Tylko dla dorosłych - Nina Majewska-Brown - ebook

320 osób właśnie czyta

Opis

Miłość, namiętność i gorsety – ta historia przyprawi cię o szybsze bicie serca. I nie tylko!

Oto romans stulecia. A nawet trzech!

Klara ma pewną pracę, mieszkanie po babci i wiedzie spokojne życie singielki. Ma też kompleksy, matkę, która nie może się doczekać jej ślubu, i okrągłe urodziny, o których woli nie pamiętać. Oraz szalone przyjaciółki, które uznały, że najwyższa pora, by Klara wzięła sprawy w swoje ręce, i wyciągnęły ją na babski dzień w SPA. Spektakularną metamorfozę wieńczy niespodzianka stulecia. A właściwie nawet kilku, bo po upadku na zajęciach z tańca na rurze, które są urodzinowym prezentem, Klara budzi się w… 1881 roku!

Po pierwszym szoku odkrywa, że ta zmiana ma swoje plusy. Klara jest traktowana jak dama, a niecodzienna sytuacja budzi w niej ukryte dotąd śmiałość i odwagę. Czas zaszaleć! Przystojny i czarujący Konstanty wydaje się idealnym kandydatem na namiętnego kochanka. Ale to, co miało być tylko chwilową przygodą, niespodziewanie przeradza się w prawdziwe uczucie. Droga do szczęścia nie jest jednak usłana różami: desperacko pragnąca wydać córkę za mąż pani matka pcha Klarę w ramiona dużo starszego wdowca, a wszechwładna baronowa niezbyt przychylnie patrzy na fascynację Konstantego, jej jedynego spadkobiercy, uboższą krewną. Zakochani nie zamierzają jednak dbać o konwenanse. Skandal wisi w powietrzu… Czy ich miłość to przetrwa? I czy odnajdą się w innym czasie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Droga czytelniczko, tę książkę dedykuję tobie… abyś uwierzyła, że przekraczanie granic nie jest niczym złym, że mimo kilogramów i zmarszczek mamy prawo być szczęśliwe i że myślenie o sobie nie jest egoizmem.

Wyobraźnia to dar, nie każdy go otrzymuje.

Rozdział 1

Dłonią muskał jej rude, długie, puszyste włosy, jednocześnie przyciskając usta do rozpalonych i słodkich warg dziewczyny. Pocałunek rozgrzewał ciała, a niespokojny język niepewnie penetrował jaskinię jej ust. Nicolas przyciągnął Anne i poczuł na sobie jej jędrne piersi. Powoli, niespiesznie odpiął guzik jedwabnej bluzki i wsunął chłodną dłoń pod miękki materiał. Zdziwił się, że zamiast na delikatną koronkę stanika natrafił na twardą brodawkę piersi. Zachęcony, pieścił ją delikatnie palcami, czekając na jęk rozkoszy kochanki, a po chwili pochylił się, wyzwolił pierś spod materiału i objął ustami nabrzmiały kształt. Anne odchyliła głowę i jęknęła, a jej ciało zareagowało dreszczem. Przymknęła powieki i wygięła się w seksowny łuk, pozwalając…

Klara, wzdychając, z głośnym stuknięciem zamknęła książkę i rzuciła ją na podłogę. Przeciągnęła się leniwie jak kotka, zastanawiając się, czy powinna jeszcze chwilę poleniuchować w pościeli, czy może jednak już najwyższy czas zaparzyć kawę. Czuła błogość nicnierobienia i miała ochotę przeciągnąć ten stan na cały dzień. Nękał ją jednak niezrozumiały wyrzut sumienia – w sobotę już dawno powinna wstać i zabrać się do sprzątania mieszkanka, które odziedziczyła po babci. W zasadzie nie było to konieczne, ale wrodzona obowiązkowość i lata programowania przez despotyczną matkę uważającą, że weekend jest czasem porządkowania: w sobotę domu, w niedzielę duszy, sprawiały, że niechętnie pomyślała o wyciągnięciu starego odkurzacza i przeleceniu nim kątów pro forma.

Sama się sobie dziwiła. Mimo że jej matka, mieszkająca na drugim końcu Polski, nie miała możliwości sprawdzenia, czy córka wywiązała się z cotygodniowego obowiązku, Klara robiła wszystko, by ją zadowolić. Nie używała szkodliwych detergentów, wszelkie pionowe i poziome powierzchnie czyściła różnymi roztworami octu, sody oczyszczonej i cytryny, nie wyrzucała jedzenia i nie gromadziła niepotrzebnych rzeczy. Nie rozmawiała z nieznajomymi i, co najważniejsze, nie włóczyła się po knajpach w środku nocy. W sumie jedno z rozczarowań, jakie zafundowała rodzicielce, było związane z tym, że mimo czterdziestu lat nadal nie znalazła sobie faceta i nie spłodziła wnuków. Drugie dotyczyło porzucenia wiary i Kościoła, co było bezpośrednim następstwem przeczytania kilku naukowych prac dotyczących jego historii i włączenia logicznego myślenia. Ale na szczęście Janina nie miała pojęcia o tym występku swojej najstarszej latorośli.

Klara miała dwie młodsze siostry i najmłodszego z rodzeństwa brata, który był chlubą rodziny. Rozleniwiony, rozpuszczony nastolatek, pozbawiony jakichkolwiek ambicji, tuż po liceum ku zdziwieniu wszystkich poczuł powołanie i na zawsze zamknął za sobą ciężkie drzwi pobliskiego klasztoru, który mógł opuszczać tylko od wielkiego dzwonu. Przywdziewając habit, Tomasz automatycznie stracił wszelkie zainteresowanie rodziną.

O dziwo, Janina i Wojciech, zamiast rozpaczać z powodu utraty kontaktu z jedynym synem, puchnąc z dumy, opowiadali wszystkim bliższym i dalszym znajomym o niecodziennej decyzji młodzieńca. Najwyraźniej oddanie Bogu najmłodszego z dzieci traktowali jako milowy krok ku zbawieniu, na które przy okazji, podejmując pewne starania, z zachowaniem rozsądku, miały szansę załapać się również jego siostry. Jeśli tylko Tomkowi udało się przemycić do celi konsolę, to miał całkiem spore szanse na osiągnięcie prawdziwego ziemskiego, a może raczej wirtualnego szczęścia płynącego z zaliczania kolejnych poziomów rozmaitych gier.

Klara jako jedyna podejrzewała leniwego brata o pójście w życiu na łatwiznę: zyskał gwarancję wiktu i opierunku przy minimalnym zaangażowaniu się w cokolwiek. Tomasz niewiele musiał z siebie dawać, by spokojnie egzystować. Kilka wymamrotanych zdrowasiek w klasztornych murach nie wymagało wielkiego wysiłku, a zapewniało zawsze pełną lodówkę.

