Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko dla mężczyzn - Magdalena Samozwaniec

 

 

Nie dajmy się zwieść tytułowi. W „Tylko dla mężczyzn” dostaje się zarówno panom, jak i płci pięknej. Jak to u Magdaleny Samozwaniec – pierwszej damy polskiej satyry.

Hochsztapler, spirytysta, obleśnik, nudziarz, uwodziciel, dzieciorób i dowcipniś. Kalejdoskop męskich charakterów znany kobietom tak samo dobrze pół wieku temu, jak i dzisiaj. Tylko dla mężczyzn to źródło niewyczerpanych inspiracji dla obojga płci. Dla kobiet – klucz do męskiego świata, dla panów – drogowskaz do niewieścich serc, a dla wszystkich razem literacka uczta i świetna zabawa. Jednym słowem remedium na małżeńskie niesnaski w wykonaniu Magdaleny Samozwaniec.

Małżeństwo doskonałe – zgódźmy się przede wszystkim, że takie nie istnieje. Już jest dobrze, jeśli małżonkowie nie żyją z sobą jak pies z kotem, ale jak pies z psem, to znaczy, że czasem się ze sobą użerają, a czasem się sobie podlizują. Mężczyzna, żeniąc się, powinien uważać, ażeby nie musiał napisać na grobie swej żony tak , jak to zrobił pewien wdowiec: „Tu spoczywa moja małżonka – dla jej i mojego spokoju”.

 

Dla żony: Zrób awanturę, a nie jęcz

Nie mów, że najbrzydsze z dzieci jest do niego podobne

Jeśli uważasz go za głowę rodziny – nie siadaj na niej

Miej zawsze w pokoju dużą wodę kolońską i małe kieliszki do wódki

Dla męża:

Chcesz żeby za dużo nie mówiła – pozwól jej palić papierosy

Młody mąż nie powinien nigdy zasypiać, zanim jego żona nie zaśnie

W dzień obchodź się z żoną jak z przyjacielem, w nocy jak z przyjaciółką

Opinie o ebooku Tylko dla mężczyzn - Magdalena Samozwaniec

Fragment ebooka Tylko dla mężczyzn - Magdalena Samozwaniec

Mag­da­le­na Sa­mo­zwa­niec

TYL­KO DLA MĘŻ­CZYZN

Co­py­ri­ght © by Ire­ne­usz So­ko­łow­ski, Te­re­sa Pod­ra­za

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa MMXIII

Wy­da­nie IV

War­sza­wa MMXIII

Mo­je­mu ko­cha­ne­mu mę­żo­wi, Zyg­mun­to­wi Nie­wi­dow­skie­mu

JAK BYĆ SZCZĘŚLIWYM W MAŁŻEŃSTWIE (rady i wskazówki)

Gdy­by męż­czy­zna nie miał się ze­sta­rzeć, nie ży­czył­bym mu w ogó­le mał­żeń­stwa.

Na­po­le­on I

Mał­żeń­stwo jest umie­jęt­no­ścią.

Bal­zac

Wstęp

Od cza­su nie­oce­nio­nej Fi­zjo­lo­gii mał­żeń­stwa Bal­za­ca dużo cza­su upły­nę­ło, a ma­rze­nia tego wiel­kie­go re­for­ma­to­ra po­ży­cia mał­żeń­skie­go, tak nie­do­ści­głe wów­czas, wcie­li­ły się dziś w ży­cie dro­gą ewo­lu­cji i po­stę­pu: pan­ny flir­tu­ją przed ślu­bem (jak pan Bal­zac przy­ka­zał). Jego nie­śmia­łe ży­cze­nie, żeby mał­żeń­stwa sy­pia­ły od­dziel­nie, jest dziś czę­stym wy­pad­kiem. „Pro­ro­ki” nie ro­dzą się co roku, jak to daw­niej by­wa­ło, a pa­no­wie w wie­ku bal­za­kow­skim (to zna­czy ta­kim, w ja­kim był Bal­zac pi­sząc swo­ją Fi­zjo­lo­gię) nie sy­pia­ją w szlaf­my­cach lub fu­la­rach na gło­wie, co im ten wiel­ki pi­sarz miał tak bar­dzo za złe.

