Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 8 min Lektor: Jacek Rozenek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 8 min Lektor: Jacek Rozenek

Opis ebooka Tylko jedno spojrzenie - Harlan Coben

Ustabilizowane życie Grace Lawson rozpada się w jednej chwili, gdy na świeżo wywołanym zdjęciu rodzinnym rozpoznaje swojego męża. Fotografia wygląda na zrobioną przed laty. Przedstawia także inne osoby twarz jednej z nich jest przekreślona. Jack zaprzecza, by miał coś wspólnego ze zdjęciem. Krótko potem wychodzi z domu i znika, zabierając tajemniczą odbitkę. Grace rozpoczyna poszukiwania męża, który, jak się okazuje, został porwany. Ktoś grozi jej dzieciom. Grace nie wie, komu może zaufać - wydaje się, że wszyscy jej znajomi i przyjaciele mają coś do ukrycia. Próbuje dotrzeć do prawdy. Trop prowadzi do tragicznych wydarzeń sprzed wielu lat, gdy cudem uszła z życiem ze strzelaniny, jaka wybuchła na koncercie rockowym.

Opinie o ebooku Tylko jedno spojrzenie - Harlan Coben

Fragment ebooka Tylko jedno spojrzenie - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

www.har­lan­co­ben.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

JUST ONE LOOK

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2004

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2005

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2005

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma Ilu­stra­cja na okład­ce: Ima­ge So­ur­ce/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-046-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dzie­ci­no, na­wet two­je naj­lep­sze wspo­mnie­nia z cza­sem zblak­ną jak atra­ment.

Tra­we­sta­cja chiń­skie­go przy­sło­wia za­war­ta w tek­ście pio­sen­ki Jim­my X Band Wy­bla­kły atra­ment (na­pi­sa­nej przez Ja­me­sa Xa­vie­ra Far­ming­to­na, wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne)

Scott Dun­can sie­dział na­prze­ciw­ko za­bój­cy.

W po­ko­ju bez okien, o ścia­nach ko­lo­ru bu­rzo­wej chmu­ry, pa­no­wa­ło nie­zręcz­ne mil­cze­nie, jak w chwi­li, gdy mu­zy­ka za­czy­na grać i nikt z obec­nych nie wie, jak to się tań­czy. Scott spró­bo­wał nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go kiw­nię­cia gło­wą. Za­bój­ca, ubra­ny w wię­zien­ny po­ma­rań­czo­wy dre­lich, tyl­ko się na nie­go ga­pił. Scott splótł dło­nie i po­ło­żył je na me­ta­lo­wym bla­cie sto­łu. Za­bój­ca – z akt wy­ni­ka­ło, że na­zy­wa się Mon­te Scan­lon, ale z pew­no­ścią nie było to jego praw­dzi­we na­zwi­sko – być może zro­bił­by to samo, gdy­by nie był sku­ty.

Dla­cze­go tu przy­je­cha­łem?, po­now­nie za­dał so­bie py­ta­nie Scott.

Spe­cja­li­zo­wał się w oskar­ża­niu sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków, więc w swo­im ro­dzin­nym New Jer­sey nie na­rze­kał na brak za­ję­cia, ale trzy go­dzi­ny temu Mon­te Scan­lon, speł­nia­ją­cy kry­te­ria każ­dej de­fi­ni­cji se­ryj­ne­go za­bój­cy, w koń­cu prze­rwał mil­cze­nie i cze­goś za­żą­dał.

Cze­go?

Pry­wat­ne­go spo­tka­nia z za­stęp­cą pro­ku­ra­to­ra, Scot­tem Dun­ca­nem.

Było to dziw­ne z wie­lu po­wo­dów, z któ­rych dwa naj­waż­niej­sze to po pierw­sze, za­bój­ca nie miał pra­wa ni­cze­go żą­dać, a po dru­gie, Scott nig­dy nie spo­tkał Mon­te Scan­lo­na ani na­wet o nim nie sły­szał.

– Chcia­łeś się ze mną wi­dzieć? – prze­rwał ci­szę Scott.

– Tak.

Scott ski­nął gło­wą i cze­kał. Nie do­cze­kał się.

– Co mogę dla cie­bie zro­bić?

Mon­te Scan­lon nadal uważ­nie mu się przy­pa­try­wał.

– Wiesz dla­cze­go tu sie­dzę?

Scott omiótł spoj­rze­niem po­kój. Oprócz ich dwóch, znaj­do­wa­ły się w nim jesz­cze czte­ry oso­by. Pro­ku­ra­tor Lin­da Mor­gan pod­pie­ra­ła ścia­nę, z uda­wa­ną swo­bo­dą Si­na­try opie­ra­ją­ce­go się o la­tar­nię. Za więź­niem sta­li dwaj po­tęż­ni, nie­mal iden­tycz­ni straż­ni­cy wię­zien­ni z ra­mio­na­mi jak pnia­ki i tor­sa­mi jak becz­ki. Scott spo­tkał ich już wcze­śniej i wi­dział, jak wy­ko­nu­ją swo­ją ro­bo­tę z po­go­dą du­cha in­struk­to­rów jogi. Jed­nak te­raz, w obec­no­ści tego sku­te­go więź­nia, na­wet oni byli lek­ko spię­ci. Ad­wo­kat Scan­lo­na, ła­si­co­wa­ty i cuch­ną­cy tan­det­ną wodą ko­loń­ską, był czwar­ty. Wszy­scy spo­glą­da­li na Scot­ta.

– Za­bi­łeś lu­dzi – od­parł Scott. – Wie­lu.

– By­łem, jak to się mówi, cyn­glem. By­łem… – Scan­lon od­cze­kał mo­ment – za­bój­cą do wy­na­ję­cia.

– Nie zaj­mo­wa­łem się żad­nym z tych za­bójstw.

– To praw­da.

Ten dzień za­czął się dla Scot­ta zu­peł­nie zwy­czaj­nie. Przy­go­to­wy­wał po­zew są­do­wy dla człon­ka za­rzą­du fir­my zaj­mu­ją­cej się uty­li­za­cją od­pa­dów, któ­ry prze­ku­pił bur­mi­strza pew­ne­go mia­stecz­ka. Ru­ty­no­wa spra­wa. Co­dzien­ność w Gar­den Sta­te, jak na­zy­wa­no stan New Jer­sey. Było to za­le­d­wie… No ile, go­dzi­nę czy pół­to­rej go­dzi­ny temu? Te­raz sie­dział przy jed­nym sto­le z czło­wie­kiem, któ­ry, we­dług sza­cun­ko­we­go wy­li­cze­nia Lin­dy Mor­gan, za­bił set­kę lu­dzi.

– Dla­cze­go więc chcia­łeś zo­ba­czyć się ze mną?

Scan­lon wy­glą­dał jak pod­sta­rza­ły play­boy, któ­ry w la­tach pięć­dzie­sią­tych pod­ry­wał sio­strę Ga­bor. Był mały i chu­der­la­wy. Si­wie­ją­ce wło­sy miał za­cze­sa­ne do tyłu, zęby po­żół­kłe od ni­ko­ty­ny, skó­rę nie­zdro­wą od nad­mia­ru słoń­ca i zbyt wie­lu dłu­gich nocy w zbyt wie­lu ciem­nych klu­bach. Nikt z obec­nych nie wie­dział, jak na­praw­dę na­zy­wa się ten czło­wiek. Zo­stał aresz­to­wa­ny z pasz­por­tem wy­sta­wio­nym na na­zwi­sko Mon­te Scan­lo­na, pięć­dzie­się­cio­jed­no­let­nie­go Ar­gen­tyń­czy­ka. Wiek wy­da­wał się zgod­ny z praw­dą, ale nic poza tym. Jego od­ci­ski pal­ców nie fi­gu­ro­wa­ły w kom­pu­te­ro­wych ban­kach NCIC. Opro­gra­mo­wa­nie do iden­ty­fi­ka­cji twa­rzy znio­sło wiel­kie jajo.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać w czte­ry oczy.

– Nie zaj­mu­ję się two­ją spra­wą – po­wtó­rzył Scott. – Pro­wa­dzi ją inny pro­ku­ra­tor.

– To nie ma z nią nic wspól­ne­go.

– A ma coś wspól­ne­go ze mną?

Scan­lon na­chy­lił się do nie­go.

– To, co za­mie­rzam ci po­wie­dzieć – rzekł – zmie­ni całe two­je ży­cie.

W tym mo­men­cie Scott miał ocho­tę po­gro­zić mu pal­cem i wy­ce­dzić: „no, no”. Znał te za­gra­nia zła­pa­nych prze­stęp­ców: ma­ta­cze­nie, pró­by wy­wie­ra­nia na­ci­sku, roz­pacz­li­we po­szu­ki­wa­nia ja­kie­goś wyj­ścia z opre­sji, wy­bu­ja­łe po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Lin­da Mor­gan, jak­by czy­ta­ła w jego my­ślach, po­sła­ła mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Mon­te Scan­lon, po­wie­dzia­ła mu, pra­co­wał dla róż­nych ro­dzin gang­ster­skich przez po­nad trzy­dzie­ści lat. RICO cze­ka­ła, aż oka­że go­to­wość do współ­pra­cy, jak wy­głod­nia­ły czło­wiek na otwar­cie bu­fe­tu. Od chwi­li aresz­to­wa­nia Scan­lon upo­rczy­wie mil­czał. Aż do tego ran­ka.

Dla­te­go Scott zna­lazł się tu­taj.

– Two­ja sze­fo­wa – rzekł Scan­lon, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc Lin­dę Mor­gan – ma na­dzie­ję, że będę współ­pra­co­wał.

– I tak do­sta­niesz za­strzyk – od­par­ła Mor­gan, wciąż z uda­wa­ną non­sza­lan­cją. – Co­kol­wiek po­wiesz lub zro­bisz i tak tego nie zmie­ni.

Scan­lon uśmiech­nął się.

– Daj spo­kój. Bar­dziej oba­wiasz się stra­cić to, co mogę po­wie­dzieć, niż ja boję się śmier­ci.

– Ra­cja. Jesz­cze je­den twar­dziel, któ­ry nie boi się śmier­ci. – Od­kle­iła się od ścia­ny. – Wiesz co, Mon­te? Ci twar­dzi fa­ce­ci za­wsze ro­bią w ga­cie, kie­dy przy­wią­zu­je­my ich do no­szy.

Scott znów miał ocho­tę po­gro­zić pal­cem, tym ra­zem swo­jej sze­fo­wej. Scan­lon nadal się uśmie­chał. Nie od­ry­wał od nie­go oczu. Scot­to­wi nie po­do­ba­ło się to spoj­rze­nie. Jego oczy, jak moż­na się było spo­dzie­wać, były czar­ne, błysz­czą­ce i okrut­ne. Jed­nak, choć być może Scot­to­wi tyl­ko tak się zda­wa­ło, było w nich coś jesz­cze oprócz ty­po­wej obo­jęt­no­ści. Wy­da­wa­ło mu się, że do­strze­ga w nich coś, cze­go nie po­wi­nien zi­gno­ro­wać. Może to żal?

A może na­wet skru­cha.

Scott spoj­rzał na Lin­dę i ski­nął gło­wą. Zmarsz­czy­ła brwi, ale Scan­lon przej­rzał jej blef. Do­tknę­ła ra­mie­nia jed­ne­go z po­tęż­nie zbu­do­wa­nych straż­ni­ków i od­pra­wi­ła ich. Pod­no­sząc się z krze­sła, ad­wo­kat Scan­lo­na ode­zwał się po raz pierw­szy:

– Wszyst­ko, co po­wie, bę­dzie po­uf­ne.

– Zo­stań z nimi – po­le­cił mu Scan­lon. – Chcę mieć pew­ność, że nie pod­słu­chu­ją.

Praw­nik wziął tecz­kę i po­szedł z Lin­dą Mor­gan do drzwi. Scott i Scan­lon zo­sta­li sami. W fil­mach za­bój­cy są wszech­moc­ni. W praw­dzi­wym ży­ciu nie. Nie uwal­nia­ją się z kaj­dan i nie ucie­ka­ją z do­brze strze­żo­ne­go fe­de­ral­ne­go wię­zie­nia. Scott wie­dział, że Bra­cia Byki ob­ser­wu­ją po­miesz­cze­nie przez we­nec­kie lu­stro. Mi­kro­fo­ny, na żą­da­nie Scan­lo­na, zo­sta­ną wy­łą­czo­ne. Jed­nak wszy­scy będą pa­trzy­li.

Po­na­gla­ją­co wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie je­stem ty­po­wym mor­der­cą do wy­na­ję­cia.

– Uhm.

– Mam swo­je za­sa­dy.

Scott cze­kał.

– Na przy­kład za­bi­jam tyl­ko męż­czyzn.

– O – rzekł Scott. – Jak miło.

Scan­lon zi­gno­ro­wał tę sar­ka­stycz­ną uwa­gę.

– To moja pierw­sza za­sa­da. Za­bi­jam tyl­ko męż­czyzn. Ko­biet nie ru­szam.

– No do­brze. Po­wiedz, czy dru­ga za­sa­da mówi coś o cze­ka­niu do trze­ciej rand­ki?

– Uwa­żasz mnie za po­two­ra?

Scott wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by od­po­wiedź była naj­zu­peł­niej oczy­wi­sta.

– Nie po­do­ba­ją ci się moje za­sa­dy?

– Ja­kie za­sa­dy? Za­bi­jasz lu­dzi. Wy­my­śli­łeś so­bie te tak zwa­ne za­sa­dy, po­nie­waż były ci po­trzeb­ne. Po­zwa­la­ły ci się łu­dzić, że je­steś czło­wie­kiem.

Scan­lon za­sta­no­wił się.

– Być może – przy­znał. – Jed­nak lu­dzie, któ­rych za­bi­ja­łem, za­słu­gi­wa­li na to. Śmie­ci wy­naj­mo­wa­ły mnie, że­bym sprzą­tał inne śmie­ci. Ja je­stem tyl­ko na­rzę­dziem.

– Mie­czem?

– Tak.

– Miecz nie zwa­ża, kogo za­bi­ja, Mon­te. Męż­czyzn, ko­bie­ty, sta­rusz­ki, małe dzie­ci. Broń nie robi żad­nych wy­jąt­ków.

Scan­lon uśmiech­nął się.

– To­uché.

Scott otarł dło­nie o no­gaw­ki spodni.

– Nie za­pro­si­łeś mnie chy­ba na wy­kład z ety­ki. Cze­go chcesz?

– Je­steś roz­wie­dzio­ny, praw­da, Scott?

Nie od­po­wie­dział.

– Bez­dziet­ny, po spo­koj­nym roz­wo­dzie, wciąż przy­jaź­nisz się ze swo­ją byłą.

– Cze­go chcesz?

– Wy­ja­śnić.

– Co wy­ja­śnić?

Opu­ścił wzrok, ale tyl­ko na mo­ment.

– To, co ci zro­bi­łem.

– Na­wet cię nie znam.

– Ale ja znam cie­bie. Znam cię od daw­na.

