Tylko jedna noc - Jess Ryder - ebook + książka

Tylko jedna noc ebook

Jess Ryder

4,3

Opis

Jess Ryder, autorka porywających Wszystkich moich kłamstw, powraca z kolejnym elektryzującym thrillerem. Ta książka przykuje was do fotela, zaskoczy i napełni paranoiczną nieufnością do każdego z bohaterów.

Ktoś obserwował Amber z daleka. Ktoś, kto jej nienawidzi i zazdrości.

Amber i George to świeżo upieczeni rodzice w kryzysie. Ona bardzo pragnęła dziecka, ale macierzyństwo ją przytłacza. Kiedy oboje postanawiają na jedną noc zostawić siedmiomiesięczną córkę pod opieką siostry Amber, dziewczynka znika z łóżeczka…

Teraz już nic nie będzie takie jak przedtem. Nakręca się spirala tajemniczych, niepokojących wydarzeń.

Jeśli dziecko się nie znajdzie, Amber nie wybaczy siostrze i mężowi, który namówił ją na weekendowy wypad. Tylko czy ona sama jest bez winy…? Młoda matka ma pewien sekret, dotychczas dobrze skrywany – czy to możliwe, że ktoś jeszcze zna prawdę i chce ją zmusić do zapłaty za kłamstwo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (9 ocen)
4
4
1
0
0
Sortuj według:
Daniela098

Dobrze spędzony czas

Cała książka świetna, trzymająca w napięciu. Został tu przedstawiony problem zdrady fizycznej i emocjonalnej, stawiania przyjaźni ponad małżeństwo i chorobliwej zazdrości, a także miłości przemienionej w obłęd. Z książkami Jess Ryder zauważyłam, że mam jeden problem – kompletnie nie podobają mi się zakończenia. Tak samo jak w innej jej książce, tak i tu zabrakło mi rozmowy między małżonkami. Tu w dodatku odnioslam wrażenie, że zakończenie jest urwane, cały punkt kulminacyjny został jedynie streszczony w epilogu. A szkoda, bo naprawdę byłam go ciekawa.
00

Popularność




Dla mojego ojca

1

Kilka tygodni przed

Codziennie przychodzę do Lilac Park, żeby popatrzeć na dzieci. Są wszędzie, jest ich tu pełno jak wiewiórek. Dwie kobiety gawędzą przy bramie, leniwie manewrując głębokimi wózkami w przód i w tył. Kilka metrów dalej jakiś maluch biega wokół drzewa. Młoda matka zmierza w moją stronę, popychając przed sobą jaskrawoczerwoną spacerówkę i uśmiechając się w późnopopołudniowym słońcu. Wyczekiwanie sprawia, że czuję motylki w brzuchu. Kręci mi się w głowie. Odwracam się i udaję, że obserwuję kaczki pływające po stawie, ale serce bije mi jak oszalałe, gdy kobieta przechodzi obok. Koła wózka skrzypią radośnie.

Park obfituje w rozrywki; są tu korty tenisowe, plac zabaw, ogród różany, staw z ozdobnymi rybkami, murawa do gry w kule oraz dwa boiska piłkarskie, na których w niedzielne poranki są rozgrywane mecze. Oczywiście nie brakuje też parkowej kawiarni. W tygodniu matki ciągną do niej niczym stada gołębi, blokują przestrzeń drogimi modelami wózków i walczą o kilka dostępnych wysokich krzesełek dla dzieci. Gromadzą się wokół wspólnych stołów, karmią piersią, gawędzą i popijają organiczną chai latte. Przesiaduję przy barze i słucham, jak dyskutują o problemach ze snem i obolałych sutkach albo jak debatują o tym, co jest ważniejsze: komfort związany z używaniem jednorazowych pieluch czy potrzeba ratowania planety. Ich maleństwa często płaczą wniebogłosy, domagając się uwagi. Mam wtedy ochotę wziąć któreś na ręce i przytulić, ale oczywiście tego nie robię. Nie śmiałabym.

Nikt tutaj mnie nie zauważa. Bo niby dlaczego ktokolwiek miałby zwracać na mnie uwagę? Jestem sama. Niezamężna. Nie targam ze sobą dziecięcych akcesoriów. Nie mam pojęcia, jak to jest być matką. Nie rozumiem, przez co przeszły te kobiety i jak teraz wygląda ich życie. Zakładają, że nie mogłabym się z nimi podzielić żadnymi okropnymi historiami o porodzie, żadnymi zabawnymi anegdotkami. Nie mam pod opieką małego geniusza, którego osiągnięciami mogłabym się przechwalać. Byłam w tej kawiarni niezliczoną ilość razy, ale one mnie nie dostrzegają. Jestem dla nich niewidzialna.

Zresztą nie tylko matki mnie ignorują, tatusiowie również, chociaż oni rzadko pojawiają się w parku przed weekendem. Zazwyczaj używają nosidełek. Pewnie myślą, że wyglądają bardziej męsko i troskliwie, gdy przytulają dzieci do piersi, zamiast paradować z wózkiem po okolicy. Lubią, gdy zakatarzone maluchy obśliniają im kurtki. Z dumą obnoszą się z tymi plamami ojcostwa.

W weekendy park aż pęka w szwach od młodych rodzin – rodzice przychodzą tu z niemowlętami, kilkuletnimi maluchami i dziećmi w wieku szkolnym, a często i z dziadkami na doczepkę. Dorośli sterczą w grupkach na skraju placu zabaw i rozmawiają ze sobą, z roztargnieniem zerkając na podopiecznych. Zdarza się, że przesiaduję na murku przy piaskownicy i obserwuję dzieci kopiące dziury i lepiące zamki z piasku. Kłócą się o plastikowe łopatki i próbują podkradać porzucone hulajnogi. Często mam ochotę wejść w rolę mediatora i wyjaśnić maluchom, że zabawkami trzeba się dzielić. Chcę im pomagać we wspinaczce na zjeżdżalnię i łapać je na dole albo bawić się z nimi na wahadłowej huśtawce, ale dorosłym nie wolno wchodzić w interakcje z dziećmi innych ludzi, o ile nie mają własnych.

Spędzanie czasu w tym miejscu jest dla mnie torturą, jednak muszę tu przychodzić, żeby mieć na oku Mabel. Mieszka z mamusią i tatusiem w domu naprzeciwko głównej bramy parku. Pod numerem siedemdziesiątym czwartym. To specjalnie zaprojektowany piętrowy apartament w stylu edwardiańskim, z osobnym wejściem od frontu i mnóstwem oryginalnych akcentów – tego rodzaju nieruchomości stały się bardzo popularne wśród hipsterów, którzy zaczęli się tu przenosić z Hackney. W tej okolicy powietrze jest mniej zanieczyszczone, a szkoły podstawowe cieszą się lepszą renomą. Poza tym ceny domów są niższe ze względu na oddalenie od centrum miasta.

Mieszkanie Amber i George’a mieści się na pierwszym i drugim piętrze. Mają zaadaptowane poddasze, o czym świadczą okna dachowe. Na parterze znajduje się tylko wąski hol, gdzie jest akurat tyle miejsca, by trzymać wózek. Nieraz widziałam, jak Amber wciska się do środka z zakupami i biega po schodach tam i z powrotem, próbując zanieść wszystkie torby do kuchni, zanim Mabel się obudzi. Nie ma pojęcia, że czatuję w parku naprzeciwko, ukrywam się na widoku, pośród biegaczy, spacerowiczów z psami, matek z wózkami i dzieci karmiących kaczki. Obserwuję ją.