Młodsze siostry, choć nie skończyły studiów i tym samym nie przełamały tradycji, że wykształcenie średnie to szczyt możliwości w tej rodzinie, znakomicie odnalazły się w związkach małżeńskich. Klara jako pierwsza wyrwała się na studia do miasta, one zaś bardziej były zainteresowane licealnym życiem towarzyskim niż nauką. A potem ku uciesze całkiem młodych dziadków wydawały na świat kolejne serie potomstwa, nie wiedzieć dlaczego rodząc bliźniaki. Beata z łysiejącym, cierpiącym na nadwagę i cukrzycę Cezarym miała dwie pary jednojajowych dziewczynek, natomiast Violetta, mając dla odmiany parę trzyletnich chłopców, goniła siostrę, niecierpliwie oczekując rozwiązania kolejnej, również bliźniaczej ciąży.

Obie młode rodziny żyły w pobliżu domu rodzinnego, prowadząc życie na średnim finansowym poziomie, który zaspokajał jednak średnio wygórowane potrzeby i średnie ambicje. W ich życiu najważniejszy był niczym niezmącony święty spokój i każde odstępstwo od niego traktowano jako dopust boży. W związku z tym nikt nie bywał w kinie i teatrze, o restauracji czy koncercie nie wspominając.

Korzystając z wygodnej wymówki, jaką stanowiło posiadanie małych dzieci, siostry od lat wymigiwały się od przyjazdu do Poznania i odwiedzenia Klary. Mimo że wielokrotnie usiłowała skusić je wizjami miło spędzonego czasu i najróżniejszymi atrakcjami: od zakupów przez wizytę w salonie kosmetycznym po urozmaicone place zabaw dla dzieci i jump areny, nie okazywały najmniejszej choćby chęci złożenia jej wizyty. Zdawały się szczęśliwe, tkwiąc w swoich małomiasteczkowych domach, poglądach i przekonaniach.

Klara, starsza od Beaty i Violetty odpowiednio o trzy i cztery lata, nie ubolewała nadmiernie nad tym ograniczonym kontaktem. Wszyscy widywali się tylko w święta i imieniny rodziców, co statystycznie oznaczało jedno nudne spotkanie przy zastawionym tradycyjnymi potrawami stole co trzy miesiące.

Zazwyczaj zresztą były to trudne chwile. Dzieciaki beczały i marudziły, wybrzydzając przy jedzeniu, babcia dwoiła się i troiła, żeby im dogodzić, siostry udawały, że niczego nie dostrzegają, radośnie korzystając z kilku chwil beztroski. Najmniej zainteresowani harmidrem byli szwagrowie omawiający modele samochodów, które można by tanio ściągnąć zza zachodniej granicy, i wyniki rozgrywek piłkarskich. Ojciec, który – jak podejrzewała Klara – również nie przepadał za tymi nalotami na dom, korzystał z okazji i znieczulał się tanim alkoholem, wznosząc kolejne, często tylko przez siebie słyszane i rozumiane toasty.

Wszystko to sprawiało, że rodzinne spotkania bardziej przypominały wizytę w cyrku. Klara ani nie ładowała emocjonalnych baterii, ani się dobrze nie bawiła. Odbębniała je z pokorną obojętnością, nie chcąc urazić bliskich. Na szczęście trzysta pięćdziesiąt siedem kilometrów dzielących Poznań od rodzinnego domu zwalniało ją z częstszych i dłuższych wizyt.

Sobotni poranek zapowiadał ciepły dzień. Po ulewach, którym towarzyszył nieznośny wiatr, niebo wreszcie się wypogodziło, ptaki radośnie podśpiewywały w pobliskich brzózkach, a przyjemna muzyka w towarzystwie słonecznych promieni, wpadająca przez otwarte okno z głośników młodego sąsiada mieszkającego piętro niżej, zachęcała do pozostania jeszcze chwilę pod kołdrą.

Klara przeciągnęła się niespiesznie, wsłuchując się w melodię. Wreszcie zwlokła się z wygrzanego łóżka, wsunęła stopy w rozdeptane różowe papcie, które tu i ówdzie pokrywały resztki brokatu, i poczłapała do kuchni, wprost w objęcia dopiero co zakupionego czarnego ekspresu. Jednym kliknięciem włączyła urządzenie, które wybuchem gorącej pary zakomunikowało gotowość do działania, i z rozkoszą wsłuchiwała się w szum mielonych ziaren. Aromat kawy powoli, acz zaborczo zawładnął całym mieszkaniem.

Z pojemnika ze słodyczami na kuchennym stole wygrzebała ostatnią, oklejoną okruszkami ciastek kostkę gorzkiej czekolady i włożywszy ją do ust, z filiżanką kawy w dłoni ruszyła w drogę powrotną do łóżka. Gorycz czekolady osiadła na języku, pobudzając kubki smakowe, które zalane mocną czarną kawą, eksplodowały tysiącem małych wulkaników, dając doznanie przyjemności. Klara oparła głowę o wysoko ułożone poduszki, poprawiła kołdrę i sącząc napar, przymknęła oczy.

Lady Gaga i Bradley Cooper właśnie się zastanawiali, czy są szczęśliwi, co rusz upadali i się wznosili, tudzież brodzili po płyciźnie, gdy zadzwonił telefon. Klara niechętnie otworzyła oczy i rozejrzała się w poszukiwaniu komórki. Dźwięk był stłumiony, co wskazywało, że telefon najprawdopodobniej leży gdzieś w skotłowanej pościeli. Wreszcie po dłuższej szamotaninie, podczas której polała siebie i prześcieradło kawą, wygrzebała go spod poduszki i spojrzała na wyświetlacz. Mama.

– Cześć, mamo. – Choć nie miała ochoty na połajanki i pytania o plany na resztę dnia, w których powinna uwzględnić kilka pouczających i pożytecznych rzeczy, zdobyła się na lekki, niezobowiązujący ton. – Miło cię słyszeć. Co u was?

– A co może być?

Janina nigdy nie pałała optymizmem. Przez życie kroczyła raczej pod rękę z pesymizmem, który nie pozwalał cieszyć się z drobiazgów, dawał natomiast spore pole do popisu, jeśli chodziło o zamartwianie się błahostkami. Idealnie pasowała na patronkę wszelkich trosk i zmartwień, wizjonerkę katastrof i nieszczęść, które niespodziewanie mogły spaść na dowolnego członka rodziny bądź na wszystkich w okolicy. Dzień i każdą rozmowę zaczynała od złych wiadomości i żyła w przekonaniu, że pospolita szarzyzna jest jej niezmiennie pisana. Narzekała na to, że Klara nie ma dzieci, że jej siostry mają ich za dużo, że Klara mieszka tak daleko, a siostry tak blisko, że w sklepie drożyzna, że sąsiad ma za głośny samochód, że kazanie w kościele było za krótkie, ewentualnie za długie, że mąż się nią nie interesuje, że jest pozbawiony empatii, bo nie ma zamiaru zaradzić temu, co ją trapi.

