Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 664

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 18 godz. 0 min Lektor: Małgorzata Lewińska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 18 godz. 0 min Lektor: Małgorzata Lewińska

Opis ebooka Tylko jeden sekret - Simona Ahrnstedt

Oczekiwanie dobiegło końca. Kontynuacja bestsellera Simony Ahrnstedt już tu jest! „Tylko jeden sekret” to kolejna powieść, od której nie sposób się oderwać. Opowiada o silnych kobietach, wielkiej namiętności i tajemnicach, które wszyscy mamy. Trzydziestoletnia Isobel Sørensen pracuje jako lekarz wojskowy i widziała już wszystko. Niezależnie od tego, co się wokół niej dzieje potrafi zachować spokój, chłodną głowę i profesjonalizm. Ale kiedy dowiaduje się, że Medpax, organizacja pozarządowa, która jest jej oczkiem w głowie ma problemy, zupełnie traci opanowanie. Ktoś odciął dopływ pieniędzy i wygląda na to, że zrobił to z powodów osobistych. Alexander De la Grip, najmłodszy syn najbardziej arystokratycznej rodziny w Szwecji jest pozbawionym moralności złotym młodzieńcem znanym z dwóch rzeczy: urody i podbojów. Noce spędza na imprezowaniu i sypianiu z kobietami, bo jeżeli nigdy się nie zatrzyma to może okropna pustka go nie dogoni. Kiedy, oczywiście na kacu, spotyka rozwścieczoną piękną lekarkę, od razu podejmuje decyzję. Isobel będzie jego następną zdobyczą. Zrobi wszystko, żeby tak się stało. Isobel jest przyzwyczajona do zainteresowania ze strony mężczyzn i liczy na to, że będzie potrafiła poradzić sobie z człowiekiem, który ma to, czego Medpax tak desperacko potrzebuje – nieograniczone zasoby pieniędzy. Ale ludzie nie zawsze są tacy, jacy się wydają. Alexander i Isobel nie mogą się sobie oprzeć. Na próbę zostanie wystawione wszystko to, w co do tej pory wierzyli. Pytanie tylko, czy Isobel, po tym jak kiedyś została głęboko zraniona, będzie jeszcze potrafiła wyjawić swoją tajemnicę? ”... Ahrnstedt przykłada się do researchu. To świetna historia miłosna przyprawiona rodzinnym dramatem i scenami seksu. Bez wątpienia ożywi szare dni!” Aftonbladet

Opinie o ebooku Tylko jeden sekret - Simona Ahrnstedt

Fragment ebooka Tylko jeden sekret - Simona Ahrnstedt

Tytuł oryginału: EN ENDA HEMLIGHET

Copyright EN ENDA HEMLIGHET © 2015 by Simona Ahrnstedt

First published by Forum Bokförlag, Sweden.

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan, Anna Gauza

ISBN: 978-83-8110-189-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Alexander De la Grip obudził się i nie wiedział, gdzie jest. Było jasno, mógł więc przyjąć, że to ranek, ale nie wiedział ani w jakim przebywa kraju, ani w jakim mieście, ani z kim spędził minioną noc. Nie potrafił sobie tego przypomnieć.

Ale nie był to pierwszy taki przypadek.

Szybko sprawdził, w jakim jest stanie. Leżał nagi. W nieswoim łóżku. Czuł, że ma kaca, ale nie kolosalnego. Wyciągnął rękę i poszukał telefonu. Była dopiero ósma, a on czuł się rześki. To jedna z zalet częstego picia i imprezowania, człowiek wyrabiał sobie dużą tolerancję na alkohol i na drugi dzień czuł się w miarę dobrze. Pomału zaczynała mu wracać pamięć. Przypomniał sobie szampana, drinki i kobiety w różnych klubach, które odwiedził, zanim tu wylądował.

Tu, czyli gdzie? Poszperał w pamięci. Zaczął w Chelsea, potem było Meat Packing, ale później już niewiele pamiętał. Podrapał się po zarośniętej brodzie. Cholera, przecież dzisiaj miał lecieć do Sztokholmu. Na spotkanie, o ile nie z demonami, to w każdym razie z niektórymi członkami swojej rodziny.

Wysunął się z pościeli. Dziewczyna, z którą spędził noc, wciąż mocno spała. Jej włosy leżały rozrzucone na poduszce, skóra była lekko opalona. Przez chwilę zatrzymał wzrok na jej plecach. Pięknie wczoraj wyglądała. Zaczęli flirtować na tarasie na dachu. Była seksowna w ten charakterystyczny, energiczny sposób, cechujący młode dziewczyny, które przyjechały do Nowego Jorku w poszukiwaniu szczęścia. Wydawało mu się, że jest Szwedką. Konsekwentnie dążyła do celu, który sobie wyznaczyła. Poza tym trochę sepleniła, jego zdaniem cholernie podniecająco. W zasadzie była dla niego trochę za młoda, ale nie stanowiło to dla niego problemu. Miała dwadzieścia lat, duże oczy i lubiła chichotać. W jej oczach od czasu do czasu błyskała bezwzględność. Wczoraj był zbyt pijany, żeby się tym przejmować, ale dzisiaj sobie to przypomniał.

Spotkali się w restauracji Romea. Zaczęli rozmawiać. Była bystra, dowcipna i zdecydowana, więc szybko przeszli do konkretów. Miała jakieś takie bardzo szwedzkie imię. Linda albo Jenny i była… Zmarszczył brwi, rozglądając się za swoimi spodniami. Dziennikarką? Nie. Znalazł majtki i spodnie. Włożył je i zaczął szukać koszuli, skórzanej kurtki i butów. Studentką? Modelką? Nie. Wprawdzie była wystarczająco chuda, ale odniósł wrażenie, że zajmowała się czymś, co wymagało czegoś więcej niż tylko długich nóg i zaburzeń odżywiania. Wsunął telefon do kieszeni, upewnił się, że ma portfel, okrył kołdrą plecy dziewczyny i ruszył w stronę drzwi. Cicho je otworzył i już po chwili znalazł się na ulicy. Na chwilę się zatrzymał. No właśnie, mieszkała na Brooklynie. Włożył okulary przeciwsłoneczne i się rozejrzał. To była ta lepsza część. Kupił kawę i poszukał wzrokiem taksówki.

Cieszył się, że wylądowali w mieszkaniu Jessiki (tak miała na imię!), a nie w jego, nawet jeśli musiał teraz do siebie podjechać. Nie żeby miał coś przeciwko goszczeniu u siebie kobiet. Kochał swój apartament na Upper West. Nawet najbardziej zblazowanym gościom zwykle imponowali portierzy, luksus i widok na Manhattan. Ale musiał się pakować. Oboje wiedzieli, że to była rzecz na jedną noc. Tak łatwiej było mu się wymknąć.

Kiedy wskakiwał do taksówki, odezwała się jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz, ogarnęła go fala niechęci i odrzucił połączenie od matki. Praktycznie był już w drodze do Sztokholmu, im dłużej uda mu się odwlec rozmowę z nią, tym lepiej.

Po raz kolejny telefon zadzwonił, gdy przejeżdżał przez most Brookliński. Tym razem na wyświetlaczu pokazał się napis „Romeo”. Odebrał i powiedział wesoło:

– Talk to me, baby.

Wyjrzał przez okno. Do Nowego Jorku zawitała wiosna, wszędzie kwitły drzewa wiśniowe i tulipany. Na ulicach jeszcze panował mały ruch. Alexander czuł, jak kawa usuwa z jego organizmu resztki nocnego upojenia.

– Chciałem się tylko upewnić, że wszystko w porządku – powiedział Romeo Rozzi, kucharz, którego określano mianem „cudownego dziecka włoskiej kuchni”, celebryta w świecie restauratorów i najlepszy przyjaciel Alexandra.

– A dlaczego miałoby być inaczej?

– Wczoraj, kiedy ode mnie wychodziłeś, byłeś cholernie pijany.

– W tym stanie najlepiej się czuję – odparł Alexander. – Nie wiesz przypadkiem, czym zajmuje się ta dziewczyna, z którą wyszedłem?

Romeo głośno westchnął.

– Nie pamiętasz? Kilka razy ci mówiłem, żebyś na nią uważał.

– No tak, jest blogerką, prawda?

– Prowadzi plotkarskiego bloga. Jednego z najlepszych. Powiedziałeś, że dasz jej coś, o czym będzie mogła pisać. Dałeś?

Alexander układał sobie w głowie fragmenty wspomnień nocy spędzonej w towarzystwie pozbawionej zahamowań Szwedki. Przypomniał sobie pytania, które mu zadawała, i rzeczy, które robili.

– Bez wątpienia – odparł.

– Ona chce pobić rekord wejść na swojego bloga. Bądź ostrożny. Gdy cię zobaczyła, wyglądała jak uzbrojony pocisk. Chcesz, żebym jej przeszkodził? Mogę porozmawiać z kim trzeba.

Alexander spróbował się zastanowić, czy obchodzi go to, że po raz kolejny trafi na plotkarski blog.

– Z kim trzeba? – zapytał, gdy znalazł się na wysokości Central Parku. – Jeżeli masz na myśli to, co sądzę, to wydaje mi się, że jeszcze przez jakiś czas możemy spróbować nie włączać włoskiej mafii. Nie obchodzi mnie to, niech sobie pisze, co chce.

Usłyszał kolejne westchnienie.

– Do niczego nie podchodzisz poważnie?

– Nie bądź głupi. Bardzo poważnie podchodzę do imprezowania.

– Wiesz, co miałem na myśli.

Alexander westchnął. Wiedział. Przez ostatnie pół roku imprezował więcej niż kiedykolwiek wcześniej i czasami można było odnieść wrażenie, że zależy mu na tym, żeby wywołać wystarczająco duży skandal, aby jego echa dotarły do Europy i do jego rodziców.

Jesienią miał romans z ikoną popu Zoe Taylor. Po krótkim, ale intensywnym związku napisała utwór My Favorite Swede, który ustanowił rekord odsłuchań na Spotify. Nie było do końca wiadomo, czy utwór naprawdę był o Alexandrze, ale Zoe, jedna z najbardziej znanych kobiet świata, nie zaprzeczyła, więc dziennikarze polowali na niego jak na dziką zwierzynę. Zoe była teraz w związku ze swoim ochroniarzem, ale My Favorite Swede pozostał najczęściej odtwarzanym utworem w historii.