Scott mil­czał. Zer­k­nął w lu­stro. Lin­da Mor­gan z pew­no­ścią stoi za tą szy­bą i za­sta­na­wia się, o czym roz­ma­wia­ją. Po­trze­bu­je in­for­ma­cji. Za­sta­na­wiał się, czy to po­miesz­cze­nie jest na pod­słu­chu. Za­pew­ne jest. Tak czy in­a­czej, po­wi­nien po­cią­gnąć Scan­lo­na za ję­zyk.

– Na­zy­wasz się Scott Dun­can. Masz trzy­dzie­ści dzie­więć lat. Ukoń­czy­łeś Co­lum­bia Law Scho­ol. Mógł­byś za­ro­bić znacz­nie wię­cej pie­nię­dzy, otwie­ra­jąc pry­wat­ną prak­ty­kę, ale to cię nie in­te­re­su­je. Od sze­ściu mie­się­cy pra­cu­jesz w biu­rze pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go. Twoi ro­dzi­ce w ze­szłym roku prze­pro­wa­dzi­li się do Mia­mi. Mia­łeś sio­strę, ale umar­ła, kie­dy jesz­cze była col­le­ge’u.

Scott wy­god­niej usiadł na krze­śle. Scan­lon przy­glą­dał mu się.

– Skoń­czy­łeś?

– Wiesz, w jaki spo­sób za­ła­twiam in­te­re­sy?

Zmia­na te­ma­tu. Scott cze­kał na przy­nę­tę. Scan­lon pod­jął z góry prze­gra­ną grę, usi­łu­jąc wy­trą­cić go z rów­no­wa­gi. Scott nie za­mie­rzał się na to na­brać. Żad­na z „wy­ja­wio­nych” przez Scan­lo­na in­for­ma­cji o ro­dzi­nie Scot­ta nie była re­we­la­cją. Moż­na je było uzy­skać za po­mo­cą kil­ku stuk­nięć w kla­wia­tu­rę i paru te­le­fo­nów.

– Może sam mi to po­wiesz?

– Za­łóż­my – za­czął Scan­lon – że chcesz, żeby ktoś umarł.

– Do­brze.

– Mo­żesz skon­tak­to­wać się ze zna­jo­mym, któ­ry zna pew­ne­go go­ścia, któ­ry zna ta­kie­go, któ­ry ma ze mną kon­takt.

– I tyl­ko ten ostat­ni cię zna?

– Mniej wię­cej. Ko­rzy­sta­łem z usług tyl­ko jed­ne­go po­śred­ni­ka, ale na­wet z nim za­cho­wy­wa­łem ostroż­ność. Nig­dy nie spo­tka­li­śmy się twa­rzą w twarz. Uży­wa­li­śmy pseu­do­ni­mów. Płat­no­ści za­wsze za­ła­twia­li­śmy przez za­gra­nicz­ne kon­ta. Otwie­ra­łem nowe przy każ­dej, po­wiedz­my, trans­ak­cji i za­my­ka­łem na­tych­miast po jej za­koń­cze­niu. Na­dą­żasz?

– To nie jest zbyt skom­pli­ko­wa­ne.

– Nie, chy­ba nie. Jed­nak wi­dzisz, w dzi­siej­szych cza­sach kon­tak­tu­je­my się za po­mo­cą pocz­ty elek­tro­nicz­nej. Wy­star­czy, że za­ło­żę na Yahoo! lub in­nej wi­try­nie tym­cza­so­we kon­to pod fał­szy­wym na­zwi­skiem. Nikt mnie nie wy­tro­pi. A na­wet gdy­byś od­krył, kto wy­słał wia­do­mość, co ci to da? Wszyst­kie li­sty wy­sy­ła­no i czy­ta­no w bi­blio­te­kach lub in­nych pu­blicz­nych miej­scach. By­li­śmy ide­al­nie za­bez­pie­cze­ni.

Scott już miał po­wie­dzieć, że mimo tego ide­al­ne­go za­bez­pie­cze­nia w koń­cu Scan­lo­na zła­pa­no i wsa­dzo­no do pier­dla, ale za­trzy­mał tę uwa­gę dla sie­bie.

– Co to ma wspól­ne­go ze mną?

– Za­raz do tego doj­dę. – Scott wi­dział, że Scan­lon za­czy­na się roz­krę­cać. – Daw­niej, a kie­dy mó­wię „daw­niej”, mam na my­śli okres przed ośmio­ma, naj­wy­żej dzie­się­cio­ma laty, prze­waż­nie ko­rzy­sta­li­śmy z bu­dek te­le­fo­nicz­nych. Nig­dy nie do­sta­wa­łem na­zwi­ska ofia­ry na pi­śmie. Kon­takt prze­ka­zy­wał mi je przez te­le­fon.

Scan­lon urwał i upew­nił się, że Scott uważ­nie go słu­cha. Pod­jął nie­co ci­szej i nie tak bez­na­mięt­nie:

– W tym rzecz, Scott. Dzwo­nił z bud­ki. Po­da­no mi na­zwi­sko przez te­le­fon, nie na pi­śmie.

Spoj­rzał na Scot­ta wy­cze­ku­ją­co. Ten nie miał po­ję­cia, co usi­łu­je mu po­wie­dzieć, więc mruk­nął za­chę­ca­ją­co:

– Uhm.

– Czy ro­zu­miesz, dla­cze­go pod­kre­ślam, że prze­ka­za­no mi na­mia­ry przez te­le­fon?

– Nie.

– Po­nie­waż ktoś taki jak ja, czło­wiek z za­sa­da­mi, może w ten spo­sób po­peł­nić błąd.

Scott za­sta­no­wił się.

– Nadal nie ro­zu­miem.

– Nie za­bi­jam ko­biet. To moja za­sa­da nu­mer je­den.

– Już mó­wi­łeś.

– Tak więc, gdy­byś chciał za­ła­twić ko­goś, kto na­zy­wa się Bil­ly Smith, za­ło­żył­bym, że Bil­ly to męż­czy­zna. No wiesz, z „y” na koń­cu. Nig­dy nie przy­szło­by mi do gło­wy, że Bil­ly może być ko­bie­tą. Z imie­niem pi­sa­nym przez „ie”. Ro­zu­miesz?

Scott znie­ru­cho­miał. Scan­lon to za­uwa­żył. Po­słał mu krzy­wy uśmiech i po­wie­dział ła­god­nie:

– Wspo­mnie­li­śmy już o two­jej sio­strze, praw­da, Scott?

Scott nie od­po­wie­dział.

– Mia­ła na imię Geri, mam ra­cję?

Mil­czał.

– Do­strze­gasz pro­blem, Scott? Geri to jed­no z ta­kich imion. Je­śli usły­szysz je przez te­le­fon, za­kła­dasz, że za­czy­na się na „j” i koń­czy na „y”. Tak więc pięt­na­ście lat temu ode­bra­łem te­le­fon. Dzwo­nił po­śred­nik, o któ­rym ci mó­wi­łem…

Scott po­krę­cił gło­wą.

– Do­sta­łem ad­res. Po­wie­dzia­no mi, o któ­rej do­kład­nie „Jer­ry” – Scan­lon na­kre­ślił w po­wie­trzu cu­dzy­słów – bę­dzie w domu.

Scott miał wra­że­nie, że jego wła­sny głos do­bie­ga z da­le­ka.

– Uzna­no to za wy­pa­dek.

– Jak więk­szość pod­pa­leń, je­śli pod­pa­lacz zna się na rze­czy.

– Nie wie­rzę.

Jed­nak Scott spoj­rzał mu w twarz i po­czuł, że jego świat chwie­je się w po­sa­dach. Przed ocza­mi prze­mknął mu sze­reg ob­ra­zów: za­raź­li­wy śmiech Geri, jej po­tar­ga­ne wło­sy, apa­rat na zę­bach, spo­sób, w jaki po­ka­zy­wa­ła mu ję­zyk pod­czas ro­dzin­nych uro­czy­sto­ści. Przy­po­mniał so­bie jej pierw­sze­go chło­pa­ka (przy­głu­pa imie­niem Brad), to, że w pierw­szej i dru­giej kla­sie nie cho­dzi­ła na rand­ki, pło­mien­ną prze­mo­wę, jaką wy­gło­si­ła, ubie­ga­jąc się o sta­no­wi­sko szkol­nej skarb­nicz­ki, jej wy­stę­py z ze­spo­łem roc­ko­wym (byli okrop­ni) oraz za­wia­do­mie­nie o przy­ję­ciu na stu­dia.

Łzy na­pły­nę­ły mu do oczu.

– Mia­ła za­le­d­wie dwa­dzie­ścia je­den lat.

Scan­lon nie od­po­wie­dział.

– Dla­cze­go?

– Ja nie py­tam dla­cze­go, Scott. Je­stem tyl­ko na­jem­ni­kiem…

– Nie o to cho­dzi. – Scott pod­niósł gło­wę. – Dla­cze­go mó­wisz mi o tym te­raz?

Scan­lon stu­dio­wał swo­je od­bi­cie w lu­strze. Po chwi­li rzekł bar­dzo ci­cho:

– Może mia­łeś ra­cję.

– W czym?

– Tym, co mó­wi­łeś wcze­śniej. – Od­wró­cił się do Scot­ta. – Może kie­dy wszyst­ko zo­sta­ło już po­wie­dzia­ne i prze­są­dzo­ne, chcę się łu­dzić, że je­stem czło­wie­kiem.

TRZY MIE­SIĄ­CE PÓŹ­NIEJ

1

Zda­rza­ją się na­głe za­wi­ro­wa­nia. Zmia­ny tak głę­bo­kie, jak rany po­zo­sta­wio­ne przez ostrze noża roz­ci­na­ją­ce cia­ło. Two­je ży­cie wy­da­je się mo­no­li­tem, lecz na­gle roz­pa­da się na ka­wał­ki. Roz­ła­zi się, jak brze­gi rany brzu­cha. Jak­by ktoś po­cią­gnął za nit­kę. Szew pusz­cza. Zmia­na z po­cząt­ku jest po­wol­na, pra­wie nie­zau­wa­żal­na.

Ży­cie Gra­ce Law­son za­czę­ło się roz­pa­dać, kie­dy po­szła ode­brać zdję­cia.

Wła­śnie mia­ła wejść do Pho­to­ma­tu, kie­dy usły­sza­ła zna­jo­mo brzmią­cy głos.

– Dla­cze­go nie ku­pisz so­bie cy­fro­we­go apa­ra­tu, Gra­ce?

Od­wró­ci­ła się.

– Kiep­sko so­bie ra­dzę z tech­nicz­ny­mi no­win­ka­mi.

– Och, daj spo­kój. Fo­to­gra­fia cy­fro­wa jest rów­nie ła­twa jak pstryk­nię­cie pal­ca­mi. – Ko­bie­ta pod­nio­sła rękę i na­praw­dę pstryk­nę­ła pal­ca­mi, na wy­pa­dek, gdy­by Gra­ce nie wie­dzia­ła, co ozna­cza ten zwrot. – A apa­ra­ty cy­fro­we są o wie­le wy­god­niej­sze od ana­lo­go­wych. Po pro­stu ka­su­jesz te zdję­cia, któ­rych nie chcesz. Jak pli­ki w kom­pu­te­rze. Chcesz mieć wła­sną kart­kę bo­żo­na­ro­dze­nio­wą? Cóż, Bar­ry zro­bił dzie­ciom chy­ba z mi­lion zdjęć, no wiesz, pstry­ka, ile­kroć Bla­ke mru­gnie albo Kyle wy­glą­da nie­wy­raź­nie, a kie­dy ro­bisz ich tyle, to, jak mówi Bar­ry, w koń­cu zro­bisz jed­no na­praw­dę do­bre, no nie?

Gra­ce kiw­nę­ła gło­wą. Usi­ło­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, jak na­zy­wa się roz­mów­czy­ni, ale nie mo­gła. Cór­ka tej ko­bie­ty – chy­ba Bla­ke, tak? – cho­dzi­ła do pierw­szej kla­sy ra­zem z sy­nem Gra­ce. A może przez ostat­ni rok do przed­szko­la. Trud­no wszyst­kich spa­mię­tać. Gra­ce uśmie­cha­ła się uprzej­mie. Ta ko­bie­ta była miła, ale ni­czym nie wy­róż­nia­ła się z tłu­mu in­nych. Gra­ce nie po raz pierw­szy za­da­ła so­bie py­ta­nie, czy sama też wto­pi­ła się w tłum, czy jej nie­gdyś wy­bit­na oso­bo­wość zo­sta­ła we­ssa­na przez wir pod­miej­skiej spo­łecz­no­ści.

Nie była to przy­jem­na myśl.

Ko­bie­ta nadal opi­sy­wa­ła cuda cy­fro­wej ery. Gra­ce za­czę­ły bo­leć roz­cią­gnię­te w uśmie­chu war­gi. Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek w na­dziei, że Tech­no Mama zro­zu­mie alu­zję. Dru­ga czter­dzie­ści pięć. Za­raz po­win­na ode­brać Maxa ze szko­ły. Emma mia­ła lek­cję pły­wa­nia, ale dziś inna mama od­wo­zi­ła dzie­cia­ki na ba­sen. Jak kwo­ka, a wła­ści­wie kacz­ka ze stad­kiem ma­łych, po­wie­dzia­ła z chi­cho­tem do Gra­ce. Taak, bar­dzo śmiesz­ne.

– Mu­si­my się spo­tkać – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, ro­biąc prze­rwę, aby za­czerp­nąć tchu. – Z Jac­kiem i Bar­rym. My­ślę, że by się po­lu­bi­li.

– Z pew­no­ścią.

Gra­ce wy­ko­rzy­sta­ła ten mo­ment, by po­ma­chać ko­bie­cie na po­że­gna­nie i znik­nąć w głę­bi Pho­to­ma­tu. Szkla­ne drzwi za­mknę­ły się z ci­chym trza­skiem. Za­brzę­czał dzwo­nek. Naj­pierw po­czu­ła za­pach che­mi­ka­liów, tro­chę przy­po­mi­na­ją­cy woń kle­ju mo­de­lar­skie­go. Po­my­śla­ła o skut­kach dłu­go­trwa­łej pra­cy w ta­kim śro­do­wi­sku i do­szła do wnio­sku, że krót­ko­trwa­ły po­byt jest wy­star­cza­ją­co iry­tu­ją­cy.

Chło­pak pra­cu­ją­cy za kon­tu­arem – uży­wa­jąc okre­śle­nia „pra­cu­ją­cy”, Gra­ce wy­ka­za­ła dużo do­brej woli – miał rzad­ką ko­zią bród­kę, wło­sy we wszyst­kich bar­wach tę­czy i tonę zło­mu po­wty­ka­ne­go w roz­ma­ite czę­ści cia­ła. Na jego gło­wie tkwi­ły spo­rych roz­mia­rów słu­chaw­ki. Pły­ną­ca z nich mu­zy­ka była tak gło­śna, że Gra­ce wy­czu­wa­ła ba­so­we dud­nie­nie. Chło­pak miał też ta­tu­aże, całe mnó­stwo ta­tu­aży. Je­den z nich gło­sił: STO­NE. Inny KIL­L­JOY. Gra­ce po­my­śla­ła, że trze­ci po­wi­nien brzmieć LE­SER.

