Tworzywo - Zbigniew Chrząszcz - ebook
Opis

W różnych częściach Polski w niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode, piękne kobiety. Nie ma jednak śladów morderstwa… nie ma żadnych śladów. Niespodziewanie na trop w sprawie trafia komisarz z małego miasta – Nowego Romanowa, Marek Bielski. Jednak nie tylko policja szuka zaginionych kobiet. Powstaje nietypowa, interdyscyplinarna grupa śledcza, dowodzona przez ekscentrycznego profesora Kocha, która będzie musiała stawić czoła trudnej i wielowątkowej sprawie, przekraczającej granice Polski, a nawet ludzkiego pojmowania świata…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 700

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

 

Godzina 3.05. Wrześniowa noc była ciepła i prawie bezwietrzna. Niskie, powolnie płynące chmury szczelnie otulały całe miasto swoją kołdrą. Wylotowa ulica, już na skraju przedmieścia, świeciła pustkami. Ponieważ miasto było niewielkie – spało, podobnie jak większość jego mieszkańców, i żadne interesy nikogo do niego nie sprowadzały o tej porze. Prawie nikogo.

Chodnikiem wolno szedł mężczyzna, jakby wszem wobec okazując swoje zmęczenie życiem. Ubrany był w obszarpany płaszcz, pamiętający czasy stanu wojennego, spodnie błyszczące licznymi plamami oleju, przetykanymi wcale nie artystycznymi dziurami, robocze buty użytkowane ostatnio w fabrykach epoki Gierka oraz grubą czapkę uszatkę z daszkiem z potwornie brudnego „misia”. W ręku ściskał wielką reklamówkę z Lidla, pełną nie wiadomo czego. Sprawiał wrażenie, jakby cel jego wędrówki był tak daleki, że aż nieosiągalny.

Kiedy zbliżył się do ogrodzenia dużego warsztatu samochodowego, coś się jednak zmieniło. Nadal powłócząc buciorami, rozejrzał się dokładnie po okolicy, wyjął z reklamówki kawałek tektury i usiadł na nim tuż pod skrzynią rozdzielczą prądu. Ta wbudowana była w ogrodzenie około dwóch metrów od bramy. Jeszcze raz zlustrował słabo oświetloną ulicę i odległe dopiero o jakieś sto pięćdziesiąt metrów pierwsze zabudowania. Nic.

Pogrzebał w reklamówce i wyjął małe, prostokątne urządzenie. Włączył je i na rozjarzonym zielonkawą poświatą wyświetlaczu wybrał „1. Brama”. Kierując rękę z urządzeniem w stronę bramy, nacisnął przycisk. Szczęk elektromagnesu, żółto mrugający kogut na wysięgniku i brama bez szczególnego hałasu zaczęła się otwierać. Ledwie jednak odjechała w bok na jakieś czterdzieści centymetrów, mężczyzna znów nacisnął przycisk i wszystko się zatrzymało, a kogut zgasł.

Mężczyzna całkiem żwawo podniósł się z chodnika i stanął w okolicy bramy, dokładnie lustrując ją najpierw pod jednym, później pod drugim kątem. Wrócił pod skrzynkę rozdzielczą i jeszcze raz dokładnie rozejrzał się po okolicy. Z reklamówki wyjął teraz klucz, którym otworzył skrzynkę. Popatrzywszy chwilę na jej wnętrzności, opuścił szeroki wyłącznik na dół. Całe oświetlenie warsztatu zgasło, ale wbrew pozorom nie powstał zbyt duży kontrast z poprzednią sytuacją. Mężczyzna przymknął dokładnie skrzynkę rozdzielczą, podniósł swoją nieodłączną reklamówkę i zgrabnie przecisnął się na plac warsztatu.

Światła pobliskiego miasta odbite od nisko płynących chmur rozjaśniały wystarczająco mrok, żeby móc odróżnić stojące na placu samochody. Z niedawnej ociężałości nic już nie zostało i mężczyzna sprawnie omijał kolejne, stojące na placu auta, aż dotarł do interesującej go toyoty yaris.