– Alessandro, martwię się o ciebie. Nie żartuję.

Alexander wiedział, że Romeo naprawdę jest zaniepokojony i możliwe, że rzeczywiście tracił kontrolę nad imprezowaniem, piciem i kobietami.

A jednak. Czy biorąc pod uwagę to, co się stało, można się temu dziwić? Zapatrzył się w świat za oknem. Żółte taksówki, kioski z gazetami, ludzie. Ulica za ulicą.

Po Zoe zdążył już zaliczyć kilka kobiet, gdy w końcu poznał Lanę, dziedziczkę finansowego imperium zbudowanego na handlu nieruchomościami. Ich relacja trwała całe dwadzieścia dwa dni. Lana była największą skandalistką Ameryki i jej związek ze szwedzkim złotym młodzieńcem odbił się głośnym echem zarówno w amerykańskiej, jak i europejskiej prasie. Szczerze mówiąc, Alexander niewiele pamiętał z czasu, który spędzili razem. Bez przerwy imprezowali i rozstali się w zgodzie i po przyjacielsku, tuż przed Bożym Narodzeniem. Lana pojechała na rodzinne ranczo w Teksasie, zaręczyła się z przyjacielem z dzieciństwa i wzięła z nim ślub zaledwie kilka tygodni temu. Alexander wysłał młodej parze prezent. Udało mu się dotrzeć do wykonawców jednego z najbardziej nieprzyzwoitych musicali w historii Broadwayu. Zapłacił za przelot całej grupy, jej zakwaterowanie i występ na weselu. Artyści, sami mężczyźni, wykonali jedną z najbardziej skandalicznych piosenek musicalu, pełną przekleństw, obscenicznego seksu i bluźnierstw. Nie dowiedział się, co o występie sądziła głęboko religijna rodzina pana młodego – Alexander dopłacił artystom za to, żeby wystąpili w samych krawatach i skąpych majtkach. Ale był prawie pewien, że Lana doceniła jego żart.

Nie pamiętał, jak spędził święta. Na Malediwach? Seszelach? Miał niejasne wspomnienie nagich kobiet i luksusowych jachtów. A może tak spędził sylwestra?

Kiedy taksówka skręciła i w oddali zamajaczyły budynki Upper West Side, wrócił myślami do teraźniejszości.

– Jestem prawie w domu. Mogę do ciebie zadzwonić, ze Sztokholmu?

– No właśnie, przecież lecisz do siebie. Cieszysz się?

„Jak cholera”, pomyślał Alexander.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta.

– Czuję, że muszę się napić.

– Nawiasem mówiąc, ten wasz książę jest cholernie seksowny. Chętnie bym coś dla niego ugotował.

– Powiem mu to, jeśli go spotkam – powiedział i się rozłączył.

Wziął prysznic, ogolił się, przebrał i zdążył na czas do Newark. Kierowca przyjął napiwek z uśmiechem. Alexander nadał bagaż bez problemu. Nigdy nie miał kłopotów z takimi rzeczami. Po prostu posyłał osobie siedzącej za kontuarem olśniewający uśmiech i jego walizki spokojnie odjeżdżały na taśmie.

W sali dla VIP-ów puścił oko do tęgiej barmanki. Kobieta nieco się rozluźniła, przygładziła dłonią włosy i podała mu wódkę z lodem. Ze wszystkich kobiet świata mieszkanki Nowego Jorku najtrudniej było oczarować, ale gdy używał całego swojego uroku, zawsze mu się to udawało. Robił to automatycznie, ale obie strony na tym zyskiwały: on był sprawnie obsługiwany, a one się cieszyły.

Kiedy otworzono jego wejście, najpierw przepuścił matkę z niemowlęciem, pomógł staruszce wnieść bagaż, a potem sam wszedł na pokład. Otoczył go dyskretny luksus pokładu pierwszej klasy. Zamówił drinka przed posiłkiem i udało mu się przespać większą część podróży. Kiedy musiał lecieć do Sztokholmu, zwykle wybierał to połączenie – było o idealnej porze – i starał się wypić tyle, ile było trzeba, żeby zasnąć.

Kiedy wylądował wczesnym rankiem na lotnisku Arlanda, był wyspany. Dzięki szwedzkiemu paszportowi bez problemu minął cło i odebrał walizki. To była kolejna zaleta podróżowania pierwszą klasą. Wyszedł na zewnątrz i machnął na taksówkę.

– Zimno tu – powiedział do kierowcy, a ten zdał mu szczegółową relację z tego, ile godzin słońca i jaką temperaturę zanotowano do tej pory w tym miesiącu. Pogoda to ulubiony temat rozmów wszystkich Szwedów.

Mijali przedmieścia stolicy. W Central Parku kwitły już pola tulipanów i narcyzów. Tu wiosna nie była jeszcze aż tak widoczna. Słuchał monologu kierowcy i od czasu do czasu potakiwał mu pod nosem. Lubił słuchać innych ludzi i lubił Szwecję, jej czyste powietrze i spokojniejszą atmosferę. Nie lubił za to swojej rodziny. Spotkanie z nią będzie się starał odwlekać jak najdłużej. Może uda mu się zobaczyć z nimi dopiero w niedzielę na chrzcie. Od jesieni z powodzeniem unikał wszystkich rodzinnych spotkań, ale teraz miały się odbyć chrzest i ślub, którego nawet on nie chciał przegapić, musiał więc zacisnąć zęby i jakoś to wytrzymać. Najbliższe dni spędzi na otrząsaniu się z jetlagu, a noce będzie spędzał z kobietami. No i będzie musiał, ciężko westchnął już na samą myśl o tym, spotkać się ze wszystkimi swoimi plenipotentami.

Minęli Roslagstull i wjechali na Birger Jarlsgatan. Ulice wydawały się takie małe i czyste. Ludzie byli dobrze ubrani, nawet jeśli liczba żebraków przygnębiająco się powiększyła. Zostawili w tyle Stureplan i dzielnicę handlową. Nocne kluby i puby mrugały do niego zachęcająco. To była jego ulubiona część miasta. Niezależnie od tego, jak zblazowany był po imprezowaniu w Nowym Jorku, Bangkoku i Londynie, Sztokholm zawsze miał dla niego specjalny urok. Zdecydował, że wyjdzie się zabawić jeszcze tego samego wieczora. Właśnie tego było mu trzeba.

Taksówka stanęła przed hotelem Diplomat, w którym zatrzymywał się za każdym razem, gdy był w Sztokholmie. Wody zatoki Nybroviken połyskiwały. Mimo dość niskiej temperatury, wzdłuż Strandvägen spacerowali lekko ubrani, rozochoceni wiosną Sztokholmczycy. Wziął jedną torbę, a resztę zostawił obsłudze hotelu. Miał zamiar zostać w Sztokholmie kilka tygodni i pakując się, przygotował się na każdą ewentualność. Nawet jeśli kochał Sztokholm, uważał, że ciężko tu dostać przyzwoite ubranie, w każdym razie, gdy się lubiło szyte na miarę rzeczy najwyższej jakości. A on lubił.

Wyciągnął z portfela szwedzki banknot, dał go żebrzącej kobiecie i wszedł do hotelu. Wstydził się, że w ten sposób uspokaja wyrzuty sumienia. Z pewnością po raz dwudziesty w ciągu kilku ostatnich miesięcy pomyślał, że teraz, kiedy ma w Szwecji siostrzenicę, powinien chyba pomyśleć o tym, żeby kupić mieszkanie w Sztokholmie. Uśmiechnął się do recepcjonistki i podsunął jej pięćset koron po tym, jak go zameldowała. Zaczerwieniła się, ale przyjęła banknot, wiedząc, że kiedy Alexander De la Grip zatrzymuje się w ich hotelu, pewne zasady przestają obowiązywać. Skoro i tak będzie musiał się spotkać ze swoją rodziną, powinien jeszcze przez chwilę nacieszyć się wolnością.

Nie powiedziałby, że nie znosi swojej rodziny. Na pewno nie dosłownie i nie wszystkich. To było… skomplikowane. A on nie lubił tego, co skomplikowane, przez całe życie z dużą zręcznością unikał tego typu rzeczy. Wziął prysznic, rozpakował się, zabrał portfel i telefon i wyszedł z hotelu.

Miał oczywiście zamiar do niego wrócić, ale człowiek nigdy nie wie, co mu przyniesie los. Opuścił okulary przeciwsłoneczne i zaczął przeglądać w telefonie listę kontaktów. Alexander De la Grip znów był w mieście. A Sztokholm go kochał.

2

Isobel Sørensen wyminęła samochód i zatrzymała się na czerwonym świetle na Valhallavägen. Było zimno, ale miała nadzieję, że przejażdżka na rowerze do Nybroplan trochę ją rozgrzeje. Była spóźniona na zebranie w Medpaksie. Jak tylko zapaliło się żółte światło, nacisnęła na pedały.Przypięła rower, zdjęła kask i wbiegła po schodach. Gdy weszła do środka, przywitała się z Astą, wolontariuszką, która pracowała po części jako recepcjonistka, a po części jako asystentka.

– Bonjour, maman – powiedziała, gdy zobaczyła swoją mamę, Blanche Sørensen, rozpięła kurtkę i szybko cmoknęła matkę w policzki.

– Aleś ty spocona – zauważyła Blanche.

Isobel odgarnęła włosy, otarła czoło i przyjrzała się matce. Jej blond włosy były świeżo ułożone i miała na sobie nowy kostium od Chanel, pewnie pochodził z pierwszej tegorocznej kolekcji. Ale jej mama nie miała najmniejszych skrupułów, gdy chodziło o wydawanie pieniędzy na siebie.

– A ty wyglądasz świeżo i pięknie. Też będziesz na zebraniu?

Mama była trochę nieprzewidywalna. Przez niemal trzydzieści lat była prezesem i twarzą Medpaksu. Mimo że dwa lata temu zrzekła się wszystkich oficjalnych funkcji, nadal miała silną pozycję i czasami przychodziła na ich cotygodniowe zebrania. Niewiele im się wtedy udawało zrobić.

– Zajrzałam tylko po pocztę.

Isobel stłumiła westchnienie ulgi. Kiedyś matka wyglądała olśniewająco, miała silną pozycję intelektualną i społeczną i należało się z nią liczyć, ale ostatnie lata były, delikatnie rzecz ujmując, burzliwe.