Bal­zac w swo­im dzie­le zaj­mu­je się prze­waż­nie nie­unik­nio­ną we­dług nie­go zdra­dą żony, prze­ciw­ko któ­rej po­da­je mę­żom wie­le dro­go­cen­nych rad i wska­zó­wek. Ten ge­nial­ny hu­mo­ry­sta zro­zu­miał do­sko­na­le, że nie­moż­li­wą rze­czą dla ko­bie­ty było nie zdra­dzić ta­kiej „baby-dzia­da” w szlaf­my­cy, w dłu­giej noc­nej ko­szu­li, śmiesz­ne­go noc­ne­go mar­ka, włó­czą­ce­go się po ko­ry­ta­rzach ze świecz­ką, jak nam to po­ka­zu­ją sta­ro­świec­kie ka­ry­ka­tu­ry i szty­chy. Ów­cze­sne żony też nie były tak atrak­cyj­ne, jak dzi­siej­sze. No­si­ły one ka­fta­ni­ki za­pię­te pod szy­ję, a na gło­wie czep­ce. Wia­do­mo jed­nak, że ko­bie­ca uro­da ma taką siłę pro­mie­nio­wa­nia, iż naj­cno­tliw­sze płót­na i naj­mniej prze­zro­czy­ste per­ka­le za­wsze ją prze­pusz­czą. Bal­za­kow­ski mąż za­plą­ta­ny w dłu­gie gie­zło i fu­la­ry, wy­glą­da­ją­cy ra­czej na ja­kąś ku­zyn­kę swo­jej mat­ki, do któ­re­go żona mo­gła­by za­wo­łać sło­wa­mi Boya: „Moja ty luba piesz­czot­ko, bądź­że mi choć ciot­ką”, na­ka­za­ne miał z góry przez swo­je­go ojca, żeby „nie ro­bić z żony ko­chan­ki”. To po­boż­ne ży­cze­nie oj­cow­skie do nie­daw­na mia­ło jesz­cze wśród mło­dych mę­żów wie­lu zwo­len­ni­ków. Cóż więc mia­ła ro­bić daw­na ślicz­na mę­ża­tecz­ka, je­śli nie zna­leźć so­bie aman­ta, któ­ry ro­man­tycz­nie za­kra­da­jąc się pod­czas nie­obec­no­ści pana domu do jej al­ko­wy, pięk­nie odzia­ny, utre­fio­ny i „la­ren­do­grą” skro­pio­ny, w ni­czym nie przy­po­mi­nał „cio­cio-bab­ki” w szlaf­my­cy. Męż­czyź­nie za­wsze – je­śli cho­dzi­ło o mał­żeń­stwo – przy­pa­da­ło pra­wo wy­bo­ru, pan­nę po pro­stu ro­dzi­ce wy­da­wa­li za mąż. Urzą­dza­li za jej ple­ca­mi ist­ne Tar­gi Wschod­nie, tłu­ma­cząc jej po­boż­nie, że „mąż i żona od Boga prze­zna­czo­na”, po czym wie­dli to nie­win­ne bia­łe ja­gnię do oł­ta­rza, za­cie­ra­jąc ręce, że dwa ma­jąt­ki, dwa sta­re na­zwi­ska lub dwa do­brze pro­spe­ru­ją­ce skle­py po­łą­czą ze sobą. Nie­wi­niąt­ko nie bar­dzo się bro­ni­ło (co praw­da mał­żeń­stwo mia­ło za­wsze dla pa­nien nie­od­par­ty urok), na­wet je­śli kan­dy­da­tem był pan star­szy lub pan łysy. Oprócz wła­sne­go domu i wła­snych me­bli da­wa­ło mał­żeń­stwo jesz­cze i inne po­bocz­ne przy­jem­no­ści, jako to, że się bę­dzie wresz­cie do­ro­słą oso­bą, że się bę­dzie mo­gło wszyst­ko czy­tać, a w po­wo­zie bę­dzie się sie­dzia­ło na głów­nym sie­dze­niu, nie jak do­tąd na ma­łej ła­wecz­ce. Han­del nie­wol­ni­ca­mi kwitł, je­śli cho­dzi­ło o mał­żeń­stwo, w tych daw­nych, nie­przy­zwo­itych cza­sach (z tą róż­ni­cą tyl­ko, że się na­byw­cy do to­wa­ru jesz­cze do­pła­ca­ło). Nie­wol­ni­ca, po­kor­na i po­tul­na, po­ró­sł­szy w mał­żeń­ską pie­rzy­nę, na­bie­ra­ła z wol­na pew­no­ści sie­bie, sta­wa­ła się kró­lo­wą, wy­ma­ga­ją­cą dla sie­bie ho­no­rów, aten­cyj, po­wo­zów i bi­żu­te­rii.