– Prze­pra­szam?

Nie pod­niósł gło­wy.

– Prze­pra­szam? – po­wie­dzia­ła tro­chę gło­śniej.

Nadal nic.

– Hej, fa­cet!

Wresz­cie zwró­ci­ła jego uwa­gę. Mruk­nął coś pod no­sem i zmru­żył oczy, zi­ry­to­wa­ny, że ktoś mu prze­szka­dza. Nie­chęt­nie zdjął słu­chaw­ki.

– Pa­pier.

– Słu­cham?

– Pa­pier.

Aha. Gra­ce wrę­czy­ła mu kwit. Ko­zia Bród­ka za­py­tał ją o na­zwi­sko. To przy­po­mnia­ło Gra­ce jed­ną z tych cho­ler­nych in­fo­li­nii, któ­re każą ci po­dać nu­mer two­je­go te­le­fo­nu, a gdy wresz­cie po­łą­czą cię z ży­wym czło­wie­kiem, ten na­tych­miast znów się go do­ma­ga. Jak­by au­to­mat py­tał tyl­ko dla wpra­wy.

Ko­zia Bród­ka, Gra­ce co­raz bar­dziej po­do­bał się ten pseu­do­nim, prze­rzu­cił ster­tę ko­pert ze zdję­cia­mi, za­nim wy­jął jed­ną. Ode­rwał ka­wa­łek przy­kle­jo­ne­go kwi­tu i po­dał Gra­ce wy­gó­ro­wa­ną cenę. Wrę­czy­ła mu ku­pon Val-Pak, wy­grze­ba­ny z to­reb­ki po po­szu­ki­wa­niach do­rów­nu­ją­cych in­ten­syw­no­ścią po­szu­ki­wa­niom zwo­jów znad Mo­rza Mar­twe­go i za­cze­ka­ła, aż opła­ta sta­nie się nie­co roz­sąd­niej­sza.

Wrę­czył jej ko­per­tę ze zdję­cia­mi. Gra­ce po­dzię­ko­wa­ła mu, ale mu­zy­ka zno­wu są­czy­ła się w jego zwo­je mó­zgo­we.

– Nie przy­szłam tu po zdję­cia – po­wie­dzia­ła Gra­ce – lecz na­wią­zać oży­wio­ną in­te­lek­tu­al­ną dys­ku­sję.

Ko­zia Bród­ka ziew­nął i pod­niósł ma­ga­zyn. Ostat­ni nu­mer „Współ­cze­sne­go le­se­ra”.

Gra­ce wy­szła. Dzień był chłod­ny. Je­sień z zim­ną pew­no­ścią sie­bie zmu­sza­ły lato do od­wro­tu. Li­ście jesz­cze nie za­czę­ły żółk­nąć, ale po­wie­trze mia­ło już tem­pe­ra­tu­rę chło­dzo­ne­go cy­dru. Na wy­sta­wach po­ja­wi­ły się de­ko­ra­cje z oka­zji hal­lo­we­en. Emma, któ­ra skoń­czy­ła trze­cią kla­sę, na­mó­wi­ła Jac­ka, żeby ku­pił dwu­ipół­me­tro­we­go na­dmu­chi­wa­ne­go Ho­me­ra Simp­so­na, któ­ry miał peł­nić rolę Fran­ken­ste­ina. Gra­ce mu­sia­ła przy­znać, że ba­lon wy­glą­dał na­praw­dę strasz­nie. Ich dzie­ci uwiel­bia­ły Simp­so­nów, co ozna­cza­ło, że może jed­nak ona i Jack do­brze je wy­cho­wy­wa­li.

Gra­ce mia­ła ocho­tę na­tych­miast otwo­rzyć ko­per­tę. Oglą­da­nie no­wych od­bi­tek za­wsze było emo­cjo­nu­ją­ce, ni­czym roz­pa­ko­wy­wa­nie pre­zen­tu lub nie­cier­pli­we otwie­ra­nie skrzyn­ki pocz­to­wej, choć­by za­wsze były w niej tyl­ko ra­chun­ki. Fo­to­gra­fia cy­fro­wa, po­mi­mo wszyst­kich swo­ich za­let, nig­dy nie bę­dzie mo­gła się z tym rów­nać. Tyl­ko że za­raz skoń­czą się lek­cje.

Kie­dy jej saab wspiął się na He­ights Road, wy­bra­ła nie­co okręż­ną dro­gę, żeby prze­je­chać przez punkt wi­do­ko­wy i spoj­rzeć na mia­sto. Mia­ła stam­tąd wspa­nia­ły wi­dok na cały Man­hat­tan, szcze­gól­nie w nocy, kie­dy roz­po­ście­rał się w dole jak mi­lion dia­men­tów roz­sy­pa­nych na czar­nym ak­sa­mi­cie. Tę­sk­ni­ła. Ko­cha­ła Nowy Jork. Jesz­cze czte­ry lata temu ta cu­dow­na wy­spa była ich do­mem. Miesz­ka­li na pod­da­szu przy Char­les Stre­et w Vil­la­ge. Jack pro­wa­dził ba­da­nia na­uko­we dla du­żej fir­my far­ma­ceu­tycz­nej. Ona ma­lo­wa­ła w swo­jej pra­cow­ni, z wyż­szo­ścią spo­glą­da­jąc na żony z przed­mieść z ich dżi­pa­mi, sztruk­so­wy­mi spodnia­mi i nie­ustan­ną ga­da­ni­ną o dzie­ciach. Te­raz była jed­ną z nich.

Za­par­ko­wa­ła na ty­łach szko­ły, ra­zem z in­ny­mi mat­ka­mi. Wy­łą­czy­ła sil­nik, wzię­ła ko­per­tę z Pho­to­ma­tu i ro­ze­rwa­ła ją. Był to film z wy­ciecz­ki do Che­ster, do­kąd jeź­dzi­li co roku na zry­wa­nie ja­błek. Jac­kro­bił zdję­cia. Lu­bił peł­nić rolę ro­dzin­ne­go fo­to­gra­fa. Ro­bie­nie zdjęć uwa­żał za mę­skie za­ję­cie, część oj­cow­skich obo­wiąz­ków.

Pierw­sze zdję­cie uka­zy­wa­ło Emmę, ich ośmio­let­nią cór­kę, oraz Maxa, sze­ścio­let­nie­go syna, zjeż­dża­ją­cych ze sto­gu sia­na. Dzie­ci ku­li­ły się, za­ru­mie­nio­ne od wia­tru. Gra­ce przez chwi­lę przy­glą­da­ła się zdję­ciu. Czu­ła… no tak, ma­cie­rzyń­ską tro­skę, pier­wot­ną i pry­mi­tyw­ną. Tak to już jest z dzieć­mi. Wła­śnie ta­kie dro­bia­zgi chwy­ta­ją za ser­ce. Przy­po­mnia­ła so­bie, że to był zim­ny dzień. Wie­dzia­ła, że w sa­dzie bę­dzie mnó­stwo lu­dzi. Nie chcia­ła tam je­chać. Te­raz, kie­dy pa­trzy­ła na to zdję­cie, dzi­wi­ły ją te głu­pie za­strze­że­nia.

Inne mat­ki ze­bra­ły się przy ogro­dze­niu, ga­wę­dząc i uzgad­nia­jąc ter­mi­ny uro­dzi­no­wych przy­jęć. Oczy­wi­ście była to nowa era, Ame­ry­ka zwy­cię­skich fe­mi­ni­stek, a mimo to wśród pra­wie osiem­dzie­się­ciu ro­dzi­ców cze­ka­ją­cych na dzie­ci było tyl­ko dwóch męż­czyzn. Je­den z nich, jak wie­dzia­ła, był po­rzu­co­nym po­nad rok temu mę­żem. Po­zna­wa­ła to po jego oczach, po­włó­cze­niu no­ga­mi, nie­do­go­lo­nym pod­bród­ku. Dru­gi był pra­cu­ją­cym w domu dzien­ni­ka­rzem, któ­ry za­wsze wy­da­wał się aż na­zbyt chęt­ny do po­ga­węd­ki z mat­ka­mi. Może czuł się osa­mot­nio­ny. A może z in­ne­go po­wo­du.

Ktoś za­pu­kał w szy­bę. Gra­ce pod­nio­sła gło­wę. Cora Lin­dley, jej naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka w mia­stecz­ku, dała jej znak, żeby otwo­rzy­ła drzwi. Gra­ce zro­bi­ła to. Cora usia­dła na fo­te­lu obok niej.

– Jak uda­ła się wczo­raj­sza rand­ka? – za­py­ta­ła Gra­ce.

– Nie­zbyt.

– Przy­kro mi.

– Syn­drom pią­tej rand­ki.

Cora była roz­wód­ką, tro­chę za­nad­to sek­sow­ną dla ner­wo­wych, za­wsze pil­nu­ją­cych swe­go „pań z to­wa­rzy­stwa”. No­szą­ca ob­ci­słe i wy­de­kol­to­wa­ne bluz­ki, ela­stycz­ne spodnie lub ró­żo­we szor­ty, Co­raz całą pew­no­ścią nie pa­so­wa­ła do tłu­mu w kha­ki i luź­nych swe­trach. Inne mat­ki spo­glą­da­ły na nią po­dejrz­li­wie. Do­ro­śli na przed­mie­ściach pod wie­lo­ma wzglę­da­mi za­cho­wu­ją się jak dzie­ci w szko­le.

– Co to jest syn­drom pią­tej rand­ki? – za­py­ta­ła Gra­ce.

– Nie­zbyt czę­sto cho­dzisz na rand­ki, co?

– Ra­czej nie – przy­zna­ła Gra­ce. – Mąż i dwój­ka dzie­ci tro­chę pod­cię­ły mi skrzy­dła.

– Szko­da. Wi­dzisz… i nie py­taj mnie dla­cze­go, ale na pią­tej rand­ce fa­ce­ci za­wsze po­ru­sza­ją te­mat… Jak to de­li­kat­nie wy­ra­zić? Za­ba­wy we tro­je.

– Po­wiedz mi, że żar­tu­jesz.

– Wca­le nie żar­tu­ję. Na pią­tej rand­ce. Naj­póź­niej. Fa­cet pyta mnie, oczy­wi­ście zu­peł­nie teo­re­tycz­nie, co są­dzę o za­ba­wie we tro­je. Jak­by mó­wił o po­ko­ju na Bli­skim Wscho­dzie.

– A co ty na to?

– Że bar­dzo to lu­bię, szcze­gól­nie jak dwaj fa­ce­ci ca­łu­ją się z ję­zycz­kiem.

Gra­ce ro­ze­śmia­ła się i obie wy­sia­dły. Bo­la­ła ją noga. Po prze­szło dzie­się­ciu la­tach nie po­win­na się już tym przej­mo­wać, ale wciąż sta­ra­ła się ukryć, że uty­ka. Zo­sta­ła przy sa­mo­cho­dzie i od­pro­wa­dzi­ła Corę wzro­kiem. Kie­dy za­dzwo­nił dzwo­nek, dzie­ci wy­pa­dły ze szko­ły ni­czym wy­strze­lo­ne z ar­ma­ty. Jak wszy­scy po­zo­sta­li ro­dzi­ce, Gra­ce wi­dzia­ła tyl­ko swo­je po­cie­chy. Resz­ta ban­dy, cho­ciaż może to za­brzmi nie­ład­nie, była tyl­ko tłem.

Max po­ja­wił się w dru­gim rzu­cie. Kie­dy Gra­ce zo­ba­czy­ła syna – w roz­wią­za­nym bu­cie, z za du­żym ple­ca­kiem i we włócz­ko­wej czap­ce zsu­nię­tej na jed­no ucho, jak be­ret tu­ry­sty – znów po­czu­ła wzru­sze­nie. Zbiegł po schod­kach, po­pra­wia­jąc ple­cak. Uśmiech­nę­ła się. Za­uwa­żył ją i od­po­wie­dział uśmie­chem.

Wsko­czył na tyl­ne sie­dze­nie sa­aba. Gra­ce przy­pię­ła go pa­sa­mi do fo­te­la i za­py­ta­ła, jak mi­nął dzień. Max od­po­wie­dział, że nie wie. Spy­ta­ła, co ro­bił w szko­le. Max od­parł, że nie wie. Czy uczył się ma­te­ma­ty­ki, an­giel­skie­go, bio­lo­gii, pla­sty­ki i prac ręcz­nych? Od­po­wiedź: wzru­sze­nie ra­mion i „nie wiem”. Gra­ce ski­nę­ła gło­wą. Ty­po­wy przy­pa­dek epi­de­mii na­zy­wa­nej Al­zhe­ime­rem szko­ły pod­sta­wo­wej. Czy dzie­ci są tam fa­sze­ro­wa­ne nar­ko­ty­ka­mi albo przy­się­ga­ją za­cho­wać wszyst­ko w ta­jem­ni­cy? Oto jed­na z za­ga­dek współ­cze­sne­go ży­cia.

Do­pie­ro kie­dy wró­ci­ła do domu i dała Ma­xo­wi de­ser – po­my­śleć tyl­ko, jo­gurt wy­ci­ska­ny z tub­ki, jak pa­sta do zę­bów – zna­la­zła czas, żeby obej­rzeć po­zo­sta­łe fo­to­gra­fie.

Lamp­ka au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki mru­ga­ła mia­ro­wo. Jed­na wia­do­mość. Gra­ce spoj­rza­ła na nu­mer dzwo­nią­ce­go, ale był za­strze­żo­ny. Na­ci­snę­ła od­twa­rza­nie i zdzi­wi­ła się. Głos na­le­żał do sta­re­go… chy­ba przy­ja­cie­la. Zna­jo­me­go to za mało po­wie­dzia­ne. Za­pew­ne naj­lep­szym okre­śle­niem był­by sta­ry zna­jo­my, ale w dość szcze­gól­nym zna­cze­niu tego sło­wa.

– Cześć, Gra­ce, mówi Carl Ve­spa.

Nie mu­siał się przed­sta­wiać. Mi­nę­ły lata, ale ten głos po­zna­ła­by za­wsze.

– Mo­żesz do mnie za­dzwo­nić, kie­dy znaj­dziesz chwil­kę cza­su? Mu­szę o czymś z tobą po­roz­ma­wiać.

Dru­gi pisk za­koń­czył wia­do­mość. Gra­ce nie po­ru­szy­ła się, ale po­czu­ła do­brze zna­ny nie­po­kój. Ve­spa. Dzwo­nił Carl Ve­spa. To z pew­no­ścią nic do­bre­go. Carl Ve­spa, cho­ciaż za­wsze trak­to­wał ją uprzej­mie, nie zno­sił ja­ło­wej ga­da­ni­ny. Za­sta­no­wi­ła się, czy od­dzwo­nić, i zde­cy­do­wa­ła, że na ra­zie nie.