Znów wyjął swoje urządzenie, a na wyświetlaczu tym razem wybrał „2. Sam”. Zamigotały kierunkowskazy i samochód był otwarty. Kolejna lustracja terenu. Otworzył drzwi i odblokował pokrywę silnika. Podniósł ją spokojnie, a na swoją uszatkę naciągnął lampkę czołową, którą włączył.

Wąski strumień światła dostatecznie oświetlał interesującą go część komory silnika. Znajdujące się tuż przy akumulatorze złącze do zasilania elektroniki samochodu zostało otwarte. Wystudiowanymi ruchami mężczyzna sprawnie zamontował tam małe pudełeczko. Zaświeciła się na nim zielona dioda. Odszedł kilka kroków od auta, wyjął ze swojego śmierdzącego płaszcza całkiem pokaźnego smartfona, wybrał numer i chwilę poczekał. Zajrzał ponownie pod maskę – na pudełeczku świeciła się czerwona dioda. Jeszcze raz smartfon powędrował do prawej dłoni – pyk, pyk, pyk, czerwona zgasła, a zapaliła się zielona. Zamknął szczelnie obudowę złącza i opuścił maskę, dokładnie ją domykając.

Przeszedł na tył wozu i otworzył bagażnik. Przez chwilę przyglądał się wnętrzu i odnalazł przypiętą gumowym paskiem gaśnicę. Odpiął ją i ze swojej nieodłącznej reklamówki wyjął podobną. Różniła się dwoma szczegółami: przy zaworze przykręcono identyczne pudełeczko jak to, które zostało przed chwilą zamontowane w komorze silnika, a dysza zakończona była metrowym, elastycznym przewodem.

Mężczyzna przypiął nową gaśnicę na miejsce starej, a czarny elastyczny przewód łatwo zamaskował pod wykładziną, wyprowadzając jego koniec za oparciem tylnego fotela. Jeszcze tylko powtórzył procedurę ze swoim smartfonem i uznał, że wszystko jest gotowe. Zamknął bagażnik, a jego urządzenie z zielonym wyświetlaczem zablokowało centralny zamek i uzbroiło alarm. Rozejrzał się czujnie wokoło, ale nie zobaczył niczego niepokojącego.

Nagle w ciszy nocy, rzadko przerywanej tylko odległymi odgłosami szczekających psów, zaczął narastać charakterystyczny terkot diesla nie pierwszej młodości, a z mroku wyłoniły się reflektory nadjeżdżającej bagażówki. Mężczyzna spokojnie schował się za najbliższy samochód i spojrzał na zegarek. 3.25.

Gdy bagażówka przejechała, zmierzając w stronę śpiącego miasta, chwycił swoją reklamówkę, wyszedł przez bramę i znalazł się ponownie przy tablicy rozdzielczej. Po włączeniu prądu zamknął bramę, jeszcze raz dokładnie się rozejrzał, czy czegoś nie przeoczył, i pokuśtykał kilkadziesiąt metrów do szutrowej drogi, ginącej gdzieś w ciemności pól uprawnych, które w tym miejscu zaczynały powoli dominować nad zwartą zabudową.

Czarny jeep grand cherokee był zaparkowany niespełna sto metrów dalej. Mężczyzna podszedł do samochodu, otworzył go, tym razem normalnym pilotem, rozejrzał się czujnie i szybko rozebrał. Ze wstrętem zwinął całą garderobę do plastikowego worka i wraz z reklamówką wrzucił do bagażnika. Wsiadł i spokojnie ruszył, skręcając w stronę wyjazdu z miasta.

***

Dwadzieścia pięć kilometrów dalej i sześć godzin później czerwona, pełnokrwista yamaha stała oparta na stopce na małym leśnym parkingu, który ostatnio rzadko służył podróżnym, nawet w okresie wakacji. Niewielki las, który go osłaniał, nigdy nie był celem grzybiarzy, bo trudno by tu znaleźć choćby dziesięć niewielkich grzybków. Nie było zatem powodu się zatrzymywać.

