Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 198 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 12 min Lektor: Anna Szawiel

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 12 min Lektor: Anna Szawiel

Opis ebooka Tylko dla dziewcząt - Magdalena Samozwaniec

Gdy masz wielkie o sobie mniemanie, spójrz w kosmos.
Nie płaszcz się - kto się płaszczy, bywa często zadeptany.
Idź przez życie z podniesionym czołem, ale nie z zadartym nosem.
Gorzkie prawdy połyka się z trudnością, ale potem korzystnie się odbijają.
Można być zabawnym, ale nie należy być śmiesznym.
Czy istnieje idealny przyjaciel? - Tak. Interesująca książka. Bierzesz ją także do łóżka i nie wypuszczasz aż nad ranem.

O striptizie, małżeństwie, diablicach i mężu elektronowym. O tym, że nie każdy przybysz  z Zachodu jest fajniejszy od polskich chłopców, oraz o tym, jak być piękną w swojej skórze i nie nabawić się „BB-kompleksów". Niemało tu również trafnych obserwacji na temat konfliktów międzypokoleniowych czy damsko-damskich.
Zabawne i lekkie historie mówią jednak przede wszystkim o cichej wojnie, jaka od wieków toczy się między płciami, wojnie, z której kobieta świadoma swojej wartości wychodzi obronną ręką.
Na każdą młodą dziewczynę czyhają pułapki, dlatego Magdalena Samozwaniec podpowiada - bez zbędnego dydaktyzmu, a z humorem - jak można się przed nimi ustrzec. Przekonuje, że być kobietą brzmi dumnie, choć nie zawsze jest to prosta sprawa.


Opinie o ebooku Tylko dla dziewcząt - Magdalena Samozwaniec

Fragment ebooka Tylko dla dziewcząt - Magdalena Samozwaniec

Redaktor cyklu: Adam Pluszka

Korekta: Katarzyna Pawłowska, Krystyna Borowiecka-Strug

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Pol

Fotografia wykorzystane na I stronie okładki

pochodzi z prywatnych zbiorów Rafała Podrazy

Logo cyklu: Anna Pol

Skład i łamanie:manufaktura

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-662-8

Copyright © by Teresa Podraza i Ireneusz Sokołowski

Wydanie IV

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Matrymonialne

W modlitwach starozakonnych jest następujące zdanie: „Dziękuję Ci, Panie Boże, żeś mnie nie stworzył kobietą”. Dopiero teraz to podziękowanie jest aktualne. Nowoczesne czasy nałożyły na kobietę ciężary ponad siły. „Ziemskie wczasy” zaczynają się bardzo atrakcyjnie, póki kobieta jest młodą dziewczyną, ale potem! „Składa dzieci”, „znosi” męża i cały dom nosi na głowie, pracując przy tym zarobkowo. Zdawałoby się, że nie ma się do czego pchać. Tymczasem zwykle jest wprost przeciwnie – dzisiaj wychodzą za mąż osiemnasto – i dziewiętnastolatki, zupełnie jak gdyby im groziło staropanieństwo. A przecież nasze dziarskie chłopaki nigdy by do tego nie dopuściły. Przypominają się czasy prababek, kiedy panienki wychodziły za mąż, mając kilkanaście lat, a kobieta trzydziestoletnia była już matroną. Oto co poeta Seweryn Goszczyński pisze w wierszu do trzydziestoletniej:

Chodź tu, chodź tu, moja miła,

I twarz w twarz, łono do łona –

Niech żar, niech uściska siła

Twe usta, twą pierś przekona,

żeś jeszcze kobietą.

.................................

Zrzuć więc na twe lata skargę,

Chodź śmiało w moje ramiona.

.................................

Jeszcze dawniej Krasiński napisał „modlitwę, aby umrzeć młodo”, przeznaczoną dla swojej „sympatii”, pani Bobrowej. „Daj mi umrzeć, o Panie, w trzydziestym drugim roku życia” – łka rzewnie poeta w imieniu ukochanej kobiety. Nawiasem mówiąc, pobożne życzenie nie spełniło się i pani Bobrowa dożyła sędziwego wieku. Przed wojną najgroźniejsze wampy „zaczynały się” w wieku 27–28 lat. Na podlotki albo tak zwane wówczas „siksy” nikt nie zwracał uwagi. Uczyły się, nosiły mundurki, długie warkocze i marzyły o tym, aby wreszcie dorosnąć i zacząć się tak ubierać, jak mama. (Wprost przeciwnie niż dzisiaj, kiedy matki pragną tak się stroić i czesać, jak ich córki). Nie rozumiemy więc zupełnie, skąd ten pośpiech u dziewcząt, aby wyjść za mąż za pierwszego adoratora i, mówiąc poetycznie, zmienić swoje życie jak kwitnący ogródek przy rodzicielskim domku – na coś w rodzaju „Argedu”: garnki, lodówka, waga do ważenia niemowlęcia, wózek „sportowy” (nazwa pochodząca nie wiadomo skąd) etc.

