Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 482 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko Cross - Sylvia Day

Ostatnia część sagi miłosnej, która urzekła miliony czytelników na całym świecie.

Gideon Cross.  Pochłonął mnie całkowicie i nieodwracalniePoślubienie go było spełnieniem moich marzeń. Nie podejrzewałam jednak, że wytrwanie w małżeństwie będzie takie trudne. Miłość się zmienia. Nasza była schronieniem przed burzą i najgwałtowniejszą z nawałnic. Odsłoniliśmy przed sobą najgłębsze i najmroczniejsze sekrety. Gideon dał mi wszystko. Teraz ja muszę udowodnić, że potrafię być jego azylem. Ale tylko razem możemy stawić czoła tym, którzy próbują nas rozdzielić.

Największa bitwa jeszcze przed nam. Walka o miłość uwolni nas… albo rozdzieli.

Opinie o ebooku Tylko Cross - Sylvia Day

Fragment ebooka Tylko Cross - Sylvia Day

1

Nowy Jork nigdy nie śpi. Moje mieszkanie w Upper West Side było wyciszone w takiej mierze, jakiej się oczekuje po wartej wiele milionów dolarów nieruchomości, ale dźwięki miasta i tak przenikały do środka – rytmiczny szum opon toczących się po zniszczonych ulicach, protest zmęczonych hamulców i bezustanne trąbienie taksówkowych klaksonów.

Gdy wyszłam z kawiarni na rogu ulicy i wkroczyłam na jak zwykle pełen ludzi Broadway, ogarnął mnie miejski pośpiech. Jak udawało mi się żyć bez kakofonii Manhattanu?

Jak udawało mi się żyć bez niego?

Gideon Cross. Ujęłam w dłonie jego twarz i poczułam, jak się do nich przytula. Wzruszył mnie ten pokaz bezbronności i czułości. Jeszcze kilka godzin wcześniej myślałam, że się nigdy nie zmieni, że będę musiała zdobyć się na zbyt wielki kompromis, aby móc z nim żyć. A teraz stałam w obliczu jego odwagi i wątpiłam w swoją.

Czy wymagałam od niego więcej niż od siebie? Zawstydzała mnie myśl, że naciskałam na niego, by się rozwijał, podczas gdy ja sama uparcie trwam w miejscu.

Stał przede mną, taki wysoki i silny. W dżinsach, koszulce polo i bejsbolówce nasuniętej nisko na czoło był nie do poznania. Nikt by się nie domyślił, że to Gideon Cross, znany na całym świecie biznesmen. Był jednak tak fascynujący, że zwracał na niego uwagę każdy, kto go mijał. Kątem oka widziałam, że ludzie zerkali na niego przelotnie, by po chwili znów mu się przyglądać.

Bez względu na to, czy Gideon był ubrany na sportowo, czy miał na sobie szyty na miarę trzyczęściowy garnitur, co tak bardzo lubił, moc oddziaływania jego szczupłego, choć muskularnego ciała była niezaprzeczalna. Postawa, autorytet, jakim emanował za sprawą nienagannego panowania nad sobą, nie pozwalały mu stopić się z otoczeniem.

Nowy Jork połyka wszystko, co znajdzie się w jego obrębie, ale Gideon prowadził to miasto na pozłacanej smyczy.

I był mój. Miałam na palcu obrączkę, ale nadal w pewnych chwilach trudno mi było w to uwierzyć.

Nigdy nie będzie po prostu facetem. Był brutalnością w otoczce elegancji, doskonałością naznaczoną wadami. Ogniwem spajającym mój świat, spajającym w ogóle cały świat.

Pokazał, że się ugnie i podda do granic wytrzymałości, aby być ze mną. A to odnowiło we mnie postanowienie, by udowodnić, że jestem warta bólu, z którym musiał się przeze mnie zmierzyć.

Wokół nas ponownie otwierano sklepy przy Broadwayu. Uliczny ruch zaczął się nasilać, czarne samochody i żółte taksówki podskakiwały jak szalone na nierównej nawierzchni. Mieszkańcy tej części miasta wyszli z domów – wyprowadzali psy albo szli w kierunku Central Parku, żeby pobiegać, wykradając na tę czynność tyle czasu, ile tylko mogą, nim rzucą się w wir pracy.

Dotarliśmy do krawężnika i w tym samym momencie zatrzymał się przy nim mercedes. Za jego kierownicą siedział postawny Raúl. Angus zaparkował bentleya tuż za nim. Jeden przyjechał po mnie, drugi po Gideona. Każde z nas jechało do innego domu. Czy tak wygląda małżeństwo?

Nasze małżeństwo tak właśnie wyglądało, choć żadne z nas tego nie pragnęło. Musiałam wytyczyć pewne granice, gdy Gideon zwerbował do swojej firmy mojego prawie już byłego szefa z agencji reklamowej, w której pracowałam.

Rozumiałam, dlaczego mój mąż chciał, bym dołączyła do rzeszy pracowników Cross Industries, ale że próbował mnie do tego zmusić, działając za moimi plecami? Nie mogłam na to pozwolić, nie w przypadku takiego człowieka jak Gideon. Albo będziemy razem – i wspólnie będziemy podejmować decyzje – albo dystans między nami będzie zbyt duży, by nasz związek miał szanse powodzenia.

Odchyliłam głowę i spojrzałam na jego olśniewającą twarz. Dostrzegłam w niej wyrzuty sumienia i ulgę. A także miłość. Mnóstwo miłości.

Był tak przystojny, że aż brakowało mi tchu. Jego oczy były błękitne jak morze na Karaibach, a gęste czarne włosy muskały kołnierzyk. Jakaś pełna czułości ręka ukształtowała każdą powierzchnię i załamanie na jego twarzy, czyniąc ją nieskazitelną i do tego stopnia hipnotyczną, że trudno przy nim myśleć racjonalnie. Jego wygląd urzekł mnie, w chwili gdy go ujrzałam, i nadal stwierdzam, że moje synapsy od czasu do czasu nieoczekiwanie się przegrzewają. Gideon mnie olśniewał.

Ważniejszy był jednak człowiek kryjący się w środku, jego niestrudzona energia i siła, błyskotliwa inteligencja i bezwzględność połączone z sercem, które potrafiło być tak łagodne...

– Dziękuję. – Musnęłam palcami ciemny łuk jego brwi i poczułam w opuszkach mrowienie, jak zawsze gdy dotykałam jego skóry. – Że do mnie zadzwoniłeś. I opowiedziałeś mi swój sen. I się ze mną spotkałeś.

– Spotkałbym się z tobą wszędzie. – Jego słowa brzmiały jak przysięga wypowiedziana z żarem i gorliwością.

Wszyscy mamy swoje demony. Te prześladujące Gideona były zamknięte w okowach jego żelaznej woli. O ile nie spał, bo kiedy spał, nękały go w brutalnych, gwałtownych koszmarach. Tak wiele nas łączyło, lecz przemoc, jakiej doświadczyliśmy w dzieciństwie, była dramatem, który nas do siebie przyciągał i równocześnie odpychał. Utrudniała mi walkę. Ci, którzy nas prześladowali, zabrali nam już zbyt wiele.

– Evo... Jesteś jedyną siłą, która potrafi mnie z tego wyciągnąć.

– Za to też ci dziękuję – wymruczałam, czując ucisk w piersi. – Wiem, że nie było ci łatwo dopuścić mnie do siebie, ale tego potrzebowaliśmy. I wiem, że mocno na ciebie naciskałam...

– Zbyt mocno.

Usta wykrzywiły mi się w podkówkę na dźwięk lodowatego tonu jego głosu. Gideon nie przywykł spotykać się z odmową, gdy czegoś chciał.

– Wiem. A ty mi na to pozwoliłeś, bo mnie kochasz.

– To coś więcej niż miłość. – Chwycił mnie za nadgarstki i trzymał tak mocno, że całą sobą się poddałam.

Przytaknęłam, bo już się nie bałam przyznać, że potrzebowaliśmy siebie w taki sposób, jaki ktoś mógłby nazwać niezdrowym. Tacy jednak byliśmy, to mieliśmy do zaoferowania. I było to cenne.

– Pojedziemy do doktora Petersena razem. – Jego wypowiedź zabrzmiała niczym komenda, ale patrzył na mnie, tak jakby zadał mi pytanie.

– Ależ jesteś władczy. – Droczyłam się z nim, bo chciałam, żebyśmy oboje rozstali się w dobrych nastrojach.

I z nadzieją. Od cotygodniowego spotkania z naszym terapeutą doktorem Lyle’em Petersenem dzieliło nas zaledwie kilka godzin, i trudno było o lepsze zrządzenie losu. W naszych relacjach nastąpił przełom. Przyda nam się trochę pomocy w określeniu, jak powinny wyglądać nasze dalsze kroki.

Położył dłonie na mojej talii.

– Uwielbiasz to.

Chwyciłam brzeg jego koszulki i zmięłam miękki dżersej.

– Uwielbiam ciebie.

– Evo.

Objął mnie mocno i pewnie. Czułam na szyi jego rozedrgany, gorący oddech. Manhattan nas otaczał, ale nie mógł nam przeszkodzić. Gdy byliśmy razem, nie istniało nic więcej.

Zamruczałam z pożądania, a każda cząstka mnie, która go pragnęła, drżała z rozkoszy, kiedy znowu tak na mnie napierał. Chłonęłam go, głęboko oddychając, i dotykałam twardych mięśni jego pleców. Ogarnęło mnie upajające podniecenie. Byłam od niego uzależniona – sercem, duszą i ciałem – a przez wiele dni musiałam się bez niego obyć, roztrzęsiona, wytrącona z równowagi, niezdolna do właściwego funkcjonowania.

Niknęłam w jego znacznie większym i twardszym od mojego ciele. W jego objęciach czułam się bezpieczna, kochana i chroniona. Nic nie mogło mnie dotknąć ani zranić, gdy mnie tulił. Chciałam, by czuł się w moim towarzystwie równie bezpiecznie. Musiał wiedzieć, że może zrezygnować z czujności, odetchnąć, a ja nas ochronię.

Musiałam być silniejsza. Mądrzejsza. Bardziej przerażająca. Mieliśmy wrogów i Gideon na razie zmagał się z nimi sam. Opiekuńczość była jego wrodzoną cechą, którą głęboko podziwiałam. Musiałam jednak zacząć pokazywać ludziom, że potrafię być równie zatrważająca i groźna jak mój mąż.

Co ważniejsze, musiałam to udowodnić Gideonowi.