Wyszedł zza krzaków, poświęcając je wcześniej swoim porannym moczem. Nie zdjął z głowy kasku, więc nawet przypadkowy świadek nie mógłby go zidentyfikować. Przez przyciemnioną osłonę uważnie obserwował drogę, której długi odcinek prowadzący z miasta był doskonale widoczny.

Czuł się znakomicie. Z uśmiechem spojrzał na swój czarny, skórzany kombinezon. Wiedział, że zarówno w nim, jak i w przebraniu nurka śmietnikowego, w którym występował w nocy, nikt, ale to absolutnie nikt nie mógł domyślić się, jak naprawdę wygląda.

Po nocnej eskapadzie wcale nie odpoczywał. Gdy już zmył z siebie smród swojego kostiumu z nocnych występów, zrobiła się prawie siódma rano. Zgodnie z wcześniej ustalonym harmonogramem podjechał wezwaną taksówką na przedmieścia i kazał się wysadzić pod dużym biurowcem urzędu statystycznego. Wraz z kilkunastoma innymi osobami wszedł do urzędu. Wyszedł po krótkiej wizycie w informacji.

Spod budynku nieśpiesznym krokiem udał się pieszo, zadrzewioną alejką, do pobliskiego osiedla domków jednorodzinnych. Niezauważony poczekał kilka minut, aż nadjechał motocyklista, mieszkający niedaleko. Zatrzymał go kiwnięciem ręki i jednym celnym pchnięciem noża pozbawił trosk dalszego, nieudanego życia. Wystarczył moment i ciało motocyklisty znalazło się w gęstwinie chaszczy ocieniających alejkę. Nie miał obaw, że ktoś cokolwiek zobaczy, gdyż wybrał to miejsce po długich, starannych przygotowaniach i obserwacjach z różnych perspektyw. Ofiara też nie była przypadkowa, wystarczyło zaczekać na odpowiedni moment. Bez dalszych ceregieli szybko odjechał yamahą. Tyle zabiegów, żeby zdobyć motocykl bezpośrednio przed akcją! Uśmiechnął się. Gdyby oni wiedzieli to co on!

Dziś mija dokładnie pięć lat od Wielkiego Wydarzenia. Wtedy zmieniło się wszystko. Już w tydzień po tym wydarzeniu, bezceremonialnie spakował walizki i bez słowa wyprowadził się od żony, która na początku była zszokowana i próbowała go odszukać. Nie pozwolił na to. Dobrze opłacany prawnik zręcznie przeprowadził rozwód, a że nie mieli dzieci i żona w końcu przestała robić trudności, zatrzymując mieszkanie i wszystkie, pożal się Boże, ruchomości, sąd rozerwał ich święte więzy raz na zawsze.

W niespełna miesiąc po rozwodzie nadszedł prawdziwy początek jego nowego życia. Wygrana w wysokości kilkunastu milionów w lotto wcale go nie zdziwiła. Wiedział, że to tylko środki do realizacji jego dzieła. W dniu Wielkiego Wydarzenia obiecał to. Zrobił wszystko, żeby zachować anonimowość i nie przysporzyć sobie sławy wielką wygraną. Udało się. Przeprowadził się kilkaset kilometrów dalej i nową posiadłość zaczął przygotowywać na potrzeby swojej misji. Trwało to długo, aż do dzisiaj. Tak, to dziś wszystko się zacznie, w dniu piątej rocznicy!

W oddali znajoma sylwetka małej toyoty wyrwała go z zadumy. Wyjął smartfona i wcisnął przycisk połączenia. Udało się. Wolał to jednak zrobić wcześniej, żeby uniknąć niespodzianek w rodzaju – przeciążenie sieci.

Toyota szybko się zbliżała do parkingu. Gdy auto było w odległości stu pięćdziesięciu metrów, dotykowy ekran telefonu znów zadziałał. Usłyszał, że silnik umilkł. Widział też, że kierująca pojazdem dziewczyna wodzi rozbieganymi oczami wokoło i zastanawia się, co zrobić. Samochód powoli wytracał prędkość.

Pod wpływem impulsu pozwolił sobie na małą ekstrawagancję. Podszedł do wjazdu na parking i zapraszającym gestem pokazał dziewczynie, gdzie powinna zjechać. Tak też się stało i tocząc się już z minimalną prędkością, toyota wjechała na parking.