– Tu jesteś, Isobel – powiedziała Leila, sekretarz generalny Medpaksu, zaglądając do recepcji. Jej ciemne oczy zlustrowały Blanche. Uniosła jedną brew. – Blanche, jak miło cię widzieć. Znowu.

Po szwedzku mówiła perfekcyjnie, ale akcent jej schrypniętego głosu zdradzał perskie korzenie.

– Leila – odparła Blanche bez entuzjazmu.

Oficjalnie Blanche sama zrezygnowała z działalności w Medpaksie w momencie, kiedy przechodziła na emeryturę, bo pracowała również jako kierownik szpitala Huddinge. Nieoficjalnie została do tego zmuszona przez cały zarząd. Narobiła za dużo bałaganu. Ówczesna kierowniczka biura Medpaksu, starsza pani, która praktycznie rzecz biorąc, była prawą ręką Blanche, skorzystała z okazji i z ulgą poszła na emeryturę, żeby zająć się uprawą pelargonii. Zarząd ogłosił nabór na stanowisko prezesa i do organizacji wkroczyła, z siłą perskiego wodza, Leila Dibah. Potem już nic nie było takie jak wcześniej.

Pięćdziesięciodwuletnia psycholog, która kiedyś, po wypiciu połowy butelki Riojy, wyznała Isobel, że zdecydowała się na tę posadę z powodu poważnego kryzysu wieku średniego, już po kilku dniach mianowała siebie samą sekretarzem generalnym. Ponadto wprowadziła cotygodniowe spotkania dla wszystkich pracowników Medpaksu, a także wzięła się za cały ten bałagan wynikły z lat autorytarnego i nieprzejrzystego zarządzania. Tylko i wyłącznie dzięki uporczywej pracy Leili cały Medpax przeszedł nadzwyczajny audyt, który spadł na organizację po tym, jak została ona ostro skrytykowana przez Svensk insamlingskontroll, instytucję sprawującą pieczę nad wszystkimi zbiórkami na cele charytatywne. Jednym słowem zatrudnienie inteligentnej psycholog było genialnym posunięciem wciąż jeszcze nieco oszołomionego zarządu.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała Isobel, kiedy Blanche i Leila spiorunowały się wzrokiem. – W pracy zapanował istny chaos.

Blanche milczała, ale Isobel i tak wiedziała, co myśli jej matka. Że Isobel pociągał chaos i że była sama sobie winna, jeśli nie potrafiła sobie z nim poradzić. Blanche osiągnęła mistrzostwo w milczącej krytyce.

To dziadek Isobel ze strony mamy, Henri Pelletier, założył Medpax w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku. Pierwsze biuro główne znajdowało się w Paryżu i do chwili obecnej w starej kamienicy na obrzeżach miasta funkcjonowała senna jednostka administracyjna. Isobel odwiedziła ją całkiem niedawno, spotkała się z dwoma pracującymi tam starszymi paniami, napiła się z nimi francuskiej kawy i posłuchała opowieści o starych dobrych czasach. Jej dziadek, Henri, był świetnym lekarzem, nowoczesnym i dążącym do poprawy warunków życia „czarnych” w byłych i obecnych koloniach francuskich w Afryce. Jego zaangażowanie zaowocowało powstaniem Medpaksu. To, że córka pójdzie w jego ślady, zostanie chirurgiem i pokieruje Medpaksem, było dla niego oczywiste. Fakt, że Isobel wybrała swoją własną drogę – inną specjalizację i inne sposoby angażowania się – nadal stanowiło temat tak pełen potencjalnych zagrożeń, jak pole minowe w Afganistanie.

– Przyszłaś w samą porę – powiedziała Leila, wyrywając ją z zamyślenia. – Właśnie zaczynamy. Dziękuję, że do nas wpadłaś, Blanche, uważaj na siebie. Do widzenia.

To było zaznaczenie swojej pozycji. Isobel wstrzymała oddech. Starcia między Blanche i Leilą, do jakich dochodziło w ciągu ostatnich dwóch lat, nieco osłabły, ale między obiema kobietami nadal istniało napięcie i czasem wciąż jeszcze zdarzały się sceny. Ale Blanche wzięła tylko stos swoich listów, chłodno się pożegnała i wyszła przez mahoniowe drzwi.

Leila patrzyła spokojnie na Isobel. Jej ciemne oczy wyglądały tak, jakby widziały już prawie wszystkie ludzkie słabości i nadal nie mogły się zdecydować, czy życie jest tragedią czy komedią.

– Zaczynamy? – zapytała, otwierając drzwi do pokoju konferencyjnego, w którym czekała już większość niewielkiego i pracującego przeważnie za darmo zespołu Medpaksu.

Asta weszła za nimi. Isobel przywitała się po kolei z wszystkimi zebranymi: księgową Theą Nilson, dwoma krótkowłosymi studentkami politologii, które odbywały u nich praktyki i obie miały na imię Katarina, i panią von Fersen, niebieskowłosą damą, która zajmowała się kwestami oraz lunchami, obiadami i galami, stanowiącymi dużą (zdaniem Isobel nawet zbyt dużą) część działalności Medpaksu. Isobel usiadła. Zasadniczo uważała, że wszystkie zebrania są jedną wielką stratą czasu, ale wprowadzone jakiś czas temu cotygodniowe spotkania okazały się zaskakująco interesujące. Obecnie czekała na to, żeby zobaczyć się z ludźmi myślącymi tak jak ona i rozmawiać o pomocy dla biednych krajów, pracy w terenie i przyszłości.

Po chwili dołączył do nich Sven, chirurg, który nosił kucyk i kowbojki, a po nim Lin-Lin, specjalistka do spraw zdrowia publicznego, którą Leili udało się zwerbować albo podkraść, w zależności od tego, kogo pytać o zdanie, Lekarzom bez Granic. Zespół Medpaksu był teraz w komplecie.

Gdy Leila prezentowała plan zebrania, Lin-Lin sięgnęła ręką do talerzyka z ciasteczkami, który stał na środku stołu. Obie Katariny gorączkowo notowały, a Isobel, która od rana nic nie piła, przysunęła sobie karafkę z wodą.

Szybko uporali się z pytaniami dotyczącymi weekendowego grafiku i wydatków, a później zaczęli rozmawiać o etyce pomocy biednym krajom, co z kolei doprowadziło do żywiołowej wymiany zdań między Svenem i Astą. Isobel przedstawiła swój punkt widzenia, gdy została o to wyraźnie poproszona. Czuła, jak zmęczenie po całym dniu pracy znika. Była ożywiona i nagle znów miała mnóstwo energii. Kochała to. Te ich żywiołowe dyskusje. Fakt, że cały czas kwestionowali to, co robili.

Asta podniosła się z miejsca i z zaróżowionymi policzkami mówiła o etyce i odpowiedzialności. Isobel kiwała potakująco głową. Pomoc biednym krajom i praca terenowa nie mogły stanowić hobby dla bogatych, białych mieszkańców Zachodu, których gryzło sumienie.

– Tu chodzi o nowoczesną pracę humanitarną – powiedziała Asta. – O to, żeby w mieszkańcach tych krajów widzieć pełnowartościowe jednostki.

– Ale przecież chodzi również o eony doświadczenia – zaoponował Sven.

– Isobel? – zapytała Asta. – Zgadzasz się ze mną?

Isobel wiedziała, że ma wyjątkową pozycję. W świecie, w którym wartość człowieka wynika głównie z ilości i długości misji, które odbył, ona była ewenementem. Niewiele osób miało na koncie aż tyle pracy w terenie, już samo to czyniło z niej autorytet. Poza tym wszyscy w Medpaksie wiedzieli, że etyka i moralność to tematy, które leżą jej na sercu, zawsze zażarcie o nich dyskutowała. Nie godziła się na żadne kompromisy.

– Same dobre chęci nie wystarczą. Muszą iść za nimi dobre czyny.

Asta pokiwała głową, ale Sven prychnął.

– Nie zawsze jest do wyboru tylko dobro i zło.

W zasadzie Isobel się z nim zgadzała. Czasem było tylko to, co złe i co jeszcze gorsze. Ilu ludzi umarło na jej oczach w Liberii? Ilu dzieci nie zdołała uratować, do ilu nie udało jej się nawet dotrzeć? Odnosiła wrażenie, że znalazła się w czyśćcu. Żaden wyjazd nie był łatwy, ale o to przecież chodziło, nieśli pomoc ludziom, którzy znajdowali się w najgorszych miejscach na ziemi. Liberia stanowiła jednak całkiem nowy poziom piekła.

– Chodziło mi o to, że w każdej sytuacji powinniśmy wiedzieć, co jest naszą siłą napędową – dodała. – Łatwo jest podejmować spontaniczne decyzje, które w danej sytuacji wydają się słuszne. Ale zawsze musimy myśleć o długofalowych konsekwencjach.

– Coś takiego może doprowadzić do zobojętnienia.

Isobel się z nim zgadzała. Granica między racjonalnością a nieludzkimi decyzjami nie zawsze była łatwa do uchwycenia, zwłaszcza dla niej. Czy Sven ma rację? Czy stawianie sobie wysokich wymagań, jeśli chodzi o etykę i honor, sprawiało, że człowiek stawał się nieczuły? Chciałaby móc odpowiedzieć na to pytanie.

– Będziemy jeszcze mieli okazję o tym porozmawiać – stwierdziła Leila, patrząc na Svena. – Może po twoim powrocie z Czadu?

W czasach swojej świetności Medpax prowadził trzy szpitale dziecięce, po jednym w Czadzie, Kongo i Kamerunie. Z biegiem lat dwa z nich zostały przejęte przez miejscowe władze. Isobel uważała, że to dobrze. Widziała w tym naturalny i pożądany rozwój. Ale Blanche potraktowała to jak osobistą zniewagę. Często tak robiła. W każdym razie został im teraz tylko jeden szpital dziecięcy. Pracował w nim personel medyczny z Czadu, nieliczni wolontariusze, a czasem również lekarze z innych organizacji, ale należał do Medpaksu. Nie odwiedzali go od ubiegłej jesieni. Sven miał teraz tam dotrzeć, zorientować się, czego potrzeba, i ułożyć plan działania.

– A skoro już o tym mowa – powiedział Sven wolno. – Nie będę mógł pojechać.

W pokoju zapadła cisza.

