Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tydzień na uwiedzenie - Tessa Dare

Nie wszystkie młode damy myślą o balach, flirtach i zdobyciu męża. Minervę Highwood pochłania… dość osobliwa dziedzina nauki. Tę pasję przewyższa tylko miłość do siostry. Dlatego Minerva przerywa swe badania prowadzone w zaciszu Spindle Covei składa gwałtowną wizytę wicehrabiemu Payne. Jej siostrę ma połączyć z nim wkrótce zaaranżowane małżeństwo, a Payne słynie z miłosnych podbojów…

Minerva proponuje mu układ. On się nie oświadczy. W zamian otrzyma coś, na czym mu bardzo zależy. Po jednym wszakże tajemniczym warunkiem: będzie towarzyszyć Minervie w jej naukowej wyprawie do Edynburga.

 

Rozpoczyna się niebezpieczna podróż, gdzie czyhają nie tylko zasadzki bandytów, ale i serca…

Opinie o ebooku Tydzień na uwiedzenie - Tessa Dare

Fragment ebooka Tydzień na uwiedzenie - Tessa Dare

Korekta

Halina Lisińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

A Week to be Wicked

Copyright © 2012 by Eve Ortega

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5035-9

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1

Kiedy dziewczyna przywlecze się w deszczu o północy i zastuka do drzwi Diabła, Diabeł powinien być przynajmniej na tyle niemoralny – skoro nie może być przyzwoity – by odpowiedzieć na pukanie.

Minerva złapała w garść poły płaszcza, osłaniając się przed kolejnym podmuchem przenikliwego, zimnego wiatru. Wpatrywała się przez chwilę z rozpaczą w zamknięte drzwi, po czym załomotała w nie pięścią.

– Lordzie Payne – zawołała z nadzieją, że jej głos przebije się przez ciężkie dębowe drzwi. – Proszę podejść do drzwi! Tu panna High­wood. Panna Minerva Highwood – uściśliła po chwili.

Właściwie precyzowanie, o którą pannę Highwood chodzi, nie miało sensu. Z punktu widzenia Minervy powinno to być rzeczą oczywistą. Jej młodsza siostra Charlotte była żywiołową, lecz delikatną piętnastolatką. Zaś najstarsza z rodziny, Diana, nie tylko była anielsko piękna, ale też bardzo chciała wyjść za mąż. Żadna z nich nie zdecydowałaby się wymknąć nocą z łóżka, zejść tylnymi schodami pensjonatu i wybrać na spotkanie z osławionym rozpustnikiem.

Lecz Minerva to co innego. Zawsze była inna. Z trzech sióstr Highwood tylko ona miała ciemne włosy, tylko ona nosiła okulary, tylko ona wolała solidne sznurowane buty od jedwabnych pantofelków i tylko ją interesowała różnica między skałami osadowymi i metamorficznymi.

Ona jedna nie miała żadnych perspektyw ani reputacji, którą musiałaby chronić.

Diana i Charlotte poradzą sobie, ale Minerva? Nieładna, zawsze z nosem w książkach, rozkojarzona, nieporadna w rozmowie z dżentelmenami. Jednym słowem – beznadziejna.

To słowa jej własnej matki, z ostatniego listu do kuzynki. Co gorsza, Minerva nie odkryła ich przypadkowo, przeglądając cudzą korespondencję. O, nie. Sama je napisała, pod dyktando mamy.

Naprawdę. Własna matka.

Wiatr zdmuchnął jej kaptur z głowy. Poczuła na karku lodowate krople deszczu, jakby jeszcze za mało została upokorzona.

Odgarnęła kosmyk włosów, który przykleił się jej do policzka, i spojrzała na starą kamienną wieżyczkę – jedną z czterech zamku Ryclif. Z najwyższego komina unosił się dym.

Uniosła rękę ponownie i ze zdwojoną siłą załomotała w drzwi.

– Lordzie Payne, wiem, że pan tam jest.

Nikczemny, złośliwy człowiek.

Nie ruszy się stąd, dopóki on nie wpuści jej do środka, nawet jeżeli zimny wiosenny deszcz przemoczy ją do suchej nitki. Nie po to przeszła taki kawał drogi ze wsi do zamku, wdrapując się po omszałych skałach i wypatrując w ciemności mulistych strumieni, żeby na koniec wrócić do domu pokonana.

Jednak po dobrej minucie daremnego łomotania dopadło ją w końcu zmęczenie podróżą, spinając mięśnie łydek i osłabiając plecy. Minerva poleciała do przodu. Z głuchym łupnięciem uderzyła czołem o drewno. Ale pięść wciąż trzymała w górze, uderzając nią w drzwi w równym, upartym rytmie. Mogła być nieładna, zawsze z nosem w książkach, rozkojarzona i nieporadna – ale była też zdeterminowana. Zdeterminowana, by ją zauważono, by jej wysłuchano.

Zdecydowana bronić swojej siostry, za wszelką cenę.

Otwórz, prosiła w duchu. Otwórz. Otwórz. Ot…

Drzwi się otworzyły. Gwałtownie, z nieprzyjemnym, bezlitosnym skrzypnięciem.

– Na wszystkie cycki świata, Thorne! Czy to nie może poczekać…

– Oj! – Wytrącona z równowagi, Minerva zachwiała się. Jej pięść uderzyła prosto w… nie w drzwi, lecz w tors.

Tors lorda Payne. Jego męski, umięśniony, nagi tors, który okazał się tylko odrobinę mniej twardy niż dębowe deski. Trafiła dokładnie w jego męski, płaski sutek, jakby to była kołatka u drzwi Diabła.

I przynajmniej tym razem Diabeł odpowiedział.

– Pięknie. – Poczuła wibrację tego słowa w całej długości ręki. – To nie Thorne.

– P-pan jest nieubrany…

A ja dotykam pańskiej nagiej piersi. O Boże…

Przez głowę przemknęła jej przerażająca myśl, że on może nie mieć na sobie również spodni. Kiedy zmarzniętymi, drżącymi palcami zdjęła okulary, zauważyła z ulgą ciemną plamę materiału poniżej rozmazanej, cielistej smugi jego torsu. Chuchnęła na oprawione w mosiądz soczewki, wytarła je suchą fałdą podszewki płaszcza i włożyła z powrotem na nos.

Wciąż był półnagi. I teraz widziała go doskonale. Blask płomieni oświetlał rysy jego przystojnej twarzy.

– Proszę wejść, jeśli ma pani ochotę – powiedział, krzywiąc się smagnięty podmuchem lodowatego wiatru. – Ja w każdym razie zamykam drzwi.

Zrobiła krok naprzód. Drzwi za nią zatrzasnęły się z głuchym, złowieszczym hukiem. Minerva przełknęła ślinę.

– Muszę przyznać, Melindo, że twoja wizyta jest dla mnie dużą niespodzianką.

– Mam na imię Minerva.

– Tak, oczywiście – przechylił głowę na bok. – Trudno cię poznać, kiedy nie masz twarzy zasłoniętej książką.

Odetchnęła głęboko, starając się uzbroić w cierpliwość. A potrzebowała jej dużo, żeby ścierpieć tego bezczelnego rozpustnika o pamięci dziurawej jak sito. I zaskakująco kształtnych ramionach.

