Tydzień w Kornwalii - Lee Wilkinson - ebook
Opis

Arystokrata i milioner Zander Devereux postanowił dać szansę młodziutkiej prawniczce Caris Belmont i zlecić jej sprawę. Przy okazji liczył, że pozna ją bliżej. Po wspólnie spędzonym tygodniu nad pięknym jeziorem ich romans rozkwita. I wtedy nieoczekiwanie Caris znika bez słowa wyjaśnienia. Po trzech latach Zander odnajduje ją. Dziewczyna chciałaby do niego wrócić, lecz obawia się jego reakcji, gdy pozna jej sekret…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Lee Wilkinson

Tydzień w Kornwalii

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wnętrze dwunastowiecznego kościółka wypełniał zapach lilii i róż i dźwięki marsza Mendelssohna. Gdy wiatr za oknami poruszał konarami drzew, promienie słońca wpadające przez witraże tworzyły na kamiennej posadzce i oparciach ław barwną mozaikę, ruchomą niczym obrazki w kalejdoskopie. Caris szła powoli jak we śnie, wsparta na ramieniu wuja Davida. Ojciec, wciąż zagniewany, odmówił poprowadzenia jej do ołtarza. Jakiś mężczyzna, chyba drużba, czekał przy schodach do prezbiterium. Stał odwrócony tyłem do niej, więc nie widziała jego twarzy. Ani śladu pana młodego.

Po obu stronach nawy goście weselni zwracali ku niej głowy i uśmiechali się, gdy kroczyła przed siebie w białej sukni i tiulowym welonie, na które nie zasłużyła. Usiłowała przywołać na twarz uśmiech, ale nie zdołała. Rysy jej zesztywniały niczym woskowa maska. Po dotarciu do schodów uświadomiła sobie, że narzeczony do niej dołączył, ale nie spojrzała na niego. Sędziwy ksiądz podszedł, żeby powitać zgromadzonych słowami:

– Moi drodzy, zebraliśmy się tu po to…

Podczas uroczystej ceremonii Caris patrzyła przed siebie i zadawała sobie pytanie, co tu w ogóle robi. Gdy przyszło do składania małżeńskiej przysięgi, nie zwróciła głowy ku panu młodemu. Ujął ją za ramię i odwrócił ku sobie. Zielone oczy patrzyły zimno, rozkazująco. Jak zwykle lekko pochylił głowę, szepcząc:

– Wypowiedz to wreszcie.

Lecz Caris nie mogła. Nie mogła wyjść za Zandera. Rzuciła bukiet z bladoróżowych różyczek, podciągnęła suknię i ze łzami w oczach umknęła środkiem nawy na oczach osłupiałych gości. Słyszała, jak woła za nią:

– Nie odchodź, Caris!

Ale musiała odejść. Choć kochała go całym sercem, nie mogła zostać żoną mężczyzny, który podejrzewał, że wciągnęła go w pułapkę. Szlochając, dopadła do mrocznej kruchty i pchnęła ciężkie drzwi świątyni. Na dworze oślepił ją jaskrawy blask słońca przeświecający przez cienki muślin welonu. Ponieważ brakowało jej tchu, już miała zerwać go z głowy, ale wtedy obudziła się we własnym łóżku.

Za oknem padał deszcz w chmurny poranek późnowiosennego dnia. Strach jednak nieprędko minął. Dopiero po dłuższej chwili uspokoił ją znajomy widok pastelowych ścian i wesołych zasłonek w kwiatki w jej własnym pokoju. Za oknem trzasnęły drzwi auta. Billy Leyton odpalił motocykl, gdzieś w sąsiedztwie zaszczekał pies. W tym momencie dzwonek budzika oznajmił, że minęła siódma trzydzieści. Caris wyłączyła go, potarła mokry od łez policzek i powiedziała głośno do siebie:

– To tylko sen.

Lecz jego treść wstrząsnęła nią do głębi. Odkąd przed trzema laty przybyła do Anglii, odpędzała każdą myśl o Zanderze. Przez ostatnie pół roku nabrała nadziei, że zdoła wyrzucić go z serca i z pamięci. Mimo recesji na rynku jej agencja nieruchomości świetnie prosperowała. Pochłonięta pracą, czasami przez całe dnie nie poświęciła mu ani jednej myśli, nie widziała oczami wyobraźni jego twarzy. W rezultacie zdołała osiągnąć coś w rodzaju niestabilnej równowagi i spojrzeć obiektywnie na ich związek. Choć zakończył się łzami i zaowocował bólem serca, dobrze, że choć przez chwilę zaznała szczęścia, jakiego istnienia nawet nie podejrzewała. Powtarzała sobie w kółko, że lepiej przeżyć i utracić miłość niż w ogóle nie kochać.

