroczący swoje mambo jumbo, skierowane do wszystkich i do nikogo. To wolny kraj, każdy ma prawo do swojego lifestyle, cenimy oryginalność na granicy smaku, przeżycia, nawet doświadczenia transgraniczne i zagraniczne, chociaż te akurat rzadziej.

Rzucam jednemu z nawiedzonych one dime i wystarczy. Born not in the USA, niełatwo mnie naciągnąć.

Wielka płachta flagi zawieszonej nad markizą butiku raz po raz przysłania i odsłania księżyc, cętkując moje ubranie w jasne i ciemne plamy. Żółty żakiet o pompowanych ramionach narzucony na czarne body, bufiaste czerwone spodnie i błyszczące neonowe sneakersy. Tak, jestem jedną z nich, nieodróżnialna, nierzucająca się w oczy swoją obcością i nieprzystosowaniem, przynajmniej dopóki nie wypowiem paru słów zdradzających wschodni akcent.

Wschodni akcent? So what! O jakim wschodzie mówimy? Wschód rozciąga się stąd do nieskończoności, tak wielki i nieokreślony, aż trudno go zlokalizować. Jestem ze Wschodu, to znaczy Tokio, to znaczy Bangkok, to znaczy Moskwa. To znaczy Boston. A może Jacsonville? Wow, Europa?Magnificent! I love Europe. Paris – London – New York z opakowań luksusowych perfum. Europa to może być wszystko, to może być wszędzie, jestem z wszędzie, stałam się wszystkim.

Wschodni akcent – why not, wschodni styl życia – OK, wschodnia mentalność – ujdzie, wschodnia historia – Fuck!, a co to takiego? Jestem Amerykanką. I nawet już niczego nie rozumiem z tamtego świata.

Wybacz tę spóźnioną pocztówkę z Nowego Jorku, en-łaj-si, Big Apple, ostentacyjną i bez umiaru. Nie mogłam się powstrzymać, jak to miasto, ja też stałam się trochę na pokaz.

Widzę szyld, butelkową zieleń ram okiennych, tłum ludzi przy barze. Zamawiam pastrami sandwich i kawę, amerykańską lurę, którą będą dolewać mi, gdy tylko zapomnę zakryć dłonią biały kubek z napisem „Tamar’s Deli”. Uśmiecham się do siebie. Mam, co chciałam. American dream. Podobno to inna nazwa szczęścia, za które miliony ludzi dałoby się zabić.

Dopiero teraz mogę, siedząc wygodnie w wiklinowym fotelu przy solidnym stole z marmurowym blatem, otworzyć twój pamiętnik, raport, usprawiedliwienie. Twój samosąd. Whatever. Dopiero teraz. Otoczona Ameryką, w twierdzy amerykańskego lifestyle, z amerykańskimi gadgets pod ręką. A co, jeśli to wyłącznie rodzaj kotwicy, aby nie dać ponieść się w przeszłość, w mroczny zakątek przeszłości. Tam, gdzie utraciło się najważniejszą część siebie, a jeszcze nie zyskało nic w zamian? Czyżby objaw słabości? Nie lubimy jej okazywać, to takie unamerican. Wyżej cenimy krzykliwe Great!, Wonderful!, Absolutely fabulous! Jaka jest prawda, wyjdzie w praniu. Nie ogłaszaj jeszcze swojego tryumfu. Może okazać się przedwczesny.

Wyblakły tusz, ślady stalówki, która tu i tam mocniej zaryła w miąższu papieru, jakbyś chciała z wściekłości przebić skórę wroga, przeciwko któremu spisałaś swoją wersję historii. Litery kulfoniaste, bezkształtne jak kluski plasteliny, z której dopiero dałoby się uformować figury. Litery pisane niewprawną ręką, która musiała na długo zawisać nad kartką, o czym świadczą kropki tuszu wokoło. Czekające cierpliwie, aż myśl, roztrzepana i chybotliwa, skrystalizuje się w zdanie. Prawie zawsze nieporadne, niepewne swego sensu, żadnej poprawnej konstrukcji.

Jak ty sobie dawałaś radę w tych wszystkich redakcjach, dziewczyno?!

Dopiero teraz widzę, że wszystko było prawdą, co mówiono o twoim mizernym wykształceniu. Maskowałaś się, jak potrafiłaś, długimi pauzami, zanim padła odpowiedź na najprostsze pytanie, albo ideologiczną gadką, zanim pozwoliłaś sobie na wolność. Z moją pomocą, chyba przyznasz? Wtedy denerwowało mnie twoje zachowanie, teraz to obojętna w gruncie rzeczy konstatacja. Ot tak, dla porządku, wspominam twoją strategię zakompleksionej prowincjuszki.

W barowych głośnikach rzęzi rapowy kawałek Freaks come out of night. Zgadza się, świry wychodzą w nocy. Czekam na nie bez obaw, w Tamar’s Delhi czuję się bezpiecznie, zero jadu, mściwych impulsów. Zero tęsknoty, beznadziejnej i zbędnej homesick sweet homesick. Po tamtym czasie nie pozostał żaden ślad. Nie ma kawiarni ani klubów, w których marnowałam swoje najlepsze dni, ani ludzi, którzy czynili je wyjątkowymi, ani rozmów, ani szaleństw, które wtedy wydawały się takie zwyczajne. Nic z tego nie zostało, nic, nic, nic. Rozpoznaję miejsce, choć w żaden sposób nie przypominam sobie wydarzeń, które opisujesz. Wymyśliłaś sobie przeszłość, wymyśliłaś siebie! Tak wielka okazała się przepaść między tym, co się wydarzyło, a twoim zrozumieniem. Musiałaś zapchać ją pustymi słowami.

Zresztą co mnie to wszystko obchodzi. Nie moje małpy, nie mój cyrk, czy jak to się wtedy mówiło. I’m an American, I’m an American. I’m an American. Koniec i kropka, i end of story.