W ma­jęt­nych do­mach taka kró­lo­wa mat­ka do­sta­wa­ła za każ­de­go ba­cho­ra (a co rok to pro­rok) ja­kąś kosz­tow­ną bi­żu­te­rię. (Klnę się na za­śli­nio­ną bro­dę ta­kie­go „pro­ro­ka”, że u jed­nej star­szej damy ster­cza­ły na wszyst­kich pal­cach „uro­dzi­no­we” pier­ścion­ki, a ona, ra­chu­jąc na owych pal­cach, mó­wi­ła: „Ten za Ja­cu­sia, ten za Me­la­się, ten za Pa­weł­ka” etc.) Żona roz­ra­sta­ła się, roz­wi­ja­ła, mno­ży­ła, a mąż kur­czył się, ma­lał, w koń­cu sta­wał się dla niej, tak jak okre­ślił to je­den Fran­cuz, „słu­żą­cym da­nym ko­bie­cie przez na­tu­rę”. Dziś, kie­dy mał­żeń­stwa z woli ro­dzi­ców nie­mal się nie zda­rza­ją, kie­dy nikt ni­ko­go nie ku­pu­je i nic ni­ko­mu nie jest „wi­nien”, kie­dy mę­żo­wie cho­dzą spać bez szlaf­my­cy, a mło­dzi po­bie­ra­ją się z mi­ło­ści lub czy­stej fan­ta­zji, zdra­da żony nie jest rze­czą ko­niecz­ną i z góry prze­wi­dzia­ną, jak za cza­sów Bal­za­ca. Mąż, tak zwa­ny ro­gacz, ośmie­szo­ny przez lek­ką li­te­ra­tu­rę fran­cu­ską, bie­da­czy­sko, któ­ry nie zdra­dzał żony z bra­ku po­wo­dze­nia u ko­biet, też wy­szedł cał­kiem z obie­gu. Dzi­siej­sze mał­żeń­stwa albo się zdra­dza­ją na­wza­jem i nie mają so­bie nic do wy­rzu­ce­nia, albo też roz­cho­dzą się, żeby wstą­pić w zwią­zek mał­żeń­ski po raz dru­gi. Wiel­kie tra­ge­die mał­żeń­skie, je­śli się na­wet zda­rza­ją, to zwy­kle na tle ka­ta­strof fi­nan­so­wych, a nie uczu­cio­wych. Naj­now­szy zaś mo­del mał­żeń­stwa – to mał­żeń­stwo spor­to­wo-ko­le­żeń­skie, gdzie nar­ty i ka­ja­ki za­stę­pu­ją (do cza­su) smocz­ki i ko­ły­ski, a wza­jem­na przy­jaźń za­stę­pu­je z po­wo­dze­niem daw­ny „obo­pól­ny sza­cu­nek”. Inna kwe­stia, że w spor­to­wej żo­nie-ko­le­żan­ce też za­czy­na z bie­giem lat ro­snąć, jak w pie­cu, „baba”, a w mężu-ko­le­dze – po­nu­rak, ale wszyst­ko to ra­zem nie jest groź­ne i w ni­czym nie przy­po­mi­na daw­nych nie­szczę­śli­wych mał­żeństw, któ­re dźwi­ga­ły jarz­mo ży­cia, jak dwa gry­zą­ce się ko­nie w jed­nym za­przę­gu. Dla tego no­we­go typu mał­żeństw po­sta­ra­li­śmy się (pi­sa­rze „se­rio” pi­szą za­wsze o so­bie „my”) ze­brać wie­le cen­nych spo­strze­żeń, rad i wska­zó­wek, któ­re mogą, je­śli nie wie­le do­bre­go zdzia­łać, to w każ­dym ra­zie wy­wo­łać za­sta­no­wie­nie łącz­nie z po­god­nym uśmie­chem.