Przed ślubem dziewczyna zazwyczaj „chodzi” ze swoją „sympatią”. (Nie mamy nic przeciwko „chodzeniu”, byle tylko nie zaszła za daleko). W Anglii takie „sympatie” nazywają się boyfriends i rodzice z całym zaufaniem powierzają im swoje córki. Taka przymiarka – czy pasuje, czy „dobrze leży” – jest nawet sensowna. Dawniej „chodzenie” nazywało się narzeczeństwem, a „sympatia” – narzeczonym. Nie należy sądzić, że dawniejsze panny były o wiele cnotliwsze od dzisiejszych. Wieczorami pod osłoną drzew całowały się z ukochanym tak zawzięcie, że aż milkły okoliczne słowiki, króliki i bociany. Były tylko ostrożniejsze… Zrywały nieraz z narzeczonymi, ale za to małżeństwa były bardziej stabilne. Dzisiaj nasi chłopcy bez głębszego zastanowienia kupują „kociaka w worku”, a kociaki – chłopców. Ledwo się poznali – i już jazda do urzędu stanu cywilnego, chociaż zdawałoby się, że do małżeństwa cywilnego też potrzeba cywilnej odwagi. A potem szybko dziecko, pogrzeb miłości przy dźwiękach big-beatu i dość łatwy dzisiaj do uzyskania rozwód. Nowe małżeństwo, drugie dziecko z nowym mężem i często drugi rozwód. A wszystko wina tempa! Dziewczęta widzą, jak szybko pędzą po ulicach samochody, jak szybko moda się zmienia, jak prędko kończy się telewizor (po ostatniej spłaconej racie) i boją się, aby chłopak nie umknął im sprzed nosa jak taksówka.

O twardej doli dzisiejszej mężatki nie myślą w tym pośpiechu. Nie zdają sobie też sprawy, że dzisiejszy mężczyzna dąży do tego, aby utrzymać żonę za jej własne pieniądze. Więc będzie musiała pracować zarobkowo. Wszystko, byle prędzej, byle już. I dziecko też od razu. A przecież dla młodych świat dzisiaj wysypuje cały róg obfitości, wszystkie radości życia są tylko i wyłącznie dla nich: stypendia, wyjazdy zagraniczne, wycieczki motocyklem we dwoje na Mazury w białych nocniczkach na głowie, występy estradowe, kluby młodzieżowe etc… A tu, nie wiadomo dlaczego, machnięcie ręką na te wszystkie radości życia i zamiana na zamieszkanie u rodziców „matrymonialnie”. Osiemnastolatka przyprowadza któregoś dnia do domu faceta z brodą starego profesora, ale za to z grzywką pazia, w kapelusiku odgiętym po obu bokach, którego widok budzi w rodzicach najgorsze przeczucia, i oświadcza kategorycznie, że to jej przyszły mąż. Rodzice z lęku i szacunku dla młodych starają się najpierw być bardzo uprzejmi.

– Może pan się czegoś napije?

– Ja nie piję.

– To może pan coś przekąsi?

– Nie przekąszam.

– To może porozmawiamy?

– Nie rozmawiam.

– A co pan robi?

– Jestem poetą.

– To może nam pan zadeklamuje albo przeczyta coś ze swoich utworów?

Młodzieniec tylko na to czekał. Wyciąga z kieszeni zmiętą ćwiartkę papieru i z namaszczeniem zaczyna czytać:

Twoje piersi biją jak dzwony…

– Przepraszam – przerywa mu ojciec – kogo biją?

– Tatusiu, proszę nie przerywać. Sylwek, czytaj dalej…

Potrząsam twą ręką

Jak dzwonnik sznurem

A piersi kołyszą się, dzwonią,

Póki nie opadną

Z bezgłośnym hukiem –

wówczas podpełza strach.

I tylko twe oczy dzwonią

Jak cicha, bezgwiezdna noc.