Wtuliłam się w niego i chłonęłam jego ciepło. Miłość.

– Do zobaczenia o siedemnastej, mistrzu.

– I ani minuty później – polecił surowo.

Zaśmiałam się wbrew sobie, zauroczona każdym przejawem jego szorstkiej strony.

– Bo co? – zapytałam.

Odsunął się ode mnie i spojrzał na mnie, tak że aż podkurczyłam palce stóp.

– Bo cię dorwę.

Do apartamentu ojczyma powinnam była wejść wyjątkowo cicho, bo o tej porze – kilka minut po szóstej – z dużym prawdopodobieństwem mogłam zostać przyłapana na potajemnym wślizgiwaniu się do domu. Ja jednak celowo wkroczyłam do niego dumnie, zajęta myślami o tym, co będę musiała zmienić.

Miałam czas na prysznic – niewiele, ale jednak – lecz postanowiłam go nie brać. Gideon od tak dawna mnie nie dotykał. Upłynęło zbyt dużo czasu od chwili, gdy jego dłonie sunęły po mojej skórze, a jego ciało było w moim. Nie chciałam zmywać z siebie wspomnienia jego dotyku. Już tylko to dawało mi siłę, której potrzebowałam, żeby zrobić to, co muszę.

Lampka na stoliku rozbłysła światłem.

– Eva?

Podskoczyłam.

– Jezus Maria!

Obróciłam się w miejscu i zobaczyłam matkę siedzącą na jednym z foteli w salonie.

– Przeraziłaś mnie – rzuciłam oskarżycielsko, przykładając dłoń do łomoczącego serca.

Wstała. Sięgający do ziemi satynowy szlafrok w kolorze kości słoniowej lśnił i muskał smukłe, lekko opalone nogi. Byłam jej jedynym dzieckiem, ale wyglądałyśmy jak siostry. Monica Tramell Barker Mitchell Stanton obsesyjnie o siebie dbała. Młodzieńczy wygląd był narzędziem zapewniającym powodzenie tej kobiecie, która wzięła ślub dla statusu i miała być ozdobą swojego męża.

– Zanim zaczniesz – powiedziałam – owszem, musimy porozmawiać o weselu. Ale naprawdę muszę się spakować, żeby móc dzisiaj wrócić do domu.

– Masz romans?

To obcesowe pytanie zszokowało mnie bardziej niż to, że urządziła na mnie zasadzkę.

– Słucham? Nie!

Westchnęła, a jej barki wyraźnie się rozluźniły.

– Dzięki Bogu. Powiesz mi, co się dzieje? Jak poważna była twoja kłótnia z Gideonem?

Poważna. Przez chwilę się martwiłam, że swoją decyzją Gideon doprowadzi do naszego rozstania.

– Pracujemy nad tym, mamo. To było tylko utrudnienie na naszej drodze.

– Utrudnienie, które kazało ci unikać go przez wiele dni? Nie tak należy sobie radzić z problemami, Evo.

– To długa historia...

Skrzyżowała ręce na piersiach.

– Nigdzie się nie spieszę.

– Ale ja tak. Muszę się szykować do pracy.

Zrobiła minę świadczącą o tym, że ją uraziłam, a ja natychmiast poczułam wyrzuty sumienia.

Kiedyś myślałam, że gdy dorosnę, będę taka jak moja matka. Godzinami przebierałam się w jej garderobie, potykałam w jej szpilkach, smarowałam twarz jej drogimi kremami i kolorowymi kosmetykami. Starałam się naśladować jej lekko chropawy głos i zmysłowy manieryzm, przekonana, że matka jest najwspanialszą i najdoskonalszą kobietą na świecie. To, jak traktowała mężczyzn, jak oni na nią patrzyli i zaspokajali jej potrzeby... Cóż, też chciałam posiąść tę magiczną moc.

W rezultacie wyrosłam na jej podobiznę. Różniły nas tylko fryzury i kolor oczu. Jednak nasze podobieństwo kończyło się na wyglądzie. Nie mogłybyśmy się bardziej różnić jako kobiety i, niestety, byłam z tego dumna. Przestałam ją prosić o radę, chyba że chodziło o ubiór albo wystrój wnętrz.

To się miało jednak zmienić. Od teraz.

W związku z Gideonem wypróbowałam wiele różnych taktyk, ale nie prosiłam o radę bliskiej mi osoby, która wiedziała, że mam wyjść za mąż za znaczącego i potężnego człowieka.

– Potrzebuję twojej rady, mamo.

Moje słowa zawisły w powietrzu, a potem dostrzegłam, że do niej dotarły. Zdumiona otworzyła szeroko oczy. Chwilę później opadła na kanapę, jakby ugięły się pod nią kolana. Jej szok był dla mnie mocnym ciosem i uświadomił mi, jak bardzo się od niej odcięłam.

Żołądek skręcił mi się w supeł, gdy siadałam naprzeciwko niej na kanapie. Nauczyłam się uważać na to, co mówię mamie, i robiłam wszystko, co mogłam, by zataić informacje, które mogłyby rozpocząć jedną z doprowadzających mnie do szału dyskusji.

Nie zawsze tak było. Mój ojczym Nathan odebrał mi ciepło i bliskość związku z matką, podobnie jak odebrał mi niewinność. Kiedy mama dowiedziała się, co zaszło, zmieniła się i stała się nadopiekuńcza do tego stopnia, że czułam się prześladowana i przytłoczona. Była pewna wszystkiego w swoim życiu – z wyjątkiem mnie. O mnie zawsze się bała i była wścibska, a czasami wręcz reagowała histerią. Z biegiem lat zmusiłam się, by w imię własnego spokoju nazbyt często rozmijać się z prawdą i zatajać sekrety przed wszystkimi kochanymi mi ludźmi.

– Nie wiem, jak mam być żoną, której potrzebuje Gideon – wyznałam.

Ściągnęła łopatki, a cała jej postawa wyrażała oburzenie.

– Czy ma romans?

– Nie. – Zaśmiałam się niechętnie. – Żadne z nas nie ma romansu. Nie zrobilibyśmy sobie czegoś takiego. Nie moglibyśmy. Przestań się o to martwić.

Musiałam się zastanowić, czy jej ostatni akt niewierności z moim ojcem nie był przypadkiem prawdziwym źródłem jej strapienia. Czy to jej ciążyło? Kwestionowała swój związek ze Stantonem? Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Bardzo kochałam tatę, ale byłam też przekonana, że to mój ojczym jest idealnym mężem dla mamy.

– Evo...

– Kilka tygodni temu wzięliśmy z Gideonem potajemny ślub. – Boże, jak wspaniale było to powiedzieć.

Popatrzyła na mnie i zamrugała. Raz. Drugi.

– Słucham?

– Jeszcze nic nie mówiłam tacie – ciągnęłam. – Ale zamierzam do niego dzisiaj zadzwonić.

W jej oczach zalśniły łzy.

– Dlaczego? O Boże. Evo... Jak to możliwe, że się tak od siebie oddaliłyśmy?

– Nie płacz. – Wstałam z kanapy, podeszłam do niej i usiadłam obok. Ujęłam ją za ręce, ale ona mnie gorąco uściskała.

Wdychałam bliski mi zapach i czułam spokój, jaki można znaleźć tylko w objęciach matki. Przynajmniej przez kilka chwil.

– Nie planowaliśmy tego, mamo. Wyjechaliśmy na weekend. Gideon zapytał, czy bym się zgodziła, wszystko zorganizował... To było spontaniczne. Podjęliśmy tę decyzję pod wpływem chwili.

Odsunęła się ode mnie. Ujrzałam jej zalaną łzami twarz i ogniste spojrzenie.

– Ożenił się z tobą bez umowy przedślubnej?

Wybuchłam śmiechem. Nie potrafiłam się powstrzymać. Moja matka musiała się skupić na kwestiach finansowych. Pieniądze od dawna były siłą napędową jej życia.

– Podpisaliśmy intercyzę.

– Evo Lauren! A czy się jej przyjrzałaś? Czy też podpisałaś ją spontanicznie?

– Przeczytałam każde słowo.

– Nie jesteś prawniczką! Boże, Evo... Wychowywałam cię na mądrzejszą kobietę!

– Te sformułowania zrozumiałby nawet sześciolatek – wypaliłam, zirytowana tym, co stanowiło prawdziwy problem w moim związku z Gideonem: zbyt wielu ludzi wtrącało się do naszych spraw i absorbowało uwagę, przez co nie mieliśmy czasu, by zająć się tym, co naprawdę tego wymagało. – Nie martw się o intercyzę.

– Powinnaś była poprosić Richarda, żeby ją przeczytał. Nie rozumiem, dlaczego tego nie zrobiłaś. To takie nieodpowiedzialne. Po prostu...

– Widziałem ją, Moniko.

Obydwie się odwróciłyśmy na dźwięk głosu mojego ojczyma. Stanton wszedł do pokoju gotów rozpocząć nowy dzień. Wyglądał elegancko w granatowym garniturze i żółtym krawacie. Wyobraziłam sobie, że Gideon w jego wieku będzie bardzo do niego podobny: fizycznie sprawny, dystyngowany samiec alfa.

– Czytałeś ją? – zapytałam zaskoczona.

– Cross przesłał mi ją kilka tygodni temu. – Stanton podszedł do mojej matki i wziął ją za rękę. – Nie dałbym rady wynegocjować lepszych warunków.

– Warunki zawsze mogą być lepsze, Richardzie! – rzuciła ostro mama.

– Umowa przewiduje bonusy w związku z ważnymi wydarzeniami, takimi jak rocznice i urodzenie dzieci. Nie ma też słowa o karach dla Evy, za to jest wzmianka o ewentualnej terapii małżeńskiej, gdyby okazała się potrzebna. Gdyby doszło do rozwodu, podział majątku będzie więcej niż sprawiedliwy. Miałem ochotę zapytać, czy prawnicy Crossa przeglądali tę umowę. Wyobrażam sobie, że głośno protestowali.

Matka siedziała chwilę w milczeniu i analizowała to, co usłyszała. Potem zerwała się na równe nogi i wybuchła:

– Wiedziałeś, że biorą potajemny ślub? Wiedziałeś i nic nie powiedziałeś?

– Nic nie wiedziałem. – Stanton przytulił ją i mówił cicho jak do malutkiego dziecka. – Pomyślałem, że się przygotowuje z wyprzedzeniem. Zazwyczaj negocjowanie warunków umowy przedślubnej zajmuje wiele miesięcy. Chociaż w tym przypadku nie mógłbym prosić o nic więcej.