Po­szła do za­pa­so­wej sy­pial­ni, w któ­rej urzą­dzi­ła so­bie pro­wi­zo­rycz­ną pra­cow­nię. Kie­dy do­brze ma­lo­wa­ła, gdy była, jak każ­dy ar­ty­sta lub spor­to­wiec, „w for­mie”, pa­trzy­ła na świat, jak­by szy­ko­wa­ła się do prze­nie­sie­nia go na płót­no. Spo­glą­da­ła na uli­ce, drze­wa, lu­dzi i za­sta­na­wia­ła się, ja­kie­go po­win­na użyć pędz­la, ze­sta­wu ko­lo­rów, wa­chla­rza świa­teł i cie­ni. Jej sztu­ka po­win­na od­zwier­cie­dlać jej pra­gnie­nia, nie rze­czy­wi­stość. Tak wi­dzia­ła sztu­kę. Oczy­wi­ście wszy­scy oglą­da­my świat przez pry­zmat na­szej oso­bo­wo­ści. Naj­lep­sze dzie­ła sztu­ki de­for­mu­ją rze­czy­wi­stość, aby uka­zać świat ar­ty­sty, to, co on wi­dzi, a do­kład­niej, co chce, by wi­dzie­li inni. Nie za­wsze jest to pięk­niej­sze od rze­czy­wi­sto­ści. Czę­ściej bar­dziej pro­wo­ka­cyj­ne, może na­wet brzyd­sze, efek­tow­niej­sze i bar­dziej uj­mu­ją­ce. Gra­ce chcia­ła wy­wo­ły­wać po­ru­sze­nie. Moż­na za­chwy­cać się pięk­nym za­cho­dem słoń­ca, lecz Gra­ce chcia­ła, żeby widz po­grą­żył się w nim i bał za­rów­no od­wró­cić, jak tego nie zro­bić.

Wy­da­ła do­dat­ko­we­go do­la­ra na dru­gi ze­staw od­bi­tek. Te­raz za­nu­rzy­ła pal­ce w ko­per­cie i wy­ję­ła je. Pierw­sze dwie uka­zy­wa­ły Emmę i Maxa zjeż­dża­ją­cych ze sto­gu sia­na. Na­stęp­na przed­sta­wia­ła Maxa wy­cią­ga­ją­ce­go rękę, by ze­rwać zie­lo­ne jabł­ko. Brzeg zdję­cia był lek­ko roz­ma­za­ny w miej­scu, gdzie Jack przy­su­nął dłoń za bli­sko obiek­ty­wu. Uśmiech­nę­ła się i po­krę­ci­ła gło­wą. Jej wiel­ki nie­zda­ra. Na kil­ku na­stęp­nych zdję­ciach wi­dać było Gra­ce i dzie­ci z jabł­ka­mi, drze­wa­mi lub ko­sza­mi. Zwil­got­nia­ły jej oczy, jak za­wsze, gdy oglą­da­ła zdję­cia swo­ich po­ciech.

Ro­dzi­ce Gra­ce umar­li mło­do. Mat­ka zgi­nę­ła, gdy pro­wa­dzo­na przez nią fur­go­net­ka zje­cha­ła na prze­ciw­le­gły pas szo­sy nu­mer czter­dzie­ści sześć w To­to­wa. Gra­ce, je­dy­nacz­ka, mia­ła wte­dy je­de­na­ście lat. Po­li­cja nie przy­szła do ich domu, tak jak po­ka­zu­ją to w fil­mach. O tym, co się sta­ło, za­wia­do­mi­li ojca przez te­le­fon. Gra­ce wciąż pa­mię­ta­ła, jak oj­ciec, ubra­ny w nie­bie­skie spodnie i sza­ry swe­ter, ode­brał te­le­fon, mó­wiąc swo­je me­lo­dyj­ne halo, jak zbladł i osu­nął się na pod­ło­gę, a jego zdu­szo­ny szloch szyb­ko ucichł, jak­by za­bra­kło mu tchu, żeby wy­pła­kać swój ból.

Wy­cho­wy­wał Gra­ce, do­pó­ki ser­ce, osła­bio­ne w dzie­ciń­stwie reu­ma­ty­zmem, nie od­mó­wi­ło po­słu­szeń­stwa. Była wte­dy na pierw­szym roku col­le­ge’u. Miesz­ka­ją­cy w Los An­ge­les wuj chciał za­brać ją do sie­bie, ale Gra­ce była już peł­no­let­nia. Po­sta­no­wi­ła zo­stać na wscho­dzie i ra­dzić so­bie sama.

Śmierć ro­dzi­ców była cięż­kim cio­sem, oczy­wi­ście, ale tak­że nada­ła jej ży­ciu dziw­ne­go im­pe­tu. Utra­ta bli­skich za­wsze wy­wo­łu­je po­czu­cie osa­mot­nie­nia, ale na­da­je też sens co­dzien­no­ści. Gra­ce za­pra­gnę­ła gro­ma­dzić wspo­mnie­nia i ko­rzy­stać z ży­cia, aby, cho­ciaż brzmi to po­nu­ro, jej dzie­ci mia­ły co pa­mię­tać, kie­dy i jej już nie bę­dzie.

I w tym mo­men­cie, gdy my­śla­ła o swo­ich ro­dzi­cach i o tym, że Emma i Max wy­glą­da­ją te­raz na znacz­nie star­szych niż na zdję­ciu ze zry­wa­nia ja­błek w ze­szłym roku, na­tknę­ła się na tę dziw­ną fo­to­gra­fię.

Zmarsz­czy­ła brwi.

Zdję­cie było w środ­ku pacz­ki. Może nie­co bli­żej spodu. Od­bit­ka była tej sa­mej wiel­ko­ści co po­zo­sta­łe, cho­ciaż nie­co cień­sza. Tań­szy ma­te­riał, po­my­śla­ła. Może zro­bio­no ją na biu­ro­wej kse­ro­ko­piar­ce.

Spraw­dzi­ła na­stęp­ne zdję­cie. Nie było du­pli­ka­tu. To dziw­ne. Tyl­ko jed­na od­bit­ka. Za­sta­no­wi­ła się. To zdję­cie mu­sia­ło za­plą­tać się z in­nej rol­ki fil­mu.

Po­nie­waż to nie było jej zdję­cie.

Po­mył­ka. Oto naj­prost­sze wy­ja­śnie­nie. Po­myśl o ja­ko­ści pra­cy, po­wiedz­my, Ko­ziej Bród­ki. On z całą pew­no­ścią mógł coś po­krę­cić, no nie? We­tknąć cu­dze zdję­cie mię­dzy jej od­bit­ki?

Wła­śnie tak pew­nie się sta­ło.

Czy­jaś fo­to­gra­fia zna­la­zła się mię­dzy jej zdję­cia­mi.

A może…

Zdję­cie wy­glą­da­ło na sta­re, cho­ciaż nie było czar­no-bia­łe ani w ko­lo­rze se­pii. Nic po­dob­ne­go. Było ko­lo­ro­we, ale bar­wy wy­da­wa­ły się ja­koś dziw­nie… wy­pło­wia­łe, wy­bla­kłe od słoń­ca, nie tak żywe jak moż­na ocze­ki­wać w dzi­siej­szych cza­sach. I lu­dzie na niej tak­że. Ich ubra­nia, fry­zu­ry i ma­ki­jaż były nie­mod­ne. Sprzed pięt­na­stu, może dwu­dzie­stu lat.

Gra­ce po­ło­ży­ła zdję­cie na sto­le, żeby obej­rzeć je do­kład­niej.

Fo­to­gra­fia była lek­ko nie­ostra. Uka­zy­wa­ła czte­ry – nie, chwi­lecz­kę, jesz­cze jed­na w rogu – pięć osób. Dwóch męż­czyzn i trzy ko­bie­ty, jesz­cze na­sto­let­ni, a może już po dwu­dzie­st­ce. Przy­najm­niej ci, któ­rych wi­dzia­ła dość do­kład­nie, wy­glą­da­li na ta­kich.

Ucznio­wie col­le­ge’u, po­my­śla­ła Gra­ce.

Mie­li na so­bie dżin­sy, ba­weł­nia­ne ko­szul­ki, przy­dłu­gie wło­sy i ten cha­rak­te­ry­stycz­ny wy­gląd bu­dzą­cej się nie­za­leż­no­ści. Zdję­cie spra­wia­ło wra­że­nie zro­bio­ne­go znie­nac­ka, za­nim fo­to­gra­fo­wa­ni zdą­ży­li się przy­go­to­wać. Nie­któ­rzy z nich mie­li od­wró­co­ne gło­wy, tak że wi­docz­ne były tyl­ko pro­fi­le. Ciem­no­wło­sej dziew­czy­nie przy pra­wej kra­wę­dzi zdję­cia wi­dać było tyl­ko tył gło­wy i dżin­so­wą kurt­kę. Obok niej sta­ła inna dziew­czy­na, o ogni­sto­ru­dych wło­sach i sze­ro­ko roz­sta­wio­nych oczach.

Sto­ją­ca pra­wie na środ­ku dziew­czy­na, blon­dyn­ka – mój Boże, co to ma zna­czyć? – mia­ła twarz prze­kre­ślo­ną du­żym ik­sem. Jak­by ktoś ją skre­ślił.

W jaki spo­sób to zdję­cie…

Pa­trząc na nie, Gra­ce po­czu­ła ukłu­cie nie­po­ko­ju. Te trzy ko­bie­ty – nie zna­ła ich. Dwaj męż­czyź­ni wy­glą­da­li po­dob­nie – ten sam wzrost, fry­zu­ry, miny. Sto­ją­ce­go po le­wej fa­ce­ta rów­nież nie zna­ła.

Była jed­nak pew­na, że roz­po­zna­je dru­gie­go męż­czy­znę. Czy też chłop­ca. Wła­ści­wie nie był jesz­cze w ta­kim wie­ku, żeby na­zy­wać go męż­czy­zną. Do­sta­tecz­nie do­ro­sły, żeby słu­żyć w woj­sku? Pew­nie. Tak więc na­le­ża­ło na­zy­wać go męż­czy­zną. Stał na środ­ku, obok blon­dyn­ki z prze­kre­ślo­ną twa­rzą…

Prze­cież to nie­moż­li­we. Po pierw­sze, był lek­ko ob­ró­co­ny pro­fi­lem. I ta rzad­ka bro­da za­sła­nia­ła mu więk­szą część twa­rzy…

Czy to jej mąż?

Gra­ce po­chy­li­ła się nad zdję­ciem. Jac­ka było wi­dać kiep­sko i z pro­fi­lu. Nie zna­ła go, kie­dy był mło­dy. Spo­tka­li się trzy­na­ście lat temu na pla­ży na La­zu­ro­wym Wy­brze­żu. Po roku, kil­ku ope­ra­cjach chi­rur­gicz­nych i fi­zjo­te­ra­pii, Gra­ce jesz­cze nie do­szła do sie­bie. Nie po­zby­ła się bó­lów gło­wy i amne­zji. Uty­ka­ła, i uty­ka do tej pory, ale ma­jąc dość wścib­stwa me­diów i za­mie­sza­nia wy­wo­ła­ne­go tra­gicz­ny­mi wy­da­rze­nia­mi tam­tej nocy, Gra­ce po pro­stu na ja­kiś czas chcia­ła się od tego ode­rwać. Ukoń­czy­ła stu­dia na wy­dzia­le sztuk pla­stycz­nych uni­wer­sy­te­tu w Pa­ry­żu. Pod­czas wa­ka­cji, wy­grze­wa­jąc się w słoń­cu na La­zu­ro­wym Wy­brze­żu, po­zna­ła Jac­ka.

Czy to na pew­no jest Jack?

Nie­wąt­pli­wie na tym zdję­ciu wy­glą­da in­a­czej. Wło­sy ma znacz­nie dłuż­sze. I tę bro­dę, cho­ciaż był jesz­cze za mło­dy i miał za sła­by za­rost, żeby zu­peł­nie za­kry­ła mu twarz. Nosi oku­la­ry. Jed­nak zdra­dzi­ła go po­zy­cja, po­chy­le­nie gło­wy, wy­raz twa­rzy.

To był jej mąż.

Po­spiesz­nie przej­rza­ła po­zo­sta­łe zdję­cia. Ko­lej­ne uję­cia ze ster­tą sia­na, jabł­ka­mi, wy­cią­gnię­ty­mi po nie rę­ka­mi. Zo­ba­czy­ła to, któ­re sama zro­bi­ła Jac­ko­wi, gdy raz, wy­jąt­ko­wo, po­zwo­lił jej wziąć do ręki apa­rat. Pod­niósł ręce tak wy­so­ko, że ko­szu­la wy­szła mu ze spodni i od­sło­ni­ła brzuch. Emma po­wie­dzia­ła mu, że ma za duży. Oczy­wi­ście, w ten spo­sób tyl­ko za­chę­ci­ła Jac­ka, któ­ry wy­piął go jesz­cze bar­dziej. Gra­ce się ro­ze­śmia­ła.

– Po­pra­cuj nim, chłop­cze! – po­wie­dzia­ła, ro­biąc zdję­cie.

Jack po­słu­chał, co Emma przy­ję­ła z głę­bo­kim nie­sma­kiem.

– Mamo?

Od­wró­ci­ła się.

– O co cho­dzi, Max?

– Mogę so­bie wziąć ba­to­nik?

– Weź je­den do sa­mo­cho­du – po­wie­dzia­ła, wsta­jąc. – Mu­si­my do­kądś po­je­chać.

Ko­ziej Bród­ki nie było w Pho­to­ma­cie.

Max oglą­dał opa­trzo­ne de­dy­ka­cja­mi ram­ki na zdję­cia z oka­zji uro­dzin. Ko­cha­my cię mamo i tym po­dob­ne. Męż­czy­zna za kon­tu­arem, wy­stro­jo­ny w po­lie­stro­wy kra­wat, ochra­niacz na kie­szon­kę i ko­szul­kę z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi tak cien­ką, że wi­dać było przez nią pod­ko­szu­lek, no­sił iden­ty­fi­ka­tor, gło­szą­cy wszem wo­bec, że on, Bru­ce, jest za­stęp­cą kie­row­ni­ka.

– W czym mogę po­móc?

– Szu­kam mło­de­go czło­wie­ka, któ­ry był tu parę go­dzin temu – po­wie­dzia­ła Gra­ce.

– Jo­sha już dzi­siaj nie bę­dzie. Co mogę dla pani zro­bić?

– Tuż przed trze­cią ode­bra­łam wy­wo­ła­ny film…

– Tak?

Gra­ce nie wie­dzia­ła, jak to ująć.

– Wśród od­bi­tek było zdję­cie, któ­re­go nie po­win­no tam być.

– Nie wiem, czy ro­zu­miem.

– Jed­no ze zdjęć. Nie ja je zro­bi­łam.

Wska­zał na Maxa.

– Wi­dzę, że ma pani małe dzie­ci.

– Słu­cham?

Za­stęp­ca kie­row­ni­ka Bru­ce po­pra­wił zsu­wa­ją­ce się na czu­bek nosa oku­la­ry.