Ledwie zaczęła gratulować sobie odzyskania równowagi, wytrącił ją z niej dzisiejszy sen. Znów widziała przed sobą przystojną twarz Zandera o mocno zarysowanych kościach policzkowych. Znowu dopadło ją poczucie osamotnienia, powróciło rozgoryczenie i żal. Ale nie pozwoli sobie więcej na załamanie. Zdążyła wyrosnąć z naiwnej gąski na samodzielną i niezależną kobietę sukcesu. Nawet jeśli tylko udawała pewną siebie, nikt poza nią o tym nie wiedział.

Nieco pocieszona perspektywą stabilnej, spokojnej egzystencji, poszła do łazienki, by wziąć prysznic i umyć zęby. Upięła długie ciemne włosy w ciasny węzeł, a w uszy włożyła maleńkie kolczyki. W lekkim, oficjalnym kostiumiku, dyskretnie umalowana, poszła do kuchni, zrobić sobie śniadanie.

Mimo soboty i brzydkiej pogody czekało ją mnóstwo pracy. Po mokrej, zimnej wiośnie i tygodniowych opadach wszyscy liczyli na rozpogodzenie, ale meteorolodzy wciąż zapowiadali ulewy i burze. Lecz zlecenia czekały. Agencja Carlton Lees, która obecnie do niej należała, mimo kryzysu nie narzekała na brak klientów. Po śmierci cioci Caris doszła do wniosku, że nie da rady prowadzić jej sama. Zatrudniła jako sekretarkę miejscową dziewczynę, wesołą osiemnastolatkę Julie Dawson. Julie z powodzeniem zastępowała ją w biurze, kiedy wyjeżdżała do klientów. Dojrzała i odpowiedzialna ponad wiek, dokładała wszelkich starań, by udowodnić swoją przydatność. Jeśli zachodziła potrzeba, przychodziła wcześniej i bez szemrania zostawała do późna.

Nieruchomości wokół spokojnego miasteczka Spitewinter stopniowo znajdowały nabywców dzięki temu, że jedyny konkurent w mieście zwinął interes. W dodatku ostatnio wystawiono na sprzedaż kilka atrakcyjnych posiadłości. Do prawdziwych perełek należał piętnastowieczny dwór. Jego właściciel, znany pisarz, zmarł w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat i zapisał posiadłość dalekiemu krewnemu. Spadkobierca, który mieszkał w Australii, chciał jak najszybciej sprzedać Gracedieu, żeby kupić sobie ranczo. Oferta, złożona u jedynej agentki nieruchomości, panny Caris Belmont, hojnie opatrzona zdjęciami, zamieszczona w jednym z prestiżowych pism: wzbudziła ogromne zainteresowanie.

„Niewielki dwór Gracedieu to prawdziwa perełka architektury. Stoi na terenie posiadłości wraz ze starym młynem wodnym i domkami dla robotników, wybudowanymi pod koniec siedemnastego wieku…”

Choć ostatni właściciel nieco zaniedbał majątek, a obecny żądał astronomicznej ceny, chętnych nie brakowało. Pierwszy potencjalny nabywca umówił się na spotkanie na to popołudnie. Caris postanowiła zrobić wszystko, by sprzedać posiadłość jak najszybciej po cenie wywoławczej, lecz nie mogła się skoncentrować na wyznaczonym zadaniu. Jej myśli wbrew woli wciąż krążyły wokół Zandera.

Stara plebania, odziedziczona po ciotce wraz z kiepsko prosperującą agencją nieruchomości, nagle wydała jej się straszliwie pusta, wypełniona jedynie smutkiem i duchami przeszłości. Zniecierpliwiona, chwyciła torebkę i płaszcz i ruszyła ku drzwiom. Na podjeździe w strugach deszczu czekało skromne auto.

Minąwszy bibliotekę, podążyła w kierunku centrum Spitewinter przez stary, łukowaty most nad mętnymi wodami wezbranej rzeki o brzegach porośniętych wierzbami. Zaparkowała jak zwykle pod drzewami na końcu handlowej, brukowanej uliczki jakby wyjętej z powieści Dickensa.

Julie jeszcze nie przyszła do biura. Caris sprawdziła pocztę. Dzisiejszy klient informował, że musi odwołać spotkanie i prosi o przełożenie go na przyszły tydzień. Caris przystąpiła więc do zwykłej pracy biurowej, lecz niespecjalnie jej szło. Wciąż wracała myślami do wydarzeń sprzed trzech lat, do swego dawnego domu w Nowym Jorku i świetnie prosperującej kancelarii adwokackiej ojca w Albany, gdzie poznała i pokochała Zandera.

W piątkowe popołudnie sprawdzała dokumenty przy swoim biurku, gdy ojciec zajrzał, żeby życzyć jej udanych wakacji.

– Zasłużyłaś na nie – dodał wbrew swoim zwyczajom.