Wstałam. Musiałam się spieszyć, jeśli miałam zdążyć do pracy. Szczególnie tego dnia nie chciałam się spóźnić.

– Dokąd to? – Matka odsunęła się od Stantona. – Nie skończyłyśmy rozmowy. Nie możesz zrzucać na mnie takiej bomby, a potem po prostu wyjść!

Odwróciłam się w jej stronę i szłam tyłem do drzwi.

– Naprawdę muszę się już szykować. Może spotkamy się w porze lunchu i porozmawiamy?

– Nie możesz...

– Corinne Giroux – przerwałam jej.

Matka najpierw otworzyła szeroko oczy, a później je przymknęła. Jedno nazwisko. Nie musiałam mówić nic więcej.

Była kobieta Gideona to problem, który nie wymaga dalszych wyjaśnień.

Rzadko się zdarza, by ktoś przyjeżdżał na Manhattan i nie czuł się tu od razu swobodnie. Linia horyzontu tej części Nowego Jorku została uwieczniona w niezliczonych filmach i programach telewizyjnych rozpowszechniających na całym świecie informację, że nowojorczycy kochają swoje miasto.

Nie byłam wyjątkiem.

Podziwiałam elegancję budynku Chryslera wzniesionego w stylu art déco. Potrafiłam określić swoją pozycję względem Empire State Building. Podziwiałam zapierającą dech w piersiach wysokość Statui Wolności, która góruje nad miastem. Budynek Crossfire też jest klasą samą w sobie. I uważałam tak, zanim jeszcze zakochałam się w człowieku, którego wizja doprowadziła do jego stworzenia.

Gdy Raúl zaparkował mercedesa przy chodniku, podziwiałam szafirowe szkło otaczające bryłę Crossfire o kształcie ostrosłupa. Odchyliłam głowę i spojrzałam na lśniącą ścianę, biegnąc wzrokiem na samą górę, na zalany światłem szczyt, gdzie znajdowała się firma Cross Industries. Mijali mnie przechodnie – na chodniku roiło się od mężczyzn i kobiet idących do pracy z aktówkami i torbami na zakupy w jednej ręce i kubkami z parującą kawą w drugiej.

Poczułam obecność Gideona, zanim go zobaczyłam. Całe moje ciało wibrowało świadomością jego obecności, gdy wysiadł ze swojego bentleya, który zatrzymał się za mercedesem. Powietrze wokół mnie było naładowane, czuć w nim było energetyzującą energię, która zwiastuje nadciągającą burzę.

Należałam do nielicznych osób, które wiedziały, że tę burzę karmił niepokój znękanej duszy Gideona.

Odwróciłam się w jego stronę i uśmiechnęłam. Nasze jednoczesne przybycie nie było zbiegiem okoliczności. Zorientowałam się, zanim potwierdziło to jego spojrzenie.

Gideon miał na sobie grafitowy garnitur, białą koszulę i srebrny krawat z materiału o skośnym splocie. Kosmyki ciemnych włosów muskały linię jego szczęki i kołnierzyk w seksownie zawadiacki sposób. W jego spojrzeniu nadal tliła się gorąca gwałtowność, która na początku mnie parzyła, ale w jego błękitnych oczach były też czułość i otwartość, które znaczyły dla mnie znacznie więcej niż wszystko, co Gideon mógłby mi kiedykolwiek dać.

Szedł ku mnie, więc i ja ruszyłam w jego stronę.

– Dzień dobry, Mroczny i Groźny.

Uśmiechnął się. Rozbawienie jeszcze bardziej ociepliło jego spojrzenie.

– Dzień dobry, żono.

Wyciągnęłam do niego rękę i poczułam, jak w połowie drogi mocno ujmuje moją dłoń.

– Dzisiaj rano powiedziałam matce... że się pobraliśmy.

Zdumiony, uniósł ciemną brew, a potem posłał mi triumfalny uśmiech.

– To dobrze.

Śmiejąc się z jego nieposkromionej zaborczości, dałam mu lekkiego kuksańca w ramię. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował w kącik roześmianych ust – ruszał się jak błyskawica.

Jego radość była zaraźliwa. Czułam, jak we mnie kwitnie i rozjaśnia wszystkie miejsca, które od kilku dni spowijała ciemność.

– W czasie pierwszej przerwy zadzwonię do taty. I przekażę mu wiadomość.

Spoważniał.

– A dlaczego dopiero teraz, nie wcześniej?

Mówił łagodnym głosem, cicho, dbając o naszą prywatność. Wokół przepływał strumień pracowników biurowych, ale nie zwracali na nas uwagi. Jednak wahałam się z odpowiedzią, bo czułam się zanadto wystawiona na widok publiczny.

A potem... jeszcze nigdy nie było mi tak łatwo wyjawić prawdy. Tak dużo ukrywałam przed ludźmi, których kochałam. Chodziło o drobiazgi, ale i o ważne sprawy. Starałam się utrzymać status quo, a równocześnie miałam nadzieję na zmianę, której potrzebowałam.

– Bałam się – odrzekłam.

Podszedł bliżej i patrzył na mnie badawczo.

– A teraz już się nie boisz?

– Nie.

– Dziś wieczorem powiesz mi dlaczego.

Przytaknęłam.

– Powiem.

Objął mnie za szyję. Jego dotyk był równocześnie zaborczy i czuły. Pozbawiona wyrazu twarz niczego nie zdradzała, ale oczy... te błękitne oczy... kipiały emocjami.

– Damy radę, aniele.

Miłość zalała mnie gorącą falą niczym odurzenie wywołane świetnym winem.

– Bez dwóch zdań.

Dziwnie się czułam, przekraczając próg firmy Waters Field & Leaman, skoro odliczałam w myślach dni, w czasie których będę mogła jeszcze mówić, że pracuję w tej prestiżowej agencji reklamowej. Megumi Kaba pomachała mi zza biurka recepcjonistki. Postukała w słuchawkę, żeby dać mi znać, że prowadzi rozmowę telefoniczną i nie możemy porozmawiać. Odmachałam jej i ruszyłam zdecydowanym krokiem w stronę swojego stanowiska. Miałam sporo pracy i czekało na mnie nowe wyzwanie.

Należy jednak zaczynać od początku. Wrzuciłam torebkę i torbę do dolnej szuflady, usiadłam w fotelu i zaczęłam przeglądać stronę kwiaciarni. Wiedziałam, czego chcę. Dwa tuziny białych róż w wysokim wazonie z czerwonego kryształu.

Biel to symbol czystości. Przyjaźni. Wiecznej miłości. A także poddania się. Wyraźnie pokazałam, na czym mi zależy, gdy wymusiłam separację między mną a Gideonem. I wygrałam. Ale nie chciałam wojować z moim mężem.

Nawet nie siliłam się na wymyślenie jakiejś mądrej notki na bileciku dołączonym do kwiatów, jak to robiłam w przeszłości. Po prostu napisałam prawdę. Stawało się to łatwiejsze z każdą minutą.

Jest Pan cudowny, Panie Cross.

Ubóstwiam Pana i kocham.

Pani Cross

Strona internetowa kazała mi sfinalizować transakcję. Kliknęłam „zamów” i przez chwilę wyobrażałam sobie, co Gideon pomyśli o tym prezencie. Miałam nadzieję, że pewnego dnia zobaczę, jak dostaje ode mnie kwiaty. Czy się uśmiechnie, gdy mu je przyniesie jego sekretarz Scott? Czy przerwie wypowiedź w czasie spotkania, które akurat prowadzi, żeby przeczytać liścik ode mnie? A może czeka na jedną z nielicznych chwil prywatności?

Uśmiechałam się lekko, rozważając różne możliwości. Uwielbiałam dawać Gideonowi prezenty.

A niebawem będę miała więcej czasu, by je wybierać.

– Odchodzisz?

Mark Garrity z niedowierzaniem oderwał wzrok od mojego wypowiedzenia. Spojrzał na mnie. Ścisnęło mnie w żołądku na widok wyrazu twarzy szefa.

– Tak. I przepraszam, że nie mogłam zrobić tego z większym wyprzedzeniem.

– Jutro przychodzisz po raz ostatni? – Opadł na oparcie fotela. Oczy Marka miały odcień czekolady i były nieco jaśniejsze od jego karnacji. Wyrażały zaskoczenie i niepokój. – Dlaczego, Evo?

Westchnęłam i pochyliłam się, by oprzeć łokcie na kolanach. Po raz kolejny powiedziałam prawdę.

– Wiem, że jest to bardzo nieprofesjonalne, ale... Muszę teraz zmienić priorytety i nie mogę poświęcać pracy całej swojej uwagi. Przykro mi, Mark.

– Ja... – Głośno odetchnął i przeczesał dłonią ciemne mocno skręcone loki. – Cholera... Co mam powiedzieć?

– Że mi wybaczysz i nie będziesz miał mi tego za złe. – Zaśmiałam się śmiechem pozbawionym wesołości. – Wiem, że proszę o wiele.

Zdobył się na cierpki uśmiech.

– Nie chcę cię tracić, Evo. Wiesz o tym. Nie wiem, czy kiedykolwiek uświadomiłem ci, jak wiele wniosłaś do firmy. Dzięki tobie lepiej pracuję.

– Dziękuję, Mark. Doceniam to. – Boże, to było trudniejsze, niż myślałam, choć wiedziałam, iż jest to najlepsza i jedyna decyzja, jaką mogę podjąć.

Popatrzyłam na okno za plecami mojego szefa. Jako młodszy opiekun klienta miał mały gabinet z widokiem na budynek po drugiej stronie ulicy, ale mimo to jego biuro było tak samo nowojorskie jak przestronny gabinet Gideona Crossa na najwyższym piętrze.

Podział na piętra pod wieloma względami odzwierciedlał to, jak definiowałam swój związek z Gideonem. Wiedziałam, kim był: człowiekiem będącym klasą samą w sobie. To w nim kochałam i nie chciałam, żeby się zmienił. Chciałam wyłącznie wspiąć się na jego piętro dzięki swoim własnym zasługom. Nie brałam pod uwagę, iż moja uparta odmowa zaakceptowania faktu, że nasze małżeństwo zmieniło plan, ściągała go na swój poziom.

Nie zasłynę z tego, że wspięłam się na szczyt w swojej dziedzinie. Według niektórych osób zawsze będę kobietą, która wyszła za mąż dla pozycji społecznej. Będę musiała z tym żyć.