– Ja tyl­ko chcia­łem po­wie­dzieć, że ma pani małe dzie­ci. A przy­najm­niej jed­no.

– Co to ma z tym wspól­ne­go?

– Cza­sem dziec­ko bawi się apa­ra­tem. Kie­dy ro­dzi­ce nie wi­dzą. Robi zdję­cie czy dwa. Po­tem od­kła­da apa­rat.

– Nie, to nie to. To nie na­sze zdję­cie.

– Ro­zu­miem. Cóż, prze­pra­szam za kło­pot. Czy do­sta­ła pani wszyst­kie od­bit­ki?

– Tak są­dzę.

– Żad­nej nie bra­ko­wa­ło?

– Nie spraw­dza­łam tak do­kład­nie, ale są chy­ba wszyst­kie.

Otwo­rzył szu­fla­dę.

– Pro­szę. To ku­pon. Na­stęp­ny film wy­wo­ła­my za dar­mo. Dzie­więć na trzy­na­ście. Je­śli ze­chce pani dzie­sięć na pięt­na­ście, za nie­wiel­ką do­pła­tą.

Gra­ce zi­gno­ro­wa­ła wy­cią­gnię­tą rękę.

– Na­pis na drzwiach gło­si, że wszyst­kie zdję­cia wy­wo­łu­je­cie tu­taj.

– Zga­dza się. – Po­kle­pał sto­ją­cą za nim ma­szy­nę. – Robi to dla nas sta­ra Bet­sy.

– A więc mój film zo­stał wy­wo­ła­ny tu­taj?

– Oczy­wi­ście.

Gra­ce wrę­czy­ła mu ko­per­tę Pho­to­ma­tu.

– Może mi pan po­wie­dzieć, kto wy­wo­łał ten film?

– Je­stem pe­wien, że to była zwy­kła po­mył­ka.

– Nie twier­dzę, że nie. Ja tyl­ko chcę wie­dzieć, kto wy­wo­łał mój film.

Spoj­rzał na ko­per­tę.

– Mogę spy­tać, dla­cze­go chce pani to wie­dzieć?

– Czy to Josh?

– Tak, ale…

– Dla­cze­go wziął wol­ne?

– Prze­pra­szam?

– Ode­bra­łam zdję­cia tuż przed trze­cią. Za­my­ka­cie o szó­stej. Jest już pra­wie pią­ta.

– Co z tego?

– Wy­da­je się dziw­ne, że w punk­cie za­my­ka­nym o szó­stej pierw­sza zmia­na koń­czy się mię­dzy trze­cią a pią­tą.

Za­stęp­ca kie­row­ni­ka Bru­ce wy­pro­sto­wał się z god­no­ścią.

– Josh zo­stał we­zwa­ny w pil­nych spra­wach ro­dzin­nych.

– Ja­kich spra­wach?

– Pro­szę, pani… – spraw­dził na ko­per­cie – Law­son, prze­pra­szam za ten błąd i kło­pot. Je­stem pe­wien, że zdję­cie z in­nej rol­ki przy­pad­kiem zna­la­zło się w pani ko­per­cie. Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby przy­da­rzy­ło nam się coś ta­kie­go, ale nikt nie jest do­sko­na­ły. Och, chwi­lecz­kę.

– Tak?

– Czy mogę zo­ba­czyć tę fo­to­gra­fię?

Gra­ce oba­wia­ła się, że ze­chce za­trzy­mać zdję­cie.

– Nie mam go przy so­bie – skła­ma­ła.

– Co było na tym zdję­ciu?

– Grup­ka lu­dzi.

Kiw­nął gło­wą.

– Ro­zu­miem. Czy byli nadzy?

– Co ta­kie­go? Nie. Dla­cze­go pan pyta?

– Wy­glą­da pani na roz­gnie­wa­ną. Za­ło­ży­łem, że to zdję­cie tak pa­nią obu­rzy­ło.

– Nie, nic ta­kie­go. Chcia­łam tyl­ko po­roz­ma­wiać z Jo­shem. Może pan po­dać mi jego na­zwi­sko albo nu­mer te­le­fo­nu?

– Nie­ste­ty, nie. Jed­nak bę­dzie tu ju­tro od rana. Może pani wte­dy z nim po­roz­ma­wiać.

Gra­ce po­dzię­ko­wa­ła i wy­szła. Może tak bę­dzie le­piej, po­my­śla­ła. Przy­jeż­dża­jąc tu­taj, za­re­ago­wa­ła ner­wo­wo. Po­praw­ka. Za­re­ago­wa­ła zbyt ner­wo­wo.

Jack za kil­ka go­dzin wró­ci do domu. Wte­dy go o to za­py­ta.

Gra­ce mu­sia­ła roz­wieźć do do­mów dzie­ci po lek­cji pły­wa­nia. Czte­ry dziew­czyn­ki w wie­ku od ośmiu do dzie­się­ciu lat, wszyst­kie nie­zwy­kle żywe, wci­snę­ły się na tył wozu. Gło­śne chi­cho­ty, chó­ral­ne „halo, pani Law­son”, mo­kre wło­sy, de­li­kat­ny za­pach chlo­ru z YMCA i gumy do żu­cia, od­głos ścią­ga­nych ple­ca­ków i za­trza­ski­wa­nych pa­sów. Nikt nie usiadł z przo­du – zgod­nie z no­wy­mi prze­pi­sa­mi – ale cho­ciaż czu­ła się jak szo­fer, a może wła­śnie dla­te­go, Gra­ce lu­bi­ła od­wo­zić dzie­ci. Mo­gła wte­dy pa­trzeć, jak jej po­cie­cha ra­dzi so­bie z ró­wie­śni­ka­mi. W sa­mo­cho­dzie dzie­ci roz­ma­wia­ją swo­bod­nie, jak­by kie­ru­ją­cy znaj­do­wał się w zu­peł­nie in­nej stre­fie cza­so­wej. Ro­dzic wie­le może się do­wie­dzieć. Może od­kryć, kto jest w po­rzo, a kto nie, kto przy­szedł, a kto nie, któ­ry na­uczy­ciel jest su­per, a któ­ry z całą pew­no­ścią do ni­cze­go. Moż­na, je­śli słu­cha się dość uważ­nie, dojść do tego, na któ­rym szcze­blu kla­so­wej hie­rar­chii znaj­du­je się na­sze dziec­ko.

I moż­na się przy tym do­sko­na­le ba­wić.

Jack zno­wu pra­co­wał do póź­na, więc po po­wro­cie do domu Gra­ce szyb­ko przy­go­to­wa­ła obiad dla Maxa i Emmy – gu­lasz wa­rzyw­ny (po­dob­no zdrow­szy, a po do­da­niu ke­czu­pu dzie­cia­ki nie za­uwa­żą róż­ni­cy), plac­ki ziem­nia­cza­ne i wiel­ką mro­żo­ną ku­ku­ry­dzę Jol­ly Gre­en. Na de­ser ob­ra­ła im dwie po­ma­rań­cze. Emma od­ro­bi­ła pra­ce do­mo­we, zda­niem Gra­ce zbyt trud­ne dla ośmio­let­nie­go dziec­ka. Gdy zna­la­zła chwil­kę cza­su, Gra­ce prze­szła przez ko­ry­tarz i włą­czy­ła kom­pu­ter.

Mo­gła nie znać się na fo­to­gra­fii cy­fro­wej, ale ro­zu­mia­ła ko­niecz­ność, a na­wet za­le­ty gra­fi­ki kom­pu­te­ro­wej oraz świa­to­wej sie­ci in­ter­ne­to­wej. Mia­ła wła­sną stro­nę, na któ­rej pre­zen­to­wa­ła swo­je pra­ce, in­for­mo­wa­ła, jak je ku­pić lub jak za­mó­wić ob­raz. Z po­cząt­ku wy­da­wa­ło jej się to re­kla­miar­stwem, ale Far­ley, jej agent, przy­po­mniał Gra­ce, że Mi­chał Anioł ma­lo­wał dla pie­nię­dzy i na za­mó­wie­nie. Tak samo jak da Vin­ci, Ra­fa­el i wła­ści­wie każ­dy wiel­ki ar­ty­sta, ja­kie­go znał ten świat. Kim jest, żeby się wy­wyż­szać?

Gra­ce ze­ska­no­wa­ła trzy naj­lep­sze zdję­cia ze zbie­ra­nia ja­błek, żeby je za­cho­wać, a po­tem – bar­dziej pod wpły­wem ka­pry­su niż cze­go­kol­wiek in­ne­go – po­sta­no­wi­ła ze­ska­no­wać tak­że cu­dzą fo­to­gra­fię. Zro­biw­szy to, za­czę­ła ką­pać dzie­ci. Naj­pierw Emmę. Wła­śnie wy­cho­dzi­ła z wan­ny, kie­dy Gra­ce usły­sza­ła po­brzę­ki­wa­nie klu­czy przy tyl­nych drzwiach.

– Hej – za­wo­łał szep­tem Jack – jest tam ja­kaś na­pa­lo­na ba­becz­ka, cze­ka­ją­ca na dłu­gie­go ro­ga­la?

– Dzie­ci… dzie­ci jesz­cze nie śpią.

– Och.

– Przy­łą­czysz się do nas?

Jack wbiegł po scho­dach, po­ko­nu­jąc po dwa stop­nie na­raz. Dom za­trząsł się pod jego cię­ża­rem. Był po­tęż­nym męż­czy­zną, miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i wa­żył sto dzie­sięć kilo. Lu­bi­ła, jak śpi obok niej, jego wzno­szą­cą się i opa­da­ją­cą pierś, mę­ski za­pach, mięk­kie wło­sy na klat­ce pier­sio­wej i to, jak w nocy obej­mu­je ją ra­mie­niem, ge­stem nie tyl­ko in­tym­nym, ale da­ją­cym po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Spra­wiał, że czu­ła się mała i do­brze chro­nio­na, co może było nie­mod­ne, ale przy­jem­ne.

– Cześć, ta­tu­siu – po­wie­dzia­ła Emma.

– Hej, kot­ku, jak było w szko­le?

– Do­brze.

– Wciąż pod­ko­chu­jesz się w tym To­nym?

– E tam!

Za­do­wo­lo­ny z jej re­ak­cji, Jack po­ca­ło­wał Emmę w po­li­czek. Max wy­szedł ze swo­je­go po­ko­ju, cał­kiem goły.

– Szef go­to­wy do ką­pie­li? – za­py­tał Jack.

– Go­to­wy – od­parł Max.

Przy­bi­li so­bie piąt­kę. Jack po­rwał na ręce roz­chi­cho­ta­ne­go chłop­ca. Gra­ce po­mo­gła Em­mie wło­żyć pi­ża­mę. Z ła­zien­ki do­cho­dzi­ły wy­bu­chy śmie­chu. Jack śpie­wał z Ma­xem ryt­micz­ną pio­sen­kę o nie­ja­kiej Jen­ny Jen­kins, któ­ra nie mo­gła się zde­cy­do­wać, ja­kie­go ko­lo­ru su­kien­kę chce no­sić. Jack za­czy­nał, wy­mie­nia­jąc ko­lor, a Max do­po­wia­dał ry­mu­ją­ce się sło­wo. W tym mo­men­cie śpie­wa­li, że Jen­ny Jen­kins nie chcia­ła ko­lo­ru żół­te­go, po­nie­waż wy­glą­da­ła­by jak „kur­czak, ko­le­go”. Co wie­czór ry­cze­li ze śmie­chu przy tej pio­sen­ce.

Jack wy­tarł Maxa, ubrał go w pi­ża­mę i po­ło­żył spać. Prze­czy­tał mu dwa roz­dzia­ły Char­lie­go w fa­bry­ce cze­ko­la­dy. Max jak urze­czo­ny słu­chał każ­de­go sło­wa. Emma była już na tyle duża, że mo­gła czy­tać so­bie sama. Le­ża­ła w swo­im łóż­ku, po­chła­nia­jąc naj­now­szą opo­wieść Le­mo­ny Snic­ke­ta o sie­rot­kach Bau­de­la­ire. Gra­ce usia­dła przy niej i ry­so­wa­ła przez pół go­dzi­ny. To była jej ulu­bio­na pora dnia, kie­dy mo­gła w mil­cze­niu pra­co­wać w po­ko­ju cór­ki.

Jack skoń­czył, a Max za­czął go pro­sić, żeby prze­czy­tał jesz­cze jed­ną stro­nę. Jack był nie­ugię­ty. Zro­bi­ło się póź­no, po­wie­dział. Max nie­chęt­nie ustą­pił. Jesz­cze przez chwi­lę roz­ma­wia­li o zbli­ża­ją­cej się wi­zy­cie Char­lie­go w fa­bry­ce Wil­ly’ego Won­ka. Gra­ce przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie.

Ro­ald Dahl, uzgod­ni­li obaj jej męż­czyź­ni, jest nie­sa­mo­wi­ty.

Jack przy­ga­sił świa­tła – mie­li za­mon­to­wa­ny ściem­niacz, po­nie­waż Max nie lu­bił ciem­no­ści – a po­tem wszedł do po­ko­ju Emmy. Po­chy­lił się, żeby po­ca­ło­wać ją na do­bra­noc. Emma, praw­dzi­wa có­recz­ka ta­tu­sia, za­rzu­ci­ła mu ręce na szy­ję i nie chcia­ła pu­ścić. Co wie­czór do­sko­na­li­ła na nim swo­ją tech­ni­kę oka­zy­wa­nia uczu­cia i od­wle­ka­nia chwi­li, kie­dy bę­dzie mu­sia­ła pójść spać.

– Masz coś no­we­go w dzien­nicz­ku? – za­py­tał Jack.

Emma ski­nę­ła gło­wą. Jej ple­cak stał obok łóż­ka. Po­grze­ba­ła w nim i wy­ję­ła ze­szyt. Otwo­rzy­ła go i wrę­czy­ła ojcu.

– Pi­sze­my wier­sze – po­in­for­mo­wa­ła. – Dzi­siaj za­czę­łam je­den.

– Świet­nie. Chcesz go prze­czy­tać?

Emma pro­mie­nia­ła. Jack też. Od­kaszl­nę­ła i za­czę­ła:

Pił­ko, pił­ko pla­żo­wa,

cze­mu je­steś taka nowa?

Tak do­sko­na­le okrą­gła

i tak pięk­nie brą­zo­wa.

Pił­ko, pił­ko te­ni­so­wa.

cze­mu ska­czesz po tra­wie?

Gdy ude­rzą cię ra­kie­tą,

czy krę­ci ci się w gło­wie?

