Tylko cień - Karine Giebel - ebook
Opis

" „Historia mroczna i fascynująca”. Le Dauphiné Libéré Trzymający w napięciu thriller psychologiczny zgłębiający studium obsesji i obłędu. Cloé Beauchamp, wiceprezeska dużej paryskiej agencji reklamowej, jest przekonana, że ktoś ją obserwuje. Obecność obcej osoby wyczuwa na ulicy, w pracy… a nawet w domu. Ze swoich lęków i podejrzeń zwierza się najbliższym i znajomym. Oni jednak uważają to za przejaw obsesji. Tylko inspektor Alexandre Gomez wierzy, że Cloé mówi prawdę. A cień wciąż za nią podąża... „Niezwykle ekscytująca powieść”. Metro"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 567

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

JUSTE UNE OMBRE

Copyright © 2012, Fleuve Noir, Département d'Universe Poche

Published originally under the title "Juste une ombre"

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Aneta Iwan, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-322-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Stéphane’owi za ostatnie szesnaście lat

i wszystkie te, które nadejdą.

Prolog

Ulica jest długa. Wąska. Ciemna i wilgotna.

W tym płaszczu nie jest mi zbyt ciepło. Wręcz zimno. Aż ciarki przebiegają mi po plecach.

Przyspieszam kroku, żeby jak najszybciej dojść do samochodu. I wkrótce znaleźć się we własnym łóżku.

Nie powinnam była parkować tak daleko. Nie powinnam była tyle pić. Ani tak długo tam siedzieć.

Zresztą nie powinnam była w ogóle iść na tę imprezę. Zmarnowany wieczór. Stracony czas, jak często bywa. Lepiej byłoby spędzić go z dobrą książką lub z przystojnym facetem. Moim facetem.

Połowa latarni nie świeci. Jest ciemno, późno. Samotnie.

Odgłos moich kroków odbija się od brudnych ścian domów. Zaczynam naprawdę marznąć. I bać się, nie wiem właściwie dlaczego. Powoli dusi mnie jakieś niejasne, mgliste uczucie. Jakby lodowate dłonie znienacka oplotły moją szyję.

Czego właściwie się boję? Ulica jest pusta, przecież nie zaatakuje mnie kosz na śmieci!

Jeszcze tylko jakieś sto metrów. Najwyżej dwieście. Tyle co nic…

Nagle słyszę, że ktoś za mną idzie. Instynktownie przyspieszam, po czym się odwracam.

Jakiś cień, dwadzieścia metrów za mną. Chyba mężczyzna. Nie mam czasu stwierdzić, czy jest wysoki, czy niski, gruby czy chudy. Tylko cień, który wziął się znikąd. Który podąża za mną pustą ulicą o drugiej w nocy.

Tylko cień…

Słyszę bicie swojego serca. Czuję je. Dziwne, jak można niekiedy czuć własne serce. A przecież przez większość czasu nie zwraca się na nie uwagi.

Jeszcze bardziej przyspieszam. On też. Moje serce też.

Nie jest mi już zimno, nie jestem już pijana. Nie jestem już sama.

Towarzyszy mi strach. Mam go w sobie. Teraz jest wyraźny.

Jeszcze raz szybko obracam głowę: sylwetka się przybliżyła. Dzieli nas teraz pięć, może sześć metrów. Czyli tyle co nic.

Staram się nie wpaść w panikę.

To tylko facet, który wraca do domu. Tak jak ja.

Odbijam w prawo, zaczynam biec. W połowie ulicy oglądam się za siebie: zniknął. Zamiast się uspokoić, wpadam w popłoch. Gdzie on jest?

Musiał pójść prosto; pewnie miał ubaw, widząc moje przerażenie! Trochę zwalniam, jeszcze raz skręcam w prawo. No już, jestem prawie na miejscu!

Wreszcie docieram do rue Poquelin, szukam kluczyków w torebce. Cieszę się, czując je pod palcami. Podnoszę wzrok, dostrzegam swój samochód grzecznie stojący pośród innych. Naciskam pilota, mrugają do mnie kierunkowskazy.

Jeszcze tylko dziesięć metrów. Tylko pięć. Tylko…

Cień wyłania się zza załomu muru. Moje serce odrywa się i spada w pustkę.

Szok. Wstrząs psychiczny.

Jest olbrzymi. Ubrany od stóp do głów na czarno, w kapturze na głowie.

Odruchowo cofam się o krok. Z otwartymi ustami, krzyk uwiązł mi w gardle.

Tej nocy zginę marnie na pustej, ponurej ulicy! Rzuci się na mnie, pchnie mnie nożem albo uderzy, udusi, rozpruje mi brzuch. Zgwałci mnie, zamorduje.

Nie widzę jego twarzy, mam wrażenie, że jej nie ma.

Nie słyszę już bicia serca, jakbym go nie miała.

Nie widzę przed sobą żadnej przyszłości, jakbym…

Robię jeszcze jeden krok do tyłu. On jeden do przodu.

Mój Boże, umrę. Nie teraz, nie dziś. Nie tu, nie tak…!

Jeżeli zacznę biec, dogoni mnie. Jeżeli się nie ruszę, rzuci się na mnie. Jeżeli zacznę krzyczeć, uciszy mnie. Na zawsze.

Więc skamieniała wpatruję się w ten cień bez twarzy. Nie myślę już o niczym, jestem niczym.

Tylko ofiarą.

Mam wrażenie, że jego oczy błyszczą w ciemności, jak oczy drapieżnika nocą.

Wpatrujemy się w siebie przez długie sekundy. Ohydne sekundy.

On oparty o mój samochód, ja o ścianę. W obliczu własnej śmierci.

A potem nagle on się odwraca i odchodzi – ginie wolno w mroku. Wtapia się w noc i znika.

Nogi zaczynają mi drżeć, kluczyki od samochodu wyślizgują mi się z dłoni. Kolana uginają się pode mną, upadam na chodnik. Między dwa kosze na śmieci.

Chyba się posikałam.

Wiedziesz normalne, banalne życie, którego można by ci wręcz pozazdrościć.

Najwyraźniej odniosłaś sukces, przynajmniej w życiu zawodowym, może nawet osobistym. To kwestia punktu widzenia.

Wybiłaś się, potrafiłaś znaleźć swoje miejsce na świecie.

Aż tu nagle, pewnego dnia…

Pewnego dnia odwracasz się i widzisz za sobą cień.

Tylko cień.

Odtąd podąża za tobą. Niestrudzenie.

Jest przy tobie w dzień i w nocy. Uparty. Zdecydowany. Nieubłagany.

Właściwie go nie widzisz. Odgadujesz go, wyczuwasz. Tuż za swoimi plecami.

Czasami muska ci kark. Czujesz jego ciepły, cuchnący oddech.

Ktoś idzie za tobą ulicą, gasi za tobą światło.

Otwiera twoją pocztę, zamyka okna.

Przegląda twoje książki, mnie pościel, kradnie prywatne albumy.

Obserwuje cię nawet w najbardziej intymnych chwilach.

Postanawiasz zawiadomić gliny, ale cię nie rozumieją. Wysyłają cię do psychiatry.

Zwierzasz się przyjaciołom. Najpierw dziwnie na ciebie patrzą, w końcu odsuwają się od ciebie.

Boją się ciebie.

Ty też się boisz.

A on ciągle tu jest. Tylko cień. Bez twarzy, bez imienia. Bez określonego celu.

Czy to diabeł? Ta niewidzialna obecność prześladuje cię, zatruwa ci życie i tak ci je obrzydza, że masz ochotę z tym skończyć, rzucając się pod pociąg albo skacząc w pustkę i licząc, że on nie pójdzie za tobą aż do piekła.

Nikt cię nie rozumie. Nikt nie może ci pomóc.

Jesteś sama.

A raczej bardzochciałabyś być sama.

Ale cień dalej bezustannie jest przy tobie. Za twoimi plecami, w twoim życiu.

A może tylko w twojej głowie…?

Zażywasz coraz więcej leków. Środki nasenne, by móc zasnąć, gdy czujesz, że się nad tobą pochyla. Prochy, by jakoś przeżyć dni, gdy myślisz tylko o nim.

Tylko o nim i o niczym innym.

Twoje uporządkowane życie rwie się na strzępy. Rozpada się, wolno, ale nieuchronnie.

Nieubłaganie.

A cień rechocze za twoimi plecami. Nadal, bezustannie.

A może w twojej głowie…?

Gdy zrozumiesz, będzie za późno.

Rozdział 1

Trzy godziny snu to za mało. Stanowczo za mało.

Trzeba mimo wszystko podporządkować się barbarzyńskiemu nakazowi budzika. Wziąć prysznic, umalować się, uczesać, ubrać.

Robić to co zawsze, choć Cloé przeczuwa, że nic nie będzie już tak jak dawniej.

A przecież nie ma żadnego powodu. Przygoda jakich wiele, bez żadnych konsekwencji.

A zatem skąd to dziwne, niespotykane dotąd uczucie? Skąd bierze się ten głosik, który szepcze, że jej życie właśnie się zmieniło? Na zawsze.

Po czasie spędzonym w kilkukilometrowym porannym korku Cloé wreszcie dostrzega olbrzymi budynek, który stoi pośród innych olbrzymich budynków. Prosty, wielki i smutny.

Nowy dzień z pewnością sprawi, że Cloé zapomni o swoim przerażeniu. O śledzącym ją, ścigającym ostatniej nocy cieniu, który przyparł ją do muru.

O przejmującym strachu. Wciąż żywym w jej sercu, głowie, brzuchu.

Winda, korytarze, powitania. Prawdziwe lub fałszywe uśmiechy. Praca w ulu wrze, a Cloé już niedługo może zostać jego nieubłaganą królową.

Trzeba przywitać się z Nathalie, wierną i oddaną sekretarką; przywitać się z prezesem Pardieu, który króluje w przepastnym gabinecie w pobliżu jej gabinetu. Zapewnić go, że wszystko w porządku, zademonstrować gotowość do wielogodzinnego dnia efektywnej pracy w służbie firmy żywicielki, która niczym ośmiornica rozciąga wokół swoje macki.

Udać, że nie zapomniała o spotkaniu o szesnastej, które ma kluczowe znaczenie dla zawarcia wielkiego kontraktu.