– Dlaczego? – zapytała w końcu Isobel. Nie chciała, żeby w jej głosie słychać było wyrzut. Jednak przecież pediatrzy, którzy mogą jechać do szpitala dziecięcego w Czadzie, nie rosną na drzewach. Była tam jesienią i wiedziała, że Sven jest potrzebny. Ktoś musiał się wszystkiemu przyjrzeć.

– Moja żona nie chce mnie puścić.

Leila spojrzała na niego z ukosa.

– To już pewne?

– Przykro mi, ale nic na to nie poradzę. Postawiła mi ultimatum i muszę zadbać o swoje małżeństwo.

Isobel zaczęła się zastanawiać, dlaczego Sven, który był znany z tego, że spał praktycznie z każdą napotkaną pielęgniarką, nagle zaczął się troszczyć o swoje małżeństwo. Ale nic nie powiedziała. Decyzja o wyjeździe w teren musiała być dobrowolna.

Leila kiwnęła głową.

– Jakoś się z tym uporamy. Ale jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałabym wspomnieć – oznajmiła i wzięła pękaty skoroszyt, który podała jej Asta. – Mamy problem z jednym darczyńcą. Poważny problem.

Pani von Fersen, która do tej pory siedziała w milczeniu i przyglądała się swoim paznokciom w odcieniu srebra, spojrzała na wszystkich z powagą. Leila wręczyła zebranym kartki z kolumnami. Pobieżnie je przejrzeli. Isobel zmarszczyła brwi. Finanse nie były wprawdzie jej specjalnością, ale…

– To jest jakaś fundacja – powiedziała i podniosła wzrok. – Jesteśmy aż tak bardzo od niej uzależnieni? Od jednego darczyńcy?

Leila pokiwała głową.

– Teraz tak. Dostaliśmy od niej sporo funduszy, ale teraz niestety przelewy przestały przychodzić. Jak wiecie, straciliśmy kilku darczyńców, jeszcze zanim zaczęłam tu pracować. Od tamtej pory wiele naszych próśb o wsparcie zostało odrzuconych, więc nigdy nie udało się nam wrócić do wcześniejszego poziomu.

Leila ocaliła to, co się dało, ale faktem pozostawało, że Blanche z biegiem lat coraz gorzej radziła sobie z podtrzymywaniem dobrych relacji z darczyńcami. Isobel wiedziała oczywiście, że logicznie rzecz biorąc, nie była to wina Blanche, ale i tak zaczęła się niespokojnie wiercić na krześle. Z wiekiem matka zrobiła się bardziej nieugięta i często ubliżała innym. Może Isobel powinna była się zorientować, że sprawy źle idą? Gdyby zrobiła tak, jak chciała mama, i bardziej się zaangażowała w działalność Medpaksu, może byłaby w stanie wcześniej zmienić sytuację? Spojrzała na swoje wyszorowane do czysta piegowate dłonie. Czasami odnosiła wrażenie, że niezależnie od tego, co robi, wszystko wychodzi źle.

– Nie stać nas na to, żeby ją stracić. Nie wiem, dlaczego wstrzymała wpłaty. Nie oddzwaniają, mimo że zostawiłam im wiele wiadomości.

Nazwa fundacji nic Isobel nie mówiła, ale zauważyła, że siedzibę ma przy jednej z najdroższych ulic w Sztokholmie. Może jej zarządca uznał, że nie warto oddzwaniać do psychologa z małej organizacji humanitarnej.

Przyglądała się kolumnom, próbując je zrozumieć.

– Kiedy przestała płacić?

– Tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

Była wtedy w Liberii. Widziała tak wiele ofiar, opuszczonych wiosek i zszokowanych pracowników medycznych, że chciałaby o tym zapomnieć. Już jako nastolatka pracowała w obozach dla uchodźców, na obszarach ogarniętych wojną i klęskami żywiołowymi. Ale to, co widziała w Liberii… Minęło kilka tygodni, zanim udało jej się pozbyć najgorszych koszmarów.

– Powinnaś była wspomnieć o tym wcześniej. Jak on czy ona się nazywa?

– Kto?

– Osoba, która stoi za tą fundacją.

– Tutaj – odparła Leila i pokazała palcem miejsce w skoroszycie. – To on. Alexander De la Grip.

– Żartujesz – powiedziała Isobel z niedowierzaniem.

Leila podniosła wzrok.

– Wiesz, kto to jest?

Thea, Lin-Lin, obie Katariny i Asta wymieniły spojrzenia. Isobel mogła się założyć, że dobrze wiedziały, kim jest Alexander De la Grip.

„Najlepiej ubrani kawalerowie”. „Najbogatsi Szwedzi poniżej trzydziestki”. „Najprzystojniejsi mężczyźni świata”. Isobel nawet nie wiedziała, na ilu listach widziała jego nazwisko. W ilu brukowcach figurowało. Nie żeby go specjalnie szukała. Alexander De la Grip był jak długa, odpychająca powieść w odcinkach.

– Tak – odparła. Poza tym znała Alexandra nie tylko z gazet.

Poznali się przypadkiem w czasie ubiegłorocznych wakacji. Dużo wtedy podróżowała. Odwiedziła Nowy Jork. Skanię. Czad. A później Liberię. Próbował ją podrywać, a ona kazała mu się wynosić do diabła.

Potarła czoło, ogarnęło ją zmęczenie. Możliwe, że posłała Alexandra w cholerę wiele razy. Prawdę mówiąc, zawsze gdy Alexander się do niej odzywał, była dla niego niemiła i wcale nie miała zamiaru tego ukrywać. Wszystko w nim działało jej na nerwy. Drażnił ją jego zapijaczony wzrok i fakt, że wiódł beztroskie życie. Czy naprawdę tak łatwo było go urazić? Głupie pytanie, jasne, że tak. Jego ego było pewnie delikatniejsze niż organizm z obniżoną odpornością. Obraziła go, a on, żeby się zemścić, zakręcił kurek z pieniędzmi dla Medpaksu. To było jedyne wyjaśnienie.

Leila przyglądała się jej uważnie zza swoich okularów w czarnych oprawkach.

– Da się z nim porozmawiać? Nakłonić do zmiany zdania? Może zaprosić na lunch? – zapytała.

Isobel przesunęła kartki w dłoni.

– Myślę, że można spróbować – powiedziała niechętnie. Często spotykała się z potencjalnymi darczyńcami na lunchach, obiadach, a czasami również na śniadaniach. Nie byłaby to dla niej żadna nowość, wiedziała, że jest w tym dobra, że imponuje ludziom. Ale myśl o tym, że miałaby nadskakiwać temu rozpieszczonemu arystokracie, wywoływała w niej mdłości.

– Zajmiesz się tym?

Isobel wiedziała, co miałaby ochotę zrobić z takim obrażalskim złotym młodzieńcem, ale zachowała te myśli dla siebie, przybrała spokojny wyraz twarzy, spojrzała na Leilę i powiedziała:

– Jasne.

– Dobrze, bo jeżeli wkrótce nie otrzymamy pieniędzy, to koniec. Będziemy mogli zamknąć Medpax jeszcze przed wakacjami.

Zebrani wokół stołu wymienili niespokojne spojrzenia.

– Przesadzasz – stwierdziła Isobel.

Leila lubiła dramatyzować. Tak źle chyba nie jest?

Leila pokazała ręką wydruki i powiedziała:

– Możecie przeliczyć jeszcze raz. Ja tak zrobiłam. Bez pieniędzy będziemy mogli zapomnieć o pomocy humanitarnej. Cyfry nie kłamią.

Gdy zebranie się skończyło i zaczęli się rozchodzić, Leila zatrzymała Isobel.

– Mogłabyś jeszcze chwilkę zostać? – zapytała.

Drzwi się zamknęły i zostały same.

– Tak?

Leila przyglądała się jej przez chwilę.

– Chciałam sprawdzić, jak się czujesz.

Isobel oparła dłoń na stole, zaczęła bębnić palcami o blat, a potem przestała równie szybko, jak zaczęła.

– Dobrze.

Z grubsza biorąc, była to prawda.

– A jak tam problemy ze snem?

Isobel spojrzała na nią podejrzliwie.

– Przeprowadzasz wywiad psychologiczny?

Twarz Leili nawet nie drgnęła.

– A jest taka potrzeba?

Isobel zmusiła się do tego, żeby siedzieć spokojnie i nie okazywać niepokoju psychomotorycznego. Wzięła wdech. I zrobiła wydech. Wróciła trzy miesiące temu, ale wciąż jeszcze były takie obrazy i zapachy, których nie mogła zapomnieć. Najgorsze były pierwsze tygodnie po powrocie. Teraz życie toczyło się mniej więcej utartym torem.

– Nie potrzebuję już tabletek nasennych. Wszystko zmierza w dobrą stronę.

Przez chwilę siedziały w milczeniu.

– Naprawdę potrzebujemy kogoś w tym szpitalu dziecięcym, wiesz to równie dobrze jak ja – powiedziała w końcu Leila.

Isobel spodziewała się, że ten temat się pojawi.

– Nie jestem pediatrą.

To była śmieszna wymówka. Obie to wiedziały. Biorąc pod uwagę jej wiedzę i umiejętności, każdy szpital na świecie miałby z niej pożytek.

– Zastanowisz się jeszcze?

– Tak.

– A kiedy będziesz się zastanawiać, pomyślisz też o Skanii, prawda?

Isobel udało się całkowicie wyprzeć z pamięci tę szopkę. Medpax miał uczestniczyć w pewnym dobroczynnym bankiecie gdzieś na skańskiej prowincji. Bogaci ludzie, przedstawiciele firm, politycy i arystokracja zbiorą się w jakimś zamku. Będą sobie gawędzić, pić wino, jeść ekskluzywne dania i, oby, dadzą się przekonać do hojnych datków.

– Nie wystarczy, że będę nadskakiwać De la Gripowi?

– Ale wszyscy cię lubią. Jesteś trzecim pokoleniem Medpaksu, masz niesamowite poczucie sprawiedliwości społecznej i takie tam. Poza tym jesteś młodą kobietą, a to zawsze działa. Pomyśl tylko, ile uda się nam zebrać, jeśli też pojedziesz.

– Czy to przypadkiem nie jest szantaż emocjonalny?

– Oczywiście, że tak – zgodziła się Leila i popukała palcem wskazującym w kartkę z wyliczeniami. –Nawet jeśli ci się uda obłaskawić Alexandra De la Gripa, to i tak będzie to jak przyklejenie plasterka na ranę. Musimy się zabezpieczyć i zapewnić sobie regularne wpływy.