– Dokąd odchodzisz? – zapytał Mark.

– Szczerze mówiąc, nadal się nad tym zastanawiam. Wiem tylko, że nie mogę tu zostać.

Moje małżeństwo nie wytrzyma większej presji, a ja pozwoliłam, by znalazło się na krawędzi, bo starałam się zachować dystans, bo chciałam być na pierwszym miejscu.

Gideon Cross był głęboki i wielki jak ocean. Odkąd go ujrzałam, bałam się, że w nim utonę. Teraz już nie mogłam się tego bać. Nie po tym, gdy zrozumiałam, że jeszcze większy strach budzi we mnie myśl, że mogę go stracić.

Starając się zachować neutralność, przeskakiwałam z jednej strony na drugą. I choć bardzo mnie to wkurzało, nie pomyślałam, że jeśli pragnę kontroli, to po prostu powinnam ją przejąć.

– Czy LanCorp jest przyczyną? – dociekał Mark.

– Po części.

Wygładziłam spódnicę ołówkową w prążki, mentalnie pozbywając się w ten sposób żalu do Gideona, który zwerbował Marka. Katalizatorem było to, że LanCorp zwrócili się do Waters Field & Leaman z prośbą, żeby ich kampanią zajmował się Mark, a przez to także ja, do czego Gideon odniósł się podejrzliwie. Działania Geoffreya Crossa Ponziego uszczupliły fortunę rodziny Landonów i choć Ryan Landon i Gideon odbudowali to, co ich ojcowie stracili, Landon nadal pragnął zemsty.

– Ważniejsze są jednak powody osobiste – powiedziałam.

Mark się wyprostował, oparł łokcie o biurko i pochylił się w moją stronę.

– To nie moja sprawa i nie będę wścibski, ale wiesz, że Steven, Shawna i ja zawsze będziemy przy tobie, jeśli będziesz nas potrzebowała. Bardzo cię lubimy.

Ten przypływ szczerości sprawił, że oczy zaszły mi łzami. Jego narzeczony Steven Ellison i jego siostra Shawna stali mi się bliscy w ciągu tych kilku miesięcy pobytu w Nowym Jorku. Dołączyli do grupy przyjaciół, którą stworzyłam w swoim nowym życiu. Bez względu na wszystko nie chciałam tracić związku z ludźmi, których pokochałam.

– Wiem. – Uśmiechnęłam się ze smutkiem. – Jeśli będę was potrzebowała, zadzwonię. Obiecuję. Wszystko będzie dobrze. Dla każdego z nas.

Mark rozluźnił się i uśmiechnął.

– Steven zemdleje z wrażenia. Może to ty powinnaś mu przekazać wiadomość.

Myśl o postawnym, towarzyskim przedsiębiorcy budowlanym odgoniła wszelkie smutki. Steven da mi popalić za to, że rezygnuję z pracy dla jego partnera, ale zrobi to z czystej sympatii.

– Daj spokój – droczyłam się z Markiem. – Chyba mi tego nie zrobisz? Już i tak jest mi ciężko.

– Nie mam nic przeciwko, żeby ci to trochę utrudnić.

Zaśmiałam się. O, tak. Będzie mi brakowało Marka i mojej pracy. Bardzo.

Gdy zaczęła się moja pierwsza przerwa, w Oceanside w Kalifornii nadal było wcześnie, więc zamiast dzwonić, wysłałam do taty wiadomość: „Daj mi znać, kiedy się obudzisz, dobrze? Muszę ci o czymś powiedzieć”. Wiedziałam, że jako ojciec i policjant Victor Reyes miał skłonność do martwienia się, więc dodałam: „To nic złego. Po prostu muszę Ci coś powiedzieć”.

Telefon zaczął dzwonić, ledwie go odłożyłam na blat w pokoju socjalnym, żeby zrobić sobie kawę. Na ekranie pojawiła się przystojna twarz taty. Miał szare oczy, które po nim odziedziczyłam.

Nagle poczułam zdenerwowanie. Sięgnęłam po telefon trzęsącą się ręką. Bardzo kochałam oboje rodziców, ale zawsze uważałam, że tata był wrażliwszy od mamy. O ile mama zawsze bez wahania mówiła, w jaki sposób mogłabym pozbyć się wad, tata zdawał się ich nie dostrzegać. Na samą myśl o tym, że mogłabym go rozczarować, zranić, czułam się okrutna.

– Cześć, tato! Jak się masz?

– To ja chcę cię o to zapytać, kochanie. U mnie wszystko po staremu. Co u ciebie? Co się dzieje?

Podeszłam do najbliższego stolika i usiadłam na krześle, żeby się uspokoić.

– Pisałam ci, że nie stało się nic złego, a ty i tak wydajesz się zaniepokojony. Obudziłam cię?

– Martwienie się to moja specjalność – odparł z serdecznym rozbawieniem w głosie. – Szykowałem się do joggingu przed pracą, więc mnie nie obudziłaś. Powiedz, o co chodzi.

Zaschło mi ustach i ciężko przełknęłam ślinę.

– Rany, to trudniejsze, niż myślałam. Powiedziałam Gideonowi, że martwię się bardziej o mamę i że z tobą będzie łatwiej, a teraz próbuję...

– Evo.

Wzięłam głęboki wdech.

– Wzięliśmy z Gideonem potajemnie ślub.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Tato?

– Kiedy?

Jego zachrypnięty ton mnie dobijał.

– Kilka tygodni temu.

– Zanim przyjechałaś się ze mną spotkać?

– Tak.

Cisza.

Boże. Jakie to okrutne. Zaledwie kilka tygodni wcześniej powiedziałam mu o tym, czego dopuścił się Nathan, i to go prawie załamało. A teraz to...

– Tato, doprowadzasz mnie do szału. Byliśmy na wyspie. Było pięknie, wręcz cudownie. Ośrodek, w którym się zatrzymaliśmy, organizuje śluby, więc cała sprawa okazała się bardzo łatwa. Jak w Las Vegas. Jest tam pełnoetatowy urzędnik i ktoś, kto zajmuje się pozwoleniami. To był idealny moment. – Głos mi się załamał. – Tato... powiedz coś.

– Nie wiem, co.

Po policzku spłynęła mi gorąca łza. Mama wybrała bogactwo zamiast miłości, a Gideon był doskonałym przykładem typu mężczyzny, jakiego wolała od mojego ojca. Wiedziałam, że tata będzie musiał się zmierzyć ze swoim uprzedzeniem, a teraz pojawiło się jeszcze to utrudnienie.

– I tak urządzimy wesele – powiedziałam i przerwałam, żeby odchrząknąć. – Chcemy wygłosić swoje przysięgi w obecności przyjaciół i rodziny.

– Tego się spodziewałem – mruknął. – Cholera! Mam wrażenie, jakby Cross mi coś ukradł! Miałem mu przekazać moją córeczkę, pracowałem nad tym, a on po prostu sobie ciebie wziął. I nic mi nie powiedziałaś. Byłaś tu, w moim domu i nie wspomniałaś o tym ani słowem. To mnie boli, Evo. Boli.

Nie potrafiłam powstrzymać łez po takich słowach. Zalały mnie gorącą falą. Widziałam jak przez mgłę i miałam ściśnięte gardło.

Podskoczyłam na dźwięk otwieranych drzwi. Do pokoju wszedł Will Granger.

– Pewnie jest tutaj – powiedział kolega. – No i proszę...

Urwał na widok mojej twarzy, a z oczu za kwadratowymi oprawkami okularów zniknęła wesołość.

Ręka obleczona w ciemny materiał odsunęła go na bok.

Gideon. Wypełnił światło drzwi, jego spojrzenie spoczęło na mnie i zlodowaciało. Nagle przypominał anioła zemsty, a w eleganckim garniturze wyglądał kompetentnie i niebezpiecznie. Rysy jego twarzy zastygły i przypominały piękną maskę.

Zamrugałam, a mój mózg starał się określić, jakim cudem i dlaczego się tu znalazł. Zanim mi się to udało, stał przede mną i trzymał w dłoni mój telefon. Popatrzył na ekran, po czym przyłożył go do ucha.

– Viktorze. – Imię mojego ojca zabrzmiało jak ostrzeżenie. – Zdaje się, że zdenerwowałeś Evę, więc teraz porozmawiasz ze mną.

Will wycofał się i zamknął za sobą drzwi.

Gideon mówił ostrym tonem, lecz jego palce gładzące mnie po policzku były niebywale delikatne. Patrzył na mnie, a błękit jego oczu migotał lodowatą wściekłością, na której widok prawie zaczęłam dygotać.

Jasny gwint, ale się wściekł. Mój tata również. Nie musiałam trzymać słuchawki przy uchu, by usłyszeć, jak krzyczy.

Chwyciłam Gideona za nadgarstek i pokręciłam głową, czując nagły przypływ strachu, że dwóch mężczyzn, których kocham najbardziej na świecie, nagle się znielubi, a może nawet znienawidzi.

– Nic się nie stało – szepnęłam. – Nic mi nie jest.

Zmrużył oczy i bezgłośnie powiedział, że to nieprawda.

A kiedy znowu się odezwał do mojego ojca, mówił stanowczo, w pełni opanowany, przez co brzmiał jeszcze bardziej przerażająco.

– Masz prawo się złościć i mieć poczucie krzywdy, to prawda. Ale nie pozwolę, by z tego powodu moja żona się denerwowała... Oczywiście, nie mam dzieci i nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Wytężałam słuch i miałam nadzieję, iż cichszy ton oznaczał, że tata się uspokajał, a nie nakręcał jeszcze bardziej.

Gideon nagle zesztywniał i odsunął ode mnie dłoń.

– Nie, nie byłbym szczęśliwy, gdyby moja siostra wyszła potajemnie za mąż. Ale nie na niej bym się wtedy wyżywał.

Jęknęłam. Mój mąż i mój tata mieli pewną wspólną cechę: obaj byli niesamowicie opiekuńczy wobec osób, które kochali.

– W każdej chwili pozostaję do usług, Viktorze. Mogę nawet do ciebie przyjechać, jeśli tego potrzebujesz. Kiedy poślubiłem twoją córkę, wziąłem na siebie pełną odpowiedzialność zarówno za nią, jak i za jej szczęście. Jeśli muszę ponieść tego konsekwencje, nie będę się uchylał.

Zmrużył oczy i słuchał.

Następnie usiadł naprzeciwko mnie, położył telefon na stoliku i włączył głośnik.