Caris nie wierzyła własnym uszom. Choć dokładała wszelkich starań, by go zadowolić, Austin Belmont, utalentowany, nieprzystępny i zasadniczy prawnik, nigdy jej nie chwalił. Pół godziny później, gdy po wykonaniu bieżących zadań zamierzała iść do domu, zadzwonił telefon.

– Przepraszam, że panią niepokoję, ale przyszedł pan Devereux. Czy zechciałaby pani się z nim zobaczyć? – spytała wyraźnie zdenerwowana sekretarka. – Był umówiony z panem Davidem, ale ktoś pomylił godziny przy zapisywaniu i już go nie zastał.

Caris wiedziała, że Kate Bradshaw powinna odebrać córeczkę z przedszkola. Przemknęło jej przez głowę, że kiedyś zetknęła się z nazwiskiem Devereux, ale nie wiedziała gdzie.

– Dobrze, przyprowadź go do mnie, Kate – odrzekła.

Ciche, lecz wyraźne westchnienie ulgi powiedziało jej, że niezadowolony klient zalazł sekretarce za skórę. Wyobraziła go sobie jako tęgiego mężczyznę z siwymi, przerzedzonymi włosami, ubranego w staromodny garnitur. Tymczasem po chwili ujrzała barczystego blondyna w wieku około dwudziestu ośmiu lat, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, w swobodnym, lecz eleganckim stroju. Miał przystojną, opaloną twarz, pięknie rzeźbione rysy, dość ciemne, łukowate brwi. Na widok zmysłowych ust dreszcz przeszedł Caris po plecach. Gdy się przedstawiała, głos jej lekko zadrżał, a kiedy podał jej rękę, przez całe jej ciało przeszedł jakby prąd elektryczny. Do tej pory myślała, że to tylko literacka przenośnia. Teraz musiała zmobilizować siłę woli, by odzyskać wewnętrzną równowagę. Przeprosiła za pomyłkę, wskazała czarny skórzany fotel i poprosiła, żeby usiadł. Gdy nadal stał nieruchomo, dodała:

– Być może zdołam panu pomóc.

Pan Devereux dość długo studiował jej twarz, nim uniósł brwi i zapytał z drwiną w głosie:

– Niby w jaki sposób?

– Jestem dyplomowaną prawniczką – odrzekła z godnością.

– Ile pani ma lat, panno Belmont? Dwadzieścia dwa czy dwadzieścia trzy?

Caris przygryzła wargę. Klient najwyraźniej spodziewał się zastać któregoś ze starszych prawników. W gruncie rzeczy nic dziwnego.

– Mój wiek nie ma znaczenia.

– W takim razie sformułuję pytanie inaczej: jakie doświadczenie pani posiada?

– Niemałe.

– Od jak dawna pani tu pracuje?

– Prawie od roku.

– To rzeczywiście długo – zadrwił bezlitośnie. – Na jakim stanowisku?

– Ostatnio zaproponowano mi współudział.

– Kto? Przypuszczam, że zbieżność nazwisk z właścicielami kancelarii nie jest przypadkowa.

Wyprowadził Caris z równowagi, ale jakimś cudem zdołała opanować wzburzone nerwy.

– Austin Belmont jest moim ojcem, a David wujem.

– Jednym słowem załatwili pani ciepłą posadkę.

Ostatnia uwaga doprowadziła Caris do pasji. Nie zważając na zasady dobrego wychowania, odburknęła ze złością:

– Choć przyznaję, że ma pan powody do gniewu, uważam pańskie zachowanie za niedopuszczalne.

– Ja z kolei określiłbym pani zachowanie jako zbyt… naiwne jak na doświadczoną prawniczkę.

– W takim razie proponuję zaczekać na któregoś ze starszych pracowników.

– Ze słów sekretarki wywnioskowałem, że nie zastanę żadnego aż do poniedziałku.

– Niestety, nie – potwierdziła lakonicznie.

Pan Devereux przez dłuższy czas obserwował jej śliczną buzię w kształcie serca z nienaganną cerą, prostym nosem i pełnymi ustami. Fiołkowe oczy w kształcie migdałów błyszczały gniewem. Z początku zamierzał opuścić kancelarię i powierzyć zadanie własnemu, nowo zatrudnionemu prawnikowi, ale nagle zmienił zdanie. Zaintrygowała go ta ślicznotka, nie tylko z powodu urody. Dostrzegł w niej bystry umysł, silny charakter i temperament. Postanowił ją wypróbować.

– Jeżeli uważa pani, że sobie poradzi…

– Oczywiście że tak – wpadła mu w słowo.

– …to nie będę czekał na nikogo innego.

Caris wzięła głęboki oddech dla uspokojenia nerwów.

– W takim razie proszę usiąść – zaproponowała.