Tatuś krztusi się od śmiechu, udając, iż się mocno zaciągnął papierosem. Mama z oburzenia dostała wypieków.

– Czy pan tę poezję napisał do mojej córki?

– Zgadza się.

– To pan jej widocznie nie widział w stroju kąpielowym, ona ma piękne piersi, nie żadne „dzwony”… I ja jako matka wypraszam sobie…

– Jolka, idziemy, to nie jest klimat dla nas. Dno!

Córka spogląda na rodziców z pogardą i rozżaleniem. Wychodzą oboje. Wieczorem matka chce z nią porozmawiać poważnie.

– Co ty masz w głowie, dziewczyno! Chcesz wyjść za mąż za tego grafomana?

– Nie wolno ci wyrażać się o nim w ten sposób. Wydał już tomik wierszy i miał w telewizji cały recital swoich poezji z łaskawym współudziałem Kociniaka i Kobuszewskiego!

– To już wiem, dlaczego nie mamy w domu telewizora. A ja ci za niego nie pozwolę wyjść za mąż – i już. Oświadczę mu to sama.

– A cóż ty masz do gadania, moja stara. Jak mi będziesz robić głupie kawały, to ucieknę z domu.

Dawniej rodzice grozili dzieciom różnymi karami, jak stanie w kącie, klęczenie na grochu i tym podobne – dzisiaj dzieci grożą rodzicom ucieczką z domu. Jest to kara, której biedni rodzice najbardziej się boją. Mało już było podobnych wypadków? U państwa X zdarzyła się taka historia. Matka sprzeciwiała się kategorycznie małżeństwu córki z takim jednym „młodzieżowym”, który jeszcze nie zdał matury, ale za to występował w estradowych zespołach jako przyszły Paul Anka – no i dziewczyna uciekła z domu. Rodzice pochorowali się ze zmartwienia, a mama posiwiała, bo przestała chodzić do fryzjera. W końcu po dwóch tygodniach dziewczyna wróciła do domu, blada, wychudzona i milcząca.

Po trzech szklankach herbaty i pięciu serdelkach przyznała się, że są już dawno po ślubie. Ona mieszka w akademiku, a on kątem u rodziców. I cóż mieli robić biedni państwo X? Wzięli ich do siebie i dali im ten drugi pokój.

Giraudoux powiedział, że „świat jest tępy, ograniczony i pełen dzieci”. W myśl tej maksymy owa parka dodała światu po kilku miesiącach nowego obywatela. Dzieciak ryczy, przyszły Paul Anka śpiewa przy dźwięku gitary elektrycznej, przytupując nogą, jako że należy do zespołu New Ochota Stompers. Mama przeniosła się do kuchenki ze swoją maszyną do pisania. Nad nią suszą się pieluszki niemowlaka, wydając woń nie „Soir de Paris”, ale „Pissoir de Varsovie”. Wszyscy są nieszczęśliwi z wyjątkiem młodego małżonka, który sobie gwiżdże… na wszystko.

A dlaczego tak się dzieje? Bo młodzi raczej już skłonni są przypuszczać, że kiedyś umrą, niż żeby kiedykolwiek mieli się zestarzeć. Gdyby córki wierzyły w to, że kiedyś też będą miały dorosłe córki, a te córki zrobią je babkami, to może nie byłyby tak wielkimi egoistkami.

Dawniej rodzice brali się na różne sposoby, aby zniechęcić córkę do jakiegoś starającego się, którego nie uważali za odpowiedniego dla niej męża. Najlepszym sposobem było obrzydzenie jej do tego stopnia, aby sama z nim zerwała. W moich starych szpargałach znalazłam króciutką scenkę na ten temat pod tytułemZaręczyny Florci. Oto ona:

Obraz I

MAMA

(otwierając list od córki) Masz tobie! Florcia się zaręczyła! Ciotka jej nie dopilnowała. A mówiłam – nie puszczać jej samej…

TATA

A kto to taki? Jak się nazywa?

MAMA

Reginald Hetmański! Pewnie mieszczuch, bo my, szlachta, nie potrzebujemy aż tak się nazywać.

TATA

Z pewnością nie. Czytaj dalej, Maryleczko. (zagląda do listu)

MAMA

Jest skończonym agronomem (czyta), elegancki, sportowy, gra na fortepianie… Słyszysz, Zbychu?