Jak mogłabym zapomnieć? Od tygodni nie myślę o niczym innym, panie prezesie!

Ukryć, że prawie nie spała. Że widziała śmierć z tak bliska, że spotkanie o szesnastej jest czymś kompletnie nieistotnym.

Posikałam się raptem kilka godzin temu. Nikt nigdy się o tym nie dowie.

Wie o tym tylko cień.

***

Cloé otwiera drzwi włoskiej restauracji i szuka wzrokiem Carole. To ich kryjówka, miejsce, gdzie ulepszają świat. Gdzie spiskują, zwierzają się sobie, nieraz w milczeniu. Obrabiają, kogo się da. W ramach rozrywki.

– Przepraszam cię za spóźnienie! Pardieu mi opowiadał, że kupił dom na wsi w Owernii… Cóż mnie to obchodzi? Niechże sobie jedzie do tej chaty i już nie wraca! Niech wreszcie ustąpi miejsca innym!

Carole śmieje się z całego serca.

– Cierpliwości, moja miła. Dobrze wiesz, że Stary w końcu odejdzie na emeryturę. I wtedy ty zasiądziesz w jego fotelu.

– Niekoniecznie – odpowiada Cloé, która nagle markotnieje. – W tym wyścigu jest nas dwoje.

– Jesteś jego ulubienicą, to oczywiste. Faworytką.

– Martins nie jest bez szans. Wychodzi wprost ze skóry. Co za lizus! Jeśli wygra, będę jego podwładną i sądzę, że tego nie zniosę.

– To odejdziesz – podsumowuje Carole. – Z twoim CV nie będzie to stanowić żadnego problemu.

Kelner przyjmuje zamówienie, po czym oddala się z prędkością światła, z zadziwiającą zręcznością manewrując między stolikami. Cloé wypija szklankę wody i zaczyna:

– Muszę ci coś opowiedzieć… Wczoraj wieczorem bałam się tak jak nigdy w życiu! Poszłam na imprezę zorganizowaną przez jedną z moich klientek.

– Z Bertrandem?

– Nie, miał inne plany.

– Jesteś pewna, że nie prowadzi podwójnego życia? – podejrzewa Carole. – Mam wrażenie, że często ma inne plany.

– Nie mieszkamy razem. Więc nie musimy być nierozłączni.

– Oczywiście, ale ponieważ znasz go zaledwie od kilku miesięcy, ten tajemniczy książę z bajki zaczyna mnie intrygować! – Carole, uświadamiając sobie, że zabrnęła w ślepą uliczkę, zaczyna się wycofywać. – Więc poszłaś na tę imprezę i… dobrze się bawiłaś?

– Było beznadziejnie. Ciągnęło się to w nieskończoność. Skorzystałam z okazji i gdy jakaś para wychodziła, też się ulotniłam, ale była już prawie druga.

Kelner przynosi sałatę, pizzę i butelkę wody mineralnej.

– Smacznego miłym paniom!

– To sympatyczne z jego strony – uśmiecha się Carole. – Miłym paniom… Rzadko się to już słyszy! No więc wyszłaś o drugiej i co dalej?

– Na ulicy szedł za mną jakiś facet.

– O cholera…

Cloé milczy, strach powraca jak bumerang.

Po minucie zaczyna opowiadać ze szczegółami całą historię. Ma wrażenie, że zrzuca z siebie ciężar.

Carole waha się przez chwilę.

– I to wszystko? – pyta wreszcie. – Odwrócił się na pięcie i zniknął?

– Tak. Ulotnił się.

– Jesteś pewna, że to był ten sam facet? Ten, który za tobą szedł, i ten, który wyłonił się zza muru?

– Tak. Był ubrany na czarno, na głowie miał kaptur.

– To dziwne, że nic nie zrobił. Mógł ci wyrwać torebkę albo…

– Mnie zabić.

– No właśnie – potakuje nieśmiało Carole. – Ale wszystko dobrze się skończyło. Może po prostu chciał cię przestraszyć dla zabawy.

– Dziwna zabawa!

– No już, zapomnij o tym – mówi Carole i zabiera się za sałatę. – To tylko nieprzyjemne zdarzenie, nic takiego. Było, minęło.

– Nie wiem. Może on tu gdzieś jest. I nadal mnie śledzi.

– Widziałaś go dziś znowu? – niepokoi się Carole.

– Nie, ale… Nie wiem, o co chodzi. Mam takie odczucie.

– To reakcja na wczorajsze wydarzenia – wyjaśnia Carole.

I kolejny przejaw twojej skłonności do paranoi – dodaje, nie poruszając wargami.

– Potrzeba czasu, żeby otrząsnąć się po takim strachu. Nie przechodzi tak od razu. Ale wszystko będzie dobrze – zarzeka się z uśmiechem.

Ponieważ Cloé dalej milczy, przyjaciółka stara się być bardziej przekonująca.

– Chyba masz do mnie zaufanie? To mój zawód… Panowanie nad strachem to mój zawód!

Cloé się uśmiecha. Dziwna definicja zawodu pielęgniarki.

– Do jutra o tym zapomnisz. A następnym razem zabierz ze sobą swojego ochroniarza!

– Masz rację.

– Grunt, że ten facet nie próbował cię zranić… Jedz, pizza ci wystygnie! Nie wiem, jak to robisz, że bez przerwy jesz pizzę, a nie przybywa ci ani grama!

Nieważne, to czy coś innego… Ma wrażenie, że połyka kaktusa.

Do jutra o tym zapomnisz.

Więc dlaczego jej się wydaje, że to dopiero początek?

***

Dwudziesta pierwsza. Cloé dociera wreszcie na rue des Moulins i parkuje samochód.

Chciała zaprosić Bertranda na kolację, ale jest za późno, żeby brać się za gotowanie. Podobno trzeba wiedzieć, co się chce w życiu osiągnąć. Chyba raczej, co można osiągnąć…

Poświęcić życie prywatne na ołtarzu sukcesu. Zwłaszcza gdy się jest kobietą. Dawać dowody swoich kompetencji, zdolności, motywacji, czy też dyskrecji.

Ciągle coś udowadniać, codziennie zaczynać na nowo. Nigdy nie tracić czujności.

Cloé wyjmuje pocztę ze skrzynki, po czym pokonuje zewnętrzne schody, czując się, jakby zdobywała Mont Ventoux w porywistym wietrze.

Wreszcie w domu… Mieszka w zadbanym budynku z lat pięćdziesiątych, stojącym w ogrodzie pełnym drzew. W eleganckim domu, którego jest jedyną lokatorką.

Godziny nadliczbowe służą na przykład temu, żeby nie musieć gnieździć się w beznadziejnym mieszkaniu na ponurym przedmieściu. Aczkolwiek Cloé spędza więcej czasu w biurze niż w swoim pięknym domu. Ale dawno przestała już myśleć o tej aberracji.

W holu odkłada listy na marmurowy stoliczek w cieniu wspaniałego japońskiego bonsai. Natychmiast wchodzi do sypialni i się rozbiera.

W samej bieliźnie miękko opada na kanapę w salonie, po czym wybiera numer Bertranda. Gdy mężczyzna odbiera, twarz Cloé się rozluźnia, rozświetla. Nic nie działa na nią tak jak jego głos. Jednocześnie łagodny i poważny, równie zmysłowy jak długa pieszczota.

– Witaj, kochanie.

– Zastanawiałem się już, czy Stary cię nie porwał!

– Mieliśmy ważne spotkanie o szesnastej, które jak zwykle trwało wieki. Dziadziuś chciał, żebyśmy poszli to uczcić! Postawił wszystkim szampana.

– Musisz być wykończona.

– Tak. Zwłaszcza że mało spałam.

– Ach no tak, byłaś na tej imprezie! I co, dobrze się bawiłaś?

Do salonu wdziera się cień, bezwstydnie staje na środku irańskiego dywanu. Cloé od stóp do głów przeszywa dreszcz, podkurcza nogi w odruchu obronnym.

– Nudziłam się. Brakowało mi ciebie.

– Mam nadzieję! Chcesz, żebym wpadł?

– Nie mam nic na kolację.

– Już jadłem. Mam tylko ochotę na deser…

Cloé wybucha śmiechem, prostuje nogi. Cień zniknął. Ulotnił się jak poprzedniej nocy.

– Zdążę się jeszcze wykąpać?

– Daję ci pół godziny – szepcze Bertrand. – I ani minuty dłużej.

– Zgoda. Więc się rozłączam, bo nie mam ani minuty do stracenia!

Odkłada telefon z pożądliwym uśmiechem na ustach.

Całe szczęście, że dom jest wysprzątany; Fabienne się napracowała. Godziny nadliczbowe służą także temu, by nie musieć katować się porządkami.

Postanawia więc poświęcić się sobie, zrobić się na bóstwo dla faceta, który cudownie wypełnił każdą cząsteczkę pustki w jej życiu. Lub prawie każdą.

Zawsze trzeba zachować wokół siebie nieco przestrzeni, by móc oddychać, rozwijać się.

Cloé nie ma pewności, czy jest w nim zakochana, ale wie, że odnalazła równowagę, której od tak dawna szukała. Od zawsze, choć była już wcześniej mężatką.

Żoną potwora.

Cloé waha się przez dłuższą chwilę przed otwartą szafą. Krótka czarna sukienka na cienkich ramiączkach opuszcza wieszak i ląduje na kremowej narzucie przykrywającej duże łóżko.

Dziewczyna zatrzymuje się na moment przy oknie i jej wzrok pada na ogród skąpany w bladym świetle latarni stojącej przy wąskiej uliczce wiodącej wzdłuż ogrodu. Zrywa się wiatr, niebo jest jasne, rozgwieżdżone.

Nagle traci oddech. Jakiś przelotny cień mignął przed domem.

Nie jakiś cień.

Ten Cień.

Wielki, ubrany na czarno mężczyzna w kapturze na głowie zatrzymał się koło murku. Wtopiwszy się w mrok, wpatruje się w okno.

Wpatruje się w Cloé.

Kobieta krzyczy, jakaś niewidoczna siła ciągnie ją do tyłu. Oparta o ścianę, przyciskając dłonie do ust, z wytrzeszczonymi oczami słucha, jak serce zamiera jej w piersi.

Jest tu. Szedł za mną aż do domu. Chce mnie dopaść.