Czyli najpierw miała czołgać się u stóp jednego z najbardziej wyzutych z moralności mężczyzn na świecie, a potem jechać do Skanii i nadskakiwać kolejnym bogaczom. Zrobiło jej się naprawdę niedobrze.

– Dasz radę, Isobel?

– Tak.

Da radę, ponieważ dawała sobie radę praktycznie ze wszystkim. Ale pomyślała, że chyba wolałaby zostać w Liberii.

3

Alexander zdusił dłonią beknięcie.

Miał monstrualnego kaca.

Praktycznie rzecz biorąc, nadal był pijany.

Głęboko odetchnął. Alkohol, wódka, drinki i szampan, który pił od dwóch dni, w połączeniu z jetlagiem w końcu wygrały z jego tolerancją. Cholera. Ostatni raz tak się czuł, kiedy miał trzynaście lat i Åsa Bjelke pokazała mu, jak skutecznie opróżniać barek rodziców.

Przeciągnął się na krześle. Miał na sobie garnitur, ale ponieważ wcześniej nie był w stanie szukać krawata ani zapinać guzików koszuli, pod marynarkę włożył zwykły podkoszulek. Czterej mężczyźni w średnim wieku, którzy siedzieli naprzeciwko niego, przyglądali mu się z niesmakiem.

Położył dłoń na stole. Liczył na to, że chłodna powierzchnia pozwoli mu się uspokoić.

– Zaczynamy? – zapytał.

Jeden z mężczyzn wyjął teczkę, a inni poszli jego śladem i wkrótce cały stół pokryły Bardzo Ważne Dokumenty. To byli jego bankierzy i prawnicy, czyli ludzie, którzy dbali o szwedzką część jego pokaźnego majątku. Byli zajętymi i obowiązkowymi obywatelami i patrząc na ich miny, domyślał się, że nie są zadowoleni z tego, iż ściągnął ich do przestronnego biura fundacji mieszczącego się przy Smålandsgatan na Norrmalmie. Przed godziną wysłał im wiadomość, w której kazał im do siebie przyjechać. Wcześniej umawiali się, że to on odwiedzi po kolei każdego z nich. Ale w swoim obecnym stanie nie dałby rady opuścić granic dzielnicy, nie mówiąc już o dotarciu do czterech biur usytuowanych w różnych miejscach. Z trudem udało mu się dojść do fundacji, mimo że była oddalona o rzut kamieniem od hotelu.

A teraz jego prawnicy i bankierzy siedzieli naprzeciwko niego i wyglądali, jakby połknęli cytryny. Ale miał gdzieś to, że zburzył im plan dnia. Jeśli coś im nie odpowiada, mogą złożyć wypowiedzenie.

– Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale chyba otrzymujecie ode mnie wynagrodzenie w wysokości, którą można by określić jako skandaliczna albo astronomiczna – powiedział lodowatym tonem.

Mężczyźni milczeli, zmarszczyli tylko jeszcze bardziej czoła i zacisnęli mocniej usta.

– Przepraszam? – powiedział do faceta po lewej, nie pamiętał, jak on się nazywa. – Pomyślałem, że może na moment moglibyśmy ocieplić atmosferę. Uśmiechnąć się raz albo dwa.

Mężczyźni zaczęli się wiercić nerwowo na krzesłach. Postanowił, że jeśli go nie posłuchają, to ich wszystkich zwolni. Nie będzie miał najmniejszych problemów ze znalezieniem kogoś na ich miejsce.

Westchnął. Nie miał siły się nimi przejmować. Pokręcił głową.

– Miejmy to już za sobą – powiedział.

Rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła kobieta z tacą. „Kawa, dzięki Bogu”, pomyślał. Kobieta podniosła srebrny dzbanek i rozlała napój do filiżanek z cieniutkiej porcelany, a potem postawiła na stole talerz z małymi miętowymi czekoladkami w kolorowych sreberkach. Alexander nie znał nic równie ohydnego. Czy naprawdę ktoś był w stanie to jeść? Wziął filiżankę, podczas gdy mężczyźni wyjęli długopisy i zaczęli układać papiery w sobie tylko znanym porządku. Alexander popijał kawę i ponuro przyglądał się stosom dokumentów, które miał podpisać. Najwyższy z nich miał prawie dziesięć centymetrów wysokości.

– Potrzebny nam pana podpis na tym wszystkim – powiedział jeden z mężczyzn, pokazując stosy. – Nalegam – dodał, jakby przeczuwał, że jedyne, na co Alexander ma ochotę, to wstać, wyjść i nigdy więcej nie wrócić.

Nie wiedział, dlaczego tak bardzo tego nienawidzi. U siebie, w Nowym Jorku, wszystko miał pod kontrolą. Może chodziło o to, że ci mężczyźni przypominali mu ojca, który w dzieciństwie cały czas go krytykował i usiłował złamać. Możliwe, że nie znosił wszystkiego, co miało związek ze szwedzkim życiem gospodarczym. Po tym, co się stało ubiegłego lata, musiał nabrać dystansu do Szwecji i zrobił to, wtykając głowę w piasek i zapominając o swoich obowiązkach. Teraz przyszło mu za to zapłacić.

– Dawajcie to – wymamrotał.

Z rezygnacją zaczął składać podpisy. Jeden po drugim.

– Proszę podpisać tu i tu – powtarzali mężczyźni, jakby się zacięli.

Inwestycje. Zlecenia wypłaty. Pełnomocnictwa.

Kiedy zaczęła się zbliżać pora lunchu, a on nie był nawet w połowie podpisywania, pomyślał, że musi się napić czegoś innego niż ta kawa i zaczerpnąć powietrza.

– Zrobimy sobie dziesięć minut przerwy – oznajmił, wyszedł szybko z pokoju, zamknął oczy i głęboko odetchnął.

Chciałby móc powiedzieć, że się cieszy, że w końcu się za to zabrał, że kawa pomogła mu uporać się z kacem, ale… Otworzył oczy, kiedy usłyszał podniesione głosy. Zobaczył, że w sekretariacie jest jakaś rudowłosa kobieta. Stała plecami do niego i gestykulowała, rozmawiając z sekretarką.

– Nie mogę pani dać jego numeru – mówiła pracownica fundacji. W jej głosie pobrzmiewała irytacja, jakby już wielokrotnie to powtarzała.

– Może mi pani przynajmniej powiedzieć, czy jest w Sztokholmie? Wysłałam mu maila, ale nie dostałam odpowiedzi. Wybiera się do Szwecji? Wie pani, jak mogłabym się z nim skontaktować? Musi być jakiś sposób.

Oczy Alexandra się zwęziły. Gdzieś już słyszał ten głos.

Sekretarka podniosła wzrok i posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Rudowłosa kobieta musiała to zauważyć, bo momentalnie się odwróciła. Od razu ją rozpoznał.

Isobel Sørensen.

„Proszę, proszę”, pomyślał. Poczuł, że zaczyna się uśmiechać. Podchodząc do niej, pomyślał, że to o wiele zabawniejsze niż podpisywanie jakichś tam papierów. Isobel była tak ładna, jak zapamiętał. Chociaż „ładna” to nie jest właściwe słowo. Isobel Sørensen była piękna. Tak jak piękny jest pożar puszczy, eksplozja albo katastrofa naturalna. Uśmiechnął się do niej szeroko. Po krótkiej chwili odpowiedziała mu uprzejmym uśmiechem, ale jej oczy pozostały poważne.

– Próbowałam się z tobą skontaktować – oznajmiła i wyciągnęła do niego rękę. Uścisnęła mocno jego dłoń, a potem cofnęła się o krok i przyjrzała mu się badawczo.

Odruchowo chciał przejechać dłonią po zarośniętej brodzie, ale się powstrzymał. Żałował, że jednak się nie ogolił.

– Wysłałam ci maila. Przyszłam tu, żeby dostać twój numer telefonu. Nie sposób się z tobą skontaktować.

– A jednak ci się udało.

Nic dziwnego, że miała takie trudności. Wszystkie maile ze skrzynki odbiorczej fundacji automatycznie przechodziły do folderu, którego nie otwierał od… Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio do niego zaglądał. Uświadomił sobie, że musiał on zawierać setki nieprzeczytanych wiadomości.

– W porządku – powiedział uspokajająco do sekretarki. Potem zwrócił się znów do Isobel. Użył całego swojego uroku. – Nie wiedziałem, że aż tak ci zależy na tym, żeby ze mną porozmawiać. W czym mogę ci pomóc?

Oczy Isobel błysnęły.

Otworzyły się drzwi do pokoju, w którym zostawił bankierów.

– Panie De la Grip? – powiedział jeden z nich, wyglądając na zewnątrz.

„Cholera”, pomyślał Alexander, zdążył już zapomnieć o tych swoich ponurych specach od finansów.

– Po lunchu – zawołał do mężczyzny. – Muszę najpierw coś załatwić.

Był szczerze zaciekawiony, czego chce od niego Isobel Sørensen. Nie żeby przez ostatnie pół roku poświęcił jej choć myśl, ale dobrze ją pamiętał. Gdyby ktoś go zapytał, co o niej sądzi, powiedziałby: „To jedna z tych nielicznych kobiet, na które mój urok nie działa. To niepojęte”. Za każdym razem, gdy się spotykali, Isobel była nieprzystępna, wroga albo nieuprzejma. Oczywiście nie był w stanie się temu oprzeć. Spojrzał na sekretarkę i zapytał:

– Czy jest jakiś pokój, w którym możemy usiąść? – zapytał, a potem zwrócił się do Isobel. – Kawy?

– Nie, dziękuję.