Gra­ce ob­ser­wo­wa­ła ich, sto­jąc w drzwiach. Ostat­nio Jack pra­co­wał do póź­na. Za­zwy­czaj nie mia­ła nic prze­ciw­ko temu. Chwi­le spo­ko­ju zda­rza­ły się co­raz rza­dziej. Po­trze­bo­wa­ła wy­tchnie­nia. Sa­mot­ność, po­prze­dza­ją­ca nudę, jest mo­to­rem pro­ce­su twór­cze­go. Wła­śnie o to cho­dzi tym wszyst­kim me­dy­tu­ją­cym ar­ty­stom – sta­ra­ją się nu­dzić tak strasz­nie, żeby na­tchnie­nie mu­sia­ło przyjść choć­by jako me­cha­nizm obron­ny przed utra­tą zmy­słów. Kie­dyś zna­jo­my pi­sarz wy­ja­śnił jej, że naj­lep­szym le­kar­stwem na nie­moc twór­czą jest lek­tu­ra książ­ki te­le­fo­nicz­nej. Za­cznij się do­sta­tecz­nie moc­no nu­dzić, a muza po­czu­je się zo­bo­wią­za­na udroż­nić na­wet naj­bar­dziej za­tka­ne ar­te­rie.

Kie­dy Emma skoń­czy­ła, Jack cof­nął się i po­wie­dział:

– Ooo!

Emma zro­bi­ła minę, jaką robi za­wsze, gdy jest z sie­bie dum­na i nie chce tego oka­zać. Ścią­gnę­ła war­gi i le­ciut­ko je przy­gry­zła.

– To naj­lep­szy wiersz, jaki sły­sza­łem w ży­ciu – po­wie­dział Jack.

Emma skrom­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ma tyl­ko dwie zwrot­ki.

– To naj­lep­sze dwie pierw­sze zwrot­ki, ja­kie sły­sza­łem w ży­ciu.

– Ju­tro na­pi­szę wiersz o ho­ke­ju.

– Sko­ro o tym mowa…

Emma usia­dła.

– Co?

Jack uśmiech­nął się.

– Mam bi­le­ty na so­bot­ni mecz Ran­ger­sów w Gar­den. Emma, na­le­żą­ca do gru­py ki­bi­ców ry­wa­li­zu­ją­cej o wpły­wy z wiel­bi­cie­la­mi ostat­nie­go boys ban­du, wy­da­ła ra­do­sny okrzyk. Znów za­rzu­ci­ła mu ręce na szy­ję. Jack prze­wró­cił ocza­mi i zniósł to z god­no­ścią. Za­czę­li oma­wiać ostat­ni mecz dru­ży­ny, a tak­że roz­wa­żać jej szan­se na po­ko­na­nie ze­spo­łu Min­ne­so­ta Wild. Po kil­ku mi­nu­tach Jack uwol­nił się z ob­jęć cór­ki. Po­wie­dział, że ją ko­cha. Od­po­wie­dzia­ła, że ona jego też. Jack ru­szył do drzwi.

– Mu­szę zna­leźć coś do je­dze­nia – szep­nął do Gra­ce.

– W lo­dów­ce są reszt­ki kur­cza­ka.

– Może prze­bie­rzesz się w wy­god­niej­szy strój?

– Na­dzie­ja wiecz­nie żywa.

Jack uniósł brew.

– Wciąż się bo­isz, że nie je­steś dla mnie dość ko­bie­ca?

– Och, to mi coś przy­po­mi­na.

– Co?

– Coś w związ­ku z ostat­nią rand­ką Cory.

– Roz­bie­ra­ną?

– Za­raz zej­dę na dół.

Uniósł dru­gą brew, ci­cho gwizd­nął i zszedł po scho­dach. Gra­ce za­cze­ka­ła, aż Emma za­cznie głę­bo­ko od­dy­chać. Wte­dy zga­si­ła świa­tło i jesz­cze przez chwi­lę przy­glą­da­ła się cór­ce. Tak zwy­kle robi Jack. No­ca­mi krą­ży po ko­ry­ta­rzu, nie mo­gąc za­snąć, do­glą­da­jąc śpią­cych dzie­ci. Cza­sem bu­dzi­ła się w nocy i nie znaj­do­wa­ła go obok sie­bie. Jack stał zwy­kle w drzwiach jed­ne­go z po­koi dzie­ci, pa­trząc szkla­nym wzro­kiem. Kie­dy pod­cho­dzi­ła do nie­go, mó­wił: „Są ta­kie ko­cha­ne…”. Nie mu­siał mó­wić nic wię­cej. Nie mu­siał mó­wić na­wet tego.

Te­raz nie sły­szał, jak po­de­szła, i z ja­kie­goś po­wo­du, nad któ­rym Gra­ce na­wet nie chcia­ła się za­sta­na­wiać, nie ode­zwa­ła się do nie­go. Stał nie­ru­cho­mo, ple­ca­mi do niej, ze spusz­czo­ną gło­wą. To było nie­zwy­kłe. Za­zwy­czaj był w nie­ustan­nym ru­chu. Tak samo jak Max, nie po­tra­fił ustać spo­koj­nie. Wier­cił się. Na­wet kie­dy sie­dział, ner­wo­wo przy­tu­py­wał nogą. Try­skał ener­gią.

Te­raz jed­nak spo­glą­dał na blat ku­chen­nej szaf­ki, a ści­śle mó­wiąc, na le­żą­ce tam cu­dze zdję­cie, nie­ru­cho­my jak głaz.

– Jack?

Drgnął.

– Co to jest, do dia­bła?

Za­uwa­ży­ła, że jego wło­sy są odro­bi­nę za dłu­gie.

– Może ty mi to po­wiesz?

Nie od­po­wie­dział.

– To ty, praw­da? Z bro­dą.

– Co? Nie.

Spoj­rza­ła na nie­go. Za­mru­gał i po­pa­trzył gdzieś w bok.

– Dziś ode­bra­łam wy­wo­ła­ny film – wy­ja­śni­ła. – W Pho­to­ma­cie.

Nadal mil­czał. Po­de­szła bli­żej.

– To zdję­cie było wśród in­nych.

– Za­raz. – Spoj­rzał na nią ostro. – Było wśród na­szych zdjęć?

– Tak.

– Któ­rych?

– Tych zro­bio­nych w sa­dzie.

– To non­sens.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Kim są ci inni lu­dzie na tym zdję­ciu?

– Skąd mam wie­dzieć?

– Ta blon­dyn­ka, któ­ra stoi obok cie­bie. Z twa­rzą prze­kre­ślo­ną krzy­ży­kiem. Kto to?

Za­dzwo­nił te­le­fon ko­mór­ko­wy Jac­ka. Chwy­cił go z szyb­ko­ścią re­wol­we­row­ca. Wy­mam­ro­tał „halo”, po­słu­chał, za­krył dło­nią mi­kro­fon i po­wie­dział:

– To Dan.

Pro­wa­dzi­li ra­zem ba­da­nia dla Pen­ta­col Phar­ma­ceu­ti­cals. Ze spusz­czo­ną gło­wą ru­szył do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Gra­ce po­szła na górę. Za­czę­ła szy­ko­wać się do snu. Lek­ki nie­po­kój po­wo­li prze­ra­dzał się w głę­bo­kie za­nie­po­ko­je­nie. Wró­ci­ła my­śla­mi do lat, kie­dy miesz­ka­li we Fran­cji. Nig­dy nie roz­ma­wiał z nią o swo­jej prze­szło­ści. Wie­dzia­ła, że miał bo­ga­tą ro­dzi­nę i fun­dusz po­wier­ni­czy, ale nie chciał mieć z nimi nic wspól­ne­go. Miał sio­strę, praw­nicz­kę w Los An­ge­les lub San Die­go. Jego oj­ciec wciąż żył, ale był bar­dzo sta­ry. Gra­ce chęt­nie do­wie­dzia­ła­by się wię­cej, ale Jack nie chciał o tym mó­wić, więc nie na­le­ga­ła, prze­czu­wa­jąc, że ma po temu po­wo­dy.

Za­ko­cha­li się. Ona ma­lo­wa­ła. On pra­co­wał w win­ni­cy Sa­int-Emi­lion nie­da­le­ko Bor­de­aux. Miesz­ka­li w Sa­int-Emi­lion, aż Gra­ce za­szła w cią­żę. Wte­dy coś za­czę­ło ją cią­gnąć do oj­czy­zny. Cho­ciaż może to za­brzmi pa­te­tycz­nie, za­pra­gnę­ła wy­cho­wać swo­je dzie­ci w kra­ju lu­dzi wol­nych i dziel­nych. Jack chciał zo­stać, ale Gra­ce na­le­ga­ła. Te­raz za­sta­na­wia­ła się dla­cze­go.

Mi­nę­ło pół go­dzi­ny. Gra­ce wśli­zgnę­ła się pod koł­drę i cze­ka­ła. Dzie­sięć mi­nut póź­niej usły­sza­ła od­głos za­pusz­cza­ne­go sil­ni­ka. Wyj­rza­ła przez okno.

Sa­mo­chód Jac­ka od­jeż­dżał spod domu.

Wie­dzia­ła, że lu­bił ro­bić za­ku­py w nocy, kie­dy nie ma ko­le­jek, szcze­gól­nie w skle­pach spo­żyw­czych. Taki noc­ny wy­pad nie był dla nie­go czymś nie­zwy­kłym. Nie­zwy­kłe było tyl­ko to, że nie po­wie­dział jej, że je­dzie na za­ku­py, i nie za­py­tał, co trze­ba ku­pić.

Gra­ce spró­bo­wa­ła za­dzwo­nić na jego ko­mór­kę, ale ode­zwa­ła się pocz­ta gło­so­wa. Usia­dła i cze­ka­ła. Nie wra­cał. Pró­bo­wa­ła czy­tać. Sło­wa roz­pły­wa­ły się jej w oczach. Dwie go­dzi­ny póź­niej znów spró­bo­wa­ła za­dzwo­nić do Jac­ka. Po­now­nie ode­zwa­ła się pocz­ta gło­so­wa. Zaj­rza­ła do dzie­ci. Moc­no spa­ły, po­grą­żo­ne w bło­giej nie­świa­do­mo­ści.

Nie mo­gąc tego dłu­żej znieść, Gra­ce ze­szła na dół. Przej­rza­ła za­war­tość ko­per­ty ze zdję­cia­mi.

Fo­to­gra­fia zni­kła.

2

Więk­szość lu­dzi prze­glą­da ogło­sze­nia to­wa­rzy­skie, szu­ka­jąc part­ne­rów na rand­kę.

Eric Wu szu­kał ofiar.

Miał sie­dem róż­nych kont pocz­to­wych za­ło­żo­nych na na­zwi­ska sied­miu fik­cyj­nych osób – za­rów­no męż­czyzn, jak i ko­biet. Z każ­dej z tych skrzy­nek pro­wa­dził ko­re­spon­den­cję z co naj­mniej sze­ścio­ma po­ten­cjal­ny­mi ce­la­mi. Trzy kon­ta były stan­dar­do­we, dla osób w do­wol­nym wie­ku. Dwa dla sa­mot­nych po pięć­dzie­siąt­ce. Jed­no dla ho­mo­sek­su­ali­stów. I ostat­nie dla les­bi­jek szu­ka­ją­cych po­waż­nych związ­ków.

Wu nie­ustan­nie flir­to­wał w sie­ci z czter­dzie­sto­ma, a na­wet pięć­dzie­się­cio­ma oso­ba­mi. Po­wo­li je po­zna­wał. Więk­szość za­cho­wy­wa­ła ostroż­ność, ale był na to przy­go­to­wa­ny. Eric Wu na­le­żał do lu­dzi cier­pli­wych. W koń­cu ze strzę­pów in­for­ma­cji i tak zło­ży ca­łość, po czym zde­cy­du­je, czy pod­trzy­mać zna­jo­mość, czy też ze­rwać kon­tak­ty.

Z po­cząt­ku ko­re­spon­do­wał tyl­ko z ko­bie­ta­mi. W teo­rii były naj­ła­twiej­szy­mi ofia­ra­mi. Jed­nak Eric Wu, któ­ry nie czer­pał ze swej pra­cy żad­nych sek­su­al­nych ko­rzy­ści, zdał so­bie spra­wę z tego, że po­mi­ja cały ogrom­ny ob­szar, któ­re­go miesz­kań­cy nie przej­mu­ją się tak bar­dzo swo­im bez­pie­czeń­stwem. Na przy­kład męż­czy­zna nie boi się gwał­tu. Nie oba­wia się na­tręt­nych ad­o­ra­to­rów. Męż­czy­zna jest mniej ostroż­ny, a to czy­ni go ła­twiej­szą ofia­rą.

Wy­szu­ki­wał sa­mot­ne oso­by. Je­śli mia­ły dzie­ci, nie nada­wa­ły się. Je­że­li mia­ły miesz­ka­ją­cych w po­bli­żu krew­nych, nie nada­wa­ły się tak­że. Od­pa­da­li rów­nież ci, któ­rzy mie­li sub­lo­ka­to­rów, po­waż­ne sta­no­wi­ska, zbyt wie­lu przy­ja­ciół. Wu szu­kał sa­mot­nych z wy­bo­ru, uni­ka­ją­cych bli­skich związ­ków, któ­re łą­czą więk­szość lu­dzi z resz­tą spo­łe­czeń­stwa. A te­raz po­trze­bo­wał ko­goś miesz­ka­ją­ce­go bli­sko domu Law­so­nów.

Zna­lazł od­po­wied­nią ofia­rę w oso­bie nie­ja­kie­go Fred­dy’ego Sy­ke­sa.

Fred­dy Sy­kes pra­co­wał dla spo­rej fir­my z Wal­dwick, w sta­nie New Jer­sey, zaj­mu­ją­cej się roz­li­cze­nia­mi po­dat­ko­wy­mi. Miał czter­dzie­ści osiem lat. Jego ro­dzi­ce nie żyli. Nie miał ro­dzeń­stwa. Flir­tu­jąc z nim w sie­ci na wi­try­nie Bi­Men.com, Wu do­wie­dział się, że Fred­dy opie­ko­wał się mat­ką do jej śmier­ci i nie miał cza­su na bli­skie związ­ki. Kie­dy zmar­ła przed dwo­ma laty, Fred­dy odzie­dzi­czył dom w Ho-Ho-Kus, za­le­d­wie pięć ki­lo­me­trów od re­zy­den­cji Law­so­nów. Prze­sła­ne pocz­tą elek­tro­nicz­ną zdję­cie świad­czy­ło o tym, że praw­do­po­dob­nie ma lek­ką nad­wa­gę, a wło­sy czar­ne jak wę­giel, rzad­kie, sta­ran­nie za­cze­sa­ne na bok. Jego uśmiech wy­glą­dał na wy­mu­szo­ny, nie­na­tu­ral­ny, jak gry­mas na mo­ment przed spa­da­ją­cym cio­sem.

Przez trzy ostat­nie ty­go­dnie Fred­dy flir­to­wał w sie­ci z nie­ja­kim Alem Sin­ge­rem, pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nim eme­ry­to­wa­nym me­ne­dże­rem Exxo­nu, któ­ry był żo­na­ty przez dwa­dzie­ścia sześć lat, za­nim przy­znał, że ma ocho­tę „po­eks­pe­ry­men­to­wać”. Ten Al Sin­ger nadal ko­chał swo­ją żonę, lecz ona nie ro­zu­mia­ła jego po­trze­by ob­co­wa­nia z męż­czy­zna­mi i ko­bie­ta­mi. Al lu­bił po­dró­że po Eu­ro­pie, do­bre je­dze­nie i te­le­wi­zyj­ne trans­mi­sje spor­to­we. Pod­szy­wa­jąc się pod Ala Sin­ge­ra, Wu wy­ko­rzy­stał zdję­cie ścią­gnię­te z wi­try­ny YMCA. Jego Al Sin­ger był do­brze zbu­do­wa­ny, ale nie­zbyt przy­stoj­ny. Ktoś bar­dziej uro­dzi­wy mógł­by wzbu­dzić po­dej­rze­nia Fred­dy’ego. Wu chciał, żeby ofia­ra po­łknę­ła ha­czyk. To był klucz do suk­ce­su.