Zabić mnie, o to mu chodzi.

W dodatku uzmysławia sobie, że drzwi wejściowe nie są zamknięte, i rzuca się w kierunku wąskiego korytarza.

Oby tylko zdążyła.

W biegu wpada na jakiś mebel, nie czuje bólu z powodu uderzenia. Rzuca się na drzwi, przekręca dwa razy zamek i chwyta telefon.

18… Nie, 17! Sama już nie wie, jej palce drżą.

Przenikliwy dźwięk dzwonka u drzwi sprawia, że upuszcza słuchawkę. Skamieniała nie może się ruszyć.

Dzwonek rozlega się po raz drugi.

17, tak. Jakiś mężczyzna chce mnie zamordować!

Jej komórka zaczyna wibrować, więc podnosi ją ze stołu – na ekranie pojawia się twarz Bertranda. Jej zbawcy, lepszego niż cała armia glin!

– Bertrand! Gdzie jesteś? – wrzeszczy.

– Przed twoimi drzwiami. Nie słyszałaś dzwonka? Co się dzieje?

Znowu rzuca się do holu, widzi w matowym szkle zniekształconą sylwetkę. Otwiera zamek i staje twarzą w twarz z facetem. Jej facetem.

– Dobry wieczór, kochanie.

On przyciąga ją do siebie, Cloé się usztywnia, nie chce, by ją pocałował.

– Nie widziałeś nikogo? Tam, w ogrodzie… gdy wchodziłeś.

Bertranda lekko zmroziło.

– Nie, nikogo nie widziałem.

Odsuwa się od niego, rzuca okiem na zewnątrz, po czym zamyka drzwi, przekręcając dwukrotnie klucz w zamku.

– Jakiś facet chodził za domem, koło okna w sypialni!

– Zapewniam cię, że nikogo nie widziałem – powtarza Bertrand.

Zdejmuje kurtkę, przygląda się przestraszonej młodej kobiecie.

– Jest zupełnie ciemno, wiesz… Pewnie ci się wydawało.

– Nie! – odpowiada ostro.

Bertrand pochmurnieje. Zaskakuje go ten ton.

– Znajdź mi latarkę, obejdę dom, żebyś była spokojna.

– To niebezpieczne! Jeżeli tu jest, mógłby…

– Uspokój się. Daj mi latarkę, zajmę się tym. Dobrze?

Cloé szybko wyjmuje latarkę z szafy.

– Uważaj.

– Nie martw się, kochanie. Wracam za dwie minuty.

Gdy niknie w ciemności, Cloé zamyka za nim drzwi na klucz.

Idzie do okna w salonie. Ściskając nerwowo zasłonę, z trudem łapiąc oddech, obserwuje przechodzącego Bertranda, którego wyprzedza mocny snop latarki.

– Jestem pewna, że go widziałam… był tu. Przecież, do cholery, nie oszalałam!

Jej gardło przypomina zaciśnięty węzeł.

To reakcja na wczorajsze wydarzenia. Potrzeba czasu, żeby otrząsnąć się po takim strachu…

Chyba nie mam halucynacji?

Wzdryga się, słysząc dzwonek. Pędzi do przedpokoju, przykłada ucho do drzwi.

– To ja. Pospiesz się, bo zamarznę.

Wreszcie otwiera; Bertrand wchodzi do ciepłego pomieszczenia.

– Nie widziałem nic niepokojącego. Jeżeli ktoś tam przed chwilą był, to mogę cię zapewnić, że sobie poszedł.

– Dziękuję – mówi. – Wiesz, naprawdę się przestraszyłam.

– Sądzę, że aby cię uspokoić, będę musiał zostać tu na noc!

– Zapewniam cię, że go widziałam.

– Wierzę ci. Ale teraz go już nie ma. Więc zapomnijmy o nim, dobrze?

Zapomnieć o nim… Cloé tak bardzo chciałaby o nim zapomnieć. Wygnać z pamięci złowrogi cień.

Zapomnieć o tym, że ma wytatuowaną na czole tarczę strzelniczą.

Rozdział 2

Nie jest jeszcze całkiem jasno, ale też nie zupełnie ciemno. A w dodatku jego wzrok przyzwyczaił się do półmroku.

Ogląda ją. Śpiącą głęboko. Na brzuchu, z ręką pod poduszką i podkurczoną nogą.

Jest piękna. Zwłaszcza gdy śpi.

Bezbronna. Taka właśnie podoba mu się najbardziej, takiej pragnie.

Schowała arsenał nowoczesnej wojowniczki. Nie ma w oczach pocisków rakietowych, za paskiem pistoletu, a jej palców nie kończą szpony.

Jest po prostu kruchą, bezbronną kobietą. Takiej właśnie chce.

Poznał ją stosunkowo niedawno. Zaledwie przed kilkoma miesiącami.

Nieco wcześniej zwrócił na nią uwagę.

Była sama, bo przeżywała traumę wywołaną przez byłego męża.

Bo zbyt pochłonęła ją kariera zawodowa, żeby szukała bratniej duszy.

Była zachwycająca, lecz przerażająca dla większości mężczyzn.

Ale nie dla niego. W dzieciństwie marzył, że zostanie poskramiaczem dzikich zwierząt. Więc lubi lwice, tygrysice… A do nich należy Cloé. Ukrywa swoje słabości pod niemal doskonałą zbroją.

Nieprzenikniona, niezniszczalna? Nie ma takich rzeczy ani ludzi.

Rysy są niewidoczne gołym okiem. Ale gdy ma się dobry obiektyw i patrzy pod odpowiednim kątem, można je wszystkie dostrzec. I on je zobaczył. Natychmiast. Wiedział, jak się do niej zbliżyć, jak ją usidlić. Wziąć do łóżka.

Dalej ją obserwuje; jej mleczna skóra rozświetla mrok. Długie, jasnokasztanowe włosy z połyskiem zasłaniają twarz zwróconą w jego stronę.

Bertrand postanawia ją obudzić. Delikatnie. Dziewczyna otwiera oczy, wyrwana ze snu, gdy głaska ją po ramieniu i po plecach.

– Przepraszam – mruczy Bertrand. – Wydawało mi się, że śni ci się coś strasznego.

Koszmarny sen, tak. Zawsze ten sam, od tak dawna.

Przerażający krzyk, ciało spada w próżnię i roztrzaskuje się u jej stóp.

Cloé chowa się w ramionach Bertranda, który działa na nią uspokajająco.

– Krzyczałam? – pyta. – To ja cię obudziłam?

– Nie, już nie spałem.

– Chyba jest jeszcze wcześnie?

– Tak, ale… wydawało mi się, że słyszę jakiś hałas.

Cloé sztywnieje, a on uśmiecha się w ciemności. Kobieta oddycha coraz szybciej, Bertrand czuje jej serce bijące tuż przy jego skórze. Co za rozkosz.

– Gdzieś na tyłach domu… Pewnie mi się to przyśniło!

Cloé siada na łóżku, przykrywając kołdrą swoje zdjęte przerażeniem ciało.

– On tu jest – mruczy.

– Kto?… Ależ nie, nie ma nikogo! – bawi się Bertrand. – Nie powinienem był tego mówić, to był kretyński żart.

Cloé kładzie rękę na wyłączniku przy nocnej lampce. Waha się. Ma wrażenie, że srebrzysty strumień światła ujawni jego obecność u stóp łóżka.

– On tu jest – mruczy znowu.

Mówi rozdygotanym głosem, jej czoło płonie.

– Uspokój się. Nie ma nikogo, mówię ci. Wydawało mi się i tyle. Może to wiatr.

– Nie ma wiatru. On tu jest!

– O kim ty mówisz?

– O facecie, którego widziałam wczoraj w ogrodzie! Szedł za mną… Wezwij policję!

Bertrand zapala światło. Cloé zamyka oczy.

– Uspokój się, proszę cię… Przeszukam dom, żebyś się nie martwiła.

Kobieta otwiera oczy, pokój jest pusty. Patrzy, jak Bertrand wkłada dżinsy, i nie może się oprzeć wrażeniu, że jest równie przystojny, jak bohaterski. Całe szczęście, że tu jest i nad nią czuwa.

– Nie wychodź z gołymi rękami – błaga. – Weź ze sobą jakąś broń!

Uśmiecha się z lekką kpiną.

– Masz pod poduszką jakiś pistolet, dziecinko?

Cloé rzuca się do szafy, wywleka z niej coś i podaje mu. Bertrand wytrzeszcza oczy.

– Co to jest?

– To jest… To jest parasol.

Mężczyzna wybucha śmiechem, delikatnie ją odsuwa.

– Widzę, że to parasol. Już lepiej zdaj się na mnie.

Bertrand odsuwa najpierw zasłony i przeczesuje wzrokiem ogród za domem. Potem rusza korytarzem do salonu. Cloé nie ma specjalnej ochoty zostać sama w sypialni, więc postanawia udać się za nim.

Mężczyzna zapala światło w kolejnych pomieszczeniach. Sprawdza szafy, bada każdy kąt, rzuca okiem na pozostałą część ogrodu.

– Widzisz – mówi w końcu – nie ma tu nikogo poza nami.

Cloé nie wydaje się przekonana.

– Naprawdę bardzo mi przykro – dodaje, obejmując ją – to moja wina. Nie powinienem był się odzywać… A co to za historia z facetem, który za tobą szedł?

– Wtedy, gdy wyszłam z tej imprezy, zostawiłam samochód dość daleko i… Szedł za mną jakiś facet, zaczęłam biec, żeby go zgubić. Ale czekał na mnie przy samochodzie.

– Czy on cię…

– Nie. Nie odezwał się, nie zrobił nic. Po chwili odszedł.

– Ciekawe – stwierdza Bertrand. – Ale nie powinnaś była wracać do samochodu sama, to kompletny brak ostrożności!

Wygląda na mocno zirytowanego, Cloé opiera czoło na jego ramieniu.

– Nie było na tej imprezie żadnego faceta, który mógłby cię odprowadzić do auta? Wiesz, co się mogło stać? Całe szczęście, że niczego nie próbował!

– Tak… Wczoraj wieczorem wydawało mi się, że to on kręci się koło domu.

– Myślę, że najadłaś się strachu i masz zwidy.

– Carole powiedziała to samo.

– Jeśli dobrze rozumiem, opowiedziałaś o tym Carole, a mnie nie, tak?