Gość zignorował jednak wskazane krzesło. Przysiadł na brzegu biurka, zdaniem Caris zdecydowanie zbyt blisko. Najwyraźniej zauważył, że lekko się wzdrygnęła, bo dostrzegła w jego oczach iskierki rozbawienia. Miała ochotę rzucić w niego czymś ciężkim. Zanim zdążyła przemówić, zagadnął ponownie:

– Skoro po roku pracy tak młoda osoba zostanie wspólniczką w firmie, to musi być niezwykle utalentowana.

– Nie pochlebiam sobie aż tak bardzo, ale ukończyłam z wyróżnieniem wydział prawa na jednym z najlepszych uniwersytetów w Anglii i nadal się dokształcam. A gdyby znał pan mojego ojca, nie posądzałby go pan o nepotyzm. Na awans w jego kancelarii trzeba zasłużyć ciężką pracą i kompetencjami.

Ponieważ jej postawa mu zaimponowała, postanowił zmienić taktykę.

– Przepraszam, nie powinienem wyładowywać na pani złości – przeprosił, patrząc jej prosto w oczy. – Wybaczy mi pani?

– Tak.

– Na pewno?

Przybysz spuścił wzrok na smukłe dłonie o porządnie obciętych paznokciach, na szczęście niepomalowanych ciemnym lakierem, którego nie cierpiał. Zadowolony, że nie nosi pierścionka ani obrączki, zapytał:

– Co pani robi dziś wieczorem?

– Dlaczego pan pyta? – wykrztusiła z bezgranicznym zdumieniem.

– Żeby się upewnić, że nie czeka na panią zazdrosny narzeczony lub życiowy partner.

– Nie czeka.

– Dlaczego? Na taką piękną kobietę?

– Przez ostatnich kilka lat pracowałam tak intensywnie, że nie miałam czasu na głupstwa – odburknęła z urazą.

– Przepraszam, zasłużyłem na reprymendę – przyznał już znacznie milszym, niemal sympatycznym tonem. – A skoro już utarła mi pani nosa, to czy przyjmie pani zaproszenie na kolację?

– Niestety, wyjeżdżam dziś do Catony na wakacje – odparła, starannie ukrywając żal.

– Do kogoś?

– Tak.

– Do mężczyzny czy kobiety?

– Do koleżanki.

– O której musi pani tam dotrzeć?

– Nie ustaliłyśmy konkretnej godziny.

– Wobec tego może pani wcześniej coś ze mną zjeść. Jeżeli pani odmówi, nie uwierzę, że wybaczyła mi pani nietakt – dodał, widząc jej wahanie.

– Słowo honoru, że wybaczyłam.

– To proszę podać mi adres. Przyjadę po panią… powiedzmy o siódmej.

– Lampton House, mieszkania jeden, Darlington Square – wyrecytowała Caris bez zastanowienia.

– Do zobaczenia o siódmej.

Odprowadzając go wzrokiem, Caris przeklinała własną lekkomyślność. Z powodu nawału pracy przez ostatnich kilka tygodni zarywała noce. Powinna jak najprędzej wyruszyć do Catony, żeby wreszcie pójść wcześniej spać. Co w nią wstąpiło, że przyjęła zaproszenie od nieznajomego? Nie znała nawet jego imienia. Wyczuwała, że stanowi dla niej zagrożenie, ale właśnie ono wywoływało dreszczyk emocji, jakiego brakowało jej wśród codziennej rutyny.

Gdy punktualnie o siódmej zadzwonił do drzwi, chwyciła wieczorową torebkę i żakiet. Porządnie spakowana torba podróżna czekała w przedpokoju na jej powrót. Ponieważ nie wiedziała, dokąd ją zabierze, założyła jedyną koktajlową sukienkę z granatowego jedwabiu o prostym kroju i sandały na wysokim obcasie w tym samym kolorze. Nałożyła lekki makijaż, włosy upięła w elegancki kok, a w uszy wpięła kolczyki z perełkami.

Gdy z drżeniem serca otwierała mu drzwi, niepewna, jak oceni jej wygląd, ucieszył ją błysk aprobaty w zielonych oczach. Wyglądał tak oszałamiająco w wieczorowym garniturze i czarnym krawacie, że zaparło jej dech z wrażenia.

– Proszę wejść na chwilkę, panie Devereux – zaprosiła nieśmiało.

– Proszę nazywać mnie Zander, jak wszyscy – zaproponował.

– Zander? – powtórzyła, zdziwiona egzotycznym imieniem.

– Rodzice zamierzali dać mi na imię Alexander, ale urzędnik zapisał tylko drugą połowę imienia i tak już zostało – wyjaśnił, podążając za nią do ładnie urządzonego pokoju dziennego. – Bardzo tu przytulnie – zauważył. – Mieszka pani sama?

– Nie, ale Mitch przebywa na wakacjach w Rzymie. Wróci dopiero za tydzień.

– Jaki Mitch?