Są­sia­da­mi Fred­dy’ego Sy­ke­sa były głów­nie mło­de mał­żeń­stwa, któ­re nie zwra­ca­ły na nie­go uwa­gi. Jego dom ni­czym nie wy­róż­niał się spo­śród in­nych. Te­raz Wu pa­trzył, jak drzwi ga­ra­żu Sy­ke­sa otwie­ra­ją się, ste­ro­wa­ne elek­tro­nicz­nie. Ga­raż był po­łą­czo­ny z resz­tą domu. Moż­na było wje­chać i wy­je­chać, nie po­ka­zu­jąc się są­sia­dom. Do­sko­na­le.

Wu od­cze­kał dzie­sięć mi­nut i za­dzwo­nił do drzwi.

– Kto tam?

– Prze­sył­ka dla pana Sy­ke­sa.

– Co za prze­sył­ka?

Fred­dy Sy­kes nie otwo­rzył drzwi. Dziw­ne. Męż­czyź­ni zwy­kle otwie­ra­ją. To rów­nież jest jed­nym z po­wo­dów tego, że są ła­twiej­szy­mi ofia­ra­mi niż ko­bie­ty. Nad­mier­na pew­ność sie­bie. Wu za­uwa­żył wi­zjer. Sy­kes nie­wąt­pli­wie ob­ser­wo­wał dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nie­go, do­brze zbu­do­wa­ne­go Ko­re­ań­czy­ka w luź­nych spodniach. Może za­uwa­żył kol­czy­ki w uszach Wu i na­rze­kał w du­chu, że dzi­siej­sza mło­dzież tak ka­le­czy swo­je cia­ła. A może krę­cą go mu­sku­ły i kol­czy­ki. Kto wie?

– Z Top­fit Cho­co­la­te – po­wie­dział Wu.

– Od kogo?

Wu udał, że po­now­nie czy­ta kart­kę.

– Od pana Sin­ge­ra.

Uda­ło się. Wu usły­szał trzask od­su­wa­nej za­su­wy. Po­pa­trzył na boki. Ni­ko­go. Fred­dy Sy­kes z uśmie­chem otwo­rzył drzwi. Wu nie wa­hał się ani se­kun­dy. Zło­żył pal­ce i ude­rzył nimi w szy­ję Sy­ke­sa, ni­czym ptak dzio­bem. Fred­dy ru­nął na pod­ło­gę. Jak na czło­wie­ka o ta­kiej tu­szy, Wu po­ru­szał się nie­zwy­kle szyb­ko. Wśli­zgnął się do środ­ka i za­mknął drzwi.

Fred­dy Sy­kes le­żał na wznak, ści­ska­jąc rę­ka­mi szy­ję. Pró­bo­wał krzyk­nąć, lecz z jego gar­dła wy­do­by­wa­ły się tyl­ko ci­che pi­ski. Wu po­chy­lił się i ob­ró­cił go na brzuch. Fred­dy pró­bo­wał się opie­rać. Wu wy­cią­gnął mu ko­szu­lę ze spodni. Fred­dy kop­nął go. Wu wpraw­nie prze­su­nął pal­ca­mi po jego krę­go­słu­pie, aż od­na­lazł wła­ści­we miej­sce mię­dzy czwar­tym a pią­tym krę­giem. Fred­dy nadal wierz­gał. Wu usztyw­nił wska­zu­ją­cy pa­lec i kciuk, po czym wbił je jak ba­gne­ty w jego cia­ło, nie­mal prze­bi­ja­jąc skó­rę.

Fred­dy ze­sztyw­niał.

Wu na­ci­snął jesz­cze moc­niej, po­wo­du­jąc lek­kie prze­miesz­cze­nie krę­gów. Wbi­ja­jąc pal­ce jesz­cze głę­biej, chwy­cił i po­cią­gnął. Coś w krzy­żu Fred­dy’ego trza­snę­ło jak stru­na gi­ta­ry.

Prze­stał wierz­gać.

Prze­stał się ru­szać.

Jed­nak Fred­dy Sy­kes żył. Do­brze. Wła­śnie tego chciał Wu. Kie­dyś za­bi­jał ofia­ry od razu, ale te­raz już się na­uczył. Żywy Fred­dy mógł za­dzwo­nić do swo­je­go sze­fa i po­wie­dzieć, że bie­rze urlop. Żywy mógł po­dać swój PIN, gdy­by Wu chciał pod­jąć pie­nią­dze z ban­ko­ma­tu. Żywy mógł roz­ma­wiać przez te­le­fon, gdy­by ktoś do nie­go za­dzwo­nił.

I do­pó­ki żył, Wu nie mu­siał przej­mo­wać się odo­rem roz­kła­du.

Wu we­pchnął kne­bel w usta Fred­dy’ego i zo­sta­wił go na­gie­go w wan­nie. Sil­nie na­ci­ska­jąc krę­go­słup, do­pro­wa­dził do prze­miesz­cze­nia dwóch krę­gów. Tego ro­dza­ju prze­miesz­cze­nie ma po­waż­ne kon­se­kwen­cje, ale nie do­cho­dzi do prze­rwa­nia rdze­nia krę­go­we­go. Wu spraw­dził re­zul­ta­ty. Fred­dy nie mógł po­ru­szać no­ga­mi. Wpraw­dzie mię­śnie bar­ków nadal miał spraw­ne, ale nie był w sta­nie ru­szać rę­ka­mi i przed­ra­mio­na­mi. Naj­waż­niej­sze, że wciąż mógł od­dy­chać.

Fred­dy Sy­kes był spa­ra­li­żo­wa­ny.

Trzy­ma­jąc go w wan­nie, Wu ła­twiej mógł utrzy­mać po­rzą­dek. Oczy Fred­dy’ego były otwar­te tro­chę za sze­ro­ko. Wu znał ten ob­jaw: już nie strach, a jesz­cze nie ago­nia, strasz­li­wa pust­ka po­mię­dzy ży­ciem a śmier­cią.

Nie było po­trze­by go wią­zać.

Wu usiadł w ciem­nym po­ko­ju i cze­kał, aż za­pad­nie noc. Za­mknął oczy i po­zwo­lił my­ślom dry­fo­wać swo­bod­nie. W Ran­gu­nie były wię­zie­nia, w któ­rych stu­dio­wa­li zła­ma­nia krę­go­słu­pa u po­wie­szo­nych. Do­wie­dzie­li się, gdzie umiesz­czać wę­zeł pę­tli, jak roz­ło­żyć cię­żar i ja­kie to spo­wo­du­je skut­ki.

W Ko­rei Pół­noc­nej, w obo­zie dla więź­niów po­li­tycz­nych, któ­ry był dla Wu do­mem przez pięć lat, po­su­nę­li te ba­da­nia jesz­cze da­lej. Wro­gów pań­stwa za­bi­ja­no na roz­ma­ite wy­myśl­ne spo­so­by. Wu ro­bił to go­ły­mi rę­ka­mi. Har­to­wał je, ude­rza­jąc nimi w ka­mie­nie. Po­znał ana­to­mię ludz­kie­go cia­ła w stop­niu mo­gą­cym wzbu­dzić za­zdrość więk­szo­ści stu­den­tów me­dy­cy­ny. Ćwi­czył na lu­dziach, do­sko­na­ląc tech­ni­kę.

Wła­ści­we miej­sce mię­dzy czwar­tym a pią­tym krę­giem. Oto klucz do suk­ce­su. Nie­co wy­żej i do­cho­dzi do cał­ko­wi­te­go pa­ra­li­żu. A ta­kie uszko­dze­nie po­wo­du­je szyb­ką śmierć. Nie­waż­ne ręce i nogi – prze­sta­ją pra­co­wać or­ga­ny we­wnętrz­ne. Nie­co ni­żej i ofia­ra tra­ci wła­dzę tyl­ko w no­gach. Nadal może po­ru­szać rę­ka­mi. Je­śli na­ci­śnie się za moc­no, moż­na zła­mać krę­go­słup. Naj­waż­niej­sza jest pre­cy­zja. Wy­czu­cie. Wpra­wa.

Wu włą­czył kom­pu­ter Fred­dy’ego. Chciał utrzy­mać kon­takt z po­zo­sta­ły­mi sa­mot­ny­mi ze swo­jej li­sty, po­nie­waż nig­dy nie wia­do­mo, kie­dy bę­dzie po­trze­bo­wał no­wej me­li­ny. Kie­dy skoń­czył, po­zwo­lił so­bie na krót­ki sen. Po trzech go­dzi­nach zbu­dził się i spraw­dził, jak tam Fred­dy. Ten miał szkli­ste spoj­rze­nie i pa­trzył przed sie­bie nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi, mru­ga­jąc od cza­su do cza­su.

Kie­dy kon­takt za­dzwo­nił na ko­mór­kę Wu, była pra­wie dzie­sią­ta wie­czór.

– Je­steś na miej­scu? – za­py­tał kon­takt.

– Tak.

– Mamy pe­wien kło­pot.

Wu cze­kał.

– Mu­si­my tro­chę przy­spie­szyć. Czy bę­dzie z tym pro­blem?

– Nie.

– Trze­ba go prze­trans­por­to­wać te­raz.

– Masz od­po­wied­nie miej­sce?

Wu słu­chał, za­pa­mię­tu­jąc lo­ka­li­za­cję.

– Masz ja­kieś py­ta­nia?

– Nie – od­parł Wu.

– Eric?

Wu cze­kał.

– Dzię­ki, sta­ry.

Wu roz­łą­czył się. Zna­lazł klu­czy­ki i od­je­chał hon­dą Fred­dy’ego.

3

Gra­ce nie mo­gła jesz­cze za­dzwo­nić na po­li­cję. Nie mo­gła też za­snąć. Kom­pu­ter wciąż był włą­czo­ny. Ta­pe­ta na ekra­nie uka­zy­wa­ła ro­dzin­ne zdję­cie, zro­bio­ne w ze­szłym roku w Di­sney­lan­dzie. We czwór­kę po­zo­wa­li z Go­ofym w Ep­cot Cen­ter. Jack miał na gło­wie wiel­kie my­sie uszy. Uśmie­chał się od ucha do ucha. W jej uśmie­chu było spo­ro re­zer­wy. Czu­ła się głu­pio, co jesz­cze bar­dziej roz­ba­wi­ło Jac­ka. Do­tknę­ła my­szy – in­nej, mysz­ki kom­pu­te­ro­wej – i jej ro­dzi­na zni­kła.

Gra­ce klik­nę­ła i po­ja­wi­ło się to dziw­ne zdję­cie piąt­ki na­sto­lat­ków. Ob­raz otwo­rzył się w pro­gra­mie Pho­to­shop. Gra­ce przez kil­ka mi­nut tyl­ko pa­trzy­ła na te mło­de twa­rze. Sama nie wie­dzia­ła, cze­go szu­ka. Może ja­kie­goś śla­du? Nie zna­la­zła ni­cze­go. Ko­lej­no wy­cię­ła każ­dą twarz i po­więk­szy­ła je do kwa­dra­tów o oko­ło dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych bo­kach. Przy więk­szym po­więk­sze­niu i tak nie­ostre zdję­cia by­ły­by zu­peł­nie roz­ma­za­ne. W po­jem­ni­ku dru­kar­ki atra­men­to­wej był do­bry pa­pier, więc na­ci­snę­ła przy­cisk wy­dru­ku. Po­tem wzię­ła no­życz­ki i za­bra­ła się do pra­cy.

Wkrót­ce otrzy­ma­ła pięć osob­nych od­bi­tek, po jed­nej z każ­dą z wi­docz­nych na zdję­ciu osób. Przyj­rza­ła im się po­now­nie, tym ra­zem szcze­gól­nie dużo uwa­gi po­świę­ca­jąc mło­dej blon­dyn­ce sto­ją­cej obok Jac­ka. Dziew­czy­na była ślicz­na, mia­ła zdro­wą cerę miesz­kan­ki przed­mie­ścia i dłu­gie pla­ty­no­we wło­sy. Pa­trzy­ła na Jac­ka i to by­najm­niej nie obo­jęt­nym wzro­kiem. Gra­ce po­czu­ła ukłu­cie cze­goś jak­by… za­zdro­ści? Dziw­ne. Kim była ta ko­bie­ta? Naj­wi­docz­niej bli­ską przy­ja­ciół­ką, o któ­rej Jack nig­dy jej nie wspo­mi­nał. I co z tego? Gra­ce ma swo­ją prze­szłość. Jack też. Dla­cze­go więc spoj­rze­nie tej dziew­czy­ny tak ją za­nie­po­ko­iło?

I co te­raz?

Bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać na Jac­ka. Kie­dy wró­ci do domu, za­żą­da od nie­go wy­ja­śnień.

Ja­kich wy­ja­śnień?

Za­raz, chwi­lecz­kę. Co się tak na­praw­dę sta­ło? Sta­ra fo­to­gra­fia, być może Jac­ka, zna­la­zła się w ko­per­cie z jej zdję­cia­mi. Oczy­wi­ście, to nie­zwy­kłe. Na­wet tro­chę nie­sa­mo­wi­te, przez tę prze­kre­ślo­ną twarz blon­dyn­ki. I Jack bez uprze­dze­nia spę­dził noc poza do­mem. No i co z tego? Coś na tym zdję­ciu wy­trą­ci­ło go z rów­no­wa­gi. Wy­łą­czył ko­mór­kę i pew­nie sie­dzi w ba­rze. Albo w domu Dana. Cała ta hi­sto­ria to pew­nie ja­kiś kiep­ski żart.

Tak, Gra­ce, ja­sne. Żart. Taki jak ten o kwo­ce, a wła­ści­wie kacz­ce.

Sie­dząc sama w ciem­nym po­ko­ju roz­świe­tla­nym tyl­ko po­świa­tą mo­ni­to­ra, Gra­ce na roz­ma­ite spo­so­by pró­bo­wa­ła wy­ja­śnić to dziw­ne zda­rze­nie. Prze­sta­ła, kie­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że to prze­ra­ża ją jesz­cze bar­dziej.

Klik­nę­ła na twarz mło­dej ko­bie­ty, tej spo­glą­da­ją­cej tę­sk­nie na jej męża, żeby po­więk­szyć ją i le­piej się przyj­rzeć. Pa­trzy­ła na tę twarz, po pro­stu ga­pi­ła się na nią i na­gle prze­szedł ją zim­ny dreszcz. Nie drgnę­ła. Nadal pa­trzy­ła. Nie mia­ła po­ję­cia gdzie, kie­dy ani jak, ale na­gle i nie­ocze­ki­wa­nie coś so­bie uświa­do­mi­ła.