Gdyby nie przyciemnione szkło osłony kasku, szeroki uśmiech rozjaśniłby trochę ponury wrześniowy poranek. Ten przejaw szczerego optymizmu pozostał jednak w ukryciu. Może i dobrze, bo dalsze wypadki potoczyły się wręcz błyskawicznie.

Z chwilą zatrzymania się samochodu palec na wyświetlaczu smartfona aktywował jeszcze jedną funkcję. Wnętrze auta szybko wypełniła ledwo widoczna mgiełka, a sięgająca właśnie do pasa bezpieczeństwa dziewczyna nagle bezwładnie osunęła się na fotel.

Nie było żadnych powodów do dalszej zwłoki. Podszedł do toyoty, otworzył szeroko drzwi z obu stron samochodu. Odczekał jakieś trzydzieści sekund i nachylił się nad dziewczyną. Uważnie zlustrował wnętrze samochodu i śpiącą na fotelu kierowcy kobietę.

Trudno byłoby znaleźć kogokolwiek na tym świecie, kto zakwestionowałby urodę tej bezwładnej teraz istoty. Zjawiskowa, naturalna blondynka w wieku dwudziestu kilku lat o wymiarach i figurze, mogących śmiało stanowić wzorzec współczesnej kobiety w Sèvres pod Paryżem. Nawet natchniony w dniu Wielkiego Wydarzenia to wiedział. Dlatego ją wybrał.

Odpiął pas bezpieczeństwa i delikatnie przeniósł dziewczynę na miejsce dla pasażera. Obszedł auto dookoła, poprawił ją w fotelu, zapiął pas i zamknął drzwi. Wrócił na miejsce kierowcy, sięgnął do tyłu i znalezioną tam małą poduszkę podłożył pod opadającą głowę, opierając ją na bocznej szybie. Wyglądała, jakby zasnęła w podróży. Przesunął fotel kierowcy odpowiednio do swojego wzrostu, zapiął pas i wyjął swój wielofunkcyjny telefon. Jedno dotknięcie ekranu, potem przerwanie połączenia i już mógł uruchomić auto. Włączył światła i spokojnie wyjechał na drogę. Kask wciąż był na jego głowie i wyglądał teraz zupełnie jak Stig w wersji z ciemnej strony mocy. Asfaltową drogą ujechał tylko kilometr, dalej skręcając w boczną, nieutwardzoną szosę. Na asfaltowej drodze ruch nie był duży, więc chyba nikt nie zdążył zadać sobie pytania, czy BBC kręci kolejny odcinek Top Gear gdzieś na polskim zadupiu.

Odprężył się zupełnie. Otworzył okno i zamierzał to wykrzyczeć, ale z gardła wydobył mu się tylko nieco mocniejszy głos:

– Jest, nareszcie jest, Tworzywo numer jeden!

ROZDZIAŁ I

 

Dwa lata później, 25 września 2013

Komisarz Marek Bielski zaparkował swojego Passata na miejscu dla autokarów przed największą świątynią w Nowym Romanowie – kościołem pod wezwaniem Świętego Lamberta.

Wysoki, z prawie niewidoczną lekką nadwagą i siwymi, bardzo krótko obciętymi włosami, prezentował się raczej przeciętnie. Przy bliższym spojrzeniu można było zauważyć jednak dość szlachetne rysy twarzy i fizjonomię emanującą skrywaną inteligencją. Zbyt duży nos i wcale nie filmowe uzębienie też nie czyniły go wzorem amanta, a nie najlepiej dobrane ubranie w wielu środowiskach zdyskwalifikowałoby go już na wstępie. Wiosną tego roku przekroczył barierę pięćdziesięciu lat, a jednak był typem, który podobał się kobietom.

Przechodząc przez kościelny plac, delikatnie skłonił głowę i przeżegnał się. Pewnie przeszedł na czerwonym świetle przez ruchliwą Aleję Narutowicza i przystanął chwilę na centralnym placu, nie wiadomo dlaczego nie nazywanym rynkiem.