Można wyraźnie zauważyć, że Amber nie czerpie radości z macierzyństwa. Nie promieniuje blaskiem samozadowolenia jak inne matki w parkowej kawiarni. Minę ma obojętną, zabarwioną smutkiem, jakby kogoś lub coś opłakiwała. Domyślam się, że tęskni za dawnym stylem życia, chociaż musiała przecież wiedzieć, w co się pakuje. Amber sobie nie radzi – dla każdego jest to chyba oczywiste. Nie szczotkuje włosów, nie nakłada makijażu i codziennie wychodzi w tych samych szarych luźnych spodniach i fioletowym polarze. Zapuściła się, jakby to ujęła moja babcia. Zastanawia mnie, co na to George…

Życie Amber krąży teraz po orbicie wypraw do apteki, ośrodka zdrowia oraz minimarketu na końcu ulicy. Zawsze chodzi tą samą drogą, przez park. Prowadzi wózek ze spuszczoną głową i wbija wzrok w ziemię. Inne matki przechadzają się, rozmawiając przez telefon, gawędzą z napotkanymi znajomymi albo siadają na ławce, żeby pobawić się ze swoim dzieckiem, ale nie Amber. Unika kontaktów z kimkolwiek. Dla niej opuszczanie domu jest obowiązkiem, nie przyjemnością. Zupełnie jakby lekarz przepisał jej spacery na świeżym powietrzu, którego ona nie ma ochoty wdychać.

Nigdy nie widziałam jej tu w weekendy, ani razu. Chyba spędza je w łóżku. Nie wychodzi razem z George’em, nikt by się nie domyślił, że są parą. Dzielą się opieką nad dzieckiem, nie zajmują się nim w tym samym czasie, nie łączą sił. Wygląda na to, że George lubi bycie ojcem znacznie bardziej, niż Amber bycie matką. Uwielbia park; nigdy nie ma go dość. Wsadza Mabel do nosidełka zakładanego na plecy i spaceruje, być może wspominając dni wędrówek i podróży do odległych miejsc. Od czasu do czasu zabiera ją do pubu przy głównej ulicy, przyjaznego rodzicom z dziećmi, zapewne po to, by spotkać się z kumplami i pooglądać piłkę nożną. Nie wchodzę za nim do środka. To byłoby zbyt ryzykowne. Zbyt jednoznaczne.

Gapię się na dom pod numerem siedemdziesiątym czwartym, w myślach zaklinając Amber, żeby pojawiła się w drzwiach. Nie widziałam jej od kilku dni. To niepokojące, żeby nie powiedzieć „irytujące”. Wkrótce park zostanie zamknięty. Uznaję, że pora wracać.

Od mojego mieszkania dzieli mnie krótka jazda autobusem. Jest położone w mniej modnej, a co za tym idzie – tańszej okolicy. Nienawidzę go, ale musiałam szybko znaleźć jakieś lokum i tylko na takie mogłam sobie pozwolić. Okno salonu wychodzi na ceglany mur, a w łazience jest grzyb, którego pomimo starań nie mogę się pozbyć. Nigdy nie widziałam większości pozostałych lokatorów budynku. Nikt tutaj nie zawraca sobie głowy sprzątaniem części wspólnych takich jak klatka schodowa – a już najmniej ja.

Wspinam się po brudnych schodach na najwyższe piętro. Drzwi do mojego mieszkania mają wgniecenie u dołu, jakby ktoś próbował kiedyś wyważyć je kopniakiem. Za nimi znajduje się jedna sypialnia oraz kuchnia połączona z jadalnią i salonem. Meble pokryte tanim bukowym laminatem są źle skręcone, a sofa twarda i niewygodna.

Brakowało mi motywacji, aby uczynić to miejsce bardziej przytulnym. Nie urządzałam żadnych radosnych przyjęć z obiadem, nie zapraszałam gości w weekendy – właściwie to nikt tu nigdy nie był. To moja sekretna kryjówka, więzienie, które sama sobie stworzyłam. Nie widuję się już z dawnymi przyjaciółmi, a nie mam ochoty na szukanie nowych. Usunęłam konta z portali społecznościowych i pozbyłam się smartfona. Dosłownie zniknęłam z radaru; tak jest łatwiej. Nikt nie może zapytać, jak się czuję ani jakie mam plany na przyszłość. Nikt nie może mnie namierzyć.

Wieszam kurtkę na kołku, wchodzę do salonu i rozglądam się po ponurym pomieszczeniu. Blat stolika kawowego jest poznaczony śladami po kubkach. Kartony z książkami i bibelotami wciąż stoją pod ścianą, a zdjęcia leżą owinięte w folię bąbelkową. Gdy się tu wprowadziłam, nie chciało mi się rozpakowywać, i w końcu pudła zaczęły pełnić funkcję prowizorycznych mebli, na których stawiam brudne talerze, kładę ulotki reklamowe albo opieram nogi.

Wyjmuję z lodówki butelkę wina i nalewam sobie pełen kieliszek. Nie mogę tak dalej funkcjonować; ta sytuacja mnie dobija. Zamieniłam się w ducha nawiedzającego życie, które nigdy nie stało się moim udziałem. Gdybym miała choć odrobinę zdrowego rozsądku, opuściłabym Londyn i zaczęłabym od nowa. Jest nawet miejsce, w którym mogłabym się zatrzymać.

O Mabel też powinnam zapomnieć. Problem polega na tym, że chyba nie potrafię.

2

Poprzedni weekend

Amber nigdy nie była rannym ptaszkiem. Jeszcze siedem miesięcy temu potrafiła znieść pobudkę o piątej rano wyłącznie z okazji wyjazdu na wakacje – a nawet wtedy przesypiała całą drogę na lotnisko. A jednak ostatnimi czasy wstawanie na dwie godziny przed wschodem słońca wydaje się jej okropnie normalne. Rutynowo wykonuje codzienne obowiązki: sterylizuje butelki, przeciera przewijak, rozwiesza śpioszki na grzejnikach. Już jadła śniadanie; o dziesiątej rano będzie gotowa na lunch. Nic dziwnego, że nie może się pozbyć nadprogramowych kilogramów po ciąży, myśli sobie, gdy zdejmuje szlafrok i przelotnie zerka na swoje ciało w lustrze.

A skoro już o tym mowa, to co, do licha, ma włożyć dziś wieczorem? Przecież nie może się pojawić w eleganckiej restauracji w swoich niechlujnych spodniach do joggingu i workowatym T-shircie poplamionym dziecięcymi wymiocinami. Stare sukienki na nią nie pasują, a nie kupiła sobie niczego w większym rozmiarze, bo to oznaczałoby przyznanie się do porażki. Chociaż i tak czuje się pokonana, więc co za różnica?