Komorów, luty 1985. Lidia

i czytasz te słowa więc jest już po wszystkim i nie ma mnie tu i może w ogóle mnie nie ma ale nie odpowiem ci na pytanie dlaczego tak albo siak albo nie inaczej co mnie cieszy

wyobraź sobie mój śmiech i usta i głośny rechot na całą salę i jeśli masz ochotę możesz się przyłączyć w towarzystwie raźniej się wygłupiać i wygłupić

nie denerwuj się

dowiesz się z najlepszego źródła co zrobiłam ja a co nie ja a tobie tylko się wydawało i dowiesz się o własnej winie chociaż jestem pewna przez głowę taka myśl ci nigdy wcześniej nie przeszła

na szczęście nie będę musiała niczego prostować tłumaczyć i nawet nie spróbuję

i ostrzegam cię chociaż jestem pewna że i bez tego będziesz mieć się na baczności i chciałabym powiedzieć że niepotrzebnie ale po co udawać

tylko czy dojdą do ciebie moje notatki

granica tego państwa jest jak ognisty krąg i strzegą go ogromne psy z oczami wielkimi jak młyńskie koła i złe wiadomości stąd nie mają szansy się wydostać czy to zła wiadomość sama zobaczysz tylko czy

i zawsze bałam się tej bajki i później się okazało że żyłam w niej i 

samotność jest straszna mam nadzieję że jej nie

i że warto było wyjechać i zostawić nas tutaj i poczuć nie wiem co wolność nie wiem niezależność może właśnie zależność od siebie wreszcie i tylko siebie jakoś tak i nie dać się zmiażdżyć a u nas ciągle przejeżdża walec w tę i z powrotem i nazad

i zasypiam nad kartką papieru i znowu mam czterdzieści siedem lat i po tej ilości prochów co to ja chciałam powiedzieć

i wydaję się sobie taka

a nawet lepiej młodsza dzieciak i wierzgam nogami i krzyczę mama pi pi i ręka drży i muszę być czujna żeby mama pi pi i żeby nie dać się wspomnieniom

samotność jest straszna a zostały mi tylko wspomnienia i to jest lukier a ja muszę

i zdrapuję go i nie pozwalam żeby oblepiał przeszłość nie dam się jej zbajerować nie znasz tego słowa młodzież go używa gdy chce powiedzieć nieważne co cię to obchodzi

a mnie dlaczego mnie by miało to obchodzić i przeszłość utracona i zamknięta i w ogóle jakoś tak i nie miałam do czego wracać zero zerowy stopień życia

naprawdę szkoda że nie widzisz mnie jak zanoszę się śmiechem kicham prycham z rozbawienia władza nawet nie wiedziałam że miałam w swoich rękach taką władzę i rządziłyśmy ludźmi i ich wyobrażeniami o sobie i świecie i nadziejami i czym tam jeszcze

co by nie powiedzieć my bardziej niż służba bezpieczeństwa i uchwały partii

tylko co cię obchodzi życie czerwonej zakonnicy i jej

i czekasz na potwierdzenie tego co i tak dobrze wiedziałaś

nie odzywałaś się do mnie tyle lat i wymyśliłaś siebie jako ofiarę i żądasz sprawiedliwości jak lud który demoluje pałace dawnej władzy i proszę bardzo powiem wprost

zdradziłam tylko że nie ciebie

nie bądź taka zaskoczona dobrze wiedziałaś kogo i milczałaś te szesnaście lat

najchętniej zaprosiłabym cię na dłuższą pogawędkę ale już od dawna nie przyjmuję petentów i miejsce gdzie teraz przebywam nie słynie z gościnności

a wiesz dlaczego powiem ci dlaczego

przyszła do mnie rano poza grafikiem i poza kolejką i podniecona jak nie wiem co była na kongresie i rozmawiała z samym profesorem wolskim albo wilskim albo wolińskim jakoś tak i co za człowiek i specjalista i on

a może było ich kilku wolski wilski woliński trzech troje trójca święta psychiatrii i sam duch na nią spłynął i zaproponowała nową metodę i żebym przemyślała pomyślała i wypisała

o nie

spokojnie przemyśl to

i dobrze i tylko daj mi spokój

i dała

na trochę i ja nic żadnej odpowiedzi co się będę

i znowu pięć najważniejszych osób w moim życiu od zawsze do teraz do teraz zapytałam

tak

i roześmiałam się bo ja się tu dużo śmieję a teraz to doktor stołpińska i siostra oddziałowa i pewnie jeszcze technik od elektrowstrząsów jakoś tak i prawie się obraziła że głupie żarty mi w głowie a w mojej głowie więcej relanium i takich tam pochodnych benzodiazepiny niż

i takie zabawy mam tu z młodymi naukowcami i za długo tu siedzę żeby bawić ich własnym kosztem

i uparła się pijawka jedna taka sama jak ty i wyrzuciłam ją za drzwi nie dosłownie nie zrobiłam tego nie chciałam wylądować pod prysznicem

i dwa dni wierciła mi dziurę w brzuchu w brzuchu między hałdami tłuszczu tłuszczyku aż tak otyła się nie stałam a nie hałdy to są węgla żwiru i tamto to fałda więc ta fałda tuż nad obrośniętym włosami kroczem i nic wielkiego tylko włosy posiwiałe i zdziwisz się że tak mówię otwarcie i nie znałaś mnie od tej strony dobrze żebyś się przyzwyczaiła jeszcze cię zaskoczę

i znowu przyszła lekarka i wyrzuciłam ją i dla świętego spokoju wypisałam coś i że na odwal się i zdziwił mnie rezultat i tak bardzo zdziwił aż zaniemówiłam i lekarka ze mną jak już przeczytała

albo mi się tylko wydawało

1. lola moel

2. mama

3.