Wady i za­le­ty mał­żeń­skiej in­sty­tu­cji

Pe­wien chło­piec, gdy na­uczy­ciel za­py­tał go w szko­le, ja­kie są grze­chy głów­ne, od­po­wie­dział bez na­my­słu: „ła­kom­stwo, mał­żeń­stwo i świń­stwo”. To oczy­wi­ście aneg­do­ta, ale czyż mał­żeń­stwo w wie­lu wy­pad­kach nie jest cięż­kim grze­chem? Mał­żeń­stwa lu­dzi cho­rych, a poza tym tak zwa­ne mał­żeń­stwa z roz­sąd­ku moż­na śmia­ło za­li­czyć do tej ka­te­go­rii. W ży­ciu zwie­rząt ist­nie­ją po­dob­no wszyst­kie sek­su­al­ne zbo­cze­nia, nie ist­nie­je tyl­ko jed­no – mi­łość in­te­re­sow­na, ko­ja­rze­nie się dla po­pra­wie­nia so­bie bytu. Gdy­by na przy­kład sta­ra, cho­ra ja­skół­ka mia­ła naj­le­piej urzą­dzo­ne i za­opa­trzo­ne gniazd­ko, nie bę­dzie mieć przez to więk­sze­go po­wo­dze­nia u ja­skół­czych sam­ców, jak­by to mo­gło się zda­rzyć u lu­dzi. Ktoś po­wie­dział kie­dyś słusz­nie, że mał­żeń­stwo zo­sta­ło wy­my­ślo­ne dla ko­biet i dzie­ci. Wszyst­kie ko­bie­ty dążą do mał­żeń­stwa, wszy­scy męż­czyź­ni do ro­man­su. Naj­mą­drzej­sza ko­chan­ka bę­dzie za­wsze pod tym wzglę­dem nie­pew­nym przy­ja­cie­lem męż­czy­zny. Być na sta­rość le­gal­nie utrzy­my­wa­ną przez męż­czy­znę – oto ci­che ma­rze­nie każ­dej ko­bie­ty. Ilość uwie­dzio­nych „na mał­żeń­stwo” mło­dych chłop­ców jest na pew­no nie mniej­sza niż ilość uwie­dzio­nych przez nich „na ro­mans” mło­dych dziew­cząt. Uwie­dzio­nych „na mał­żeń­stwo” mło­dych lu­dzi nikt nie ża­łu­je, cho­ciaż są czę­sto tak bar­dzo po­ża­ło­wa­nia god­ni. Że­nią się nie­raz tyl­ko przez uczci­wość z chy­trym a dra­ma­ty­zu­ją­cym dziew­czę­ciem, czę­sto zu­peł­nie dla nich nie­od­po­wied­nim jako sfe­ra i kul­tu­ra, a do­szedł­szy póź­niej do po­waż­ne­go i od­po­wie­dzial­ne­go sta­no­wi­ska, mu­szą całe ży­cie iść koło or­dy­nar­ne­go babsz­ty­la, plot­ku­ją­cej ku­mosz­ki, ja­kiejś „sa­bat-ma­ter”, któ­ra utrud­nia im sto­sun­ki z ludź­mi i cięż­ką wspi­nacz­kę ku świet­nej ka­rie­rze. Że­nić po­win­ni się lu­dzie albo tuż przed, albo po trzy­dzie­st­ce, bo wte­dy mniej wię­cej zda­ją so­bie spra­wę z do­nio­sło­ści tego zda­rze­nia. Mał­żeń­stwa nie­do­rost­ków zwy­kle koń­czą się smut­no: albo na­stę­pu­je roz­wód, albo też są całe ży­cie z sobą nie­szczę­śli­wi. Gdy­by za­war­cie mał­żeń­stwa zwią­za­ne było z ty­lo­ma trud­no­ścia­mi co (na­wet dzi­siaj) uzy­ska­nie roz­wo­du, to ilość obroń­ców kon­sy­stor­skich zmniej­szy­ła­by się do mi­ni­mum. Trze­ba wziąć pod uwa­gę, że mał­żeń­stwo, jako ta­kie, w świe­cie zwie­rzę­cym nie ist­nie­je wła­ści­wie wca­le. Do­zgon­ną wier­ność mał­żeń­ską ob­ser­wo­wać moż­na tyl­ko u par­ki za­mknię­tej w jed­nej klat­ce w ja­kimś ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym.

W dżun­gli, na swo­bo­dzie, o żad­nych mał­żeń­stwach nie ma mowy; każ­da pa­puż­ka może być chwi­lo­wą żoną pa­pu­zie­go sam­ca, każ­dy lew – przy­god­nym mę­żem lwi­cy. I wła­śnie dla­te­go, że mał­żeń­stwo jest tak ści­śle ludz­kim wy­na­laz­kiem, za­wie­rać je po­win­ny osob­ni­ki an­ty­zwie­rzę­ce, po­sia­da­ją­ce tro­chę kul­tu­ry i in­te­li­gen­cji. Jak wy­glą­da­ją mał­żeń­stwa ta­kich des bêtes hu­ma­ines1 wie­my do­brze z ru­bry­ki zbrod­ni w co­dzien­nych pi­smach. Mąż pi­jak za­bi­ja żonę, oj­ciec „li­to­ści­wy” topi, jak kota, wła­sne­go syn­ka, tłu­ma­cząc się po­tem w są­dzie, że uczy­nił to z bie­dy i tak da­lej. Szcze­gól­nie za­bi­ja­nie wła­snych żon we­szło tak u tego ro­dza­ju ludz­kich zwie­rząt w modę, że do przy­się­gi ślub­nej po­win­no być do­da­ne: „A iż cię nie za­bi­ję aż do śmier­ci – amen!”.