Ubiera się i ciężko wzdycha. George nie ma takich problemów. Już wyciągnął swój najlepszy garnitur i designerską koszulę i położył je na łóżku. Będzie wyglądał bosko jak zawsze. Ojcostwo nie odbiło się na nim w żaden widoczny sposób – nie ma nawet cieni pod oczami. O dziwo, najwyraźniej lubi wstawać przed świtem. Amber słyszy go teraz: podśpiewuje, kąpiąc Mabel. Ściany są cienkie jak papier; naprawdę powinien zniżyć głos tak wcześnie rano. Zazwyczaj nie kąpią dziecka o tej porze, ale Mabel obudziła się z pełną pieluszką, której zawartość w tajemniczy sposób przeniosła się na jej plecy i łatwiej było ją umyć, niż próbować wytrzeć. Sądząc po protestach dochodzących z łazienki, córka Amber też nie należy do rannych ptaszków.

Kobieta rusza do kuchni, zatykając uszy. „Błagam, George, spraw, żeby przestała!” Wrzaski Mabel przeszywają ją na wskroś; czasami są tak przenikliwe, że ma ochotę wyskoczyć przez okno.

– Musimy coś zrobić – oznajmiła jej siostra, Ruby, kilka tygodni temu, gdy zajrzała do Amber z wizytą i zastała ją wypłakującą oczy, bo Mabel darła się wniebogłosy. – Potrzebujecie wakacji, tylko we dwoje. Tydzień w jakimś egzotycznym miejscu. Ja zaopiekuję się dzieckiem.

– Nie mogę zostawić Mabel na tak długo – odpowiedziała szybko Amber, chociaż serce skoczyło jej z radości, gdy usłyszała tę propozycję.

– No to na pięć dni.

– Nie. Za bardzo by za mną tęskniła… A ja za nią – dodała, chociaż nie była do końca pewna, czy mówi szczerze.

Ale Ruby nie zamierzała się poddać.

– Okej. W takim razie co powiesz na długi weekend?

Ostatecznie ustaliły, że Amber i George wyjadą tylko na jedną noc.

Jedna noc. Jednocześnie za długo i za krótko. Amber wie, że jedna noc bez Mabel nie wystarczy, by naprawić sytuację między nią a George’em, ale i tak jest wdzięczna siostrze. Rozpaczliwie potrzebuje chwili przerwy. A jednak teraz, gdy do wyjazdu zostało już tylko kilka godzin, denerwuje się i dręczą ją wyrzuty sumienia.

Patrzy na stół zastawiony brudnymi talerzami i tackami jednorazowymi po wczorajszej kolacji zamówionej na wynos. Jest jeszcze tak wiele do zrobienia, a ona nie ma siły, by za cokolwiek się zabrać.

Mama nie pochwala ich wyjazdu.

– Mabel jest za mała, żeby zostawać bez matki na tak długo – oznajmiła, gdy się o nim dowiedziała.

„I bez ojca” – pomyślała Amber, ale jej tego nie wytknęła.

– Rodzina królewska nieustannie zostawia dzieci pod opieką innych ludzi – zaoponowała. – Ich nikt nie oskarża o zaniedbywanie potomstwa.

Jej matka przewróciła oczami.

– To dlatego, że zatrudniają pełnoetatowe nianie, które opiekują się dziećmi od urodzenia, więc maluchy dobrze je znają.

– Mabel dobrze zna Ruby. Zawsze się uśmiecha na jej widok. Wspaniale się dogadują.

– Z całym szacunkiem – odparła jej matka, okazując całkowity brak szacunku – Ruby nie ma bladego pojęcia o dzieciach. I wiesz, jaka jest roztrzepana, wiecznie z głową w chmurach. Zapomni ją nakarmić albo zmienić jej pieluchę.

– Już Mabel zadba o to, żeby nie zapomniała – odpaliła Amber, zirytowana jej brakiem wiary w Ruby. Skoro tak się martwi o dobrostan swojej wnuczki, dlaczego to ona nie zaproponowała, że popilnuje dziecka?

– Cóż, za moich czasów nie robiło się takich rzeczy – ciągnęła matka, nie zdając sobie sprawy, że wpędza Amber w jeszcze większe poczucie winy. – Nigdy cię nie zostawiałam, by wyjeżdżać na romantyczne weekendy. Gdy ty i Ruby byłyście malutkie, nie miałam życia poza domem, ale to mi nie przeszkadzało. Byłyście całym moim światem. Byłam taka szczęśliwa, że was mam.

I to jest właśnie drażliwy temat, rozmyśla Amber, zbierając talerze i ładując je do zmywarki. Nie jest szczęśliwa. Jej matka patrzy na wszystko wyłącznie z własnej perspektywy i w rezultacie nie jest zbyt współczującą kobietą. Jej zdaniem w życiu córki nie dzieje się nic złego – wręcz przeciwnie. Amber ma niezwykłe szczęście: przyzwoitego męża, który zarabia wystarczająco dużo, by nie musiała się spieszyć z powrotem do pracy, ładne mieszkanie w zadowalającej części Londynu, a do tego została pobłogosławiona „niewymagającym” dzieckiem. To irytujące, że Mabel zawsze zachowuje się przy babci tak grzecznie.

Chociaż Amber musi przyznać, że jej córka właściwie jest niewymagająca. Płacze tylko wtedy, gdy jej niewygodnie, gdy jest głodna, zmęczona albo podczas kąpieli. „To ja jestem trudna” – dochodzi do wniosku Amber, wsypując sól do zmywarki. A przecież tak bardzo chciała mieć dziecko – pragnęła tego rozpaczliwie. Jej matka, siostra, a nawet mąż nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo. Z radością przeszła przez ciążę, ciesząc się każdą sekundą, nawet porodem, który był niesamowitym doświadczeniem. Ale gdy Mabel-Cud, jak ją po cichu nazywała, w końcu przyszła na świat, wystarczyło kilka dni, by Amber zrozumiała, że nigdy w życiu nie czuła się bardziej nieszczęśliwa i pozbawiona nadziei.

Tylko Ruby, młodsza od niej o sześć lat i niemająca pojęcia o macierzyństwie, zdaje się ją rozumieć. Chociaż gdyby znała całą prawdę, inaczej by ją traktowała. Czasami wsparcie Ruby sprawia, że Amber czuje się gorzej. W przeszłości nigdy nie trzymała niczego w sekrecie przed siostrą, a teraz dzieli je niewidzialna bariera, o której istnieniu wie tylko ona.

Ruby wciąż zachęca ją, by zgłosiła się do lekarza albo zwierzyła swojej pielęgniarce środowiskowej, i Amber obiecała, że poszuka pomocy, ale wciąż nic nie zrobiła w tej sprawie. Prawda jest taka, że uważa, iż nie zasługuje na to, by się lepiej poczuć. Postrzega swoją depresję jako karę za to, że za bardzo pragnęła Mabel.

Niemniej jednak wie, że musi poczynić jakieś kroki. Ta noc poza domem, którą jej matka tak potępia, nie jest samolubnym, frywolnym aktem. To dla niej ostatnia deska ratunku, jak to ujęła Ruby. Amber i George są razem od czasów liceum, ale ich związek jest zagrożony, zatracił się pod stertą brudnych pieluch. Od kiedy Mabel się urodziła, nie wyszli nigdzie razem jako para i nigdy nie robią niczego wspólnie jako rodzina. Gdy tylko George wraca z pracy do domu, Amber wciska mu dziecko w ramiona i idzie się położyć, narzekając, że jest wyczerpana. Przestali się spotykać z przyjaciółmi. Ledwie się całują, nie mówiąc już o seksie. W pewnym sensie najbardziej niepokojące jest to, że oboje zachowują się tak, jakby to była nowa norma. Nigdy tak naprawdę o tym nie rozmawiają.