– Przyznaję – powiedział – że nie po raz pierwszy otwieram drzwi w środku nocy i widzę stojącą przed nimi kobietę. Ale ty jesteś niewątpliwie najmniej spodziewanym gościem. – Zmierzył ją wzrokiem. – I najbardziej ubłoconym.

Spojrzała ponuro na swoje przemoczone buty i mokry brzeg sukni. Trudno byłoby ją uznać za nocną uwodzicielkę.

– To nie jest tego rodzaju wizyta.

– Daj mi chwilę na przełknięcie tego rozczarowania.

– Wolałabym raczej dać panu chwilę na włożenie czegoś na siebie. – Minerva przeszła przez okrągłą salę bez okien i zbliżyła się do kominka. Rozwiązała aksamitne wstążki peleryny i powiesiła ją na jedynym fotelu, jaki stał w tym pomieszczeniu.

Wyglądało na to, że Payne nie zmarnował zupełnie miesięcy, które spędził tutaj, w Spindle Cove. Ktoś włożył dużo wysiłku w przekształcenie tego kamiennego silosu w ciepły, niemal przytulny dom. Stary kamienny kominek został oczyszczony i uruchomiony na powrót. Z ognia, jaki w nim płonął, mógłby być dumny każdy normański wojownik. Oprócz tapicerowanego fotela w kolistej komnacie stał drewniany stół i krzesła. Proste, ale solidne.

Żadnego łoża.

Dziwne. Powiodła wzrokiem dookoła. Czy tak osławiony rozpustnik nie potrzebuje łoża?

W końcu spojrzała w górę. Odpowiedź znajdowała się nad jej głową. Było tam coś w rodzaju sypialnej galerii, dostępnej po drabinie. Bogate draperie skrywały, jak przypuszczała, jego łóżko. Odchrząknęła i odwróciła się powoli.

– Przyszłam poprosić…

Wciąż był półnagi.

Nie wykorzystał tego czasu, żeby doprowadzić się do bardziej przyzwoitego stanu. Wykorzystał go, żeby nalać sobie drinka. Stał zwrócony do niej profilem i robił miny do szklaneczki z winem, oceniając jego klarowność.

– Wina? – spytał.

Pokręciła głową. Zrobił z siebie tak nieprzyzwoite widowisko, że już czuła pieczenie rumieńców. Na szyi, na policzkach, aż do linii włosów na czole. Nie musiała podsycać ognia winem.

Nie potrafiła się powstrzymać przed zerkaniem na jego smukły, muskularny tors oświetlony blaskiem płonącego w kominku ognia, kiedy nalewał szklaneczkę dla siebie. Przywykła myśleć o nim jak o diable, ale miał ciało boga. Któregoś z pomniejszych. Nie miał postury potężnego, przesadnie umięśnionego Zeusa albo Posejdona, lecz raczej smukłego, atletycznego Apollina lub Merkurego. Ciało stworzone do polowania, nie do wymachiwania maczugą. Nie do dźwigania ciężarów, lecz do biegu. Nie do niewolenia kąpiących się niewiast, lecz do…

Uwodzenia.

Spojrzał na nią. Odwróciła wzrok.

– Przepraszam, że pana obudziłam.

– Nie obudziłaś mnie.

– Naprawdę? – Zmarszczyła brwi. – W takim razie… w tym czasie, który zajęło panu otwarcie drzwi, mógł pan przynajmniej włożyć coś na siebie.

Z szatańskim uśmiechem wskazał na spodnie.

– Włożyłem.

Hm. Teraz już cała jej twarz płonęła. Minerva opadła na fotel, żałując, że nie może się ukryć w szwach jego obicia.

Na miłość boską, Minervo, weź się w garść. Chodzi o przyszłość Diany.

Odstawił wino na stolik i podszedł do kilku drewnianych półek, które najwyraźniej służyły mu za garderobę. Obok na hakach wisiało jego ubranie. Czerwona kurtka oficera miejscowej gwardii, którą dowodził w czasie nieobecności hrabiego Rycliff. Kilka świetnie skrojonych, wyglądających na odrażająco drogie płaszczy z Londynu i szynel z grafitowej wełny.

Zignorował je, chwycił prostą batystową koszulę i włożył ją przez głowę. Kiedy wsunął ręce w rękawy, rozłożył je, prezentując się Minervie.

– Tak lepiej?

Raczej nie. Rozchylony kołnierzyk nadal odsłaniał sporą część jego piersi. Z szelmowskim uśmiechem na twarzy wyglądał jeszcze bardziej nieprzyzwoicie. Już nie jak nietykalny, rzeźbiony bóg, ale raczej jak zawadiacki król piratów.

– Proszę. – Zdjął szynel z haka i podał jej. – Przynajmniej jest suchy.

Położył jej płaszcz na kolanach i podał kieliszek wina. Na jego małym palcu błysnął sygnet, rozświetlając iskrami napój w szkle.

– Żadnego sprzeciwu. Drżysz tak, że aż słychać, jak szczękają ci zęby. Kominek i płaszcz trochę pomogą, ale nie rozgrzeją od środka.

Minerva przyjęła kieliszek i ostrożnie wypiła łyczek. Palce jej drżały, ale nie tylko z zimna.

Przysunął sobie stołek, usiadł i spojrzał na nią wyczekująco.

– A więc.

– A więc – powtórzyła jak idiotka.

Pod tym względem matka miała rację. Minerva uważała się za całkiem inteligentną osobę, ale, wielkie nieba… w obecności przystojnych mężczyzn głupiała. Przy nich tak się denerwowała, nigdy nie wiedziała, gdzie podziać wzrok ani co powinna powiedzieć. Odpowiedź, która w założeniu miała być inteligentna i dowcipna, zawsze brzmiała gorzko i niezręcznie. Czasami jakaś żartobliwa uwaga ze strony lorda Payne sprawiała, że zupełnie traciła rezon i milczała. Dopiero znacznie później, kiedy ostukiwała młotkiem geologicznym skały na klifie, przychodziła jej do głowy cięta odpowiedź.

To dziwne. Teraz im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej czuła, jak opuszcza ją inteligencja. Całodniowy zarost tylko podkreślał wyrazistą linię jego szczęki. Rozwichrzone brązowe włosy sugerowały zawadiacką naturę. A jego oczy… Miał oczy jak bristolskie diamenty. Małe, okrągłe geody, przecięte i wypolerowane do połysku. Zewnętrzny pierścień z czekoladowego krzemienia zamykał w sobie chłodny błysk kwarcu. Setka krystalicznych odcieni bursztynu i szarości.

Zacisnęła oczy. Dość wahania.

– Czy zamierza pan poślubić moją siostrę?

Sekundy mijały.

– Którą?

– Dianę! – wykrzyknęła. – Oczywiście, że Dianę. Charlotte ma przecież piętnaście lat.

Wzruszył ramionami.

– Niektórzy mężczyźni lubią młode narzeczone.

– Niektórzy mężczyźni w ogóle stronią od małżeństwa. Powiedział mi pan, że jest jednym z nich.

– Ja tak powiedziałem? Kiedy?

– Na pewno pan pamięta. Tamtej nocy.

