Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 146 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tydzień w Paryżu - Robyn Grady

Bailey Ross zjawiła się w domu Matea w najmniej odpowiednim momencie. Doktor właśnie miał wyjechać na urlop, jednak musi zająć się niespodziewanym gościem. Zaintrygowany Bailey, chce ją bliżej poznać. Będzie miał szansę, gdy pojadą razem do Francji. Spędzą tam najbardziej niezwykły tydzień w swoim życiu…

Opinie o ebooku Tydzień w Paryżu - Robyn Grady

Fragment ebooka Tydzień w Paryżu - Robyn Grady

Robyn Grady

Tydzień w Paryżu

Tłumaczenie: Agnieszka Baranowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Przepraszam, chyba pojawiłam się w złym momencie? – Bailey Ross kątem oka dostrzegła elegancką walizkę wystawioną na ganek ogromnego, nowoczesnego domu otoczonego imponującym ogrodem. Jednak największe wrażenie zrobił na niej sam właściciel okazałej posiadłości. Wysoki brunet o szerokich barkach, oliwkowej cerze i przeszywających czarnych oczach odwrócił się gwałtownie i zaskoczony uniósł brwi. Bailey jęknęła w duchu. Babcia Celeca wspominała wprawdzie, że jej wnuk, prominentny australijski położnik, prezentował się nieźle, ale nigdy nie zająknęła się nawet, że przypominał raczej gwiazdora filmowego niż poważanego lekarza. Kiedy doktor Mateo Celeca zmierzył ją uważnym spojrzeniem, zdała sobie sprawę, że w podartych dżinsach, ze starym plecakiem na ramieniu i bez grama makijażu na zmęczonej kilkunastogodzinną podróżą twarzy, musi wyglądać dosyć żałośnie. Mateo zamknął skrzynkę z systemem alarmowym, który właśnie włączył, i skrzyżował ramiona.

– Proszę mi wybaczyć, ale czy my się znamy? – Jego głęboki aksamitny głos wibrował w rozgrzanym powietrzu, a ledwie zauważalny, intrygujący akcent sugerował śródziemnomorskie pochodzenie.

– Nie, ale dostałam pana adres od babci Celecy. Jestem Bailey Ross. – Wyciągnęła odważnie dłoń na powitanie. Doktor spojrzał na nią podejrzliwie i nie wykonał żadnego gestu.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Mam nadzieję, że nie stało się nic złego? – Zaniepokoił się nagle.

– Nie, u babci wszystko w porządku. Ma więcej energii niż niejedna nastolatka. Na drogę przygotowała mi tyle tiramisu, że starczyłoby dla całego pułku. – Zażartowała, by rozluźnić napiętą atmosferę. Przystojniak najwyraźniej jej nie wierzył i choć zirytował ją trochę swą nieufnością, zdawała sobie sprawę, że mógł być zaskoczony. Na wspomnienie pysznego deseru babci Celesty uśmiechnął się lekko, ale jego czarne oczy nadal przyglądały jej się uważnie spod lekko zmrużonych powiek.

– Przez ostatni rok podróżowałam po Europie. Pod koniec pojechałam do Włoch i tam, w małym malowniczym miasteczku pod Rzymem, poznałam pana babcię. Zaprzyjaźniłyśmy się. To wspaniała kobieta. I bardzo hojna. – Bailey tłumaczyła gorączkowo, speszona wrogim dystansem, jaki zachowywał nowy znajomy.

– Hojna? – powtórzył jak echo.

Obawiając się, że zaalarmowała go jeszcze bardziej, dodała szybko:

– Wyjeżdżając, obiecałam jej, że pana odwiedzę i przekażę pozdrowienia. Widzę, że przyszłam nie w porę… – Zerknęła wymownie na bagaż stojący pod ścianą. Zresztą sama też nie miała chwili do stracenia. Kiedy wylądowała w Sydney, okazało się, że przyjaciółka, u której planowała zatrzymać się, dopóki nie stanie na nogi, wyjechała na wakacje. Musiała więc szybko znaleźć jakiś nocleg i pieniądze, by za niego zapłacić. Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi ze strony nieprzyjemnego doktora, poprawiła na ramieniu ciężki plecak i skinęła lekko głową.