Amber zatyka pasmo włosów za ucho. Są cienkie i przetłuszczone, co przypomina jej, że nie myła ich od kilku dni, ale pewnie nie będzie miała na to czasu przed wyjazdem. Zawsze poświęcała dużo uwagi swojej skórze, paznokciom i włosom – zarówno tym chcianym, jak i niechcianym – ale zabiegi pielęgnacyjne, którym oddawała się niegdyś regularnie, należą niestety do przeszłości.

Ma nadzieję, że George nie spodziewa się, iż dziś wieczorem będą się kochać, chociaż wysyła jej podejrzane sygnały. Zarezerwował luksusowy apartament w hotelu butikowym pośrodku pustkowia, z restauracją nagrodzoną gwiazdką Michelin. Jeśli wierzyć zdjęciom na stronie internetowej, w ich pokoju znajduje się ogromne łoże z baldachimem i głęboka wanna wolnostojąca, wokół której leżą puszyste białe dywaniki. Apartament jest zbyt krzykliwy jak na jej gust, a wanna wygląda szczególnie prowokująco, jakby rzucała gościom wyzwanie, by pluskali się w niej razem, uprawiając dziki, namiętny seks.

Ostatni raz próbowali się kochać wiele miesięcy temu i ponieśli porażkę. Amber uparła się, by pogasili wszystkie światła, i zagrzebała pod kołdrą niczym zaszczute zwierzątko. Kompletnie straciła pewność siebie. Wciąż nie może znieść widoku swojego ciała, nie mówiąc już o paradowaniu nago przed George’em – nie z tymi srebrzysto-białymi rozstępami na udach i fałdami cienkiej jak papier skóry na brzuchu. Gdy była w ciąży, czuła się taka piękna. Jej brzuch był jędrny i lśniący jak kasztan. Ale po porodzie wszystko zwiotczało. George okazuje jej ogromną cierpliwość, jednak jak mawia jej matka, mężczyźni mają swoje potrzeby. Jeśli nie będzie ostrożna, mąż ją zostawi. Pracuje w siłowni i codziennie styka się z mnóstwem atrakcyjnych kobiet – zarówno wśród personelu, jak i klientek – które z radością odebrałyby go żonie. Amber kocha George’a i nie chce go stracić, ale w tej chwili najbardziej przeraża ją myśl o zostaniu samotną matką. Widziała, jak ciężko było jej mamie, gdy tata zmarł niedługo po narodzinach Ruby. Wie, że sama nie poradzi sobie z Mabel.

Tak, George będzie liczył na seks dziś wieczorem, rozmyśla Amber, wycierając kuchenne blaty. I teoretycznie ona chce go zadowolić. To ważne, żeby przynajmniej spróbowała. Może jeśli się upije, pozbędzie się zahamowań i sama będzie miała z tego trochę przyjemności. Teraz, gdy zrezygnowała z karmienia piersią – kolejna porażka, którą może dopisać do swojej listy – znowu wolno jej pić alkohol.

– Kąpiel zupełnie ją wyczerpała – mówi George, wchodząc do kuchni, i nieświadomie przerywa ten potok deprecjonujących myśli. – Zasnęła, jeszcze zanim wytarłem ją do sucha. Ale dzięki temu znacznie łatwiej było ją ubrać.

Amber się krzywi.

– Czemu pozwoliłeś jej teraz zasnąć? Już czas na poranne karmienie. Wybije się z rytmu i Ruby nie będzie mogła podać jej pokarmu wtedy, kiedy powinna.

– Szybko nadrobi zaległości. – George podchodzi do okna i podciąga żaluzję.

– Nie rób tego, na zewnątrz wciąż jest ciemno.

– Możemy razem obejrzeć wschód słońca nad dachami – proponuje.

Amber patrzy na męża pustym wzrokiem.

– A może chciałabyś wrócić do łóżka?

– Chciałabym, ale nie mogę, prawda? Muszę się przygotować do tego głupiego wyjazdu. – Amber czuje narastającą panikę. – Mieszkanie wygląda jak chlew. Muszę odkurzyć schody, przygotować butelki z pokarmem, zmienić pościel, żeby Ruby mogła spać w naszym łóżku, nastawić kolejne pranie i przygotować dla niej instrukcje, w przeciwnym razie sobie nie poradzi.

– Spokojnie, skarbie, ze wszystkim się uporamy – mówi George kojącym tonem. – Rubes się nie obrazi, jeśli zastanie tu bałagan. Przecież to nie twoja matka…

– Dlaczego musiałeś wybrać taki elegancki hotel? – ciągnie Amber głosem podszytym niepokojem. – Nie mam odpowiedniego stroju, nic na mnie nie pasuje. Jestem taka gruba. I nie mów mi, żebym poszła i coś sobie kupiła, bo nie ma na to CZASU! – Przy ostatnim zdaniu wybucha płaczem i kryje twarz w dłoniach.

George wzdycha ciężko.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Że nie chcesz wyjeżdżać?

– Oczywiście, że chcę – odpowiada przez palce. – Ale nie miałam szansy, żeby się przygotować… Nie jestem wyszykowana, nie jestem we właściwym nastroju…

– Nie obchodzi mnie, jak wyglądasz ani co założysz. – George próbuje ją objąć, ale ona się cofa. Nie może znieść jego dotyku. – Równie dobrze możesz zjeść kolację w pidżamie. Zamówimy obsługę hotelową.

– Nie, ja chcę pójść do restauracji. Nie jedliśmy poza domem od wieków.

– Świetnie, no to tak zrobimy.

– Ale nie chcę cię zawieść. Wyglądam tak ohydnie.

– Nigdy nie wyglądasz ohydnie. Jesteś piękna.

– Wcale nie. Muszę iść do fryzjera. I jestem gruba!

– Nie jesteś gruba, a nawet gdybyś była, nie przestałbym cię kochać. – George znowu się do niej przysuwa i tym razem Amber pozwala, by ją objął. – Ja posprzątam i przygotuję instrukcje dla Ruby. Ty skoncentruj się na przygotowaniach do wyjazdu.

– Okej… dzięki. Przepraszam.

– Potrzebujesz tego weekendu. Oboje go potrzebujemy. Będziemy się świetnie bawić, obiecuję.

– Tak, tak – mamrocze Amber. – Chcę pojechać. Cieszyłam się na to. A Mabel poradzi sobie bez nas, prawda? Kocha ciocię Ruby.

– Absolutnie nic się jej nie stanie – zapewnia ją George. – Bądź co bądź to tylko jedna noc.

3

Poprzedni weekend

Ruby wyprowadza rower z pociągu na peron. Zamierzała pokonać całą trasę na dwóch kółkach, ale zaspała i zostało jej zbyt mało czasu. Opiera ramę na barku i powoli pokonuje schody, a potem przechodzi przez bramkę biletową. Do domu Amber jedzie się z górki – droga nie zajmie jej więcej niż pięć minut.