Ko­bie­ty, jak już wspo­mnie­li­śmy, lu­bią wy­cho­dzić za mąż; nie moż­na im się zu­peł­nie dzi­wić, po­nie­waż w roz­ma­itych wa­run­kach cią­gną one z tej in­sty­tu­cji da­le­ko więk­sze be­ne­fi­cja niż męż­czyź­ni. Szcze­gól­nie w dzi­siej­szych cza­sach, kie­dy jest tyle ko­biet, mieć za­wsze ko­goś, kto od­pro­wa­dzi do domu i za­pła­ci za kawę, jest rze­czą przy­jem­ną i prak­tycz­ną. Poza tym mał­żeń­stwo jest tro­chę tak jak okręt: trud­no mę­żo­wi z nie­go uciec; na­wet gdy się naj­bar­dziej ob­ra­zi i po­gnie­wa, za­wsze musi wró­cić do domu, gdzie ma swo­je rze­czy we wspól­nej sza­fie. Ko­bie­ty nie po­win­ny za­po­mi­nać, że męż­czy­zna przez swo­ją fi­zycz­ną na­tu­rę nie jest zu­peł­nie do mał­żeń­stwa i wier­no­ści stwo­rzo­ny – wprost prze­ciw­nie – i że mał­żeń­stwo za­da­je gwałt jego wie­lo­żen­nej na­tu­rze. Jako ka­wa­ler mie­wał on róż­ne, dłuż­sze lub krót­sze ro­man­se (cza­sem po kil­ka na­raz), któ­re koń­czy­ły się bez ad­wo­ka­ta i bez zgo­dy obu stron. Gdy się oże­ni, każą mu na­gle zmie­nić zu­peł­nie tryb ży­cia, musi „żyć” cią­gle w tych sa­mych wa­run­kach, cią­gle z jed­ną i tą samą, któ­ra – jak każ­da ko­bie­ta – mo­gła mu się po pro­stu fi­zycz­nie sprzy­krzyć. Każ­de uczu­cie ma, tak samo jak każ­da rzecz w przy­ro­dzie, swój okres pącz­ko­wa­nia, doj­rze­wa­nia i prze­kwi­ta­nia. Gdy­by zo­sta­wić wol­ną rękę przy­ro­dzie, to każ­da mi­łość trwa­ła­by tak dłu­go, jak doj­rze­wa­nie, owo­co­wa­nie i prze­kwi­ta­nie na przy­kład po­ziom­ki. Ale tak samo, jak kul­tu­ra ogrod­ni­cza do­pro­wa­dzi­ła do tego, że są po­ziom­ki, któ­re kwit­ną i doj­rze­wa­ją po raz dru­gi w je­sie­ni, tak samo kul­tu­ra mi­ło­ści po­win­na do­pro­wa­dzić do tego, żeby każ­de uczu­cie po cza­so­wym prze­kwit­nię­ciu za­kwi­ta­ło na nowo. Ale do tego, po­dob­nie jak do po­ziom­ki je­sien­nej, po­trze­ba cie­pła. A cie­pło w mi­ło­ści to nie szał „na­mięt­no­ści”, któ­ry moż­na „mię­dzy fil­my wło­żyć”, ale wza­jem­ne zro­zu­mie­nie i ser­decz­ność, któ­rej tak czę­sto w mał­żeń­stwie bra­ku­je.

U dłu­go­let­nich ko­chan­ków na­wro­ty uczu­cia, szcze­gól­nie po dłuż­szym nie­wi­dze­niu się, są bar­dzo czę­stym wy­pad­kiem. Mi­łość to „cy­gań­skie dzie­cię”, któ­re nie zno­si za wiel­kich wy­gód i uła­twień. To tak tro­chę, jak gdy­by się ta­ter­ni­ka chcia­ło wo­zić na szczy­ty ko­lej­ką; od razu by mu się ta­ter­nic­twa ode­chcia­ło, a pięk­ne wi­do­ki gór­skie, do­stęp­ne, uła­twio­ne, stra­ci­ły­by dla nie­go zu­peł­nie urok. Ślub, bło­go­sła­wień­stwo cio­tek i ba­bek – to dla mi­ło­ści taka wła­śnie ko­lej­ka.