– Do widzenia. – Odwróciła się. Dopiero wtedy mężczyzna odezwał się cieplejszym, jakby mniej wrogim głosem:

– Też wybieram się na stary kontynent.

– Do Włoch? Babcia Celeca nie wspominała o tym. – Bailey zatrzymała się w pół kroku i rzuciła mu przez ramię podejrzliwe spojrzenie.

– Do Włoch też. Chcę jej zrobić niespodziankę. – Gospodarz odruchowo zerknął na zegarek.

– W takim razie proszę ją ode mnie pozdrowić. Do widzenia. – Bailey nie zamierzała się naprzykrzać komuś, kto ewidentnie nie miał dla niej czasu. Mimo że przypadkiem znalazła się w trudnej sytuacji, miała też swoją dumę. Odwróciła się znowu i już miała ruszyć w stronę bramy, gdy silna, męska ręka złapała ją za łokieć, stanowczo, ale ostrożnie. Bailey stanęła jak zamurowana, nie tylko dlatego, że ledwo poznany mężczyzna nagle użył wobec niej siły. Jego dotyk sprawił, że po całym ciele Bailey rozlało się rozkoszne ciepło, a skóra łaskotała ją miło w miejscu, gdzie silne palce zaciskały się wokół jej ręki.

– Przepraszam, zachowałem się niegrzecznie. Proszę wejść.

– A taksówka? – Bailey zauważyła oznakowany samochód, który podjechał pod bramę i czekał z włączonym silnikiem.

– Zaczeka. – Mateo machnął ręką w stronę kierowcy, który skinął głową i wyłączył silnik.

– Ale…

– Babcia nie wybaczyłaby mi tak nieuprzejmego przyjęcia gościa – stwierdził z mocą i otworzywszy szerzej drzwi, zaprosił zmieszaną Bailey do środka.

Mateo zamknął za sobą drzwi i podążając za Bailey do salonu, przyglądał się młodziutkiej dziewczynie. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia parę lat. Długie blond włosy opadały lśniącą kaskadą na plecy. „No, no”, mruknął pod nosem, taksując wzrokiem jej szczupłe nogi, które robiły wrażenie nawet w starych, podartych dżinsach. Jednak niewinny wygląd nie zmylił Matea. Wiedział, że jego babcia w ostatnich latach stała się jeszcze łatwiejszym kąskiem dla wszelkiej maści oszustów i naciągaczy. Rozporządzała coraz szczodrzej majątkiem, tak jakby posiadanie go wprawiało ją w zakłopotanie i poczucie winy. Sama dziewczyna opisała babcię Celecę jako hojną, musiał więc sprawdzić, co dokładnie kryło się za tajemniczą przyjaźnią młodej Australijki z jego włoską babcią. Istniała jeszcze jedna możliwość, przyznał niechętnie w myślach. Starsza pani swatała wszystkich dookoła, wierząc, że tylko miłość ma sens, a życie w pojedynkę to dopust boży. Sama przedwcześnie straciła męża. W pojedynkę wychowała syna i nikomu nie życzyła takiego losu. Musiał przyznać, że tym razem babcia wykazała się albo wyjątkowo dobrym gustem, albo głęboką naiwnością. Zamierzał się dowiedzieć, o co chodziło, nawet jeśli musiałby odwołać urlop!

Bailey zatrzymała się pośrodku wielkiego holu i spojrzała na wiszący nad nią ogromny kryształowy żyrandol.

– O rany, ależ pan ma piękny dom – westchnęła z nieskrywanym podziwem i rozejrzała się wokoło. Marmurowe schody z rzeźbionymi mahoniowymi balustradami rozgałęziały się w połowie drogi i prowadziły do dwóch przeciwległych skrzydeł posiadłości. Inspirowany wystrojem Opery Paryskiej hol zrobił na Bailey wielkie wrażenie i Mateo skłonny był uznać, że to pieniądze stanowiły główny powód wizyty tajemniczej nieznajomej w jego domu.

– Wygląda jak pałac. Na takich schodach Kopciuszek mógłby zgubić pantofelek o północy – zażartowała Bailey.

– Zapewniam panią, że na piętrze nie mieszka Kopciuszek ani żadna inna królewna.

– Babcia Celeca wspominała, że nie ma pan żony.