– Nie chciałam ci zawracać głowy – słabo usprawiedliwia się Cloé.

– Zawracać głowy? Chyba żartujesz!

Bierze jej twarz w dłonie, patrzy prosto w oczy.

– Ufasz mi, tak czy nie?… Więc masz mi mówić takie rzeczy, zgoda?

– Zgoda.

Wreszcie Bertrand się uśmiecha. Ma taki ładny uśmiech. Leczy rany, odpędza koszmary.

Całuje ją, delikatnie popycha w stronę ściany.

– Nie chce mi się już spać – mruczy. – A tobie?

– Mnie też nie! Co za szczęście, że cię spotkałam – dodaje, gdy Bertrand wsuwa ręce pod jej szlafrok.

– Nie, to ja jestem wielkim szczęściarzem!

Cloé śmieje się cicho, szlafrok opada na parkiet.

Jest naprawdę wielkim szczęściarzem.

Rozdział 3

Spóźniła się. I co z tego?

Niedługo będzie kierować tą firmą. Któż śmiałby robić jej wyrzuty?

Kiedy Cloé zmierza w stronę gabinetu, personel, określany chętniej mianem współpracowników, kłania się jej z szacunkiem. Usłużnie, potulnie chyli czoła przed przyszłą cesarzową. Wymuszone uśmiechy, poddańczy wzrok.

Cloé to uwielbia. Z każdym dniem odczuwa coraz większą rozkosz. Niesamowite, jak szybko rodzi się zamiłowanie do władzy.

Gdy zostanie szefową, zaprowadzi tu nowe porządki. Jeżeli się nie myli w swoich rachubach, nastąpi to wiosną, a to najlepszy czas na wielkie sprzątanie. Niektórzy zabiorą wówczas swoje rzeczy i pójdą na zieloną trawkę.

Straciłeś robotę? Czeka cię zsyłka do urzędu pracy, na drugi biegun społeczeństwa. Długa, wyczerpująca wędrówka przez lodowatą pustynię, bez psów i sań. Za to w towarzystwie wielu innych nieudaczników.

Wchodząc do gabinetu, uśmiecha się na myśl o krótkiej, ale napawającej radością liście tych, którzy spakują manatki, by udać się w tamte ponure strony.

Ledwie zdjęła płaszcz, a już w przestronnym zaciszu zjawia się bez pukania Nathalie.

– Dzień dobry, Cloé!

Jej sekretarce od niedawna się wydaje, że ma prawo zwracać się do niej po imieniu. Niedługo uzna, że przeszły na ty i zacznie poklepywać ją po plecach. Najwyższy czas przypomnieć jej, gdzie jej miejsce.

Na samym dole drabiny społecznej.

– Dzień dobry – odpowiada Cloé.

– Budzik się zepsuł?

Cloé wreszcie raczy na nią spojrzeć. A nawet patrzy jej prosto w oczy.

– Proszę? – pyta lodowatym tonem.

Asystentka szuka odpowiednich słów. Nie może po raz drugi popełnić błędu.

– Myślałam, że… Ponieważ zwykle przychodzi pani wcześniej, sądziłam, że…

Cloé zbliża się do niej z drapieżnym uśmiechem na kształtnych wargach.

– O ile dobrze usłyszałam, zarzuca mi pani, że się spóźniłam.

– Nie, ależ skąd! – jąka się sekretarka. – Zastanawiałam się, czy coś się nie stało, niepokoiłam się o panią!

– Uważa się pani za moją matkę?

Nathalie postanawia milczeć. Niezależnie od tego, co powie, i tak obróci się to przeciwko niej.

– Nie jestem szeregowym pracownikiem z niższych pięter – dodaje spokojnie Cloé. – Przychodzę wtedy, gdy mi się podoba. Nieprawdaż?

Nathalie zaraz upuści teczkę z papierami, którą trzyma w rękach.

– Oczywiście – mamrocze. – Nie musi się pani usprawiedliwiać.

– Nie inaczej. Czy ma mi pani coś ciekawego do powiedzenia?

– Pan Pardieu chce się z panią widzieć.

– Dobrze. Bardzo dziękuję, Nathalie.

Sekretarka ucieka, Cloé uśmiecha się po raz drugi. Tym razem kpiąco. Może tę głupią gęś też wyśle do urzędu pracy. Nie podjęła jeszcze decyzji. Nathalie nie grzeszy inteligencją, ale Cloé nie potrafi jej odmówić pewnej skuteczności.

Wiesza płaszcz i idzie do gabinetu Pardieu. Stary rozmawia przez telefon, ale daje jej znak, żeby weszła i usiadła.

Cloé krzyżuje nogi, spódnica podjeżdża jej lekko do góry. Nic w tym zdrożnego, ale Dziadziuś nie spuszcza z niej wzroku. Cloé podejrzewa, że już od pewnego czasu może wyłącznie napawać się widokiem kobiet. Niektórzy starzeją się szybciej i gorzej od innych, natura jest niesprawiedliwa…

Wreszcie Pardieu odkłada słuchawkę i uśmiecha się do niej. Czułym, ojcowskim uśmiechem.

– Wszystko w porządku, Cloé?

– Tak, dziękuję. Spóźniłam się, przykro mi.

– Nie szkodzi, moje dziecko. Napracowała się pani wczoraj. Była pani znakomita.

Teraz ona z kolei się uśmiecha, pieści go słodkim wzrokiem. Pardieu podnosi się z fotela i idzie zamknąć drzwi do gabinetu, które zawsze są otwarte. A zatem chodzi o coś ważnego. Może nawet kluczowego.

– Postanowiłem odejść na emeryturę – oznajmia. – Tym razem wyznaczyłem nawet datę.

Cloé stara się sprawiać wrażenie zaniepokojonej. Całe szczęście, że chodziła na warsztaty teatralne, gdy była nastolatką.

– Naprawdę zamierza nas pan opuścić?

– Mam ochotę odpocząć i wykorzystać czas, który mi pozostał! Wie pani, mam już 68 lat. Czas płynie tak szybko…

Wygląda znacznie starzej. W porównaniu do niego nawet jej dziadek, który przekroczył już osiemdziesiątkę, przypomina młodzieńca. Ale nie jest to właściwy moment, by go informować, że nie będzie się długo cieszył astronomiczną emeryturą.

– Nie wygląda pan na swój wiek – kłamie Cloé. – Już to panu mówiłam. Zresztą zanim pan odejdzie, musi mi pan zdradzić sekret wiecznej młodości!

– Praca, moje dziecko… Praca.

Jeżeli z tego powodu przedwcześnie zgrzybiałeś, to powinnam jak najszybciej rzucić tę robotę!

– Rozumiem, że ma pan ochotę na jakąś odmianę – ciągnie młoda kobieta – ale jak my sobie bez pana poradzimy?

– Dacie sobie świetnie radę! Głównie dlatego, że zastąpi mnie bardzo wartościowa osoba.

Cloé ściska się serce. Wreszcie nadszedł wyczekiwany moment. Ale czy to ona jest tą bardzo wartościową osobą?

Pardieu wpatruje się w nią z tajemniczym uśmiechem, bezlitośnie przedłużając suspens.

– Muszę oczywiście jeszcze porozmawiać z zarządem, ale już dokonałem wyboru i sądzę, że zarząd się do niego przychyli… Czy zgodzi się pani zająć moje miejsce?

Cloé zalewa fala gorąca; ma ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, zerwać się z krzesła, skakać do sufitu. Niemal ucałować Starego.

Zadowala się jednak nieśmiałym uśmiechem zakłopotanej dziewczynki.

– No cóż… Jestem bardzo wzruszona, to dla mnie zaszczyt. Ale też trochę zdziwiona. I ponieważ nie chcę niczego przed panem ukrywać, powiem, że także odrobinę przestraszona!

– Ależ moje dziecko, nie wybrałem pani przypadkowo…

– Mam nadzieję, że stanę na wysokości zadania. Byłabym dumna, gdybym została pana następczynią.

– Bardzo mnie to cieszy.

– Nie obawia się pan, że uznają, iż jestem trochę za młoda?

– Wysoko panią cenią, a ja im wytłumaczę, że właśnie pani jest tą osobą, która powinna przejąć pałeczkę. Jestem niemal pewien, że zatwierdzą moją decyzję.

W słowie niemal Cloé wyczuwa jakiś fałsz.

– Dziękuję. Jestem panu bardzo wdzięczna.

– Zasługuje pani na to stanowisko. Ma pani wszystkie niezbędne atuty. Charyzmę, inteligencję, pracowitość, zdolność do pracy w zespole, wiedzę, wykształcenie… I oczywiście siłę woli i nadzwyczajną odwagę.

Cloé śmieje się cicho, zakłopotana, próbuje nawet się zaczerwienić. Bierze ją za rękę.

Doczekała się wreszcie nagrody za lata harówki. Lata płaszczenia się przed nim, ale nie za bardzo. Schlebiania mu, ale bez przesady. Poświęcania wieczorów i urlopów.

A wszystko po to, by dokonać czegość niebywałego. Zająć królewski tron w wieku zaledwie 37 lat.

Tak, to niebywałe.

Myśli o Philipie Martinsie, drugim zastępcy dyrektora. Zzielenieje z zazdrości. Pewnie nigdy się nie podniesie po tej porażce! Dać sobie sprzątnąć sprzed nosa stanowisko kobiecie, w dodatku młodszej i mniej doświadczonej… Co za hańba!

– Oczywiście musi to na razie pozostać między nami – dodaje Pardieu. – Jeżeli zarząd przyjmie moją propozycję, ogłoszę dobrą nowinę za mniej więcej dwa miesiące. Proszę, żeby do tego czasu się pani nie zdradzała.

– Będę się pilnować. Ale jak pana zdaniem zareaguje Philip? Ma dłuższy staż ode mnie i…

– Philip podporządkuje się mojej decyzji – przerywa nieco oschle Stary. – Zresztą nie będzie miał wyboru. Jeżeli się z tym nie pogodzi, trzeba będzie znaleźć kogoś na jego miejsce.

– Mam nadzieję, że firma nie będzie musiała się z nim rozstać. Jest dla nas wszystkich bardzo cennym pracownikiem.