Poza tym nad mał­żeń­skim ło­żem nie wisi wy­pi­sa­ne, jak by to mo­gło być w gnieź­dzie ko­chan­ków: „Śmiej­my się, może na­sza mi­łość po­trwa jesz­cze tyl­ko dwa ty­go­dnie!”, ale mro­żą­ce krew w ży­łach, strasz­ne jak ja­kieś me­men­to mori: „Na za­wsze!”. Wszyst­ko na zie­mi jest nie­pew­ne i nie­trwa­łe; świet­nie pro­spe­ru­ją­ce mia­sta, urzą­dzo­ne jak naj­bar­dziej „na za­wsze”, zmia­ta­ne by­wa­ją z po­wierzch­ni zie­mi przez woj­ny i ży­wio­ło­we ka­ta­stro­fy. Lo­dow­ce na oce­anie miaż­dżą naj­sil­niej­sze, na oko nie­znisz­czal­ne, trans­atlan­ty­ki; jed­no tyl­ko mał­żeń­stwo ma być wy­ję­te spod ogól­ne­go pra­wa jako nie­ro­ze­rwal­ne, nie­znisz­czal­ne, chy­ba przez śmierć jed­ne­go z mał­żon­ków. Dzi­siaj, kie­dy co­raz częst­sze roz­wo­dy zo­sta­wia­ją za­wsze wpół­przy­mknię­tą furt­kę do uciecz­ki, ilość uda­nych, lu­bią­cych się mał­żeństw wzro­śnie na pew­no, mimo że po­nu­re okre­śle­nie: „moja do­zgon­na po­ło­wa” wyj­dzie zu­peł­nie z uży­cia.

To­wa­rzysz po­dró­ży

Co tu dużo ga­dać, je­dzie­my wszy­scy na wiel­kiej kuli w po­dróż po wszech­świe­cie: „Rajd w nie­zna­ne z wia­do­mą sta­cją koń­co­wą”.

Sa­me­mu je­chać – z po­cząt­ku za­baw­nie, ale, po­dob­nie jak na okrę­cie, po pew­nym cza­sie sa­mot­ność i roz­mów­ki z sa­mym sobą za­czy­na­ją być po­zba­wio­ne soli i pie­przu. Roz­glą­da­my się wów­czas za to­wa­rzy­szem, a kie­dy go znaj­dzie­my, po­dróż za­czy­na na­bie­rać dla nas zu­peł­nie no­we­go uro­ku.

Jest komu po­wie­dzieć: „O, mewy!”, po­ka­zać ko­muś za­chód słoń­ca (któ­ry tam­ten wi­dzi zresz­tą rów­nie do­brze, jak my). Po­tem idzie się ra­zem na obiad, któ­ry w to­wa­rzy­stwie też zu­peł­nie in­a­czej sma­ku­je.

Gdy to­wa­rzysz po­dró­ży oka­że się wy­jąt­ko­wo mi­łym kom­pa­nem, mamy ocho­tę, żeby nas nig­dy nie opu­ścił, żeby z nami po­szedł wszę­dzie (nie na ko­niec świa­ta, bo ta­ko­wy nie ist­nie­je, ale na ko­niec ko­ry­ta­rza, do na­szej ka­ju­ty).

Zu­peł­nie tak samo jest w ży­ciu; sa­me­mu żyć bar­dzo miło i swo­bod­nie, ale do cza­su – z bie­giem lat robi się zim­no i smut­no. Ro­dzi­na wła­sna, mat­ka, oj­ciec, ro­dzeń­stwo – to nie to, na ogół kwa­śno i kry­tycz­nie do czło­wie­ka usto­sun­ko­wa­ni, nie dają nam po­trzeb­ne­go do ży­cia cie­pła.

In­stynkt je­cha­nia na kuli ziem­skiej we dwój­kę jest tak sil­ny, że nie­raz sły­szy się mło­dych lu­dzi, wro­go na ogół do mał­żeń­stwa uspo­so­bio­nych, któ­rym się wy­rwie po­wie­dze­nie w ro­dza­ju: „Jak to smut­no wra­cać wie­czo­rem do pu­ste­go miesz­ka­nia, gdzie nikt się do czło­wie­ka nie ucie­szy, gdzie nie ma z kim po­ga­dać...”.

Przy­po­mnij­my so­bie tak­że, jak strasz­nie jest cho­ro­wać sa­me­mu, jak bar­dzo bli­sko jest się wów­czas „tam­te­go świa­ta”, na­wet gdy się cho­ru­je tyl­ko na zwy­czaj­ną gry­pę. Kto nie cho­ro­wał tak nig­dy, sam na sam z sobą, nie wie, co to za tra­ge­dia i jak bar­dzo po­trze­ba wów­czas nie ko­goś, kogo się zna od dziec­ka (mamy prze­ra­żo­nej i ję­czą­cej, znu­dzo­nej sio­stry etc.), ale wła­śnie ta­kie­go sym­pa­tycz­ne­go to­wa­rzy­sza po­dró­ży, któ­ry po­ło­ży rękę na gło­wie i za­miast po­gar­szać stan cho­re­go po­nu­rym na­stro­jem, opo­wie dla roz­we­se­le­nia ja­kiś „nowy ka­wał”, któ­ry się zwy­kle zna od daw­na, ale któ­ry znów wpro­wa­dzi czło­wie­ka en ple­in2 w ten świat zna­jo­my, sta­ry, ero­tycz­ny i nie po­zba­wio­ny hu­mo­ru.