– Wspominała? – Nadstawił czujnie uszu, by wyłapać każdą fałszywą nutę, która zdradziłaby prawdziwą naturę młodej podróżniczki i jej ukryte motywy. Bailey wzruszyła obojętnie ramionami.

– To chyba żadna tajemnica, że pana babcia marzy o wnukach.

Mateo skinął ponuro głową. Mimo że kochał swoją babcię, nie zamierzał w najbliższej przyszłości zakładać rodziny. Wystarczyło, że pomógł przyjść na świat niezliczonej liczbie dzieci swoich pacjentek.

– To dokąd dokładnie się pan wybiera?

Mateo zauważył, że taktownie zmieniła temat i mimo okazywanej jej nieufności pozostawała miła i uprzejma. Jej błękitne oczy uśmiechały się łagodnie i po raz kolejny doktor zaczął się zastanawiać, czy niespodziewany gość jest tak przebiegły, czy też krzywdzi ją swoją podejrzliwością.

– Najpierw na narty do Kanady z kolegami ze studiów, następnie na konferencję do Nowego Jorku, a potem do Europy, a dokładnie do Francji.

– Do Francji? – Jej oczy rozbłysły zachwytem. – Moi rodzice spędzili miesiąc miodowy w Paryżu, podobno to niezwykle piękne, romantyczne miasto…

– Podróżując po Europie, nie zahaczyłaś o Paryż? – Mateo nie krył swego zdziwienia.

Zmieszała się wyraźnie i odwróciła wzrok, udając, że podziwia bogato zdobiony sufit.

– Miałam tam pojechać na końcu, ale sprawy się skomplikowały. Poza tym nie starczyłoby mi pieniędzy.

Doktor nie mógł nie zauważyć na nadgarstku dziewczyny złotej ciężkiej bransoletki z zawieszkami. Bailey bawiła się nią nerwowo. Skąd u niej taka droga biżuteria, skoro zarówno słowa, jak i wygląd świadczyły o, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt zasobnej kieszeni? Czyżby przyjaźń młodziutkiej ślicznotki z wiekową babcią o miękkim sercu nie była jednak kompletnie bezinteresowna?

– Muszę panią rozczarować, nie jadę do Paryża. Współpracuję z domem dziecka na północy Francji, to znaczy finansuję w miarę możliwości funkcjonowanie sierocińca, remonty, wycieczki. Co roku składam im wizytę. – Mateo przyglądał się uważnie Bailey. Opowiedział o swej hojności, by sprawdzić, jakie wrażenie zrobi na niej informacja o jego zamożności i gotowości do dzielenia się majątkiem z innymi. Jeśli jest oszustką, połknie haczyk, zakładał. Ale ona uśmiechnęła się tylko słodko.

– Babcia wspominała, że jest pan dobrym człowiekiem. Nie chciałabym narażać pana na koszty, taksówka wciąż czeka. Jeszcze spóźni się pan na samolot. Pójdę już.

– Odprowadzę panią do drzwi. – Mateo uznał, że więcej z niej nie wyciągnie. Po wizycie w sierocińcu zahaczy o Włochy i wtedy pozna tajemnicę nagłego pojawienia się czarującej podróżniczki na jego progu. – Ma pani rodzinę w Sydney? Pracę, dom? – zagaił kurtuazyjnie.

– Urodziłam się i wychowałam tutaj – odparła enigmatycznie.

– Rodzice się o panią nie martwią? Pewnie się stęsknili.

– Nie sądzę. Moja matka nie żyje. – Bailey dziecięcym gestem potarła zmęczone oczy i ziewnęła dyskretnie.

Z brakiem pieniędzy, pracy, domu, matki i z ojcem, o którym nie chciała mówić, wydała mu się krucha i bezbronna. Teraz to on miał ochotę wypisać jej czek.

Kiedy dotarli w milczeniu do furtki, każde zatopione w swych ponurych myślach, Bailey westchnęła cicho i ze znużonym uśmiechem pożegnała się.

– Miłej podróży. I proszę pozdrowić ode mnie Paryż.

Widząc, jak odchodzi, ze zgarbionymi plecami i ciężkim plecakiem przewieszonym przez szczuplutkie ramię, poczuł, że ogarnia go współczucie. Zanim jednak jej pomoże, musi wiedzieć na pewno, że na to zasługuje, postanowił.

