Ty - Caroline Kepnes - ebook
Opis

Zniewalająca – „Entertaiment Weekly”

Mrożąca krew w żyłach – „USA TODAY”

Przyprawi cię o dreszcze – „People”

Kiedy początkująca pisarka wchodzi do księgarni w East Village, od razu staje się obiektem fascynacji pracującego tam mężczyzny. Zauroczony nią Joe Goldberg na podstawie danych z karty kredytowej wyszukuje kobietę w internecie. W Nowym Jorku mieszka tylko jedna Guinevere Beck. Jej konto na Facebooku jest dostępne dla wszystkich, ona sama jest bardzo aktywna na Twitterze. Dzięki temu Joe dowiaduje się, że przyjaciele mówią na dziewczynę Beck, że studiowała na Uniwersytecie Browna, że mieszka przy Bank Street, a wieczór spędzi w barze na Brooklynie. To dla Joego idealne miejsce na ponowne, pozornie przypadkowe spotkanie. Mężczyzna powoli przejmuje kontrolę nad życiem Beck. Robi wszystko, by wpadła w jego ramiona. Staje się jej idealnym, wymarzonym chłopakiem, który po cichu usuwa przeszkody stojące na drodze do wspólnego szczęścia. Nawet jeśli oznacza to, że musi kogoś zamordować. Obsesyjny związek szybko nakręca spiralę śmiertelnych konsekwencji…

Na podstawie powieści Netflix nakręcił bijący rekordy popularności serial o tym samym tytule.

Caroline Kepnes – zadebiutowała w 2014 roku powieścią Ty, przetłumaczoną do tej pory na kilkanaście języków i nominowaną do nagrody CWA New Blood Dagger Award. Druga książka jej autorstwa, Hidden Bodies (polskie wydanie w przygotowaniu), opisuje dalsze losy głównego bohatera Ty, Joego Goldberga. Zanim zajęła się pisaniem powieści, Kepnes pracowała jako dziennikarka w „Entertainment Weekly” oraz scenarzystka przy serialu Siódme niebo. Obecnie mieszka w Los Angeles i koncentruje się na pisaniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 516

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Caroline Kepnes

TY

przełożył Jacek Żuławnik

Tytuł oryginału: You

Copyright © 2014 by Alloy Entertainment and Caroline Kepnes

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Wydanie II

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dla ciebie, Tato

Zobaczymy się, Bóg pozwoli, z pierwszym brzaskiem.

Harold Samuel Kepnes (29 stycznia 1947 – 13 listopada 2012)

1

Wchodzisz do księgarni, przytrzymujesz drzwi, żeby nie trzasnęły. Uśmiechasz się, zawstydzona, że taka z ciebie grzeczna dziewczynka, masz niepomalowane paznokcie, jesteś ubrana w beżową bluzkę z dekoltem w serek, trudno powiedzieć, czy nosisz stanik, ale sądzę, że nie. Jesteś wręcz nieprzyzwoicie przyzwoita w tych swoich różowych dżinsach, w różu utkanym z Pajęczyny Charlotty, przechodzisz obok mnie, mruczysz „cześć”, inni przeważnie mijają mnie bez słowa. Skąd się wzięłaś?

Jesteś klasycznej urody drobną osóbką, moją prywatną Natalie Portman mniej więcej z końcówki Bliżej, kiedy to młoda bohaterka – raz na zawsze kończąc ze złymi Brytyjczykami – wraca do swojego domu, do Ameryki. A ty przyszłaś do mojego domu, wreszcie tu dotarłaś, we wtorek o dziesiątej zero sześć. Codziennie dojeżdżam do księgarni na Lower East Side z Bed-Stuy. Codziennie zamykam ją wieczorem, nie spotkawszy nikogo takiego jak ty. Spójrz na siebie, dziś narodziłaś się w moim świecie. Cały się trzęsę, łyknąłbym ativanu, ale opakowanie jest na dole, a ja przecież wcale nie chcę tego brać. Nie chcę iść na dół. Pragnę zostać tutaj, całym sobą, przyglądać się, jak obgryzasz niepomalowane paznokcie i spoglądasz w lewo, nie, obrabiasz mały palec, otwierasz szeroko oczy, na prawo, nie, omijasz biografie, poradniki (dzięki Bogu) i zwalniasz, gdy docierasz do beletrystyki.

Tak.

Pozwalam ci zniknąć pomiędzy regałami – beletrystyka autorami f–k – i nie jesteś typową niepewną siebie nimfetką polującą na Faulknera, którego nigdy nie skończysz ani nawet nie zaczniesz; Faulknera, który zrośnie się z twoim stolikiem nocnym i zwapnieje, o ile to w ogóle możliwe; Faulknera, który służy jedynie uwiarygodnianiu twoich słów, kiedy mówisz partnerom na jedną noc, że takie przygody wcale nie są w twoim stylu. Nie, ty taka nie jesteś. Nie wystawiasz Faulknera na pokaz, dżinsy wiszą na tobie, jesteś za bardzo opalona na Stephena Kinga i za mało trendy na Heidi Julavits, zatem kogo wybierzesz, no kogo? Głośno kichasz. Wyobrażam sobie, ile robisz hałasu, kiedy szczytujesz.

– Na zdrowie! – krzyczę.

Chichoczesz, ty napalona dziewuszko, i odkrzykujesz:

– Nawzajem, stary!

„Stary”. Flirtujesz. Gdybym był jednym z tych pajaców, którzy używają Instagrama, zrobiłbym zdjęcie tabliczce f–k i tobie, przepuścił fotę przez jakiś efekt i wrzucił ją z komentarzem:

F_ _K yes! Znalazłem ją.

Spokojnie, Joe. Dziewczyny nie lubią, kiedy mężczyzna zbytnio się narzuca. Bogu dzięki za klienta, mam problem z wczytaniem kodu paskowego Salingera – no, ale to nie pierwszy raz. Ile ten facet ma, trzydzieści sześć lat? I dopiero teraz czyta Franny i Zooey? Zresztą bądźmy poważni, wcale tego nie przeczyta, Salinger to tylko przykrywka dla leżących na dnie koszyka Danów Brownów. Popracujcie trochę w księgarni, a przekonacie się, że większość ludzi ma dziwne poczucie winy z powodu tego, kim jest.

W pierwszej kolejności wkładam do torby Dana Browna, jakby to było pedofilskie porno, i mówię, że Franny i Zooey jest do dupy, facet potakuje, a ty nadal stoisz przy f–k – wiem, bo między książkami widzę beżową plamę twojego sweterka. Jeśli podniesiesz rękę, zobaczę twój pępek. Ale nie zrobisz tego. Weźmiesz jakąś książkę, usiądziesz między regałami i może zostaniesz cały wieczór. Może będzie jak w Gdzie serce twoje z Natalie Portman, niewiernej adaptacji powieści Billie Letts – pierdoły, ale w miarę na poziomie – i znajdę cię w środku nocy. Pochylę się i powiem: „Przepraszam panią, ale zamykamy”, a ty spojrzysz na mnie, uśmiechniesz się i odpowiesz: „Za to ja… – oddech – …jestem szeroko otwarta. Stary”.

– E… – odzywa się Salinger-Brown. Jeszcze tu jest? Niestety. – Mogę prosić o paragon?

– Tak, przepraszam.

Wyrywa mi go z ręki. Nie czuje nienawiści do mnie. Czuje ją do siebie. Gdyby ludzie umieli opanować nienawiść do samego siebie, obsługiwanie klientów przebiegałoby sprawniej.

– Wiesz co, kolego? Ogarnij się trochę. Pracujesz w księgarni. Nie produkujesz książek. Nie piszesz ich, a gdybyś choć potrafił czytać je ze zrozumieniem, zapewne pracowałbyś gdzie indziej. Więc daruj sobie ten lekceważący uśmieszek i życz mi miłego dnia.

Gość może sobie mówić, co chce, bo to nie zmienia faktu, że wstydzi się z powodu zakupu Dana Browna. Podchodzisz z życzliwym uśmiechem Natalie Portman na ustach, słyszałaś gardłowanie tego skurwiela. Spoglądam na ciebie. Ty patrzysz na niego, a on nadal gapi się na mnie i czeka.

– Miłego dnia, proszę pana – odzywam się. On wie, że nie mówię szczerze, wnerwia go, że musi zabiegać o uprzejmość nieznajomego. Kiedy wychodzi, krzyczę za nim, dlatego że ty słuchasz: – Miłych wrażeń z lektury Dana Browna, skurwysynu!

Podchodzisz, śmiejąc się. Bogu dzięki, że jest poranek, bo rano nie ma nawet psa z kulawą nogą i nikt nie będzie nam przeszkadzał. Stawiasz na ladzie koszyk z książkami i rzucasz:

– Mnie też będziesz oceniał?

– Ale dupek, co?

– E tam, pewnie miał kiepski nastrój.

Kochana jesteś. Dostrzegasz w ludziach to, co najlepsze. Uzupełniasz mnie.

– Dla mnie – zaczynam i wiem, że powinienem się zamknąć, i chcę się zamknąć, ale ty sprawiasz, że mam ochotę mówić – ten gość jest argumentem przeciwko bankructwu Blockbustera.

Patrzysz na mnie. Jesteś ciekawa, chcę cię poznać, ale nie mogę zapytać wprost, więc mówię dalej:

– Każdy się napina, żeby być lepszy, zrzucić parę kilo, przeczytać pięć książek, pójść do muzeum, kupić płytę z muzyką poważną, posłuchać jej i ją polubić. A tak naprawdę wszyscy wolą napychać się pączkami, przeglądać kolorowe pisemka i kupować albumy popowych gwiazdek. A książki? Pieprzyć książki. Lepiej kupić kindle’a. Wiesz, dlaczego kindle odniósł taki sukces?

Śmiejesz się, kręcisz głową, słuchasz mnie, choć w takim momencie większość ludzi traci zainteresowanie i zagląda do telefonu. Ładna jesteś, pytasz:

– No dlaczego?

– Powiem ci dlaczego. Internet sprowadził porno do twojego domu…

Powiedziałem „porno” – kretyn ze mnie. Ale nadal słuchasz – równa z ciebie babka.

– …masz je na wyciągnięcie ręki. Nie musisz wychodzić z domu. Nie musisz nawiązywać kontaktu wzrokowego z facetem w sex shopie, który już wie, że lubisz patrzeć, jak laski zaliczają klapsy. Kontakt wzrokowy czyni nas cywilizowanymi.

Masz migdałowe oczy, mówię dalej:

– Mówi o nas wszystko.

Nie nosisz obrączki, kontynuuję:

– Czyni nas ludźmi.

Jesteś cierpliwa, powinienem się zamknąć, ale nie mogę.

– A kindle? Kindle pozbawił czytanie elementu uczciwości, zrobił dokładnie to samo co internet z pornografią. Równowaga została zaburzona. Możesz sobie czytać Dana Browna jednocześnie w domu i w miejscu publicznym. To koniec cywilizacji. Ale…

– Zawsze jest jakieś „ale” – mówisz.

Założę się, że pochodzisz z dużej rodziny, zdrowej, kochającej rodziny, w której często się przytulacie i śpiewacie piosenki przy ognisku.

– …ale ponieważ zabrakło miejsc, gdzie można kupić film albo płytę, na placu boju zostały tylko książki. Już nie ma wypożyczalni, na przykład Blockbustera, nie ma też pracujących w nich maniaków, przerzucających się cytatami z Tarantino, kłócących się o dzieła Daria Argenta i pogardzających ludźmi wybierającymi filmy z Meg Ryan. Interakcja pomiędzy sprzedającym a kupującym jest najważniejszym systemem wzajemności, jaki istnieje. A przecież nie można, ot tak, pozbawiać ludzi możliwości interakcji i oczekiwać, że wszystko będzie w porządku. Że nie pojawią się efekty uboczne, prawda?

Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale w przeciwieństwie do wielu ludzi nie każesz mi się przymknąć, tylko słuchasz, kiwając głową.

– Hmm.

– Sklepy z płytami, rozumiesz, wszystkich zrównywały. Dawały muzycznym zapaleńcom władzę („Naprawdę chcesz kupić płytę Taylor Swift?”), ale ci sami zapaleńcy szli do domu i walili gruchę przy Taylor Swift.

„Przestań powtarzać «Taylor Swift»”.

Śmiejesz się ze mnie czy do mnie?

– W każdym razie – zaczynam dalszą część wypowiedzi.

Zamilknę, jeśli mi każesz.

– W każdym razie? – zachęcasz.

Chcesz, żebym dokończył.

– Chodzi o to, że kupowanie jest jedną z niewielu uczciwych rzeczy, które robimy. Ten facet nie przyszedł tu po Dana Browna ani po Salingera. On tu przyszedł się wyspowiadać.

– Jesteś księdzem?

– Nie, kościołem.

– Amen.

Zaglądasz do swojego koszyka, gadam jak obłąkany samotnik, podążam za twoim wzrokiem. Telefon. Nie widzisz go, ale ja tak. Jest pęknięty. Trzymasz go w żółtym etui. To znaczy, że zaczynasz przejmować się sobą, kiedy nie ma już czego ratować. Założę się, że łykasz cynk dopiero trzeciego dnia przeziębienia. Biorę do ręki twoją komórkę i próbuję zażartować.

– Ukradłaś to temu kolesiowi?

Zabierasz telefon i się czerwienisz.

– Ciągle zapominam o moim małym… – mówisz. – Wyrodna ze mnie mamusia.

„Mamusia”. Jesteś nieprzyzwoita, oj, jesteś.

– E tam.

Uśmiechasz się, na sto procent nie masz stanika. Wyjmujesz książki z koszyka, stawiasz go na podłodze i patrzysz na mnie takim wzrokiem, jakbym nie miał najmniejszych szans skrytykować czegokolwiek, co ciebie dotyczy. Twardnieją ci sutki. Nie zasłaniasz ich. Zauważasz cukierki, które trzymam przy kasie. Pokazujesz palcem.

– Mogę?

– Pewnie – mówię. Biorę do ręki pierwszą z książek, które wybrałaś. Impossible Vacation Spaldinga Graya. – Ciekawe – oceniam. – Większość ludzi sięga po jego monologi. Ta książka jest świetna, ale mało chodliwa, a już na pewno nie cieszy się popularnością wśród młodych kobiet, które na pierwszy rzut oka nie zamierzają pójść w ślady autora, znaczy nie myślą o samobójstwie.

– Czasem człowiek ma ochotę na spacer w ciemności, wiesz?

– Ano – mówię. – Owszem.

Gdybyśmy byli nastolatkami, już bym cię pocałował. Ale stoję na podwyższeniu za ladą, noszę identyfikator i jesteśmy za starzy na nastolatków. Wieczorne sztuczki nie działają za dnia, przez okna wlewa się jaskrawe światło. Czy w księgarniach nie powinno być ciemno?

„Zapamiętaj: powiedz panu Mooneyowi, żeby zamontował żaluzje. Zasłony. Cokolwiek”.

Sięgam po drugą książkę. Desperate Characters Pauli Fox, jednej z moich ulubionych pisarek. To dobry znak, ale może kupujesz ją, bo przeczytałaś na jakimś durnym blogu, że Fox jest biologiczną babką Courtney Love? Skąd mam wiedzieć, czy dotarłaś do Pauli Fox właściwą drogą, czyli zachęcona esejem Jonathana Franzena?

Sięgasz do portfela.

– Świetna, prawda? Szkoda, że w sumie jest mało znana, chociaż Franzen się nad nią rozpływa – mówisz.

„Dzięki Bogu”.

Uśmiecham się.

– The Western Coast.

Odwracasz głowę.

– Do tego jeszcze nie dotarłam. – Patrzę na ciebie. Podnosisz ręce w geście poddania się. – Nie bij. – Chichoczesz. Chciałbym, żeby sutki nadal ci sterczały. – Kiedyś przeczytam The Western Coast, naprawdę, za to Desperate Characters czytałam chyba ze sto razy. Ten egzemplarz jest dla przyjaciela.

– Aha – mówię.

Czerwone światło oznacza niebezpieczeństwo. „Dla przyjaciela”.

– Chociaż chyba szkoda zachodu, bo pewnie i tak nie przeczyta. No, ale przynajmniej jeden egzemplarz więcej znajdzie nabywcę, czy tak?

– Zgadza się – odmrukuję.

Mogłaś ją kupić dla brata, taty albo sąsiada geja, ale powiedziałaś, że chodzi o przyjaciela, więc teraz ze złością wystukuję cenę.

– Razem trzydzieści jeden dolarów, pięćdziesiąt jeden centów.

– O rany. Pod tym względem kindle jednak rządzi – mówisz, sięgając do różowego portfela od Zuckermana i podając mi kartę kredytową, chociaż widzę, że w przegródce masz wystarczająco dużo gotówki, żeby zapłacić nią za książki.

Chcesz, żebym poznał twoje nazwisko, ale ja nie jestem wariatem, więc tylko przeciągam kartę przez czytnik, a cisza między nami staje się coraz głośniejsza. Czemu akurat dzisiaj nie włączyłem muzyki? Nie wiem, co powiedzieć.

– Proszę bardzo. – Wręczam ci potwierdzenie transakcji.

– Dzięki – mówisz szeptem. – Masz świetną księgarnię.

Podpisujesz się. Nazywasz się Guinevere Beck. Twoje nazwisko jest poematem, a rodzice zapewne są dupkami, tak jak większość rodziców. Guinevere? Dajcie spokój.

– Dziękuję, Guinevere.

– Wolę Beck. Guinevere to długie imię, w dodatku brzmi głupio, nie sądzisz?

– A zatem witaj, Beck, na żywo wyglądasz inaczej niż na zdjęciach. Muszę ci powiedzieć, że twój album Midnite Vultures jest kapitalny.

Zabierasz torbę z książkami. Nie zrywasz kontaktu wzrokowego, ponieważ chcesz, żebym widział, że na mnie patrzysz.

– Dzięki, Goldberg.

– Wystarczy Joe. Goldberg to długie nazwisko, w dodatku brzmi głupio, nie sądzisz?

Śmiejemy się. Chciałaś poznać moje nazwisko – tak jak ja chciałem się dowiedzieć, jak brzmi twoje – w przeciwnym razie nawet nie spojrzałabyś na identyfikator.

– Na pewno nie chcesz za jednym zamachem zaopatrzyć się w The Western Coast?

– Pomyślisz, że mi odbiło, ale wolę zachować tę książkę na potem. Jej lekturę wciągnęłam na listę rzeczy do zrobienia na emeryturze.

– Chyba mówi się: listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią?

– Nie, to co innego. Lista rzeczy do zrobienia na emeryturze zawiera lektury i filmy, którymi chce się wypełnić swoje dni, kiedy się już będzie staruszkiem. A na listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią trafiają inne postanowienia: wycieczka do Nigerii, skok ze spadochronem… Wiesz, tego rodzaju. Lista rzeczy do zrobienia na emeryturze to dla mnie na przykład: przeczytać The Western Coast, obejrzeć Pulp Fiction, posłuchać ostatniego albumu Daft Punk.

– Nie wyobrażam sobie ciebie w domu spokojnej starości.

Rumienisz się. Jesteś Pajęczyną Charlotty i mógłbym cię pokochać.

– Będziesz mi życzył miłego dnia?

– Miłego dnia, Beck.

Uśmiechasz się.

– Dzięki, Joe.

Nie przyszłaś tu po książki, Beck. Nie musiałaś wypowiadać mojego imienia. Nie musiałaś się uśmiechać ani mnie słuchać. Ale to zrobiłaś. Na potwierdzeniu widnieje twój podpis. To nie była transakcja gotówkowa ani karta debetowa. To było coś prawdziwego. Przyciskam kciuk do papieru, mokry tusz, którym napisałaś swoje imię i nazwisko, odbija się na mojej skórze.

2

Poznałem e.e. cummingsa tak, jak poznała go większość wrażliwych, inteligentnych mężczyzn mojego pokolenia, czyli poprzez jedną z najbardziej romantycznych scen w jednej z najbardziej romantycznych historii miłosnych wszech czasów – w Hannah i jej siostry, w której inteligentny, wyrobiony żonaty nowojorczyk Elliot (Michael Caine) zakochuje się w swojej szwagierce Lee (Barbara Hershey). Musi być ostrożny. Nie może otwarcie wykonać żadnego ruchu. Zaczaja się w pobliżu mieszkania Lee i wpada na nią niby przypadkiem. Genialne, romantyczne. Miłość nadaje sprawom bieg. Lee jest zaskoczona spotkaniem, zabiera Elliota do księgarni Pageant – dostrzegacie elementy wspólne? – gdzie ten kupuje tom wierszy e.e. cummingsa, wręcza go ukochanej i prosi, by przeczytała wiersz ze sto dwunastej strony.

Lee siedzi sama w łóżku i czyta. Widzimy Elliota w łazience, myślącego o niej. Słyszymy jej głos: „nikt, nawet deszcz, nie ma takich drobnych rąk”1.

Ten wiersz, Beck, ten wiersz rozwala. Przygotował mnie na to zauroczenie. Budzę się dla ciebie. Codziennie uczę się ciebie. Czuję się coraz bliżej związany z „wierszem ze sto dwunastej strony”. Dajesz mi cel. Uwielbiam cię obserwować. Zaprzęgasz swoje drobne ręce do pracy nad sobą, kiedy jesteś w nastroju, a często jesteś, przypomina mi się żart z Hannah i jej siostry, w którym Mia Farrow naśmiewa się z Woody’ego Allena, że nadużywanie masturbacji zniszczyło mu zdrowie. Mam nadzieję, że tobie nic nie jest.

Problem ze społeczeństwem polega na tym, że gdyby zwykli ludzie wiedzieli o nas – o tobie, samotnej, przeżywającej trzy orgazmy w ciągu jednej nocy, i o mnie, samotnym, po drugiej stronie ulicy, patrzącym, jak szczytujesz – uznaliby mnie za świra. No, ale wiadomo, że większość ludzi to kretyni do kwadratu. Większość ludzi lubi tanie kryminały, większość ludzi nigdy nie słyszała o Pauli Fox, większość ludzi nigdy nie oglądała Hannah i jej siostry, więc umówmy się, Beck, jebać większość ludzi, dobrze?

Poza tym podoba mi się to, że sama sobie dogadzasz, zamiast otwierać dom i cipę nieodpowiednim facetom. Jesteś odpowiedzią na wszystkie banalne i upraszczające artykuły o „kulturze seksu bez zobowiązań”. Masz swoje standardy, jesteś Guinevere, arturiańską Ginewrą, historią miłosną, czekającą na tego jedynego, a raczej Jedynego, bo założę się, że marzysz o takim zaczynającym się od wielkiej litery. Marzysz o mnie. Dziś wszyscy chcą mieć wszystko już, natychmiast, ale ty jesteś gotowa zaczekać, dajesz sobie radę z pomocą

„takich drobnych rąk”.

Twoje nazwisko było doskonałym punktem wyjścia. Na szczęście dla nas na świecie żyje niewiele kobiet nazywających się Guinevere Beck – raptem jedna. Pierwsze, co musiałem odnaleźć, to twój adres, ale cóż, internet stworzono z myślą o miłości. Twój profil na Twitterze, Beck, powiedział mi o tobie bardzo dużo:

Guinevere Beck

@TheUnRealBeck

Nie miewam niewypowiedzianych myśli. Spisuję historie. Czytam je. Rozmawiam z nieznajomymi. Na wyspie Nantucket mam kumpli z sąsiedztwa, w Nowym Jorku kumpele na imprezy.

Twoje wiele mówiące biogramy, zamieszczane na platformach, na których zakładasz blogi (może wolisz je nazywać esejami?), i wpisy (czy dla ciebie to już popisy literackie?), pełne wyraźnych aluzji, a także wiersze, czasem je piszesz, z nich również można się czegoś o tobie dowiedzieć. Jesteś pisarką, urodziłaś się i wychowałaś w Nantucket, żartujesz z wyspiarskiej endogamii (ciebie to ominęło), z żeglowania (śmiertelnie boisz się żaglówek) i z alkoholizmu (twój ojciec zapił się na śmierć, często o tym piszesz). Twoją rodzinę, paradoksalnie, łączą ścisłe i zarazem luźne więzy. Nie wiesz, jak żyć tutaj, w mieście, gdzie nikt nikogo nie zna, chociaż masz za sobą cztery lata doświadczenia, uzyskałaś bowiem licencjat na Uniwersytecie Browna. Dostałaś się z listy rezerwowej, wciąż jesteś przekonana, że musiała zajść jakaś pomyłka. Lubisz polentę i batony o smaku placka z wiśniami. Nie robisz zdjęć jedzeniu, nie pstrykasz fotek na koncertach, ale korzystasz z Instagrama (wrzucasz tam same starocie, fotografie zmarłego ojca, obrazki z plaży i scenki, których nie możesz pamiętać). Masz brata Clyde’a. (Twoi rodzice naprawdę nie mieli talentu do wymyślania imion). I siostrę Anyę. (No, tu ich nieco olśniło). Z informacji zawartych w księdze wieczystej twojego domu wynika, że budynek od zawsze należał do rodziny. Wywodzisz się z farmerskiego rodu, lubisz mówić, że nie pochodzisz z Nantucket, lecz twoja rodzina tam się osiedliła. Prostujesz i dementujesz, jesteś jak ostrzeżenie na paczce papierosów.

Anya jest wyspiarką, nigdy nie wyjedzie. Jest jak duże dziecko, niczego nie pragnie bardziej jak spacerów po plaży i jasnego podziału na lato pełne ludzi i pustkę typową dla sezonowej mekki turystów. Ma hopla na punkcie waszego ojca. Piszesz o niej w swoich opowiadaniach, ubierasz ją w szaty małego chłopca albo starzejącej się niewidomej kobiety, a raz nawet wiewiórki, która zabłądziła, jednak zawsze wiadomo, że chodzi ci o siostrę. Czujesz w stosunku do niej zazdrość. (Jak to możliwe, że Anya nie ma za grosz ambicji?). A jednocześnie ci jej żal. (Jak to możliwe, że zupełnie brakuje jej ambicji?).

Clyde jest najstarszy, prowadzi rodzinną firmę taksówkarską działającą na wyspie. Ma żonę i dwoje dzieci, jest typową głową rodziny. To oczywiste, kiedy spojrzy się na jego zdjęcie w gazecie: strażak ochotnik, standardowy, uwielbiający skórzane ciuchy model amerykańskiego mężczyzny. Twój ojciec był typowym małomiasteczkowym ochlapusem, czasem usiadł za kółkiem po kielichu albo pił pod sklepem, na co twój brat zareagował, stając się jego przeciwieństwem – trzeźwym, do bólu trzeźwym, obywatelem. Gdybyś urodziła się jako pierwsza, mogłabyś przejąć rodzinny biznes. Ale byłaś klasycznym drugim dzieckiem, nieźle sobie radziłaś w szkole, przez całe życie nosiłaś łatkę tej, która dobrze „rokuje”, tej, która „wyrwie się” z wyspy.

Internet to piękna rzecz. Godzinę po naszym pierwszym spotkaniu wysłałaś tweeta:

Czuję cheeseburgery. #UtyjęPrzezToBistroNaRogu

Powiem ci szczerze, że trochę się przejąłem. Może jednak nie jestem wyjątkowy. Nie wspomniałaś o mnie ani o naszej rozmowie. „Rozmawiam z nieznajomymi” – napisałaś w swoim biogramie na Twitterze. Rozmawiam z nieznajomymi. Kurwa, Beck, co to ma być? Dzieciom nie wolno rozmawiać z nieznajomymi, ale przecież ty jesteś dorosła. A może nasza rozmowa nic dla ciebie nie znaczyła? Czy jestem po prostu kolejnym nieznajomym? Czy twój biogram na Twitterze służy subtelnemu zasygnalizowaniu, że jesteś laską żebrzącą o uwagę, nieprzestrzegającą żadnych standardów, gotową dać posłuch byle palantowi, który cię zaczepi? Czy jestem dla ciebie nikim? Nawet nie wspomnisz o facecie z księgarni? Kurwa, może się pomyliłem? Może nic nas nie łączy. Ale zacząłem ci się przyglądać i zauważyłem, że nie piszesz o tym, co naprawdę ważne. Nie dzielisz się mną z tymi, którzy obserwują twój profil. Twoje życie w sieci jest jak rewia, więc w sumie to, że nie wspomniałaś o mnie w swoim monologu, oznacza, że mnie pragniesz. Może nawet bardziej, niż sądziłem, bo właśnie w tej chwili twoja dłoń znowu wędruje w dół, do cipki.

Twój adres również wyciągnąłem z internetu. Bank Street. Numer 51. No bez jaj! To nie jest huczący ul Midtown, w którym uwijają się pszczoły robotnice. To wypasiona, senna, absurdalnie droga i bezpieczna nieruchomość w West Village. Tu się nie da stać pod klatką, tu się trzeba wmieszać w pretensjonalny tłum i do niego dopasować. Idę do szmateksu, kupuję garnitur (mogę być biznesmenem, kierowcą albo utrzymankiem), kombinezon stolarski i pas na narzędzia (mogę być złotą rączką podczas przerwy obiadowej) i dres (mogę być dupkiem dbającym o swoje cenne ciało). Na pierwszą wizytę wkładam garnitur i muszę ci powiedzieć, Beck, że podoba mi się w twoim budynku. Kamienica stanowi kwintesencję dawnego Nowego Jorku. Rozglądam się, czy ulicą nie przechodzą Edith Wharton i Truman Capote, czy nie trzymają w ręku papierowych kubeczków z kawą, czy nie wyglądają jak w najlepszych latach, jak gdyby przeleżeli cały ten czas zanurzeni w formaldehydzie. Przy tej ulicy mieszkają księżniczki, przy tej ulicy umarł Sid Vicious, dawno temu, kiedy księżniczki rosły w łonach matek, a Manhattan był jeszcze cool. Stoję po drugiej stronie ulicy, okna w twoim mieszkaniu są otwarte (nie masz zasłon), patrzę, jak wlewasz do miseczki owsiankę z torebki. Nie jesteś księżniczką. Wpis na Twitterze potwierdza, że wygrałaś na jakiejś loterii nieruchomości:

Niech to nie zabrzmi jak @AnnaKendrick47, ale kocham was, kujony z @BrownBiasedNYC, i nie mogę się doczekać przeprowadzki na Bank St.

Siadam na stopniach i gugluję. Brownstone Biased Lottery to konkurs na esej, rozpisany z myślą o absolwentach Uniwersytetu Browna, którzy wybierają się na studia magisterskie w Nowym Jorku i potrzebują zakwaterowania. Mieszkanie przy Bank Street od wielu lat należy do rodziny Brownów (cokolwiek to dokładnie znaczy). Chcesz zostać panią magister sztuki, będziesz studiowała beletrystykę, nic zatem dziwnego, że wygrałaś taki konkurs. Anna Kendrick to aktorka, grała w Pitch Perfect, filmie o dziewczynach z college’u, które startują w przeglądach zespołów a cappella. Widzisz w niej odbicie siebie, co jest zupełnie bez sensu. Obejrzałem Pitch Perfect, ta dziewczyna na pewno nie prowadziłaby takiego życia jak twoje.

Ludzie przechodzą pod oknem twojego lokum znajdującego się na wysokim parterze i nie zatrzymują się, nie zaglądają do środka, chociaż mieszkasz w nim jak na wystawie. Masz dwa okna, oba otwierasz na oścież, na szczęście ruch tu niewielki. To wyjaśnia, dlaczego łudzisz się poczuciem prywatności. Wracam następnego wieczoru (w tym samym garniturze, cóż poradzić?). Paradujesz po mieszkaniu naga przy otwartych oknach. N a g a! Ponownie siadam na stopniach po drugiej stronie ulicy, nie zauważasz mnie, nikt nie widzi ciebie ani mnie, czy wszyscy są, kurwa, ślepi?

Mijają dni, denerwuję się. Zbyt często tak chodzisz, to niebezpieczne, wystarczy, że trafi się jeden psychol, zobaczy cię w środku i postanowi cię odwiedzić. Kilka dni później wkładam strój stolarza i wyobrażam sobie, że zabijam deskami twoje okno, żeby ochronić tę witrynę sklepową, którą nazywasz domem. Uważam tę okolicę za bezpieczną, naprawdę taka jest, ale panuje tu cisza jak na cmentarzu. Mógłbym udusić jakiegoś staruszka pośrodku ulicy i zapewne nikt nie wyszedłby z domu, żeby mi w tym przeszkodzić.

Wracam w garniturze (lepsze to niż kombinezon), na głowie mam czapeczkę New York Yankees, którą znalazłem w innym second handzie. Chodzi o to, żebyś zbyt łatwo mnie nie rozpoznała, ale ty nie zwracasz uwagi. Mężczyzna mieszkający w twoim budynku wchodzi po schodkach (to tylko trzy stopnie) prowadzących do drzwi wejściowych (są niezamknięte!), znajdujących się blisko, tak blisko twojego mieszkania. Gdyby chciał (a kto by nie chciał?), mógłby się przechylić przez barierkę, zapukać w szybę i się przywitać.

Przychodzę w ciągu dnia, przychodzę nocą i zawsze, kiedy tu jestem, masz otwarte okna. Zupełnie jakbyś nigdy nie oglądała wieczornych wiadomości albo horrorów. Siadam na stopniach kamienicy stojącej po drugiej stronie tej cichej, czystej uliczki, dokładnie naprzeciwko twojego budynku, i udaję, że czytam Poor George Pauli Fox, że wysyłam esemesy do business partnerów (ha!) albo że dzwonię do przyjaciela, który się spóźnia, i głośno zgadzam się zaczekać kolejne dwadzieścia minut. (Robię to na użytek sąsiada, który być może gdzieś tu się kryje i podejrzliwie spogląda na siedzącego na schodkach mężczyznę; widziałem mnóstwo takich filmów). Polityką otwartych drzwi zapraszasz mnie do swojego świata. Przy dobrym wietrze dolatuje do mnie zapach twoich ulubionych mrożonek i słyszę, jak puszczasz Vampire Weekend, a kiedy udaję, że ziewam, i spoglądam w górę, widzę, jak wałkonisz się, ziewasz, oddychasz. Czy zawsze byłaś taka? Ciekawe, czy w taki sam sposób zachowywałaś się w Providence. Czy paradowałaś po mieszkaniu, jakbyś chciała pokazać swoim wyrafinowanym sąsiadom, że lubisz chodzić naga albo półnaga, że jesteś uzależniona od mikrofalówki i że onanizując się, krzyczysz na całe gardło? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że jest w tym jakaś logika, którą wyjaśnisz mi w swoim czasie. I ten twój komputer, jakbyś musiała przypominać swojej wyimaginowanej publiczności, że piszesz, podczas gdy my (ja) wiemy, kim naprawdę jesteś: aktorką, ekshibicjonistką.

Muszę być czujny. Jednego dnia przylizuję włosy, drugiego zostawiam je potargane. Muszę pozostać niezauważony przez tych, którzy nie zauważają innych ludzi. Gdyby przeciętnemu człowiekowi powiedzieć, że jest dziewczyna, która otwiera okna w mieszkaniu i świeci gołym tyłkiem, dyskretnie obserwowana przez zakochanego w niej chłopaka siedzącego po drugiej stronie ulicy, uznałby mnie za świra. Ale to ty jesteś wariatką. Tyle że nikt cię tak nie nazywa, bo masz cipkę, do której wszyscy chcą się dobrać, podczas gdy ja i całe moje istnienie jesteśmy wstrętni twoim sąsiadom. Mieszkam na piątym piętrze w budynku bez windy w Bed-Stuy. Nie dałem dupy Studenckiej Kasie Pożyczkowej Uniwersytetu Frajerów. Płacą mi na lewo, mam telewizor i antenę. Ci ludzie nawet patykiem nie chcieliby tknąć mojego fiuta. Twoja cipka, o!, to co innego.

Popijam kawę, siedząc na schodkach po drugiej stronie ulicy, ściskam w dłoni zrolowany egzemplarz „Wall Street Journal”, oddycham i patrzę na ciebie. Nigdy nie zakładam dresu, zmuszasz mnie, Beck, bym się przebierał.

Mijają dwa tygodnie i ze swej kwatery wytacza się korpulentna matrona. Wstaję, upieprzony, ale dżentelmen.

– Witam panią – mówię i oferuję pomoc.

Przyjmuje ją.

– Czas najwyższy, żebyście wy, młodzi, nauczyli się dobrych manier – mówi chrypiącym głosem.

– Całkowicie się z panią zgadzam – odpowiadam.

Kierowca jej limuzyny otwiera drzwi. Kiwa do mnie głową. Jesteśmy jak bracia. Mógłbym to robić wiecznie. Znów siadam na stopniu.

Czy to dlatego ludzie tak bardzo lubią reality shows? Twój świat jest dla mnie cudem. Widzę, jak się wylegujesz (w bawełnianych majtkach Victoria’s Secret, które kupujesz hurtowo w sieci; któregoś dnia dostrzegłem, jak otwierasz paczkę) i jak nie śpisz (siadasz na kanapie i czytasz jakieś bzdury w necie). Nachodzi mnie myśl: a może szukasz informacji o przystojnym facecie z księgarni? Tylko może. W tym samym miejscu piszesz, wiążesz włosy w kok, siadasz wyprostowana i przebierasz palcami po klawiaturze jak króliczek, aż w końcu masz dość, sięgasz po żółtozieloną poduszkę – tę samą, którą kładziesz pod głowę, gdy ucinasz sobie drzemkę – i dosiadasz ją jak dziką bestię. Rozładowujesz napięcie. Wreszcie zasypiasz.

Twoje mieszkanie jest cholernie małe. Napisałaś na Twitterze:

Mieszkam w pudełku po butach. Ale nie szkodzi, bo nie trwonię kasy na blahniki. @BrownBiasedNYC #bunt

i:

Nawet kubek z #BrownUniversity jest większy niż moje mieszkanie. @BrownBiasedNYC #nieruchomości #NYC

i miałaś rację.

Nie ma kuchni, jest tylko aneks, w którym sprzęty upchnięto jak towar na wyprzedaży w Bed Bath & Beyond. Z twoich tweetów przebija niechęć do tego miejsca. Dorastałaś w wielkim domu z podwórzem od frontu i od tyłu. Lubisz przestrzeń. To dlatego otwierasz okna. Nie potrafisz być sama ze sobą, a gdy okna są zamknięte, czujesz się odcięta od świata.

Twoi sąsiedzi żyją spokojnie, jak dzieci – limuzyny odbierają ich z pobliskich rezydencji i odwożą pod koniec dnia – a ty dusisz się w pokoju przeznaczonym dla pokojówki albo dla golden retrievera ze skręconą kostką. Nie mam do ciebie pretensji. Łączy nas miłość do West Village i jeśli mógłbym się tu przeprowadzić, zrobiłbym to, nawet gdybym miał powoli wariować od klaustrofobii. Dokonałaś słusznego wyboru, Beck. Twoja matka się myliła.

Mama mówi, że „dama” nie powinna mieszkać w klitce. @BrownBiasedNYC #maminalogika #niedama

Tweetujesz częściej, niż piszesz. Być może dlatego beletrystykę będziesz studiowała w The New School, a nie na Uniwersytecie Columbia. Columbia odrzuciła twoje podanie.

Dobrze, że odmowę przysyłają na piśmie, bo przynajmniej można ją podrzeć albo spalić. #nicizColumbii #MówiSięTrudnoŻyjeSięDalej

Racja. Żyje się dalej. The New School to mniej prestiżowa uczelnia, ale jesteś lubiana przez wykładowców i studentów. W wielu zajęciach możesz uczestniczyć wirtualnie, co jak dla mnie stanowi kolejny cios w tracący na znaczeniu elitarny system zwany studiami wyższymi. To dla ciebie szansa zrobienia postępów w pisaniu – gdybyś tylko spędzała mniej czasu na tweetowaniu i czochraniu bobra… Ale powiem ci uczciwie, Beck, gdybym był tobą, też bym biegał na golasa.

Lubisz nadawać imiona rzeczom. Ciekawe, jak byś nazwała mnie. Na Twitterze wypróbowujesz nazwy dla swojego mieszkania:

Może #KlitkaMniejszaOdTrumny

Albo #KącikDoOglądaniaPitchPerfect

Albo #MieszkanieWSchowkuNaMatęDoJogi

Albo:

#MiejsceWKtórymKiedyWyjrzyszZaOknoZobaczyszPrzyglą dającegoCiSięFacetaZKsięgarniIUśmiechnieszSięIPomachasz

Taksiarz trąbi, bo jakiś wypachniony dupek, wyglądający niczym postać z brudnopisu Breta Eastona Ellisa, która nigdy się nie zmaterializowała, przechodzi przez ulicę, nie patrząc, czy nic nie jedzie. Rzuca nieszczere „sorry” i przeczesuje palcami blond włosy.

Ma za dużo włosów.

Wchodzi po schodkach, jakby były jego, jakby zbudowano je właśnie dla niego, i drzwi się otwierają, zanim goguś do nich dotrze, i to ty je otwierasz i jesteś tam, prowadzisz go do środka i całujesz, zanim drzwi się zamkną, i teraz twoje dłonie…

„takie drobne ręce”

…toną w jego włosach i nie widzę was, dopóki nie wejdziecie do salonu, i on opada na kanapę, a ty zdejmujesz koszulkę i siadasz mu na kolanach i kręcisz tyłkiem jak striptizerka, i to nie w porządku, Beck. Ściąga twoje bawełniane majtki i wymierza ci klapsa, a ty krzyczysz. Przechodzę na drugą stronę ulicy, opieram się o drzwi twojego budynku, bo muszę to usłyszeć.

– Przepraszam, tatusiu! Przepraszam!

– Powtórz, dziewczynko.

– Przepraszam, tatusiu.

– Niegrzeczna dziewczynka.

– Tak, niegrzeczna.

– Chcesz klapsa, tak?

– Tak, tatusiu, chcę, żebyś dał mi klapsa.

Jest w twoich ustach. Warczy na ciebie. Uderza cię. Co pewien czas przechodzi Truman Capote, spogląda, reaguje i odwraca głowę. Nikt nie zgłosi tego na policję, bo nikt nie chce się przyznać, że się przyglądał. Ponieważ to jest Bank Street, do kurwy nędzy. Pieprzysz się z tym kolesiem, a ja wracam na swoją stronę ulicy, skąd widzę, że on nie kocha się z tobą. Łapiesz go za włosy – ma za dużo włosów! – jakby to miało ocalić ciebie i twoje opowiadania. Zasługujesz na coś lepszego. Czuję się źle, widząc, jak cię obłapia tymi wielkimi, słabymi łapskami, którymi nigdy nie pracował, i jak, zrobiwszy swoje, wymierza ci klapsa w pupę. Schodzisz z niego i próbujesz się przytulić, on cię odtrąca, pozwalasz mu palić u siebie, używa twojego kubka z Uniwersytetu Browna – większego niż mieszkanie – jako popielniczki, oglądasz Pitch Perfect, on pali, wysyła esemesy i ma cię gdzieś. Wyglądasz na smutną i oczywiście jesteś smutna. On nie jest twoją sto dwunastą stroną, ja nią jestem. Skąd ta pewność? Trzy miesiące temu, zanim się poznaliśmy, napisałaś na Twitterze:

Powiedzmy wszyscy wreszcie szczerze, że poznaliśmy #eecummings przez #Hannahijejsiostry. Ok. Uff! #KoniecWciskaniaKitu #KoniecPretensji

Widzisz, że rozmawiałaś ze mną, zanim w ogóle mnie poznałaś? Kiedy ten blond mizogin wreszcie wychodzi, nie ma pod pachą Desperate Characters Pauli Fox. Stawia kołnierz i dmuchnięciem odgarnia włosy z czoła, żeby nie wpadały do oczu. Przed chwilą cię wykorzystał, nie jest twoim przyjacielem, muszę już iść. A tobie przydałby się prysznic.

3

Przed tobą była Candace. Uparciuch, tak jak ty. Teraz będę tak samo cierpliwy, jak byłem wtedy. Nie pogniewam się, że w tym swoim starym, nieporęcznym laptopie piszesz o wszystkim, tylko, kurwa mać, nie o mnie. Nie jestem idiotą, Beck. Potrafię dokładnie przeszukać twardy dysk i wiem, że mnie na nim nie ma – i wiem jeszcze, że nie prowadzisz niczego, co choć z grubsza przypominałoby dziennik albo pamiętnik.

Jest jeszcze jedno wytłumaczenie: piszesz o mnie w notatniku na telefonie. Nadzieja umiera ostatnia.

Nie odpuszczę cię. Jesteś wyjątkowo seksualna. Dobry przykład: zaczytujesz się w dziale „przygodne kontakty” na craigslist, kopiujesz najciekawsze posty i wklejasz je do długiego dokumentu, który przechowujesz na dysku w komputerze. Po co, Beck, po co? Na szczęście nie bierzesz udziału w tych „przygodnych kontaktach”. Dziewczyny chyba lubią zbierać różne rzeczy, nie wiem, przepisy na zupę z jarmużu albo fantazje o tatusiach i córeczkach spisywane przez zdesperowanych samotników kiepską i prostacką angielszczyzną. Nadal tu jestem, wiesz? Akceptuję cię. W porządku, pozwalasz temu blond frajerowi robić rzeczy, o których czytasz w ogłoszeniach na craigslist. Ale przynajmniej wyznaczasz jakieś granice. Ten zbok nie jest twoim chłopakiem; wyrzucasz go za drzwi, na ulicę, tam, gdzie jego miejsce, jak gdybyś brzydziła się nim, powinnaś się brzydzić. Przeczytałem wszystkie twoje niedawne mejle i już wiem, że nikomu nie powiedziałaś, że wpuściłaś go do mieszkania i do siebie. On nie jest twoim chłopakiem. Tylko to się liczy, jestem gotów cię odnaleźć i mogę to zrobić, jestem to winien Candace. Kochana Candace.

Po raz pierwszy ujrzałem ją w Glasslands na Brooklynie. Grała na flecie w zespole razem z bratem i siostrą. Spodobałaby ci się ich muzyka. Nazywali się Martyr. Natychmiast zapragnąłem ją poznać. Byłem cierpliwy. Jeździłem za nimi po całym Brooklynie i Dolnym Manhattanie. Brzmieli całkiem nieźle. Nie mieli szans na trafienie na czołówki list przebojów, ale wiedziałem, że pewnego dnia ich piosenkę puszczą w jakimś żałosnym programie dla nastolatek na kanale CW i wtedy ich strona zacznie pękać w szwach. Nie podpisali kontraktu z żadną wytwórnią, bo wiecznie nie potrafili dogadać się między sobą. Nieważne, Candace, liderka kapeli, była z nich wszystkich najładniejsza. Jej brata określiłbym jako zadzierającego nosa wieśniaka (jak to perkusiści), ale siostra, bezpretensjonalne stworzenie, miała talent.

Nie można tak po prostu rzucać się na dziewczynę zaraz po koncercie, zwłaszcza jeśli jej band gra ambient techno electro czy inne gówno, a psychiczny, kontrolujący wszystko brat (który, nawiasem mówiąc, gdyby nie siostry, w życiu nie załapałby się do żadnej kapeli) ciągle kręci się w pobliżu. Musiałem przydybać Candace, kiedy będzie sama. Nie mogłem zwyczajnie do niej uderzyć, przez tego opiekuńczego braciszka. A wiedziałem, że umrę, jeśli nie będę jej miał albo przynajmniej nie zrobię czegoś, żeby ją mieć. No więc improwizowałem.

Pewnego wieczoru przed Glasslands, gdzie wszystko się zaczęło, przedstawiłem się grupie Martyr jako nowy pracownik Stop It Records. Powiedziałem, że szukam młodych talentów. Zespoły lubią, kiedy interesują się nimi ludzie z wytwórni, więc poszło szybko, już po kilku minutach siedziałem w boksie z Candace i jej irytującym rodzeństwem i piłem whisky. Siostrzyczka sobie poszła; grzeczna dziewczynka. Ale braciszek stanowił problem. Nie mogłem pocałować Candace ani poprosić jej o numer telefonu.

– Wyślij mi mejla – powiedziała. – Zrobię zdjęcie wiadomości i wrzucę je na Instagram. Uwielbiamy, kiedy wytwórnie się do nas odzywają.

Zrobiłem więc to, co zapewne zrobiłby Elliot w Hannah i jej siostry: zacząłem obserwować Stop It Records, tę ich nędzną dziurę, i szybko zauważyłem, że codziennie zjawia się tam pewien chłopaczek, Peters się nazywał. Przed pracą i po niej kamuflował się w ciemnej uliczce i wypalał skręta. Trudno mu się dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, z jakim syfem stykał się w robocie. Peters był asystentem skurwieli z wytwórni płytowych, facetów w obcisłych dżinsach, którzy na kawalerkę mówią apartament, a w knajpach proszą o słodzik i dodatkową porcję parmezanu. Więc któregoś dnia zająłem miejscówkę w alejce, wyjąłem dżointa i poprosiłem Petersa o ogień. Bez trudu się z nim zakumplowałem; ludzie na dole łańcucha pokarmowego łakną bliskości podobnych sobie. Opowiedziałem mu o swoim dylemacie w związku z Candace i przyznałem, że przedstawiłem się jako pracownik Stop It Records. To był pomysł Petersa, żebym napisał do niej z jego konta (asst1@stopitrecords.com). Odpisała, radosna i napalona. I oczywiście dała mi (asst1) swój numer telefonu.

Nie miałem wyrzutów sumienia, że wykorzystałem Petersa; dzięki mnie poczuł, że dysponuje czymś na kształt władzy. Czasami trzeba podkolorować prawdę, żeby zdobyć dziewczynę. Widziałem wystarczająco dużo komedii romantycznych, by wiedzieć, że romantyczni faceci, tacy jak ja, wiecznie pakują się w kłopoty, takie jak te. Cała kariera Kate Hudson zasadza się na tym, że zakochani czasami kłamią na temat miejsca swojej pracy. Candace uwierzyła, że jestem łowcą talentów. Zostaliśmy parą. Odczekałem cały miesiąc, zanim wyznałem jej prawdę. Z początku się wściekła (dziewczyny czasem się złoszczą, nawet na takich facetów jak Matthew McConaughey), ale przypomniałem jej podstawową komediową i romantyczną prawdę: świat jest niesprawiedliwy. Znam się na muzyce. Jestem bystry. Uważam, że Martyr zasługują na uwagę. Gdybym poszedł do jakiejś liberalnej szkoły o profilu artystycznym, gdybym nosił skarpetki w stylu vintage i gdybym podzielał pogląd, że człowiek z licencjatem to inteligentny człowiek, który bez problemu znajdzie zatrudnienie, odbyłbym bezpłatny staż w jakiejś gównianej wytwórni i zamieniłbym go na gówniany etat w tejże. Ale tak się składa, że nie podpisuję się pod takimi staroświeckimi poglądami. Jestem sobie sterem i okrętem. Zrozumiała, z początku, ale ten jej brat… Między innymi przez niego nie ułożyło się między nami.

Dobrze, że przynamniej niczego nie żałuję. Kłopoty z Candace były tylko wprawką przed tym, przed t e r a z. Musiałem dostać się do twojego mieszkania, Beck. Miałem plan. Zadzwoniłem do gazowni i poinformowałem o wycieku w twoim lokalu. Wiedziałem, że będziesz na zajęciach tańca, a potem na kawie z przyjaciółką, która też tańczy, i to jest jedyny moment, kiedy odrywasz się od komputera. Siedziałem na stopniach po drugiej stronie ulicy i czekałem na przybycie gazownika. Kiedy się zjawił, powiedziałem, że jestem twoim chłopakiem i że przysłałaś mnie, bym mu pomógł.

Przepisy zobowiązują do sprawdzenia każdego zgłoszenia o wycieku, a męskie prawo mówi, że facetowi takiemu jak ja, który porzucił naukę w liceum, nietrudno dogadać się z gościem pracującym w gazowni. Cóż mogę powiedzieć? Wiedziałem, że łyknie śpiewkę o chłopaku i wpuści mnie do twojego mieszkania. I byłem pewien, że nawet jeśli uzna, iż coś kręcę, to i tak mnie wpuści. Bo przecież nie dzwoni się do gazowni, a potem wychodzi z domu, Beck. Dajże spokój.

Gazownik zrobił swoje i się ulotnił. Sięgam po twój komputer, siadam na twojej kanapie, wącham twoją zieloną poduszkę i piję wodę z twojego kubka z Uniwersytetu Browna. Najpierw go umyłem, bo czułem zapach popiołu z papierosów (tobie mycie naczyń idzie opornie). Czytam twoje opowiadanie pod tytułem Co też Wylie sobie wyobrażał, kupując kię. To historia dziadka z Kalifornii, który kupuje gówniane auto z importu i czuje, że jest to jego ostatni łącznik z kowbojską przeszłością. Myk polega na tym, że wcale nie był kowbojem, tylko grywał w westernach. Ale nie kręci się już westernów, a Wylie nie zdołał przystosować się do nowych realiów. Nigdy nie miał samochodu, bo większość życia spędził w knajpce, w której zbierają się faceci tacy jak on i rozmawiają o starych, dobrych czasach. Tyle że niedawno wyjęli spod prawa palenie – „wyjęli spod prawa” piszesz kursywą; to fajnie, bo wiesz, że powinno być: zakazali palenia – i teraz grupka staruszków nie ma gdzie kurzyć i wspominać dawnych dziejów. Opowiadanie kończy się tak, że Wylie wsiada do kii i nie pamięta, jak zapalić silnik. Trzyma kluczyk, będący miniaturowym komputerem, i uświadamia sobie, że nie wie, dokąd pojechać, kupuje więc e-papierosa, wraca do knajpki, siada i samotnie ciągnie elektronicznego szluga.

Wiesz, Beck, nie jestem błyskotliwym kandydatem na magistra sztuki i nie chodzę na zajęcia – mówię ci, nie rozumieją tam ani ciebie, ani twoich opowiadań – ale wyraźnie czuję, że tęsknisz za przeszłością. Jesteś stuprocentową córeczką swojego nieżyjącego tatusia. Rozumiesz Paulę Fox, starasz się dotrzeć do istoty Dzikiego Zachodu, wobec czego twoja decyzja o zamieszkaniu w Nowym Jorku, nawet tymczasowo, była posunięciem autodestrukcyjnym. Jesteś pełna współczucia. Piszesz o dawnych aktorach, oglądasz albumy fotograficzne, masz ich mnóstwo, wypełniają je zdjęcia miejsc, których nie odwiedzisz, bo już nie istnieją. Jesteś romantyczką, szukasz swojej Coney Island, ale bez handlarzy narkotyków i papierków po gumie do żucia, wypatrujesz niewinnej Kalifornii, gdzie prawdziwi i fałszywi kowboje pojedynkują się na opowieści, sącząc kawę – na którą mówią joe – z metalowych kubków. Chcesz wyjechać tam, dokąd wyjechać się nie da.

W łazience, przy zamkniętych drzwiach, siedząc na sedesie, patrzysz na zdjęcie Einsteina. Napinając się, spoglądasz mu w oczy. (Kiedy będziemy razem, skończą się twoje problemy z jelitami, bo nie pozwolę ci żyć na mrożonkach i puszkowanej chemii). Lubisz Einsteina, bo on zrozumiał coś, czego nikt przed nim nie pojmował. Poza tym nie był pisarzem. Nie stanowił i nie stanowi dla ciebie konkurencji.

Włączam telewizor. Najczęściej oglądasz Pitch Perfect, co teraz, kiedy obserwuję na Facebooku twoje studenckie życie, nabrało dla mnie sensu. Wreszcie jestem w środku, przeglądam twoją historię w obrazkach. Nie śpiewałaś a cappella, nie znalazłaś swojej pasji ani prawdziwej miłości. Często się upijałaś z dwiema najlepszymi przyjaciółkami, Chaną i Lynn. Jest jeszcze jedna dziewczyna, bardzo wysoka i bardzo szczupła. Przy niej ty i koleżanki, wszystkie trzy drobne, wyglądacie jak karlice. Nie jest podpisana na żadnym zdjęciu, ale musi być w niej coś niesamowicie pozytywnego, ponieważ wydajesz się bardzo dumna ze znajomości z nią – znajomości, która zaczęła się w dzieciństwie i przetrwała do dziś. Nieopisana dziewczyna na zdjęciach wygląda na nieszczęśliwą. Jej pozbawiony radości uśmiech długo będzie mnie prześladował. Chodźmy dalej.

Spotykałaś się z dwoma facetami. Charlie wyglądał, jakby permanentnie dochodził do siebie po koncercie Dave’a Matthewsa. Kiedy byłaś z nim, siadaliście na trawniku i braliście lekkie dragi. Uciekłaś od tego otumanionego prochami cymbała i wpadłaś w chude jak patyki ramiona rozpuszczonego punka o imieniu Hesher. Dodam, że znam Heshera, choć nie osobiście, Hesher jest bowiem autorem komiksów, w księgarni mamy jego książki. To znaczy: jeszcze mamy, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobię jutro w pracy, będzie zniesienie ich do piwnicy.

Byłaś w Paryżu, byłaś w Rzymie, a ja nigdy nie wyjeżdżałem z kraju. Ani w Hesherze, ani w Paryżu, ani w Charliem, ani w Rzymie, ani na studiach nie znalazłaś tego, czego szukałaś. Zostawiłaś Charliego dla Heshera. Zobiłaś to na chłodno. Charlie nigdy tego nie przebolał, nawet dziś na zdjęciach wygląda na nieustająco nawalonego. Uwielbiałaś Heshera, czego on nigdy nie odwzajemniał, przynajmniej nie na Facebooku. Na twoim profilu jest mnóstwo postów, w których wychwalasz go pod niebiosa, ale brakuje jego odpowiedzi. Potem pewnego dnia znów zostałaś sama i znajomi masowo lajkowali twój status, tak że nie było żadnych wątpliwości, kto kogo puścił kantem.

Skończyło się Pitch Perfect. Idę do sypialni, siadam na twoim niepościelonym łóżku i nagle słyszę dźwięk klucza wsuwanego do dziurki. Klucz się obraca, w mojej głowie chaos, przypominam sobie, jak gospodarz narzekał gazownikowi: „Najmniejszy lokal w całym budynku i najmniejsza dziurka od klucza, kurwa mać, zawsze się zacina”, i słyszę, jak wkładasz klucz do zamka, przekręcasz i drzwi się otwierają. Twoje mieszkanie jest małe. Znajdujesz się w środku.

Masz rację, Beck. Pieprzone pudełko po butach.

4

Nigdy nie jeżdżę na Greenpoint, gdzie ludzie popijają whisky zalewą po ogórkach, ale robię to dla ciebie, Beck. Tak jak dla ciebie obiłem sobie plecy, wyskakując przez okno, żebyś mnie nie zobaczyła i nie zorientowała się, że ci się przyglądam i staram się ciebie poznać. Nie podoba mi się to, że możesz mnie tu zobaczyć i pomyśleć, że jestem dupkiem zbyt wysoko oceniającym wartość kulturową „Vice” i pijącym to, co każe mi pić ten cholerny magazyn. Nigdy nie studiowałem, Beck, i nie marnuję dorosłości, próbując wskrzesić ducha studenckich czasów. Nie jestem pierdolonym mięczakiem, któremu zawsze brakowało jaj, by żyć chwilą. Żyję, żeby żyć, i zamówiłbym jeszcze jedną wódkę z wodą sodową, ale to by oznaczało konieczność odezwania się do barmana w koszulce z Bukowskim, który – barman, nie Bukowski – kolejny raz zapytałby mnie, z jaką wodą chcę tę wódę.

Mam taki nastrój, a ty jesteś na scenie w żółtych pończochach, w których są dziury, czytasz i zbyt mocno się starasz. Zostawiłaś Pajęczynę Charlotty, ale ja też nie wyglądam najlepiej. Musiałem dać susa przez okno, upadek był co prawda z niezbyt wysoka, ale zawsze to upadek i teraz bolą mnie plecy i jeśli jeszcze raz usłyszę, że ktoś prosi o drinka i że to ma być pickleback, to normalnie…

Twoje najlepsze przyjaciółki siedzą przy stoliku tuż obok, są głośne i nielojalne, typowe laski z Queens: noszą modne botki i kładą pasemka na zniszczonych włosach, obrażając dziewczyny z New Jersey, które robią to wszystko specjalnie. Wszystkie trzy studiowałyście na Uniwersytecie Browna, wszystkie trzy mieszkacie w Nowym Jorku, wszystkie nie znosicie Dziewczyn i non stop utyskujecie na ten serial, ale czy nie dokładnie to samo próbujecie zrobić z własnym życiem? Brooklyn, faceci i picklebacki?

Siedzisz z innymi (otwórz cudzysłów) pisarzami (zamknij cudzysłów), koleżanki mają więc okazję poplotkować na twój temat i niestety mają rację, mówiąc, że dużo więcej wysiłku wkładasz w bycie pisarką – przyjmujesz komplementy i pijesz whisky – niż w pisanie. Ale na szczęście również się mylą: wszyscy w sali są tak napojeni zalewą solną, że nikt nie rozumie twojego opowiadania o kowboju.

Przyjaciółki zazdroszczą. Chana to Wielka Krytyczka, kobiecy odpowiednik Adama Levine’a, ma świdrujące spojrzenie i nieuzasadnioną wiarę w siebie.

– Wyjaśnij mi, proszę, raz jeszcze, po jaką cholerę komuś, kto nie jest Leną Dunham, dyplom magistra sztuki?

– Może pozwala uczyć w szkole? – mówi Lynn.

Lynn jest w środku martwa, jest jak trup. Metodycznie, na zimno, bez emocji publikuje materiały na Instagramie, jak gdyby zbierała dowody na swoją obronę. Motywem przewodnim jej życia jest udowadnianie, że w ogóle ma jakiekolwiek życie. Głośno naśmiewa się z twojego „wieczorku autorskiego u Lulu”, tweetuje, jaka to jest „podjarana”, że będzie na #WieczorekAutorskiuLulu, i mówię ci, Beck, obiecuję, że jeszcze trochę i…

Znów odzywa się Lynn:

– Myślisz, że to jest jak wernisaż, wiesz, idziesz raz i masz z głowy, czy… trzeba będzie chodzić co tydzień?

– Czy ja lecę na wybieg za każdym razem, kiedy uszyję jakiś ciuch? – wypala Chana. – Nie. Pracuję nad kolejnym i nad kolejnym, aż zbierze się cała kolekcja. A potem projektuję następne.

– Będzie Peach?

– Wypluj te słowa.

Niewykluczone, że rozmawiają o smutnej, wysokiej dziewczynie ze zdjęć, ale przecież nie mogę ich o to zapytać.

– Przepraszam – wzdycha Lynn. – Na wernisażu przynajmniej częstują winem.

– Na wernisażu przynajmniej masz kontakt ze sztuką. Przepraszam cię bardzo, ale, kurwa, kowboj?

Lynn wzrusza ramionami. Obie plują słowami jak karabin maszynowy kulami.

– A jej strój?

– Za bardzo się stara. To w sumie smutne.

– Ja pierdolę, co to za rajstopy?

Lynn wzdycha, tweetuje, znowu wzdycha i wypuszcza ostatnią rundę z cekaemu.

– Nic dziwnego, że nie dostała się na Columbię – strzela Chana.

– Mam wrażenie, że to wszystko przez Benjiego – odpala Lynn. – Szkoda mi jej.

„Benjiego?”.

– No cóż, tak to jest, kiedy się zabujasz w imprezowiczu socjopacie.

Słyszę tylko „zabujać się”. Kochasz go, kłamiesz przyjaciółkom, komputerowi, sobie i sądzisz, że nikt nie wie. Wiedzą. O rany. „Benji”. Nie.

Zachować spokój, opanować się. Lynn wzdycha.

– Okropna jesteś.

– Mówię, jak jest – nabzdycza się Chana. – Benji to snobistyczny fiut. Jedyne, co go zajmuje, to wciąganie megadrogich prochów i prowadzenie pretensjonalnych interesów.

– Co studiował? – dopytuje się Lynn.

– A kogo to obchodzi? – ucina Chana.

Mnie obchodzi, chcę wiedzieć więcej, chce mi się płakać i nie chcę, żebyś „bujała się” w kimkolwiek poza mną.

– Wolałabym, żeby był dla niej milszy – mówi Lynn.

Chana przewraca oczami, kruszy kostki lodu i oponuje.

– Wiesz, o co chodzi? Beck jest zarozumiała. I Benji jest zarozumiały. Nie szkoda mi ich: ani razem, ani z osobna. Ona udaje, że jest pisarką, a on wmawia światu, że jest cholernym rzemieślnikiem. Dobre sobie. Oboje kochają wyłącznie samych siebie. Przecież nie mówimy o wrażliwych, udręczonych duszach, piszących wiersze o tym, jakie to wszystko beznadziejne i tak dalej.

Lynn się nudzi. Ja też. Próbuje przerwać diatrybę Chany i zmienić temat.

– Czuję się strasznie gruba.

Chana chrząka. Dziewczyny są okrutne.

– Słyszałaś o tej jego firemce produkującej ekologiczną wodę sodową? – pyta. – Brooklyn sprawia, że mam ochotę przenieść się do Los Angeles, kupić skrzyknę red bulla i zaszaleć do kawałków Mariah Carey.

– Powinnaś to tweetnąć – mówi Lynn. – Ale bez tego jadu.

Ściskasz się z innymi „pisarzami”, co oznacza, że za chwilę tu przyjdziesz, Lynn jest rozbrajająco miła. Mizdrzy się.

– Szkoda mi jej.

Chana pociąga nosem.

– A mnie szkoda kowbojów. Zasługują na coś lepszego.

Wolnym krokiem podchodzisz do stolika. Dziewczyny muszą wreszcie przestać o tobie rozmawiać, cieszę się, kiedy w końcu się zjawiasz i witasz ze swoimi dwulicowymi przyjaciółkami. Udają, że klaszczą, i wygłaszają fałszywe pochwały, a ty żłopiesz whisky, jakbyś na dnie szklanki spodziewała się znaleźć Pulitzera.

– Dziewczyny, dajcie spokój – mówisz i jesteś bardziej napruta, niż myślałem. – Wystarczy tych komplementów… i koktajli.

Chana kładzie dłoń na twoim ramieniu.

– Kochanie, z tym drugim masz rację.

Zabierasz rękę. Oto twoja faza poporodowa. Wydałaś na świat opowiadanie. Co dalej?

– Nic mi nie jest.

Lynn daje znak kelnerce.

– Poprosimy trzy picklebacki. Koleżance przydałoby się nieco kurażu w płynie.

– Nie potrzebuję kurażu, Lynn. Po prostu wstałam i przeczytałam cholerne opowiadanie.

Chana całuje ją w czoło.

– I to jak! Dałaś, kurwa, czadu.

Nie kupujesz tego, odpychasz ją.

– Pierdolcie się obie.

Dobrze, że poznałem tę część twojej osobowości, tę paskudną, ubzdryngoloną. Warto poznać ze wszystkich stron osobę, w której człowiek się zakochuje. Teraz nie cierpię twoich przyjaciółek odrobinę mniej. Wymieniają między sobą spojrzenia, ty zerkasz w stronę baru.

– Benji już wyszedł?

– Kochana, a czy w ogóle przyszedł?

Wzdychasz, jakbyś przerabiała to wiele razy, jakbyś nie miała cierpliwości, wyjmujesz pęknięty telefon. Lynn ci go wyrywa.

– Beck, nie.

– Oddawaj.

– Beck – mówi Chana. – Zaprosiłaś go, a on się nie zjawił. Odpuść sobie. Zostaw go.

– Nienawidzicie Benjiego, co nie? – mówisz. – A jeśli coś mu się stało?

Lynn odwraca głowę, a Chana prycha.

– A jeśli… jest zwykłym dupkiem?

Widać, że Lynn nie ma ochoty o tym rozmawiać, nigdy więcej. Z was trzech to ona w końcu wyjedzie z Nowego Jorku do mniejszego, łatwiejszego do ogarnięcia miasta, w którym nie organizuje się wieczorków literackich, w którym dziewczyny piją wino, a w sobotnie wieczory z szaf grających w miejscowych knajpkach leci Maroon 5. Będzie fotografowała swoje dzieci, które kiedyś, w końcu, urodzi, z takim samym entuzjazmem, z jakim pstryka kieliszki, puste kufle i swoje buty.

Za to Chana tak łatwo się nie podda, to nasza przyzwoitka, nie tylko na pierwszą randkę.

– Beck, posłuchaj. Benji to dupek. Jasne?

Mam ochotę krzyknąć: „DOKŁADNIE TAK!”, ale milczę. „Benji”.

– Posłuchaj, Beck – ciągnie Chana. – Niektórzy faceci to dupki i nic na to nie poradzisz. Możesz mu kupić i sprezentować wszystkie książki świata, a on nadal będzie Benjim. Nigdy nie stanie się Benjaminem albo, broń Boże, Benem, bo nie musi, bo jest wiecznym dorosłym dzieckiem, rozumiesz? On i jego woda sodowa mogą iść się walić, tak jak jego durne imię. Benji? Bądźmy poważni. W dodatku jak on to wymawia – jakby chodziło o azjatyckie albo francuskie imię: ben dżiii. A weźże się, człowieku, pierdol!

Lynn wzdycha.

– Nigdy aż tak bardzo się nad tym nie zastanawiałam. Benji. Ben Dżiii. Dżiii-wne.

Krótki wybuch śmiechu. Dowiaduję się ciekawych rzeczy na temat Benjiego. Nie podoba mi się to, co słyszę, ale muszę to zaakceptować. Benji naprawdę istnieje. Zamawiam jeszcze jedną wódkę z wodą sodową. „Benji”.

Zakładasz ręce na piersi. Zjawia się kelnerka z drinkami. Zmienia się nastrój.

– Naprawdę podobało wam się moje opowiadanie?

– Nie wiedziałam, że tak dużo wiesz o kowbojach – odpowiada szybko Lynn.

– Wcale nie wiem – mówisz i pochmurniejesz.

Wypijasz zawartość kieliszka jednym haustem i z hukiem odstawiasz go na stolik. Dziewczyny znów wymieniają spojrzenia.

– Nigdy więcej nie wolno ci wspominać o tym sukinkocie – mówi Chana.

– Okej – zgadzasz się.

Lynn podnosi kieliszek. Chana idzie w jej ślady. Ty sięgasz po swój – pusty.

Chana wznosi toast:

– Za niewspominanie więcej o tym sukinkocie, jego gównianych napojach, chujowej fryzurze i o tym, że nie raczył się zjawić!

Stukacie się kieliszkami, dziewczyny mają co pić, ale ty musisz obejść się smakiem. Wychodzę z knajpy, żeby widzieć, kiedy będziesz wracała do domu. Drzwi się otwierają, wychyla się jakiś wieśniak i rzyga.

Zalewa po ogórkach? No błagam.

5

Za kwadrans trzecia rano na stacji metra przy Greenpoint Avenue jest nas troje. Chcę ci zawiązać sznurówki. Bo są rozwiązane. Poza tym jesteś zbyt pijana na to, żeby stać tak blisko torów. Opierasz się o zielony słup, pochylasz i szeroko rozstawiasz nogi, tak że twoje stopy dotykają żółtej linii ostrzegawczej, prawie na skraju peronu. Słup ma cztery strony, ty wybrałaś akurat tę zwróconą do szyn. Dlaczego?

W razie czego masz mnie. Poza nami jedyną osobą na tej zapuszczonej stacji jest bezdomny, ale on żyje w swoim świecie, zajmuje ławkę i śpiewa piosenkę Fatmana Scoopa, kawałek o tym, co się stanie, jeśli pieprzony pociąg wypadnie z torów.

Śpiewa w kółko ten sam fragment, robi to głośno, a ty wpatrujesz się w ekran telefonu, ale nie jesteś w stanie jednocześnie pisać i słuchać tego wycia. Osuwasz się – masz stare buty, bez bieżnika – krzywię się, zaczynam mieć dość. Ta dziura to nie nasze miejsce, to pole minowe z pustych puszek, papierków, rzeczy niechcianych przez nikogo, nawet przez śpiewającego bezdomnego. Ci, z którymi się zadajesz, uwielbiają jeździć linią G, jakby chcieli przez to udowodnić, że są zwykłymi ludźmi, że są „prawdziwi”, nie zdają sobie jednak sprawy, że linia lepiej by się obeszła bez nich, bez ich puszek po piwie Miller High Life i rzygów śmierdzących zalewą po ogórkach.

Nogi ci się rozjeżdżają. Znowu.

Upuszczasz telefon, ląduje w żółtej strefie, masz szczęście, że nie spadł na tory. Dostaję gęsiej skórki, chciałbym chwycić cię za rękę i odciągnąć na drugą stronę słupa. Beck, stoisz zbyt blisko torów i powinnaś się cieszyć, że jestem tutaj, bo gdybyś się przewróciła albo gdyby śledził cię jakiś psychol, jakiś gwałciciel, nie zdołałabyś nic zrobić. Taka jesteś nawalona. Sznurówki w twoich małych tenisówkach są za długie i wloką się po betonie, napastnik przydusiłby cię do płyty peronu albo do słupa, zerwałby z ciebie pończochy, zresztą już trochę porwane, ściągnąłby ci te bawełniane majtki z metką Victoria’s Secret, tłustą dłonią zasłonił różowe usta, nie mogłabyś nic poradzić, a twoje życie już nigdy nie byłoby takie samo. Bałabyś się metra, uciekłabyś do Nantucket, omijałabyś łukiem „przygodne kontakty” na craigslist, przez rok, może dwa, regularnie raz w miesiącu badałabyś się pod kątem chorób wenerycznych.

Tymczasem bezdomny pieje ciągle ten sam cholerny refren tej samej cholernej piosenki. Zdążył dwa razy oddać mocz, nawet nie podnosząc się z ziemi. Siedzi w swoich szczynach. I gdyby przyszedł tu za tobą jakiś zbok, dokończyć to, co sama zaczęłaś, rozrywając pończochy, ten bezdomny dalej by śpiewał i szczał, szczał i śpiewał.

Znowu się osuwasz.

Mrużysz oczy, patrzysz na śpiewaka i warczysz, ale Beck, naprawdę, ten gość mieszka na innej planecie. To nie jego wina, że się spiłaś.

Wspominałem już, że na szczęście masz mnie? To naprawdę szczęście. Jestem typowym facetem z Bed-Stuy: trzeźwym, opanowanym, świadomym swojej i twojej pozycji. Jestem opiekunem.

Najgorsze, że gdyby ktoś nas teraz zobaczył, pomyślałby, że to ja jestem psycholem, bo przyszedłem tu za tobą. Na tym polega problem z tym światem. I z kobietami.

Oglądasz Elliota, który w Hannah i jej siostry kombinuje, jak znaleźć się blisko swojej szwagierki, i myślisz, że to romantyczne, ale gdybyś wiedziała, co musiałem zrobić, żeby dostać się do twojego domu, i że obiłem sobie plecy, próbując lepiej cię poznać, z zewnątrz i od środka, na pewno odpowiednio byś mnie oceniła.

Wiem, co robisz z telefonem. Próbujesz się porozumieć z Benjim, tym skurwysyńskim specem od wody sodowej, bujnej czupryny i wystawiania dziewczyn do wiatru, miałaś z nim kontakty, bynajmniej nie przygodne – przynajmniej dla ciebie nie były przygodne. Zabiegasz o niego. Pragniesz go. To minie.

Jedną ze składowych problemu stanowi telefon. Masz w nim taką funkcję, dzięki której wiesz, kiedy ktoś odczytał wiadomość od ciebie i ją zignorował. Benji? Ignoruje cię po całości. Więcej energii wkłada w unikanie ciebie niż we wnikanie w ciebie – czy naprawdę tego chcesz? Dźgasz telefon palcem. Ten twój telefon. Wystarczy, Beck. Przez niego stracisz głos i poranisz sobie palce, wykończy cię.

Jebać go.

Mam ochotę rzucić aparat na tory, przytrzymać cię i zaczekać, aż urządzenie rozpadnie się pod kołami pociągu. Nie bez powodu jest pęknięty i nie bez przyczyny zostawiłaś go w koszyku wtedy w księgarni. W głębi duszy wiesz, że byłoby ci lepiej bez niego. Z tego telefonu nie wynika nic dobrego. Nie rozumiesz tego? Ależ rozumiesz. W przeciwnym razie traktowałabyś go delikatniej. Umieściłabyś go w jakimś etui, zanim pękł. Nie próbowałabyś go po omacku obsługiwać, pozwalając, by kierował twoim życiem. Naprawdę wolałbym, żebyś cisnęła go na tory, wylogowała się z sieci, odwróciła głowę, spojrzała na mnie i powiedziała: „Czy my się czasem nie znamy?”. Podjąłbym tę grę, zaczęlibyśmy rozmawiać, a naszą piosenką stałby się kawałek Fatmana Scoopa, ten fragment o wiecznie wykolejającym się pociągu numer dziewięć.

– Błagam, możesz przestać śpiewać? – warczysz, ale gość cię nawet nie słyszy, zagłusza sam siebie, szczy i śpiewa, śpiewa i szczy, a ty obracasz głowę zbyt gwałtownie i, do jasnej cholery, po coś się tak wychylała.

Wszystko dzieje się błyskawicznie.

Wyciągasz ręce, ale nadal się chwiejesz, upuszczasz telefon, pochylasz się, żeby go podnieść, i wtedy źle stawiasz nogę – „Aaa!” – stopa odjeżdża, potykasz się o tę przeklętą sznurówkę, lądujesz na peronie, ale tak pechowo, że znajdujesz się za żółtą linią, w naprawdę niebezpiecznej strefie. Krzyczysz. To najszybszy najwolniejszy upadek, jaki kiedykolwiek widziałem, i naraz jesteś tylko głosem z dołu, z torów, wrzeszczysz, a bezdomny śpiewa i jego głos brutalnie przypomina, że w każdej chwili możesz zginąć pod kołami pociągu. To najgorsza ścieżka dźwiękowa do tego, co muszę zrobić, zupełnie niewłaściwa. Przebiegam na drugą stronę peronu i spoglądam na ciebie z góry.

– POMOCY!

– No już, już. Daj rękę.

Ale ty znów krzyczysz i wyglądasz jak ta dziewczyna w studni w Milczeniu owiec, naprawdę nie musisz tak panikować, przecież jestem tutaj, podaję ci dłoń, chcę cię wyciągnąć. Cała się trzęsiesz, spoglądasz w stronę tunelu, twoja głowa wypełnia się strachem, a wystarczy, że chwycisz mnie za rękę.

– Ojezuojezu, zaraz umrę.

– Spójrz na mnie.

– Zaraz umrę.

Robisz krok do przodu i od razu widać, że nie masz pojęcia o torach.

– Nie ruszaj się, bo cię porazi prąd.

– Co? – Dzwonisz zębami.

– Spokojnie, nie umrzesz. Daj rękę.

– Zwariuję od tego – mówisz i zasłaniasz uszy, bo masz już dość. – Spadłam przez to pianie.

– Próbuję ci pomóc – przypominam.

Wytrzeszczasz oczy. Patrzysz w stronę tunelu, a potem na mnie, patrzysz mi prosto w oczy.

– Słyszę pociąg.

– E tam, prędzej byś poczuła. Daj rękę.

– Umrę – panikujesz.

– Podaj rękę!

Bezdomny śpiewa coraz głośniej, jakby chciał nas zagłuszyć. Zasłaniasz uszy i wrzeszczysz.

Niecierpliwię się, bo przecież ten pociąg w końcu na pewno przyjedzie, czemu utrudniasz?

– Chcesz zginąć? Bo jeśli tam zostaniesz, właśnie tak będzie. Daj rękę, natychmiast!

Spoglądasz w górę i dostrzegam w tobie coś nowego, czego wcześniej nie widziałem, pragnienie śmierci, i nie sądzę, żeby kiedykolwiek ktoś cię kochał jak należy, ale nic nie mówię i oboje wiemy, że mnie sprawdzasz, że sprawdzasz świat. Wieczorem w knajpce zeszłaś ze sceny, dopiero kiedy wybrzmiały ostatnie oklaski, nie zawiązałaś sznurowadeł i masz pretensję do wszystkich i wszystkiego wokół, że się potknęłaś.

Kiwam głową.

– Okej. – Wyciągam obie ręce z otwartymi dłońmi. – No chodź, wyciągnę cię.

Zamierzasz walczyć. Niełatwo się ciebie ratuje, ale jestem cierpliwy i kiedy już jesteś gotowa, wspierasz się na moich ramionach i pozwalasz mi zabrać się z torów. Wciągam cię – w luźnych tenisówkach, porwanych pończochach i w ogóle – kładę na żółtej linii i przesuwam dalej, na szary brudny beton, do bezpiecznej strefy. Trzęsiesz się, podciągasz kolana pod brodę, po czym uciekasz do zielonego słupa, przyklejasz się do niego po stronie peronu, tam gdzie jest bezpiecznie, gdzie możesz przeczekać.

Nadal masz niezawiązane sznurówki, dzwonisz zębami, podchodzę do ciebie i pokazuję na twoje bezużyteczne, niesportowe tenisówki na płaskiej podeszwie.

– Mogę? – pytam.

Odpowiadasz skinieniem.

Mocno zaciskam sznurowadła i zawiązuję na nich podwójny węzeł, którego sto lat temu nauczył mnie kuzyn. Kiedy w tunelu słychać szum pociągu, przestajesz się trząść i już nie wyglądasz na przerażoną. Nie muszę mówić, że uratowałem ci życie. Po twoich oczach i lśniącej brudnej skórze widzę, że zdajesz sobie z tego sprawę. Kiedy pociąg się zatrzymuje i otwierają się drzwi, nie wsiadamy. To oczywiste.

6

Z początku taksiarz kręcił nosem. Też bym kręcił. Mamy w oczach szaleństwo po spotkaniu ze śmiercią. Wyglądasz jak zjebane półtora nieszczęścia. A ja jestem niepokojąco czysty – nieskazitelnie czysty alfons i jego brudna dziwka. Niezła z nas para.