W tym wszyst­kim, oczy­wi­ście, jest dużo ma­rzy­ciel­stwa, bo ów upra­gnio­ny to­wa­rzysz po­dró­ży, gdy się jest cho­rym, bywa czę­sto nie­zno­śny, znu­dzo­ny i ucie­ka z domu. To­wa­rzysz­ka po­dró­ży wita za­póź­nio­ne­go męża (któ­ry tak ma­rzył kie­dyś o tym, żeby wró­ciw­szy do domu „mieć z kimś po­ga­dać”) taką Nia­ga­rą nie­przy­jem­nych słów, że mu „po­ga­węd­ka” zbrzyd­nie na dłu­go. Mimo to jed­nak ży­cie bez to­wa­rzy­sza po­dró­ży jest dużo groź­niej­sze i bar­dziej po­nu­re niż we dwo­je, o czym zresz­tą do­brze wie­dzą wszy­scy ci, któ­rzy bez oczy­wi­ste­go po­wo­du, po pro­stu „dla to­wa­rzy­stwa”, że­nią się lub wy­cho­dzą za mąż.

Jak się na­le­ży za­cho­wać pod­czas tej wspól­nej po­dró­ży przez ży­cie?

Shaw po­wie­dział, że „nie uro­dził się jesz­cze ten, kto by był na­praw­dę wart ko­cha­nia”. Może w tym po­wie­dze­niu jest i dużo praw­dy, ale Shaw, jako świet­nie za­su­szo­ny sta­ru­szek, za­po­mniał, że zmy­sły to gu­sła i cza­ry, któ­re roz­ka­zu­ją nam ko­chać cał­kiem cza­sem nie­war­te­go mi­ło­ści osob­ni­ka.

Nie­raz, bę­dąc na ja­kimś ślu­bie, wi­dzi­my roz­anie­lo­ną twarz pan­ny mło­dej, uśmie­cha­ją­cej się mi­ło­śnie do swe­go cał­kiem nie­atrak­cyj­ne­go pana mło­de­go; ma się ocho­tę za­wo­łać wów­czas jak ów gu­ślarz w Dzia­dach: „Cze­góż uśmie­chasz się, cze­go? Co w nim wi­dzisz we­so­łe­go?”. Zmy­sły na­kła­da­ją nam na oczy ró­żo­we oku­la­ry, przez któ­re przy­szłe ży­cie z uko­cha­nym lub uko­cha­ną wy­da­je nam się też ró­żo­we.

Od­święt­ne stro­je pań­stwa mło­dych (nie wia­do­mo dla­cze­go tak bar­dzo ga­lo­we?) ma­mią, że ży­cie tych pań­stwa po­pły­nie po ró­żach i kwia­tach po­ma­rań­czy. Ale któż po­tra­fi być dla part­ne­ra dłu­go ta­kim „szczę­ściem”?

Mąż wra­ca po­wo­li do swo­ich na­wy­czek, prze­cią­ga się, zie­wa, pali cy­ga­ro, cho­dzi po domu w pan­to­flach, wie­czo­rem ucie­ka do swo­je­go klu­bu. Żona sma­ru­je na noc twarz kre­mem, tak że wy­glą­da jak ja­kaś „cór­ka kró­la smal­cu”, na­krę­ca wło­sy na pa­pier­ki, po­ka­zu­je się mę­żo­wi w przy­dep­ta­nym sta­rym ki­mo­nie, bo któż by tam się krę­po­wał ze swo­ją „dru­gą po­ło­wą” (to utar­te okre­śle­nie na pew­no na­ro­bi­ło w mał­żeń­stwie dużo szkód). Uro­cza bia­ła dama z fo­to­gra­fii po­ślub­nej cho­wa ko­ron­ko­wą bie­li­znę do sza­fy, na ja­kąś spe­cjal­ną „czar­ną go­dzi­nę”.