– No, nie wiem, zawsze coś mogło się wydarzyć.

– Mogło, ale nie wydarzyło. Może poza tym, że twoja siostra za dwa miesiące powije trojaczki.

– Żartujesz? – Klara poprawiła się na poduszkach, które zaczęły zsuwać się z łóżka, i założyła za ucho niesforny kosmyk włosów, opadający na oczy. Już wczoraj powinna umyć głowę, ale ponieważ dziś nie planowała żadnego wyjścia, postanowiła przeczekać jeszcze jeden dzień, spinając włosy w kucyk na czubku głowy.

– Chciałabym, ale niestety nie.

– Ale numer!

– Oczywiście nikt wcześniej tego nie zauważył. Niby ci lekarze tacy mądrzy, a tu proszę: jednego dzieciaka przeoczyli. – Matka najwyraźniej miała satysfakcję. Przy każdej okazji dawała do zrozumienia, że wyższe wykształcenie nie jest do niczego potrzebne i nie przekłada się na żadną mądrość.

– To chyba i tak niczego nie zmienia, przecież nie da się z jednego z dzieciaczków zrezygnować.

– No tak, ale mają podwójne, nie potrójne łóżeczka, wózek i inne rzeczy. Taki z tym będzie kłopot, że sama nie wiem!

– Daj spokój, w dzisiejszych czasach to nie problem. Pewnie Viola się cieszy…

– Chyba tylko z pięćset plus. Trzy niemowlaki w domu to koszmar. Już przy dwóch nie sposób wytrzymać, a przy jeszcze jednym? Ja ci powiem, że tego nie rozumiem. Teraz kobiety dostają pieniądze za nic. Za moich czasów człowiek tyrał i nikt go nie doceniał. Nawet głupi papier toaletowy był luksusem.

– Wiem, mamo, wiem. Ale twoje czasy są jak epoka dinozaurów.

– No wiesz? Ładnie mnie podsumowałaś. – Janina, dla której poczucie humoru było pojęciem abstrakcyjnym, nadęła się oburzona.

– Nie miałam niczego złego na myśli, po prostu wiele się zmieniło od czasów, gdy my byłyśmy małe. Nie miałaś nawet pralki automatycznej.

– Nie przesadzaj, pralkę akurat mieliśmy jako pierwsi w miasteczku. – W jej głosie wyraźnie pobrzmiewa duma. – Co prawda, tylko polar, nie jakiegoś Boscha, ale mogliśmy porzucić starą, poczciwą Franię, no i prał idealnie.

– Powiało nostalgią. – Klara spojrzała na pustą filiżankę po kawie, zastanawiając się, czy powinna zaparzyć kolejną, czy może najpierw zjeść śniadanie. Odsunęła ją niechętnie i dla odmiany zajęła się oglądaniem paznokci u stóp, oceniając ubytki lakieru i rozważając możliwość nowego pedicure’u.

Tymczasem matka nie zwalniała i wygłaszała kolejne, jakże dobrze znane Klarze frazesy.

– Wy, młodzi, to myślicie, że wszystko się wam należy.

– A ty niby stara jesteś? – Klara sprytnie przesunęła zwrotnicę, nie dając się wciągnąć w biadolenie na temat różnic pokoleniowych i analizę, które pokolenie dla którego bardziej wypruwało sobie żyły.

– Swoje lata mam.

– Bez przesady, sześćdziesiątka to żaden wiek.

– Co ty tam wiesz. À propos dzwonię, żeby złożyć ci życzenia.

– Życzenia? – Klara była autentycznie zaskoczona. Dziś sobota, wczoraj była w pracy, ale który był wczoraj? Nie mogła sobie przypomnieć wielkiej czarnej cyfry wydrukowanej w jej firmowym kalendarzu i określić, w którym punkcie miesiąca aktualnie się znajduje.

– A co, nie pamiętasz, że masz dziś urodziny?

– Szczerze mówiąc, zapomniałam. – Klara nie wiedziała, czy bardziej ją dziwi to, że minął kolejny rok, czy to, że zapomniała o okrągłych czterdziestych urodzinach.

– Widzisz, starzejesz się! – Po raz pierwszy w głosie matki wyczuła nutkę radości.

– Cha, cha, cha!

– Tak czy owak, życzymy ci z ojcem, żebyś była szczęśliwa, zadowolona z pracy i z życia, żeby otaczali cię przyjaciele i oczywiście, żebyś wreszcie znalazła męża, co najmniej tak dobrego jak twój ojciec.

– Dziękuję. – Klara nie powiedziała nic więcej. Wiedziała doskonale, że znajdując sobie partnera na resztę życia, przede wszystkim spełniłaby marzenie matki. Swoje oczywiście poniekąd również. Jednak jako księgowa w małym, prywatnym biurze podatkowym nie miała wielkich możliwości polowania na facetów. Nie przewijały się przez nie tłumy samotnych mężczyzn, którzy z jakichś powodów byliby tak zdesperowani, by zaszczycić ją spojrzeniem. Zresztą niespecjalnie było na czym oko zawiesić.

Klara wyrosła w przeświadczeniu własnej przeciętności. Nigdy nie usłyszała, że jest ładna czy interesująca. Raczej określano ją jako pracowitą i godną zaufania, a te cechy jakoś nie robiły szczególnego wrażenia na facetach, zwłaszcza gdy w grę wchodziło pierwsze wrażenie. We własnoręcznie wydzierganych wełnianych sweterkach, pod którymi przed laty ukrywała przedwczesne dowody dojrzewania, a teraz nadmiar kilogramów, i w wytartych dżinsach nie mogła uchodzić ani za ikonę mody, ani za seksownego wampa. Raczej idealnie wpasowywała się w stado szarych myszek, szczęśliwych, gdy były niewidzialne.

– Właśnie zastanawialiśmy się z ojcem, czy nie wpadłabyś do nas w następny weekend. Zapowiadają ładną pogodę, to można by i do cioci Wieśki wyskoczyć nad jezioro. Podobno odnowiła swój domek i teraz można w nim nawet przenocować, chociaż moim zdaniem to tylko wyrzucanie pieniędzy w błoto. Po co komu drugi dom, skoro pierwszy jest niczego sobie?

– Nie wiem, mamo, czy dam radę. Nie bardzo mogę wziąć teraz wolne. Zbliża się bilans, a potem kontro…

– Ciągle masz jakieś wymówki. Twoje siostry zawsze chętnie wpadają na kawę. – Matka była zirytowana.

– Wiem, mamo, wiem, ale one mieszkają tak blisko, że nawet nie muszą wsiadać w samochód, a dla mnie to wyprawa.