Sekretarka minęła ich, stukając obcasami. Alexander wyciągnął dłoń i pokazał Isobel, żeby poszła przodem. Dobre wychowanie wyniósł z domu, miał je we krwi i nawet gdyby chciał, nie potrafiłby zachować się niegrzecznie wobec kobiety. Miał teraz świetną okazję, żeby przyjrzeć się jej od tyłu. Wiatrówka, koński ogon i długie nogi. Miała na sobie bezkształtne spodnie, a na nich plamy z błota. Chwilę potrwało, zanim Alexander zdał sobie sprawę, że przyjechała na rowerze. Kiedy on ostatnio jechał na rowerze? A do tego włożyła praktyczne buty na płaskim obcasie. Jedna z najmniej seksownych rzeczy, jakie kiedykolwiek widział. Zaczął się zastanawiać, czy tylko mu się zdawało, że jest atrakcyjna. Isobel usiadła. Nie, nie zdawało mu się. Nie pamiętał, kiedy i czy w ogóle widział aż tak piękną kobietę. Dałby wszystko, żeby zobaczyć ją w obcisłej sukience. Choć oczywiście najchętniej widziałby ją nago. Pod tymi wszystkimi warstwami szeleszczących i praktycznych materiałów w stonowanych kolorach przeczuwał istnienie mnóstwa interesujących krągłości i fascynujących tajemnic. Usiadł. Dzień, który tak okropnie się zaczął, właśnie stał się zdecydowanie lepszy.

Isobel założyła nogę na nogę. Zaczął się zastanawiać, jak wyglądają jej nogi. Na pewno są silne, skoro wszędzie jeździła na rowerze. Patrzyła na niego wyczekująco. Czego, u licha, mogła od niego chcieć? Nagle coś mu przyszło do głowy. Chyba z nią nie spał? Boże, coś takiego chyba by pamiętał? Zaczął szperać w pamięci i przez to nie zauważył, że zaczęła mówić.

– Przepraszam – powiedział. – Mogłabyś zacząć od początku?

Zamrugała. Nie zmieniła wyrazu twarzy, ale w jej oczach pojawił się ogień. Zniknął tak szybko, jak się zapalił, jak gdyby jakieś uczucie wymknęło się jej spod kontroli, ale zaraz zostało powściągnięte. Zaczęła mówić od początku, powoli i bardzo wyraźnie, jak gdyby rozmawiała z dzieckiem.

– Masz, oczywiście, prawo zrobić, jak zechcesz. Rozumiem, że to twoje pieniądze. Ale chciałabym cię przeprosić. Mam nadzieję, że będziesz w stanie spojrzeć na to szerzej. Zrozumieć, że twoja decyzja będzie miała wpływ na wielu ludzi, nie tylko na mnie. Że tu chodzi o ludzi z krwi i kości.

Alexander podrapał się po czole. Isobel równie dobrze mogła mówić w jakimś wymarłym języku. Nic z tego nie rozumiał.

Otworzył i zamknął usta. Isobel mówiła dalej.

– Dla ludzi, których to dotyczy, będzie to prawdziwa katastrofa. Jak już powiedziałam, żałuję tego, co się zdarzyło między nami, gdybym mogła to cofnąć, zrobiłabym to. Ale to jest ważne, również dla dzieci. Nie przesadzam, gdy mówię, że to kwestia życia i śmierci.

Wzięła teczkę i zaczęła z niej wyjmować zdjęcia niedożywionych dzieci i czegoś, co wyglądało jak szpitalne łóżka i kartki z jakimiś wyliczeniami.

– Isobel… – powiedział i musiał odchrząknąć. – Przepraszam, miałem trudny poranek i nie bardzo wiem, o czym mówisz.

Położyła dłonie na kolanach i przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Wzięła głęboki oddech. Na jej policzkach zagościły rumieńce. Między brwiami, które, nawiasem mówiąc, były fascynujące, płomiennorude na tle bladego czoła, pojawiła się zmarszczka. Była prawdziwą pięknością. Potrafił sobie wyobrazić, jak wchodzi z nią pod rękę do jednego z klubów w Nowym Jorku. Albo jeszcze lepiej, jak ona leży pod nim w jego łóżku albo na owczej skórze. Cholera, znów powiedziała coś, czego nie usłyszał. Spróbował się skupić.

– Jesteśmy całkowicie uzależnieni od naszych darczyńców.

– W porządku – powiedział, nie rozumiejąc, co to ma z nim wspólnego. Zamrugał. Chciałby, żeby kofeina, którą w siebie wlał, jakimś cudem rozproszyła mgły spowijające jego mózg. – Czyli, jeżeli dobrze rozumiem, gdzieś brakuje pieniędzy? – zapytał, żeby się upewnić. Zanim jeszcze skończył mówić, dotarło do niego, że umknęło mu coś bardzo istotnego.

Isobel kilka razy mrugnęła. Wokół jej ust pojawiło się napięcie, które sprawiło, że po oficjalnym wyrazie twarzy, jaki przyjęła na początku, nie pozostał nawet ślad.

– Pozwól, że powtórzę to, co najważniejsze – powiedziała z zawziętością. Rzuciła się w kolejny monolog o głodzie, dzieciach i pieniądzach.

Tym razem naprawdę próbował jej słuchać. Niezależnie od tego, co sądziła o nim Isobel, wcale nie był upośledzony. W końcu udało mu się zrozumieć, o co jej chodzi.

– Dawaliśmy pieniądze twojej organizacji. A teraz przestaliśmy. I jesteś… hm… wzburzona – zdecydował się na to słowo.

– Wiem, że zrobiłeś to, żeby się zemścić. Ale ja…

– Zemścić? – przerwał jej. Naprawdę niełatwo było za nią nadążyć.

– Tak, wiesz, za to, że ja…

Trochę się zaczerwieniła. Czy to chore, że podniecała go kobieta, która się czerwieni? Ale wyglądała jak jakaś cholerna Amazonka, a fakt, że okazywała słabość, sprawiał, że była jeszcze bardziej seksowna.

– …że byłam wtedy niemiła.

– Niemiła? A chodzi ci o ten raz, gdy kazałaś mi się odpieprzyć? – podsunął usłużnie. – Czy chodzi ci o ten raz, gdy na Arlandzie odwróciłaś się do mnie plecami? Albo gdy udawałaś, że nie znasz szwedzkiego? Przepraszam, ale byłaś niemiła tak wiele razy, że nie wiem, o który konkretnie ci chodzi.

Na jej szyi pojawiły się czerwone smugi. Miała niemal przeźroczystą skórę, białą jak jedwab i mleko, oprószoną złotymi piegami.

– Czyli powodem tego, że tu przyszłaś i na mnie krzyczysz…

– Nie krzyczę – przerwała mu.

– Czyli powód tej rozmowy jest następujący: powiedziałaś coś niemiłego, ja się wściekłem, przestałem wpłacać pieniądze na twoją organizację, która ratuje życie, i przez to spowodowałem masowe zgony wśród dzieci w Afryce? – podsumował.

– Nie w Afryce w ogóle. W Czadzie.

– To tam leciałaś, gdy się spotkaliśmy na Arlandzie?

– Tak.

– Wtedy powiedziałaś, że lecisz do Afryki – wytknął jej.

– Nie sądziłam, że wiesz, gdzie leży Czad – odparowała.

– Hm – mruknął.

Nie miał pojęcia o większości rzeczy, o których opowiedziała. Ale mogło tak być. Wiele z tego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, było dla niego nieco niejasne.

– Medpax wypełnia w Czadzie bardzo ważną misję. Ale jesteśmy małą organizacją i przez to łatwo nas osłabić. Naprawdę mi przykro, jeśli cię uraziłam. Chętnie opowiem ci o tym, jak pracujemy.

Zaczęła wyjmować kolejne teczki ze swojej torby z nieokreślonego materiału. Alexander podniósł rękę do góry.

– Proszę – powiedział. – Żadnych więcej papierów.

Odłożyła torbę i posłała mu sztywny uśmiech.

– Czy możesz przynajmniej pomyśleć o tym, co ci powiedziałam? – zapytała.

– Jasne.

Patrzyła na niego nieufnie.

– To naprawdę ważne – dodała.

– Przecież powiedziałem, że pomyślę – odburknął.

Może dlatego, że przez całe przedpołudnie czuł pogardę czterech mężczyzn, których rodziny prawdopodobnie utrzymywał. Może dlatego, że nie był przyzwyczajony do kobiet takich jak Isobel. Ale kręciło mu się w głowie i zaczynał mieć dość wrogości.

Nie po to przyjechał do Sztokholmu, żeby obrażali go ludzie, którym nic nie zrobił. W każdym razie nie umyślnie.

– Medpax realizuje wiele programów szczepień. Wykonujemy niezwykle ważną pracę, gdy chodzi o malarię, niedożywienie. Mamy…

– Isobel, pomyślę – przerwał jej. Miał wrażenie, że eksploduje, jeżeli usłyszy jeszcze choć jedno słowo o niedożywionych dzieciach i heroicznych lekarzach.

– To, co robimy, to nie rozrywka w wolnym czasie. Nasi lekarze naprawdę są tam potrzebni. Musisz zrozumieć…

Wyprostował się na krześle. Położył dłoń na stole i posłał jej znaczące spojrzenie.

– Rzecz w tym, że ja nic nie muszę.

Nadal do końca nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Wciąż był, do cholery, pijany, ale docierało do niego, że ta nieszczerze uśmiechnięta lekarka prawdopodobnie domaga się od niego mnóstwa pieniędzy.

– Jak już powiedziałem, przyjrzę się sprawie – powiedział. Chciał dodać coś o tym, że to elementarny błąd okazywać tak wyraźną pogardę ludziom, których prosi się o pieniądze, ale nie dał rady.

– Mimo to uważam, że… – zaczęła.

– Wystarczy – uciął. Wstał i zamknął na chwilę oczy, bo mu się zakręciło w głowie. Powinien chyba coś zjeść. – Zadzwonię do ciebie – oznajmił tak zdecydowanym tonem, na jaki było go stać.

Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę jeszcze coś powiedzieć, ale schowała papiery do teczki, którą potem włożyła do swojej wyblakłej torby, i też się podniosła.

– Dziękuję za poświęcony czas – powiedziała i wyciągnęła do niego rękę.

Uścisnął ją mocno, ale nagle naszła go absurdalna ochota, żeby przyciągnąć jej dłoń do ust i pocałować. Jednak powstrzymał się i spojrzał tylko na ich połączone dłonie. Isobel miała długie palce, krótko obcięte paznokcie i nie nosiła żadnej biżuterii. To były dłonie kompetentnego lekarza.

– Zadzwonię do ciebie – powtórzył. Puściła jego dłoń i ruszyła w stronę drzwi ze zniszczoną torbą na ramieniu. Jej wiatrówka cicho szeleściła.

Ruszył do przodu, żeby otworzyć przed nią drzwi.