– Evo? – Głos ojca wypełnił pomieszczenie.

Wzięłam głęboki, choć urywany oddech i ścisnęłam dłoń Gideona, którą do mnie wyciągnął.

– Jestem tu, tato.

– Kochanie... – Ojciec też zaczerpnął głęboko powietrza. – Nie denerwuj się, dobrze? Ja... Potrzebuję czasu, żeby to do mnie dotarło. Nie spodziewałem się tego i... Muszę to sobie jakoś poukładać w głowie. Możemy porozmawiać wieczorem? Gdy skończę pracę?

– Oczywiście.

– To dobrze. – Zamilkł.

– Kocham cię, tato.

W moim głosie słychać było płacz. Gideon przysunął bliżej swoje krzesło i ścisnął udami moje nogi. To niesamowite, ile mi dawał siły i jaką ulgę czułam, wiedząc, że jest dla mnie oparciem. To było coś innego od wsparcia Cary’ego. Z moim najlepszym przyjacielem mogłam podzielić się każdym pomysłem, kibicował mi, a gdyby zaszła taka potrzeba, to przyłożyłby komuś w moim imieniu. Gideon był tarczą.

Musiałam mieć dość siły, by przyznać, gdy potrzebowałam tej tarczy.

– Też cię kocham, dziecinko – powiedział tata tonem, w którym pobrzmiewały ból i smutek. Aż zakłuło mnie serce. – Zadzwonię później.

– Dobrze... – Co innego mogłam powiedzieć? W tej chwili nie wiedziałam, jak naprawić sytuację. – Cześć.

Gideon zakończył rozmowę, a następnie przytrzymał moje drżące ręce. Nie odrywał ode mnie wzroku, a lód stopniowo ustępował miejsca czułości.

– Nie możesz się wstydzić, Evo. Zrozumiano?

Przytaknęłam.

– Nie wstydzę się.

Ujął w dłonie moją twarz, kciukami ocierając łzy płynące mi po policzkach.

– Nie mogę patrzeć, jak płaczesz, aniołku.

Zdusiłam w sobie smutek, spychając go do kącika, w którym będę mogła się nim później zająć.

– Dlaczego tu jesteś? Skąd wiedziałeś?

– Przyszedłem podziękować ci za kwiaty – wymruczał.

– Och. A podobają ci się? – Zdobyłam się na uśmiech. – Chciałam, żebyś o mnie pomyślał.

– Myślę o tobie bezustannie. W każdej minucie. – Chwycił mnie za biodra i przysunął bliżej.

– Wystarczyło przysłać wiadomość.

– Ach. – Na widok jego słabego uśmiechu krew zaczęła szybciej krążyć w moich żyłach. – Nie przekazałaby tego.

Wziął mnie na kolana i namiętnie pocałował.

„Wracamy dzisiaj do domu?”, zapytał Cary w SMS-ie, gdy czekałam na windę, żeby zwiozła mnie w południe do lobby. Mama już tam na mnie czekała, a ja próbowałam pozbierać myśli. Miałyśmy sporo do nadrobienia.

Boże, miałam nadzieję, że pomoże mi poradzić sobie z tym wszystkim.

„Taki mam plan”, odpisałam mojemu kochanemu, choć czasami wkurzającemu współlokatorowi. Wsiadłam do windy. „Po pracy mam spotkanie, a potem jem kolację z Gideonem. Może być późno”.

„Kolację? Musisz mi to wytłumaczyć”.

Uśmiechnęłam się. „Oczywiście”.

„Dzwonił Trey”.

Wypuściłam szybko powietrze, jakbym przez cały czas wstrzymywała oddech. Pewnie w jakimś sensie tak było.

Nie mogłam winić chłopaka Cary’ego, z którym łączyła go burzliwa relacja, za to, że się wycofał, gdy się dowiedział o ciąży dziewczyny Cary’ego. Trey musiał się pogodzić z biseksualizmem Cary’ego, a pojawienie się dziecka oznaczało, że w ich związku zawsze będzie ktoś trzeci.

Nie mam wątpliwości, że Cary powinien był wcześniej się zaangażować w związek z Treyem, zamiast podtrzymywać inne opcje, ale rozumiałam strach stojący za jego poczynaniami. Wiedziałam nazbyt dobrze, o czym myśli człowiek, gdy przechodzi przez to, co spotkało Cary’ego i mnie, a mimo to spotyka kogoś wspaniałego, kto go kocha.

Kiedy sprawy układają się zbyt dobrze, to dzieją się naprawdę?

Rozumiałam też Treya i jeśli postanowi odejść, to uszanuję jego decyzję. Jednak związek z Treyem był najwspanialszą rzeczą, jaka spotkała Cary’ego od dawna. Byłoby mi bardzo przykro, gdyby im się jednak nie udało. Wystukałam szybko wiadomość: „Co powiedział”?

„Powiem ci, gdy się spotkamy”.

„Cary! To okrutne”.

Dostałam odpowiedź, dopiero gdy pokonywałam obrotową bramkę w lobby.

„No coś ty”?

Zaniepokoiłam się, bo to nie zapowiadało dobrych wieści. Stanęłam z boku, żeby nie blokować przejścia i napisałam: „Kocham cię szaleńczo, Cary Taylorze”.

„Ja ciebie też, mała”.

– Evo!

Mama pokonała dzielącą nas odległość, stukając niewielkimi obcasami swoich sandałków. Tej kobiety nie da się nie zauważyć nawet w tłumie ludzi wychodzących i wchodzących do budynku Crossfire. Monica Stanton była drobna i powinna się gubić w morzu garniturów, ale zwracała na siebie zbyt dużo uwagi, aby to było możliwe.

Charyzma. Zmysłowość. Delikatność. Ta kombinacja uczyniła gwiazdę z Marilyn Monroe i uosabiała moją matkę. Ubrana w granatowy kombinezon bez rękawów Monica Stanton nie wyglądała na swoje lata i miała w sobie więcej pewności siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Pantery od Cartiera na szyi i nadgarstku komunikowały, że mama nie musi liczyć się z pieniędzmi.

Podeszła i wzięła mnie w objęcia, co mnie dosyć zaskoczyło.

– Mamo.

– Nic ci nie jest? – Odsunęła się, by przyjrzeć się mojej twarzy.

– Słucham? Nie. A dlaczego?

– Dzwonił twój ojciec.

– Och. – Spojrzałam na nią z rezerwą. – Nie przyjął dobrze tej wiadomości.

– Zgadza się.

Wzięłam ją pod rękę i wyszłyśmy z budynku.

– Przejdzie mu – ciągnęła mama. – Nie był jeszcze gotów, by cię komuś oddać.

– Bo przypominam mu ciebie.

Według mojego ojca to matka od niego odeszła. Nadal ją kochał, nawet po dwudziestu latach osobnego życia.

– Bzdura. Owszem, jesteśmy do siebie podobne, ale ty jesteś znacznie ciekawsza.

To mnie rozbawiło.

– Gideon twierdzi, że jestem interesująca – przyznałam.

Uśmiechnęła się promiennie, a mijający nas mężczyzna potknął się o własne nogi.

– Oczywiście. Jest koneserem kobiet – zauważyła. – Wyglądasz olśniewająco, ale potrzeba było czegoś więcej niż urody, żeby cię poślubił.

Zatrzymałam się przed obrotowymi drzwiami, żeby puścić mamę przodem. Uderzyła we mnie fala parnego upału, gdy dołączyłam do niej na chodniku, a moja skóra natychmiast zwilgotniała. Czasami wątpiłam, czy kiedykolwiek przywyknę do tej wilgotności, ale dopisywałam to do listy kosztów, które muszę ponieść, by mieszkać w mieście, które tak bardzo pokochałam. Wiosna w Nowym Jorku była piękna i wiedziałam, że jesień też taka będzie. To idealna pora roku, by odnowić śluby, jakie złożyłam mężczyźnie, który posiadł moją duszę i serce.

Dziękowałam Bogu za klimatyzację, gdy zobaczyłam szefa ochrony Stantona czekającego na nas przy czarnym samochodzie, który stał przy krawężniku.

Benjamin Clancy skinął mi głową na powitanie z typową dla niego pewną siebie nonszalancją. Jak zwykle, zachowywał się profesjonalnie, a ja byłam mu tak wdzięczna, że z trudem się powstrzymywałam, żeby go nie ucałować.

Gideon zabił Nathana, żeby mnie chronić. Clancy zadbał o to, żeby Gideon nigdy za to nie odpowiedział.

– Cześć – powiedziałam na powitanie, patrząc na swój uśmiech odbijający się w jego lotniczych okularach przeciwsłonecznych.

– Evo, jak miło cię widzieć.

– Wzajemnie.

Nie uśmiechnął się do mnie wprost, bo to nie było w jego stylu. Ale wyczułam jego uśmiech.

Mama wsiadła pierwsza. Dołączyłam do niej na tylnym siedzeniu. Zanim Clancy zdążył obejść samochód, obróciła się w moją stronę i wzięła mnie za rękę.

– Nie martw się ojcem. Ma wybuchowy latynoski temperament, ale jego wybuch nigdy nie trwa długo. Zależy mu wyłącznie na twoim szczęściu.

Delikatnie ścisnęłam jej palce.

– Wiem. Ale naprawdę mi zależy, by tata i Gideon się dogadywali.

– To dwaj bardzo nieustępliwi mężczyźni, kochanie. Od czasu do czasu będą się spierać.

Miała rację. Marzyłam o tym, że będą się kumplować, jak to faceci, i rozmawiać o sporcie i samochodach, trochę się z siebie nabijając i poklepując po plecach. Musiałam jednak spojrzeć na sprawę realnie, bez względu na to, co to oznaczało.

– Masz rację – przyznałam. – Obaj są już dużymi chłopcami. Jakoś się dogadają. – Oby. Z westchnieniem wyjrzałam przez okno. – Chyba wymyśliłam sposób na Corinne Giroux.

– Evo, musisz przestać myśleć o tej kobiecie. Poświęcając jej uwagę, dajesz jej władzę, na jaką nie zasługuje.

Popatrzyłam na mamę.

– Daliśmy jej władzę choćby przez to, że otaczamy nasze życie taką tajemnicą. Świat jest ciekaw wszystkiego, co dotyczy Gideona. Jest wspaniały, bogaty, seksowny, błyskotliwy. Ludzie chcą wiedzieć o nim wszystko, ale on strzeże swojej prywatności do tego stopnia, że w zasadzie nie wiedzą nic. A Corinne wykorzystała to, by napisać swoją biografię z czasów, gdy była z Gideonem.