– Panno Ross – zawołał. – Muszę panią o coś zapytać.

Bailey obrzuciła go zmęczonym spojrzeniem.

– Tak?

– Czy moja babcia dała pani pieniądze?

– Nie.

Mateo odetchnął z ulgą. Tak bardzo chciał, by okazała się miłą, choć nieco zagubioną młodą kobietą, za jaką najwyraźniej uznała ją babcia, dając jej adres swego ukochanego wnuka.

– Pożyczyła mi pieniądze na bilet do Australii.

– Aha. – Mateo poczuł obezwładniające rozczarowanie.

– Zamierzam oddać jej całą kwotę, co do grosza – dodała urażona. – Nie miałam wyjścia. Musiałam uciekać.

– Przed moją babcią?! – Doktor uniósł wysoko brwi, uśmiechając się.

– Oczywiście, że nie! – Jej oczy wypełniły łzy złości i upokorzenia, a usta zadrżały.

– Do widzenia. – Pożegnał ją lodowatym tonem, dając do zrozumienia, że nie zamierza dać się nabrać na żadną łzawą historyjkę.

– A pana babcia mówiła, że jest pan dżentelmenem. Akurat!

– Tylko w towarzystwie prawdziwych dam – zripostował i natychmiast pożałował swej napastliwości. Widząc w jej oczach rozczarowanie i niesmak, opamiętał się.

– Przepraszam, to było nie na miejscu.

– Proszę się nie przejmować, wiem, że mężczyźni zawsze wiedzą lepiej i nic do nich nie dociera. Właśnie przed takim twardogłowym osobnikiem musiałam uciekać z Włoch, bo ubzdurał sobie, że za niego wyjdę. Niestety okazuje się, że wszyscy jesteście tacy sami – rzuciła pogardliwie i ruszyła w dół alei prowadzącej ku głównej arterii miasta.

ROZDZIAŁ DRUGI

Taksówkarz wychylił głowę za okno i spojrzał pytająco na klienta, który już dwadzieścia minut temu miał wyruszyć na lotnisko. Mateo niewiele myśląc, wyciągnął portfel, wcisnął kierowcy do ręki parę banknotów i odesłał go z powrotem. Biegnąc za powoli oddalającą się drobną postacią, przeklinał swoją nieufność i brak ogłady. Zachował się jak ostatni gbur, a w dodatku wcale nie dowiedział się, jak bardzo na tej tajemniczej znajomości ucierpiała jego babcia.

– Panno Ross, proszę zaczekać. – Mateo zrównał się z Bailey. Nie zatrzymała się nawet na chwilę i nie zaszczyciła przemądrzałego doktorka ani jednym spojrzeniem.

– Po co? Żeby mógł mnie pan swobodnie obrażać?

– Żebym mógł przeprosić.

– Nie trzeba, przeżyję – odburknęła. I wtedy po raz drugi tego dnia poczuła, jak jego dłoń zaciska się stanowczo, choć ostrożnie, na jej ręce. Mimo wzburzenia Bailey poczuła przyjemne ciepło promieniujące z jego dłoni. Ponieważ cały czas wpatrywała się pod stopy, próbując się nie rozpłakać, nie zauważyła, że weszła na ulicę wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Mateo pociągnął ją mocno za rękę i w ostatniej chwili uratował przed wpadnięciem pod koła rozpędzonego ferrari. Przestraszona, przylgnęła do niego mocno i starała się opanować panikę. Żadne z nich nie wykonało najmniejszego ruchu i stali tak, przytuleni, oddychając ciężko. Rozzłoszczony kierowca zatrąbił i Mateo ocknął się z dziwnego, choć całkiem przyjemnego letargu, który ogarnął jego ciało.

– Proszę cię, zaczekaj. – Właściwie sam nie wiedział, dlaczego tak nalegał i dlaczego kilka minut wcześniej, odprawiając taksówkę, podjął decyzję, że nudny wypad narciarski z niedobitkami ich studenckiej paczki stracił nagle na ważności. Podjął całkowicie spontaniczną decyzję, która zaskoczyła jego samego – choćby z tego powodu warto było dotrzeć do sedna tajemnicy, jaką stanowiła Bailey Ross.