– Kupiłabyś wreszcie auto.

– Też o tym myślałam, ale nie sądzę, żebym samochodem szybciej do was dojechała niż pociągiem. Poza tym chyba nadal mnie na to nie stać.

– Nie wiem, moja droga, rób, jak uważasz. Ale pamiętaj, że my młodsi nie będziemy, a los jest taki przewrotny, że nie wiadomo, co kogo czeka.

– Mówisz jak umierająca staruszka, która usiłuje wdrapać się na katafalk.

– Nie trzeba być starym, żeby w dzisiejszych czasach pożegnać się z życiem.

– Myślę, że niespodziewana śmierć dotyczy każdych czasów, i tych za nami, i tych przed nami…

– Niby taka mądra jesteś, a rodziny nie doceniasz.

– Mamo, nie mów tak. – Klara głośno westchnęła. – Przecież wiesz, że to nieprawda. Ale jestem od was tak daleko, to wszystko utrudnia – dodała ostrożnie.

– Sama tak postanowiłaś.

– Zdajesz sobie sprawę, że u was nie znalazłabym porządnej pracy.

– A teraz niby masz taką dobrą? Nawet na auto cię nie stać!

– Może nie jest idealnie, ale nie narzekam. Mogło być gorzej.

– Zawsze może być gorzej – fuknęła niezadowolona Janina. – Ale lepiej też.

– A może wy byście mnie odwiedzili? Obiecaliście, że zobaczycie, jak się urządziłam. Poszlibyśmy do kina, muzeum…

– A na co nam oglądanie jakichś rupieci po muzeach? Zresztą nie ma mowy, żebym teraz ruszyła się z domu. Violcia mnie potrzebuje, a i Beatka ma trzy światy z tymi swoimi dzieciakami.

– Ja też cię potrzebuję. – Klara bezowocnie usiłowała od dłuższego czasu przekonać matkę, żeby nią również się zainteresowała.

– A niby po co? Dzieci nie masz, w ciąży nie jesteś…

– Ale chciałabym trochę z tobą pobyć. Spędzić czas, pogadać na luzie.

– Toż przecież ci mówię, żebyś przyjechała.

Klara doskonale zdawała sobie sprawę, że dalsza dyskusja z Janiną jest co najmniej jałowa i że nie przekona jej do swojego punktu widzenia, dlatego tylko wysłuchała kolejnych uwag, porad i osądów i wreszcie z ulgą się rozłączyła.

Przymknęła oczy, usiłując wyrównać oddech i niespokojne bicie serca. Po chwili jednak, zamiast analizować kolejną serię połajanek rodzicielki, skupiła się na myśli o urodzinach.

Miała czterdzieści lat i wreszcie zaczęła być prawie szczęśliwa. Lubiła swoją pracę, była w niej doceniana, a zanurzanie się w kolejnych zestawieniach i statystykach stanowiło znakomitą odskocznię od codzienności i przynajmniej na kilka godzin wyrywało ją z rzeczywistego świata. Od kilku tygodni miała swoje dwupokojowe mieszkanie, które urządziła zgodnie z własnym minimalistycznym gustem i w którym czuła się naprawdę dobrze. Nareszcie była u siebie. Lata spędzone w głośnym i ciasnym akademiku, a następnie w zaniedbanych wynajmowanych pokojach skutecznie zraziły ją do wszelkiej prowizorki, której teraz unikała jak ognia.

Zastanawiała się nad słowami matki popychającej ją w kierunku silnych męskich ramion, których właściciel mógłby zaopiekować się nią do końca ziemskich dni, w miarę znajomości ewoluując w kochającego, wiernego męża, a może i dawcę zdrowego, zwycięskiego plemnika, który powiększyłby ich rodzinę.

Oczywiście chciałaby mieć chłopaka, nie miała jednak pojęcia, jak się zabrać do jego znalezienia. Babcia powtarzała, że męża szuka się nie na dyskotece, tylko w kościele, ale w jej przypadku i tak obie możliwości były wykluczone. Koleżanki od czasu do czasu usiłowały swatać ją z jakimś przypadkowym kolegą własnych chłopaków, ale żaden z nich nigdy nie poruszył jej serca ani motyli zasiedlających ściany brzucha.

Zresztą większość wydawała się również niezainteresowana z wyjątkiem obleśnego, prymitywnego znajomego Kaśki, Andrzeja, który za wszelką cenę chciał zaciągnąć ją do łóżka. Nikomu się nie przyznała, że seks, i to przypadkowy, uprawiała tylko raz, na imprezie tuż po maturze. Potem jakoś się nie składało. Była, co prawda, na kilku niby romantycznych randkach, ale po dwóch lampkach wytrawnego wina i pierwszym pocałunku traciła zainteresowanie. Przez jakiś czas nawet się zastanawiała, czy coś jest z nią nie tak, czy po prostu ma pecha. Oczywiście niska samoocena spychała ją ku jeszcze niższej samoocenie i jeszcze większemu zamykaniu się w sobie. Wreszcie osiągnęła etap, gdy zaczęła wstydzić się swojego ciała, i ukrywała je w odzieżowych namiotach, twarz zakrywała gęstą grzywą, malowała się oszczędnie i przez życie człapała w wygodnych butach na płaskim obcasie. Wielokrotnie słyszała od przyjaciółek, że powinna się w końcu ogarnąć i o siebie zadbać, ale nie znajdowała wystarczającej motywacji, by zrobić cokolwiek.

Rozmyślania przerwał jej kolejny telefon.

– Halo.

– Cześć, stara, wszystkiego, co najlepsze!

– Kasia?

– A niby kto?

– Sorry, nie wiem dlaczego, ale nie wyświetlił mi się twój numer.

– Tak? To dziwne.

– Miło, że dzwonisz.

– Przecież nie mogłabym zapomnieć o urodzinach mojej najlepszej kumpeli!

– Wyobraź sobie, że ja sama zapomniałam.

– Coś ty?

– Serio.

– A ja, naiwna, myślałam, że liżesz rany i rozpaczasz.

– Niby z jakiego powodu? Dzień jak co dzień i raczej nie podsumowuję kolejnej dekady. To kompletna bzdura, tym większa, że zapewne kolejne dziesięć lat nie będzie się niczym różnić od tych czterdziestu.

– Gejzer optymizmu. Na ciebie zawsze można liczyć. Nawet jak człowiek ma dobry dzień, po rozmowie z tobą ma ochotę podciąć sobie żyły.

– Nie przesadzaj. – Spanikowana Klara pomyślała, że może rzeczywiście pesymizm wyssała z mlekiem matki, a choć bardzo ją kochała i nieba by jej przychyliła, to za żadne skarby nie chciała się do niej upodobnić.