TATA

Na szczęście jeszcze słyszę… he, he, he! Ale mogło być gorzej, mogła się zaręczyć z jakimś oficerem od artylerii albo z mieszczuchem kupczykiem.

MAMA

Zjem jeszcze jednego kotleta, zdenerwowałam się. Mój Boże, taka młoda i już jej się zachciewa twardych obowiązków małżeńskich. Fe!

TATA

No, nie taka znowu młoda, skończyła 22 lata…

MAMA

Nasza córka ma dwadzieścia lat i proszę, aby Zbych o tym pamiętał. Ach, te córki zawsze na świat przychodzą za wcześnie! Nie wiem, kto to jest ten pan Senatorski, ale zanadto się sprzeciwiać nie możemy. Florcia ma blednicę, a na to tylko małżeństwo pomaga… A tak pragnęłam dla niej kogoś z naszego mondu, ale cóż, ta młodzież dzisiaj sama decyduje o swoim losie… Takie czasy. Ale i tak, jeśli nie zechcemy… gdy nam się nie spodoba… No, zobaczymy, nie przesądzajmy sprawy.

TATA

No i co jeszcze pisze Florcia?

MAMA

(zagląda do listu)…że go kocha… że on będzie bogaty po najdłuższym życiu. Słyszysz – „po najdłuższym życiu”, ha, ha, ha, ha! I że jest najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. „Kobietą”. Odkąd to młode panienki z dobrych domów mówią o sobie „kobieta”? To widocznie już wpływ tego młodzieńca. Ano (wzdycha) trudno. Trzeba przyjąć ten dopust Boży. Pisze, że jutro przyjadą koleją żelazną o godzinie piątej po południu. Oczywiście pójdziemy po nich na stację.

Obraz II

Na stacji

(Mama rzuca się na wychodzącą z wagonu młodą pannę w sukni do kostek, z różami na słomianym kapeluszu. Uściski, babski jazgot itp. Za córką wychodzi z wagonu młodzieniec w ciemnym ubraniu, w słomianym kapeluszu. Jest wysmukły, przystojny mimo małych baczków.)

MAMA

No, pokaż się! Obróć się! Pocałuj mnie jeszcze raz. Zmężniałaś, pobyt na wsi doskonale ci zrobił. A czy to służący wujcia? To ładnie, że wujek użyczył ci go do noszenia rzeczy.

FLORCIA

Psst! Gotów usłyszeć, to mój narzeczony! Reggie, podejdź, przywitaj się z moją mamą.

REGINALD

(całuje mamę w rękawiczkę glacé). Moje uszanowanie łaskawej pani. (krzyczy) Numerowy! Proszę tu do nas!

MAMA

(cicho do córki) Ależ ma głosik! Żeby tylko w przyszłości tak na ciebie nie krzyczał. (do numerowego, który taszczy walizy) Zapomnieliście wziąć z przedziału kwiaty i bomboniery.

NUMEROWY

Co było, to wzionem, czego nie było, to nie wzionem.

MAMA

No dobrze, dobrze. Panowie z tatą i numerowym niech idą naprzód do dorożki, a my sobie pomalutku za nimi. No i co? Zaręczyło się dziecko bez mamy. Taka ta dzisiejsza młodzież… No cóż, bylebyś była szczęśliwa.

FLORCIA

(gorąco) Ach, mamciu, już jestem szczęśliwa. A cóż dopiero będzie po ślubie… To jest prawdziwy skarb!

MAMA

Ale czy ten skarb ma „flotę”?

FLORCIA

Na razie nie bardzo, ale on majątek nosi w sobie. Taki zdolny, otrzyma posadę agronoma w dobrach hrabiego Przedpełka.

MAMA

(obejmuje córkę) Moje biedactwo. No, ale skoro go kochasz…

FLORCIA

I mamcia go pokocha, jak go bliżej pozna. To taka piękna dusza, jasny człowiek.

MAMA

Jasny może, ale ciemnego ubrania do pociągu nie powinien był kłaść… i do tego słomiany kapelusz, très mauvais genre[1]. Ale poza tym wygląda na poczciwinę. I co mi się w nim podoba – to, że jest oszczędny. Nie wydał pieniędzy ani na kwiaty dla ciebie, ani na czekoladki. O, spójrz, jak się teraz z numerowym targuje, będzie dobrym mężem, który się liczy z każdym groszem. Tatko nigdy nie mógł się tego nauczyć, a do podróży zawsze kładł pumpy z angielskiego materiału.