Zapina kask i rusza główną ulicą, trzymając się ścieżki rowerowej tam, gdzie jest to możliwe. Musi uważać na liczne auta i rozkojarzonych pieszych przekraczających jezdnię w niedozwolonych miejscach. W miarę jak rower nabiera prędkości, rozluźnia mięśnie nóg. Jest zimno, ale słońce zaczyna się przedzierać przez chmury. Na szczęście nie pada. Ruby postanawia, że zabierze Mabel do parku, żeby nakarmić kaczki.

Jest jednocześnie podekscytowana i nerwowa: przez całą noc będzie się zajmowała dzieckiem zupełnie sama. Przynajmniej nie przez cały tydzień, jak wcześniej pochopnie zaproponowała. Zdziwiła się, że Amber i George w ogóle zgodzili się wyjechać. Do tej pory nie powierzali jej opieki nad Mabel na dłużej niż pół godziny, żeby Amber mogła wyskoczyć po zakupy albo wziąć kąpiel. Ruby już kilka razy próbowała przekonać siostrę, by zostawiła jej małą na dłużej, a sama spotkała się z koleżankami ze szkoły rodzenia, poszła na drinka z przyjaciółmi z pracy albo wybrała się na basen lub do kina – żeby zrobiła cokolwiek – ale do tej pory Amber zawsze jej odmawiała. Zupełnie jakby przerwa od opieki nad dzieckiem oznaczała porażkę. A Amber nigdy się nie poddaje.

Jej siostra zawsze była ambitna, od małego, pewnie od dnia narodzin. Zakładała, że macierzyństwo przyjdzie jej równie łatwo, jak wszystko inne. Musiała jedynie zdobyć wymaganą wiedzę i odpowiednio się przygotować. Gdy tylko zaszła w ciążę, zaczęła studiować książki i artykuły online, aż stała się ekspertką w dziedzinie obecnie obowiązujących teorii dotyczących rodzicielstwa. Ale w żaden sposób nie mogła przewidzieć, ile trudności nastręczy jej Mabel Rosebud Walker.

Ruby kocha swoją jedyną siostrzenicę, podziwia jej zadziornego ducha i upór. Jeśli Mabel coś nie odpowiada, z pewnością wszystkich o tym poinformuje. Może teraz będzie bardziej zadowolona, skoro zaczęli karmić ją butelką, myśli sobie Ruby, czekając, żeby przejechać przez główną drogę. Biedna Amber, tak bardzo się starała, ale nie była w stanie produkować wystarczająco dużo pokarmu dla tego wygłodniałego króliczka. Ruby podejrzewa, że przyczynił się do tego stres. Nie jest specjalistką, ale to jasne, że jej siostra cierpi na depresję poporodową. Amber, która zazwyczaj jako pierwsza rwie się do sprawdzania objawów w internecie i stawiania diagnoz, tym razem trwa w fazie zaprzeczenia. A właściwie to doskonale wie, co się dzieje, ale nie chce nic z tym zrobić.

A ich matka tylko pogarsza sprawę. Nie jest w stanie uwierzyć, że jej córka prymuska mogłaby zawieść na jakimkolwiek polu. Za to gdyby to Ruby się załamała, nie mrugnęłaby nawet okiem, bo przecież Ruby jest w rodzinie czarną owcą, która wszystko partaczy.

Po latach użalania się nad sobą w końcu pogodziła się z tą etykietką, a nawet obróciła ją na swoją korzyść. Matka ma wobec niej tak niskie oczekiwania, że Ruby może swobodnie eksperymentować. Od kiedy rzuciła studia, próbowała swoich sił w kręceniu filmów dokumentalnych, projektowaniu biżuterii z puszek po napojach i produkcji wegańskich lodów. Gdy jej śmiałe plany zawodzą – a zazwyczaj tak się dzieje – matka tylko przewraca oczami, jakby chciała powiedzieć: „a nie mówiłam?”. Teraz Ruby pracuje na część etatu w escape roomie w Shoreditch i jest to robota, od której sama chciałaby uciec.

Przypina rower do ogrodzenia parku naprzeciwko wejścia do domu Amber i George’a. Dwukrotnie naciska dzwonek, a po chwili zaczyna głośno pukać. W końcu słyszy odgłos kroków na schodach i George otwiera drzwi. Podmuch wiatru natychmiast zawiewa suche liście do korytarza.

– Przepraszam – mówi George. – Przygotowywałem butelki z pokarmem; myślałem, że Amber ci otworzy.

– Nic się nie stało. – Ruby idzie za nim na górę, ściąga kurtkę i przewiesza ją przez poręcz schodów.

Mabel siedzi w kuchni w swoim wysokim krzesełku. Na widok cioci uśmiecha się szeroko.

– Cześć, ślicznotko! – Ruby pochyla się nad siostrzenicą. – Czyżbym widziała kolejny ząbek?

– Tak – odpowiada George w imieniu Mabel. – Bardzo marudziła, gdy się wyżynał, ale przez dwie ostatnie noce przespała pięć godzin z rzędu.

– Mądra dziewczynka! Proszę, zrób dziś to samo dla cioci Ruby. – Całuje Mabel w czubek głowy.

Jej rzadkie rude włoski (kolor odziedziczony po matce) pachną jak purée z bananów.

– Wszystko ci zapisałem – mówi George, wskazując na kartkę leżącą na stole. – Nie musisz się twardo trzymać tych godzin; to tylko wskazówki. Mabel nie była dziś jeszcze na świeżym powietrzu, więc jeśli chcesz ją zabrać do parku…

– Właśnie o tym myślałam. – Ruby podchodzi do okna i wygląda na zewnątrz. – Jest piękny dzień.

– Ale tylko siedem stopni – podkreśla Amber, wchodząc do pomieszczenia. – Ciepło ją ubierz. Czapka i rękawiczki, bez dyskusji.

– Ciebie też miło widzieć – odpowiada Ruby zgryźliwie.

– Wiesz, jaka jesteś. Jeszcze zapomnisz.

– Nie zapomnę.

Amber wzrusza ramionami, sięga po kartkę z instrukcjami i analizuje ją pod kątem błędów i przeoczeń. Najwyraźniej żadnych nie znajduje, bo szybko odkłada ją z powrotem na stół.

– Będę się wiernie trzymać waszych wytycznych. Obiecuję. – Ruby posyła jej uspokajający uśmiech. – Proszę, nie martw się. Po prostu zapomnijcie o nas i bawcie się dobrze.

– Dzięki. Naprawdę to doceniamy, prawda? – George patrzy znacząco na Amber, która kiwa głową, ale Ruby widzi, że siostra robi dobrą minę do złej gry.

Przynajmniej włożyła trochę wysiłku w to, by doprowadzić się do porządku. Jej długie do ramion włosy wyglądają na świeżo umyte i nałożyła makijaż po raz pierwszy od miesięcy. Amber ma klasyczną celtycką urodę – rude włosy, bladą cerę, która różowi się przy najlżejszej ekspozycji na słońce, oraz piegi rozsypane po twarzy niczym kryształki cukru trzcinowego. Ruby ma taką samą bladą skórę, ale włosy ciemne i ani jednego piega. Amber odziedziczyła wzrost po ich ojcu, tymczasem Ruby jest niska jak matka. Nie mogłyby bardziej się od siebie różnić, a co za tym idzie – nikt nigdy nie bierze ich za siostry.