Popatrzył na mały park z fontanną, jedną z wizytówek Nowego Romanowa. Uśmiechnął się. To senne, nieduże miasto, na które wciąż pomstowali miejscowi „światowcy”, naprawdę bardzo mu się podobało. Westchnął. Kolejny poniedziałek i czas wybrać się do pracy. Przeszedł kilka kroków i wstąpił do niedużego sklepiku.

– Dzień dobry. – Wiele lat temu nauczył się akcentować takie proste, grzecznościowe zwroty w sposób wyjątkowo miękki, nadając im miły, ciepły ton. – Czerwone marlboro poproszę.

– Trzynaście sześćdziesiąt. – Zza lady zabrzmiało to jak ciche warknięcie.

Bielski spojrzał na ekspedientkę. Pociągła, pobrużdżona twarz mogła należeć do kobiety w wieku czterdziestu albo sześćdziesięciu lat. Niczym nieskrywane negatywne emocje wprost emanowały z tego oblicza. Smutek, żal, złość – do wyboru, do koloru. Każdy mięsień w tej brzydkiej twarzy zdawał się krzyczeć: „Dawaj pieniądze i spadaj już stąd, dziadu!”.

Pan komisarz sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął garść monet. Przeliczył. Za mało. Poszperał w kieszeni wewnętrznej, starając się nie pokazywać ukrytej broni, i wyjął kilka banknotów. Nigdy w życiu nie miał portfela i zupełnie dobrze obywał się bez niego, posługując się kieszeniami w spodniach, marynarkach czy bluzach.

Uszykował równą kwotę i delikatnie położył na ladzie. Resztę pieniędzy oraz papierosy wrzucił do bocznej kieszeni. Postarał się o najlepszy ze swoich uśmiechów.

– Dziękuję pięknie. Miłego dnia!

Wychodząc, nie usłyszał nic w zamian i obawiał się, że zgorzkniała istota w sklepiku poczyta jego jak najbardziej szczere słowa za drwinę. Cóż, starał się. Zadzwonił telefon. Wyjął z lekka przestarzałą nokię i spojrzał na wyświetlacz. Czarna. To ksywa jego koleżanki z pracy – podkomisarz Małgorzaty Jackowskiej. Niezwykle ruchliwa, o kruczoczarnych włosach, przemiła i bystra dziewczyna, o wzroście tylko nieco większym od przeciętnego stołu.

– Cześć, Marek.

– No cześć, co tam słychać u męża, dzieci?

Czarna była dwudziestodziewięcioletnią panną i takie docinki stały się już powszechnością.

– Słuchaj, jestem w pracy i coś mam.

– To, że jesteś już w robocie, wcale mnie nie dziwi, ale powiem ci w zaufaniu, że ja też mam to w planach. Powinienem być – Bielski spojrzał na zegarek – za czterdzieści minut.

– Nie słuchasz mnie. – Pani podkomisarz mówiła całkiem serio, jak zwykle zresztą. Bielski często zastanawiał się, dlaczego jej niespożyta energia nie została okraszona niewielką choćby dawką humoru. Może to jeden z powodów jej niepowodzeń sercowych. Nigdy zresztą na ten temat ze sobą nie rozmawiali. Nawet by się nie odważył, choć ona wiedziała mnóstwo o jego rodzinie.

– Naprawdę mam coś ważnego – ciągnęła tym samym tonem.

– Dobrze. Obiecuję, że jak tylko przyjadę, pogadamy. Szczerze mówiąc, jednak trochę mnie zaintrygowałaś. – W Wydziale Kryminalnym Komendy Miejskiej w Nowym Romanowie, w której oboje pracowali, rzadko działo się coś ekscytującego. Bielskiemu to bardzo odpowiadało. W niczym nie przypominał bohaterów z seriali kryminalnych. Sumiennie wykorzystywał cały, należny mu urlop, unikał jak ognia wszelkich nadgodzin i najlepiej pracowało mu się w piątek przed szesnastą. Nie, praca w policji wcale go nie męczyła. Lubił to i był całkiem niezły w tej robocie, ale nie pamiętał, żeby coś porwało go na tyle, by zapomnieć, że najlepiej jest w domu!

Pojęcie stresu w tej pracy było mu jak najbardziej obce. Była to zapewne jedna z przyczyn, dla której w wieku pięćdziesięciu lat wciąż był tylko komisarzem, nikomu nie szefował i bardzo się z tego cieszył.

– Pamiętasz tę sprawę kilku dziewczyn, które zniknęły przed dwoma laty?

– Coś tam pamiętam, ale tak naprawdę to więcej chyba wie moja teściowa, namiętnie oglądająca telewizję. Unikam raczej dzienników, chorobliwie nie znoszę publicystyki, więc nie wiedziałem i nie wiem zbyt dużo.

– Oj, Marek, nie żartuj sobie, w telewizji to było głośno przez jakiś czas tylko z powodu zniknięcia znanej w całej Polsce modelki, a przecież wtedy w ciągu dwóch miesięcy przepadło bez wieści jeszcze pięć wyjątkowo atrakcyjnych dziewczyn. Grupa dochodzeniowa z centrali połączyła wszystkie te sześć przypadków w jedną sprawę. Nie znam szczegółów, ale musiał istnieć jakiś ważny dowód łączący te przypadki.

– No i co? Złapali porywacza czy odkryli jakieś ciała?

– Nic mi o tym nie wiadomo, chyba nie posunęli się za daleko w śledztwie.

– To co ty masz z tym wspólnego? – Bielski miał już ochotę na papierosa, ale przed tym musiał jeszcze coś załatwić.

– Odkryłam pewne zdjęcia w Internecie, wczoraj w domu…

„Pewnie zamiast randki z chłopakiem małe tête-à-tête z ofiarami” – pomyślał Bielski.

– …i na tych… tych zdjęciach… chyba rozpoznałam jedną z nich!

– Wiesz co, to zdaje się temat do dłuższej pogawędki, muszę jeszcze coś załatwić i jadę do firmy. – Bielski postanowił przerwać tę rozmowę.

– Dobra, czekam, cześć.

Rozłączył się i szybkim krokiem podszedł do przejścia dla pieszych. Niesamowite. Zielone światło! Bez zwłoki przeszedł na drugą stronę i po schodach wkroczył wprost do kościoła Świętego Lamberta.

Widział już w swoim życiu różne monumentalne, słynne na cały świat świątynie, ale uważał, że ta budowla, będąca kolejnym, nieodłącznym elementem pocztówek z miasta na miarę miejsca, w którym stoi, nie ma się czym powstydzić.

Kościół został zbudowany w stylu neobarokowym z trzema wieżami od frontu. Prezbiterium i nawę główną oświetlało jedenaście okien. Okno nad wielkim ołtarzem zdobił witraż przedstawiający Zwiastowanie Najświętszej Marii Panny, dzieło księżnej Eugeniuszowej Lubomirskiej z Kruszyny. W nawach bocznych i w kaplicach światło wpadało przez niewielkie, rozetowe okna, szklone kolorowym szkłem, a pięć ołtarzy i cenne rzeźby oraz szesnastowieczne obrazy ze szkoły holenderskiej nadawały świątyni wyjątkową atmosferę.

Uklęknął przed tabernakulum i zajął miejsce w ławce w pobliżu ołtarza.

Jego wizyty w kościele nie były zbyt częste. Nie był właściwie praktykującym katolikiem, w rozumieniu kanonów tej religii. Wiara jego jednak była całkowicie szczera, wyrażana tylko w bardziej indywidualny sposób. Właściwie bywał tu raz w miesiącu, ale za to dość systematycznie. Był to nieodłączny składnik długiego procesu jego przemiany duchowej. Bo przemiana nastąpiła – niewątpliwie.

Już od wczesnej młodości wysoki iloraz inteligencji, zamiast pomagać mu piąć się po drabinie sukcesu, powodował tylko wyobcowanie ze środowiska rówieśników. Wszystko to działo się w atmosferze małomiasteczkowej epoki późnego Gierka i zaowocowało rozwojem postawy buntu wobec całego świata. W jego odczuciu kompletnie nie mógł znaleźć jakiejś płaszczyzny porozumienia z innymi ludźmi. Toteż niechęć wobec ludzi wrosła weń głęboko. Kto wie, co by było, gdyby nie utrwalone w rodzinie zasady moralne. Z trudem pokonał młodzieńcze lata.