Patrzył na nią, wyraźnie zdezorientowany.

– Mieliśmy jakąś „tamtą noc”?

– Nie tak, jak pan myśli. – Kilka miesięcy temu zapytała go w ogrodach Summerfield o jego skandaliczne zachowanie i o to, jakie ma zamiary względem jej siostry. Potem jakoś się splątali – cieleśnie – i dopiero kilka ciętych obelg ich rozdzieliło.

Niech piekło pochłonie jej naukową naturę, tak piekielnie spostrzegawczą. Minerva wolałaby nie znać szczegółów, które zauważyła w ciągu tych kilku chwil. Wcale nie musiała wiedzieć, że dolny guzik jego kamizelki znalazł się dokładnie na wysokości jej piątego kręgu, ani że pachniał skórą i goździkami. Ale nawet teraz, po tylu miesiącach, nie potrafiła wyrzucić tych detali z pamięci.

Zwłaszcza wtedy, gdy siedziała okryta jego płaszczem, otulona jego ciepłem i tym samym męskim, korzennym zapachem.

Oczywiście on zupełnie zapomniał o tamtym spotkaniu. Nic dziwnego. Najczęściej nie pamiętał nawet imienia Minervy. Jeżeli w ogóle się do niej odzywał, to tylko po to, by się z nią drażnić.

– Zeszłego lata – przypomniała. – Powiedział mi pan, że nie zamierza się oświadczać Dianie. Ani nikomu innemu. Ale dzisiaj plotki krążące po wsi wskazują na coś zupełnie innego.

– Doprawdy? – Bawił się sygnetem na palcu. – Cóż, twoja siostra jest piękna i dystyngowana. A twoja matka nie kryje, że przyjęłaby taki mariaż z zadowoleniem.

Minerva podkuliła palce stóp.

– To delikatnie powiedziane.

Zeszłego roku Highwoodowie przyjechali do tej nadmorskiej wioski na letnie wakacje. Morskie powietrze miało korzystnie wpłynąć na zdrowie Diany. Tymczasem zdrowie Diany zdążyło się poprawić, lato dawno minęło, ale Highwoodowie pozostali – a wszystko dlatego, że mama miała nadzieję na wydanie Diany za czarującego wicehrabiego. Dopóki lord Payne przebywał w Spindle Cove, mama nie chciała nawet słyszeć o powrocie do domu. Co gorsza, nabrała pewnego dziwacznie optymistycznego nawyku – codziennie rano, mieszając swoją czekoladę, oznajmiała:

– Czuję to, dziewczynki. Dzisiaj będzie ten dzień; on się oświadczy.

I chociaż Minerva wiedziała, że lord Payne należy do najgorszego rodzaju mężczyzn, nigdy nie znalazła w sobie dość siły, by jej zaprzeczyć. Ponieważ uwielbiała być tutaj. Nie chciała wyjeżdżać. W Spindle Cove czuła się wreszcie… na swoim miejscu.

Tutaj, w swoim własnym, prywatnym raju, mogła myszkować po skalistym, usianym skamielinami wybrzeżu bez nadzoru i cenzury, ­katalogując znaleziska, które zwrócą na nią uwagę angielskiego świata nauki. Jedynym, co nie pozwalało jej czuć się w pełni szczęśliwą, była obecność lorda Payne – chociaż przedziwną ironią losu to właśnie dzięki niemu mogła wciąż tu przebywać.

Wydawało się, że nie ma nic złego w tym, by mama żywiła nadzieję na oświadczyny jego lordowskiej mości. Minerva wiedziała dobrze, że takie oświadczyny nie nastąpią.

Aż do dzisiejszego ranka, kiedy straciła tę pewność.

– Dzisiaj rano byłam w sklepie Mydło i Powidło – zaczęła. – Zwykle nie zwracam uwagi na paplaninę Sally Bright, ale dziś… – Przełknęła ślinę i spojrzała mu w oczy. – Ona powiedziała, że wydał pan instrukcję, by od następnego tygodnia pańska poczta była przekazywana do Londynu. Uważa, że wyjeżdża pan ze Spindle Cove.

– I doszłaś do wniosku, że to oznacza, iż żenię się z twoją siostrą.

– Cóż, wszyscy znają pańską sytuację. Jeśli w pańskiej kieszeni brzęczały dwa szylingi, wydał je pan już dawno temu. Utknął pan tutaj do dnia urodzin, czekając na swój spadek, ale… – przełknęła ślinę – najpierw musi się pan ożenić.

– Wszystko to prawda.

Nachyliła się ku niemu.

– Wyjdę stąd natychmiast, jeżeli tylko powtórzy pan to, co po­wiedział mi zeszłego lata. Że nie ma pan żadnych planów wobec Diany.

– Ale to było latem. Dzisiaj mamy kwiecień. Czy to aż tak nieprawdopodobne, że zmieniłem zdanie?

– Tak.

– Dlaczego? – Strzelił palcami. – Wiem. Uważasz, że jestem zbyt ograniczony by wyrobić sobie zdanie na jakikolwiek temat, a tym bardziej je zmienić. Czy o to chodzi?

Oparła się wygodniej w fotelu.

– Nie zmienił pan zdania, ponieważ pan sam się nie zmienił. Jest pan podstępnym, nieuczciwym rozpustnikiem, który za dnia flirtuje z niczego niepodejrzewającymi damami, zaś nocą uwodzi cudze żony.

Westchnął.

– Posłuchaj, Mirando. Odkąd Fiona Lange wyjechała z wioski, nie…

Minerva uniosła rękę. Nie chciała słuchać o jego romansie z panią Lange. Usłyszała więcej, niżby sobie życzyła, od samej zainteresowanej, która uważała się za poetkę. Minerva wolałaby usunąć z pamięci te poematy. Sprośne, namiętne ody zawierające wszelkie możliwe rymy do słów „drżeć” i „rozkosz”.

– Nie może pan żenić się z moją siostrą – powiedziała, starając się, aby zabrzmiało to stanowczo. – Ja po prostu do tego nie dopuszczę.

Jak tłumaczyła ich matka każdemu, kto zgodził się słuchać, Diana Highwood należała do tego typu młodych dam, które potrafią się zadurzyć w przystojnym lordzie. Ale zewnętrzne piękno Diany bladło w zestawieniu z jej słodkim, dobrym charakterem i cichą odwagą, z którą przez całe życie znosiła chorobę.

Diana niewątpliwie mogła złowić wicehrabiego. Ale za tego nie powinna wychodzić.

– Nie zasługuje pan na nią – wyjaśniła lordowi Payne.

– To prawda. Ale szczerze mówiąc, nikt z nas nie dostaje w życiu tego, na co zasłużył. Inaczej Bóg nie bawiłby się tak dobrze. – Wyjął z jej dłoni kieliszek i leniwie pociągnął łyk wina.

– Ona pana nie kocha.

– Nie czuje do mnie odrazy. Miłość nie jest niezbędna. – Pochylił się i oparł łokieć na kolanie. – Diana jest zbyt uprzejma, żeby odmówić. Wasza matka będzie wniebowzięta. Mój kuzyn błyskawicznie przyśle specjalne zezwolenie. Możemy się pobrać jeszcze w tym tygodniu. Do niedzieli będziesz mogła nazywać mnie bratem.

Nie. Całe jej ciało zawrzało oburzeniem. Każda, najmniejsza komórka.

Zrzuciła z siebie pożyczony płaszcz, zerwała się na równe nogi i zaczęła nerwowo przechadzać po dywanie. Fałdy przemoczonej spódnicy plątały się jej między nogami.

– To nie może się zdarzyć. Po prostu nie może. Nie dojdzie do tego – jęknęła cicho przez zęby.

Zacisnęła pięści.

– Mam dwadzieścia dwa funty zaoszczędzone z kieszonkowego. I trochę drobnych. Oddam panu wszystko, jeśli obieca pan zostawić Dianę w spokoju.

– Dwadzieścia dwa funty? – Pokręcił głową. – Twoja siostrzana ofiara jest wzruszająca. Ale to nie pozwoli mi się utrzymać w Londynie nawet przez tydzień. Nie tak, jak zwykłem żyć.

Przygryzła wargę. Spodziewała się tego, ale doszła do wniosku, że nie zaszkodzi na początek spróbować przekupstwa. Tak byłoby o wiele łatwiej.

Wzięła głęboki oddech i uniosła dumnie głowę. To była jej ostatnia szansa, by go zniechęcić.

– Więc niech pan zamiast niej wyjedzie ze mną.

Milczał przez chwilę, wyraźnie osłupiały, po czym wybuchnął serdecznym śmiechem.

Nie zwracała uwagi na ten upokarzający dźwięk i po prostu czekała ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. W końcu, ze zdławionym kaszlnięciem, przestał się śmiać.

– Dobry Boże – powiedział. – Mówisz poważnie?

– Całkowicie poważnie. Proszę zostawić Dianę w spokoju i wyjechać ze mną.

Dopił wino i odstawił kieliszek. Potem odchrząknął i zaczął:

– To bardzo pięknie z twojej strony, kotku, oddać mi się zamiast siostry. Ale doprawdy, ja…

– Mam na imię Minerva. Nie jestem pańskim kotkiem. I musi pan być szalony, jeśli sądzi, że kiedykolwiek wyszłabym za pana.

– Ale przed chwilą sama powiedziałaś…

– Że z panem wyjadę. Tak. Ale wyjść za pana za mąż? – parsknęła. – Proszę…

Spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Widzę, że czuje się pan skonsternowany.

– Och, dobrze. Byłbym gotów to przyznać, ale wiem, ile radości czerpiesz z wytykania mi intelektualnych braków.

Przetrząsnęła wewnętrzne kieszenie swojego płaszcza i znalazła egzemplarz naukowego czasopisma. Otworzyła je na stronie z ogłoszeniami i podsunęła mu.

– Pod koniec miesiąca odbędzie się spotkanie Królewskiego Towarzystwa Geologicznego. Sympozjum. Jeśli zgodzi się pan pójść tam ze mną, moje oszczędności wystarczą na pokrycie kosztów podróży.

– Sympozjum geologiczne. – Zerknął przelotnie na zapowiedź. – To jest ta twoja skandaliczna nocna propozycja. Wlokłaś się w deszczu, w środku nocy, żeby mi to zaproponować. Zaprosisz mnie na sympozjum geologiczne, jeżeli zostawię w spokoju twoją siostrę.

– A czego pan oczekiwał? Siedmiu nocy szalonych cielesnych rozkoszy w pańskim łożu?

To miał być żart, lecz on się nie roześmiał. Przyglądał się uważnie jej przemoczonej sukni.

Minerva zrobiła się czerwona jak burak. Niech to. Zawsze musi powiedzieć nie to, co trzeba.

– Taka oferta byłaby bardziej kusząca – powiedział.

Naprawdę? Ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć tego na głos. Jakież to upokarzające, że jego nic nieznacząca uwaga przyprawiła ją o dreszcz. Wolałbym raczej twoje cielesne rozkosze od wykładu o kamieniach. Cóż za komplement!

– Sympozjum geologiczne – powtórzył cicho. – Powinienem był wiedzieć, że pod tym kryją się skały.

– Skały kryją się pod wszystkim. To właśnie dlatego są tak interesujące dla geologów. W każdym razie nie próbuję pana skusić samym sympozjum. Próbuję pana skusić obietnicą pięciuset gwinei.

Teraz przykuła jego uwagę. Jego wzrok się wyostrzył.

– Pięciuset gwinei?

– Tak. To jest nagroda za najlepszy wykład. Jeśli zabierze mnie pan tam i pomoże przedstawić Towarzystwu moje odkrycia, będzie pan mógł je zatrzymać. Mam nadzieję, że pięćset gwinei wystarczy na pijaństwo i rozpustę aż do dnia pańskich urodzin.

Skinął głową.

– Przy rozsądnym gospodarowaniu. Musiałbym zrezygnować z nowych butów, ale cóż, trzeba ponosić jakieś ofiary.

Podniósł się i stanął z nią twarzą w twarz.

– Ale widzę tu pewien drobny problem. Jak możesz być pewna, że zdobędziesz tę nagrodę?

– Zdobędę. Mogłabym panu opowiedzieć szczegółowo o moich odkryciach, ale musiałabym użyć zbyt dużo wielosylabowych słów. Nie jestem pewna, czy je pan zrozumie. Wystarczy więc powiedzieć, że jestem pewna.

Przyglądał się jej badawczo, a Minerva zebrała wszystkie siły, by wytrzymać jego spojrzenie. Spokojnie, pewnie, nie mrugając.

Po chwili w jego oczach pojawił się cieplejszy, nieznajomy błysk. To było uczucie, którego nigdy wcześniej u niego nie widziała.

– No cóż – powiedział. – Jesteś pewna siebie.

Serce dziwnie jej zatrzepotało. To była najmilsza rzecz, jaką kiedykolwiek jej powiedział. Pomyślała, że to najmilsza rzecz, jaką ktokolwiek jej powiedział.

Jesteś pewna siebie.

I nagle wszystko się zmieniło. Ta uncja wina, którą wypiła, rozgrzała ją i pozwoliła się odprężyć. Uwolniła ją od niezdarności. Minerva poczuła się w nowym otoczeniu swobodnie. Zupełnie jakby rozmowa o północy z półnagim rozpustnikiem była czymś najzwyczajniejszym na świecie.

Rozsiadła się wygodnie w fotelu i sięgnęła rękoma do włosów, wyjmując tych kilka spinek, które jeszcze w nich tkwiły. Powolnymi, leniwymi ruchami rozczesała palcami mokre loki i rozłożyła je na ramionach, by szybciej wyschły.

Stał i przyglądał się jej przez chwilę. Potem podszedł, by nalać sobie więcej wina.

W kieliszku zawirowała zmysłowo bordowa wstęga.

– Przede wszystkim, nie zgadzam się na ten plan. W żadnym wypadku. Ale tak czysto teoretycznie, jak sobie to wyobrażasz? Pewnego ranka mielibyśmy po prostu zebrać się i pojechać do Londynu?

– Nie, nie do Londynu. Sympozjum odbywa się w Edynburgu.

– W Edynburgu. – Odstawiana butelka szczęknęła o stolik. – Edynburg jest w Szkocji.

Skinęła głową.

– Wydawało mi się, że mówiłaś o Królewskim Towarzystwie Geologicznym.

– Tak. – Pomachała mu czasopismem przed oczami. – Królewskie Szkockie Towarzystwo Geologiczne. Nie wiedział pan? W Edynburgu dzieją się najciekawsze rzeczy w nauce.

Podszedł do niej i zerknął na ogłoszenie.

– Na miłość boską, to jest za czternaście dni od dzisiaj. Marietto, czy masz pojęcie, co oznacza wyprawa do Szkocji? Mówimy o co najmniej dwutygodniowej podróży.

– To tylko cztery dni z Londynu dyliżansem pocztowym. Sprawdziłam.

– Dyliżansem pocztowym? Kotku, wicehrabia nie podróżuje dyliżansem pocztowym. – Potrząsnął głową, siadając naprzeciwko niej. – A jak twoja droga matka przyjmie tę nowinę, gdy okaże się, że czmychnęłaś do Szkocji z lordem skandalistą?

– Och, będzie uszczęśliwiona. Jeśli tylko jedna z jej córek wyjdzie za pana, nie będzie czepiać się szczegółów. – Minerva zsunęła mokre, zabłocone buty i podciągnęła przemarznięte nogi pod siebie. – Ten plan jest doskonały, nie widzi pan? Moglibyśmy zaaranżować to jak romantyczną ucieczkę kochanków. Ani moja matka nie będzie protestować, ani lord Rycliff. On tylko się ucieszy, że w końcu się pan żeni. Pojedziemy do Szkocji, przedstawimy moje odkrycia, weźmiemy nagrodę. Potem ogłosimy, że po prostu do siebie nie pasujemy.

Im dłużej objaśniała swój pomysł, tym łatwiej znajdowała słowa i tym bardziej była podekscytowana. To mogło się udać. To naprawdę, naprawdę mogło się udać.

– A wtedy wrócisz do Spindle Cove niezamężna, po tygodniach podróży ze mną? Nie zdajesz sobie sprawy, że będziesz…

– Skompromitowana w oczach towarzystwa? Wiem. – Spojrzała na ogień w kominku. – Jestem gotowa pogodzić się z takim losem. I tak nie mam ochoty wychodzić dobrze za mąż. – Nie ma żadnych nadziei na takie małżeństwo, by ująć to dokładnie. Nie zachwycała jej perspektywa plotek i skandali. Ale czy naprawdę dużo gorzej będzie zostać wykluczoną z modnego towarzystwa niż czuć się zepchniętą na jego margines?

– A co z twoimi siostrami? Cień skandalu padnie i na nie.

Nad tym się zastanowiła. Nie żeby nie myślała o tym wcześniej. Wręcz przeciwnie, rozważyła wszystko bardzo dokładnie.

– Charlotte ma jeszcze kilka lat do debiutu. Może sobie pozwolić na coś takiego. A co do Diany… czasami myślę, że najlepsze, co ­mogłabym zrobić dla mojej siostry, to zrujnować jej szanse na „dobre” małżeństwo. Wtedy mogłaby wyjść za mąż z miłości.

Zamyślił się i pociągnął łyk wina.

– Cóż, cieszę się, że wszystko tak dokładnie przemyślałaś. Nie masz oporów przed zrujnowaniem reputacji swojej ani swoich sióstr. Ale czy choć przez moment pomyślałaś o mojej?

– O pańskim czym? Pańskiej reputacji? – roześmiała się. – Ale ona już jest straszna.

Jego policzki nieznacznie się zaróżowiły.

– Nic mi nie wiadomo o tym, żeby była straszna.

Zaczęła odliczać na palcach.

– Po pierwsze: jest pan bezwstydnym rozpustnikiem.

– Taaak – wycedził.

– Po drugie: pańskie nazwisko jest synonimem destrukcji. Bójki w barach, skandale… wybuchy. Gdziekolwiek się pan pojawi, sieje spustoszenie.

– Prawdę mówiąc, wcale się o to nie staram. Po prostu… samo tak wychodzi. – Przesunął dłonią po twarzy.

– I pan się martwi, że mój plan zniszczy panu reputację?

– Oczywiście. – Pochylił się i oparł łokcie na kolanach. – Owszem, lubię kobiety. – Uniósł rękę, w której nie trzymał kieliszka. – I zgadza się, wygląda na to, że niszczę wszystko, czego dotknę. Ale widzisz, dotąd udawało mi się nie łączyć tych dwóch skłonności. Sypiam z kobietami i niszczę różne rzeczy, ale jeszcze nigdy nie zrujnowałem niewinnej kobiety.

– To chyba tylko niedopatrzenie z pańskiej strony.

Parsknął.

– Być może. Ale nie zamierzam tego zmieniać.

Spojrzał jej w oczy, głęboko i szczerze. A wtedy stało się coś dziwnego. Minerva mu uwierzyła. Czegoś takiego nigdy nie brała po uwagę. Tego, że on może się sprzeciwić z powodu zasad. Że w ogóle może mieć jakieś zasady.

Ale najwyraźniej miał. I odsłonił je przed nią, okazując zaufanie. Jakby byli przyjaciółmi, a on liczył na to, że ona to zrozumie.

Coś między nimi się zmieniło w ciągu tych dziesięciu minut, odkąd zastukała do jego drzwi.

Odchyliła się na oparcie fotela i przyjrzała mu się uważnie.

– Nocą jest pan inną osobą.

– Jestem – przyznał. – Ale ty także.

Pokręciła głową.

– Ja zawsze jestem taka sama, w środku. Po prostu…

Z jakiegoś powodu nigdy nie udało mi się być tą osobą przy panu. Im usilniej próbuję, tym bardziej robię po swojemu.

– Posłuchaj, jestem zaszczycony twoim zaproszeniem, ale ta wycieczka, którą proponujesz, nigdy nie dojdzie do skutku. Wyszedłbym na najgorszego rodzaju uwodziciela i łajdaka. I słusznie. Uciec z niewinną młodą damą, a potem bezlitośnie ją porzucić?

– Dlaczego to nie ja miałabym pana porzucić?

Wyrwało mu się ciche parsknięcie.

– Ale kto by uwierzył…

Urwał, nie kończąc. O sekundę za późno.

Zaklął i odstawił kieliszek.

– Daj spokój. Nie obrażaj się.

Jeszcze dziesięć minut wcześniej spodziewałaby się po nim, że wybuchnie śmiechem. Byłaby przygotowana na jego szyderstwa i nie pozwoliłaby mu zobaczyć, jak ją to zabolało. Ale coś się zmieniło. Przyjęła jego płaszcz i jego wino. Co więcej, uwierzyła w jego szczerość. Straciła czujność. A teraz coś takiego.

Dotknęło ją do żywego.

Poczuła, że pieką ją oczy.

– To nie do pomyślenia. Wiem, o czym pan mówi. Co ludzie powiedzą. To nie do pomyślenia, żeby mężczyzna taki jak pan mógł… – przełknęła ślinę. – Mógł się zainteresować taką dziewczyną jak ja.

– Nie to chciałem powiedzieć.

– Oczywiście, że to. To groteskowe. Śmieszne. Sam pomysł, że pan mógłby mnie zechcieć, a ja bym pana odrzuciła. Jestem nieładna. Zawsze z nosem w książkach, rozkojarzona, niezdarna. – Głos się jej załamał. – Nikt w to nie uwierzy, nawet w następnej epoce geologicznej.

Wcisnęła stopy w mokre buty. Potem zerwała się na równe nogi i sięgnęła po swój płaszcz.

Wstał i sięgnął do jej ręki. Cofnęła się, lecz nie dość szybko. Jego palce zamknęły się na jej nadgarstku.

– Uwierzą – powiedział. – Ja ich o tym przekonam.

– Jest pan strasznym, złośliwym człowiekiem. Nie pamięta pan nawet, jak mam na imię. – Spróbowała wyszarpnąć rękę.

Zacisnął mocniej palce.

– Minerva.

Zesztywniała. Czuła, jak oddech pali ją w płucach, jakby szła przez śnieg głęboki po szyję.

– Posłuchaj mnie teraz – powiedział cicho i łagodnie. – Mógłbym sprawić, że wszyscy w to uwierzą. Nie zrobię tego, ponieważ uważam, że twój plan jest bardzo złym pomysłem. Ale mógłbym. Gdybym zechciał, przekonałbym całe Spindle Cove, całą Anglię, że jestem w tobie zakochany do szaleństwa.

– Proszę. – Pociągnęła nosem.

Uśmiechnął się.

– Nie, naprawdę. To byłoby całkiem łatwe. Zacząłbym od obserwowania cię, kiedy nie zdawałabyś sobie z tego sprawy. Zerkania na ciebie, kiedy jesteś pogrążona w myślach albo zaczytana. Od podziwiania tego, jak twoim niesfornym, ciemnym włosom zawsze udaje się wymknąć z ułożonej fryzury, jak opadają ci na kark. – Ujął w palce mokry kosmyk jej włosów i delikatnie wsunął za ucho. A potem lekko musnął dłonią jej policzek. – Zwróciłbym uwagę na ciepły blask twojej skóry, kiedy ucałuje ją słońce. I na usta. Do diabła. Twoje usta mogłyby mnie naprawdę zafascynować.

Zbliżył kciuk do jej warg, kusząc możliwościami. Pragnęła jego dotyku, aż poczuła się z tym nieszczęśliwa. Niepożądane pożądanie.

– To nie trwałoby długo. Wkrótce wszyscy zauważyliby, że się tobą interesuję. Uwierzyliby, że mi się podobasz.

– Od miesięcy tylko mi pan dokucza. Nikt o tym nie zapomni.

– Wszystko to było przejawem zauroczenia. Nie wiedziałaś o tym? Mężczyzna może flirtować z kobietą, która go nie interesuje, a nawet którą gardzi. Ale nigdy nie dokucza komuś, kogo nie lubi.

– Nie wierzę panu.

– A powinnaś. Inni by uwierzyli. – Położył jej dłonie na ramionach. Powiódł wzrokiem od ubłoconych butów po rozpuszczone włosy. – Mógłbym ich wszystkich przekonać, że ogarnęło mnie dzikie, niepohamowane uczucie do tej uwodzicielki o kruczoczarnych włosach i zmysłowych ustach. Że podziwiam jej niezachwianą lojalność wobec sióstr i jej nieustraszonego ducha. Że doprowadzają mnie do szaleństwa oznaki głębokiej, ukrytej namiętności, jakie zdradza czasami, kiedy zdecyduje się wysunąć ze swojej skorupy. – Jego silne dłonie ujęły jej twarz. Spojrzał jej prosto w oczy. – Że widzę w niej niezwykłe, dzikie piękno, którego z jakichś powodów nie dostrzegają inni mężczyźni. I pragnę jej. Rozpaczliwie. Tylko dla siebie. Och, bez trudu mógłbym ich o tym przekonać.

Ten potok cichych, namiętnych słów podziałał na nią niczym czar. Stała jak zaklęta, nie mogąc się ruszyć ani odezwać.

To nie jest prawda, przypomniała sobie. Żadne z tych słów nic nie znaczy.

Ale jego dotyk był prawdziwy. Prawdziwy, gorący i delikatny. Mógł znaczyć zbyt wiele, gdyby na to pozwoliła. Rozsądek kazał jej się cofnąć.

Ale ona drżącymi palcami dotknęła lekko jego ramienia. Głupia ręka. Głupie palce.

– Gdybym zechciał – szepnął przyciągając ją do siebie i odchylając do tyłu jej głowę – mógłbym przekonać wszystkich, że prawdziwy powód mojego tak długiego pobytu w Spindle Cove nie ma nic wspólnego z moim kuzynem ani z moimi finansami. – Jego głos stał się ochrypły. – Że to ty nim jesteś, Minervo. – Musnął jej policzek tak czule, że aż poczuła ukłucie w sercu. – Że to zawsze byłaś ty.

Jego spojrzenie było całkowicie szczere. W jego głosie nie zabrzmiała ironia. Wydawało się, że niemal przekonał nawet samego siebie.

Serce waliło jej w piersi tak mocno, jakby chciało się z niej wyrwać. Minerva słyszała tylko ten szalony, dudniący rytm.

Dopóki nie rozległ się inny dźwięk.

Śmiech. Kobiecy śmiech. Dobiegający z góry, niczym kaskada lodowatej wody. Gwałtowne, nieprzyjemne otrzeźwienie.

Boże.

– Niech to diabli. – Spojrzał w górę, na sypialną galerię.

Minerva podążyła za jego spojrzeniem. Za kotarami osłaniającymi łoże niewidoczna kobieta roześmiała się znowu. Śmiała się z niej.

Boże. Boże.

Jak mogła być aż taka głupia? Oczywiście nie był sam. Prawie jej to powiedział. Tak długo trwało, zanim otworzył drzwi, ale nie spał. Musiał najpierw…

Włożyć spodnie.

Boże. Boże. Boże.

Cały czas. Kimkolwiek jest kobieta, która tam siedzi, słuchała przez cały czas.

Minerva sięgnęła po swój płaszcz i narzuciła go na siebie drżącymi rękoma. Ciepło promieniujące z kominka stało się nagle nieprzyjemne i trudne do zniesienia. Duszące. Musi stąd wyjść. Inaczej zrobi się jej niedobrze.

– Zaczekaj – powiedział, idąc za nią do drzwi. – To nie jest tak, jak się wydaje.

Puściła na moment klamkę.

– Czy to miało sprawić, żebym lepiej o panu pomyślała?

– Nie – westchnął. – Miało sprawić, żebyś lepiej pomyślała o sobie. Tylko o to mi chodziło. Żebyś się lepiej poczuła.

To zdumiewające jak taką jedną krótką uwagą udało mu się jeszcze bardziej pogorszyć tę upokarzającą sytuację.

– Rozumiem. Zwykle rezerwuje pan nieszczere komplementy dla swoich kochanek. Ale teraz zebrało się panu na litość.

Chciał coś odpowiedzieć, ale nie pozwoliła mu. Zerknęła na galerię.

– Kto to jest?

– Czy to ważne?

– Czy to ważne? – Energicznym szarpnięciem otworzyła drzwi. – Wielkie nieba. Czy kobiety aż do tego stopnia nic dla pana nie znaczą i nie widzi pan między nimi żadnej różnicy? Czy pan… gubi je w pościeli jak pensy? Nie mogę uwierzyć, że ja…

Gorąca łza spłynęła jej po policzku. Nienawidziła tego. Nienawidziła tego, że on to widział. Mężczyzna taki jak on nie jest wart łez. Ale… przez tę jedną niezwykłą chwilę, po latach bycia lekceważoną, w końcu poczuła się zauważona. Doceniona.

Pożądana.

I to wszystko było kłamstwem. Żałosnym, głupim żartem.

Narzucił na siebie płaszcz.

– Pozwól przynajmniej, żebym cię odprowadził do domu.

– Nie. Proszę nie zbliżać się do mnie ani do mojej siostry. – Przytrzymała go wyciągniętą ręką, wychodząc tyłem za drzwi. – Jest pan najbardziej podstępnym, odrażającym, bezwstydnym, godnym pogardy mężczyzną, jakiego kiedykolwiek miałam nieprzyjemność poznać. Czy sypia pan spokojnie?

Odpowiedział, kiedy zdążyła już zatrzasnąć z hukiem drzwi.

– Nie sypiam.

2

Tej nocy nie zasnął.

Po tym, jak Minerva Highwood wybiegła na deszcz, nawet tak zdeprawowany, bezduszny rozpustnik jak Colin nie mógł się zachować, jakby nic się nie stało. Wyprosił z łóżka wdowę, ubrał ją i odstawił do wsi. Kiedy upewnił się, że Minerva dotarła bezpiecznie do domu – zauważył jej ubłocone buty przed tylnym wejściem do pensjonatu – wrócił do swojego zamku i odkorkował nową butelkę wina.

Ale nie zasnął ani na moment.

Boże, jak nie cierpiał tej wsi. Całe to słońce i morze w Sussex nie mogły zastąpić ciemnych, spokojnych nocy. Ostatnio Colin myślał, że byłby gotów oddać lewy sutek – jądra nie podlegały negocjacji – za jedną przyzwoicie przespaną noc. Odkąd Fiona Lange wyjechała, w najlepszym razie udawało mu się złapać kilka godzin snu przed świtem. Przez większą część zimy musiał nocami upijać się do nieprzytomności. Lecz jego ciało, i tak już wycieńczone z braku wypoczynku, zaczynało się domagać coraz większych ilości trunku. Jeśli nie będzie ostrożny, zostanie nałogowym pijakiem. A na to był stanowczo za młody.

W końcu więc uległ i przyjął wyraźne zaproszenie, jakie już od jakiegoś czasu wysyłała uśmiechami i wdzięcznym kołysaniem biodrami pani Ginny Watson. Opierał się młodej wdowie od miesięcy, nie chcąc wikłać się w związek z mieszkanką wioski. Ale za kilka dni miał stąd wyjechać. Czemu by nie uczynić trochę bardziej znośnymi tych kilku ostatnich nocy? Nikomu to przecież nie zaszkodzi.

Nikomu?

Oczami duszy widział Minervę Highwood. Samotną łzę spływającą po jej policzku.

Brawo, Payne. Brawo.

Powinien był ją natychmiast odprawić. Nie zamierzał żenić się z Dianą Highwood, nigdy nie miał takiego zamiaru. Ale Minerva była przemoczona i zmarznięta, powinna spędzić chwilę przy kominku, żeby się ogrzać. A jemu sprawiało perwersyjną radość prowokowanie i śledzenie jej toku rozumowania aż do całkowicie nielogicznych wniosków.

Spośród wszystkich szalonych rzeczy, jakie mogła zaproponować… udawać ucieczkę, żeby zdobyć geologiczną nagrodę? Minerva nie była wzorem dobrego wychowania. Jednak Colin musiał przyznać, że dziewczyny takie jak ona nie stukały do jego drzwi każdej nocy.

A najgorsze w tym wszystkim, że ta uwodzicielska pułapka, w którą ją prawie schwytał… nie składała się z samych kłamstw. Minerva miała pewien szczególny powab. Jej ciemne włosy, rozpuszczone i opadające ciężkimi puklami aż do pasa, same w sobie kusiły. Jej usta naprawdę go fascynowały. Jak na sawantkę o ciętym języku miała najbardziej zmysłowe, pełne, kształtne wargi, jakie kiedykolwiek widział. Wargi skopiowane z portretu Afrodyty któregoś z renesansowych mistrzów. Ciemnoczerwone przy krawędziach i o nieco jaśniejszym odcieniu przy środku – jak dwa kawałki dojrzałej śliwki. Czasami chwytała zębami dolną wargę i przygryzała ją, jakby napawała się ukrytą słodyczą.

Czy to takie dziwne, że na kilka minut zupełnie zapomniał o obecności Ginny Watson na galerii?

Minerva zapłaciła za jego bezmyślność.

Właśnie dlatego musiał wrócić do Londynu. Tam nawyk oddawania się rozpuście chronił go przed tego rodzaju kłopotami. Razem z przyjaciółmi włóczyli się od klubu do klubu niczym stado nocnych drapieżników. A kiedy poczuł się zmęczony hulankami, bez trudu mógł znaleźć doświadczone kobiety, chętne dzielić z nim łoże. On dawał im wyszukane cielesne rozkosze, one dawały mu upragnioną pociechę… i rozstawali się zadowoleni.

Dzisiaj jednak udało mu się potężnie rozczarować dwie kobiety. I tak oto nie mógł teraz zasnąć, dręczony przez stare, dobrze znane wyrzuty sumienia.

Przynajmniej jego dni tutaj są policzone. Bram miał dotrzeć do swojego zamku nazajutrz. Oficjalnie przybywał, żeby obejrzeć milicję po kilku miesiącach nieobecności. Jednak Colin wiedział, że tak naprawdę kuzynowi chodziło o coś innego. Po tylu długich miesiącach Colin doczeka się ułaskawienia.

Żegnajcie, zimne, kamienne komnaty.

Żegnajcie męczące noce na wsi.

Za kilka dni już go tu nie będzie.

– Co masz na myśli, mówiąc, że tu zostaję? – Colin spojrzał zaskoczony na kuzyna, czując, jakby właśnie dostał pięścią w żołądek. – Nie rozumiem.

– Wyjaśnię ci to – odparł łagodnie Bram. – Widzisz, tak to już jest z urodzinami. To zdumiewające, ale nadchodzą co roku, tego samego dnia. A do twoich zostały jeszcze dwa miesiące. Do tego czasu ja jestem powiernikiem twojego majątku. Sprawuję kontrolę nad każdym pensem i mówię, że zostajesz tutaj.

Colin pokręcił głową.

– To nie ma sensu. On się poddał. Właśnie ogłosiłeś to całej wiosce. Wojna dobiegła końca.

Stali przed Ukwieconym Bykiem, jedyną tawerną w Spindle Cove. Po obejrzeniu popołudniowej musztry, Bram zaprosił wszystkich ochotników na kufel piwa. Wtedy przekazał najnowsze wieści z Francji, które jutro rano pojawią się na pewno we wszystkich gazetach. Napoleon Bonaparte zrzekł się tronu, pozostało już tylko podpisanie kilku papierów.