– Wyglądasz wspaniale – chwali ją Ruby.

– Czyżby? Naprawdę? Nie mówisz tego ot tak?

– Nie! Podoba mi się ten cień do powiek. Pasuje ci.

– Prawie zapomniałam, jak się go nakłada. – Amber patrzy na siebie krytycznym wzrokiem. – Czy ta spódnica pasuje do butów?

– Doskonale.

– Trzeba ją wyprasować.

– Nie, daj spokój. Spędzisz w samochodzie całą wieczność, i tak się pogniecie.

Amber pochyla się ku Mabel. Przykłada grzbiet dłoni do jej czoła i marszczy brwi. – George… wydaje mi się, że jest trochę rozpalona.

– Nic jej nie jest, po prostu cieszy się, że ciocia Ruby przyszła się z nią pobawić.

– Wyjąłeś termometr, jak cię o to prosiłam?

– Nie prosiłaś, ale zrobię to teraz.

– Właśnie że prosiłam.

– Nie sądzę.

– Pamiętam dokładnie, jak o tym wspominałam.

George z hukiem odstawia butelkę z pokarmem na blat i wychodzi z kuchni. Amber zamyka oczy, jakby przeszył ją ból.

– Jestem pewna, że nie będę potrzebować termometru – mówi Ruby.

– Nie o to chodzi.

George wraca z dziecięcym termometrem ozdobionym głową smoka i kładzie go na stole obok zapasowego klucza.

– Zbieramy się? Miałem nadzieję, że dotrzemy tam na lunch, ale już nie zdążymy. Będziemy musieli znaleźć jakąś knajpę po drodze.

Amber się obraża.

– Nie mogłam się szybciej wyszykować. Jestem taka zmęczona, że czuję się jak zombie. – Zwraca się do siostry: – Jesteśmy na nogach od piątej rano.

Ruby szczerzy zęby w uśmiechu.

– Jeśli poprawi ci to humor, ja spałam dziś tylko cztery godziny.

– Ale pewnie dlatego, że imprezowałaś. My nie mieliśmy wyjścia.

– Wiem, ja tylko…

– Czy Lewis dołączy do ciebie później? – pyta George, próbując zmienić temat.

– Nie – mówi Ruby. – Obudził się z bolącym gardłem i nie chce narażać Mabel na kontakt z zarazkami.

– To bardzo rozsądne z jego strony – kwituje Amber z aprobatą.

Ruby kiwa głową, przypominając sobie gniewne słowa, które wymienili z Lewisem tego ranka. Nie wierzy w tę historię z bolącym gardłem; Lewis zawsze ma jakąś wymówkę. Nie widział Mabel od miesięcy i Ruby zaczyna się zastanawiać, czy w ten sposób daje jej subtelnie do zrozumienia, że nie chce mieć dzieci. Nie żeby kiedykolwiek o tym rozmawiali – przede wszystkim są na to za młodzi i spotykają się dopiero od dwóch lat. Ruby uwielbia być ciocią, za to Lewis zareagował dość negatywnie, gdy nazwała go wujkiem. Może nie czuje się do tego uprawniony, bo nie są małżeństwem. Czasami potrafi być taki staroświecki.

Głos Amber sprowadza ją z powrotem na ziemię:

– Nie zapomnij włączyć elektronicznej niani. I nie pozwalaj Mabel spać w naszym łóżku. Jeśli się obudzi, po prostu idź do jej pokoju i przemawiaj do niej spokojnym głosem. Możesz jej położyć dłoń na brzuszku, ale nie bierz jej na ręce. Jeśli naprawdę zacznie histeryzować, daj jej się napić trochę wody z kubka z dziubkiem. Wyłącznie przefiltrowanej, z dzbanka z lodówki, ale nie lodowato zimnej. Smoczka używaj tylko w ostateczności. Przy odrobinie szczęścia będzie spała mniej więcej od północy do piątej rano.

– Tak, dzięki, rozumiem – odpowiada Ruby, chociaż tak naprawdę słuchała siostry tylko jednym uchem. – Serio, damy sobie radę.

Mija kolejne dwadzieścia minut, nim wreszcie są gotowi do wyjścia. Amber przytula córkę po raz ostatni i zaczyna płakać, ale Mabel niespecjalnie się tym przejmuje. Jest zbyt zajęta zabawą w „a kuku” z ciocią Ruby, która raz po raz ukrywa twarz za kuchenną ściereczką.

Ruby oddycha z ulgą, gdy słyszy trzask zamykanych drzwi frontowych.

– No dobrze, Mabel Rosebud. Nieważne, co napisali na tej kartce, my idziemy pooglądać kaczuszki.

Zakłada Mabel gruby sweter, a potem pakuje ją do wodoodpornego kombinezonu. Biedne dziecko wygląda jak zapaśnik sumo. Bierze małą na ręce i znosi na dół do wąskiego korytarzyka, gdzie czeka wózek.

Mabel protestuje, gdy Ruby próbuje włożyć jej czapkę i rękawiczki. Nie ma też ochoty położyć się płasko w wózku. Ruby wygrywa bitwę o czapkę, ale rezygnuje z rękawiczek. Majstruje przy mechanizmie, aż w końcu udaje się jej unieść oparcie do pozycji siedzącej. Ostrożnie przypina siostrzenicę, a potem biegnie z powrotem na górę po kurtkę i torebkę. Jest już w połowie drogi na dół, gdy przypomina sobie o kluczu, i musi się wrócić.

– Jak twoja mamusia daje sobie z tym wszystkim radę? – pyta, wyciągając z kieszeni czapkę z pomponem. – Ja już jestem wykończona. – Musi odsunąć spacerówkę od drzwi, a potem przecisnąć się obok niej, żeby je otworzyć. Przeklina pod nosem te niedogodności, ale w końcu udaje się jej wyjść z domu.

Słońce wciąż świeci, ale nadciągnęły szare chmury i zrobiło się zimniej niż wcześniej. Przegapiły najlepszą pogodę, jednak Ruby się tym nie zraża. Musi wyjść na dwór, niezależnie od grafiku Mabel. To mieszkanie, idealne dla pary pracujących dorosłych, jest za małe dla rodziny z dzieckiem. Nie można się ruszyć, żeby nie potknąć się o jakieś zabawki, okna są nieustannie zaparowane od mokrego prania wiszącego na grzejnikach, a pomieszczenia, pełne podejrzanych zapachów, w niczym nie przypominają nowoczesnego przeszklonego biura, w którym Amber pracowała jako konsultantka do spraw zarządzania. Nic dziwnego, że nie radzi sobie z całą tą sytuacją.