Obraz III

Znowu obiad

MAMA

Florciu, nie kręć kulek z chleba, to jest w bardzo złym stylu.

FLORCIA

A czy ja kręcę? Coś się mamie przywidziało.

MAMA

Przepraszam cię, dziecko, rzeczywiście się pomyliłam, to nasz kochany gość… Ale pana matka to musiała mieć z panem wieczny kłopot… Może jeszcze kotlecika?

REGINALD

Dziękuję uprzejmie. Ale dlaczego moja matka miała mieć ze mną kłopot? Byłem raczej spokojnym dzieckiem.

MAMA

(słodziutko) Och, nie wątpię. Florciu, nie garb się! Przy stole należy siedzieć prosto!

FLORCIA

(ze zdumieniem) Przecież ja siedzę prosto.

MAMA

(wypinając lorgnon[2] na narzeczonego) To jest w najgorszym guście garbić się i trzymać łokcie na stole…

(Reginald, zrozumiawszy, że mama pije do niego, prostuje się i zdejmuje łokcie z blatu stołu.)

FLORCIA

Napijmy się, przecież to nasz zaręczynowy obiad!

MAMA

Ale czy pan zaręcza, że Florcia będzie z panem szczęśliwa?

REGINALD

Postaram się… dołożę wszelkich starań.

TATA

Przepraszam, drogi panie, że panu zwrócę uwagę, ale pański krawat otrzymał dodatkowy deseń w formie makaronu!

MAMA

(zanosząc się od śmiechu) Dodatkowy deseń? Ha, ha, ha! Już jak ten Zbych coś powie!

REGINALD

(zmieszany) Faktycznie… nie zauważyłem (strzepuje makaron na podłogę)

MAMA

Od tego jest popielniczka… faktycznie… (Mama z tatą spoglądają na siebie i dławią się od śmiechu)

REGINALD

Czy mogę poprosić o sól…?

MAMA

Ależ naturalnie… nawet cała solniczka stoi przed panem.

REGINALD

(coraz bardziej nieswój) Faktycznie…

TATA

Ej, dystrakt[3] z tego pana Reginalda, dystrakt faktycznie. (Reginald, coraz bardziej speszony, bierze solniczkę tak niezręcznie, że cała sól wysypuje się na obrus, porywa swój kieliszek czerwonego wina i wylewa go na stół.)

MAMA

Panie! Co pan robi! Czy pan oszalał? Mój najcieńszy haftowany obrus wyprawny! Nieee, tego już za wiele!

REGINALD

(zupełnie załamany) Ja strasznie przepraszam… ale mi się pomyliło. U nas w domu, gdy ktoś wylał na obrus czerwone wino, to się plamy szybko zasypywało solą…

TATA

(z wesołą ironią) No, to całkiem zrozumiałe, że pan przypuszczał, iż u nas robi się wprost przeciwnie – ha, ha, ha! Koncept, którego by panu pozazdrościł sam Charlie Chaplin.

REGINALD

Ja faktycznie… nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Strasznie mi przykro… doprawdy…

MAMA

Trudno, zdarza się… ale nie w najlepszych rodzinach. Tylko obrusa szkoda…

TATA

(ubawiony) No, ale wypijmy zdrowie młodej pary i oby wam życie popłynęło tak barwnie, jak to czerwone wino przed chwilą. (podnosi kieliszek do góry) Prosit![4]

MAMA

Byle nie na wyprawnych obrusach naszej córki! Wasze zdrowie!

REGINALD

(wstaje bardzo blady) Państwo wybaczą… Ale ja już dłużej nie mogę… Źle się czuję. Ja wiem, że to nie wypada odchodzić od zaręczynowego obiadu… ale muszę wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. (szybko wychodzi z jadalni)

MAMA

Nie wiecie, co mu się stało? Tak nagle wstać od stołu!

TATA

Obraził się na nas… czy co?

MAMA

Nie mam pojęcia, o co mu poszło, to ja powinnam była wstać od stołu po tym, co zrobił z moim obrusem… Ale my mamy na to za duże poczucie humoru. Mógł wstać obrażony po skończonym obiedzie, ale nie w trakcie…

FLORCIA

(płaczliwie) Biedny Reggie. Byliście dla niego niegodziwi! Jesteście bezwzględni i pozbawieni serca. Wstanę i pobiegnę za nim. Przeproszę go za was!