– Przeszliśmy na ty?

– Właśnie uratowałem ci życie, chyba możemy darować sobie zwroty grzecznościowe? – Uśmiechnął się ostrożnie.

– Zwłaszcza że grzeczność nie jest twoją mocną stroną, prawda? – Bailey z pewnością nie zamierzała zapomnieć, jak źle ją potraktowano.

– Babcia Celeca faktycznie byłaby załamana powitaniem, jakie ci zgotowałem. Dlatego proszę wróćmy do domu i porozmawiajmy spokojnie.

– A co z twoim wyjazdem?

– Zaletą samotnych podróży jest fakt, że zawsze można zmienić plany, czyż nie?

– Albo być do tego zmuszonym… – mruknęła Bailey i zasłoniła usta, starając się ukryć kolejne potężne ziewnięcie.

– Widzę, że ledwie stoisz na nogach po podróży. Chodźmy, musisz odpocząć.

– I wytłumaczyć się z pożyczenia pieniędzy od twojej babci?

Spojrzał na nią zaskoczony. Jednak nie pomylił się, zakładając, że dziewczynie nie brakuje sprytu i spostrzegawczości właściwych ludziom inteligentnym, ale także nieuczciwym.

– Jasne. Mam nadzieję, że masz dobrą wymówkę.

Zamiast się żachnąć Bailey skinęła tylko głową i ruszyła z powrotem w kierunku domu.

Mateo zaprowadził gościa do kuchni, posadził przy wielkim dębowym stole, a sam zaczął się krzątać. Kiedy gospodarz parzył herbatę i kroił chleb, Bailey rozejrzała się znużonym wzrokiem po wielkiej i świetnie urządzonej kuchni, w której panował sterylny porządek. Może ludzie, którzy mieli tak wiele, zawsze okazywali innym nieufność w obawie przed utratą majątku, przemknęło jej przez głowę. Mateo postawił przed nią kubek aromatycznej owocowej herbaty i talerz z apetycznymi kanapkami z francuskim pasztetem, serem i korniszonami. Bailey przełknęła ślinę. Nie jadła od kilkunastu godzin, a jej ostatnim posiłkiem było pyszne, ale bardzo słodkie tiramisu. Z przyjemnością zatopiła zęby w kromce wiejskiego chleba z chrupiącą skórką i mruknęła z rozkoszy. Mateo uśmiechnął się mimo woli, obserwując jej śmiesznie zmarszczony, piegowaty nosek i rozanielony wyraz twarzy.

– Pyszne. To chyba francuskie, prawda? Prawie tak dobre jak włoskie przysmaki twojej babci.

– Właśnie, może mi opowiesz o swojej włoskiej przygodzie.

– To nie była przygoda, tylko katastrofa. – Śliczna twarz Bailey zachmurzyła się. Przełknęła ostatni kęs kanapki, popiła herbatą i usiadła wygodnie, szykując się do rozmowy na temat, który nadal wprowadzał ją w stan lekkiej paniki.

– Pracowałam w kawiarni bardzo miłych ludzi, którzy traktowali mnie prawie jak rodzinę. Bardzo się z nimi zżyłam. Niestety najstarszy syn uznał chyba, że mam wobec jego rodziny jakiś dług wdzięczności, bo nie przyjmował do wiadomości, że mogę odrzucić jego niezbyt wyrafinowane zaloty. Kupił nawet pierścionek i oświadczył mi, że zostanę jego żoną.

– Nie wystarczyło mu wyjaśnić, że masz inne plany? Może miał powody, żeby sądzić, że jesteś zainteresowana? – Podejrzliwość znów wzięła górę i Mateo nie zamierzał jej nawet ukrywać.

– Jasne, to wszystko moja wina. – Westchnęła z rezygnacją.

– Niektóre kobiety wdają się w romans, pozwalają się rozpieszczać, ale nie są gotowe nic dać w zamian. – Mateo wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę okna. Jedynie jego napięte barki wskazywały na wzburzenie, które próbował ukryć pod maską cynizmu.

– Jasne, może w twoim świecie.

Doktor odwrócił się gwałtownie.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie robiłaś mu nadziei?

– Myślę, że kiedy odmówiłam pójścia z nim do łóżka, Emilio powinien był zrozumieć, że nic z tego nie będzie, prawda?