– Dobra, dobra, nie ma czasu. Bądź gotowa, jestem za godzinę.

– Super, tylko że nie mam żadnego ciastka do kawy ani mleka.

– Masz być gotowa, bo wychodzimy.

– Jezu, gdzie? Szczerze mówiąc, nie bardzo mam ochotę, w dodatku nie umyłam wczoraj włosów.

– Cała ty! Tyłka ci się nie chce ruszyć. Masz godzinę i albo umyjesz włosy, albo zepnij je gumką, włóż czapkę, cokolwiek!

– Po prostu nacieszam się mieszkaniem. – Udając obrażoną, Klara jęknęła z nadzieją, że koleżanka odpuści.

– Nie marudź, bądź gotowa za godzinę.

– Ale dokąd idziemy?

– To niespodzianka.

– Świetnie. Wiesz, jak ich nie lubię.

– Maruda.

– Kino?

– Nie.

– Zakupy? Nie znoszę zakupów! – Klara podświadomie zaczęła się denerwować.

– Nie i nie dopytuj, bo i tak ci nie powiem.

– Rewelacja!

Po chwili z życzeniami zadzwoniły jeszcze Beata i Violetta, którym matka najwyraźniej musiała przypomnieć o urodzinach siostry. Tymczasem Klara niespecjalnie skupiała się na ich paplaninie, zastanawiając się, co mogła wymyślić przyjaciółka, i bezradnie stojąc przed szafą, niezdecydowana, w co się ubrać.

Wreszcie uznała, że skoro nie zna celu eskapady, bezpieczne będą czarne, co prawda, dość mocno wytarte na tyłku dżinsy, ale i tak miała zamiar zakryć je obszernym czerwonym swetrem, więc stopień ich znoszenia był nieistotny. Wiedziała, że Kaśka nie będzie zadowolona, jeśli nie dostrzeże na jej twarzy choćby śladu makijażu, więc nałożyła cienką warstwę zbyt jasnego fluidu, którego producent obiecywał zamaskowanie wszelkich przebarwień, wypełnienie zmarszczek i rozświetlenie cery. Kupiła go pod wpływem impulsu pół roku temu w Sephorze, gdzie w jasnym i mocnym świetle wydawał się idealny w przeciwieństwie do tego, jak prezentował się w świetle dziennym, jednak nie miała pomysłu ani potrzeby, by kupować kolejny. Przyglądała się sobie w lustrze, usiłując dojrzeć choć ślad obietnic producenta, ale miała wrażenie, że poza nieco wyrównanym kolorytem, który sprawiał, że jej twarz wydawała się jeszcze bardziej trupio blada niż zazwyczaj, nic się nie zmieniło. Delikatnie omiotła ją pędzelkiem, przypudrowując nos i czoło, żeby nadmiernie się nie świeciły, co było szczytem jej makijażowych wysiłków, i usiłowała nieudolnie pociągnąć rzęsy tak starym tuszem, że co rusz osypywał się na policzki, robił kleksy na górnej powiece i grudkami sklejał włoski.

– Cholera! – Próba strzepnięcia go wacikiem nie przyniosła spodziewanych efektów, więc Klara, nie zastanawiając się, roztarła ciemne plamy w nadziei, że zasymilują się z pudrem i znikną. Osiągnęła średnio zadowalający efekt, bo czarne cząsteczki zniknęły, jednak skóra pod oczami wydawała się nieco poszarzała.

Wiosna eksplodowała z niezwykłą siłą, dając do zrozumienia, że w tym sezonie można definitywnie pożegnać się z kozakami i ciepłymi płaszczami. Klara jednak nie wyciągnęła z pawlacza nad drzwiami kuchni zestawu lżejszych ciuchów i upchniętych na samym dnie czółenek i sandałów. Nie mając siły na walkę o odzyskanie z czeluści szafy lżejszej garderoby, postanowiła włożyć czarne kozaki, za to zamiast ciepłej puchowej granatowej kurtki, którą nosiła przez całą zimę i która teraz gwałtownie domagała się prania, zdecydowała się na lżejszy jednorzędowy płaszczyk w kolorze zgniłej zieleni.

Zerknęła niepewnie w lustro i doszła do wniosku, że zieleń niespecjalnie współgra ze wściekłą czerwienią swetra. Obróciła się na pięcie, usiłując obejrzeć plecy, poprawiła pasek i ponownie stanęła twarzą w twarz ze szklaną taflą. Zrobiła kilka dziwnych min, uniosła grzywkę i odsłoniwszy czoło, deliberowała, czy nie powinna się jej pozbyć. Po chwili pozwoliła włosom swobodnie opaść i już miała zdjąć płaszcz, by zmienić sweter na bardziej harmonizujący z resztą stroju, gdy odezwał się domofon.

– Tak?

– Dalej, złaź, bo już jesteśmy spóźnione!

– Dasz mi minutę?

Kaśka była podenerwowana, a Klara poczuła, że ten stan się jej udziela, i powoli wbrew rozsądkowi zaczyna panikować. Nie czuła się zbyt dobrze w tym zestawie i miała ochotę pospiesznie go zmienić.

– Nie, bo taksówka czeka!

– Daj mi sekundę.

– Chodźże wreszcie!

Klara w pośpiechu zrzuciła płaszcz i znowu bezradnie stanęła przed szafą, gdzie w równych stertach były ułożone swetry, które dziergała w samotne wieczory, jednym okiem oglądając telewizję. Różniły się w zasadzie tylko gramaturą i kolorem wełny, w fasonie zaś były niemal takie same: długie, obszerne worki, które dobrze wyglądałyby na posągowych modelkach, ozdobione ekstrawagancką biżuterią.

W oczach miała kalejdoskop kolorów i pod presją czasu nie była w stanie zdecydować się na żaden. Tymczasem domofon odezwał się ponownie.

– Cholera! – Ze złością trzasnęła drzwiami szafy, tak że aż jęknęły, ponownie chwyciła zielony płaszcz i wielką workowatą torbę wypchaną nie wiedzieć czym i zdyszana, zaczynając się pocić, wypadła na wąską klatkę schodową pomalowaną do połowy zieloną olejnicą. Już miała zbiec po schodach, gdy przypomniała sobie, że nie zamknęła drzwi. Pospiesznie się cofnęła i gdy manewrowała kluczem w zamku, usłyszała, że domofon znowu dzwoni.

Zbiegła po stromych schodach, charakterystycznych dla budownictwa lat siedemdziesiątych minionego wieku, i wypadła na ulicę wprost na trzy roześmiane i rozgadane koleżanki.

– Niespodzianka!

– O rany, co wy tu robicie?

– A jak myślisz?