4. nina molska

5. michał molski

i nikogo już nie było ze mną przy mnie i potem pomyślałam że wcale nie że przecież ty i że powinnam ale ty nie to po co i potem jednak że tak i dlatego

I

Wrocław, lipiec 1946–kwiecień 1957. Nina

I czym tu się niepokoić, umartwiać, nad czym zastanawiać. Byliśmy zwykłą chociaż niezbyt liczną, rodziną. Właściwie tylko ja, mama i ojciec. Żadnych wujków, ciotek lub babć, dzięki czemu unikałam żenujących spotkań rodzinnych i nie musiałam w nieskończoność tłumaczyć, kim zostanę, gdy dorosnę, co chcę studiować i czy mam już chłopaka.W naszej kamienicy nie byłam zresztą jedyna w takiej sytuacji. Moja przyjaciółka Gienia Winczewska podobnie. Ona i rodzice – cała rodzina. Co prawda mogła jeszcze pochwalić się posiadaniem ciotki, ale mieszkała za granicą, więc to i tak się nie liczyło. A tacy Mlaskotowie z parteru nie mieli nawet dzieci. Od ostatniej wojny minęło ledwie dwanaście lat. Mimo że nazwano ją wielką apokalipsą, nie skończyła się ciał zmartwychwstaniem czy jak tam prorokują chrześcijanie.

Mieszkaliśmy we Wrocławiu w poniemieckiej kamienicy, zaprojektowanej w prostym, modernistycznym stylu. Jej fasada z szarej cegły klinkierowej nie została naruszona w czasie Festung Breslau. Podobnie brama i klatki schodowe wyłożone płytkami ceramicznymi z geometrycznym design, tak typowym dla wrocławskich budynków z początku XX wieku. Miasto leżało do 1945 roku w granicach Niemiec. Dzięki powojennemu podziałowi Europy znalazło się w granicach Polski. Ciągle zastanawiano się, kiedy Niemcy Zachodnie nas zaatakują, aby odebrać nam Wrocław, cały Dolny Śląsk. Trwała cold war między krajami bloku wschodniego a wolnym światem i łatwo mogła przekształcić się w wojnę atomową. Straszono nas, że WWII okazałaby się wtedy bójką smarkaczy w piaskownicy. Niepewna przyszłość budziła niepokój u co wrażliwszych dzieci, takich jak ja, i jeśli gdzieś się czułam bezpiecznie, to właśnie w domu.

Ojciec nie interesował się polityką. Wolał rozwiązywać problemy matematyczne, przydatne w konstrukcji maszyn cyfrowych. Całkiem trendy jak na tamte czasy. Później te maszyny nazwano komputerami. Rings the bell?

No i sporo czytał, szczególnie książki historyczne i starożytnych filozofów. Uwielbiał Senekę i często zamęczał nas złotymi myślami z jego dzieł. „Nie myśl, ile straciłeś czasu na głupstwa, ale ile ci go zostało na zdobycie mądrości”. Albo: „Czas jest jak złodziej, który kradnie stare naczynia, a zostawia nowe”.

– Co takiego? – mruczałam do siebie, nie całkiem impressed starożytną mądrością.

– Co: co takiego? – odpowiadał pytaniem ojciec, łaskotał mnie i rymował jak doświadczony raper: „co takiego, co takiego? Spytaj panią od polskiego”.

Piszczałam ze śmiechu i zapominałam o Senece. Jeśli jednak dostatecznie długo go męczyłam, sadzał mnie obok siebie i wyjaśniał:

– Czas daje więcej, niż odbiera. Jak gąbka na szkolnej tablicy… wyciera z naszego życia ludzi, domy, ulice, całe miasta. A z pamięci tysiące zdarzeń, spotkań i rozmów. Czas niszczy wszystko, niszczy bezlitośnie. Bez wątpienia to przykre. Ale może się na coś przydać. Pomyśl o cebuli. Obierając ją z łupin, dociera się do rdzenia. Tak samo jest z czasem. Odziera pamięć z nieistotnych wspomnień. Pozostawia tylko najważniejsze. Kluczowe punkty historii. Dzięki nim łatwiej zrozumiesz własne życie, odczytasz jego sens. Musisz wiedzieć, co przeżywasz. Inaczej skażesz się na wieczne dryfowanie.

Często prawił mi takie kazania. Nic z nich nie rozumiałam. Nie brałam pod uwagę utraty kogokolwiek, a w moim życiu działo się tyle, że nie pamiętałam, co się mi przytrafiło poprzedniego dnia. Pewnie dryfowałam.

Ojciec miał jeszcze jedną namiętność: radiowe koncerty muzyki klasycznej. Nadawano je w niedzielę rano. Tata, wciąż w szlafroku, ale nadzwyczajnie pobudzony, włączał radio i zasiadał w fotelu. Chwilę później na stoliku pojawiała się kawa zaparzana przez mamę, która sadowiła się obok niego, i razem czekali na transmisję. Kto tym razem? Jaka orkiestra, jaki solista, kto dyryguje, czyja symfonia? Kilka sekund napięcia, zaskoczenie albo rozczarowanie. Co? Znowu narodowy artysta Kazachstanu? Z całym szacunkiem dla tej pięknej republiki i jej ludu. Cóż oni wiedzieli o Debussym. Albo Uzbecka Orkiestra Symfoniczna pod dyrekcją kogoś tam może i znanego w Ałma Acie, ale nie we Wrocławiu! Jeśli jednak wykonali Symfonię Bizeta albo Koncert fortepianowy Ravela, nic nie mogło zepsuć radości ojca. Nawet zachwyty redaktorów nad utalentowanym „synem pustyni Kara-Kum i pasterskiego ludu Turkmenii” albo „duchowym synem Tajgi i jeziora Bajkał”.

W tamtym czasie publiczność kochała trzech pianistów: Emila Gilelsa, Artura Rubinsteina i Witolda Małcużyńskiego. Ojciec może nie gardził nimi, ale traktował ich z wyniosłym dystansem. Dla niego liczył się jedynie Alfred Cortot.

– Geniusz, geniusz, geniusz… – mruczał do siebie w zachwycie, słysząc jego wykonanie Szopena.