– Też mam taką nadzieję – zgadza się Dziadziuś. – Muszę zresztą przyznać, że długo się wahałem, kogo z waszej dwójki wybrać. Ale wydaje mi się, że czegoś mu brakuje. Tego czegoś, co pomaga w różnych okolicznościach… To może być wręcz niebezpieczna broń!

– Co to takiego? – niecierpliwi się Cloé.

– Wdzięk, oczywiście.

Rozdział 4

Ma wzrok szaleńca.

Fascynujący. Tak bardzo niepokojący.

Ciemnobrązowe oczy. Po prostu ciemnobrązowe. Czysty kolor, bez żadnych odcieni.

Spojrzenie tak głębokie, że gdy się w nim zatopić, ma się wrażenie, że spada się w nieznane lub w nieskończoność.

Bez dna, to właściwe określenie.

Krępujące jest to, co się w tym wzroku kryje, co on wyraża, sugeruje. Co insynuuje, ukrywa, ujawnia. Obiecuje i wywołuje.

Milczy, od kilku minut nie powiedział ani słowa.

Siedzi w tej staromodnej kuchni. Naprzeciw kobiety góra trzydziestoletniej, która ma na sobie krótki, obcisły podkoszulek w ohydnym różowym kolorze, opinający piersi wypełnione silikonem i odsłaniający brzydki pępek, oraz białe, lekko przezroczyste, przylegające spodnie. Do tego tania biżuteria i dopasowany do T-shirtu lakier do paznokci. Piercing w prawym płatku nosa, lewym łuku brwiowym, języku. Bezbarwne, wypłowiałe włosy. Przesadny makijaż.

Wulgarna, to właściwe słowo.

Wpatruje się w nią, kobieta z trudem wytrzymuje jego wzrok. Jego słynny wzrok.

Nie do zniesienia.

Na wargach błąka mu się lekki, ledwie widoczny uśmiech. Jakby z niej kpił. Albo coś szykował. Kobieta przejeżdża ręką po napiętym karku, korzysta z tego, żeby na moment odwrócić głowę.

Ma wrażenie, że ten półuśmiech ją osądza, a spojrzenie potępia.

Mężczyzna się nie rusza, nie wydaje się nawet, żeby czuł potrzebę rozprostowania mięśni. Niewzruszony jak kamienny blok.

Wdarł się do jej mieszkania siłą, nie miała wyboru. Zmusił, by tu usiadła, zadał jej pytanie. Jedno jedyne pytanie.

Czeka na odpowiedź, najwyraźniej gotów spędzić wieczność, siedząc naprzeciw niej.

– Przestań się, do cholery, tak we mnie wpatrywać! – wrzeszczy nagle dziewczyna.

– Dlaczego? Przeszkadza ci, jak ktoś na ciebie patrzy? Myślałem, że to lubisz.

– Przeszkadza mi, gdy ty na mnie patrzysz! Wierzyć się nie chce, chyba jesteś świrem!

– Dlatego, że patrzę ci w oczy?

– Dlatego, że tu siedzisz, nie ruszasz się i nie robisz nic, tylko oddychasz! Jak jakiś cholerny robot! A może nie jesteś nawet gliną?!… Tak, twoja legitymacja jest lipna! Zmywaj się stąd, bo wezwę gliny, prawdziwe gliny!

Kobieta wpada w histerię, mężczyzna przypomina marmur. Nie odpowiada, jakby już powiedział za dużo. Jakby oszczędzał słowa. Wyjmuje tylko z kieszeni i podsuwa jej legitymację służbową. Dziewczyna ogląda zdjęcie i machinalnie czyta:

– Inspektor Alexandre Gomez… Inspektor, ściema pierwszej wody!

Siedząc nieruchomo, nadal się w nią wpatruje, jakby starał się przebić jej czaszkę i wyczytać coś z mózgu. Ale czy znalazłby w nim jakieś interesujące strony nadające się do przejrzenia, czy jedynie żałosny ciąg pustych komórek?

Dziewczyna zaczyna wiercić się na krześle, jakby zaczęła ją swędzieć kość ogonowa pod stringami. Jedną nogą porusza rytmicznie, nerwowo wyłamuje sobie palce.

Statek nabiera wody, niedługo zatonie. Właściwie już tonie. Gomez uśmiecha się nieco wyraźniej, chodzi teraz o to, by powiększyć szczelinę w kadłubie.

– Powinnaś dać sobie spokój z kawą – mówi. – A już zwłaszcza z koką.

– Odpieprz się ode mnie, kretynie! – rzuca, wykrzywiając okropnie usta.

Gomez nie pozostawia jej czasu na reakcję ani na strach. Zrywa się na równe nogi, podnosi ją z krzesła i przyciska do ściany. Jej stopy nie dotykają podłogi. Trzeba przyznać, że jest wysoki. I niesłychanie silny.

Dziewczyna wstrzymuje oddech, zahipnotyzowana wzrokiem szaleńca, którym nadal się w nią wpija.

– Nie obrażaj mnie, bo dostaniesz po ryju, rozumiesz?

Powiedział to spokojnie, nie podnosząc głosu. Kobieta zastanawia się, czy nie spróbować mu się wyrwać. Waha się, co odpowiedzieć.

Oczywiście, że on tego nie zrobi! Nie ma prawa. Blefuje.

– Puść mnie, pierdolony gliniarzu!

Wykonuje jej polecenie. Ona się dziwi, gdy znowu dotyka ziemi. Jeszcze bardziej, gdy dostaje cios w twarz. Policzek, który przypomina uderzenie pięścią. Jakimś cudem utrzymuje się na nogach, rzuca mu zaskoczone spojrzenie.

Okazało się, że nie blefował.

Nadchodzi drugi cios, jeszcze silniejszy. Kobieta upada na ziemię.

– Przestań, chyba ci odbiło! – jęczy.

– Uprzedzałem cię – on odpowiada po prostu. – Powinnaś słuchać, co się do ciebie mówi.

– Cholera… Jesteś kompletnie porąbany…

Kobieta zaczyna podnosić się z podłogi, ale on chwyta ją za podkoszulek i sadza na krześle. Krew leci jej z nosa, wyciera ją ręką.

– Złożę na ciebie skargę! – grozi bez wielkiego przekonania.

– Dobrze. Chcesz, żebym przyjął zgłoszenie? Ostatecznie to moja praca.

Na kilka sekund zbił ją z tropu, papierowym ręcznikiem, który poniewierał się na stole, dalej wyciera krew lejącą jej się z nosa.

– Jesteś, do cholery, nienormalny…

– Takie w istocie chodzą plotki. Więc powinnaś odpowiedzieć na moje pytanie. Bo kto wie, co ci jeszcze mogę zrobić…

– Nie boję się ciebie! – kłamie. – On jest znacznie bardziej niebezpieczny niż ty!

– Bardzo by mnie to zdziwiło. A jeśli nawet, to i tak nie zdążysz tego sprawdzić.

Podnosi na niego wzrok, starając się zrozumieć sens tego zdania.

– Albo mi powiesz to, co chcę wiedzieć, i zajmę się tym gnojem tak skutecznie, że nie zobaczysz go przez długie lata, albo dalej będę przez ciebie tracił czas i sprawię, że znikniesz na dobre.

Kobieta zaczyna się śmiać. Puszczają jej nerwy.

– Wyciągniesz spluwę i załatwisz mnie tu ot tak? – odparowuje. – Przestań opowiadać bajki, psie!

– Nie, nie użyję oczywiście broni służbowej. Wystarczy mi nóż kuchenny, zapewniam cię. Nikt nie wie, że tu jestem, więc nikt nie będzie mnie podejrzewał. Zresztą wszyscy mają cię gdzieś. Możesz zdechnąć i nikt się tym nie zainteresuje.

Źrenice młodej kobiety się rozszerzają. Nagle zdaje sobie sprawę, że on nie zdjął skórzanych rękawiczek. Żadnych odcisków palców, żadnych śladów.

Kobieta czuje suchość w ustach, serce bije jej jak szalone. Mężczyzna cały czas spokojnie się w nią wpatruje.

– Masz przecież nóż kuchenny, prawda?

– …

– Świetnie. Więc jaka jest twoja decyzja?

– Blefujesz!

– Nigdy. Nie znoszę udawać, to strata czasu.

Wstaje, otwiera pierwszą szufladę. Ona go obserwuje, zbyt zdumiona, by zareagować.

– Nie trafiłem! – rechocze, potrząsając pudełkiem zapałek. – Aczkolwiek… Wychodząc, mogę podpalić tę żałosną chatę. To opóźni identyfikację twoich zwłok.

Chowa pudełko zapałek do kieszeni dżinsów, otwiera drugą szufladę.

– Bingo!

Widząc błysk ostrza, kobieta wreszcie otrząsa się z otępienia. Rzuca się do wyjścia, ale mężczyzna łapie ją w momencie, gdy dobiega do drzwi.

Wrzeszczy, a on zakrywa jej usta ręką.

Wyrywa się, a on przykłada jej nóż do gardła.

– Więc jaką podjęłaś decyzję? – szepcze jej na ucho. – Przypominam ci, że ucieczka nie wchodzi w grę. Albo zaczniesz mówić, albo zdechniesz.

Ona dalej wrzeszczy, mimo że zakrył jej usta.

– Przestań się tak rzucać, bo skończy się na tym, że przez przypadek poderżnę ci gardło i nie dowiem się nawet, czy jesteś gotowa iść na współpracę, czy nie. To byłoby idiotyczne, co?… Przeważnie staram się unikać takich błędów. Nie cierpię papierkowej roboty.

Mężczyzna naciska na rękojeść noża, kobieta przestaje się wyrywać. Gomez cofa rękę, a ona już nie krzyczy.

Wie, że wygrał. Strach to jego najlepszy sprzymierzeniec, choć jest mu obcy.

– Nie wiem, gdzie on jest – jęczy dziewczyna.

Ostatni zryw przed wielkim skokiem w cudowną toń wyznania.

– Szkoda. W takim razie nie jesteś mi potrzebna. Bye, bye…

– Nie, przestań! Powiem ci… Przestań, do cholery!

Kobieta wybucha płaczem, a Gomez wzdycha. Pierwszy znak zniecierpliwienia, odkąd tu wszedł.

– Słucham cię.

– Jest…

Dziewczyna bierze głębszy wdech, czuje, jak ostrze delikatnie zagłębia się w jej gardło.