Spojrzała na mnie strapiona.

– Co sugerujesz?

Wyciągnęłam z torebki mały tablet.

– Potrzebujemy więcej rzeczy tego rodzaju.

Ustawiłam ekran, tak żeby widziała zrobione zaledwie kilka godzin wcześniej zdjęcie przedstawiające Gideona i mnie stojących przed Crossfire. Gideon obejmował mnie za szyję czule i władczo zarazem, a moja zwrócona w jego stronę twarz wyrażała miłość i uwielbienie. W żołądku mnie ścisnęło na widok tak osobistej sceny wystawionej na żarłoczne spojrzenia całego świata, ale musiałam się z tym oswoić. Musiałam dać ludziom więcej takich scen.

– Powinniśmy przestać się ukrywać – ciągnęłam. – Musimy się pokazywać. Zbyt dużo czasu spędzamy za zamkniętymi drzwiami. Publika pragnie milardera playboya, który nagle został księciem z bajki. Ludzie chcą patrzeć na bajki i szczęśliwe zakończenia. Muszę dać im taką opowieść, jakiej pragną, bo w porównaniu z nią Corinne i jej książka wypadną żałośnie.

Mama wzruszyła ramionami.

– Potworny pomysł.

– Wcale nie.

– Jest okropny, Evo! Nie sprzedaje się ciężko wypracowanej prywatności za nic. Jeśli zaczniecie zaspokajać ten głód publiki, będzie się tylko nasilał. Na Boga, chyba nie chcesz zostać bohaterką z tabloidów!

Zacisnęłam szczęki.

– Do tego nie dojdzie.

– Ale dlaczego aż tak ryzykujesz? – zapytała podniesionym, piskliwym tonem. Z powodu Corinne Giroux? Jej książka zdobędzie popularność, która przeminie równie szybko, za to ty nigdy nie uwolnisz się od uwagi, którą na siebie zwrócisz!

– Nie rozumiem cię. Nie mogę być żoną Gideona i nie zwracać na siebie uwagi. Równie dobrze mogę przejąć nad tym kontrolę i dyrygować sceną.

– Istnieje różnica między znaczącą osobą a bohaterką z portalu TMZ!

Warknęłam w duchu.

– Mam wrażenie, że dramatyzujesz.

Pokręciła przeczącą głową.

– Mówię ci, to jest zły sposób na poradzenie sobie z sytuacją. Przedyskutowałaś to z Gideonem? Jakoś nie wierzę, że przystał na coś takiego.

Patrzyłam na nią, szczerze zaskoczona jej reakcją. Sądziłam, że mnie poprze, zważywszy na jej stosunek do kwestii dobrego zamążpójścia i wszystkiego, co się z tym wiąże.

Dopiero wtedy dostrzegłam strach, przez który zacisnęła usta i który zachmurzył jej wzrok.

– Mamo – odezwałam się łagodniejszym tonem, a w myślach dałam sobie kuksańca za to, że wcześniej tego nie dostrzegłam. – Już nie musimy się obawiać Nathana.

Teraz to ona mi się przyglądała.

– To prawda – przyznała, ale ani trochę się nie uspokoiła. – Ale obnażanie wszystkiego, co robisz... co mówisz i postanawiasz, by świat mógł to analizować ku swojej uciesze może być samo w sobie koszmarem.

– Nie zamierzam pozwalać, by inni ludzie decydowali o tym, jak ja i moje małżeństwo mamy być postrzegani!

Miałam dość czucia się jak... ofiara. Chciałam przejść do ofensywy.

– Evo, nie jesteś...

– To podaj mi inny pomysł, który nie sprowadzałby się do siedzenia z założonymi rękami. Albo zamykamy temat. – Odwróciłam się od niej. – Nie osiągniemy zgody, a ja nie zmienię zdania, o ile nie zobaczę innego planu.

Prychnęła sfrustrowana, po czym zamilkła.

Palce mnie świerzbiły, tak bardzo chciałam wysłać Gideonowi wiadomość i dać upust emocjom. Powiedział mi kiedyś, że doskonale bym sobie radziła z zarządzaniem sytuacjami kryzysowymi. Zasugerował, żebym użyczyła swoich talentów Cross Industries.

Dlaczego nie miałabym zacząć od czegoś bardziej osobistego i ważniejszego?

2

– Kolejne kwiaty? – Arash Madani zapytał, gdy wkroczył do mojego gabinetu przez otwarte podwójne szklane drzwi.

Mój główny pełnomocnik podszedł do ustawionych przy kanapach białych róż od Evy. Postawiłem je na stoliku kawowym, żeby móc na nie patrzeć. Skutecznie odciągały moją uwagę od notowań giełdowych, które przesuwały się po ścianie płaskich ekranów wiszących za nimi.

Dołączony do róż bilecik leżał na wykonanym z przydymionego szkła blacie biurka. Wziąłem go do ręki i po raz setny przeczytałem wypisane na nim słowa.

Arash wyjął jedną z róż i przytknął do nosa.

– Co trzeba zrobić, żeby dostawać takie kwiaty?

Odchyliłem się i w zamyśleniu zwróciłem uwagę na to, że jego szmaragdowy krawat pasuje do ozdobionych klejnotami karafek stojących na barku. Zanim Arash wszedł do mojego gabinetu, jedynymi jaskrawymi plamami w tym monochromatyczym wnętrzu były te karafki i czerwony wazon od Evy.

– Trzeba być z właściwą kobietą.

Wsunął kwiat z powrotem do wazonu.

– No, Cross, opowiadaj.

– Wolę triumfować w milczeniu. Chcesz mi coś powiedzieć?

Podchodząc do biurka, uśmiechał się w sposób sugerujący, że uwielbiał swoją pracę, choć ja nigdy w to nie wątpiłem. Jego instynkt łowcy był prawie tak silny jak mój.

– Dopracowujemy umowę z Morganem. – Poprawił dopasowane spodnie i usiadł na jednym z dwóch foteli stojących naprzeciw biurka. Nosił się trochę bardziej krzykliwie niż ja, ale bez zarzutu. – Dopieściliśmy najważniejsze punkty. Nadal siedzimy nad niektórymi klauzulami, ale powinniśmy być gotowi w przyszłym tygodniu.

– Dobrze.

– Jesteś oszczędny w wypowiedziach. Spędzicie razem ten weekend?

Pokręciłem głową.

– Być może Eva będzie chciała gdzieś wyjść. Jeśli tak, przekonam ją, żeby tego nie robiła.

Arash się roześmiał.

– Spodziewałem się, że pewnego się ustatkujesz. Każdy z nas w końcu to robi, ale myślałem, że mnie ostrzeżesz.

– Też tak myślałem.

To nie była do końca prawda. Nie przypuszczałem, że z kimkolwiek będę dzielił życie. Nigdy nie zaprzeczałem, że moja przeszłość kładła się cieniem na teraźniejszości, ale zanim pojawiła się Eva, nie widziałem potrzeby dzielenia się z kimś tą przeszłością. Nie można jej było zmienić, więc po co do niej wracać?

Wstałem, podszedłem do jednej z dwóch przeszklonych od podłogi do sufitu ścian i spojrzałem na to wspaniałe miasto rozciągające się za oknami.

Wcześniej nie wiedziałem o istnieniu Evy i bałem się nawet marzyć o znalezieniu tej jedynej, która zaakceptowałaby i pokochała wszystkie aspekty mojej osobowości.

Jak to możliwe, że znalazłem ją tutaj, na Manhattanie, w budynku, który wybudowałem wbrew dobrym radom innych, tak wiele ryzykując? Mówiono, że jest zbyt kosztowny i zbędny. Zależało mi jednak, by upamiętnić nazwisko Cross i by ludzie znów zaczęli je kojarzyć z czymś wspaniałym. Mój ojciec zmieszał je z błotem, ja zaś wzniosłem je na wyżyny w najważniejszym mieście na świecie.

– Nic nie sugerowało, że się do tego skłaniasz – odezwał się Arash, stając za mną. – O ile dobrze pamiętam, spotykałeś się z dwiema kobietami, gdy szaleliśmy podczas Cinco de Mayo[1], a kilka dni później poprosiłeś mnie o sporządzenie intercyzy sugerującej, że oszalałeś.

Przyglądałem się miastu, wykorzystując rzadką okazję do patrzenia na nie z perspektywy, jaką zapewniały mi wysokość budynku Crossfire i moja pozycja.

– Czy jestem znany z tego, że odwlekam finalizację przedsięwzięć? – zapytałem.

– Czym innym jest wzbogacanie swojego portfolio, a czym innym reorganizacja życia w ciągu jednej nocy. – Roześmiał się. – Jakie masz plany? Chcesz kupić nowy dom przy plaży?

– Świetny pomysł.

Zamierzałem zabrać żonę na Outer Banks. Kiedy miałem ją tylko dla siebie, czułem się jak w niebie. Ożywiała mnie, sprawiała, że pragnąłem życia, jakiego nigdy nie wiodłem.

Stworzyłem swoje imperium, pamiętając o przeszłości. A teraz, dzięki Evie, będę je rozbudowywał dla przyszłości.

Na stojącym na biurku telefonie rozbłysła dioda. To był Scott. Na pierwszej linii. Wcisnąłem guzik i usłyszałem przez głośnik jego głos:

– W recepcji jest Corinne Giroux. Twierdzi, że potrzebuje tylko kilku minut, żeby coś ci przekazać. To sprawa prywatna, więc chce się widzieć z tobą osobiście.

– No jasne – wypalił Arash. – Może to kolejne kwiaty.

Spojrzałem na niego.

– To zła kobieta.

– Gdyby wszystkie złe kobiety wyglądały jak Corinne.

– Pamiętaj o tym, gdy pójdziesz do recepcji po to, co przyniosła, cokolwiek to jest.

Uniósł brwi.

– Serio? Auć!

– Jeśli chce rozmawiać, może rozmawiać z moim prawnikiem.

Wstał i ruszył w stronę drzwi.

– Tak jest, szefie.

Zerknąłem na zegar. Była za kwadrans siedemnasta.

– Na pewno to słyszałeś, Scott, ale dla jasności powtórzę, że sprawą zajmie się Madani.

– Tak, panie Cross.

Przez szklaną szybę oddzielającą mój gabinet od reszty piętra patrzyłem, jak Arash znika za rogiem w drodze do recepcji, a potem postanowiłem przestać o tym myśleć. Niedługo będę z Evą, a to jest coś, na co czekałem od początku dnia.