Każdy dotyk klawiszy fortepianu elektryzował ojca, wrażliwego na niuans, odcień, modulację, co potem rodziło godzinne komentarze, dlaczego legato, po co rubato, czemu staccato. Nic z tego nie rozumiałam. Dzieciaki zwykle podziwiają mądrość swoich starych. Przynajmniej tak się pisze we wzruszających wspomnieniach z dzieciństwa. Nie ja. Chyba się po prostu nudziłam. Piętnasta symfonia, drugi koncert, czwarta sonata? Boring! Boring! Boring! Klasyka mnie nie interesowała, wolałam inną muzykę. Big-beat, big hit. She loves you yeah, yeah, yeah!!! Are you feeling all right?? Bo ja tak!

Cortota zapamiętałam z innego powodu. Przy jego wykonaniu Sonatiny Ravela ojciec potrafił wzruszyć się tak, że wstawał z fotela, spoglądał w okno, czegoś szukał poza ścianą zamykającą widok, poza linią budynków naszej ulicy, poza miastem i horyzontem. Dokąd uciekał myślami? Nie wiedziałam. Szeptał ni to do siebie, ni do nas: „Dwa największe rozczarowania mojego życia… Lola komunistką i Alfred Cortot nazistą”. Jaka Lola? Kim była dla ojca? Skąd się znali? Dlaczego komunizowała? Co się z nią stało? Czy jeszcze żyje? Wymieniałam pytające spojrzenia z mamą. Jej mina sugerowała, że w tej sprawie jedynie ojciec dysponuje odpowiedziami. Nigdy nie próbowałam ich od niego wyciągnąć. Nic dziwnego, skoro ta cała Lola to było takie rozczarowanie?!

Mama…

Co ja właściwie o niej wiedziałam. Zawsze elegancka, na przekór sowieckiemu stylowi Magnitogorska i Wrocławia. Inteligentna, dowcipna, lubiła ludzi. Same banały, zgadza się. Jakie dziecko powie o swojej matce, że nie ma gustu, jest głupia, nietowarzyska i w dodatku pozbawiona poczucia humoru.

Czasem wydawało mi się, że śmiechem i żywiołowością odgradza ludzi od swojego prawdziwego ja, refleksyjnego i nasyconego tak intensywnym smutkiem, że gdyby pozwolić mu się ujawnić, zdominowałby całe jej życie. Tylko czy na pewno tak ją wtedy widziałam? Czy mojego wspomnienia nie zniekształca wiedza, którą zdobyłam na jej temat znacznie, znacznie później?

O rodzinie matki też niczego nie wiedziałam. Bo skąd, od kogo? Zdjęcia? Spaliły się w czasie wojny. Zapamiętałam trzy wiszące na ścianie sypialni rodziców i oprawione w czarne ramki. Dwie fotografie z Magnitogorska: na pierwszej rodzice ubrani w robotnicze kombinezony stoją przed bramą kombinatu metalurgicznego, gdzie pracowali przez całą wojnę, a na drugiej ze mną w wieku trzech lat na tle bloku z wielkim drewnianym balkonem. Trzecia to portret mamy wykonany we wrocławskim studiu fotograficznym Gracja. Nic z nich nie wynikało, poza tym, że byli piękną parą, ale znowu, które dziecko powie o swoich rodzicach „co za brzydcy ludzie”.

Z rozmów rodziców wydedukowałam, że mama miała brata. Podobno zginął w partyzantce. Dziadkowie? Ciężko pracowali, pochorowali się i pomarli. Czy odwiedzimy ich groby w Święto Zmarłych? A skąd! Za daleko i za zimno. Ciągle uniki, niejasne odpowiedzi. Dopiero teraz widzę wszystkie jej triki, wtedy wzruszałam ramionami, obrażona albo obojętna, i wracałam do zabaw z Gienią albo lektury Jane Eyre.

Mama pracowała w urzędzie miejskim. Zajmowała się nieruchomościami. Wynajem, sprzedaż, remont, wyburzenia. Czasem zabierała mnie na obchód starych kamienic albo bezpańskich terenów, którymi zarządzało miasto. Chyba nie miała co ze mną zrobić, pewnie chodziło o dzień wolny w szkole albo przerwę świąteczną. Nie lubiłam tych włóczęg po ruderach. Pamiętam albo mroźne poranki i zgrabiałe z zimna palce, albo upały, aż kręciło się w głowie.

Mieliśmy jechać na wycieczkę do Parku Szczytnickiego. Mama czuła się zmęczona i została w domu. Pojechaliśmy sami z ojcem. Pamiętam, że rozmawialiśmy straszliwie poważnie, o życiu, o moich planach na przyszłość, matura, co po maturze, studia, co po studiach. No koszmar. Nie miałam żadnych planów, ale ojciec wymagał ode mnie, żebym była poukładaną dziewczyną… Cholerny inżynier. Specjalnie dla niego wymyślałam je na bieżąco. Dziwne, że się nie zorientował. A jeszcze dziwniejsze, że większość z nich się spełniła.

Wróciliśmy spóźnieni na obiad. W mieszkaniu panowała cisza. Słońce przebijało przez firanki, haftując na ścianie rozety. Drobiny kurzu wirowały w strumieniu światła. Mama leżała na sofie z szeroko otwartymi ustami. Nogi podkurczone, prawa ręka zwisała swobodnie tuż nad podłogą. Papieros wysunął się spomiędzy palców i opierał o kryształową popielniczkę. Myślałam, że mama śpi, nawet do niej nie podeszłam, żeby jej nie budzić, przeciwnie, przez głowę przeszła mi myśl, aby ją okryć kocem. Bez sensu, w mieszkaniu zalegało ciężkie, nagrzane powietrze. Ojciec wyjrzał zza moich pleców i natychmiast podbiegł do łóżka, krzycząc, żebym dzwoniła na pogotowie. Nie mieliśmy telefonu, pobiegłam do sąsiadów. Dwadzieścia minut później przyjechała karetka. Lekarce wystarczyło jedno spojrzenie. „Nie żyje, wylew”.