– To przezwisko mojej współlokatorki, Diany Mitchell. Chyba pora wychodzić. Jestem gotowa.

– Miło poznać kobietę równie szybką jak ładną.

Dwuznaczny komplement wywołał pod skórą Caris przyjemny dreszczyk, ale szybko opanowała niepożądane emocje.

– Muszę się pospieszyć, żeby wrócić i zabrać bagaż, bo w przeciwnym razie nie dotrę do Catony przed północą – wyjaśniła z pozornym spokojem.

Zander popatrzył w zadumie na stojące w przedpokoju bagaże.

– Czy będziesz tam często używać samochodu?

– Wcale. Jutro rano dołączymy z Sam do grupy turystów pieszych, żeby wędrować przez pięć dni wzdłuż szlaku do Rawton.

– Świetnie. Restauracja, do której cię zapraszam, stoi przy drodze do Catony. Jeśli zabierzesz wszystko ze sobą, odwiozę cię tam po kolacji. Dzięki temu spędzimy razem więcej czasu.

Ostatnie zdanie przyspieszyło bicie jej serca, lecz mimo to zaprotestowała słabo:

– Jeżeli zostawię samochód, nie będę miała czym wrócić.

– Mieszkam niecałe dwadzieścia kilometrów za Catoną. Gdybyś dała mi znać po zakończeniu rajdu, odwiózłbym cię z powrotem.

– Nie chcę ci robić kłopotu.

– Gdybym uważał, że to kłopot, nie składałbym takiej propozycji. Czy masz jeszcze coś do załatwienia przed wyjazdem?

Rozsądek podpowiadał, że powinna odrzucić zaproszenie, lecz kiedy popatrzyła w te przepiękne zielone oczy, nie zdołała odeprzeć pokusy.

– Nie – odparła.

Zander zarzucił jej żakiet na ramiona, wręczył torebkę, wziął jej walizkę i torbę podróżną i ruszył w stronę srebrnego, sportowego auta. Caris podążyła za nim jak zahipnotyzowana. Kilka minut później minęli cichy rynek i wyjechali poza przedmieścia w kierunku południowo-wschodnim. Wkrótce potem Caris ujrzała zalesione szczyty wzgórz Catskills.

– Dokąd właściwie mnie zabierasz? – spytała.

– Restauracja nazywa się Le Jardin Romarin. Mają francuskiego kucharza. To wyjątkowe miejsce, u podnóża gór, na krańcach prześlicznej wioski zwanej Wodospadami Jasnego Anioła.

– Pamiętam ją z dzieciństwa! – wykrzyknęła Caris. – Ojciec zabrał mnie tam dwa razy. Zapamiętałam ją z powodu pięknej nazwy i malowniczej okolicy.

– Właśnie dlatego kupiłem dom w pobliżu.

Caris pomyślała, że posiadanie domu, mieszkania oraz drogich ubrań świadczy o zamożności. Jednak nawet gdyby nie posiadał centa, dziwne, że jeszcze pozostał wolny przy tak atrakcyjnym wyglądzie. Jechali cichą drogą wśród świerków, gdy wyrwał ją z zadumy:

– Wkrótce dotrzemy do mostu nad Wąwozem Jasnego Anioła. Jeżeli spojrzysz w lewo, zobaczysz piękne wodospady.

Gdy zjechali nieco w dół, Caris ujrzała most, a obok niewielki parking. Wąskie strome schody, zabezpieczone barierką, prowadziły stamtąd do punktu widokowego. Po lewej stronie woda spływała w dół srebrnymi kaskadami niczym jedwabna wstęga. Rozszczepione promienie zachodzącego słońca utworzyły wokół tęczową aureolę. Gdy Zander pochwycił jej zachwycone spojrzenie, wyszeptała z zapartym tchem:

– Są naprawdę wspaniałe. Przecudne.

– Tak jak i sam wąwóz. Ale zobaczysz go dokładnie dopiero z tarasu widokowego.

– Zdążymy tam dojść?

– Jeżeli chcesz zejść na dół, wygospodarujemy trochę czasu. – Skręcił na parking, pomógł jej wysiąść, po czym ostrzegł: – Puść mnie pierwszego. Schody są wydeptane, nierówne. Musisz bardzo uważać na tych wysokich obcasach.

Caris ostrożnie podążyła za nim. Stanęła przy barierce i chłonęła wzrokiem wyniosłe szczyty i spienione wody na dole, póki nie przypomniał:

– Jeżeli chcesz dotrzeć dziś wieczór do Catony, pora wracać.

Wciąż oczarowana, Caris wkroczyła z powrotem na schody. Niemal dotarła do szczytu, gdy straciła oparcie i ześlizgnęła się ze schodka. Zander złapał ją w mgnieniu oka. Lecz kiedy ruszyli dalej, nie powstrzymała okrzyku bólu.