Posłała mu długie spojrzenie i mimo że nic nie powiedziała, to w jej szarych jak pozbawiony słońca listopadowy poranek oczach wyczytał, że zła opinia, jaką o nim miała, po tym spotkaniu jeszcze się pogorszyła. Z jakiegoś powodu mu się to nie spodobało.

– Do widzenia, Isobel – powiedział cicho.Wyszła bez słowa, a on stał i długo za nią patrzył.

4

Isobel wyszła do poczekalni po kolejną pacjentkę, kobietę w jej wieku, która miała problemy po części ze snem i stresem, a po części ze swoją mamą.

„Jeśli chodzi o to ostatnie, to też przydałaby mi się pomoc”, pomyślała Isobel, słuchając pacjentki. Zastanawiała się, czy wypisać skierowanie do psychologa, ale postanowiła zaczekać. Jednocześnie uświadomiła sobie, że cały czas nie może pozbyć się okropnego wrażenia, że nie najlepiej poradziła sobie podczas wczorajszej rozmowy z Alexandrem De la Gripem.

Wypisała receptę, zaleciła mniej interakcji z mamą i przyjęła kolejną osobę. Ale niezależnie od tego, jak bardzo koncentrowała się na pracy, nie opuszczało jej nieprzyjemne uczucie, że zawaliła sprawę. I to kompletnie.

Mierząc ciśnienie i wypisując leki na wrzody żołądka, zastanawiała się, jak to w ogóle możliwe. Była znana z umiejętności radzenia sobie z innymi i zachowania spokoju. To do niej rejestrowano histerycznych i roszczeniowych pacjentów, to ona uspokajała wzburzone pielęgniarki i werbowała pracowników terenowych i to ona wygłaszała odczyty dla studentów o tym, jak istotne w zawodzie lekarza są jego kompetencje interpersonalne. A wdarła się do Alexandra De la Gripa i zachowywała jak krnąbrna nastolatka. W pięknym biurze jego wytwornej fundacji, od której zależało istnienie Medpaksu.

Jakim słowem można by ją najlepiej opisać?

Idiotka.

Ale bardzo się denerwowała. Alexander był tak przystojny, że z trudem to zaakceptowała. Żaden mężczyzna nie miał prawa tak wyglądać, to wydawało się nienaturalne. Mimo rozczochranych włosów, zarostu na brodzie i wymiętego garnituru, był taki atrakcyjny, że patrząc na niego, wbrew sobie się czerwieniła. Na dokładkę Alexander De la Grip należał do arystokracji i był bogaty. Nie tak zwyczajnie bogaty, ale niesamowicie bogaty. Nie żeby kiedykolwiek miała złudzenia co do tego, że życie jest sprawiedliwe, ale żeby aż tak? Jak mogło być aż tak bardzo niesprawiedliwe? Kroplą, która przepełniła czarę goryczy, były jego przekrwione oczy i bijąca od niego woń trawionego alkoholu. Miał czelność stać w tej swojej fundacji, otoczony wianuszkiem ludzi czekających na każde jego skinienie, i wyglądać tak, jakby od tygodnia nie robił nic innego, tylko imprezował, podczas gdy ona walczyła o przetrwanie Medpaksu. Tego było za wiele. Pozwoliła zatem, żeby rzeczy, które nie powinny ją obchodzić, wpłynęły na nią i spowodowały, że dopuściła do głosu niskie uczucia i wszystko zakończyło się katastrofą. Zamknęła drzwi, westchnęła i zadzwoniła do Leili.

– Dzwonił może Alexander De la Grip? – zapytała.

– Nie, a miał?

Isobel odchyliła się na oparciu i położyła nogi na stole. Zostało jej jeszcze co najmniej ośmiu pacjentów, ale mogła sobie pozwolić na krótką rozmowę.

– Wczoraj na niego nakrzyczałam. Możliwe też, że go obraziłam. Znowu. Więc nie, raczej nie będzie dzwonił.

– Rozumiem. Jak się dziś czujesz?

– Mam nie po kolei w głowie. Możesz mnie poddać analizie, jeśli chcesz. Co jest ze mną nie tak?

Leila prychnęła.

– Wcale nie muszę cię analizować, to żadne wyzwanie. I tak wiem, o co chodzi. Podejrzewam, że już w macicy stawiałaś sobie wysokie wymagania. Cały czas się martwisz, czy jesteś wystarczająco dobra. Zależy ci na tym, żeby twoi bliźni i koledzy czuli, że ich dostrzegasz. Każdy, kto cię spotka, podziwia cię, ale ty sobie tego nie uświadamiasz, bo bez przerwy się zastanawiasz, co jeszcze zrobić, żeby twoja zajęta sobą matka i nieżyjący ojciec byli z ciebie dumni. Coś mi umknęło?

Isobel zamknęła oczy. Nie potrafiła zdecydować, czy pomysł, żeby zadzwonić do Leili, był zły czy dobry.

– To chyba dość… szczegółowa analiza – powiedziała potulnie.

– Isobel, jesteś osobą, którą każdy chciałby mieć w swoim zespole.

– Ale się ośmieszyłam.

– Tak. Witaj w zwyczajnym świecie, w którym ludzie się czasem ośmieszają. Zapomnij już o tym.

– Co to za psychologiczne frazesy? To nie takie łatwe.

– Zgadza się, ale ty nie chcesz, żeby było łatwo. Proszę bardzo.

Isobel przyjęła następnego pacjenta. PR-owca, który cały czas wracał, skarżąc się na bezsenność i dyskopatię. Powstrzymała się przed uwagą, że pewnie lepiej by spał, gdyby przestał cały czas zdradzać swoją żonę. Wypisała mu receptę na środki przeciwbólowe i wyznaczyła jak najodleglejszy termin powtórnej wizyty. Potem wysłuchała zestresowanego dziennikarza, który powiedział, że „trochę go drapie w gardle”. Facet miał wysoką gorączkę i zanim jeszcze przyszły wyniki z laboratorium, Isobel wiedziała, że to szkarlatyna. Kiedy spojrzała na zegarek, zobaczyła, że jest już trzecia. Zrezygnowała ze wspólnej przerwy na kawę i zamknęła się w swoim gabinecie. Siedząc przed komputerem, zajadała sucharki z dżemem pomarańczowym. Do wyszukiwarki wpisała hasło „Alexander De la Grip + zdjęcia”. Wczoraj wydał jej się jeszcze bardziej umięśniony, niż kiedy go widziała ostatnio, mimo że już wówczas nie należał do ułomków. Był wysoki, znacznie wyższy od niej, choć ona często musiała patrzeć na mężczyzn z góry i w szkole cały czas walczyła z pokusą, żeby się garbić. „Wyprostuj plecy, Isobel”. „Jesteś taka wysoka, chyba grasz w kosza?”. „Dlaczego zawsze nosisz za krótkie spodnie?”

Jakie znaczenie miało to, że Alexander jest wysoki? A miało. Wysocy, potężni mężczyźni byli atrakcyjni. Przyzwyczaiła się do tego, że na oko, bez pytania, oceniała czyjś wzrost i wagę. Tylko patrzyła i już wiedziała. Alexander musiał mieć co najmniej metr dziewięćdziesiąt sześć i ważył między sto pięć a sto dziesięć kilo. Miał szerokie ramiona, muskularny kark i twarde mięśnie brzucha. Przesuwała zdjęcia na ekranie, znalazła to najbardziej znane, na którym stał półnagi, błyszczący od olejku, a dwie kobiety klęczały u jego stóp, porównała je z nowszymi i z tym, co sama zapamiętała. Coś musiał ze sobą zrobić. Chodził na siłownię? Wyrzuciła do kosza okruchy sucharków, wyłączyła wyszukiwarkę internetową i poszła po kolejnego pacjenta.

Kiedy przyjęła już wszystkich chorych, założyła kask i ruszyła na rowerze do domu. Dziś wieczorem miała się spotkać przy piwie z grupą lekarzy polowych, ale zaczęła się wahać. Lepiej by było, żeby poszła. Wiedziała, że niedobrze jest trzymać się na uboczu. Jutro, pomyślała, zajmę się tym jutro.

Siedząc przed telewizorem, zjadła gotowe danie, które wcześniej kupiła, potem przeczytała w „Läkartidningen” artykuł o malarii i napiła się czerwonej herbaty.

Jutro, pomyślała znowu, leżąc w łóżku. Była wykończona, ale nie mogła usnąć. Jutro jakoś to rozwiążę, stanę się lepszym człowiekiem. Zamknęła oczy. Spała nago. To był luksus, na który pozwalała sobie, gdy była w domu. Na misji jako kobieta musiała być ostrożna, ale u siebie mogła czuć chłód pościeli na nagiej skórze. Nie potrafiła się wyciszyć. Może powinna się zaspokoić? Orgazm uwalniał oksytocynę i obniżał ciśnienie. Przesunęła dłońmi po ciele, ale nie była w nastroju, myśli miała zajęte czym innym. Może i dobrze. Życie seksualne było kolejną trudną sprawą, za którą nie miała siły się zabrać. Spojrzała na zegarek, wzięła komórkę i wysłała esemesa do Leili.

Podjęłam decyzję. Jadę do Czadu.

Leila nie odpisała.

Prawdopodobnie dlatego, że miała jakieś życie.

Isobel położyła się na boku i spojrzała w okno. Usnęła dopiero po kilku godzinach.

5

Gina Adan zawiązała w pasie biały fartuch i po cichu policzyła kieliszki, wysokie, kryształowe, wypełnione szampanem i ustawione na masywnej antycznej tacy ze srebra. Będą sporo ważyć. Była silna, ale musiała uważać, żeby nie wziąć zbyt wielu naraz.

Spojrzała przez okno. Posiadłość Gyllgarn była skąpana w promieniach wiosennego słońca. Pod żółtą fasadą zamku kwitły narcyzy. Na zieleniącym się trawniku stały grupki gości, którzy przybyli na chrzest. Garnitury, wysokie obcasy i powiewające na wietrze sukienki. Donice i wazony w zamkowych pokojach wypełniały kwiaty, a każdy centymetr powierzchni był wypucowany na błysk. Gina wygładziła fartuch dłońmi. Kochała ten zamek i jego wielowiekową historię. Meble, ozdoby i obrazy, z których poważni szlachcice i ubrane w jedwabie szlachcianki patrzyli na nią, gdziekolwiek się ruszyła. Wszystko było szwedzkie, egzotyczne i diametralnie różne od otoczenia, w którym się wychowywała. W Somalii jest bardzo mało zamków.