Ruby przechodzi przez ulicę i wkracza do parku. Jest pora lunchu i roi się tu od rodzin z dziećmi. Nagle dopada ją głód, więc kieruje wózek w stronę targu przy przeciwległej bramie. To zaledwie kilka straganów sprzedających pieczywo, bezglutenowe ciasta, rzemieślnicze sery, paszteciki z egzotycznym nadzieniem i nieco przywiędłe warzywa, a wszystko to w niewiarygodnie zawyżonych cenach. Ruby kupuje pikantny marokański wrap oraz wegańskie czekoladowe brownie, a potem znajduje wolną ławkę, naciska hamulec spacerówki i siada. Mabel jest przytomna i ożywiona. Wodzi oczami za paradą głębokich wózków, hulajnóg, rowerów i maluchów grasujących po trawnikach. Jest tu mnóstwo ludzi – biegaczy, par, całych rodzin włącznie z dziadkami. Wszyscy zdają się być w dobrym, weekendowym nastroju, kilka osób uśmiecha się do niej, przechodząc obok.

Mabel ekscytuje się na widok gołębia, którego zwabiły okruchy z wrapa, i macha rączkami, dopóki ptak nie odleci.

– Gołębie to paskudne stworzenia – informuje ją Ruby.

Nie jest pewna, czy Mabel wolno jeść czekoladę, pewnie nie, ale nie może się oprzeć i wkłada jej do ust malutki kawałek brownie. Dziewczynka szerzej otwiera oczy, badając nowy smak na języku, i Ruby dochodzi do wniosku, że to musi być jej pierwszy raz.

– Smaczne, prawda? Przykro mi, ale nie odważę się dać ci więcej. – Zawija resztę brownie w serwetkę i chowa je z powrotem do papierowej torebki.

Idą poszukać kaczek, chociaż Ruby zapomniała o chlebie do karmienia. Nie żeby to miało jakieś znaczenie, bo gdy docierają do stawu, natykają się na tablicę z informacją, że kaczki należy karmić wyłącznie specjalną karmą dostępną w parkowej kawiarni. Ruby zerka na długą kolejkę wijącą się przed drzwiami i uznaje, że nie chce jej się w niej stać. Poza tym Mabel straciła zainteresowanie kaczkami i zaczyna się wiercić. Albo jest zmęczona, albo zrobiła kupę. Szybki niuch potwierdza, że chodzi o to drugie.

– Och, Mabel! To naprawdę śmierdząca kupa – woła Ruby ze śmiechem. – I to w miejscu publicznym! – Obraca spacerówkę i rusza w kierunku domu.

Przetrząsa torebkę w poszukiwaniu klucza i w końcu znajduje go w tylnej kieszeni dżinsów. Przekręca go w zamku i drzwi frontowe otwierają się z drżeniem. Nowa partia zeschłych liści wpada do korytarza, podczas gdy Ruby wprowadza wózek do środka. W tym samym momencie dzwoni jej komórka. Wyławia ją i widzi, że to Lewis.

– Cześć – mówi, zamykając drzwi pupą. – O co chodzi?

– O nic. Zastanawiałem się tylko, jak ci idzie.

– Czemu nie wpadniesz i sam się nie przekonasz?

Mabel zaczyna marudzić. Ruby przytrzymuje komórkę podbródkiem i odpina pasy spacerówki.

– Mówiłem ci, że łapie mnie przeziębienie. Nie chcę jej zarazić.

– Hm… Słuchaj, nie mogę teraz rozmawiać. Mabel właśnie zrobiła gigantyczną kupę. Zadzwonię do ciebie, gdy uśnie.

– Okej – mówi Lewis, wyraźnie rozczarowany. – Myślisz, że uda ci się wrócić jutro do domu na lunch? Mógłbym coś ugotować.

– Nie mam pojęcia. – Ruby dźwiga Mabel z wózka i sadza ją sobie na biodrze. – Jeśli dobrze pójdzie, posiedzą dłużej w hotelu, ale jeśli się okaże, że ten wyjazd to katastrofa, wrócą prosto po śniadaniu. Przepraszam, muszę kończyć. Ten śmierdziuszek zaraz zacznie wrzeszczeć.

4

Poprzedni weekend

Gdy obudziłam się dziś rano, nie miałam pojęcia, że sprawy tak się potoczą. To miała być zwyczajna sobota. Jak zawsze dotarłam do Lilac Park tuż przed dziesiątą trzydzieści. Nie było sensu pojawiać się tu wcześniej, bo w weekendy wszyscy żyją według innego grafiku: śniadania zamieniają się w brunche, ludzie zapominają o lunchu albo łączą go z kolacją. Są bardziej zrelaksowani, mniej czujni. A park jest bardziej zatłoczony, dzięki czemu łatwiej można pozostać niezauważonym.

Zajrzałam do parkowej kawiarni, zamówiłam latte i przycupnęłam na wysokim stołku z widokiem na plac zabaw. W środku jak zawsze panował chaos, przy stolikach tłoczyli się roztrzepani rodzice, którym wydawało się, że to w porządku siedzieć w nieskończoność nad wędzonym łososiem z awokado, podczas gdy ich znudzone dzieci bawią się w chowanego pod stolikami innych klientów i robią naloty na zamrażarkę z lodami. Nie żeby któreś z nich mnie interesowało. Wypatrywałam George’a.

Zazwyczaj zagląda do kawiarni za piętnaście jedenasta, z Mabel w nosidełku na plecach. Zamawia podwójne cappuccino i podaje bariście własny kubek termiczny, a potem sączy je, przechadzając się po parku. Ale dziś się nie pojawił. Byłam rozczarowana. I zaciekawiona.

Opuściłam kawiarnię i ruszyłam ścieżką wiodącą do głównej bramy. Pozostałam przezornie po drugiej stronie ulicy i przechadzałam się przez jakiś czas tam i z powrotem, ukradkowo zerkając na dom pod numerem siedemdziesiątym czwartym. Samochód Amber i George’a – białe auto typu hatchback – stał zaparkowany na zewnątrz. Okno łazienki na górze było otwarte. Wszystko wskazywało na to, że są w domu.

„A więc to tylko opóźnienie” – pomyślałam. A już się niepokoiłam. Nie widziałam ich od kilku dni i martwiłam się, że Mabel może być chora. Wróciłam do parku i zaczęłam się kręcić nieopodal bramy.

Po jakichś dziesięciu minutach drzwi wreszcie się otworzyły i Amber z George’em wyszli na zewnątrz. Amber wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle. Przede wszystkim miała na sobie spódnicę, a do tego wysokie czarne skórzane botki i ciemnozielony płaszcz. Jego kolor idealnie kontrastował z jej ciemnorudymi włosami, które były puszyste i sprężyste. George też wyglądał elegancko i niósł dwie małe walizeczki – zabiera się takie do samolotu w ramach bagażu podręcznego. Wyglądało na to, że jadą w jakieś wyjątkowe miejsce, w którym prawdopodobnie spędzą noc.

George włożył walizki do bagażnika samochodu, a potem otworzył drzwi dla Amber, żeby mogła wsiąść. Ociągając się, spojrzała na okna na górze, aż w końcu zajęła miejsce pasażera. Kilka sekund później samochód ruszył i po chwili zniknął za rogiem.

Stałam jak wrośnięta w ziemię, zdumiona tym, czego właśnie byłam świadkiem. Gdzie się podziała Mabel? Zapomnieli wsadzić ją do samochodu? Zaczęłam panikować, ale szybko się opanowałam. Nie ma mowy, żeby Amber zrobiła coś takiego, nawet półprzytomna i pogrążona w depresji. Ktoś musiał się opiekować moim maleństwem. Może dziadkowie. Albo przyjaciółka?