Ślub­ny cu­duś we fra­ku, po­ło­żyw­szy się do łóż­ka, za­sy­pia bez­kar­nie jak dłu­gi, rano nosi na gło­wie czar­ną siat­kę, spod któ­rej wy­sta­ją mu uszy jak u nie­to­pe­rza – i mówi, że go coś boli. Szwen­da się po wspól­nej sy­pial­ni, z bez­wsty­dem ma­mi­ne­go syn­ka, w swo­ich cza­ru­ją­cych mę­skich kom­bi­na­cjach, w któ­rych wy­glą­da jak nie­uda­ny Ty­rol­czyk z ko­la­na­mi na wierz­chu...

Żeby to wszyst­ko, ta cała bez­kar­na bez­że­na­da mał­żeń­ska nie po­psu­ła uczu­cia, po­trze­ba wiel­kiej obu­stron­nej wy­ro­zu­mia­ło­ści i ja­kie­goś cią­głe­go roz­czu­la­nia się nad tym dru­gim, co się tak czę­sto zda­rza u ko­chan­ków, kie­dy pa­trząc na przy­kład na śpią­ce­go nie­ogo­lo­ne­go przy­ja­cie­la, my­śli się: „Ko­cha­nie moje, jak to po­tra­fi cza­sa­mi pa­skud­nie wy­glą­dać”...

Pro­bie­rzem tego uczu­cia, po­le­ga­ją­ce­go nie na ja­kiejś wście­kłej na­mięt­no­ści, ale na bez­brzeż­nym lu­bie­niu się, jest to, czy się lubi wszyst­kie przed­mio­ty na­le­żą­ce do tego dru­gie­go, czy tez prze­ciw­nie, wzbu­dza­ją one od­ra­zę i nie­smak. Ubra­nie mę­skie na przy­kład, le­żą­ce na krze­śle we wspól­nej sy­pial­ni, ja­kież roz­czu­le­nie bu­dzi w ko­cha­ją­cej ko­bie­cie! Za­cho­wu­je ono jesz­cze for­my jego fi­gu­ry, wy­dę­cie ulu­bio­nych mu­sku­łów i przy­jem­nie jest go się do­tknąć.

W jed­nej ślicz­nej no­wel­ce fran­cu­skiej mąż, któ­re­go żona po­rzu­ci­ła na za­wsze i któ­ry na po­zór przy­jął to spo­koj­nie, roz­pła­kał się z żalu i tę­sk­no­ty do­pie­ro wów­czas, gdy po kil­ku ty­go­dniach roz­sta­nia zna­lazł na dnie sza­fy za­po­mnia­ne przez nią ró­żo­we maj­tecz­ki.

Ten czło­wiek ko­chał na­praw­dę i czy­tel­nik, prze­czy­taw­szy ten szcze­gół, jest głę­biej o tym prze­ko­na­ny, niż gdy­by au­tor zmu­sił owe­go męża do na­pi­sa­nia do niej bła­gal­ne­go mi­ło­sne­go li­stu. Gdy się od­czu­wa żywą sym­pa­tię do przed­mio­tów tego dru­gie­go, to wów­czas nie ist­nie­ją tak zwa­ne obo­wiąz­ki. Wszyst­ko jest przy­jem­no­ścią i za­ba­wą, czy przy­szy­cie gu­zi­ka, czy – gdy się jest ra­zem w po­dró­ży – wy­pra­nie jego chu­s­tek do nosa, wy­pra­so­wa­nie kra­wa­ta etc.

O tym, czy się lubi da­ne­go czło­wie­ka „ze wszyst­kim”, z bu­ta­mi, ko­szu­lą i grze­bie­niem, moż­na się już prze­ko­nać w na­rze­czeń­stwie, a gdy tak nie jest, nie daj Boże wy­cho­dzić za nie­go za mąż; nie­chęć do przed­mio­tów na­rze­czo­ne­go przej­dzie u ja­kiś czas póź­niej i na nie­go – i wów­czas ze wspól­nej po­dró­ży, któ­ra mo­gła­by być taka miła, robi się ja­kaś cięż­ka prze­pra­wa przez mo­cza­ry i ba­gna, peł­ne żab i pi­ja­wek.

Męż­czyź­ni cza­sem zu­peł­nie fe­ty­szo­wa­to lu­bią na­sze nie­któ­re suk­nie i za­wsze chcie­li­by nas w nich wi­dzieć, nie zda­jąc so­bie spra­wy, że owe suk­nie nisz­czą się lub wy­cho­dzą z mody. Jesz­cze w kil­ka lat po ślu­bie upo­mi­na­ją się: „Cze­mu nig­dy nie wło­żysz tej mi­łej nie­bie­skiej su­kien­ki, w któ­rej cię po­zna­łem?”.

Inna