Kie­dyś już tę dziew­czy­nę wi­dzia­ła.

4

Roc­ky Con­well za­jął sta­no­wi­sko przy re­zy­den­cji Law­so­nów.

Pró­bo­wał usa­do­wić się wy­god­nie w swo­jej toy­ocie rocz­nik 1989, ale oka­za­ło się to nie­moż­li­we. Roc­ky był za duży na taki gów­nia­ny sa­mo­chód. Po­cią­gnął moc­niej tę prze­klę­tą dźwi­gnię, pra­wie ją ury­wa­jąc, ale fo­tel nie chciał się bar­dziej od­su­nąć. No trud­no. Wy­cią­gnął nogi i po­zwo­lił opaść po­wie­kom.

Czło­wie­ku, ależ był zmę­czo­ny. Pra­co­wał na dwa eta­ty. Pierw­sza ro­bo­ta, któ­rą wziął tyl­ko po to, żeby zro­bić wra­że­nie na ku­ra­to­rze są­do­wym, to dzie­się­cio­go­dzin­ne zmia­ny w roz­lew­ni Bu­dwe­ise­ra w Ne­wark. Dru­gą, po­le­ga­ją­cą na wy­sia­dy­wa­niu w tej cho­ler­nej ga­blo­cie i ob­ser­wo­wa­niu domu, ni­ko­mu się nie chwa­lił.

Drgnął, sły­sząc war­kot sil­ni­ka. Pod­niósł do oczu lor­net­kę. Niech to szlag, ktoś od­jeż­dża mi­ni­va­nem. Wy­ostrzył ob­raz. Jack Law­son od­jeż­dżał sprzed domu. Roc­ky odło­żył lor­net­kę i wrzu­cił bieg, za­mie­rza­jąc je­chać za fa­ce­tem.

Roc­ky mu­siał pra­co­wać na dwa eta­ty, po­nie­waż bar­dzo, ale to bar­dzo po­trze­bo­wał pie­nię­dzy. Lor­ra­ine, jego była, na­po­my­ka­ła, że może do nie­go wró­ci. Jed­nak wciąż się wa­ha­ła. Roc­ky wie­dział, że for­sa prze­chy­li­ła­by sza­lę na jego ko­rzyść. Ko­chał Lor­ra­ine. I bar­dzo, ale to bar­dzo chciał, żeby do nie­go wró­ci­ła. Spę­dził z nią wie­le mi­łych chwil, no nie? I je­śli bę­dzie mu­siał uro­bić so­bie ręce po łok­cie, żeby ją od­zy­skać, to trud­no. Był go­to­wy za­pła­cić taką cenę.

Roc­ky Con­well nie za­wsze był w ta­kim doł­ku. Kie­dyś grał w obro­nie aka­de­mic­kiej dru­ży­ny na West­field High. Sam Joe Pa­ter­no zwer­bo­wał go do aka­de­mic­kie­go ze­spo­łu uni­wer­sy­te­tu Pen­syl­wa­nia i zro­bił z nie­go twar­de­go środ­ko­we­go po­moc­ni­ka. Mie­rzą­cy metr osiem­dzie­siąt osiem, wa­żą­cy sto trzy­dzie­ści kilo i agre­syw­ny Roc­ky przez czte­ry lata był osto­ją dru­ży­ny. Przez dwa lata z rzę­du grał w fi­na­łach ligi aka­de­mic­kiej. Po ośmiu se­zo­nach pod­pi­sał kon­trakt z St. Lo­uis Rams.

Przez pe­wien czas wy­da­wa­ło się, że Pan Bóg do­sko­na­le za­pla­no­wał mu ży­cie. Na­praw­dę miał na imię Roc­ky, gdyż ro­dzi­ce nada­li mu je po tym, jak jego mat­ka za­czę­ła ro­dzić, oglą­da­jąc film Roc­ky w le­cie ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku. Ma­jąc na imię Roc­ky, po­wi­nie­neś być duży i sil­ny. Po­wi­nie­neś mieć wolę wal­ki. No i zo­stał za­wo­do­wym fut­bo­li­stą, ma­rzą­cym o stu­diach. On i Lor­ra­ine – pięk­ność, na wi­dok któ­rej ulicz­ny ruch nie tyl­ko za­mie­rał, ale mógł na­wet zmie­nić kie­ru­nek – spik­nę­li się na pierw­szym roku. I po­ko­cha­li się. Ży­cie było pięk­ne.

Do­pó­ki się nie po­psu­ło.

Roc­ky był świet­nym gra­czem aka­de­mic­kim, ale mię­dzy ama­to­ra­mi a za­wo­dow­ca­mi róż­ni­ca jest ogrom­na. Na obo­zie tre­nin­go­wym po­do­ba­ła im się jego agre­syw­na gra. Po­do­ba­ła im się jego pra­co­wi­tość. I to, że da­wał z sie­bie wszyst­ko, żeby jego dru­ży­na wy­gra­ła. Jed­nak nie po­do­ba­ła im się jego szyb­kość, a w no­wo­cze­snej grze, kła­dą­cej na­cisk na przej­mo­wa­nie i kry­cie, Roc­ky po pro­stu nie był dość do­bry. A przy­najm­niej tak twier­dzi­li. Roc­ky nie re­zy­gno­wał. Za­czął brać wię­cej ste­ry­dów. Na­brał cia­ła, lecz wciąż nie był dość do­bry. Prze­trwał je­den se­zon w dru­ży­nie spar­rin­go­wej. Po­tem go wy­wa­li­li.

Nie chciał jed­nak zre­zy­gno­wać z ma­rzeń. Bez prze­rwy sie­dział na si­łow­ni. Za­czął kok­so­wać ile wle­zie. Za­wsze za­ży­wał ja­kieś wspo­ma­ga­ją­ce ana­bo­li­ki. Każ­dy spor­to­wiec to robi. Jed­nak roz­pacz spra­wi­ła, że stał się nie­ostroż­ny. Nie przej­mo­wał się efek­ta­mi ubocz­ny­mi czy przedaw­ko­wa­niem. Chciał tyl­ko przy­bie­rać na wa­dze. Na sku­tek za­ży­wa­nia ste­ry­dów lub roz­cza­ro­wa­nia, a praw­do­po­dob­nie z obu tych po­wo­dów, wpadł w lek­ką de­pre­sję.

Aby za­ro­bić na ży­cie, wy­stę­po­wał w wal­kach or­ga­ni­zo­wa­nych przez Ul­ti­ma­te Fi­gh­ting Fe­de­ra­tion. Może pa­mię­ta­cie te po­je­dyn­ki? Przez pe­wien czas były to bru­tal­ne bi­ja­ty­ki, praw­dzi­we i krwa­we, bez żad­nych re­guł. Roc­ky był w nich do­bry. Był wiel­ki, sil­ny i agre­syw­ny. Był tak­że wy­trzy­ma­ły i wie­dział, jak zmę­czyć prze­ciw­ni­ka.

W koń­cu nad­miar prze­mo­cy na rin­gu za­czął iry­to­wać co wraż­liw­szych. Ko­lej­ne sta­ny za­ka­zy­wa­ły ta­kich bru­tal­nych walk. Nie­któ­rzy za­wod­ni­cy za­czę­li wal­czyć w Ja­po­nii, gdzie wciąż były le­gal­ne. Roc­ky do­my­ślał się, że Ja­poń­czy­cy nie są tak wraż­li­wi, ale nie wy­je­chał z kra­ju. Wciąż wie­rzył, że wy­stę­py w NFL leżą w jego moż­li­wo­ściach. Je­śli tyl­ko bę­dzie tro­chę więk­szy, tro­chę sil­niej­szy i nie­co szyb­szy.

Sa­mo­chód Jac­ka Law­so­na wje­chał na dro­gę nu­mer sie­dem­na­ście. Roc­ky otrzy­mał wy­raź­ne in­struk­cje: śle­dzić Law­so­na. Za­pi­sy­wać, gdzie bywa, z kim roz­ma­wia, każ­dy szcze­gół jego wy­cie­czek, ale w żad­nym wy­pad­ku nie rzu­cać mu się w oczy. Miał go ob­ser­wo­wać. Nic wię­cej.

No tak, ła­twa for­sa.

Dwa lata temu Roc­ky wdał się w bój­kę w ba­rze. Ty­po­wa hi­sto­ria. Ja­kiś fa­cet za dłu­go przy­glą­dał się Lor­ra­ine. Roc­ky spy­tał go, na co się gapi, a fa­cet od­po­wie­dział, że na nic. Zna­cie to. Tyl­ko że Roc­ky był na­fa­sze­ro­wa­ny kok­sem i nad­po­bu­dli­wy. Za­ła­twił go­ścia – po­słał go do szpi­ta­la – i do­stał wy­rok za na­paść z po­bi­ciem. Prze­sie­dział trzy mie­sią­ce i te­raz był na wa­run­ko­wym. To prze­peł­ni­ło cza­rę. Lor­ra­ine na­zwa­ła go fu­ja­rą i się wy­pro­wa­dzi­ła.

A te­raz pró­bo­wał ją od­zy­skać.

Prze­stał brać. Ma­rze­nia umie­ra­ją po­wo­li, ale wresz­cie zro­zu­miał, że nig­dy nie za­gra w NFL. Po­sia­dał jed­nak inne ta­len­ty. Mógł być do­brym tre­ne­rem. Umiał za­chę­cić gra­czy. Je­den z jego zna­jo­mych miał doj­ście do jego daw­nej alma ma­ter, West­field High. Gdy­by Roc­ky uzy­skał ka­sa­cję wy­ro­ku, mógł­by zo­stać tam po­moc­ni­kiem tre­ne­ra. A Lor­ra­ine mo­gła­by do­stać tam pra­cę te­ra­peut­ki. Wy­szli­by na pro­stą.

Po­trze­bo­wa­li tyl­ko tro­chę go­tów­ki na po­czą­tek.

Roc­ky trzy­mał swo­ją to­yo­tę ce­li­cę w przy­zwo­itej od­le­gło­ści za mi­ni­va­nem. Nie bał się, że śle­dzo­ny go za­uwa­ży. Jack Law­son był ama­to­rem. Nie bę­dzie wy­pa­try­wał ogo­na. Tak po­wie­dzia­no Roc­ky’emu.

Law­son prze­je­chał gra­ni­cę mia­sta Nowy Jork i skie­ro­wał się dro­gą szyb­kie­go ru­chu na pół­noc. Była dzie­sią­ta wie­czór. Roc­ky za­sta­na­wiał się, czy nie za­dzwo­nić, ale nie, jesz­cze nie. Nie ma cze­go mel­do­wać. Fa­cet wy­brał się na prze­jażdż­kę. Roc­ky go śle­dzi. Na tym po­le­ga jego pra­ca.

Po­czuł skurcz w łyd­ce. O rany, żeby w tej gów­nia­nej bry­ce było wię­cej miej­sca na nogi!

Pół go­dzi­ny póź­niej Law­son za­trzy­mał się przed Wo­od­bu­ry Com­mons, jed­nym z tych ogrom­nych cen­trów han­dlo­wych, w któ­rych wszyst­kie skle­py są „fi­lia­mi” bar­dziej eks­klu­zyw­nych sa­lo­nów ze śród­mie­ścia. Cen­trum było za­mknię­te. Mi­ni­van skrę­cił w spo­koj­ną ulicz­kę, bie­gną­cą wzdłuż jed­ne­go boku hi­per­mar­ke­tu. Roc­ky nie po­je­chał za nim. Gdy­by to zro­bił, śle­dzo­ny z pew­no­ścią by go za­uwa­żył.

Roc­ky zna­lazł miej­sce na pra­wo od cen­trum, za­par­ko­wał, zga­sił świa­tła i się­gnął po lor­net­kę.

Jack Law­son za­trzy­mał sa­mo­chód i Roc­ky zo­ba­czył, jak wy­sia­da. Nie­da­le­ko stał inny sa­mo­chód. Pew­nie ko­chan­ki Law­so­na. Dziw­ne miej­sce na ro­man­tycz­ne ren­de­zvo­us, ale co tam. Jack ro­zej­rzał się, a po­tem ru­szył w kie­run­ku drzew. Niech to szlag. Roc­ky bę­dzie mu­siał śle­dzić go pie­szo.

Odło­żył lor­net­kę i wy­siadł. Wciąż był trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści me­trów za Law­so­nem. Nie chciał pod­cho­dzić bli­żej. Przy­kuc­nął i zno­wu spoj­rzał przez lor­net­kę. Law­son za­trzy­mał się. Od­wró­cił się i…

Co to?

Roc­ky po­spiesz­nie skie­ro­wał lor­net­kę w pra­wo. Po le­wej stro­nie Law­so­na wy­rósł ja­kiś fa­cet. Roc­ky przyj­rzał mu się uważ­nie. Gość no­sił ubra­nie kha­ki. Był krę­py i przy­sa­dzi­sty, zbu­do­wa­ny jak sza­fa. Wy­glą­da na kul­tu­ry­stę, po­my­ślał Roc­ky. Fa­cet, wy­glą­da­ją­cy na Chiń­czy­ka, stał nie­ru­cho­mo jak głaz.

Przy­najm­niej przez kil­ka se­kund.

Po­wo­li, nie­mal czu­łym ge­stem, Chiń­czyk wy­cią­gnął rękę i po­ło­żył ją na ra­mie­niu Law­so­na. Przez mo­ment Roc­ky po­my­ślał, że może jest świad­kiem schadz­ki dwóch ge­jów. Jed­nak to nie było to. Wca­le nie.

Jack Law­son osu­nął się na zie­mię jak ku­kieł­ka, któ­rej prze­cię­to sznur­ki.

Roc­ky stłu­mił okrzyk zdu­mie­nia. Chiń­czyk spo­glą­dał na bez­wład­nie le­żą­cą ofia­rę. Po­tem po­chy­lił się i chwy­cił Law­so­na za… do li­cha, chy­ba za kark, jak pod­no­si się szcze­nia­ka lub kota. Wziął go za kark.

Niech to szlag, po­my­ślał Roc­ky. Le­piej to zgło­szę.

Z ła­two­ścią pod­nió­sł­szy Law­so­na, Chiń­czyk ru­szył w kie­run­ku sa­mo­cho­du. Niósł ofia­rę w jed­nej ręce, jak­by tasz­czył wa­liz­kę albo coś ta­kie­go. Roc­ky się­gnął po ko­mór­kę.

Cho­le­ra, zo­sta­wił ją w sa­mo­cho­dzie.

W po­rząd­ku, myśl, Roc­ky. Sa­mo­chód, któ­rym przy­je­chał ten Chiń­czyk. Hon­da ac­cord. Ta­bli­ce z New Jer­sey. Roc­ky pró­bo­wał za­pa­mię­tać nu­mer. Pa­trzył, jak Chiń­czyk otwie­ra ba­gaż­nik. Wrzu­cił Law­so­na do środ­ka jak wo­rek z pra­niem.

Czło­wie­ku, co te­raz?