Tamten dzień na bardzo długo zdominował moje wspomnienia o mamie. Do tego doszło poczucie winy. Nie potraktowałam poważnie jej zmęczenia, za długo rozmawiałam z ojcem o moich planach, w dodatku fikcyjnych, i zamiast wracać do domu… zamiast zająć się nią…

Mama postukałaby się pewnie palcem w czoło. Nie grała swoimi emocjami, nie udawała cierpienia, żeby coś na mnie wymóc. Nie, to nie był jej styl. I miała w sobie tyle radości życia. Gdy w radiu nadawali tanga, ojciec prosił ją do tańca z szarmanckim ukłonem. Zaczynali się kręcić wokół własnej osi niczym dziecięcy bączek, mama kładła głowę na ramieniu taty, a on muskał jej włosy ustami. Był tylko jeden wyjątek. Przy rosyjskiej piosence Тёмная ночь zaczynali równo chlipać. I to oboje. Fuck!!! Co za rozkrochmalona rodzina, myślałam. No dobrze, ruskaja piesnia kojarzyła im się z wojną i pobytem w Magnitogorsku, ale bez przesady, płakać przy niej dziesięć lat później? Zaciskałam usta i czekałam, aż wreszcie się uspokoją. Chyba byłam zazdrosna o ich miłość. Tak, raczej tak. Nawet wtedy, gdy ojciec przyciągał mnie do siebie i zaczynałam tańczyć razem z nimi. Mama obejmowała mnie w talii i szeptała: „Jaka piękna ta moja kochana córeczka”, a ja błagałam w myślach panią, która śpiewała piosenkę w radiu, żeby nigdy jej nie skończyła.

Słodkie, prawda? Szkoda tylko, że nic z tego nie wynikło. Powinnam być dla matki upierdliwa, prawdziwy Pain in the Ass, i za wszelką cenę wydobyć z niej jakieś wspomnienia zanim… jak to powiedziałaby Lidia… zanim wszystkie skończyły w Wielkiej Niszczarce Życia. Wielka Niszczarka Życia, jakoś tak.

Warszawa, październik 1958–1962. Lidia

i budziłam się w nocy i w gorączce przerażona że to koniec i wywoływałam obrazy niebieskie oczy cienkie brwi pieprzyk na szyi żeby upewnić się że pamiętam że są że pod ręką dostępne na każde żądanie

i bałam się że zapomniałam i nie widzę i nic nie mam przed

nada

przed oczami nic

nada nada

jej twarz co się stało z jej twarzą

jej usta jej pieprzyk jej zmarszczki zniknęły oczy straciły kolor czarno-biała fotografia a potem jeszcze mniej i same kontury i jeszcze mniej i plamy i wybrzuszenia i zupełnie czysto

jakoś tak

wielka niszczarka życia pracowała na pełnych obrotach i odwiedzał mnie michał

i wkładałam palce w tryby i stawała na moment i zaraz potem znowu i dalej i dalej i dalej

i zdrapywała i ścierała z powierzchni i czyściła i prasowała najmniejszy ślad

loli

i że to koniec dla mnie koniec jeśli stracę jej obraz wspomnienie

i wiedziałam po co z jakiego powodu wiedziałam zostanie mi nada i nie będzie powodu żeby dłużej

i czekać nie wiadomo na co

na kogo

Wrocław, listopad 1958–czerwiec 1963. Nina

Ojciec Gieni, inwalida wojenny, prowadził świetlicę zakładową w fabryce szczotek. Biegłyśmy po szkole, zziajane i spocone, aby zanim lokal zapełni się robotnikami po zmianie, pooglądać telewizję. Jak leci, piosenkę Sławy Przybylskiej, występ zespołu Mazowsze albo etiudę baletową Witolda Grucy. Do dziś pamiętam jego obcisłe pantalony, wypięte w kroczu niczym balon. Dyskutowałyśmy potem niby o tańcu, o układzie choreograficznym, dotykając jedynie półsłówkami i aluzjami the heart of the matter. Aż balon pękł i któraś stwierdziła, że jaja Grucy przypominają jaja strusia. Ryczałyśmy ze śmiechu całą drogę do domu. Parę razy zwracano nam na ulicy uwagę, dziewczęta, tak nie wypada. Najlepsze, że żadna z nas nie widziała ani męskich jaj, ani nawet tych strusia. A poza tym… Intrygująco wyglądała ta męskość, ileż w niej siły, która nie przeczyła gracji, ile zdecydowania, które nie wykluczało subtelności.

Kończyła się zmiana, w świetlicy zjawiali się robotnicy. Przerażali nas. Mieli pocięte bruzdami twarze, walił od nich ciężki zapach potu, a smary fabryczne wniknęły tak głęboko w skórę dłoni, że nie dawały się zetrzeć pumeksem. Miałam osiemnaście lat i chociaż należałam do szczupłych dziewczyn, pod bluzką sterczały mi wielkie piersi. Nieustannie wyczuwałam na sobie wzrok robotników. Bałam się ich, ale udawałam, że spojrzenia mężczyzn nie dotykają mnie, nie podszczypują, nie głaszczą, nie pieszczą. Nie tylko ja dostrzegałam rosnące napięcie, ojciec Gieni również. Tym bardziej że i w jego córkę się wgapiali. Pan Winczewski przynosił dwie szklanki z cytrynową lemoniadą i przysiadał się do naszego stolika. Sytuacja się uspokajała. Robotnicy odwracali głowy, zaczynali dyskutować między sobą o nowej obsesji, motorze Junak, albo najnowszej plotce z Warszawy, że telewizja zacznie w końcu emitować drugi program, wyłącznie ze sportem i westernami.