Ela, blondynka, która nietuzinkową urodę odziedziczyła po matce i która, choć nie musiała poprawiać natury, robiła to nieustannie w renomowanych salonach kosmetycznych i gabinetach medycyny estetycznej, przyglądała się jej z rozbawieniem. Miała na sobie cienką puchową różową kurteczkę i czarny bawełniany kombinezon, a szeroki pas podkreślał szczupłą talię. Niebotycznie długie, chude nogi wcisnęła w cieliste szpilki i teraz o ponad pół głowy górowała nad koleżankami.

– Ale masz minę.

– Nie sądziłam, to znaczy myślałam…

– Dobra, dobra, już my cię znamy.

– Porywamy cię! – Anka, wesoły rudzielec z dołeczkami w policzkach, tysiącem loczków na głowie i niespożytą energią, wymachiwała białą, dość sporą i grubą kopertą. Należała do tej szczęśliwej niewielkiej grupy kobiet, którym kilogramy dodają uroku, a w nielicznych chwilach, gdy usiłowała się ich pozbyć, traciła też na urodzie. Wiecznie uśmiechnięta i pełna empatii, była oblegana przez pacjentki, a szpital i gabinet ginekologiczny powoli stawały się jej drugim domem.

– Tadam! Prezencik! – To mówiąc, gwałtowniej zawachlowała przed nosem Klary, a gdy ta chciała sięgnąć po kopertę, cofnęła się gwałtownie. – Musisz uzbroić się w cierpliwość. To nagroda za dzień spędzony z nami, na którą musisz zasłużyć, a właściwie zapracować.

– Co ty pleciesz? – Klara była zaskoczona. – Mam zawalczyć o prezent? Jak będę niegrzeczna, to go nie dostanę?

– Dokładnie!

– Odbiło wam? – Klara spojrzała na koleżanki. – Zachowujecie się jak moja marudna i wymagająca matka.

– I co z tego?

– Wiecie, jak nie znoszę przymusu, a to jest zwykły szantaż.

– Bez przesady, to tylko warunek.

Kaśka, brunetka o niebieskich oczach krótkowidza, świeżo upieczona, szczęśliwa rozwódka, matka dwóch małych chłopców i właścicielka sieci ekskluzywnych sklepów z żywnością ekologiczną, uśmiechała się do Klary promiennie, zupełnie jakby jej słowa do niej nie dotarły.

– Może zamiast tego całego cyrku wejdziecie do mnie na kawę? – Klara nieporadnie nadal usiłowała się wymigać od nieznanego i nieprzewidywalnego.

– Nie ma takiej opcji.

– Nie mam ciastek, ale wczoraj otworzyłam bombonierkę…

– Jeszcze tylko tego brakowało! Spędzisz urodziny nad herbatką i bombonierą jak jakaś matrona. Zdejmij wreszcie szarą garsonkę i porzuć napary z rumianku! Kochana, świat na ciebie czeka!

Klara w to wątpiła. Zadowalała się pocieszającą myślą, że jeśli ten cały świat nie odstawi jej na jeszcze bardziej boczne tory, to będzie w nim znośnie, i nie miała ochoty na ekscesy, które mogłyby ujawnić jego inne, ciemniejsze oblicza.

– Przecież wiecie, że najbardziej lubię posiedzieć w domowych pieleszach z przyjaciółmi.

– Wiemy, wiemy. – Anka radośnie machnęła kopertą i schowała ją do dużego skórzanego worka, który służył jej za torebkę. – I w tym problem. Czas na zmiany.

– Właśnie. Dzisiejszy dzień spędzisz na naszych warunkach.

– Okej, tylko obiecajcie, że nie pójdziemy na jakąś durną dyskotekę.

– To akurat możemy ci obiecać.

– To co, idziemy? – Nie czekając na odpowiedź, Kaśka dziarskim krokiem ruszyła przed siebie.

Klara rozejrzała się po niewielkim parkingu na tyłach bloku, ale nigdzie nie dostrzegła taksówki.

– Widzicie? Taksówka już odjechała, chodźcie do mnie – jęknęła.

– Nie było żadnej taksówki, przywiozła nas Elka.

– Aha. – Klara się poddała i poczłapała w zbyt ciepłych jak na tę pogodę czarnych kozakach za koleżankami.

Na końcu parkingu, wciśnięty między dwa dostawcze samochody, stał zaparkowany jeep renegade Elżbiety z idiotyczną szarą gwiazdą szeryfa na bocznych drzwiach. Udający SUV-a czerwony samochodzik idealnie sprawdzał się w mieście, choć w środku był tak paskudnie plastikowy i gumowy, że przypominał tani gryzak dla psa. W dodatku wcale nie palił tak niewiele, jak obiecywał sprzedawca, ale za to podobno nie powinien się psuć. Nie zmieniało to faktu, że od miesiąca był dumą swej właścicielki. Dziewczyny wepchnęły się na tylną kanapę, pozostawiając jubilatce miejsce z przodu.

– Ale się zrobiło gorąco. Uwielbiam taką pogodę. – Anka wyciągnęła szyję i zwróciła twarz ku słońcu, które przenikało nawet przez szybę samochodu.

– Nareszcie. Zima wlokła się i wlokła. Mam już dosyć tych wszystkich ciepłych ciuchów. Jeszcze chwila i będzie można chodzić w samych sukienkach. – Ela uważnie manewrowała między samochodami, wyjeżdżając tyłem przez długą parkingową alejkę. – Boże, jak ja kocham sukienki.

– Włoszki mają fajnie. Ciepło prawie przez cały rok. Wkładasz pierwszą z brzegu kieckę, but na obcasie i wyglądasz jak bogini. A u nas nie dość, że musisz upchnąć rajstopy pod spodnie, to jeszcze opatulić się kilkoma warstwami szmat.

– No – Kaśka przytaknęła koleżance, a jednocześnie uważnie przyjrzała się czerwonemu swetrowi wystającemu spod zielonego płaszcza Klary. – A tak przy okazji, o czym myślałaś, dobierając ten zestaw?

– O co ci chodzi?

– Jedno z drugim jakoś średnio pasuje.

– Jezu, spieszyłam się.

– Przez godzinę?

– Nie czepiajcie się jej. – Elżbieta próbowała wstawić się za przyjaciółką, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że Klara wygląda koszmarnie.

– Jak jej damy spokój, to już zawsze będzie wyglądała jak straszydło.

– Dzięki, Anka. – Klarze robiło się coraz smutniej. Z przykrością zdawała sobie sprawę, że niestety, dziewczyny mają rację, ale za nic nie chciała tego przyznać.

– Dziś będzie trochę bolało, ale obiecuję, że będziesz zachwycona.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Jak jeszcze czymś chcecie mi dopiec, to bardzo proszę. Nie krępujcie się, wyrzućcie to z siebie i będziecie miały święty spokój, a ja postaram się nie obrazić.

– Kochana, jeszcze nam podziękujesz.

– Za spieprzony dzień?