Kilka minut później drzwi wejściowe otworzyły się znowu i jakaś dziewczyna wypchnęła na zewnątrz spacerówkę. Miała na głowie niebieską wełnianą czapkę z wielkim pomarańczowym pomponem, spod której wymykały się pasma czarnych włosów i wpadały jej do oczu. Była ubrana w workowatą wełnianą kurtkę i równie workowate spodnie, które zwężały się w kostkach i zostały wetknięte w wielkie sznurowane buty. Wyglądała jak studentka akademii sztuk pięknych. Zgadywałam, że wszystkie te warstwy ubrań kryją dość szczupłą sylwetkę. Wydawała mi się znajoma, ale nie miałam pewności, czy ją tu wcześniej widziałam. Wyglądała bardzo młodo. Za młodo, żeby wykonywać tak odpowiedzialną pracę.

Przeszła przez ulicę i weszła do parku. Gdy mnie mijała, stałam zaledwie kilka metrów od niej, ale była tak skupiona na celu, że nawet na mnie nie spojrzała. Mimo wszystko ruszyłam w przeciwną stronę, wiedząc, że będę mogła wejść ponownie do środka przez małą bramę przy ogrodzie różanym i dogonię ją, tak by nie zdała sobie sprawy z mojej obecności. Łatwo ją było zauważyć w tej głupiej czapce, pomarańczowy pompon błyskał niczym kogut na dachu radiowozu. To była dla mnie idealna sytuacja. Mogłam zachować spory dystans i wtopić się w tłum, a jednocześnie wciąż mieć ją na oku.

Poszłam za nią na targ, gdzie całą wieczność zastanawiała się, co kupić, a potem musiałam się czymś zająć, gdy usiadła na ławce, żeby zjeść. Muszę przyznać, że bawiła się z Mabel, przemawiała do niej i pilnowała, aby dziecko miało na głowie czapkę, a to więcej, niż zazwyczaj robi Amber. Po lunchu zabrała małą nad staw, ale bardzo szybko zawróciła do domu.

Koniec zabawy; nie było sensu dłużej się tu kręcić. Zresztą sama zgłodniałam i zmarzłam. Już miałam odejść, gdy coś mnie podkusiło, żeby pójść za nimi. Tak dla hecy. Gdy przechodziła przez bramę, byłam zaledwie kilka metrów za nią. Udałam, że czytam ogłoszenie wywieszone w oknie kiosku, ale cały czas obserwowałam ją kątem oka.

Wprowadziła wózek do ogródka przed domem, a potem zatrzymała się, żeby pogrzebać w torebce. W końcu wyjęła klucz z kieszeni spodni i zobaczyłam, jak wsadza go do zamka i otwiera drzwi tak szeroko jak to możliwe, żeby wprowadzić spacerówkę do małego korytarza. Gdy to robiła, zadzwoniła jej komórka, a ona odebrała, zamykając za sobą pomalowane na zielono drzwi.

Wytrzeszczyłam oczy na klucz wciąż tkwiący w zamku. Jak ta dziewczyna mogła się zachować tak bezmyślnie i nieostrożnie? I to w Londynie, gdzie mnóstwo ludzi tylko czeka na okazję, żeby popełnić przestępstwo: otwarta torebka, telefon wystający z tylnej kieszeni spodni, nieprzypięty rower. Klucz w drzwiach wejściowych. A w środku dziecko pod opieką idiotki.

Normalnie nigdy nie odważyłabym się podejść tak blisko, ale to była wyjątkowa sytuacja. Przeszłam przez jezdnię i stanęłam przy furtce do ogródka, którą opiekunka zostawiła otwartą. Wzięłam głęboki wdech, przekroczyłam próg i natychmiast poczułam się tak, jakbym znalazła się na terytorium wroga.

Pokonałam brukowany placyk, uważając, by nie dostrzegł mnie ktoś z okna mieszkania na parterze. Po kilku krokach dotarłam do sąsiadujących ze sobą drzwi wejściowych obu lokali, osłoniętych niewielkim wspólnym daszkiem.

Mój wzrok skupił się na kluczu, srebrnym i lśniącym.

Wiedziałam, co na moim miejscu zrobiłaby normalna osoba. Nacisnęłaby dzwonek, a gdy opiekunka zbiegłaby po schodach i otworzyła drzwi, zapytałaby: „Przepraszam, czy celowo zostawiła pani klucz w zamku?”. A ta głupia dziewczyna krzyknęłaby ze strachu i zasłoniła usta dłonią, a potem podziękowała wylewnie życzliwemu przechodniowi, wyciągając klucz z zamka i chowając go do kieszeni.

Ale widzicie, ja nie jestem normalną osobą. Kiedyś nią byłam, ale już nie. Straciłam zbyt wiele, by okazywać życzliwość innym ludziom. Niemniej jednak chciałam postąpić właściwie – przez wzgląd na dobro Mabel. Mój palec zamarł przy dzwonku, ale nie mogłam się zmusić, by go nacisnąć.

Gapiłam się na klucz, zastanawiając się, co robić. Wspomniałam zabawę, za którą przepadałam jako dziecko. Razem z przyjaciółkami wybierałyśmy sobie za cel jakąś biedną staruszkę, waliłyśmy do jej drzwi, a potem uciekałyśmy ze śmiechem, by nie zastała nikogo na progu, gdy w końcu otworzy. To było podłe, ale wtedy świetnie się bawiłyśmy. Czy teraz też powinnam zapukać głośno, a potem uciec za róg? Nie. To byłoby żałosne.

Uznałam, że najprościej będzie, jeśli wrzucę klucz przez otwór na listy w drzwiach. Wyciągnęłam rękę i wyjęłam go z zamka. Długą dłonią ostrożnie uniosłam klapkę, odsłaniając wąski otwór. Wyobraziłam sobie, jak wypuszczam z palców klucz i pozwalam, by z cichym brzękiem spadł na wyłożoną kafelkami posadzkę korytarza po drugiej stronie. Dziewczyna w czapce z pomponem w końcu by go znalazła i podziękowała w duszy życzliwej nieznajomej osobie, która ocaliła jej tyłek. Ale ja nie jestem życzliwa. Już nie. Nie jestem też nieznajoma.

Ostrożnie opuściłam klapkę, tak by nie wydała żadnego dźwięku, i odeszłam szybkim, lecz spokojnym krokiem.

Teraz skarb tkwi bezpiecznie w mojej zaciśniętej dłoni. Wydaje się naładowany elektrycznością, ząbki palą moją skórę. Ten mały kawałek metalu daje mi władzę. Ale muszę działać szybko, w przeciwnym razie nic z tego nie będzie i wrócę do punktu wyjścia, znowu stanę się przypadkowym obserwatorem bez żadnej roli do odegrania.

5

Poprzedni weekend

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33

Tytuł oryginału: The Night Away

Copyright © by Jess Ryder, 2020

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2021

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Kleszcz

Redakcja, korekta i skład: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: Yoyochow23 / iStockphoto, StratosGiannikos / iStockphoto

ISBN 978-83-8251-013-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.slowne.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek