Tydzień Mody w Melbourne - Nicola Marsh - ebook
Opis

Projektant mody Patrick Fourde przez lata skrywał bolesną zawodową porażkę. Gdy rodzice, właściciele słynnego domu mody, powierzają mu stanowisko szefa australijskiego oddziału firmy, Patrick postanawia udowodnić światu, na co go stać. Zwraca się o pomoc do Sapphire, dawnej szkolnej koleżanki, właścicielki znanej firmy jubilerskiej w Melbourne. W szkole wciąż ze sobą walczyli, teraz jednak od ich współpracy zależy sukces obu firm…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 151

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nicola Marsh

Tydzień Mody w Melbourne

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sapphire splotła palce i przeciągnęła się. Ukłucie między łopatkami było pozytywnym sygnałem. Jej mięśnie funkcjonowały prawidłowo, czego jeszcze parę miesięcy wcześniej nie mogła powiedzieć. Nie będzie wracała do tego myślą… w każdym razie nie tego dnia. To miał być dzień relaksu i powolnego powrotu do pracy, bez stresów, za to pełen skupienia i pozytywnych myśli. Uniosła twarz do słońca – w lecie w Melbourne go nie brakowało – i delektowała się pieszczotą promieni. Powinna była częściej to robić, może wówczas jej ukochana rodzinna firma nie znalazłaby się na krawędzi upadku. Niewiele brakowało, by Sapphire ją straciła. Gdyby nie jej młodsza siostra Ruby… Kiedy poczuła bolesny skurcz mięśni, opuściła ręce i potrząsnęła nimi, wykorzystując techniki relaksacyjne, których nauczyła się podczas trzymiesięcznego pobytu w ośrodku wypoczynkowo-rehabilitacyjnym w Tenang, z dala od świata, gdzie przywrócono do formy jej wyczerpany organizm. Nie wolno jej się denerwować. Stawka była zbyt wysoka. Nazajutrz czekało Sapphie spotkanie z jej nemezis, któremu będzie musiała udowodnić swoją wartość. Z rękami na biodrach wykonała skręt, by rozluźnić kręgosłup. Napięcie trochę puściło. Zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.

Zen. Skupienie. Relaks. Spokój.

– Nie spodziewałem się ujrzeć, że wielka Sapphire Seaborn odnajdzie w sobie joginkę.

Niemożliwe, to TEN głos.

Raptownie uniosła powieki i w tym samym momencie jej spokój się ulotnił.

Patrick Fourde. Nikt inny. Stał na niewielkim podwórzu za jej salonem jubilerskim i zamiast w bajecznych ciuchach od najlepszych projektantów podziwiał ją w różowych spodniach do jogi, fioletowym topie i z włosami związanymi silikonową gumką.

Jasny szlag!

Krew uderzyła jej do głowy, a policzki zalała upokarzająca czerwień. Biorąc pod uwagę ich przeszłość, Sapphire za skarby świata nie zamierzała mu pokazać, jak bardzo jest zdenerwowana. To on zamienił jej ostatni rok w liceum w prawdziwe piekło. Wolałaby zębami szlifować diamenty niż z nim pracować. Nie miała jednak wyboru, musiała potwierdzić swoją kierowniczą pozycję w firmie. Udowodnić, że fizycznie radzi sobie z szefowaniem i nigdy więcej nie doprowadzi do groźnej dla firmy sytuacji.

Wolnym krokiem ruszyła w stronę Patricka, zatrzymując się jakieś trzydzieści centymetrów przed nim. Dość blisko, by w morzu szarości widzieć kobaltowe plamki. Jego oczy przypominały kamień o właściwościach termochromowych: żywe i elektryzujące, kiedy był podniecony, zimne i nieprzeniknione, gdy szykował się do boju. Tak jak w tej chwili. Ale od czasu liceum Sapphire zmądrzała i była w stanie go teraz wypunktować. Zadufany w sobie buntownik już nie zyska nad nią przewagi.

– Czy ustalony termin naszego spotkania ci nie odpowiada?

Uśmiechnął się tym krzywym uśmiechem, który doprowadzał ją do szału podczas lekcji biologii, i oparł się o framugę drzwi.

– Przeciwnie, odpowiada. Przypadkiem byłem w okolicy i pomyślałem, że wpadnę przez wzgląd na dawne czasy.

Nie tak wyobrażała sobie ich pierwsze spotkanie po latach. Nie lubiła, gdy ktoś stawiał ją w takiej sytuacji. A zwłaszcza on, i to wtedy, gdy musi go przekonać, że podczas Tygodnia Mody w Melbourne Fourde Fashion nie przeżyje bez bajecznych klejnotów Seaborns.

– A może nie mogłem się doczekać jutra, żeby cię zobaczyć.

No tak, legendarny czar Patricka. W sekundę zamieniał się w czarusia. Szkoda, że jej opinia na temat urodzonego w zamożnej rodzinie, krnąbrnego playboya przez lata nie uległa zmianie. Pobłażający sobie, zepsuty, w życiu dnia nie przepracował. Posiadał wszystkie nieznośne cechy bogatych chłopców, z którymi uczęszczała do prywatnych szkół. Myśleli, że wystarczy pstryknąć palcami, by mieć u swoich stóp harem pięknych kobiet. Jej pośród nich nie będzie. Jeżeli Patrick nie przystanie na jej biznesową propozycję, zamiast zatańczyć przed nim jak Salome przed Herodem, udusi go.

– Nadal próbujesz przejść przez życie dzięki kiepskim flirtom?

– Nadal jesteś spiętą i nadętą świętoszką?

To ją zabolało. Zwłaszcza że już nie była tą samą osobą co dawniej. Ciężko harowała, by poznać tajniki rodzinnego biznesu, straciła matkę i boleśnie zmagała się z zespołem przewlekłego zmęczenia. Poza tym nigdy nie była nadęta ani świętoszkowata. Spięta? Być może. Ale to on wydobywał z niej to, co najgorsze. W liceum doprowadzał ją do wściekłości, obijał się, otoczony świtą dzieciaków, drażnił się z nią, ilekroć miał szansę. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu lubował się w doprowadzaniu jej do furii, i to nie bez sukcesu, bo Sapphire łatwo wpadała w złość. Im bardziej go ignorowała, tym gwałtowniej atakował, tak długo ją dręczył, aż traciła nad sobą panowanie. Jej cięte uwagi działały na niego jak podnieta. Wyciągnęła z tego lekcję, że musi powściągać złość i skupić się na wspólnym celu z nadzieją, że to do niego dotrze.

Nie dotarło.

Została ekspertem od cierpliwości, do perfekcji doprowadziła chłodną tolerancję, która stała się jej odpowiedzią na atak.

Aż do dnia, gdy nie miała już powrotu.

Dnia, kiedy ją pocałował.

– Po co właściwie przyszedłeś?

– Szczerze?

Przewróciła oczami. Czy on w ogóle wie, co znaczy to słowo, ten wygadany, gładki w obejściu facet?

– Doszły mnie pewne plotki i chciałem się przekonać, na ile mam im wierzyć.

Och, jest gorzej, niż myślała. Pogodziła się z tym, że Patrick widzi ją bez makijażu i w stroju do ćwiczeń. Nie zniesie, jeśli dowiedział się o rzekomych problemach finansowych Seaborns. To zniweczy jej plan, nim zdoła go zaprezentować.

– Akurat ty powinieneś wiedzieć lepiej i nie słuchać plotek.

Gdy chciała go minąć, Patrick chwycił ją za rękę. Siła, którą poczuła, była nie do opisania. Minęło dziesięć lat, a on wciąż tak na nią działa? Dorośnij, powiedziała sobie.

– Relacje mediów na temat mojego życia są grubo przesadzone. A jak jest z tobą?

Mogła udawać sprytniejszego gracza, ale zważywszy, że nazajutrz miała się z nim spotkać w sprawie, która dla niej była sprawą życia i śmierci, nie byłby to mądry ruch.

– Co słyszałeś?

– Że Seaborns ma złą passę.

– Nie bardziej niż większość firm w czasie spadku gospodarczego.

Bezczelne kłamstwo. Gdyby jej siostra nie poślubiła magnata górniczego Jaxa Maroneya, firma jubilerska, która od pokoleń należała do jej rodziny, upadłaby. Jedyną odpowiedzialną za to osobą byłaby Sapphie. Udawała superkobietę i nie pozwalała sobie pomóc. Tak zaciekle broniła swojej niezależności, że omal nie przypłaciła tego utratą firmy i zdrowia. W pewnej chwili przestraszyło ją potworne uporczywe zmęczenie i ból mięśni, ale jeszcze bardziej przerażająca była myśl, że tak niewiele brakowało, a zawiodłaby matkę. Nigdy więcej nie doprowadzi firmy na skraj przepaści. Zrobi wszystko, co konieczne – będzie nawet miła dla tego faceta.

– Naprawdę? Dość głośno mówiono o tym, że Ruby żyje na kocią łapę z Maroneyem, żeby uratować Seaborns.

Banda starych intrygantek z tak zwanego towarzystwa, które nie mają nic lepszego do roboty niż popijać latte, chodzić na manikiur i pedikiur do ekskluzywnego spa i obgadywać bliźnich. Sapphie przez całe życie podtrzymywała znajomości z osobami majętnymi, wśród których zresztą dorastała. Robiła to z szacunku dla matki, mając na względzie przede wszystkim zyski firmy. Bogacze obracają się w swoim kręgu i lubią ulegać kaprysom, co znaczy, że wydają małą fortunę na biżuterię Seaborns. Jednak w takich jak ta chwilach, gdy plotka rozchodzi się szybciej niż wiadomość o wyprzedaży, Sapphie nienawidziła tego rodzaju mentalności.

– To nieprawda.

Nie miała zamiaru usprawiedliwiać się przed nim. Wiedziała, jak ciężko Ruby walczyła o Seaborns i zrobiłaby wszystko dla wspaniałej siostry i firmy. Fakt jednak, że Patrick do pewnego stopnia miał rację. Ruby wyszła za Jaxa, by uratować Seaborns. Gdyby później Ruby i Jax nie zakochali się w sobie jak szaleni, Sapphie osobiście udusiłaby siostrę, że tak się poświęciła dla firmy.

– Ruby i Jax bardzo się kochają. Nie potrafią się ani na chwilę rozstać.

– Szczęśliwcy.

Wzrok Patricka padł na jej wargi. Sapphie przysięgłaby, że na wspomnienie jego pocałunku jej wargi zadrżały. Jak na osiemnastolatka całował tak namiętnie, że nogi omal się pod nią nie ugięły. A ten język… przestała nad sobą panować. Ściągnęła wargi. Przeklęte hormony. Owszem, od ponad roku nie uprawiała seksu, ale to nie znaczy, że ma wariować na wspomnienie dawnych szaleństw. Czy też zwracać uwagę na to, jak jego dość długie ciemnobrązowe włosy kładą się na kołnierzyku. Albo zauważać, że zarost podkreśla mocną szczękę. Czy przypominać sobie, że Patrick nigdy nie zapina kołnierzyka koszuli, kusząc skrawkiem opalonego ciała. Cholerne hormony.

– Jesteś zdenerwowana. – Zbliżył się o krok, a Sapphie siłą woli się nie cofnęła. – Mogę ci jakoś pomóc?

O tak. Ale Sapphie nie pójdzie tą drogą, zwłaszcza z Patrickiem. Gdy tylko sfinalizują umowę, musi koniecznie umówić się randkę. Potrzebuje gorącego faceta, któremu w głowie jedynie czekolada i bezsenna noc. Jakby miała szansę spotkać mężczyznę, który spełni jej marzenia! Ci, z którymi się umawiała, byli stateczni, na kierowniczych stanowiskach, mieli napięte terminy i skromne wymagania.

– Owszem, mógłbyś coś zrobić. – Popatrzyła mu w oczy z determinacją, ignorując dreszcze, które mówiły, że Patrick spełniłby wszystkie kobiece marzenia. – Przygotuj się na to, że uroda naszych najlepszych projektów cię oszołomi.

– Jestem gotowy.

– O nic więcej nie proszę.

– Szkoda.

Jak to możliwe, że jedno słowo zawiera w sobie tyle obietnic, tyle żaru?

– Czy w Europie ta twoja gadka na kogoś działała?

Kobaltowe cętki rozbłysły. Sapphie zrobiło się gorąco. Patrick milczał. Jego milczenie irytowało ją równie mocno jak ogień w jego niewzruszonym spojrzeniu.

– Bo na mnie nie działa.

– A co działa?

– Słucham?

– Co na ciebie działa? – Pochylił się i znalazł się tak kusząco blisko, że wstrzymała oddech. – Bardzo chciałbym to wiedzieć.

Jego oddech muskał jej ucho. Sapphie czuła promieniujące od niego ciepło, czuła cudowną mieszankę zapachów doskonałej jakości wełny i francuskiej wody po goleniu z korzenną nutą. Lekko przechyliła głowę, niezdolna bronić się przed Patrickiem. Nie miała pojęcia, jak długo tak trwali, a dzieląca ich przestrzeń wibrowała energią.

– Hej, Saph, jesteś tu?

Sapphie gwałtownie się poruszyła, trafiła butem na kamień i potknęła się. Patrick wyciągnął ręce i chwycił ją, by nie upadła. Powinna być mu wdzięczna. Z zażenowania paliły ją policzki. Nie wolno jej ulec urokowi Patricka. Od tego zależy los jej firmy. Poza tym przecież go nie lubi. W szkole potwornie działał jej na nerwy, a sądząc z tego, jak bezceremonialnie się tu pojawił, żeby ją zirytować, nic się nie zmienił. Założyłaby się, że pojawienie się Patricka dwadzieścia cztery godziny przed umówionym spotkaniem to była taktyka, która miała służyć wyprowadzeniu jej z równowagi. Sapphie potrzebowała jego zawodowego wsparcia, ale miała świadomość, że praca z nim nie będzie łatwa.

– Dzięki – mruknęła. Odsunęła się od niego i w drzwiach zobaczyła Ruby, która stała tam z uśmiechem i chytrym błyskiem w oczach.

– Nie wiedziałam, że masz towarzystwo. – Ruby mrugnęła na Patricka. – I to jakie towarzystwo.

– Świetnie wyglądasz, Rubes. – Patrick zasalutował siostrze Sapphie. – Małżeństwo ci służy.

– Dziękuję. – Ruby omiotła go spojrzeniem i uśmiechnęła się szeroko. – A tobie pobyt w Europie.

– Paryż jest w porządku, ale Melbourne nie jest gorsze. – Z jakiegoś powodu zerknął na Sapphie. – Nie brak tu pięknych rzeczy.

Na swoje utrapienie Sapphie zaczerwieniła się jeszcze bardziej, a Ruby zdusiła śmiech.

– Jesteś pokręcony – mruknęła Sapphie pod nosem.

W odpowiedzi Patrick chwycił ją za rękę i nim zareagowała, uniósł jej dłoń do warg.

– Być może, ale i tak za mną tęskniłaś.

Ucałował grzbiet jej dłoni – to było jak muśnięcie skrzydeł motyla. Sapphie omal nie westchnęła.

– Chciałbyś.

– Liczę na to – szepnął i puścił jej dłoń. – Do zobaczenia jutro.

Niech go szlag, znów jej to zrobił. Drwił, dokuczał, starał się ją zdenerwować – i dopinał swego. Ten cholerny francuski urok! Jednego nie rozumiała – po co to wszystko? Czy Patrick usiłuje zbić ją z pantałyku przed jutrzejszym spotkaniem? Rozbroić, żeby się potknęła? Sapphie rozmyślała nad odpowiedzią, patrząc na zgrabne pośladki Patricka, gdy żegnał się z Ruby. Powinna teraz wrócić do technik relaksacyjnych, pozbyć się niepokojących doznań, które wywołał. Ileż to razy starała się ignorować go na lekcjach biologii, gdy razem pracowali w laboratorium! Jej krnąbrny partner rysował esy floresy i zamiast uczyć się na pamięć systemu nerwowego człowieka, rozpraszał ją głupimi żarcikami, naśmiewał się z jej marginesów i starannego pisma. Właśnie dlatego to, co wydarzyło się w dniu balu maturalnego, było tak irytujące. To przez niego straciła nad sobą kontrolę, to on ją pocieszał, to jemu zawdzięczała wówczas ciarki na całym ciele, a teraz na grzbiecie dłoni. Na domiar złego musiała jeszcze stawić czoło niepohamowanej ciekawości Ruby, która tylko czekała, aż Patrick zniknie im z oczu.

– Jezu! Ale z niego przystojniak.

Sapphie wolała tego nie komentować, by się nie zdradzić.

– To znaczy, wiesz, zawsze był atrakcyjny, a opinia niegrzecznego chłopca jeszcze mu w tym pomagała, ale teraz? – Ruby powachlowała się ręką. – Prawdziwe ciacho. I pożerał cię wzrokiem.

Sapphie pokręciła głową i włożyła rękę do kieszeni.

– Przecież go znasz. Ten facet ze wszystkimi flirtuje. Taki już jest.

Ruby przeniosła ciężar ciała na drugą nogę i zakołysała się na piętach.

– Taki już jest, że cię rozpala.

– Bzdura.

Ruby pociągnęła ją w stronę okna.

– Sama zobacz.

Sapphie westchnęła z rozdrażnieniem i spojrzała na swoje odbicie w szybie. Nawet w zakurzonej i zaplamionej od deszczu szybie widziała zaróżowione policzki i rozszerzone źrenice. Ale to wyraz jej oczu, błyszczących i pełnych zakłopotania oczu kompletnie skołowanej kobiety kazał jej pogrzebać wszelkie nadzieje, że zapomni o Patricku.

– Dawno cię takiej nie widziałam. – Ruby otoczyła ją ramieniem i poprowadziła ją do budynku. – Ładnie ci z tym.

– Ćwiczyłam jogę na dworze. Pewnie nie uważałam na słońce.

Ruby zaśmiała się i uściskała siostrę.

– Ślicznie wyglądasz, jak tak się zapierasz.

– Nie mam się czego zapierać. Niedługo zostaniemy z Patrickiem kolegami z pracy. Mam nadzieję.

Jeżeli tego nie spartaczy. Ale przynajmniej nie obrzuciła go epitetami. O ile pamięć ją nie myli, zdarzyło jej się to tuż przed końcowymi egzaminami, gdy Patrick wyjątkowo ją zdenerwował.

– Tylko kolegami? – Ruby wpadła do małej prowizorycznej kuchni na tyłach salonu jubilerskiego i włączyła czajnik. – Ciekawe, czy codziennie będzie całował cię w rękę na powitanie.

Na samą myśl serce Sapphie zatrzepotało.

– To francuski zwyczaj. Bez znaczenia.

– Hm. – Ruby włożyła torebki z miętową herbatą do dwóch kubków i oparła się o blat, czekając, aż woda się zagotuje. – Ciekawe, czy ten zwyczaj obejmuje też francuski pocałunek?

Sapphie mało się nie zadławiła kęsem oblanego czekoladą wafelka. Ruby z uśmiechem nalała wodę do kubków.

– Nie pomagasz mi – burknęła Sapphie. – Pamiętaj, że jutro muszę go olśnić prezentacją.

Uśmiech Ruby zgasł.

– Ale chyba za bardzo się tym nie denerwujesz? Od aukcji Seaborns radzi sobie nieźle, a ty masz mnóstwo czasu, żeby od nowa wciągnąć się do pracy.

Sapphie ściskała gorący kubek, który przyjemnie grzał dłonie, i wdychała świeży zapach mięty. Wypijała sześć takich herbat dziennie. Nigdy wcześniej nie przyszłoby jej do głowy, że uzależni się od ziołowych herbat. Pobyt w Tenang wiele ją nauczył, a jedną z najważniejszych rzeczy było uświadomienie sobie własnej wartości.

Musi raz na zawsze zabezpieczyć przyszłość Seaborns. Nie z fałszywego poczucia obowiązku. Nie z powodu obietnicy złożonej matce na łożu śmierci. Musi to zrobić dla siebie, udowodnić, że może być najlepsza w tym biznesie, i jest w stanie udźwignąć presję jedynej pracy, jaką zna i ceni ponad wszystko.

Zetknięcie się z zespołem przewlekłego zmęczenia osłabiło jej ciało i umysł. Już nigdy nie chciała czuć się taka słaba. Wierzyła, że chwile słabości ma już za sobą i poradzi sobie ze wszystkim, co przyniesie przyszłość.

– Podczas aukcji dokonaliście z Jaxem nie lada sztuki. Pieniądze wciąż wpływają.

Ruby wzruszyła ramionami, lecz jej nieśmiały uśmieszek nie oszukał Sapphie. Genialna siostra lubiła pochwały, a fakt, że podczas ostatniej aukcji wszystkie sygnowane przez nią klejnoty zostały rozchwytane, sprawił, że zamówienia napływały i zapewniały firmie rentowność. Teraz Sapphie zamierzała zadbać o dochodowość firmy na swój sposób.

– Tak, nieźle nam poszło – uśmiechnęła się Ruby. – Jak na dwoje ludzi, którzy w ostatniej chwili dostrzegają, co mają pod nosem.

Sapphie do tej pory nie mogła uwierzyć, że Ruby i Jax zakochali się w sobie, a ich małżeństwo stało się prawdziwym związkiem. Tak wiele ich dzieliło, lecz na poziomie emocjonalnym znaleźli wspólny język. Czasami im tego zazdrościła. Jak by to było, gdyby ktoś tak ją zafascynował, że chciałaby spędzić z nim życie? Związek z Seaborns przypominał takie małżeństwo, więc innego zapewne nie pozna.

– Tak się cieszę twoim szczęściem. – Oczy Sapphie zaszły mgłą. Złożyła to na karb parującej herbaty.

– Dzięki, siostrzyczko. – Ruby wypiła łyk, po czym przyszpiliła Sapphie wzrokiem. – Co zamierzasz?

– W sprawie?

– Patricka Fourde’a.

Cholera, nawet na dźwięk tego nazwiska czuła ucisk w żołądku.

– Złożę mu propozycję nie do odrzucenia.

– Nie mówię o pracy. – Ruby wzniosła oczy do nieba. – Mówię o tym, co przed chwilą widziałam.

Sapphie nie chciała nawet myśleć o tym, co wydarzyło się na tyłach budynku. Nie chciała dać wiary niczemu, co ten flirciarz powiedział czy zrobił. Była starsza i mądrzejsza. Pora udowodnić Patrickowi, że jego przytyki na nią nie działają i może z nim pracować.

– W zasadzie pasowałby do ciebie. – Ruby owinęła wokół palca koniec końskiego ogona tak jak wtedy, gdy dumała nad kolejnym projektem. – Trochę zabawy. Nic poważnego. Seks dla zdrowia.

Sapphie sięgnęła po najbliżej wiszącą ścierkę i zamachnęła się nią na Ruby. Siostra uchyliła się ze śmiechem.

– Masz rację, powinnam się z kimś spotykać, ale nie tknę Patricka, nawet gdyby był ostatnim facetem na tej planecie.

Ruby uśmiechnęła się znacząco.

– Założę się o półroczny zapas czekoladowych batoników, że nie miną dwa tygodnie, a bardzo się zbliżysz z seksownym Patrickiem.

Sapphie wyciągnęła rękę. Już nie mogła się doczekać chwili, gdy Ruby zaopatrzy jej spiżarnię oblanymi czekoladą prostokątami, którym nie sposób się oprzeć.

Patrick kierował się w stronę najbliższej kawiarni. Potrzebował zastrzyku kofeiny. Może dzięki temu weźmie się w garść, bo miał dziwne obawy. Strach obleciał go mniej więcej w momencie, gdy znów spojrzał na Sapphire Seaborn.

Nie powinien był tam iść, ale nie mógł się powstrzymać.

Ta chłodna blondynka zawsze tak na niego działała. Jeszcze w liceum miała w sobie coś takiego – to opanowanie i nieskazitelność – co prowokowało go, by jej dokuczać. Nie złamała się, więc gdy ujrzał jej nazwisko w programie swoich spotkań, po prostu musiał do niej pójść. Z ciekawości. Czy nadal jest tą samą sztywną zarozumiałą pedantką? Czy będzie w stanie z nią współpracować? Seaborns była najlepszą firmą jubilerską w Melbourne, a tego właśnie potrzebował do swojego śmiałego przedsięwzięcia. Ale nie miał ochoty przez cały Tydzień Mody być skazanym na towarzystwo Panny Nadętej. Inaczej wyobrażał sobie miło spędzony czas.

Do chwili, gdy wystrzelił pierwszy słowny pocisk. Sapphire nie pozostała mu dłużna, odparowała cios i niespodziewanie przeniosła go w przeszłość. Z jakiegoś niepojętego, masochistycznego powodu miał chęć znów się z nią drażnić. Ucałowanie jej dłoni też zrobiło swoje. W jej lodowatych niebieskich oczach dojrzał wrogi błysk i maleńką zmarszczkę między idealnymi brwiami. Ale dostrzegł też nietypowe dla niej złagodnienie. Gdy pochylił głowę nad jej dłonią, lód stajał i wybuchnął ogień. Zaszokowała go ta zmiana, tak samo jak jego reakcja. Kto by pomyślał, że całowanie kobiecej dłoni może aż tak podniecić? Przypomniał sobie pocałunek z dawnych czasów, gdy zdołał wniknąć pod jej lodowatą powłokę i udowodnić, że nie jest tak twarda, jak chciałaby myśleć. Jeśli ma z nią pracować, tak właśnie musi robić. Zaskakiwać ją. Zachować kontrolę.

Zerknął na elegancką fasadę art deco, na lśniące miodowe deski podłogi dyskretnie oświetlone punktowymi lampami, na blask mieniących się klejnotów w gablotach. Przypomniał sobie tamtą noc, gdy przywiózł Sapphire do domu z balu maturalnego. Jej partner był tak pijany, że nie mógł prowadzić. Stał w tym samym miejscu, przed salonem jubilerskim, i próbował rozbawić ją głupimi żartami. Po raz pierwszy, widząc jej bezbronność, poczuł się fatalnie. Dojrzał wtedy coś więcej niż to, co pokazywała światu, i zamiast triumfu ogarnął go smutek.

Pamiętał śmiech z pobliskich restauracji, wyraźny dźwięk dzwonka tramwajowego i ciche tęskne westchnienie chwilę przed tym, gdy zignorował wątpliwości i pocałował Sapphie. To była szalona, podjęta pod wpływem impulsu, decyzja. Żeby powstrzymać drżenie jej dolnej wargi. Lubił drażnić się z Królową Lodu, ale nie chciał patrzeć na jej łzy. Musiał odwrócić jej uwagę. Spodziewał się, że pocałunek zrobi to skutecznie. Kiedy się rozpaliła, a on stracił nad sobą panowanie… To nie powinno się było zdarzyć.

Całował w życiu wiele kobiet, ale tamten pocałunek…

To było coś.

Nie zapisał go sobie w pamięci, lecz od czasu do czasu, gdy jakaś niebieskooka blondynka obrzucała go wyniosłym spojrzeniem, przypominał sobie Sapphie i ten ulotny moment, gdy w przebłysku dojrzał kuszący okruch czegoś więcej.

Tamtej nocy Sapphire odepchnęła go i uciekła. Patrick chciał jej powiedzieć, że nie ma powodu do wstydu. Dzwonił do niej, wysłał mejle i kilka esemesów. Jak było do przewidzenia, Sapphie otoczyła się murem z lodu, a on się wycofał. Wtedy się tym nie przejmował. Tydzień później wyjechał do Paryża.

Teraz wrócił gotowy chwycić scenę modową Melbourne za ozdobione drogimi kamieniami klapy i mocno nią potrząsnąć. Jeśli przyjdzie mu pracować z Sapphie, nią też potrząśnie.

Usiadł w ogródku kawiarni sąsiadującej z firmą Sapphie i zamówił podwójne espresso, przypominając sobie jej przerażoną minę. Szok to zbyt delikatne określenie. Swoją drogą, on czuł to samo. Gdy ją zobaczył z wyciągniętymi nad głową rękami, odsłaniającą płaski opalony brzuch, poczuł się tak, jak w szalonej chwili, gdy podjął wyzwanie i skoczył do Sekwany.

Nigdy nie widział Sapphie w luźnym stroju ani bez makijażu, a wyglądała bardzo dobrze. Do jej twarzy o kształcie serca pasowała chłopięca fryzura, przy której oczy wydawały się niemożliwie duże. Zwykle szykowna i elegancka, wydała mu się teraz bardziej bezbronna i ludzka, a dzięki temu silniej go przyciągała. Dawniej była bardzo pewna siebie. Kiedy mówiła, ludzie jej słuchali. Był pod wrażeniem jej niezłomnego postanowienia, by pomóc prowadzić rodzinną firmę, choć nigdy jej tego nie powiedział. Niewiele nastolatków wie, co chce w życiu robić, a Sapphire z determinacją dążyła do celu. Nie miała czasu dla mężczyzny, który niemal zawodowo wykorzystywał swój urok, zdobywając wszystko, czego pragnął, uśmiechem lub dowcipem. A zatem jeszcze bardziej starał się ją rozzłościć, przypochlebiał się, czarował, nakręcany przez jej niechętny uśmiech i słowną krytykę.

Sapphire Seaborn potrafiła człowieka upokorzyć. Gdyby nie zajęcia z biologii w ostatniej klasie liceum, Patrick myślałby, że ona go nie znosi. Byli jednak zmuszeni do współpracy w laboratorium, i właśnie wtedy zobaczył inną Sapphie – taką, która prawie go lubiła. Pod pozorem chłodu kryła się pracowita, oddana dziewczyna, która nie chciała nikogo zawieść. Także jego. Zapewne był to jedyny powód, dla którego wytrzymała w jego towarzystwie do ukończenia wspólnego zadania.

Podziwiał jej bezgraniczną lojalność w stosunku do rodziny, jej marzenie o rozwijaniu działalności Seaborns. Zwłaszcza że on wówczas nie miał aspiracji, by dołączyć do Fourde Fashion. O ironio, po dziesięciu latach wrócił do rodzinnego miasta, a jego priorytetem było to, by Melbourne zauważyło nowo otwarty oddział Fourde Fashion. Wielu ludziom musiał wiele udowodnić – a głównie sobie. Choćby sporo go to kosztowało, doprowadzi Fourde Fashion na sam szczyt.

Kelnerka postawiła na stoliku espresso. Chwilę później Patrick dojrzał wychodzącą z firmy Sapphire. Gdy zerknęła w jego kierunku, poczuł ucisk w żołądku. Wyglądała, jakby się czuła zagubiona. Zastanowił się czemu – lub komu – zawdzięcza udręczone spojrzenie. Nie zauważyła go, więc wstał i pomachał. Sapphie ściągnęła brwi i przygryzła wargę, najwyraźniej miała ochotę uciec. Podjął decyzję za nią i zamówił cappuccino z chudym mlekiem i pistacjowym makaronikiem, dość głośno, by go usłyszała. Zmrużyła oczy i sztywnym krokiem ruszyła w jego stronę. Spodnie do jogi przylegały do jej nóg jak druga skóra, różowa bluza z kapturem zakryła krótki top. Była niewysoka, ale sposób, w jaki się nosiła, sprawiał, że wydawała się wyższa. W butach na obcasie byłaby oszałamiająca. Patrickowi bardziej podobały się jednak zaplamione trawą fioletowe trampki z diamentowymi ćwiekami.

– Dosiądziesz się? – Wyciągnął dla niej krzesło z kutego żelaza. – Zamówiłem to, co lubisz.

– Słyszałam. – Zmarszczyła czoło niezdecydowana i zajrzała do wnętrza kawiarni. Pewnie zastanawiała się, jak odwołać zamówienie, nikogo nie obrażając. – To dość aroganckie z twojej strony.

– Nie znoszę pić sam – powiedział, wskazując na espresso.

– Jestem zajęta.

– Proszę. – Posłał jej uśmiech, na widok którego zawsze przewracała oczami.

Nie zawiodła go, dołączyła jeszcze zirytowane westchnienie i usiadła na krześle.

– Powiedz, że już nie wykorzystujesz tego uśmiechu, żeby owinąć sobie kogoś wokół palca. Nadal działa?

– Ty mi to powiedz. – Dał jej znak, żeby się zbliżyła. – Usiadłaś, prawda?

– Tylko dlatego, że rano nie piłam kawy.

– I nie możesz się oprzeć niczemu, co jest słodkie i francuskie.

– Chyba nie mówisz o sobie? – prychnęła.

– Przez dziesięć lat mieszkałem w Paryżu. – Pochylił się ku niej i poczuł cynamonowo-brzoskwiniowy zapach jej szamponu, ten sam, który został na jego smokingu po tamtym pocałunku. – Kiedyś uważałaś, że jestem słodki.

Sapphire udała, że się krztusi, a on się zaśmiał.

– Niech zgadnę. Próbujesz zrobić na mnie wrażenie, pokazując, że wciąż pamiętasz, co najbardziej lubię?

– Niezupełnie. – Przesunął saszetki z cukrem w pojemniku z nierdzewnej stali. – Trudno to zapomnieć. Ilekroć wkuwaliśmy do tych głupich testów z biologii, zamawiałaś to samo, aż do znudzenia.

Zignorowała przytyk „do znudzenia”. Szkoda.

– Pamiętasz, jak zadano nam stworzenie kolekcji roślin? – skrzywiła się. – Na samą myśl o trującym bluszczu wszystko mnie swędzi.

– Nie zawsze było tak źle. – Przysunął się i zniżył głos. – O ile pamiętam, zajęcia na temat ludzkiego organizmu w ostatnim semestrze okazały się frapujące.

Jej miażdżące spojrzenie wyrażało dezaprobatę. Na szczęście akurat podano kawę i makaronik, więc nie musiała odpowiadać. Patrick odpuścił. Jeśli Sapphie zaimponuje mu prezentacją, tak jak się spodziewał, i rozpoczną współpracę, będą mieli mnóstwo czasu na wędrówki ścieżkami pamięci.

Zależało mu na sukcesie swojego przedsięwzięcia, a do tego musi być w najlepszej formie. Niezwyciężony. Sapphire może mu w tym pomóc. W liceum nie miał tak wiele do stracenia, stawką było zaliczenie lub brak zaliczenia, ale nie zapomniał zdolności Sapphie do wydawania poleceń i pokonywania przeszkód. Jeśli w jutrzejszej prezentacji pokaże choć połowę tego tupetu, współpraca Fourde Fashion z Seaborns podczas Tygodnia Mody musi się udać. To z kolei uruchomiłoby realizację jego planów. Dążył do tego, by świat mody, w tym jego rodzice, ostatecznie wybaczyli mu błędy przeszłości i zobaczyli, że Patrick reprezentuje sobą więcej niż tylko rodowe nazwisko.

– Opowiedz mi, co się u ciebie działo.

– W ostatnich dziesięciu latach?

– W skrócie.

– Przejęłam kierowanie firmą. Ciężko harowałam na sukces. – Jej niebieskie oczy pociemniały, nim odwróciła wzrok.

Cholera. Co z niego za głupek. Zapomniał złożyć jej kondolencje.

– Przykro mi z powodu twojej mamy.

– Mnie też. – Ściskała w dłoniach filiżankę, wlepiając w nią wzrok.

– Na pewno ci jej brak.

– Codziennie. Jej zapał i wytrwałość były legendarne. To właśnie zobaczysz w jutrzejszej prezentacji.

– Nie wątpię.

Patricka zdumiewała huśtawka jej nastrojów: w jednej chwili była zadumana, w następnej czujna. Dawna Sapphire nikomu nie pozwoliłaby zmylić swojej czujności, zwłaszcza jemu. Co się takiego stało, że jest podenerwowana?

– Żadnych drugich połówek?

Policzki Sapphire znów się zaczerwieniły, podkreślając niewiarygodny kolor jej oczu – ten sam, jaki ma cenny kamień, od którego pochodziło jej imię.

– Nie mam czasu. – Sięgnęła znów po szklankę, jak po koło ratunkowe. – Pracuję.

– Rzucisz we mnie ciastkiem, jak zacytuję stare powiedzenie: Nie samą pracą człowiek żyje?

– Nie, bo już to słyszałam. – Tak mocno ściskała szklankę, że knykcie jej pobielały. – Poza tym czasem odpoczywam.

Zdenerwowana i na pozycji defensywnej – to zdecydowanie nie była Sapphire, jaką zapamiętał.

– Jak?

– Co jak? – Ściągnęła brwi.

– Jak odpoczywasz?

Fakt, że zmarszczyła nos i milczała całe wieki, wiele o niej mówił.

– Jesteś pracoholiczką.

– Robię różne rzeczy – nastroszyła się.

– Na przykład?

– Ćwiczę jogę, pilates. Medytuję.

Zaśmiał się. Obraz żwawo maszerującej z książką pod pachą Sapphire, która zaczyna odnosić sukcesy, nie pasował mu do obrazu tej samej kobiety siedzącej nieruchomo i kontemplującej cokolwiek innego prócz zysku Seaborns.

– Co cię tak rozbawiło?

Wzruszył ramionami i zamieszał espresso.

– Zmieniłaś się.

Sapphire zacisnęła wargi.

– Byłam dzieckiem.

– Nieprawda, byłaś dobrze zapowiadającą się młodą kobietą. Jakoś nie mogę pogodzić twojego obrazu z moich wspomnień z tym, kim jesteś dzisiaj.

Chciał, by na niego spojrzała, a kiedy to zrobiła, w jej oczach był tak wielki lęk, że zapragnął ją objąć. Zaraz potem pomyślał: Co, do diabła? Już kiedyś dostał nauczkę. Sapphire nie chce jego pocieszenia, byłby idiotą, gdyby znów dał się zwieść jej bezbronności. Wiedział, że Sapphire może to wykorzystywać, by go zmiękczyć przed jutrzejszą prezentacją.

– Tutaj wciąż jestem tą samą osobą. – Położyła dłoń na sercu. Drżenie jej dolnej wargi powiedziało mu jednak co innego.

Nie była taka sama. Przecież tak naprawdę jej nie znał, była jedynie dziewczyną, której bezlitośnie dokuczał, bo mu to ułatwiała. Mógłby ją przepytywać, dręczyć i drążyć, ale zdawała się tak załamana, że nie miał serca tego robić. Wyszła jego prawdziwa natura.

– Może to ten sportowy strój? – Puścił do niej oko. – Wolę cię w szkolnym mundurku.

– Jesteś nienormalny. – Błysk rozbawienia w jej oczach wskazywał, że dobrze zrobił, nie naciskając.

– Cóż, w takim razie może powinnaś włożyć uniform pielęgniarki…

– Nie do wiary. – Ściągnęła wargi z dezaprobatą, a on poczuł niewytłumaczalny ucisk w piersi. – Nic się nie zmieniłeś.

– A ty przeciwnie. – Pod wpływem impulsu dotknął jej dłoni, którą natychmiast cofnęła, sięgając po łyżeczkę, by zebrać z kawy piankę.

– Dziesięć lat to szmat czasu. Czego się spodziewałeś? Że będę znów przeprowadzać sekcję żaby i rozwiązywać testy?

Czegoś tu nie rozumiał, coś tu nie grało, a jeśli miał na niej polegać, musi wiedzieć, z czym ma do czynienia. Chodziło mu wyłącznie o sukces i interesy. Tym tłumaczył swoją troskę, i tego będzie się trzymał.

– Czy już przestałaś uważać, że z powodu mojego pocałunku żaden inny mężczyzna cię nie zechce?

Otworzyła szeroko oczy zaszokowana. Zaraz potem wyjęła z pojemnika kilka saszetek cukru i rzuciła nimi w Patricka. Złapał je. Oczekiwał na jej reakcję i doczekał się. To już coś na początek.

– Wbij sobie do głowy, że pocałunek był bez znaczenia. Dwoje napędzanych hormonami nastolatków w chwili szaleństwa. – Skrzyżowała ręce na piersi, patrząc wyzywająco. – Wywlekanie tego po latach, kiedy za chwilę mamy razem pracować, to zły ruch.

– Kolejna rzecz, która się zmieniła. Dawniej byłaś brutalnie szczera. Twierdzisz, że tamten pocałunek nic nie znaczył? – Cmoknął. – Nie sądziłem, że doczekam dnia, kiedy z twoich ust usłyszę kłamstwo.

Znów jej dokuczał. Zastanawiał się, jak daleko musi się posunąć, nim ujrzy przebłysk prawdy. Na wszelki wypadek odsunął od niej pojemnik z cukrem.

– Nie gram w tę grę. Dość wspomnień i głupich żartów. Dość udawania, że jesteśmy kumplami. I dość rozmów o pocałunku. – Machnęła ręką. – Jesteśmy potencjalnie współpracownikami. Nasz cel? Zarobić dużo kasy. Przestań więc udawać, że jesteś moim przyjacielem, bo ja nie potrzebuję przyjaciela; potrzebuję gwarancji.

Brutalna szczerość z jego wspomnień.

– Jakich?

– Że jutro wysłuchasz mnie bez uprzedzeń i obiektywnie ocenisz moją prezentację, nie kierując się naszą dawną re… znajomością.

– Możesz to powiedzieć. – Przyłożył dłonie do warg i rzekł teatralnym szeptem: – Re-la-cją.

Kiedy Sapphire zaklęła, Patrick o mało nie uderzył pięścią w powietrze. To była dziewczyna, jaką znał. Wściekła i zadziorna. Z taką sobie poradzi, docinając jej i rzucając żarcikami. Zamknięta w sobie, melancholijna kobieta, jaką widział kilka minut temu, wprawiała go w cholerne zakłopotanie.

– Dla mnie to ważne – oznajmiła. – Tobie jest łatwiej, masz wsparcie swoich bliskich tak długo, jak długo zechcesz zostać w Melbourne. A ja? Nie mam nic prócz Seaborns i zrobię wszystko, nawet wejdę w układ z twoją firmą, byle tylko Seaborns już nigdy nic nie zagrażało.

Niewiele rzeczy budziło w nim natychmiastową złość – prócz tego, gdy ktoś go oczerniał, sugerując, że nie dość ciężko pracuje.

– Skończyłaś?

Sapphire, która już wstawała, opadła na krzesło, unosząc ręce.

– Przepraszam.

– Akurat. Wierzysz w te wszystkie bzdury.

Tak jak jego bliscy wierzyli, że to Jaques wpadł na pomysł wiosennej ekskluzywnej kolekcji, która w Paryżu tak świetnie się sprzedawała. Czekał, aż przyznają, że się zrehabilitował za gigantyczną wpadkę na początku kariery, czekał na słowo zachęty. Doczekał się jedynie niechętnych podziękowań za to, że stanowił część zespołu, którego praca została uwieńczona sukcesem. Duma nie pozwoliła mu powiedzieć, na czym naprawdę polegała jego rola, i coś sobie uświadomił. Dopóki sam nie udowodni, że zostawił za sobą przeszłość, nikt mu nie uwierzy.

W tym właśnie momencie podjął decyzję.

Sukces australijskiego oddziału Fourde Fashion nie podlega dyskusji. To konieczność. Musi to zrobić. Dla siebie. Zadowoli go wyłącznie pozycja najbardziej dochodowego oddziału firmy – a to oznacza, że musi prześcignąć oddział francuski o długiej tradycji. Musi zacząć wprowadzać w życie swój sekretny plan. Naprzeciw niego siedziała jedyna osoba, która mogła mu w tym pomóc.

– Myślisz, że jestem leniwym, bogatym playboyem, który wszystko zawdzięcza swojemu urokowi.

Sapphire nie patrzyła mu w oczy – wyraźny znak, że się nie mylił.

– Nigdy mnie nie doceniałaś.

Otworzyła i zamknęła usta, jakby chciała mu odpowiedzieć, a potem zmieniła zdanie. Ale jej oczy nie kłamały.

– Nieważne, moja praca mówi sama za siebie.

Spodziewał się zobaczyć jej sceptyczną minę. Zobaczył podziw, który w pewnym stopniu załagodził poczucie krzywdy.

– Okej, każde z nas chce coś udowodnić. Od tej chwili zaczynamy od nowa, z czystym kontem.

– Żadnych uprzedzeń?

– Absolutnie żadnych.

Po raz pierwszy, odkąd ujrzał ją tego dnia, na jej wargach pojawił się nieśmiały uśmiech. Chętnie widziałby go częściej.

– Ale to prawda, że liczysz na swój urok.

– Szkoda, że na ciebie nie działa – mruknął pod nosem, ze zdziwieniem zauważając, że Sapphire gwałtownie wciąga powietrze.

Szybko dopiła cappuccino i wzięła do ręki makaronik.

– Muszę lecieć. Do zobaczenia jutro po południu. Przygotuj się na wyjątkowe wrażenia.

Tytuł oryginału: Her Deal with the Devil

Pierwsze wydanie: Harlequin Kiss, 2013

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2013 by Nicola Marsh

© for the Polish edition by Arlekin – Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Życie są zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1 B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-238-9485-8

ŚŻ – 491

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com