– Emilio? Emilio Conti? – Przypomniał sobie niezbyt rozgarniętego rosłego sąsiada, który w dzieciństwie postanowił podporządkować sobie szczupłego dwunastoletniego Matea. Srodze się rozczarował, gdy ten nie dał się onieśmielić ogromnymi pięściami kolegi.

– Tak, znasz go?

– Powiedzmy. Z tego co pamiętam, nie należy do najinteligentniejszych ludzi na świecie.

– No właśnie. Ale jest silny…

– Chyba nic ci nie zrobił? – W oczach Matea błysnął gniew.

– Nie. Dzięki twojej babci zdołałam uciec, zanim wyegzekwował swoje domniemane prawa.

W kuchni zapadła krępująca cisza.

– Muszę już iść i znaleźć jakiś nocleg, nie wiem, może w motelu. – Bailey dźwignęła plecak i z trudem wstała. Mateo zauważył, że oczy się jej kleiły i ledwie stała na nogach.

– Pożyczałaś pieniądze, a stać cię na motel? – Nie chciał zabrzmieć tak okropnie zasadniczo, ale sam nie wiedział, co myśleć o tej dziewczynie, która w kilkadziesiąt minut wywróciła do góry nogami jego plany urlopowe i zasiała w myślach zamęt.

– Mam spać pod mostem?

– Nie, tutaj. Przecież dlatego babcia dała ci mój adres.

-Tak, ale…

– Nie ma żadnego ale.

Bailey uniosła brwi.

– Miłe zaproszenie. Dlaczego wszystkim mężczyznom wydaje się, że mogą mi rozkazywać?

– Nie rozkazuję, po prostu wolę mieć na ciebie oko. Sama mówiłaś, że chcesz spłacić pożyczkę. Zamiast wydawać na motel, lepiej odpocznij, a potem poszukaj pracy.

– Nie mam mowy, nie zostanę. – Przestraszona Bailey ruszyła w stronę drzwi. – A dług mam wobec twojej babci, nie wobec ciebie.

– Stój! – Mateo zastąpił jej drogę. Jego rosła sylwetka zagrodziła drzwi i Bailey cofnęła się odruchowo. Instynktownie czuła, że jej nie skrzywdzi, ale mimo wszystko jego intensywna męska aura była niepokojąca.

– Przecież nie o to mi chodzi! Nie zamierzam wykorzystywać sytuacji. Za kogo ty mnie masz?

Za niezbyt grzecznego, rozpuszczonego bogacza, odpowiedziała w duchu.

– A ty mnie?

Mateo, zaskoczony jej reakcją, opuścił bezradnie ręce.

– Obiecuję, że nic ci nie grozi i nikt nie będzie cię niepokoił, dopóki jesteś w moim domu.

– Przysięgasz?

– Na moją ukochaną babcię, która jak nikt inny potrafi ubarwić mi życie.

– No dobra. – Bailey opadła nagle z sił i ciągnąc plecak po podłodze, zawróciła w stronę kuchni.

Pokój na piętrze, do którego zaprowadził ją gospodarz, kompletnie ją oszołomił. Pochodziła z dosyć zamożnego domu prawników i majątek jej nie imponował. Jednak czegoś takiego jak ten dom jeszcze nie widziała. Elegancki pokój przypominał bardziej pałacową komnatę z białym puszystym dywanem i wielkim łożem na środku. Ogromne okna i marmurowa łazienka z kryształowym żyrandolem i wielką żeliwną wanną robiły wrażenie. Z drugiej strony, kto potrzebuje aż tyle pieniędzy i aż takich luksusów? – pomyślała. Przecież w życiu liczyło się całkiem co innego. Dom powinien być ciepłym, pełnym miłości azylem, w którym znajdowało się schronienie i własne miejsce w świecie. I mimo trudnych doświadczeń, które sprawiły, że dom ojca przestał być dla niej taką oazą, Bailey nie traciła nadziei, że sama kiedyś taki stworzy. Ciekawe, co na ten temat myślał pan doktor? Musiała przyznać, że nie spodziewała się, że Mateo Celeca okaże się pełnym sprzeczności przystojnym gburem, który w jednej chwili obraża ją i oskarża o oszustwo, by za chwilę zaoferować bezinteresowną pomoc. Kompletnie nie wiedziała, co o nim myśleć, a do tego hormony reagowały na jego obecność w iście szaleńczy sposób.