– Co się stało? – zapytał.

– Chyba skręciłam nogę w kostce – przyznała z ociąganiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Obejmij mnie za szyję – rozkazał, a kiedy wykonała polecenie, wziął ją na ręce.

Choć miał wiele do czynienia z kobietami, przy bliższym kontakcie ze smukłą, lecz przyjemnie zaokrągloną we właściwych miejscach figurką, jego serce zaczęło bić szybciej.

Z początku zawstydził Caris. Do tej pory nikt jej nie nosił. Miała metr siedemdziesiąt wzrostu i ważyła pięćdziesiąt dziewięć kilogramów. Po chwili jednak onieśmielenie ustąpiło miejsca miłemu poczuciu bezpieczeństwa. Odnosiła wrażenie, że Zander niesie ją bez najmniejszego wysiłku. Poczuła się bezpieczna w jego ramionach i bardzo, bardzo kobieca.

Posadził ją na siedzeniu auta i zdjął jej sandał. Kiedy badał zwichniętą nogę, nie zdołała powstrzymać grymasu bólu. Napotkawszy jego pytające spojrzenie, zapewniła, że wszystko w porządku, ale nie uwierzył.

– Chyba nic nie złamałaś, ale kostka zaczyna puchnąć – stwierdził po dalszych oględzinach. – Ależ ze mnie głupiec! Nie powinienem cię tam ciągnąć w tych butach.

– To nie twoja wina. Poszłam z własnej woli. Nie mogłam sobie odmówić tak nieziemskich widoków. Zresztą wcale tak bardzo nie boli.

Lecz kiedy na próbę poruszyła stopą, zaparło jej dech z bólu.

– Zdejmij pończochę, to ci ją opatrzę – zaproponował Zander.

Caris i tym razem usłuchała. Zander po chwili przyniósł z bagażnika apteczkę, spryskał kostkę przeciwbólowym płynem i założył bandaż elastyczny.

– Jak się teraz czujesz? – zapytał.

– Dziękuję, znacznie lepiej – zapewniła wesoło.

– Wątpię jednak, czy będziesz mogła pójść na rajd pieszy.

– O rany, rzeczywiście! Muszę zawiadomić Sam. Przykro mi, że ją rozczaruję.

– Zaczekaj, aż zjemy kolację. Wtedy będziesz mogła lepiej ocenić swój stan.

– Racja.

Podczas dalszej jazdy Zander intensywnie myślał. Czy mimo kontuzji Caris zechce pojechać do koleżanki? Miał nadzieję, że nie. Wyglądało na to, że ją pociąga. Chętnie zaciągnąłby ją do łóżka. Jak dotąd podboje przychodziły mu łatwo, może nawet zbyt łatwo. Aż nadto chętne partnerki szybko go nudziły. Lecz panna Belmont w niczym nie przypominała lekkomyślnych, światowych kokietek. Była spokojna, opanowana i chyba trochę nieśmiała. Nagle zapragnął nie tylko wziąć ją w ramiona, lecz także lepiej poznać. Uświadomił sobie, że nie odczuwał takiej potrzeby od czasu, kiedy w wieku siedemnastu lat zakochał się w dziewczynie z sąsiedztwa.

Nim dotarli do celu, słońce zaszło za zalesione szczyty gór. Niebo w czystym, górskim powietrzu przybrało intensywnie szafirową barwę.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił, po czym pomógł jej wysiąść.

Po chwili stanęli przed uroczym budynkiem, nakrytym spadzistymi daszkami z mnóstwem szczytów. Po obu stronach kamiennych schodków stały donice z fioletową lawendą i lśniącym rozmarynem.

– Uważaj! – ostrzegł Zander, odbierając od niej żakiet i torebkę.

Mimo że stąpała ostrożnie, kiedy przeniosła ciężar na kontuzjowaną nogę, krzyknęła z bólu.

– Chyba nie mogę chodzić – jęknęła.

– Obejmij mnie za szyję.

Kiedy ponownie ją podniósł, nie odczuwała już takiego skrępowania jak wcześniej, za to wyraźniej czuła ciepło muskularnego torsu i aromat wody po goleniu, zmieszany z przyjemnym, naturalnym zapachem skóry. Widziała z bliska delikatne zmarszczki od śmiechu wokół oczu i cienką, pionową bliznę z boku ust. Bliski fizyczny kontakt przyspieszył jej puls i utrudnił oddychanie. Kiedy otwarto im drzwi, wniósł ją bez wysiłku po schodach do małego, eleganckiego holu, gdzie oczekujący na stolik popijali zamówione napoje. Widząc, że się odprężyła, Zander zażartował:

– Cieszysz się, że cię nie upuściłem, czy polubiłaś noszenie na rękach?

Caris spłonęła rumieńcem. Na szczęście zanim zdążyła wymyślić jakąkolwiek ripostę, wyszedł im na spotkanie tęgi, siwy pan w smokingu.