Jeeesss…, zrobiłam się upiornie ckliwa, brakuje tylko zachodów słońca nad Odrą. OK, OK. Got it! Skłamałam, pisząc, że chodziłam do świetlicy wyłącznie dla telewizji. Po pierwsze ojciec Gieni zawsze organizował nam coś do jedzenia. Coś dobrego. Sztuka mięsa w sosie chrzanowym, kasza z gulaszem, pomidorowa z kluskami. Szczerze mówiąc, mama nie potrafiła gotować. Posiłek w robotniczej stołówce był skromny, ale smaczny. To było coś, no question about it.

Po drugie i najważniejsze, że w czwartki zjawiał się Willi, Wilhelm. Wysoki, szczupły, z czapką z daszkiem i kurtką zapinaną na wielkie guziki. Przychodził do ojca, pomagać w pracy, ale był to chyba tylko pretekst, żeby wśliznąć się do świetlicy i obejrzeć ulubiony program dla majsterkowiczów. Prowadzący pokazywał, jak zbudować coś z niczego. Willi wpatrywał się w ekran niczym zahipnotyzowany. Podobnie i inni mężczyźni. Obserwowałam go wtedy swobodnie, przez pół godziny nikt dla niego nie istniał. Nie wyczuwał mojego natrętnego spojrzenia, pieszczącego pierwszy meszek na jego brodzie, długą szyję, delikatnie zarysowane brwi. Nie miałam odwagi podejść do niego i poznać się, a on nie wydawał się zainteresowany. Nawet prowokacje Gieni, która strzelała w niego z gumki małymi haczykami zrobionymi ze zwiniętego w ruloniki papieru, nic nie dały. Zresztą zaraz po programie uciekał do domu. Podobno matka wpadała w histerię, gdy tylko nie wracał na czas. Pewnie bała się momentu, kiedy robotnicy przestaną koncentrować się na telewizji, a zaczną rozglądać między sobą, żeby szukać ofiar do żartów. Matka Willego była Niemką, a to w tamtym czasie we Wrocławiu stanowiło powód do zaczepek.

W Wigilię 1959 albo 1960, coś koło tego, pod choinką znalazł się tylko jeden prezent. Wielkie kartonowe pudło opakowane w srebrną folię, przewiązane czerwoną kokardą z końcówkami poskręcanymi w długie korkociągi. Myślałam, że się popłaczę. Znowu jakieś urządzenie do kuchni, maszynka do mięsa albo coś w tym stylu, praktyczne, niezbędne i kompletnie niszczące magię świąt. Tymczasem okazało się, że Święty Mikołaj obdarował nas nowiutkim telewizorem marki Belweder. Ustawiliśmy go na stoliku, który służył za miejsce do odkładania po lekturze gazet i książek. Ojciec nie kapitulował wobec kultury masowej. Tak naprawdę telewizor kupił dla mnie. Szukał czegoś, co przyniosłoby mi radość, co spowodowałoby uśmiech na mojej twarzy. Uważał, że sam nie radzi sobie z wychowywaniem dorastającej córki. A poza tym coraz rzadziej potrafił zatrzymać mnie w domu.

Ojciec sądził, że nie przejrzę jego zamiarów. Naiwny. Girls Just Want to Have Fun, prawda? Nie spodobał mi się ten nowy nabytek. Narzekałam, że drogi, brzydki i na pewno będzie się psuł. Ojciec posmutniał. Trudno, żebym mu wyjaśniła prawdziwy powód rozczarowania. Wizyty w fabrycznej świetlicy straciły sens, a przecież tylko tam widywałam Willego. Buntowałam się krótko. I faktycznie coraz częściej zostawałam w domu, aby obejrzeć interesujący mnie program. Wkrótce telewizja stała się moją obsesją. Oglądałam wszystko jak leciało, programy muzyczne, rozrywkowe, informacyjne, oświatowe, dla młodzieży i dla dorosłych. Pierwsze miejsce zajmował bezdyskusyjnie Teatr Sensacji. Gdybym oglądała go chłodnym okiem, widziałabym aktorów ubranych w odprasowane przed chwilą kostiumy, poruszających się krótkimi, sztywnymi ruchami w ograniczonej przestrzeni studia i w kartonowych dekoracjach, które za chwilę zawalą się pod naporem niewidzialnej siły. A mimo to tydzień w tydzień poddawałam się sile obrazu, oczarowana przedstawionym światem. Kiedy strzelano do aktora, zastanawiałam się, czy na pewno przeżyje, i niepokój trwał do momentu, aż pojawiał się w kolejny czwartkowy wieczór. Kiedy kobieta zdradzała pięknego kochanka, nienawiść do niej trwała przez następne tygodnie. Nic nie łagodziło mojego oburzenia, nawet to, że miesiąc później duszono ją lub dźgano nożem w ekranizacji przygód Sherlocka Holmesa.

Czasem czułam, że mama siedzi obok mnie i razem oglądamy program. Śmiejemy się z tym samych dowcipów, podobają nam się te same stroje spikerek, fryzury aktorek, opowiadamy sobie plotki o romansach gwiazd. Słyszałam, niemal słyszałam jej cichy śmiech, prawie na granicy świstu, odwracałam się w jej kierunku, powiew firanki sugerował, że przeszła obok okna, ale zdążyła już wyjść, żeby zrobić kawę albo przyszykować kolację. I nawet zdawało mi się, że krząta się po kuchni i tylko dlatego nie daje wyraźniejszego znaku swojej obecności, aby nie zakłócać mi przyjemności oglądania filmu z uwielbianym aktorem.

Fascynowało mnie dziennikarstwo telewizyjne, ale poszłam na polonistykę. Nie do końca potrafię wyjaśnić czemu. Może chodziło o słowa? Nie ufałam im, nie panowałam nad nimi. Słowa, krnąbrne zwierzęta w cyrku, kręciły i batem, i treserem. Musiałam coś z tym zrobić. Musiałam okiełznać język. Nie, jednak nie. Wyjaśnienie zbyt sophisticated jak na uczennicę. Myślę, że trafiłam na polonistykę z innego powodu. Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu. Wymyśliłam sobie, że przez parę lat studiów na pewno się tego dowiem i… najwyżej zacznę nowy kierunek.