Głowa jej pękała od nadmiaru wrażeń, ale gdy tylko policzek dotknął jedwabnej poduszki, zapadła w głęboki sen. Obudziła się w środku nocy dręczona koszmarem. Ubrana w ślubną suknię uciekała przed Emiliem wymachującym złotą obrączką. Zdezorientowana, usiadła na łóżku i rozejrzała się po obcym pomieszczeniu. Powoli odzyskała równowagę i przypomniała sobie, gdzie i dlaczego się znajduje. Pragnąc otrząsnąć się ze złego snu, wstała i ruszyła w stronę kuchni, by napić się wody.

Zaschło jej w gardle, a w brzuchu znów burczało z głodu. To chyba ze stresu mam taki wilczy apetyt, skonstatowała ze zdziwieniem. Po cichutku otworzyła wielką, dwuskrzydłową lodówkę i odnalazła resztę wczorajszych kanapek. Nalała sobie mleka i z pajdą chleba w ręku podeszła do okna. Za szybą w ogrodzie oświetlone dyskretnymi, ukrytymi w trawie reflektorami, połyskiwały srebrzyście i tajemniczo antyczne rzeźby. Nigdy nie widziała czegoś takiego. W świetle księżyca ogród wyglądał niczym mityczna kraina zamieszkana przez bóstwa. Jak zaczarowana otworzyła szklane drzwi wychodzące z kuchni prosto do ogrodu i ruszyła przed siebie. Pogryzając kanapkę, wolną ręką gładziła w zachwycie zimny kamień posągów. Nagle za plecami usłyszała szmer. Odwróciła się powoli i zamarła z przerażenia. Jedna z rzeźb sunęła w jej stronę: wysoka, pięknie zbudowana męska postać, naga od pasa w górę, zbliżała się w jej kierunku. Pięknie zarysowane mięśnie brzucha i klatki piersiowej, gładka połyskująca skóra – Bailey z trudem oderwała wzrok od silnych ramion i spojrzała w czarne jak onyks oczy.

– Nie śpisz? – Znajomy, głęboki aksamitny głos z echem obcego akcentu sprowadził ją na ziemię. Bailey odetchnęła głęboko. Przecież to Mateo Celeca, a nie antyczne bóstwo! W samych spodniach od piżamy. O rany, przecież nie powinnam teraz myśleć w ten sposób o żadnym mężczyźnie, a szczególnie o nim, skarciła się w duchu Bailey. Muszę się skupić na znalezieniu pracy i spłaceniu długu.

– Nie chciałam cię obudzić.

– Uruchomiłaś tajny alarm, otwierając drzwi do ogrodu. Nie martw się, nic się nie stało – dodał, widząc przerażenie w jej oczach.

– Byłam głodna. – Machnęła na wpół zjedzoną kanapką.

– Jedzenie na świeżym powietrzu zawsze smakuje lepiej. – Uśmiechnął się. Wyglądał na bardziej zrelaksowanego niż wczoraj. Przeciągnął się, unosząc ramiona, i Bailey zrobiło się gorąco. Boże, w porównaniu z nim antyczne rzeźby wydawały się karzełkami. By zająć czymś rozpalony umysł, Bailey wskazała centralnie umieszczoną rzeźbę, która była jednocześnie fontanną.

– Czy to Zeus? Bóg wojny?

– Bóg sprawiedliwości – sprostował. – Opiekun. Mógł stracić życie tuż po tym, jak przyszedł na świat. – Mateo przyglądał się rzeźbie, uśmiechając się lekko.

– Naprawdę? W jaki sposób? – Bailey przycupnęła na brzegu murku wokół fontanny i odgryzła kawałek kanapki. Uwielbiała takie opowieści.

– Jego ojciec, władca Kronos, uwierzył w przepowiednię, która mówiła, że kiedyś jego własny syn odbierze mu władzę. Jego żona, Rea, podstępem zamiast dziecka dała mu becik z kamieniem. Kronos szybko się go pozbył, myśląc, że to zagrażający mu potomek. Zeusa wychowała nimfa, a kiedy dorósł, wraz z rodzeństwem obalił Tytanów, a wśród nich także własnego ojca.