– Jak idzie? Mogę w czymś pomóc? – zapytała Natalia, wpadając do kuchni. Na ręku trzymała malutką Molly. Najważniejszą osobę tego dnia.

Niemowlę zagruchało i Gina uśmiechnęła się na widok okrąglutkiej buzi. Zabawne, że taka szczupła i subtelna kobieta jak Natalia Hammar miała takie pulchniutkie dziecko.

– Nie trzeba – odparła Gina. – Wszystko jest pod kontrolą. Może pani dołączyć do gości.

– Dziękuję – powiedziała Natalia i na moment się zawahała. – Ale powiedz, gdybyś potrzebowała pomocy.

Gina patrzyła za nią. Zawsze lubiła Natalię, była w porządku, ale miała swoje własne demony, z którymi musiała się zmagać, mimo że była bogata i odnosiła sukcesy. Po skandalu, który wybuchł ubiegłego lata, dotychczasowi pracodawcy Giny, Ebba i Gustaf De la Grip, uciekli do Francji. Przez moment Gina była niebezpiecznie blisko finansowej katastrofy. Straciła wiele cennych zleceń, i to w chwili, kiedy potrzebowała ich najbardziej. Ale Natalia, która miała wtedy zdecydowanie większe zmartwienia, jak zwykle wykazała się empatią, zadzwoniła do niej i zapytała, czy chce, żeby ją komuś poleciła. Dzięki Bogu. Naprawdę potrzebowała pieniędzy.

Od szesnastego roku życia pracowała na uroczystościach takich jak ta. Od sześciu lat obsługiwała białą szwedzką arystokrację, podawała do stołu na chrzcinach, imprezach z okazji zdanej matury, ślubach, sprzątała wille w Djursholmenie i na Östermalmie. Nie miała nic przeciwko temu. Zwykle wynagrodzenie było dobre, a poza tym lubiła różnorodność. Jasne, mężczyźni ją obmacywali, składali świńskie propozycje i komentowali kolor jej skóry, a niektóre kobiety potrafiły być okropnie złośliwe, ale dla niej to był chleb powszedni, pod tym względem ta warstwa społeczna nie różniła się zbytnio od innych.

Wytarła plamę, którą dostrzegła na srebrnej powierzchni, i podniosła tacę. Ale źle oceniła ciężar i kiedy jeden z kieliszków zaczął się kołysać, serce podeszło jej do gardła. To był zabytkowy komplet, a szampan sporo kosztował.

Zaklęła. Nagle pojawiła się para silnych rąk, która w ostatniej chwili uratowała sytuację.

– Dziękuję – powiedziała z ulgą. Zobaczyła wesoły uśmiech i miała wrażenie, że w kuchni nagle zaświeciło słońce.

– Cześć – powiedział Alexander De la Grip. Pewnie trzymał ciężką tacę. – Mało brakowało. Dobrze, że się zjawiłem.

– Cześć – odparła i odpowiedziała na uśmiech. Najwięcej do czynienia miała z Natalią, ale Alexandra też znała. Pojawiał się od czasu do czasu i promieniał urodą. – Dawno się nie widzieliśmy – dodała i wzięła od niego tacę. Ostatni raz spotkała go w ubiegłe wakacje. Dobrze teraz wyglądał. Jak zawsze.

– Zgadza się, nie byłem w Szwecji od ślubu Natalii i Davida.

Gina zerknęła na jego twarz i stwierdziła, że wygląda na lekko wstawionego.

– Zajęty imprezowaniem? – zapytała. Próbowała policzyć w pamięci, ile nagłówków z jego imieniem i nazwiskiem widziała w ciągu minionego półrocza, ale poddała się przy dziesięciu.

– To ciężka praca, ale ktoś musi być czarną owcą w rodzinie – odparł i otworzył przed nią drzwi. W jego spojrzeniu, jak zawsze, gdy się zjawiał na rodzinnych imprezach, widać było nerwowość, którą bardzo starał się ukryć. – A jak się miewa najładniejsza roznosicielka szampana w Szwecji?

– Dobrze, dziękuję.

– Daj znać, jeśli będę mógł zrobić coś więcej, otworzyć kolejne drzwi albo uratować kolejne tace – powiedział i puścił do niej oko. – Wymasować zmęczone stopy.

– Mhm – mruknęła i zerknęła na niego nieufnie. Alexander zawsze z nią flirtował, ale robił to z każdą i w pewnym sensie była w tym cudowna równość. Przesunęła się obok niego i wyszła, żeby wykonywać swoją pracę.

Spragnieni goście szybko opróżnili tacę. Gina zaczęła zbierać puste kieliszki, jednocześnie obserwując otoczenie. David otaczał ramieniem Natalię. Rozmawiali z Åsą Bjelke i Michelem Chamounem. Gina nie mogła się powstrzymać i przez chwilę przyglądała się tej wspaniałej czwórce. Potem wróciła do kuchni, wymieniła puste kieliszki na pełne i znów wyszła, żeby podawać szampana.

Kiedy znalazła się na zewnątrz, zobaczyła że przez trawnik w jej stronę idzie Peter De la Grip. Był sam. Przygryzła wargę. Nie lubiła go, ale jako że podszedł do niej, zmusiła się do tego, żeby podsunąć mu tacę i grzecznie się uśmiechnąć.

– Cześć – powiedział. Wziął kieliszek, podziękował i w milczeniu stanął obok.

Nie wiedziała, co zrobić. Uznała, że niegrzecznie byłoby odejść. Z trójki rodzeństwa to Petera lubiła najmniej. Był dla niej przykładem białego mężczyzny, aroganckiego, przekonanego o własnej doskonałości i patrzącego z góry na innych. Zerknęła na niego, gdy tak stał z kieliszkiem w dłoni, wpatrzony w nieokreślony punkt. Żaden z gości nie podszedł do niego. Wyglądał inaczej. Schudł od czasu, gdy go ostatnio widziała – to musiało być tamtego poranka u Natalii tuż przed osławionym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy. Chyba od tego czasu nie było mu łatwo. Uderzyła ją myśl, że ten zamek należał wcześniej do niego. Mieszkał w Gyll­garn z żoną. Potem stracił posiadłość, żona zażądała rozwodu, a teraz… Gina uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, co Peter teraz robi. Całkowicie zniknął z jej radaru. Stała w milczeniu, przenosiła ciężar ciała z nogi na nogę i zastanawiała się, czy Peter zauważy, jeśli ona tak po prostu zniknie.

Głośno westchnął i na nią spojrzał. Wyglądał na zmęczonego. Odstawił kieliszek na tacę.

– Dziękuję. Bardzo dobry – powiedział i odszedł.

Kiedy przecinał trawnik, ludzie odwracali wzrok. Gina spojrzała na kieliszek, który odstawił na tacę. Był pełny.

Alexander kątem oka przyglądał się Ginie, jednocześnie rozmawiając ze szczupłą hrabiną, z którą chodził do szkoły. Hrabina była śliczna, ale Gina porażała urodą. Miała długie, szczupłe ramiona, fantastyczną sylwetkę. Kości policzkowe, za które każda modelka mogłaby zabić. Gdyby nie pracowała dla jego rodziny, to… Skinął głową i posłał hrabinie uwodzicielski uśmiech, ale jego myśli biegły własnym torem. Przeszkadzało mu, że Gina rozmawia z Peterem. Fakt, że sam z nią flirtował, to jedno, ale nigdy nie przekroczyłby pewnej granicy wobec kogoś, kto jest od niego zależny. Ale gdy chodziło o Petera, który już raz dopuścił się gwałtu, nigdy nic nie było wiadomo. Dopiero kiedy jego brat odszedł, Alexander odetchnął. Hrabina wyglądała na zdziwioną, więc uśmiechnął się przepraszająco. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bliski był rzucenia się na brata, gdyby ten popełnił najmniejszy nawet błąd. Nie widzieli się od pamiętnego zgromadzenia akcjonariuszy, na którym Peter zagłosował przeciwko ojcu i przyczynił do tego, że rodzina De la Gripów raz na zawsze straciła kontrolę nad Investum, ich rodzinną firmą. Nawet ze sobą od tamtej pory nie rozmawiali, co bardzo cieszyło Alexandra. Było wiele osób, których nie lubił i którymi gardził. Ludzie często okazywali się nieznośnie głupi, ale Peter i tak zajmował wysokie miejsce na liście „Ludzi, których nie znosił”. Hrabina nie przestawała go zagadywać. Zauważył, że Peter zniknął wśród gości. Przy odrobinie szczęścia może uda mu się uniknąć spotkania ze starszym bratem zarówno dzisiaj, jak i przez resztę życia.

– Alexander!

Odwrócił się na dźwięk dobrze znanego głosu z rosyjskim akcentem.

– Wujek Eugen! – powiedział i spojrzał na wuja z radością. Niewielu było takich członków rodziny, poza Natalią, których Alexander kochał, a wuj się do nich zaliczał.

Eugen przytulił go, mocno uściskał i głośno ucałował w oba policzki. Wyglądał rześko. Miał na sobie ubranie w intensywnych kolorach, był ogolony i pięknie pachniał.

– Skoro już jesteś w Szwecji, musisz odwiedzić mnie w Skanii – stwierdził Eugen i zamachał w powietrzu kieliszkiem. – Wydaję bal dobroczynny. Przyjdą ludzie, którzy będą na coś zbierać pieniądze. Chyba na ochronę środowiska. Wiesz, jak bardzo mi zależy na ochronie środowiska.

Alexander uniósł brew ze zdziwienia.

– A może chodzi o pokój na świecie? W każdym razie o coś takiego. Zapowiada się cały weekend wystąpień, odczytów i towarzyskich rozmów. Będzie wielu takich jak ty.

– Jak ja?

– No wiesz, pięknych ludzi, którzy mają za mało oleju w głowie i za dużo pieniędzy. Złotej młodzieży. Razem zrobimy coś, żeby świat stał się lepszy.

– Postaram się przyjechać – skłamał. Lubił wuja i chyba powinien odwiedzić zamek, który przecież był jego. Ale dobroczynna feta gdzieś na wsi to niezupełnie był jego przepis na udany weekend.

Eugen pokręcił głową, jakby czytał w jego myślach. Ale powiedział tylko:

– Byłoby miło, gdybyś wpadł. Od dawna nie spędzaliśmy razem czasu.