– Jezu, Klara, wyluzuj. Przymknij oczy i pomyśl o czymś miłym.

– Jakoś w waszym towarzystwie jest to nieco trudne. Jak zadzwoniła Kaśka, miałam przymknięte oczy i było milej.

– A teraz je z nami otworzysz ponownie i będzie jeszcze lepiej.

– Wątpię. Każda z was wygląda jak milion dolarów, a ja jak stara złotówka.

– Zaufaj nam, przewalutujemy cię i zwielokrotnimy nominał.

Rozdział 2

Wyjechały na pełną dziur i łat rozkopaną Głogowską, której jeden pas co rusz blokowały samochody dostawcze, i niespiesznie zmierzały w kierunku centrum. Mimo słonecznej soboty ruch był niewielki. Zupełnie jakby ludzie zachłysnęli się pierwszym powiewem ciepłej wiosny i woleli spędzić ten dzień na łonie natury, a nie na poszarzałych ulicach miasta. Nieliczne rośliny miały odwagę wypuścić pierwsze nieśmiałe listki, które tu i ówdzie obsypywały gałązki zielonym konfetti. Elżbieta wlokła się jak ślimak, ostrożnie, jakby na masce wiozła surowe jajko. Wszyscy je wyprzedzali, a co bardziej zniecierpliwieni kierowcy z ciekawością i ze złością w oczach niemal przywierali twarzami do szyb, żeby przyjrzeć się czerwonej zawalidrodze.

Na dziewczynach ani styl jazdy koleżanki, ani zirytowani kierowcy nie robili najmniejszego wrażenia. Zajęte plotkowaniem, bawiły się w najlepsze, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje dookoła. Miały znakomitą okazję podręczyć coraz bardziej wkurzoną Klarę, która nawet się nie domyślała, jakie piekło zgotują jej za chwilę.

Po czterdziestu minutach dotarły wreszcie pod drzwi modnej kliniki medycyny estetycznej, która oferowała również usługi kosmetyczne i fryzjerskie, i wtedy Klara zaczęła pojmować, co ją czeka. Ale i tak nie przypuszczała, jak kompleksowo przyjaciółki postanowiły zatroszczyć się o jej wygląd.

Tymczasem dziewczyny w takt stukotu szpilek na wypolerowanym marmurze, który niczym strumień wylewał się z budynku aż na szeroki chodnik, i radosnego trajkotania przestąpiły próg kliniki, nie zważając na zataczającego się pijaka, który chciał wyżebrać dychę na kolejne piwo. Klara, która niespodziewanie przeniosła się w źle dobranych ciuchach z własnego wygodnego łóżka w świat luksusu, była zarówno zestresowana, jak i zaciekawiona. Dziewczyny natomiast zachowywały się swobodnie, zupełnie jakby były u siebie. I faktycznie tak musiało być, bo młodziutka recepcjonistka w białym fartuszku, z włosami upiętymi w kucyk i długimi rzęsami okalającymi wielkie ciemne oczy jak u smutnej sarny, uśmiechnęła się uprzejmie i przywitała je po imieniu.

– Dzień dobry, pani Kasiu, o, jest i pani Ela. Miło panie widzieć. – Z mowy jej ciała trudno było odczytać, czy rzeczywiście ucieszyła się na ich widok, czy tylko recytuje grzecznościową formułkę.

– Dzień dobry. Mamy umówione zabiegi, okazja jest szczególna, bo nasza przyjaciółka ma dzisiaj urodziny. – Spojrzała oskarżycielsko na Klarę. – Czterdzieste!

– Wiem, wiem, czekamy na panie. Proszę powiesić płaszcze i zapraszam. Może pomogę? Mam na imię Olga i będę dzisiaj przewodniczką pań.

– Przepraszam, ale dziś przewodzę ja. – Kaśka wysunęła się do przodu i przyjmując generalską postawę, nakazała koleżankom milczenie, po czym zadowolona z siebie, snuła opowieść o tym, jak często tu bywa, jednym tchem wymieniała zabiegi, z których korzystała, i zasugerowała, że to ona powinna dziś decydować o wszystkim.

Eli, również stałej klientce nie tylko tego salonu, ale również tych wszystkich, które widniały na top liście najlepszych miejsc dyskretnie poprawiających urodę klientek, było to nie w smak.

– Kochana, wyluzuj. Nie tylko ty tu bywasz, a z tego, co pamiętam, wcześniej wszystko ustaliłyśmy i nie mamy zamiaru niczego zmieniać, prawda? – To mówiąc, spojrzała na rozanieloną Ankę, która potrząsając loczkami, obróciła głowę w stronę drzwi prowadzących w głąb korytarza, będącego jednocześnie przedsionkiem dziewięciu gabinetów oferujących usługi na najwyższym poziomie: uprzejmość obsługi i jej umiejętności, wystrój wnętrz, produkty i z pewnością rachunek, który nigdy nie bywa dwucyfrowy.

– Laski, mówiłam, żeby pójść na kawę. – Klara uczepiła się nadziei, że jednak opuszczą eleganckie wnętrza tej starej kamienicy i zamiast ugniatania ciał zajmą się intelektualnym rozruchem szarych komórek rozleniwionych wielką latte.

– Pomogę pani. – Olga sięgnęła wypielęgnowaną dłonią z klasycznym francuskim manicure’em po zielony płaszcz Klary, w którym jak na złość niewspółpracujący z grubym swetrem rękaw wywinął się na lewą stronę.

Klara nie była pewna, czy przez twarz dziewczyny przemknął ledwie widoczny cień obrzydzenia, gdy dotknęła szorstkiego materiału, czy tylko jej się zdawało. Postanowiła się tym nie przejmować i robić dobrą minę do złej gry. Właśnie szacowała, o ile będzie musiała nadszarpnąć swój nadwerężony remontem budżet, powątpiewając przy tym, by jakikolwiek zabieg mógł odmienić jej życie, gdy Kaśka delikatnie popchnęła ją ku szklanym połyskującym drzwiom prowadzącym do pachnącej geranium strefy spa.

– Klara, wyluzuj. Masz taką minę, jakbyśmy ciągnęły cię na szafot, a nie na zwykły pedicure.

– Wiem, przepraszam. Po prostu nie bywam w takich miejscach, ale oczywiście doceniam to, co dla mnie robicie, tylko nadal nie wiem, czy nie lepiej byłoby posiedzieć przy kawie.

– Oczywiście, że posiedzimy przy kawie, zaraz o nią poprosimy.

– Gdzie? Tutaj?

– Tutaj, tutaj. Zresztą nie tylko przy kawie.

– Nie wiem, co kombinujecie, ale zgadzam się na wszystko. No, prawie.