Zwyciężyli. Objawy radości wstrząsały do posad drewnianą konstrukcją tawerny. Dzieci pobiegły do św. Urszuli, by bić w kościelny dzwon. Pierwsza pinta szybko przeszła w drugą i trzecią. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, ze wszystkich stron napłynęły żony i ukochane, niosąc pełne talerze. Ktoś przyniósł skrzypce. Wkrótce zaczęły się tańce. Całe Spindle Cove – cała Anglia – miało powody do świętowania.

Colin także powinien się weselić.

Tymczasem czuł się wewnątrz martwy. Aż nazbyt znajome uczucie.

– Bram, chciałeś, żebym nadzorował milicję w czasie twojej nieobecności, i wypełniłem ten obowiązek za niemałą cenę własnego zdrowia psychicznego. – Ale wojna się skończyła, więc nie jestem dłużej potrzebny.

– Potrzebny, czy nie, milicja pozostanie sformowana, dopóki Korona nie postanowi inaczej. Nie mogę ich tak po prostu rozpuścić z własnej woli.

– Więc niech Thorne nimi dowodzi.

– Tak przy okazji, gdzie jest Thorne? – Bram rozejrzał się dookoła, wypatrując swojego kaprala.

Colin wykonał bliżej nieokreślony gest ręką.

– Gdzieś tam robi to, co robi. Goli się zardzewiałą kosą. A może skórkuje węgorze gołymi rękoma. On naprawdę lubi to miejsce.

– Ach – powiedział Bram. – Ale ty potrzebujesz tego miejsca.

Colin przetarł twarz obiema dłońmi. Wiedział, że Bram chce dobrze. Jego kuzyn naprawdę wierzył w to, że zatrzymanie Colina bez pensa przy duszy na wsi w Sussex, aby dowodził lokalną milicją, jest najlepszym sposobem na poprawę jego rozwiązłej egzystencji. Lecz Bram nie rozumiał, że oni dwaj są zupełnie inni. Wojskowa dyscyplina i wiejskie życie mogły pomóc Bramowi w poskromieniu jego demonów, lecz ich wpływ na demony Colina był dokładnie odwrotny.

Nie dało się tego wyjaśnić tak, żeby Bram to zrozumiał. Poza tym, co właściwie Colin mógłby powiedzieć? Bardzo ci dziękuję, że się o mnie troszczysz, ale wolałbym, żebyś tego nie robił? Poza Bramem nie miał żadnej rodziny. W ciągu minionego roku zawiązała się między nimi wątła nić braterskiego uczucia i Colin nie chciał tego zepsuć.

– Colin, jeśli chcesz opuścić Spindle Cove, wiesz, że masz taką możliwość. Moje powiernictwo kończy się w chwili twojego ślubu. Odpowiednia żona dobrze ci zrobi.

Colin jęknął w duchu. Raz po raz oglądał to zjawisko na przykładzie swoich przyjaciół. Żenili się. Byli szczęśliwi w ten spokojny sposób z rzadka zaspokajanych mężczyzn prowadzących uregulowane życie erotyczne. Zaczynali wychwalać instytucję małżeństwa, jakby to oni sami ją wynaleźli i czerpali zyski z każdego kawalera, którego uda im się nawrócić.

– Bram, cieszę się, że jesteś szczęśliwy z Susanną i dzieckiem w drodze. Ale to nie znaczy, że małżeństwo jest czymś dobrym i dla mnie. Prawdę mówiąc, myślę, że byłoby czymś bardzo złym dla kobiety, którą zdecydowałbym się poślubić. – Uderzył pięścią w ścianę. – Posłuchaj, muszę jechać do Londynu. Złożyłem pewną obietnicę Finnowi.

– Co dokładnie mu obiecałeś? – Bram zajrzał przez okno, wypatrując wśród świętujących piętnastoletniego dobosza.

– Przegrałem zakład. Stawką była para butów. Oddałbym mu własne, ale są na niego jeszcze o wiele za duże. Powiedziałem więc, że zabiorę go do Londynu i zamówię buty specjalnie dla niego, szyte na miarę. A potem pomyślałem, że moglibyśmy pochodzić po szkołach, żeby znaleźć jakąś, zanim jesienią zacznie się rok szkolny.

Bram pokręcił głową.

– Już znalazłem szkołę dla Finna tutaj, w Sussex. Szkoła dla chłopców Flintridge.

– Flintridge? A co z Eton? Obiecaliśmy jego matce, że damy mu to, co najlepsze.

– Najlepsze dla Finna. Flintridge zapewnia doskonałą edukację, a jest o wiele bliżej. Poza tym Brightowie mają sklep pasmanteryjny, a ty chcesz go posłać do Eton? Wiesz, jak by się tam czuł.

Colin wiedział wszystko o Eton i o tym, jak źle można się tam czuć. Przybył do szkoły jako ośmiolatek. Świeżo osierocony, wciąż nie mógł się otrząsnąć po stracie rodziców. I był mały jak na swój wiek. Byłby ulubionym celem dręczycieli, nawet gdyby nie miał koszmarów. Jego koszmary dostarczyły dodatkowej broni do ich arsenału. Colin wciąż jeszcze słyszał ścigający go szyderczy falset.

– Mamo! – skrzeczeli za nim na korytarzach. – Mamo! Obudź się!

Pierwszy rok był udręką. Ale ostatecznie Colin poradził sobie znakomicie.

– Wiem, że nie zawsze jest łatwo się przystosować – przyznał. – Ale mogę nauczyć Finna, jak sobie radzić. Powinien zobaczyć trochę więcej świata, nie zamykać się w tym zaścianku. Będzie musiał mieć wychowawcę, żeby nie zostawał w tyle z nauką. A jeśli wyposażę go w parę porządnych butów i zabiorę na kilka lekcji boksu, będzie mógł wywrzeć wrażenie na tych, na których się da, a innych kopnąć w tyłek.

Colin spojrzał przez okno do wnętrza tawerny, gdzie Finn Bright stał oparty o ścianę tuż obok swojego brata bliźniaka Rufusa. Od szopy jasnych włosów po patykowate ramiona i szelmowskie uśmiechy, bracia Brightowie byli identyczni. W każdym razie aż do zeszłego lata, kiedy pocisk artyleryjski urwał Finnowi lewą stopę.

– To był wypadek – powiedział Bram, jakby czytając mu w myślach.

– Ale mogłem mu zapobiec.

– Ja też mogłem mu zapobiec.

Colin stuknął palcem w okno.

– Spójrz na niego. Wyzdrowiał, ale nie może sobie znaleźć miejsca. Robi się coraz cieplej. Widzi, że inni chłopcy w jego wieku biegają, grają w krykieta, pracują na polach, uganiają się za dziewczętami… Po raz pierwszy dociera do niego, co to naprawdę znaczy. Co to będzie znaczyło, przez całą resztę życia. Wiem, że to rozumiesz.

Bram został postrzelony w kolano w Hiszpanii, teraz już rok temu. Nie stracił nogi, ale utykał, a rana położyła kres jego karierze w armii. Wydawało się, że ten argument powinien przełamać jego opór.