– Gdzie?

– W departamencie Val-de-Marne. W Créteil, rue de la Fraternité, mieszkanie numer 29.

– Sam?

– Tak… tak!

Odpycha ją bez ceregieli. Kobieta wpada na krzesło, przewraca się na dywan.

– Jeżeli mnie okłamałaś, to tu wrócę. Jeśli wspomnisz komuś choćby słowem o naszej miłej rozmowie, to też wrócę. Zrozumiano?

– Tak… Powiedziałam wszystko, co wiem!

– Świetnie. Dziękuję, że zgodziła się pani na współpracę z policją.

Przed wyjściem rzuca nożem kuchennym w stronę młodej kobiety. Ten wbija się w kanapę kilka centymetrów od jej twarzy; dziewczyna kuli się oparta o sofę.

– Muszę potrenować! – stwierdza z uśmiechem gliniarz. – I nie żartowałem, wiesz… Powinnaś naprawdę dać sobie spokój z koką! Miłego dnia, moja droga.

Rozdział 5

Siedzą przy stole w ogródku w swojej ulubionej kawiarni, w połowie drogi między wieżowcem, w którym pracuje Cloé, i fabryką Carole. Innymi słowy szpitalem.

Lubią się tam spotykać, gdy nie mają czasu na wspólny lunch. Nieraz zaledwie na kwadrans.

Ogrzewanie gazowe sprawia, że na dwóch metrach kwadratowych lodowej kry panuje tropikalna temperatura. Herbata, kawa ze śmietanką. A z ust Cloé nie schodzi uśmiech. Triumfalny uśmiech. Carole przygląda się jej z mieszaniną czułości i zazdrości.

– Skaczesz ze szczęścia?

– Jestem w siódmym niebie, moja droga!

– Cieszę się razem z tobą. I jestem z ciebie dumna. Ale wiedziałam, że to osiągniesz.

– Dyrektor generalna! Masz pojęcie?

Carole pije łyk herbaty, ma zamiar ją posłodzić, ale powstrzymuje się w ostatniej chwili. Musi dbać o linię.

– W każdym razie nie możesz się wychylać, dopóki nie nadejdzie ten wielki dzień.

– Pewnie, że to nie czas na wygłupy. Jestem tak blisko celu, że nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.

Cloé przestaje się uśmiechać. Jakby dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę, że jej marzenie jest na wyciągnięcie ręki. Jedynie na wyciągnięcie ręki. Ptaszek może jeszcze odfrunąć, teraz albo w ostatnim momencie.

Ogródek mija mężczyzna, jego wzrok zatrzymuje się na dwóch kobietach.

Nie, wyłącznie na Cloé, Carole od dawna wie, że nie ma się co oszukiwać. Gdy są razem, staje się niewidoczna, przezroczysta. Cloé skupia na sobie całą uwagę, wszystkie reflektory są skierowane na nią. Zajmuje całą przestrzeń, innym zostawiając kąty.

Zawsze tak było. Nie tylko dlatego, że jest bardzo piękna. Raczej dlatego, że emanuje z niej coś wyjątkowego. Jakaś aura niepodobna do żadnej innej, zabójczy wdzięk, niesłychana siła. Wszystkim rzuca się w oczy, nie może przejść niezauważona, wtopić się w tłum śmiertelników. Ma w sobie coś jedynego w swoim rodzaju. Coś rzadkiego, o czym Carole zawsze marzyła.

Tym czymś jest fenomenalna siła przyciągania.

Tak bardzo chciałaby, żeby ten mężczyzna zwrócił na nią uwagę. Tylko po to, by poczuć, że istnieje. Ale nawet jej nie dostrzegł, całkowicie pochłonięty Cloé.

Tak samo było już wtedy, gdy miały 16 lat. Cloé Beauchamp, świetna, wybitnie uzdolniona uczennica. Zabawna, błyskotliwa, pełna wdzięku. Równie dobra w matematyce i w sporcie.

Doskonała, spełniona, kobieta sukcesu.

Cloé, przyszła dyrektor generalna francuskiej filii holdingu marketingowo-reklamowego.

Cloé, która zaledwie przed kilkoma miesiącami spotkała księcia z bajki, gdy próbowała się pozbierać po nieudanym związku, jaki powinien był ją skazać na długie lata celibatu.

Cloé, której pragną wszyscy mężczyźni.

Cloé, Cloé, Cloé… Centrum świata, promienista gwiazda, wokół której krążą żałosne satelity.

Tak należy to określić, jestem jedynie satelitą Cloé. Pożałowania godną planetą pogrążoną w jej cieniu. Jest boginią, a ja jej biedną czcicielką. Innymi słowy nikim.

– O czym myślisz? – pyta Cloé, dopijając kawę.

– O tobie – odpowiada Carole. – O tobie, moja droga…

***

W drzwiach do gabinetu pojawia się kuni pyszczek Nathalie.

– Przepraszam, chciałabym potwierdzić pani spotkania.

– Proszę wejść – odpowiada Cloé. – Niech pani usiądzie.

Asystentka siada i otwiera kalendarz szefowej.

Tak, nie. Przełożyć, odwołać, potwierdzić.

Cloé jest myślami gdzie indziej. Siedząc w osłoniętym od wiatru koszu balonu, obserwuje z góry świat. Magiczny. Upajający. Odurzający.

Wszyscy inni, od których roi się na dole, to tylko maleńkie, nic nie znaczące owady.

Nie jest nawet zdziwiona, że wzbiła się na takie wyżyny. I to tak szybko. Zaczęła pracę w tej firmie zaledwie przed pięcioma laty, jako dyrektorka kreatywna, a oto właśnie ma wspiąć się na najwyższy szczebel drabiny. Po prostu dlatego, że jest najlepsza, ma silną wolę i stalowe nerwy.

Po prostu dlatego, że jest Cloé Beauchamp i nie można się jej oprzeć.

Bo potrafiła ukryć swoje wady, a nie są małe. Wręcz olbrzymie. Bo potrafiła zamknąć się w kuloodpornym pancerzu, którego nic nie jest w stanie przebić.

Uśmiecha się, słuchając jednym uchem bzyczenia Nathalie. Nie dociera do niej nawet, że ktoś puka do drzwi, i dopiero po kilku sekundach orientuje się, że przy jej biurku stoi Philip Martins.

Nathalie szybko ucieka, Cloé uśmiecha się do kolegi. Swojego przeciwnika. Pokonanego zaledwie w kilku rundach, który jeszcze nie wie, że został znokautowany.

Niebywałe.

– Chciałbym, żebyśmy wspólnie przedyskutowali ten projekt – mówi, kładąc przed nią gruby skoroszyt. – Interesuje mnie twoja opinia.

– Chętnie. Jeżeli tylko mogę ci pomóc…

Cloé ogląda jego ręce. Zawsze uważała, że ma nieładne ręce. Lekko opuchnięte palce, zbyt widoczne żyły. Szkoda, bo nie jest brzydki. Prawdę mówiąc, ma wiele uroku. Trudno się domyślić, że przekroczył pięćdziesiątkę. Dba o siebie, to widać. Zawsze bardzo się sobie podobał, nie może mieć mu tego za złe; przynajmniej to ich łączy.

Cloé słucha z roztargnieniem, co jej opowiada, wyjątkowo skupiając uwagę na jego osobie. Na jego twarzy, rozpiętym kołnierzyku koszuli od Diora. Wyobraża sobie tę chwilę, kiedy się dowie… Dziwi ją lekkie ukłucie w sercu, uczucie, którego się nie spodziewała. Nie sądziła, że będzie użalać się nad smutnym losem Philipa Martinsa, nudnego kolegi, mężczyzny, który nigdy nie dał jej nic za darmo i zawsze starał się zgarnąć jak najwięcej dla siebie.

Ja wygrałam, a on przegrał. Takie są reguły gry. Nie powinnam się nad nim litować. Zostanie jedynie moim zastępcą. Moim pracownikiem. Moją własnością.

– Myślisz o tym czasem? – pyta nagle Cloé.

Martins przerywa swoje żmudne wyjaśnienia i przygląda się jej, nie rozumiejąc, o co chodzi.

– O odejściu Pardieu – dodaje Cloé z dziwnym uśmiechem.

Zaskoczony, odpowiada dopiero po kilku sekundach.

– Tak, oczywiście – mówi w końcu. – Ale dlaczego mnie o to pytasz?

– Uważam, że byłbyś znakomitym prezesem.

Zaniemówił, szczerze zdziwiony komplementem.

– Tak, uważam, że byłbyś znakomity – ciągnie Cloé.

– Dziękuję. Ale Pardieu jeszcze nie odchodzi!

– Zgadza się, ale sądzę, że nastąpi to już niedługo.

Spogląda na nią pytającym wzrokiem, wpatrzony w jej pełne wargi.

– Kobieca intuicja! – żartuje Cloé z rozbrajającym uśmiechem.

Zawsze lubiła takie gierki. Zwłaszcza gdy miała do czynienia ze słabszym przeciwnikiem. Choć Martins może kryć coś w zanadrzu. Nauczyła się, by mu nie ufać.

Nigdy nikomu nie ufać. W ten sposób unika się wielu porażek. W ten sposób człowiek nie rozbija się o rafy.

Znowu skupia się na Martinsie, który plącze się w nudnych wyjaśnieniach.

W najbliższych tygodniach będzie niezła zabawa.

Trzeba mu wmówić, że to on zostanie prezesem. Uspokoić go, dodać mu pewności siebie. Zahipnotyzować go pięknym tańcem brzucha, żeby nie dostrzegł zbliżającego się cyklonu.

A gdy nadejdzie ten wyczekiwany moment, dobić go.

Kołysana poważnym głosem Philipa, Cloé na nowo rozsiadła się w koszu balonu. Unosi się ponad tym wszystkim w oślepiającym, błyszczącym świetle.

Na horyzoncie nie widać najmniejszej chmurki.

***

– Oglądał pan wczoraj mecz? – pyta podkomisarz Laval.

Gomez mierzy go wzrokiem z ironicznym uśmiechem.

– Nie. Zajmowałem się czymś znacznie bardziej interesującym.

– Czym?

– Nie mogę ci o tym opowiedzieć.

– Dlaczego? – dziwi się Laval.