– Kurde, wreszcie. – Ela spojrzała na Klarę z rozbawieniem w oczach i choć miałaby ochotę dodać: „Zaraz pożałujesz, że się zgodziłaś na wszystko”, postanowiła nie dobijać przyjaciółki.

Klara była lekko oszołomiona miejscem, a niepewność tego, co ją czeka, działała na nią bardziej niż przygnębiająco. Poza tym obawiała się połajanek i marudzenia koleżanek, że nie dba o siebie, że przestało jej zależeć, co prostą drogą prowadzi do tego, że dotychczas była sama, jest sama i sama pozostanie. Dla żadnego faceta przy zdrowych zmysłach ukryta gdzieś w nieefektownym ciele dobrotliwa i wrażliwa dusza nie będzie dostatecznym powodem, by się nią zainteresować. Nagle Klara uświadomiła sobie, że panujące milczenie nie jest zwykłym w tym miejscu wyciszeniem, tylko napiętym stanem, w którym najwyraźniej czegoś od niej oczekiwano.

– Halo, tu Ziemia.

– Co? – Klara zatrzepotała oklejonymi tuszem rzęsami i przeniosła spojrzenie z oprawionych w pozłacane ramki dyplomów i certyfikatów wydrukowanych na grubym czerpanym papierze na koleżanki.

– Zasnęłaś?

– Zamyśliłam się.

– Pewnie się obawiasz, co dla ciebie przygotowałyśmy. – Kaśka puściła oko do Anki. – Witaj, kochana, na botoks party.

– Jaja sobie robicie? Nie ma mowy, żebym dała się pokłuć.

– Zgodziłaś się na wszystko! – Anka wycelowała w nią oskarżycielsko palec i uśmiechnęła się, a w jej policzkach natychmiast pojawiły się radosne dołeczki. – Zgodziłaś się nam zaufać, więc nie masz wyboru!

– Ale nie na coś takiego! – Klara poczuła, że robi się jej za ciepło, a kolejne fale gorąca napływają gdzieś z wnętrza i powodują, że zaczyna się pocić.

– Koleżanki panią nabierają. – Miła recepcjonistka, która niespodziewanie pojawiła się za ich plecami, dotknęła ramienia jubilatki. – Proszę się odprężyć. – Mimo młodego wieku zachowywała się jak matka przywołująca do porządku niesforne dzieci.

– Zepsuła pani całą zabawę.

– Nie mogłam patrzeć, jak się znęcacie nad tą biedną kobietą. – Olga uśmiechnęła się promiennie. – Przecież dzisiaj są jej urodziny i ma miło spędzić czas, a panie zdają się ją torturować.

– Jezu, ale pani wrażliwa. – Kaśka z niezadowoleniem wydęła usta. – A było tak fajnie!

Klara z wdzięcznością spojrzała na dziewczynę i choć nie poczuła się ani trochę bardziej zrelaksowana, to jednak nabrała odwagi, by przekroczyć próg gabinetu, który okazał się podłużnym, przestronnym pomieszczeniem.

Na białych ścianach nie powieszono żadnych dyplomów ani obrazków, jedyną ozdobą pomieszczenia były trzy kryształowe, dość duże żyrandole, które na złotych łańcuchach majestatycznie zwieszały się z sufitu. Pośrodku znajdowało się pięć stanowisk: wygodne białe fotele do pedicure’u. Najwyraźniej była to jedna z tych nowinek technologicznych, z którymi Klara się wcześniej nie zetknęła, bo wpatrywała się ze zdziwieniem, jak za pomocą pilota recepcjonistka po kolei poprawia każdej z nich oparcie. Po chwili do gabinetu weszły kolejne trzy młode dziewczyny, ubrane w takie same fartuszki jak Olga. Najwyższa z dziewczyn była przeraźliwie poważna i chuda, miała bladą, pociągłą, lecz nie pociągającą twarz i wielowarstwowy makijaż, którym usiłowała zakryć pryszcza na brodzie.

Dwie były tak łudząco do siebie podobne, że Klara przypuszczała, iż są siostrami. Faktycznie, Monika i Marysia były jednojajowymi bliźniaczkami, tak ze sobą zżytymi, że funkcjonowały jak jeden organizm. Wspólnie skończyły kosmetologię, mieszkały razem, pracowały razem i najchętniej razem umawiałyby się z tym samym facetem. Może dlatego dopiero od kilku tygodni były w związkach, to znaczy usiłowały je zbudować z dwa lata starszymi bliźniakami, przypadkowo poznanymi na parapetówce u ich najlepszej koleżanki. Trzecią kosmetyczką okazała się Olga, którą Klara początkowo mylnie uznała za recepcjonistkę.

– Dzień dobry. Dzisiaj my będziemy się paniami zajmować.

– Super, ja zaklepuję Monikę! – Kaśka poufale uśmiechnęła się do jednej z sióstr. Podobnie jak Ela, była tu stałą bywalczynią i doskonale znała personel.

Elżbieta od razu się dołączyła, wybierając kosmetyczkę dla siebie.

– W takim razie, Marysiu, jestem zdana na ciebie.

Klarze było wszystko jedno. Nigdy w życiu nikt nie dłubał jej przy nogach, nie obcinał, nie malował i nie doszlifowywał paznokci, nie wycinał skórek ani nie wygładzał skóry pięt. Zajmowała się nimi w zaciszu własnej niewielkiej łazienki i wcale nie narzekała, że musi robić to sama. Podejrzewała, że jakieś dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa było zdane na własną pomysłowość i zdolności manualne w tej kwestii, i nie przejmowała się tym, że jest w tym gronie. W panice zaczęła się zastanawiać, w jakim stanie są jej paznokcie, i skuliła się w sobie na myśl o tym, że choć o poranku się im przyglądała, to nie ma pojęcia, czy już wrzaskliwie domagają się malowania, czy jeszcze nie. Miała nadzieję, że miła dziewczyna, która je powitała, przypadnie właśnie jej. Naiwnie liczyła na to, że nie skomentuje głośno stanu jej stóp i uchroni ją tym samym przed kolejną falą krytyki ze strony zbyt szczerych koleżanek. Jednocześnie marzyła o tym, by zabieg do końca nie zrujnował jej nadwątlonego budżetu.

Wreszcie po wymianie uprzejmości i ustaleniu, czego oczekują od zabiegów, rozsiadły się wygodnie w zadziwiająco miękkich fotelach. Klara przysiadła może zbyt sztywno i niepewnie, ale już po chwili, gdy spojrzała na zajęte sobą koleżanki, odetchnęła z ulgą i postanowiła się nie stresować. Uznała, że mimo iż nie to chciałaby teraz robić, to jednak ta godzinka, bo zakładała, że nie spędzą tu więcej czasu, może być miłym przerywnikiem w codziennej rutynie.

– Czy mi się wydaje, czy zbladłaś? – Kaśka świetnie się bawiła niepewnością koleżanki.