Uniwerek szybko mnie znudził i większość czasu spędzałam w restauracji Centralna na niekończącej się małej czarnej, na dansingach w Klubie Dziennikarza i pałacu Schaffgotschów albo na wernisażach w modnych galeriach sztuki. Tam najczęściej objawiał się duch naszych coraz bardziej zwariowanych czasów. Zaczynała się rewolucja mentalna lat sześćdziesiątych. Dostojni starcy przestali być wzorem dla wchodzącego w życie pokolenia. Młodzież szukała nowych idoli i środków wyrazu, które opisałyby ich doświadczenia.

Kiedyś w Centralnej spotkałam znajomego z fabryki szczotek. Willi nie pamiętał mnie, musiałam mu przypomnieć wspólne seanse telewizyjne i strzelanie haczykami w plecy. Wyznał, że bał się zaczepek robotników, więc nie reagował również na moje i Gieni. Rozbawiony wspomnieniami, opowiedział mi kilka anegdot z tamtego czasu, a potem poprosił do tańca.

I tak się zaczęło.

Chodziliśmy na randki w najdziwniejsze miejsca. Nad Odrę, na wyrobiska biskupińskiej cegielni, na opuszczony cmentarz żydowski słynący z grobowców o pałacowych rozmiarach. A najchętniej w ruiny z okresu Festung Breslau i walk z armią radziecką. Wielkie bryły z cegieł spiętych cementem i żelaznymi prętami tworzyły namioty, w których udawało nam się schronić przed wścibskim wzrokiem innych zakochanych. Przechodniów widziało się z daleka, biegli do swoich spraw w odbudowanej części miasta i z niepokojem zerkali na ruiny, obawiając się czyhających w nich band drobnych złodziejaszków. My się nie baliśmy. Podnieceni bliskością swoich ciał, zapominaliśmy o grożących nam niebezpieczeństwach. Willi zachłannie pieścił moją szyję, kark, ramiona, uda, jak sprytny złodziej zakradał się pod bluzkę, zdzierał stanik albo głaszcząc brzuch, docierał do majtek. Bezlitośnie rozrywał je, psuł haftki na biustonoszu, dziurawił pończochy. Co tydzień musiałam kupować nową bieliznę, co wtedy wymagało niezłych kombinacji. Oh my, oh my! Parę razy wracałam do domu bez majtek i pończoch, modląc się do boga komunizmu, żeby wiatr nie podwinął mi sukienki… żeby się nie wydało. A Willemu odpłacałam się tym samym, wciskałam dłoń w rozporek, docierałam do penisa, ściągałam napletek i pieściłam członek, aż moja dłoń wilgotniała od potu i nasienia.

Kiedyś spytał mnie, czy jestem Polką, Ukrainką, czy Żydówką. Moja narodowość nigdy wcześniej go nie interesowała. Nie czekał na odpowiedź, tylko zażartował ze złośliwym uśmiechem, jakby było w tym coś śmiesznego: pewnie Niemka? Chciał mnie obrazić, czy co? Po wojnie Szkopów uważano za gorszą kategorię człowieka. Nic dziwnego, że nie przyznawali się do swojego pochodzenia, wymyślali słowiański rodowód, a zły akcent tłumaczyli gwarą „dolnośląską”, chociaż wątpię, żeby ktoś im wierzył. Moja odpowiedź zaskoczyła Willego: jestem Rosjanką. Roześmiał się. Ależ tak, powtarzałam z uporem. Przecież urodziłam się w Magnitogorsku! Wyrecytowałam mu nawet wierszyk po rosyjsku. Lica raboczich byli pokryty pylju. I tak dalej. Nie uwierzył mi, rosyjskiego uczono w szkołach. Zdenerwowałam się i wykrzyczałam, że moi rodzice budowali wielkie zakłady metalurgiczne, aby pokonać hitlerowskie ścierwo. Twarz Willego spąsowiała, zamyślił się, a potem nagle wybuchnął śmiechem jak ktoś, kto długo nie rozumie żartu i próbuje zamaskować swoje zakłopotanie zbyt głośną reakcją. Nie wiedziałam, co w tym śmiesznego, oni naprawdę budowali Magnitogorsk, żeby wygrać z Hitlerem. Willi odwrócił się do mnie bokiem i widziałam tylko jego profil. Dopiero po chwili zrozumiałam, co się stało. Niemców, którzy pozostali we Wrocławiu, wyzywano często od hitlerowskich ścierw. Ale ja przecież nie jego miałam na myśli. Tylko tych innych, te prawdziwe, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju… hitlerowskie ścierwa, które rozpętały tę straszliwą wojnę. Fuck it!

Żeby załagodzić sprawę, powiedziałam Willemu, że mamy socjalizm i dla każdego znajdzie się miejsce w naszej ojczyźnie. Wystarczy udowodnić, że się ją kocha!

– Kochasz Polskę? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy, pewna, że wyczytam w nich najmniejszy fałsz.

– Ciebie kocham – odpowiedział, twardo wytrzymując moje świdrujące spojrzenie.

Wziął mnie w ramiona, zamknął usta pocałunkiem, pewnie, żebym nie gadała więcej głupot. Wyrwałam się i odepchnęłam go z całych sił. Oparł się o ścianę i tarł dłonie, jakby nagle zrobiło się zimno.

– Powiedz prawdę! Chociaż raz! – ponagliłam go.

Milczał. Ogarnęła mnie odbierająca rozum wściekłość. Rzuciłam mu w twarz:

– No tak. Szkop będzie zawsze szkopem. Przyznaj się, najchętniej byś nas wszystkich pozabijał.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Najgorsze rzeczy, które mówiło się od lat o Niemcach w radiu, telewizji, w filmach wojennych, wybuchły we mnie niczym bomba z opóźnionym zapłonem.