– Bo dopiero co osiągnąłeś pełnoletniość, a niektóre sceny są niewskazane dla młodszych widzów.

– Czasami zachowuje się pan jak ostatni kretyn – mówi Laval, wzruszając ramionami.

– Tylko czasami? To mnie uspokaja. Dziękuję ci, Smarkaczu.

– W każdym razie mecz był naprawdę ekstra! W końcu PSG…

– Wiem, kto wygrał – wzdycha Gomez. – Znam nawet wynik. Trudno przed tym uciec, chyba że się ogłuchnie. Czasem by mi to wręcz odpowiadało! Bo nie rozumiem, jak można się emocjonować, patrząc na bandę debili, którzy rżną w piłę.

– Jest pan wkurzający, i to bez przerwy!

Gomez się śmieje i kładzie rękę na ramieniu kolegi.

– Rozszyfrowałeś mnie w dwie sekundy, brawo! Będziesz świetnym gliniarzem, jak urośniesz.

Siedzą w nieoznakowanym samochodzie zaparkowanym przy rue de la Fraternité w Créteil.

– Może mi pan powiedzieć, po jakiego grzyba tu jesteśmy? – pyta Laval.

– Przyjechaliśmy na obserwację.

– Tak, tego się domyśliłem. Ale na kogo właściwie czekamy?

– Zobaczysz, jak raczy wyjść z domu! Ale wierz mi, nie będziesz rozczarowany.

– To pan tu dowodzi…

– No właśnie, Smarkaczu. Więc miej oczy otwarte i obudź mnie, gdy spod numeru 29 wyjdzie facet z długimi ciemnymi włosami i zakazaną mordą.

Gomez odchyla oparcie siedzenia, zakłada ramię na ramię i zamyka oczy.

– Chce się pan zdrzemnąć o tej porze?

Inspektor już zasnął albo udaje; jego młody kolega podnosi oczy do nieba. Praca z Alexandre’em Gomezem jest jak przygoda, która codziennie zaczyna się na nowo. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje, w jakie gówno lub w jaką wspaniałą zasadzkę wpakuje kolegów.

Ten facet stanowi zagadkę i z pewnością pozostanie nią aż do śmierci. Która raczej nie nastąpi w łóżku, w ponurym, zacisznym domu starców.

Zbyt tajemniczy, by go do końca poznać.

Zbyt odstręczający, by go naprawdę cenić.

Zbyt inteligentny, by go całkiem nienawidzić.

Zbyt odważny, by go skrycie nie podziwiać.

Zbyt drapieżny, by odważyć się otwarcie stawić mu czoła.

***

Jest noc, jest zimno. Jest późno.

Śmieją się głośno.

Gdy Bertrand namiętnie ją obejmuje, Cloé szuka w torebce kluczy do domu. Lekko wstawiona, ma kłopot z koordynacją ruchów.

– I co, otworzysz wreszcie? – niecierpliwi się Bertrand. – Mimo wszystko nie będziemy tego robić na schodach… Nie mam ochoty trafić na posterunek za obrazę moralności!

Cloé jest nadal rozbawiona, upojona alkoholem, dumą i pożądaniem.

Jest przystojny, inteligentny, wesoły. I jest mój.

Wreszcie znajduje klucze, walczy, by trafić do zamka. Bertrand ujmuje jej rękę i prowadzi ją, aż wykonuje właściwy ruch. Wchodzą do środka, rzucają się na siebie. Gdy Bertrand zamyka drzwi nogą, Cloé zdziera z niego marynarkę.

– Delikatnie, kochanie, dałem za nią pięćset euro!

– Kupię ci tyle marynarek, ile będziesz chciał – odpowiada, zabierając się za koszulę.

– Stajesz się niebezpieczna, gdy za dużo wypijesz!

– Kupię ci ich dziesiątki, setki, jeśli tylko zechcesz!

– Masz mnie za żigolaka czy co?

– Zarobiłbyś ogromne pieniądze! – śmieje się Cloé. – Miałbyś wielkie powodzenie. Ale nie lubię się dzielić… Jeżeli mnie zdradzisz, wydrapię ci oczy!

Podnosi ją z podłogi, Cloé obejmuje go za szyję. Niesie ją tak aż do salonu, a ona cały czas się śmieje. Kładzie ją na dywanie i teraz on zaczyna ją rozbierać. Ale postanawia być delikatny.

Zawsze delikatny.

Nagle Cloé przestaje się śmiać. Środek jej czoła przecina zmarszczka.

Ponieważ wpatruje się w jakiś punkt za jego plecami, Bertrand się odwraca, ale nie zauważa nic szczególnego. Cloé zostawia go na środku salonu, podchodzi do pięknej komody z orzecha i przygląda się trzem wiszącym tuż nad nią zdjęciom w ramkach.

– Co się dzieje? – niepokoi się Bertrand. – Zachowujesz się, jakbyś widziała te zdjęcia po raz pierwszy!

– Nie są na swoich miejscach. To, które jest po prawej, tutaj, normalnie wisi po lewej i odwrotnie. To wina Fabienne, która tu sprząta. Pewnie je odkurzała i pomyliła kolejność, gdy wieszała je z powrotem.

Bertrand kładzie ręce na jej biodrach, przyciska wargi do jej karku.

– Ta twoja historia ze zdjęciami jest szalenie interesująca, ale mamy coś znacznie ciekawszego do roboty.

Wzdycha, gdy Cloé znowu mu się wymyka. Staje na palcach i przewiesza fotografie.

– Widzisz, na tym zdjęciu mam dwanaście lat i stoję obok ojca. Szalenie mi się podoba…

– Ojciec?

– Nie, zdjęcie.

Uśmiecha się na widok jego oburzonej miny. A potem wybucha głośnym śmiechem.

– Jesteś nieprzewidywalna – przyznaje Bertrand.

Głaska ją po twarzy, przesuwa ręką po włosach.

– Nigdy nie opowiadałaś mi o swoich rodzicach – dodaje.

Uśmiecha się do niego czule.

– Chcesz o mnie wiedzieć wszystko?

Bertrand potakuje skinięciem głowy.

– A ja nie wiem o tobie nic – mruczy Cloé.

Zupełnie nic. Ani skąd pochodzisz, ani dokąd zmierzasz. Kim jesteś naprawdę. Co przeżyłeś, co masz nadzieję przeżyć. Nie znam żadnego twojego marzenia ani żadnego koszmaru.

Nie wiem o tobie zupełnie nic, poza tym, że masz najbardziej niezwykłe oczy, jakie w życiu widziałam. Że stajesz się najsilniejszym narkotykiem spośród tych, których w życiu próbowałam.

***

– Może odpuścimy, co? – pyta Laval z nadzieją w głosie.

Nieruchomy Gomez z niezmąconym spokojem wpatruje się w ulicę. Niewzruszony jak posąg.

– Weź taryfę i wracaj do domu – proponuje. – Maluchy w twoim wieku muszą wcześnie kłaść się spać.

– Pewnie facet, na którego pan czeka, zmył się już na Seszele…

Laval ziewa tak, że o mało mu szczęka nie odpada.

– Niech pan mi przynajmniej powie, przez kogo sterczymy tu od tylu godzin, to mnie zdopinguje.

– Lepiej, żebyś nie wiedział. Bo zsikasz się w majtki.

– Założymy się?

– Chodzi o kumpla Bashkima.

– Bashkima? Ale skąd się pan dowiedział, gdzie go szukać?

– Nie powiedziałem, że znalazłem Bashkima. Tylko ślad faceta, który może nas do niego doprowadzić… To drobna różnica.

– Kto panu dał cynk?

– Taka jedna laska, która uważa, że mam ładne oczy i seksownie rzucam nożem.

– Że co?

– Nieważne, Smarkaczu. Liczy się, żeby dotrzeć do szefa siatki.

– Wierzyć mi się nie chce… Jeżeli to jego kumpel, Bashkim też może się szwendać gdzieś w pobliżu.

– Marzenie ściętej głowy – burczy Gomez. – Ten degenerat zaszył się pewnie w swoim gównianym kraju… Albania to piękny kraj? Byłeś tam?

– Nie. Ale jak Bashkim się pojawi, będziemy musieli wezwać na pomoc armię. Ten gość jest porąbany!

– Tak jak ja – przypomina inspektor. – Ja pewnie nawet bardziej, bo ryzykuję własną skórę za dwa i pół tysiąca euro miesięcznie.

Lavalowi odechciało się spać. Wpatruje się z niepokojem w drzwi pod numerem 29, obawiając się, że zobaczy w nich faceta, na którego nieświadomie czekał przez całe popołudnie.

Oby się nie pojawił. Ani on, ani jego kumpel.

– Masz stracha? – pyta Gomez.

Laval nagle zaczyna wiercić się na siedzeniu.

– Dwie osoby to mało, żeby dopaść taką sztukę. Zbyt duże ryzyko. To przeciwnik wagi ciężkiej. Uzbrojony po zęby…

– A co ty nosisz pod marynarką? Grzechotkę?… Powtarzam ci, to nie Bashkim tu mieszka, tylko jego kumpel. I na razie chodzi wyłącznie o to, żeby się do niego przyssać. Żeby nas doprowadził do jakiegoś gnoja, który jest ciut ważniejszy od niego. I tak dalej. Nie będę cię chyba uczył podstaw, co?

– Jest pan, do cholery, nienormalny…

Gomez wpatruje się w niego lodowatym wzrokiem.

– A teraz się zamkniesz, OK? Jeżeli się boisz, to spadaj. A jak nie, to stul pysk i pilnie słuchaj.

Laval martwieje ze strachu. W ostatecznym rozrachunku bardziej się boi Gomeza niż Tomora Bashkima.

– Chcę dopaść tego sukinsyna, rozumiesz? Od miesięcy staram się go namierzyć, a teraz mam jakiś trop. Więc nie odpuszczę. Wybrałem cię, żebyś mi pomógł, bo mam do ciebie zaufanie. Ale jeżeli czujesz, że cię to przerasta, jeżeli się pomyliłem, to możesz się zmywać. Czy to jasne?

– Jasne – mruczy Laval. – Zostaję, w porządku.

– Świetnie. Możesz się trochę przespać, jeśli masz ochotę. Teraz twoja kolej.

***

Z radia z budzikiem zniknęły czerwone cyfry.