Naturalnie, nie mogło być tak łatwo.

Błysk czegoś karmazynowego, co dostrzegłem kątem oka, kazał mi spojrzeć znowu na korytarz. Zobaczyłem Corinne maszerującą w stronę mojego gabinetu i Arasha depczącego jej po piętach. Uniosła podbródek, gdy nasze spojrzenia się spotkały i szerzej rozciągnęła usta w nerwowym uśmiechu, przez co z pięknej zamieniła się w olśniewającą. Mogłem ją podziwiać, tak jak podziwiałem wszystko z wyjątkiem Evy – obiektywnie, beznamiętnie.

Jako szczęśliwy mąż mogłem w pełni dostrzec, jakim potwornym błędem byłoby poślubienie Corinne. Wszyscy cierpieliśmy przez to, że ona nie chciała tego zauważyć.

Wstałem i obszedłem biurko. Spojrzenie, które posłałem Arashowi i Scottowi, powstrzymało ich od dalszych działań. Jeśli Corinne chciała się zmierzyć ze mną, to dam jej ostatnią szansę, żeby zrobiła to, co należy.

Weszła do gabinetu. Jej czerwone szpilki miały ten sam odcień co sukienka bez ramiączek, podkreślająca zarówno długie nogi, jak i bladą skórę. Pasemka czarnych rozpuszczonych włosów muskały nagie ramiona. Była dokładnym przeciwieństwem mojej żony i lustrzanym odbiciem każdej innej kobiety, która przewinęła się przez moje życie.

– Gideonie. Na pewno możesz poświęcić kilka minut swojej byłej przyjaciółce.

Przysiadłem na biurku i skrzyżowałem ramiona.

– Będę na tyle uprzejmy, że nie wezwę ochrony. Streszczaj się, Corinne.

Uśmiechnęła się, ale jej oczy w kolorze akwamaryny były smutne.

Trzymała pod pachą małe czerwone pudełko. Gdy do mnie podeszła, podała mi je.

– Co to jest? – zapytałem, ale nie wyciągnąłem po nie ręki.

– Zdjęcia, które ukażą się w książce.

Uniosłem brwi. Sięgnąłem po pudełeczko, powodowany ciekawością. Byliśmy razem jeszcze nie tak dawno temu, ale ja rzadko pamiętam szczegóły. Zostały mi wrażenia, wzniosłe chwile i żal. Byłem taki młody i niebezpiecznie naiwny.

Corinne odłożyła torebkę na biurko w taki sposób, by otrzeć się o mnie ramieniem. Ostrożnie nacisnąłem przycisk, który kontrolował stopień przyciemnienia szklanej ściany.

Jeśli chciała tu urządzić jakieś przedstawienie, postanowiłem zadbać, by nie miała widowni.

Otworzyłem pudełko i zobaczyłem zdjęcie przedstawiające Corinne i mnie splecionych w uścisku przed ogniskiem. Położyła mi wtedy głowę w zgięciu łokcia i zwróciła do mnie twarz, bym mógł ją pocałować w usta.

Wspomnienie natychmiast wróciło. Pojechaliśmy na jeden dzień do domu przyjaciela w Hamptons. Było chłodno – jesień ustępowała zimie.

Na zdjęciu wyglądaliśmy na szczęśliwych i zakochanych i przypuszczam, że w pewnym sensie tak było. Odrzuciłem jednak jej zaproszenie, by wspólnie spędzić noc, a Corinne była wyraźnie rozczarowana. Nie mógłbym spać przy niej nękany koszmarami. I nie mógłbym się z nią pieprzyć, choć wiedziałem, że tego właśnie chciała, bo od pokoju hotelowego, który wynająłem w tym celu, dzieliło nas wiele kilometrów.

Tak wiele zahamowań. Tyle kłamstw i wybiegów.

Wziąłem głęboki wdech i pozwoliłem przeszłości odpłynąć.

– Trzy tygodnie temu wzięliśmy z Evą ślub.

Zesztywniała.

Odłożyłem pudełko na biurko i sięgnąłem po smartfon. Pokazałem jej zdjęcie na tapecie wyświetlacza: Eva i ja całujemy się, aby przypieczętować naszą przysięgę.

Corinne odwróciła głowę. Sięgnęła do pudełka, wyjęła kilka zdjęć z wierzchu, żeby dostać się do fotografii przedstawiającej nas na plaży.

Stałem zanurzony po pas w wodzie. Corinne oplotła mnie nogami od przodu, obejmowała mnie i zanurzała dłonie w moich włosach. Odchyliła głowę do tyłu, śmiejąc się. Zdjęcie promieniowało jej radością. Trzymałem ją mocno i na nią patrzyłem. Moja twarz wyrażała wdzięczność i zachwyt. Czułość. Pożądanie. Obcy ludzie uznaliby, że to miłość.

Właśnie na tym zależało Corinne. Twierdziłem, że przed Evą nikogo nie kochałem, co było prawdą. Corinne pragnęła udowodnić mi, że się myliłem, a wybrała w tym celu najbardziej publiczny sposób z możliwych.

Pochyliła się, spojrzała na zdjęcie, potem na mnie. Jej oczekiwanie było wręcz namacalne, jakby miało na mnie spłynąć wielkie objawienie. Bawiła się naszyjnikiem. Zauważyłem, że to prezent ode mnie: małe złote serce na prostym łańcuszku.

Cholera! Nawet nie pamiętałem, kto zrobił to przeklęte zdjęcie i gdzie wówczas byliśmy, co nie miało zresztą znaczenia.

– Co mają udowodnić te zdjęcia, Corinne? Chodziliśmy ze sobą. I zerwaliśmy. Ty wyszłaś za mąż, teraz ja się ożeniłem. Nic nie zostało.

– To dlaczego tak się denerwujesz? Nie podchodzisz do tego z obojętnością, Gideonie.

– Nie. Irytuje mnie to. I dzięki temu jeszcze bardziej doceniam swój związek z Evą. Świadomość, że to ją zrani jak diabli, pozbawia mnie sentymentalnego stosunku do przeszłości. To jest nasze ostateczne pożegnanie, Corinne. – Wytrzymałem jej spojrzenie i zadbałem, by dostrzegła moją determinację. – Jeśli przyjdziesz tu ponownie, ochrona cię nie wpuści.

– Już tu nie wrócę. Będziesz musiał...

Zadzwonił Scott. Odebrałem.

– Słucham?

– Przyszła panna Tramell.

Pochyliłem się nad biurkiem, żeby wcisnąć przycisk otwierający drzwi. Chwilę później do gabinetu weszła Eva.

Czy nastanie taki dzień, w którym na jej widok nie poczuję, że ziemia usuwa mi się spod nóg?

Zatrzymała się gwałtownie, dzięki czemu mogłem napawać się jej widokiem. Była naturalną blondynką. Jasne kosmyki włosów okalały jej delikatną twarz i podkreślały ciemnoszare oczy, w które mógłbym się wpatrywać godzinami. Była drobna, ale niebezpiecznie ponętna, a jej ciało rozkosznie miękkie, gdy zmagaliśmy się razem w łóżku.

Mógłbym ją nazwać anielsko piękną, gdyby nie jej zmysłowość, przez którą potrafiłem myśleć tylko o szaleńczo dzikim seksie.

Wspomnienie jej zapachu i dotyku skóry wypełniło mój umysł. Gardłowy śmiech budził we mnie radość, a wybuchowy temperament mnie nakręcał. Każda moja cząstka wibrowała wolą życia – takiego przypływu energii i świadomości nie odczuwałem w obecności nikogo innego.

Corinne odezwała się pierwsza:

– Witaj, Evo.

Zjeżyłem się. Pragnienie, by chronić tę, która jest najważniejsza w moim życiu, było dla mnie sprawą nadrzędną.

Wyprostowałem się, wrzuciłem zdjęcie do pudełka i podszedłem do żony. W porównaniu z Corinne była ubrana skromnie: miała na sobie czarną spódnicę w prążki i jedwabną, połyskującą perłowo bluzkę bez rękawów. Zalewająca mnie fala gorąca była wystarczającym dowodem na to, która z tych kobiet była bardziej seksowna.

Eva. Teraz i zawsze.

Przepełniało mnie takie pragnienie, że przemierzyłem pokój długimi, szybkimi krokami.

Anioł.

Nie wypowiedziałem tego słowa na głos, bo nie chciałem, by Corinne to usłyszała. Widziałem jednak, że Eva je wychwyciła. Ująłem jej dłoń i poczułem mrowienie, które kazało mi ścisnąć ją mocniej.

Skierowała spojrzenie na kobietę, która bynajmniej nie była jej rywalką.

– Corinne.

Nie odwróciłem się w jej stronę.

– Czas na mnie – usłyszałem za plecami głos Corinne. – Te odbitki są dla ciebie, Gideonie.

Nie potrafiłem oderwać wzroku od Evy i rzuciłem przez ramię:

– Zabierz je. Nie chcę ich.

– Powinieneś przejrzeć jej do końca – zaoponowała i podeszła bliżej.

– A po co? – Spojrzałem na nią z wściekłością, gdy zatrzymała się obok nas. – Jeśli będę chciał je obejrzeć, mogę przecież przekartkować twoją książkę.

Uśmiechnęła się nerwowo.

– Do widzenia, Evo. – Gideonie.

Po jej wyjściu zrobiłem jeszcze jeden krok w kierunku mojej żony, pokonując resztę dzielącej nas odległości. Ująłem jej drugą dłoń i pochyliłem się, żeby wciągnąć w nozdrza zapach perfum. Poczułem, że ogarnia mnie spokój.

– Cieszę się, że przyszłaś – szepnąłem, muskając ustami jej czoło, bo pragnąłem mieć z nią jak najwięcej kontaktu. – Tak bardzo za tobą tęsknię.

Przymknęła oczy i przytuliła się do mnie z westchnieniem.

Wyczułem w niej napięcie, więc mocniej uścisnąłem jej dłonie.

– Nic ci nie jest?

– Nie spodziewałam się jej zobaczyć.

– Ja również. – Nie chciałem się od niej oderwać, ale też nie mogłem znieść myśli o tych zdjęciach.

Podszedłem do biurka, zamknąłem pudełko i wraz z zawartością wrzuciłem je do kosza na śmieci.

– Odchodzę z pracy – powiedziała Eva. – Jutro idę tam po raz ostatni.