Willi nie obraził się, nie odszedł, nie zerwał znajomości. Odsunął się na odległość wyciągniętej ręki. Oparł się plecami o szarą bryłę betonu pachnącą wilgocią i grzybem, odchylił głowę w górę, zamknął oczy. Chyba bał się, że się rozpłacze. Zrobiło mi się go żal. Chciałam przytulić Willego, prosić o przebaczenie, zaprzeczać i… żadne słowo nie przeszło mi przez usta. Zaschło mi w gardle i najwyżej wyksztusiłabym jakieś nieokreślone dźwięki, bełkot.

– Masz rację – odezwał się Willi. – Szkop zawsze będzie szkopem. I nic się z tym nie da zrobić.

Nie zrozumiałam, co miał na myśli. Zezłościłam się na niego. Powinien się bronić, zwyzywać mnie od nacjonalistek, przywołać szczytne ideały komunizmu. Kosmopolityzm. Międzynarodówka. Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się. Niemiecka Republika Demokratyczna. Nasz towarzysz walki o lepszy świat i gwarant granicy na Odrze i Nysie. Poza tym jego ojciec był Ślązakiem czy nawet Polakiem, a nie Niemcem. Willi miał tyle argumentów! A milczał. Tak przynajmniej zapamiętałam tamten dzień. Dzień, czy raczej wieczór, tak, chyba wieczór, zresztą to teraz bez znaczenia.

A potem przyszedł 1 maja. Wielki pochód ulicami Wrocławia. Sztandary, flagi, transparenty. Ubrałam się w najlepszą sukienkę, na miejscu zbiórki ktoś wcisnął mi transparent potępiający niemiecki imperializm. Szliśmy całą grupą z wydziału. Śpiewaliśmy pieśni rewolucyjne i skandowali hasła. Wszystkie o wojnie albo z wojną in the background. Przecież każdy dzień mógł stać się jej początkiem.

Wolna Algieria!

Stanowcze NIE imperialistycznej polityce Izraela!

Wojna atomowa – zagłada światowa.

Stop niemieckim rewanżystom!

Nigdy więcej wojny!

Czy Willi rozpoznał mnie wśród maszerujących? Nie wiem. Możliwe, że przyglądał się ukradkiem pochodowi. Z zazdrością, że nie należał do grupy, z rozczarowaniem, gdy wypatrzył mnie w tłumie z transparentem. Pewnie czuł się jeszcze bardziej wyobcowany niż na co dzień. Oddalał się ode mnie.

Spotykaliśmy się jak zawsze, chodzili w ruiny, obmacywali się, całowali. Dystansu nie dało się jednak unieważnić. Chyba zawsze istniał, ale dobre chęci i pożądanie zmniejszały go.

Tamtego wieczora tylko wyszło szydło z worka.

A potem nagle news.

Wait! Wróć. Inaczej zapamiętałam tamten moment. Żadnego gromu z jasnego nieba, walnięcia pięścią w stół albo wybuchu bomby atomowej. Gienia całkiem zwyczajnie przyszła do mnie poplotkować. Zrobiłam herbatę i wyszłyśmy na balkon na papierosa. Paliła, odkąd zdała do szkoły teatralnej. Uważała się za przyszłą gwiazdę filmową, a papieros za jej niezbywalny atrybut i jeszcze koniecznie w długiej szklanej lufce. Paplała o nowym komisie z zabójczymi sukienkami, o nauczycielu ruchu scenicznego, z którym miała romans, i nagle niemal od niechcenia rzuciła: a Wilhelm Bienek wyjechał z rodziną do Kolonii. Wyobrażam sobie, że po tej informacji kilka minut wpatrywałam się w Gienię bez słowa i tylko obserwowałam ruszające się usta, bruzdę na czole, cienkie zmarszczki w kącikach oczu, pojawiające się za każdym razem, gdy je mrużyła. I nie słyszałam nic z tego, co do mnie mówiła. Nic. Wyobrażam sobie, pewności nie mam. Na koniec dnia to był szok.

Pobiegłam do mieszkania Willego na Sieradzkiej. Pukałam do drzwi Bienków zapłakana, nikt nie otworzył. Sąsiad, który szurając, wdrapywał się po schodach na kolejne piętra, powiedział mi, nie zatrzymując się nawet na chwilę, że Bienkowie wyjechali o świcie i już pewnie przekraczają granicę RFN. „Szczęściarze”, mruczał do siebie, mijając mnie. Chyba właśnie to. Szczęściarze. Zazdrość, a nie satysfakcja. Z ukarania szwabskiej rodziny. Wyszłam na dwór z miękkimi nogami. Na miękkich nogach, chyba tak się mówi poprawnie, przepraszam, zapomniałam.

Nie rozumiałam, dlaczego Willi nie pożegnał się ze mną. Z zemsty za to, że został wyrzucony z Polski? Ze wstydu, że wyjeżdżał po kryjomu niczym hitlerowskie ścierwo? A może chciał mnie ukarać za to, że zdradziłam go tamtego wieczoru w ruinach. Stanęłam po stronie tych, którzy mają w nosie niuanse. Wrzucają wszystkich do jednego worka, jak Niemiec, to zbrodniarz wojenny, jak Polak, to pijak, jak Afroamerykanin, to z wielkim fiutem, jak Latino, to… wystarczy, wiadomo, o co chodzi. Wierzył, że nie pozwolę sobie na łatwe oskarżenia, że uodpornię się na antyniemiecką propagandę władzy i będę widziała w nim po prostu kochanego człowieka.

Opowiedziałam ojcu o Willim. Współczuł mi, ale losem chłopaka się nie przejął.

– Wiesz, co zrobili nam Niemcy. Nic dziwnego, że polskie państwo im nie ufa. Gdyby zadeklarowali swoją lojalność, z pewnością dostaliby szansę. Niestety wątpię, żeby im na niej zależało.

Zmroził mnie ten chłodny osąd. Nie wspomniałam więcej przy ojcu o Willim.

Nikt tego wtedy nie nazywał ethnic cleansing albo purge