Więc Cloé bierze komórkę ze stolika nocnego i stwierdza z radością, że nie musi jeszcze wstawać. Jest dopiero 4.12.

Kładzie głowę na ramieniu Bertranda, który głęboko śpi, gotowa na nowo paść w objęcia Morfeusza. Ale odczuwa coraz bardziej palącą potrzebę, która jej w tym przeszkadza.

Z niechęcią wstaje, nie budząc kochanka, i idzie na bosaka do łazienki. Ponieważ nie ma światła, nie musi oglądać swojej twarzy w lustrze. Po wczorajszym pijaństwie pewnie wygląda okropnie…

Ulżyło jej i przed powrotem do łóżka postanawia wypić szklankę zimnej wody. Wzdryga się, słysząc za sobą hałas.

– Co ty tu robisz? – pyta Bertrand.

– Chciało mi się pić. Ale nie ma prądu. Pewnie wyłączyli.

– A na ulicy się świeci… Gdzie jest licznik?

– W garażu.

– Pójdę tam, wracaj pod kołdrę. W domu jest zimno jak w psiarni!

Bertrand szybko się ubiera, a ona wślizguje się do łóżka i czeka na jego powrót. Kładzie na poduszce głowę, która pęka jej z bólu, i przed zaśnięciem słyszy jeszcze, jak drzwi się otwierają, a potem zamykają.

***

Panuje idealna cisza. Może zbyt idealna.

Cloé wyciąga lewe ramię i stwierdza, że Bertranda nie ma.

Wyłączony prąd, licznik… Na wyświetlaczu telefonu widzi, że jest 4.45.

Wyszedł pół godziny temu.

– Bertrand?

Na jej wołanie odpowiada dramatyczna cisza.

– Kochanie?

Mówi głośniej, nadal nie ma żadnej odpowiedzi. Przechodzi ją dreszcz, próbuje zapalić lampkę przy łóżku.

Nie wrócił, prądu dalej nie ma.

Musi iść sprawdzić, co się dzieje. Ale lęk przykuwa ją do zimnego łóżka. Przed jej oczami delikatnie rysuje się Cień. Jeszcze ciemniejszy niż mrok.

– Bertrand, odezwij się, do cholery!

Wrzasnęła. Teraz szczęka zębami, nie tylko z powodu wyłączonego ogrzewania.

Uspokój się. Pewnie Bertrand nie może znaleźć przyczyny awarii i tyle.

Ale strach nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Cloé stara się znaleźć w sobie odwagę, by wyjść z łóżka, jakby miała opuścić bezpieczne schronienie i zapuścić się na wrogi teren.

Boso, w szlafroku powoli przemierza korytarz.

– Bertrand? Jesteś tu?

W holu odruchowo próbuje zapalić żyrandol. Stara się opanować dygotanie, które sprawia, że dzwonią jej zęby, i klnie na siebie w milczeniu.

Jestem śmieszna.

Na schodach na zewnątrz trochę uspokaja ją światło dochodzące z ulicy. Ale tylko trochę.

– Bertrand?

Słaby wietrzyk zdaje się z niej kpić i przenika ją na wylot. Cloé wraca do domu, wkłada szpilki.

Przez sekundę sobie wyobraża, jak też musi wyglądać o świcie, w drzwiach do domu, w białym szlafroku i czarnych szpilkach. Ale wyobraża sobie też masę innych rzeczy.

Martwego Bertranda. Zabitego przez Cień.

Schodzi na dół, skręca w lewo w stronę garażu. W ciemności majaczą szeroko otwarte drzwi, a za nimi czarna dziura.

Zastyga na progu i uważnie wsłuchuje się w ciszę.

– Kochanie?

Żadnego odgłosu, z wyjątkiem wiatru w gałęziach i ryczącego silnika samochodu na sąsiedniej ulicy. Ostrożnie wchodzi do garażu, który jest pusty, bo jej samochód został na podziemnym parkingu w agencji.

Oddycha ciężko, zimne powietrze pali jej płuca. Wewnętrzny głos coraz bardziej nalega.

Wróć do domu, póki jeszcze czas!

Odwraca się gotowa do ucieczki. I wtedy spotyka się twarzą w twarz ze swoim koszmarem.

Olbrzymim mężczyzną ubranym na czarno w kapturze na głowie.

Z jej gardła dobywa się przeraźliwy krzyk i Cloé zaczyna się cofać. Potyka się, skręca nogę w kostce i traci równowagę. Uderza głową o coś twardego, cios jest potężny.

Oddech zamiera jej w piersi, przez jej ciało przepływa fala gorąca, która wybucha w jej mózgu.

Spod przymkniętych powiek widzi Cień, który pochyla się nad nią.

Chciałaby się odezwać, spytać, gdzie jest Bertrand.

Co pan mu zrobił? Co pan mi zamierza zrobić?

Ale z jej otwartych ust nie wydobywa się żadne słowo.

Mężczyzna jest tuż obok niej. Wydaje się jej, że dostrzega dolną część jego twarzy. Wydaje się jej, że on się uśmiecha.

A potem…

***

Pomarańczowy kogut odbija się we wstecznym lusterku. Nadeszła godzina śmieciarzy. Najwyższy czas kłaść się spać.

Samochód przez moment stawia opór, w końcu rusza. Laval budzi się gwałtownie, dopiero po chwili sobie uzmysławia, że nie jest w swoim łóżku.

– Widział go pan?

– Nie – odpowiada inspektor. – Odwiozę cię do domu.

Laval ziewa, powieki mu się zamykają.

– Co pan zamierza teraz zrobić?

– Chwilę się zdrzemnąć.

– Nie, chodzi mi o tego gościa.

– Jeszcze się z nim policzymy!

– Domyślam się – wzdycha Laval. – Cholernie mnie boli krzyż…

– Poprosisz żonę, żeby ci zrobiła przyjemny masaż.

– Tylko że ja nie mam żony – przypomina młody podkomisarz.

Dwóch kompletnie pijanych gości zatacza się na chodniku, Gomez odbija w bok. Niedługo wróci do swojego nieco ponurego mieszkania. Ale przynajmniej będzie razem z nią. Wie, że nie zmorzy go błogi sen. Od miesięcy bezskutecznie go szuka.

Wkrótce nadejdzie świt, ale nie przyniesie mu żadnej otuchy.

Ten szczególny moment między nocą i dniem. Między dwoma tak różnymi światami.

Godzina, w której z ciemności wyłaniają się cienie.

Rozdział 6

Kurtyna jeszcze się nie zdążyła podnieść, a Cloé już czuje ból, budząc się z dziwnego snu, czy raczej koszmaru. Pełnego krzyków, chichoczących cieni. Rozżarzonych do białości pogrzebaczy, które rozłupały jej czaszkę.

Przez zamknięte powieki dociera do niej światło. A także głos. Który przywraca ją do życia.

Cień, upadek.

– No już, otwórz oczy, kochanie…

On jeszcze tu jest, lepiej nadal udawać nieprzytomną.

Ale głos robi się coraz bardziej natarczywy, zmusza ją do wyjścia zza kulis.

– Obudź się!

Wreszcie wykonuje polecenie i widzi zaniepokojoną twarz Bertranda. Wracają wspomnienia, zaczyna drżeć. Nagle zdaje sobie sprawę, że leży we własnym łóżku.

– Co się stało? – mruczy z wysiłkiem.

– Nie wiem – przyznaje Bertrand. – Chyba upadłaś i uderzyłaś się w głowę.

– Poszedł sobie?

– Kto?

Nagle strach powraca ze zdwojoną siłą. Cloé sztywnieje od stóp do głów.

– On tu jest!

– Uspokój się… Kto?

– Facet, którego widziałam w garażu!

– Uspokój się, proszę. Upadłaś, to wszystko. To moja wina.

Bertrand pomaga jej usiąść, podkłada jej dwie poduszki pod plecy. Cloé odwraca głowę w stronę migającego budzika, czuje przeszywający ból w ramieniu.

– Która jest godzina?

– 5.10. Wezwałem lekarza, będzie tu lada moment.

– Nie chcę lekarza, mówię ci, że go widziałam!

– Proszę, spróbuj się uspokoić. Nie ma tu nikogo poza tobą i mną.

Chwycił jej rękę i ściska ją mocno.

– Gdzie byłeś? – pyta nagle z wyrzutem Cloé. – Nie wróciłeś, więc wyszłam i…

– Wiem, przepraszam. Gdy podniosłem drzwi do garażu, usłyszałem, że jakiś samochód gwałtownie hamuje na ulicy, a potem w coś uderza. Więc wyszedłem sprawdzić, co się stało… Jakiś z lekka nawalony facet wjechał w samochód jadący przed nim.

– Byli jacyś ranni?

– Nie, tylko trochę pogiętej blachy – wyjaśnia Bertrand, nadal trzymając Cloé za rękę. – Ale żaden z nich nie miał formularza oświadczenia, więc spytali, czy ja przypadkiem nie mam, i musiałem wrócić do domu po kluczyki do samochodu. Myślałem, że zasnęłaś i nie będziesz się martwić, że mnie nie ma. Dałem im formularz i wchodząc przez bramę, usłyszałem twój krzyk. Pobiegłem w tamtą stronę i znalazłem cię nieprzytomną. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się przestraszyłem!

– Widziałam go.

Bertrand wzdycha.

– Kogo dokładnie widziałaś?

– Wysokiego faceta ubranego na czarno. Przestraszyłam się, straciłam równowagę i upadłam.

– To tylko wyobraźnia, Cloé. Odkąd ten sukinsyn śledził cię na ulicy, masz pietra. I widzisz go wszędzie. To normalne, aczkolwiek…

– Nie wydawało mi się!

– Gdyby w garażu był jakiś mężczyzna, wpadłbym na niego. Z całą pewnością bym go spotkał! Przybiegłem tam pół minuty po tym, jak krzyknęłaś. Nie było nikogo, mogę ci przysiąc.

Przerywa im dzwonek, Bertrand wychodzi. Cloé zamyka oczy, próbuje się uspokoić.

Widzisz go wszędzie… Gdyby był tam jakiś mężczyzna, to wpadłbym na niego.

Czy mi odbija?

Bertrand wraca w towarzystwie znużonej pięćdziesięcioletniej kobiety.

– Przyszła pani doktor, kochanie.

– Dobry wieczór pani… Co się właściwie stało?