Głos Matea aż drżał z emocji. Czyżby odnalazł w tej historii coś, co przypominało mu własne dzieciństwo? Bailey zastanowiła się nad tym.

– I co było dalej?

– Zeus panował na Olimpie i doczekał się licznego potomstwa.

– Szczęśliwe zakończenie.

– Niestety, większość z tych dzieci pochodziła z nieprawego łoża.

– Oj, to dla nich niezbyt szczęśliwie – przyznała.

– Ano nie. – Mateo skinął w zamyśleniu głową. – Zwłaszcza że nigdy nie poznały ojca.

Ostatnie zdanie zaintrygowało ją szczególnie i widząc, że jej gospodarz wydaje się nieco bardziej skłonny do normalnej rozmowy niż poprzedniego wieczoru, zaryzykowała kolejne pytanie:

– Babcia Celeca wspomniała, że opuściłeś jej dom, gdy miałeś dwanaście lat.

Ledwie wyczuwalne wahanie w głosie Matea nie uszło uwagi Bailey.

– Mój ojciec był księgowym. Postanowił przeprowadzić się do Australii, bo uznał, że zarówno on, jak i ja skorzystamy z możliwości, jakie oferuje ten kraj.

– I mieszkasz tu od tamtej pory?

– Tak.

Mateo zamilkł. Bailey zrozumiała, że mimo chwilowej szczerości nie zamierzał traktować jej jak kogoś zaufanego, z kim można podzielić się wspomnieniami. Mieli pozostać obcymi sobie ludźmi, których ścieżki przecięły się przypadkowo. Jutro opuści jego dom, wkrótce spłaci dług i więcej się nie spotkają. Rozejrzała się wokół i w oko wpadła jej piękna rzeźba przedstawiająca matkę z niemowlęciem. Cała postać kobiety emanowała oddaniem i miłością do dziecka. Żadna matka nie chciała zostawiać swego dziecka, jej matka również. Jak strasznie musiała cierpieć, gdy zrozumiała, że nie wygra walki z chorobą i osieroci swą jedyną, ukochaną dwunastoletnią córkę. Bailey wciąż za nią tęskniła, mimo że minęło już tyle lat. Nagle poczuła przyjemne ciepło na plecach i usłyszała tuż przy uchu niski głos.

– To moja ulubiona rzeźba. Matka z dzieckiem. Cud narodzin, którego świadkiem jestem codziennie w pracy.

Bailey z trudem skupiła się na jego słowach. Bliskość nagiego ciała i ciepły oddech drażniący skórę szyi prawie kompletnie ją zamroczyły.

– No tak – odpowiedziała nieprzytomnie zmienionym z wrażenia głosem. Zastanawiała się, czy Mateo zdaje sobie sprawę, jakie wrażenie robi na kobietach.

– Idę spać. – Tak samo nagle jak się przy niej pojawił, Mateo odsunął się, co pozwoliło Bailey zebrać myśli. Odwróciła się bez ryzyka otarcia się o nagiego gospodarza i napotkała intensywne spojrzenie czarnych oczu. Studiował jej sylwetkę, tak że poczuła się naga.

– Dobranoc, Bailey, postaraj się zasnąć. Słodkich snów. – Uśmiechnął się ciepło i powoli ruszył w stronę domu Obserwowała jego zrelaksowaną postać, a w jej głowie kłębiły się setki pytań. Jej gospodarz, za dnia surowy i stanowczy, w nocy przypadkiem ukazał wrażliwszą i o wiele ciekawszą stronę swojej osobowości. Niestety, nigdy nie dowie się niczego więcej o tym intrygującym mężczyźnie – jutro się rozstaną i każde wróci do swego świata. Człowiek sukcesu, taki jak doktor Celeca, nie zadawał się z młodymi, nieopierzonymi kobietami, których jedyny dobytek stanowił wypchany, znoszony plecak. I dobrze, stwierdziła z mocą, wracając szybkim krokiem do domu. Nie potrzebowała w swoim życiu kolejnego kontrolującego samca, nawet tak przystojnego jak Mateo.

Tytuł oryginału: The Billionaire’s Bedside Manner

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2011

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2011 by Robyn Grady

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3235-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.