– Jak miło cię widzieć, Zander! – wykrzyknął. – Czy to wasz miesiąc miodowy? – dodał, figlarnie mrugając okiem.

– Niestety, nie, Claude. Moja towarzyszka skręciła nogę w kostce – wyjaśnił Zander.

– Spróbujemy jej to wynagrodzić. Dostaniecie jeden z najlepszych stolików i smaczny posiłek.

Zaprowadził ich do stolika na werandzie na tyłach, ozdobionego niskim bukietem brzoskwiniowych różyczek i mosiężnym świecznikiem.

– Przyślę wam butelkę naszego najlepszego szampana i jeśli pozwolicie, sam wybiorę dla was dania.

Zander posłał Caris pytające spojrzenie. Gdy skinęła głową, podziękował uprzejmie i wyraził zgodę.

– Szef kuchni przygotuje wam coś specjalnego – zapewnił Claude. – Czy madmoiselle potrzebuje stołeczka, by oprzeć chorą nogę?

– Dziękuję, nie trzeba – odrzekła, nieco zażenowana zamętem wokół swojej osoby.

Z oświetlonej werandy roztaczał się widok na tarasowy ogród z krętymi schodami, tajemniczymi ścieżkami, kamiennymi ławkami i jasnymi posągami w altankach. Woda spływała kaskadami po skałach do stawów obsadzonych paprociami. W każdym zakątku rosły lśniące rozmaryny. Jedyna gwiazda na ciemniejącym niebie dodawała scenerii magicznego uroku.

– Jak tu pięknie! – westchnęła Caris.

– Miałem nadzieję, że ci się spodoba – odparł Zander. – Na pewno nie potrzebujesz poduszki pod stopę? Złagodziłaby ból i zapobiegła dalszemu puchnięciu.

– Boli tylko wtedy, kiedy na niej staję i już więcej nie puchnie. Ale o rajdzie nie ma mowy. Przykro mi, że rozczaruję Sam, ale zostanę w Albany. Gdybym do niej pojechała, zrezygnowałaby z wędrówki ze względu na mnie. – Wyciągnęła telefon, żeby zawiadomić koleżankę, ale po chwili zmarszczyła brwi. – Posłuchaj! Dostałam od niej wiadomość. Jej owdowiała mama zachorowała i musi pojechać do Bostonu, żeby ją pielęgnować. Kazała mi jechać samej. Wybacz, ale muszę jej wyjaśnić, co mnie spotkało.

– Nie masz za co przepraszać. Szkoda tylko, że zmarnujesz urlop.

– Trudno, siła wyższa – westchnęła, z trudem ukrywając rozczarowanie. – Odpocznę w domu. Jak mi się zacznie nudzić, wrócę do kancelarii albo poproszę Kate, żeby podrzuciła mi jakąś robotę do domu.

W tym momencie kelner przywiózł na wózku szampana Dom Perignon w kubełku z lodem. Zapalił świecę na stoliku i zaczął otwierać butelkę.

– Dla mnie tylko trochę – zastrzegł Zander. – Będę później prowadził samochód.

Po odejściu kelnera uniósł kieliszek do góry i popatrzył Caris w oczy.

– Za nas, żebyśmy się lepiej poznali, Caris. Masz bardzo ładne, rzadkie imię – dodał. – Kto je dla ciebie wybrał?

– Mama.

Caris powoli sączyła szampana. Toast sprawił jej wielką przyjemność. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej o Zanderze.

– W jakiej branży pracujesz? – zapytała.

– Hotelarskiej.

Caris uświadomiła sobie, dlaczego jego nazwisko wydało jej się znajome, gdy usłyszała je po raz pierwszy. Skojarzyła, że czytała w kolorowym czasopiśmie artykuł na temat arystokratycznego rodu Devereux.

– Teraz wiem, skąd znałam twoje nazwisko. Czytałam kiedyś, że przedsiębiorstwo pozostaje w rękach waszej rodziny od ponad stu lat.

– Tak. Założył je mój prapradziadek, Gerald Devereux.

– Młodszy brat księcia?

– Tak, ale przestał używać tytułu, gdy ożenił się z Amerykanką i zamieszkał w Stanach. Najpierw założył bank handlowy w Londynie pod koniec osiemnastego wieku. Później przejął za długi czyjś hotel. To rozbudziło w nim nowe zainteresowania i zaczął budować kolejne.

– Czy teraz ty prowadzisz firmę?

– Nie. Mój ojciec.

– James Devereux?

– Tak.

W artykule napisano też, że James, właściciel sieci pięciogwiazdkowych hoteli na całym świecie, jest żonaty z tą samą kobietą od ponad czterdziestu lat. Natomiast jego syn, znany z rozlicznych romansów, wciąż pozostaje kawalerem, mimo że niejedna panna próbowała go usidlić.

– Ponieważ skończyłem architekturę, projektuję nowe hotele lub przebudowę zakupionych nieruchomości na całym świecie.

– Pewnie wiele podróżujesz.

– Tak, całkiem sporo.

– Szczęściarz z ciebie. Jaki kraj najbardziej lubisz?

– Anglię. Urodziłem się w Londynie, a studiowałem w Oksfordzie. Mój ojciec jest z pochodzenia Amerykaninem, a mama, która zmarła w zeszłym roku, była Angielką.

– Bardzo mi przykro – powiedziała Caris. – Dziwne. Ja też mam amerykańskiego ojca i angielską mamę.

– Gdzie się urodziłaś?

– W małej osadzie targowej o nazwie Spitewinter, w hrabstwie Cambridgeshire. Mój dziadek był tam pastorem. Skończyłam prawo na uniwersytecie w Cambridge.

– Dlaczego wybrałaś ten kierunek?

– Nie ja dokonałam wyboru, lecz ojciec. Czekał na syna, który przejąłby po nim kancelarię, ale mama zmarła, gdy byłam jeszcze mała.

– Nigdy się ponownie nie ożenił?

– Nie. Uwielbiał mamę. Nigdy nie przebolał straty. Po jej śmierci zgorzkniał i zamknął się w sobie.

– Dobrze, że ty mu zostałaś na pociechę.

– Wcale tak nie myślał. Powierzał moje wychowanie niańkom, a gdy tylko trochę podrosłam, oddał mnie do szkoły z internatem. Później, kiedy okazałam się zdolną uczennicą, zażyczył sobie, żebym poszła w jego ślady i podjęła pracę w firmie.

– Dlaczego poszłaś do Cambridge?

– Tę decyzję również podjął za mnie. Choć urodził się i wychował w Ameryce, jego rodzina również pochodziła z Cambridgeshire.

– W jaki sposób znaleźli się w Stanach?

– Na początku osiemnastego wieku jeden z naszych przodków wyemigrował i osiadł w New Jersey. Wysłał jednak najstarszego syna na studia do Anglii. Wtedy powstało coś w rodzaju rodzinnej tradycji, że najstarszy syn najstarszego syna studiuje w Cambridge. Mój ojciec też tam pojechał. Poznał tam i pokochał mamę. Ona również studiowała prawo, ale kiedy na drugim roku zaszła w ciążę, musiała zrezygnować ze studiów. Natychmiast wzięli ślub. Urodziłam się w domu dziadków w Spitewinter. Wkrótce potem ojciec skończył studia i zabrał mamę z powrotem do Stanów. Jednak nigdy nie doszła do siebie po ciężkim porodzie. Gdy zmarła, nie mógł na mnie patrzeć, jakby obwiniał mnie za jej śmierć.

– Ale teraz, kiedy zastąpiłaś mu upragnionego syna, chyba w końcu cię zaakceptował?

Caris z żalem pokręciła głową.

– Niestety, nie. Ledwie mnie toleruje, jeżeli spełniam jego życzenia. A marzy o tym, żebym została wziętą adwokatką.

– Nie bardzo potrafię sobie ciebie wyobrazić w tym zawodzie.

– Uważasz, że brak mi zdolności?

– Nawet mi coś takiego nie przemknęło przez głowę! Ale choć słabo cię znam, wyglądasz mi na zbyt wrażliwą osobę, by zachować emocjonalny dystans, niezbędny w pracy adwokata.

– Czy to obelga, czy komplement?

– Komplement – odparł ze śmiechem.

W tym momencie przyniesiono im delikatnego, zapiekanego homara, którego spożyli niemal w milczeniu, delektując się wybornym smakiem. Następnie dostali po steku z przepysznym sosem chereuil, lekkim jak marzenie, a na deser puszysty sernik z owocami i śmietanką, kawę i czekoladki. Kelner przywiózł też na wózku cały zestaw alkoholi. Caris po dwóch lampkach szampana nie zamierzała więcej pić, ale Zander namówił ją na kieliszek ulubionego likieru benedyktyńskiego. Dla siebie nic nie zamówił. Gdy zostali sami, nie odczuwali potrzeby podtrzymywania konwersacji. Pili kawę w przyjaznym milczeniu, patrząc na pogrążony w mroku ogród. Lekka bryza niosła aromat róż, lawendy i rozmarynu. Kiedy skończyli, Caris westchnęła:

– W życiu nie jadłam nic lepszego.

– Cieszę się, że ci smakowało – odparł Zander z uśmiechem.

Miał ładne zęby, równe, białe i zdrowe, i piękne usta z węższą górną wargą i pełniejszą dolną. Patrzyła na nie w zachwycie, gdy nagle zagadnął:

– Miło zjeść kolację z kobietą, która nie papla przez cały czas.