MAMA

Siedź! Mężczyźnie nigdy nie należy pokazywać, że nam tak na nim zależy. To najgorsza taktyka i w złym guście.

FLORCIA

Ale zrozumcie, że ja go kocham!

MAMA

Po ślubie będziesz go kochać, a teraz jedz pieczyste, bo ci ostygnie, i pamiętaj, że tylko szewcy uciekają od stołu. C’est très mauvais genre.[5]

Finał

MAMA

No i gdzież ten twój ulubieniec? Mam nadzieję, że poszedł kupić ci różę… bo dotychczas poza fiołkiem alpejskim w doniczce nie przyniósł ci złamanego kwiatka… Gdyby tatko jako narzeczony ośmielił się zamiast róż nicejskich przynieść takie coś, tobym mu chyba tą doniczką rozbiła głowę.

FLORCIA

Nie wiem, gdzie poszedł, ale to mi jest najzupełniej obojętne. Nie będziemy sobie przecież deptać po piętach…

MAMA

Szczególnie gdy jedna para pięt – to platfusy.

FLORCIA

Nieprawda! On nie ma żadnych platfusów.

MAMA

Może mi się tylko zdawało, może on tylko tak stąpa całą stopą, tak ciężko… Ale w gruncie rzeczy to bardzo poczciwy chłopczyna.

FLORCIA

Właśnie, taki poczciwy… I z początku wydawał mi się bardzo przystojny… a teraz…

MAMA

Twoje szczęście. Przystojny mąż to tragedia dla kobiety. Inne na niego dybią. Najlepszy… to taki sobie przeciętny, tuzinkowy.

FLORCIA

Więc mama uważa, że on jest taki tuzinkowy. Nie przyszło mi to dawniej do głowy.

MAMA

Miłość oślepia. No, trudno, orłem nie jest, ale może być bardzo zacnym mężem. Tylko nie pozwól mu nosić sztuczkowych spodni i dzwonić łyżeczką po dnie szklanki z herbatą.

FLORCIA

Kiedy… ja już go nie kocham.

MAMA

Bardzo dobrze, wyjdziesz za mąż z rozsądku. Małżeństwa z miłości zwykle bywają nieszczęśliwe.

FLORCIA

(tragicznie) Obrzydziliście mi go!

MAMA

A cóż to za miłość, którą tak łatwo można obrzydzić! Radzę ci nie robić fochów, tylko wyjść za niego spokojnie za mąż, a nuż ci się nikt inny nie trafi?

FLORCIA

(wybuchając płaczem) Trudno. Przepadło. Koniec! Zostanę starą panną!

MAMA

Pokłóciliście się?

FLORCIA

(płacząc) Niee… tylko on powiedział, że ma tego wszystkiego dosyć i… zwiał… po angielsku…

MAMA

Ja uważam, że bardzo po polsku, bo żaden Anglik by tego nie zrobił. Ale Bogu chwała, bo jeśli już teraz zwiał, to co by dopiero było po ślubie!

Koniec

Vol-au-vent z dziewczęcego serca

I. Proroczy sen

O godzinie ósmej budziły się codziennie do życia dwie siostry: Józinka i Helunia. Najstarsza „panna na wydaniu”, Maniusia albo Mańcia, miała już własny panieński pokoik. Za oknem świeciło lipcowe słońce roku 1910. Służąca weszła i postawiła z hałasem na progu dwie pary wysokich, czarnych jak smoła bucików. Zapinanie ich na guziki było poranną lekcją cierpliwości. Helunia, wielki flejtuch, zapinała tylko co drugi guzik. Józinka klęła, szukając haczyka, ale tylko w myślach, gdyż inaczej mama usłyszałaby jeszcze i byłaby awantura. Uporawszy się w końcu z bucikami, stanęła przed lustrem i zaczęła z trudem upinać na głowie wałek z włosia, który trzeba było małymi i ostrymi szpileczkami przypiąć omalże do skóry, by nie wyzierał spod włosów jak mysz spod miotły i nie wybrzuszał się nad czołem jak okap przy każdym żywszym poruszeniu. W ogóle wszystkie trzy doszły już dawno do przekonania, że do życia trzeba zdrowia! A to mycie! To opryskiwanie się zimną wodą w starej spiżarni, opuszczonej przez myszy i konfitury, to szorowanie się „do połowy” czerwonym mydłem glicerynowym, bo wszystkie inne pachnące mydełka uważała mama za szkodliwe dla skóry i w ogóle dla panienek niestosowne.