Na tym mi zależało. Według mnie był to dla niej najlepszy i najbezpieczniejszy krok. Ale wiedziałem, że dla Evy to była bardzo trudna decyzja. Uwielbiała swoją pracę i ludzi, z którymi pracowała.

Wiedziałem, jak dobrze mnie zna, więc starałem się zachować neutralny ton.

– Tak?

Patrzyłem na nią.

– Co teraz zamierzasz?

– Muszę się zająć organizacją wesela.

– Aha – uśmiechnąłem się. Przez wiele dni bałem się, że się rozmyśliła i chce się rozstać, więc słysząc te słowa, poczułem ulgę. – Dobrze to wiedzieć.

Przywołałem ją do siebie skinieniem palca.

– Spotkajmy się w połowie drogi – rzuciła z wyzywającym błyskiem w oczach.

Jak mógłbym się jej oprzeć? Spotkaliśmy się na środku pokoju.

To dlatego wyjdziemy z tej opresji i każdej innej, jaką napotkamy na swej drodze. Zawsze się spotkamy w połowie drogi.

Eva nigdy nie będzie potulną żoną, jakiej życzył mi mój przyjaciel Arnoldo Ricci. Była zbyt niezależna, gwałtowna. Niebywale zazdrosna. Wymagająca i uparta, i nie zgadzała się ze mną tylko po to, aby doprowadzić mnie do szału.

Wszystko to działało na mnie w sposób, w jaki nie działało w przypadku żadnej innej kobiety, bo Eva była mi pisana. Wierzyłem w to jak w nic innego na świecie.

– Czy to jest coś, czego chcesz? – zapytałem, szukając odpowiedzi w jej twarzy.

– Chcę ciebie. Cała reszta to logistyka.

Nagle zaschło mi w ustach, a serce zaczęło bić jak szalone. Gdy podniosła rękę, żeby odgarnąć mi włosy z czoła, chwyciłem ją za nadgarstek i przycisnąłem dłoń do policzka. Zamknąłem oczy i chłonąłem jej dotyk.

Cały miniony tydzień odpłynął. Dni, które spędziliśmy oddzielnie, godziny milczenia, paraliżujący strach... Przez cały dzień pokazywała mi, że jest gotowa iść naprzód, że podjąłem dobrą decyzję, rozmawiając z doktorem Petersenem. I z nią.

Nie odwróciła się ode mnie. Co więcej, pragnęła mnie jeszcze bardziej. I nazywała cudownym?

Westchnęła. Poczułem, że opuszcza ją resztka napięcia. Staliśmy tak i napawaliśmy się bliskością, czerpiąc z tego potrzebną nam siłę. Świadomość, że mogę dać jej trochę spokoju, dogłębnie mną wstrząsnęła.

A co ona mi dawała?

Wszystko.

Nie potrafiłbym opisać wzruszenia, które mnie ogarnęło, gdy zobaczyłem, jak twarz Angusa rozpromienia się na widok Ewy wychodzącej razem ze mną z budynku Crossfire. Angus McLeod był cichy z natury, jego wyszkolenie też nie sprzyjało wylewności. Rzadko kiedy okazywał emocje, ale dla Evy robił wyjątek.

A może nie potrafił nic na to poradzić? Bóg mi świadkiem, że ja nie potrafiłem.

– Angusie. – Eva posłała mu swój promienny, szczery uśmiech. – Wyglądasz dzisiaj wyjątkowo elegancko.

Patrzyłem, jak mężczyzna, którego kochałem niczym ojca, przytyka dłoń do daszka czapki szofera i uśmiecha się z zabawnym zakłopotaniem.

Po samobójczej śmierci ojca moje życie stanęło na głowie. W trakcie kolejnych chaotycznych lat jedynym stabilnym punktem oparcia był dla mnie Angus, człowiek zatrudniony w roli kierowcy i ochroniarza, który okazał się moją liną ratunkową. Kiedy czułem się samotny i zdradzony, kiedy nawet rodzona matka nie chciała uwierzyć, że terapeuta, którego zatrudniła, żeby mi pomógł się dostosować, wielokrotnie mnie gwałcił, Angus był dla mnie niczym kotwica. Nigdy we mnie nie zwątpił. A kiedy się usamodzielniłem, poszedł za mną.

Gdy smukłe, opalone nogi mojej żony zniknęły za tylnymi drzwiami bentleya, Angus się odezwał:

– Tym razem tego nie schrzańmy, stary.

Uśmiechnąłem się smutno.

– Dzięki za zaufanie – odparłem.

Dołączyłem do Evy, zaś Angus obszedł samochód i usiadł na miejscu kierowcy. Położyłem dłoń na kolanie żony i poczekałem, aż się odwróci w moją stronę.

– Chciałbym cię zabrać w ten weekend do domu na plaży.

Wstrzymała na ułamek sekundy oddech, po czym pospiesznie odpowiedziała:

– Mama zaprosiła nas na weekend do Westport. Stanton zaprosił swojego siostrzeńca Martina i jego dziewczynę Lacey. Nie wiem, czy pamiętasz, ale mieszka razem z Megumi... Cary też tam będzie, rzecz jasna. Powiedziałam, że przyjedziemy.

Walczyłem z rozczarowaniem.

– Dziwię się, że się zgodziłaś – powiedziałem ostrożnie.

– Ja też. – Jej miękkie usta rozciągnęły się w uśmiechu, a ja wiedziałem, że ulżyło jej w związku z tym, że się z nią nie spierałem.

Choć nie zamierzałem odpuszczać...

– Myślę, że powinniśmy utrzymywać kontakty z rodziną – ciągnęła Eva. – Poza tym mama chciałabym porozmawiać o moim planie.

Wysłuchałem jej relacji o rozmowie z Moniką. Eva przyglądała się bacznie mojej twarzy, gdy kończyła swoją opowieść:

– Twierdzi, że ten pomysł ci się nie spodoba, ale przecież już kiedyś wykorzystałeś paparazzich, wtedy gdy dopadłeś mnie na chodniku i całowałeś tak długo, aż nie mogłam myśleć. Zależało ci na tym zdjęciu.

– No tak, ale okazja sama się nadarzyła. Nie szukałem jej. Twoja matka ma rację. Istnieje pewna różnica.

Jej usta wygięły się w podkówkę, więc zrewidowałem strategię. Chciałem, żeby się zaangażowała i miała we wszystkim aktywny udział. Powinienem ją zachęcać i okazywać uznanie, a nie stawiać przed nią przeszkody.

– Masz też trochę racji, aniołku. Jeżeli jest zapotrzebowanie na książkę Corinne, to znaczy, że na rynku jest luka, którą powinniśmy wypełnić.

Posłany mi uśmiech był dla mnie nagrodą.

– Pomyślałam sobie, że Cary mógłby nam zrobić w ten weekend jakieś słodkie zdjęcia – powiedziała. – Uwiecznić nas w bardziej prywatnych i swobodnych sytuacjach. Te fotografie, które spodobają nam się najbardziej, moglibyśmy udostępnić mediom, a dochód przekazać na rzecz Crossroads.

Założona przeze mnie fundacja charytatywna nie narzekała na brak pieniędzy, ale rozumiałem, że przekazanie wpływów ze sprzedaży zdjęć było dodatkową korzyścią planu Evy, który miał na celu osłabienie wrażenia wywołanego przez książkę Corinne. Było mi przykro, że cała ta sytuacja narażała moją żonę na ból, dlatego byłem gotów wspierać ją w każdy możliwy sposób, ale to nie oznaczało, że nie zamierzałem walczyć o weekend z nią sam na sam.

– Możemy pojechać tam na jeden dzień – zaproponowałem, zaczynając negocjacje od ekstremalnej propozycji, co dawało mi możliwość spuszczenia z tonu. – Możemy być w Karolinie Północnej od piątkowego wieczoru do niedzieli rano, a potem spędzić niedzielę w Westport.

– Mamy jednego dnia jechać z Karoliny Północnej do Connecticut, a potem na Manhattan? Zwariowałeś?

– No to od piątku wieczór do soboty wieczór.

– Nie możemy spędzać czasu tylko we dwoje, Gideonie – powiedziała łagodnie, kładąc dłoń na mojej. – Musimy przez jakiś czas postępować zgodnie z zaleceniami doktora Petersena. Powinniśmy umawiać się na randki, chodzić w miejsca publiczne, wymyślić, jak zająć się... różnymi sprawami, nie uciekając się do seksu.

Patrzyłem na nią.

– Chyba nie mówisz poważnie.

– Tylko do czasu ślubu. To nie będzie...

– Evo, już jesteśmy małżeństwem. Nie możesz prosić, żebym cię nie dotykał.

– Właśnie o to proszę.

– Nie.

Jej twarz drgnęła.

– Nie możesz odmówić.

– To ty nie możesz odmówić – odparowałem. Serce zaczęło mi walić jak szalone, dłonie zwilgotniały i zacząłem odczuwać przypływ słabej paniki. To było irracjonalne i wkurzające. – Pragniesz mnie tak samo mocno jak ja ciebie.

– Czasami odnoszę wrażenie, że pragnę cię bardziej, ale to mi nie przeszkadza. Doktor Petersen ma jednak rację. Działamy tak szybko, że wpadamy na wszystkie progi zwalniające z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Odnoszę wrażenie, że teraz mamy możliwość zwolnić. Tylko na kilka tygodni, do czasu ślubu.

– Kilka tygodni? Chryste Panie, Evo!

Odsunąłem się od niej i przeczesałem włosy palcami. Odwróciłem twarz i wyglądałem przez okno. W głowie mi szumiało. Co to znaczyło? Dlaczego prosiła o coś takiego?

Cholera, jak mam ją od tego odwieść?

Poczułem, że się przysunęła, a następnie do mnie przytuliła.

– Czy to nie ty wspominałeś o korzyściach wypływających z odraczania gratyfikacji? – zapytała szeptem.

Posłałem jej znaczące spojrzenie.

– I jaki był efekt?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Święto obchodzone w celu upamiętnienia zwycięstwa wojsk meksykańskich nad francuskimi w bitwie pod Pueblą 5 maja 1862 roku (przyp. tłum.).

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Od Autorki

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

ONE WITH YOU

Projekt graficzny okładki

Steven Seighman

Zdjęcia na okładce

James Guilliam/Getty Images

Fotovika/Shutterstock

Zdjęcia autorki

Paul Gilmore Photography

Redakcja

Marta Höffner

Korekta

Bogusława Jędrasik

Copyright © Sylvia Day 2016

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., 2016

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-063-5

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl