Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tydzień w Korei Północnej - Christian Eisert

Berlin Wschodni, 1988r.: Christian Eisert jako uczeń po raz pierwszy słyszy o zjeżdżalni wodnej w kolorach tęczy, którą polecił wybudować w Pjongjangu przywódca Korei Północnej Kim Ir Sen. Autorowi tak bardzo zapadła ona w pamięć i tak bardzo go zafascynowała, że dwadzieścia pięć lat później postanowił spełnić swoje marzenie: wraz z przyjaciółką, fotoreporterką Thanh Hoang, Eisert wyrusza na poszukiwania kolorowej zjeżdżalni w najdziwniejszym kraju świata. 
W ciągu sześciu dni Christian Eisert przemierzył 1500 kilometrów po różnych zakątkach Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i zobaczył jej największe – według północnych Koreańczyków – atrakcje turystyczne. Przy okazji wielokrotnie udało mu się zajrzeć za kulisy systemu i skonfrontować się z największymi absurdami tego kraju, takimi jak autostrady bez samochodów czy urzekające kompozycje z kwiatów i rakiet. Po jakimś czasie przestały go dziwić pluskwy w szafie czy pokój hotelowy bez prądu, ale za to wyposażony w automat do lodów włoskich…
A to wszystko ze sfałszowaną tożsamością i pod stałym nadzorem tajnych służb.
Efekt tej podróży – „Tydzień w Korei Północnej” – jest po prostu obłędny!

Wrażliwy zgrywus udowodnił tą książką, że dorósł także do dłuższych form wypowiedzi, jak Jonas Jonasson w „Stulatku, który wyskoczył przez okno i zniknął”.
„Hamburger Abendblatt”

Książka pełna ciekawych obserwacji, zabawnych dialogów i przede wszystkim wolna od stereotypów.
„Welt am Sonntag”

Christian Eisert z humorem relacjonuje swój urlop w Korei Północnej.
kultur.ARD.de

Kraj i jego mieszkańców przybliżają nam przede wszystkim detale. Eisert, by uporać się z licznymi paradoksami, osobliwości Korei Północnej komentuje z wisielczym humorem. Jednak nie pisze ani pogardliwie, ani złośliwie, okazuje szacunek ludziom, mającym zupełnie inne zaplecze kulturowe, akceptuje odmienny światopogląd.
„Neues Deutschland”

Znany satyryk Christian Eisert opisuje swoją wakacyjną podróż przez Koreę Północną w nadzwyczaj zabawny sposób.
„Welt – kompakt”

Książka pełna pogodnych, serdecznych momentów, pasjonujących historii w tle i ściskających serce przeżyć.
„WAZ”

Ta książka jest naprawdę zabawna – co jest nietypowym, ale świetnym rozwiązaniem. Niewymuszony komizm nie jest ani zjadliwy, ani tani.
Dresdner Neue Nachrichten

Gorąco zachęcam do lektury książki „Tydzień w Korei Północnej: Christiana Eiserta. Autor utrafił w ton między ironicznym dystansem do tego, co go spotyka – a także do siebie samego – a poważnym traktowaniem kraju, do którego się wybrał.
Radio EINS

Zabawna, ale jednocześnie szokująca i poważna książka.
„Die Rheinpfalz”

Lektura tej książki nie pozostawia mdłego uczucia, że celem tej relacji z podróży było tylko wspieranie turystyki. Chodziło o to, by opowiedzieć o ludziach.
„Berliner Morgenpost”

Mocną stroną książki jest jej styl. Jako autor gagów do programów takich jak „Die Harald Schmidt Show” Eisert potrafi opowiadać ironicznie. Dokładnie tego trzeba, by pokazać absurdy Korei Północnej.
„Hessischer Rundfunk”

Eisert daje nam wgląd w niemal niewyobrażalną rzeczywistość.
„Hamburger Morgenpost”

Christian Eisert – urodzony w 1976 r. w Berlinie Wschodnim jest satyrykiem i autorem programów telewizyjnych. Pisze gagi, skecze i scenariusze m.in. dla Haralda Schmidta i do telewizyjnego show „Alfons und Gäste” oraz „Grünwald Freitagscomedy”. Pierwsze doświadczenia związane z Koreą Północną zebrał w 1988 r., gdy na cześć goszczącej w jego szkole delegacji z Pjongjangu śpiewał robotnicze pieśni bojowe.

Opinie o ebooku Tydzień w Korei Północnej - Christian Eisert

Fragment ebooka Tydzień w Korei Północnej - Christian Eisert

Tytuł oryginału

KIM & STRUPPI

fERIEN IN NORDKOREA

Copyright © Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin.

Published in 2014 by Ullstein extra Verlag

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Strękowska

www.strekowska.pl

Zdjęcia na wkładce © Christian Eisert

Mapa © Peter Palm

Redaktor prowadzący

Anna Czech

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978–83–8069–653–2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla A.

Zaginione miasto

Kto później podejdzie do mapy? – pan Thomas zapytał klasę na początku lekcji geografii. W planie była teraz matma, ale oczekiwano delegacji: ministra edukacji Korei Północnej, Ri Dzong Dżu, i wiceministra oświaty NRD – główna minister Margot Honecker miała zapewne coś ważniejszego do roboty.

Zgłosiły się dwie dziewczynki ijeden chłopiec.

Pulchną Sandy wykluczył odrazu. Zabardzo rzucało się woczy, że cienkie włoski koloru blond przycięła Sandy jej matka –całkowicie pozbawiona talentu fryzjerskiego. Poza tym Sandy nie miała bluzy pioniera, tylko niebieską koszulkę. Co innego Nancy. Bujne blond włosy splecione wgruby warkocz sięgający aż po rąbek granatowej spódniczki, adotego odpowiednia czerwona chusta znajbardziej nieskazitelnym węzłem pionierskim wcałej klasie. Była idealna, ale jako gruppenratsvorsitzende (stopień worganizacji pionierskiej, oznaczający przewodniczącą klasy) zaprezentowała się już podczas obchodu szkoły zdelegacją. Gdyby znowu pojawiła się wyeksponowana napierwszej linii, mogliby sobie pomyśleć, że wNRD jest tylko jedno mądre dziecko.

Itak wybór padł nachłopca wnieco zadużych okularach koloru niebieski metalik, koszuli pioniera ichuście wokół szyi, węzeł której, choć już nie tak doskonały, naszczęście tkwił naswoim miejscu.

Pan Thomas wydał ostatnie instrukcje izapomocą trzech ipołowy palca prawej dłoni –kciuk ipołówka wskazującego zapodziały się podczas przeprowadzanych wewczesnej młodości eksperymentów zsylwestrowymi wybuchami –sprawdził równocześnie, czy rozporek wjego dekatyzowanych dżinsach jest zamknięty. Przez dwa lata klasa zdążyła się już przyzwyczaić dotego, że regularnie sięgał dokrocza. Oraz dowidocznych wtym miejscu śladów kredy.

Kilka minut czekali wnapięciu namoment, wktórym zostaną „zaskoczeni” wtrakcie zwykłej lekcji. „Miary długości iszerokości geograficznej naZiemi” –widniało naciemnozielonej tablicy –aponiżej współrzędne „Berlina, stolicy NRD”. Brakowało jeszcze współrzędnych „Pjongjangu, stolicy KRLD”. Pierwszy zapis pana Thomasa natablicy, dający się bez problemu odczytać wcałości. Wkońcu rozległo się pukanie dodrzwi.

–Przechodzimy teraz dodługości iszerokości geograficznej –natychmiast zaczął pan Thomas. –Kto pokaże klasie, gdzie leży Fjongjang? –Przerwał po chwili, udając zmieszanie. –O, ktoś puka.

Wuchylonych drzwiach ukazała się ruda czupryna dyrektorki.

–Proszę sobie nie przeszkadzać, drogi kolego.

Dyrektorka, zastępczyni dyrektorki, dwóch panów wjasnoszarych garniturach oraz trzech przedstawicieli Korei Północnej wgarniturach ciemnoszarych przemaszerowali wzdłuż ściany natył klasy. Koreańczycy mieli identyczne przedziałki nalewą stronę. Jeden znich wyszczerzył wuśmiechu krzywe zęby –Ri Dzong Dżu.

Obok gazetki ściennej zokazji Międzynarodowego Dnia Dziecka zupełnie przypadkiem stał wolny stół zdwoma krzesłami. Dyrektorka iRi Dzong Dżu zajęli miejsca. Jeden zKoreańczyków –tłumacz –kucnął tuż zanimi.

Chłopiec wywołany przez nauczyciela stał teraz przed klasą iwpatrywał się wwielką mapę świata. Ananiej same kolorowe kraje. Różowy niczym prosiaczek Związek Radziecki, zielone Stany Zjednoczone imałe NRD wkolorze błękitnym. Czuł, jak delegacja, klasa ipan Thomas wlepiają wzrok wjego plecy. On także się wpatrywał. Zbliska mapa wydawała się zdecydowanie mniej przejrzysta.

–Azatem... –demonstracyjna wesołość pana Thomasa gryzła się zwyraźnym drżeniem wjego głosie –...może będziesz się posuwał odlewej doprawej? ZEuropy doAzji?

Tłumacz przełożył jego słowa.

Dodzisiaj stronę prawą ilewą chłopiec może zlokalizować dopiero po dłuższym zastanowieniu. Zaczęło mu się kręcić wgłowie. Niebieskie okulary zsuwały się znosa. Palcem wskazującym przesunął je namiejsce, ukradkiem zerknął napana Thomasa. Ten pogmerał przy swoim rozporku ijednocześnie skupił wzrok wpunkcie nadrugim końcu mapy. Pomogło.

Chłopiec szybko odnalazł Chiny. Żółta, tłusta plama podprosiaczkiem. Tuż obok wskazał naKoreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną –KRLD.

Wszyscy odetchnęli zulgą. Tłumacz także.

–Jesteśmy bardzo ciekawi –wtrąciła ztyłu dyrektorka, ikażdy słyszał zamaskowaną uśmiechem groźbę –jakie są współrzędne geograficzne Fjongjangu, jego długość iszerokość geograficzna.

Ona także wymawiała P jako F. Tłumacz przełożył jej słowa. Ri Dzong Dżu skinął głową. Igrubszy zjasnoszarych panów także. Przypuszczalnie zastępca Margot Honecker.

Chłopiec gapił się bezmyślnie naPółwysep Koreański. Skrawek lądu wyglądał jak konik morski. Północnokoreańska głowa zdługim pyskiem sięgała kugórze wprawo, południowokoreański brzuch nieco wystawał. Brakowało ogona, jakby został odrąbany. Korea Północna iPołudniowa –konik morski, który krzyczał zbólu.

Kolory i linie, litery i liczby. Wszystko się ze sobą zlewało. Chłopcu przyszła na myśl olbrzymia wodna zjeżdżalnia, która stała gdzieś w stolicy Korei Północnej. Wczoraj wszyscy uczniowie obejrzeli w kinie Sojuz film o KRLD. Zjeżdżalnia wodna w kolorach tęczy, prezent od Wielkiego Przywódcy Kim Ir Sena dla dzieci Korei, zrobiła na nim największe wrażenie. Podczas podsumowującej rozmowy jego wybór nie został dobrze przyjęty. Zapewne korzystniej byłoby wymienić komunistyczne osiągnięcia, dzięki którym ludziom żyło się coraz lepiej.

Szepty iszuranie butami. Próbował się skoncentrować. Zmrużył oczy iotworzył je szeroko. Kolorowa breja została. Chłopiec obrócił się wstronę klasy. Zapadła cisza. Natwarzach innych uczniów malowały się współczucie, radość iulga, że sami nie stoją zprzodu. Usta chłopca wyschły nawiór. Trudno go było zrozumieć.

–Nie mogę znaleźć...

Ztyłu tłumacz przełożył wypowiedź. Ri Dzong Dżu ponuro chrząknął.

Pan Thomas zawołał Sandy. Dziewczynka wskazała iodpowiedziała właściwie, iwten sposób uratowała honor klasy, szkoły icałej Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Achłopiec poprzysiągł sobie, że nigdy, nigdy znikim nie będzie otym rozmawiał.

Wgórę tęczy

Drzewa przy Boxhagener Platz wyciągały nagie gałęzie w zimowy, berliński poranek. W górę poderwało się stado wron. Modnie opatulone matki pędziły swoje potomstwo przez obramowane starymi budynkami ulice. Dawniej czułoby się dym z pieców opalanych węglem.

Po raz pierwszy warsztaty odbywały się wnowej siedzibie akademii scenopisarstwa. Podczas gdy dwa tuziny uczestników mojego seminarium komediowego zajmowały swoje miejsca, wystukałem naswojej komórce wiadomość:

Dzisiaj uCiebie zarogiem wWerkle. Zjemy razem obiad...

Odpowiedź dotarła jeszcze przed ostatnim spóźnialskim:

Kapie mi znosa imam chrypę. Gorączkę też. Itrzy ostateczne terminy oddania prac!

Wczasie przerwy obiadowej wyskoczyłem dopołożonej naprzeciwko apteki, kupiłem eukaliptusowe tabletki musujące dokąpieli, cukierki szałwiowe iherbatkę zkwiatu czarnego bzu, pognałem przez skrzyżowanie, dalej przez bramę, nawewnętrzne podwórko. Wbiegłem po schodach nagórę ikilka sekund później, już bez torebki zapteki, byłem znów naulicy. Wpromieniach styczniowego słońca wystukałem wiadomość:

Rzuć okiem nawycieraczkę. Pozdrowionka...

Odpowiedź przyszła oczwartej.

Właśnie znalazłam :–))) Jesteś skarbem. Uwielbiam kąpiel eukaliptusową!!! Zakatarzona ściskam Cię mocno!... Dlaczego nie skorzystałeś zdzwonka???

Poleciłem seminarzystom wypisać dziesięć zawodów dla grubasa, czym zyskałem czas nakrótkie wyjaśnienie.

Bałem się, że się zarażę.

Krótko przed końcem ćwiczeń komórka zawibrowała znowu.

Mogłam się domyślić!

Cztery godziny później mimo wszystko siedzieliśmy razem wjej pokoju. Nazewnątrz było ciemno. Blask ustawionych najej stole okrągłych świeczek odbijał się wszybach okiennych.

–Mam gdzieś maseczkę ochronną nausta. Chcesz?

Dwa krótkie zdania iaż trzy kaszlnięcia. Siedziała zwieszona nakrześle przy szczycie długiego stołu kuchennego zdębowych belek. Odchylony dotyłu siedziałem po przeciwnej stronie igłaskałem po głowie jej labradora.

–Powinniśmy poprosić twoją pańcię, żeby przestała wydychać? Zewzględu nabakterie.

Pies przekrzywił głowę isię zamyślił. Jego pani parsknęła śmiechem.

Choć wmarnej formie iwdresie dojoggingu, który niechlujnie zwisał wokół jej ciała, promieniowała większym naturalnym luzem niż wszystkie wyfiokowane modnisie zFriedrichshain. Poznaliśmy się pięć lat temu, gdy wtłumie gości wernisażu nie dostrzegłem jej wporę iwylałem mój sok pomarańczowy najej drogąÁo dài, tradycyjną wietnamską suknię zjedwabiu, którą tego wieczoru założyła po raz pierwszy. Wtedy akurat znów była naetapie powrotu dokorzeni. Thanh jest bowiem zurodzenia Wietnamką. Zpóźniejszej korespondencji mejlowej natemat rachunków zaczyszczenie iniszczącej siły soku pomarańczowego wyrosła nasza szczególna przyjaźń. Kilka miesięcy po tym wydarzeniu podarowałem jej naurodziny nową tabliczkę nadrzwi zwygrawerowanymThanh Hoang.

Gdyby nawernisażu miała taką fryzurę jak dziś wieczorem, zpewnością wporę bym ją zauważył. Długie czarne włosy związała wysoko czerwoną opaską. Ugóry sterczały wystrzępione kosmyki. Przy każdym zataków kaszlu czerwona wieża dyndała nawszystkie strony. Zamiast soczewek kontaktowych włożyła czarne okulary, nieco zaduże najej mały nosek.

–Zpewnością jesteś głodny. Mam wlodówce zapiekankę.

–Zmięsem?

Spojrzała namnie znad krawędzi okularów iprzewróciła oczami.

–Zcukinią ibakłażanem.

Namojej twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia. Otworzyła nową paczkę marlboro.

–Apotem herbata, co?

Kiwnąłem głową.

–Mogę najpierw wypalić jednego?

–To twoje mieszkanie.

–Zapalę przy oknie, dobra?

Była gotowa wstać iwpuścić dośrodka mroźne powietrze. Przebiegł mnie dreszcz.

–Chyba szukasz śmierci. Zprzeziębienia izatrucia nikotyną.

–Chodzi ci oto, że to ty szukasz śmierci.

Zapalniczka pyknęła. Okno pozostało zamknięte. Po mojej głowie błąkał się pomysł nanowe przysłowie zesłowami „deszcz”, „okap”, „zaraza” i„cholera”. Wypuściła dym izakaszlała.

–Zajączku! Zero alkoholu, zero papierosów, przy trzydziestu stopniach wcieniu włączone ogrzewanie. Jak Isabel może wytrzymać ztakim wypieszczonym delikatniaczkiem?

Isabel to moja dziewczyna. Wolałem nie mieszać jej donaszej dyskusji. Później kłóciliśmy się jeszcze oto, dlaczego jako rodowity berlińczyk obdarzyłem uczuciem Szwabkę. Moje życie uczuciowe było równie burzliwe jak wprzypadku Thanh. Regularnie wyżalaliśmy się sobie napartnerów ileczyliśmy rany po rozstaniach. Tymczasem nasza przyjaźń jak dotąd była niezachwiana. Chociaż wiele nas różniło. Naprzykład próg komfortu cieplnego.

–Dlaczego delikatniaczek? Po pierwsze, nazewnątrz jest czternaście stopni naminusie, apo drugie, kiedyś wsadziłem krowie ramię dozadka.

–Aja przez trzy dni błąkałam się naSaharze.

–Aja przez trzynaście lat żyłem wNRD.

–Prawie umarłam zpragnienia.

–Aja byłem pionierem!

Dmuchnęła dymem wsufit.

–Oo, jakie to niebezpieczne. Pionier wszkole Thälmanna.

–Moja szkoła nazywała się Szkoła Przyjaźni między Niemiecką Republiką Demokratyczną iKoreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną!

–Słucham?

Powtórzyłem. Tym razem jeszcze szybciej. Jako uczniowie urządzaliśmy zawody włamaniu języka natej nazwie. Oczywiście nieoficjalnie.

–Icóż tam robiliście? Budowaliście czołgi zryżu?

–Nie, przyjeżdżały donas zprzyjacielskimi wizytami delegacje zKorei Północnej imachaliśmy elementami sygnałowymi.

–Elementami sygnałowymi?

–No tak, słonecznikami zplastiku, które odpadały, gdy się zamocno machało.

Straszliwy, chropawy kaszel wyrwał się zjej gardła. Wujek Sam zmarszczył swoje szerokie czoło. Co też jego pańcia chciała przez to powiedzieć?

–Wszystko dobrze, ona się tylko śmieje... – szepnąłem do psa. – Moja szkoła miała najdłuższą nazwę wcałej NRD – wyjaśniłem już głośno. – Ipamiętam film wkinie Sojuz ozjeżdżalni wodnej wkolorach tęczy zbudowanej przez Kim Ir Sena dla dzieci.

–Mieszkańcy Korei Północnej ślizgają się po tęczy?

–Tak, każdy tor był winnym kolorze.

–Zajączku, mam wrażenie, że wtwoim mieszkaniu jest zbyt ciepło...

„Zajączkiem” Thanh nazywa ludzi, których szczególnie lubi. Wnaszym przypadku nałożył się nato jeszcze fakt, że nawernisażu poznała mnie zająca, awłaściwie królika. Ale nie opowiadamy otym chętnie.

Nastole Thanh dygotały płomyki świec. Prawdopodobnie ciągnęło odokna. Pieszczotliwie przeczesywałem palcami bujne futro Wujka Sama. Thanh zgasiła wpopielniczce papierosa.

–To byłoby świetne zdjęcie napierwszą stronę: zjeżdżalnia wkolorach tęczy Kim Ir Sena.

–Ipewnie wniezłej cenie! – uderzyłem wten sam ton. – Zpewnością można się też spodziewać godziwego honorarium.

Thanh jest fotoreporterką.

–Jeżeli sobie tego wszystkiego nie ubzdurałeś – nie kryła wątpliwości.

–Wsieci rzeczywiście nie ma nic naten temat.

–No widzisz... – Thanh rozkaszlała się znowu.

–Wtakim razie musimy tam pojechać – powiedziałem. – Pomijając zjeżdżalnię, zawsze chciałem odwiedzić Koreę Północną. Wkońcu całymi dniami wbijano nam dogłów, jak nie pomylić jednego Kima zdrugim. Ten wysiłek nie może pójść namarne.

Thanh nadęła policzki iwypuściła powietrze, trzepocząc wargami.

Miałem ją nahaczyku. Chociaż – chyba zarzuciłem wędkę nadarmo.

–Moja droga, istnieje wszakże jeden wielki problem. Korea Północna nie wpuszcza dokraju żadnych dziennikarzy.

–Wydaje mi się owiele trudniejsze przekonanie twojego szwabskiego bożyszcza, żeby puściła cię zemną nawyjazd.

–Czy to znaczy...?

Thanh skinęła głową. Odczytałem to jako „Spróbujmy”.

Osiem tygodni później stałem zIsabel przy bramce nalotnisku Tegel.

–Ale wrócisz cały izdrowy, co?

–Obiecałaś, że nie będziesz płakać!

Isabel zacisnęła usta iwtuliła się wmoje zgięcie szyi.

Pogładziłem ją po jasnych włosach.

Już tylko jedna podróżna stała przed stanowiskiem kontroli bezpieczeństwa.

–Zostajesz czy lecisz? – rzuciła wmoją stronę.

–Isabel, czas namnie...

Wyzwoliłem się zjej objęć. Skinęła głową. Cicha idzielna. Wypuściła mnie. Pomyślałem oserialu rysunkowym ztymi przesłodzonymi, pulchnymi parkami:Miłość to...

Miłość to puścić ukochanego wpodróż doKorei Północnej. Kraju, którego władcy nazywani są przez zachodnie media obłąkanymi.

Napisałem dla Isabel po jednym liście nakażdy dzień mojej nieobecności iumieściłem je podpoduszką. Odczytanie takich kulfonów zajmie jej zpewnością dłuższą chwilę każdego ranka. Bazgrzę niemiłosiernie iprawie nie sposób mnie rozszyfrować.

Przypuszczalnie zaoznakę miłości trzeba uznać również zgodę nawyjazd ukochanego zinną kobietą. ZBerlina doAbu Zabi, stamtąd doPekinu, anastępnie dalej poleciałem z

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej, płatnej wersji

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Zaginione miasto

W górę tęczy

Ślepe maszyny

Mężczyzna o lodowatym spojrzeniu

Mała mumia

Japońscy gangsterzy

Niewidzialni

Zielona Roth

Widmo

Transseksualny króliczek wielkanocny

Magiczna herbata

Koronacja królowej

Fałszywy Budda

Spisek pszczelego wosku

Klasztor zaginionych mnichów

Uprowadzenie

Tajne wiadomości

Góra masek

Gejowska czekolada

Katolicki zając

Trelujące kwiaty

Automatyczne dziecko

Ptak nocy

Atak

Bitwa błotna

Mur

Znak dymu

Na dnie morza

Strumień z betonu

Wgryzienie w oko

Wybuch

Tęcza z Panmundżom

Rozpad

Łzy na granicy

Czujni sąsiedzi

99 balonów

Koń pod ziemią

Kwiatowe bataliony

Do Mangyŏngdae

Po tęczy w dół

Postscriptum

Ważne źródła według daty wydania

Moje serdeczne podziękowania dla...

Ilustracje