Później, gdy dojrzał na tyle, żeby założyć rodzinę, urazy wieku dorastania przerodziły się w postawę kompletnego relatywizmu do zasad, którymi rządziło się społeczeństwo. Niestety, kilka razy beztrosko zdradził swoją młodą żonę, tęgo popijał, wracając do domu późną nocą, a ludzi traktował jak niepotrzebne przeszkody na drodze do jego „wolności”. Zaczął też z premedytacją łamać zasady pracy policjanta, wchodząc w układ z gangiem okradającym TIR-y.

Sumienie jednak dawało o sobie znać, a jego wyrzuty były bardzo bolesne. Próbował je zagłuszyć jeszcze częstszym piciem i awanturniczą wręcz postawą, nie tylko wobec żony, ale i swoich przełożonych.

Zimny prysznic przyszedł wraz z rozbiciem gangu, który go sponsorował. Mleko się wylało, choć nie do końca. Zawieszono go w czynnościach służbowych i wszczęto postępowanie wyjaśniające. On sam się nie przyznał, dowody właściwie nie istniały, a aresztowani złodzieje nie wsypali go, zakładając pewnie, że może im się jeszcze przydać w przyszłości. Atmosfera podejrzeń i nieufności powoli się rozwiewała i po kilku miesiącach ponownie przyjęto go do służby. Ale Marek Bielski nie był już tym samym człowiekiem.

Nastąpił czas skruchy, pogodzenia się z żoną, ale, niestety, nie z całym światem. Bielski zasklepił się w swojej skorupie i na swój sposób próbował zmazać winy, zamykając się przed światem w domu. Otwarcie też okazywał temu światu wrogość. Już wtedy miał dwie córki, lecz trudno go było nazwać kochającym ojcem, raczej milczącym typem, który był, ale nie okazywał uczuć.

Czuł, że to wszystko jest nie tak, ale nie umiał, nie chciał i nie potrafił nic zmienić. Na przesłuchaniach w komendzie prawie zawsze dawał upust swojej niechęci do ludzi i to dało się wyczuć. Zresztą widać to było wszędzie, gdzie się pojawił – w autobusie, sklepie, urzędzie, nawet w sądzie. Ludzie to czuli i instynktownie się od niego separowali. Mało kto chciał ich odwiedzać w domu, a jeśli już ktoś się zdecydował, raczej tego żałował, bo gość w dom wywoływał w nim chorobliwą alergię. Kontakty towarzyskie powoli się wykruszały, a żona znów często płakała, nie mogąc się pogodzić z tak trudnym charakterem męża. Córki dorastały, a on nie pamiętał chwil radości z tym związanych.

Zawsze dużo czytał, a okres zamknięcia swojej skorupy to kilka lat pochłaniania ogromnych ilości książek. Wreszcie jedna z tych lektur spowodowała, że skorupa pękła. W jednej chwili uświadomił sobie, jak beznadziejnym jest głupcem i po prostu złym człowiekiem. Zrozumiał, że taka postawa życiowa tylko pogłębia jego czarę goryczy, a on nie jest ofiarą, ale sprawcą zła wokół siebie. Najciekawsze w tym było to, że lekturą, która zmieniła jego życie, była, w zasadzie banalna, powieść Deana Koontza Kątem oka. Dziś, z perspektywy wielu lat, wiedział już, że był to tylko impuls, który wyzwolił w nim potrzebę bycia innym, lepszym człowiekiem. Chyba tak się stało, bo od tej pory zmienił się radykalnie.

Przede wszystkim skorupa pękła całkowicie. Otworzył się na świat. Najpierw zaczął chłonąć piękno przyrody i czerpać z tego naprawdę pozytywną energię. Później, powoli i stopniowo, otwierał się na ludzi. Przychodziło mu to niełatwo, ale początkowe zmuszanie się do życzliwej postawy wobec bliźnich bardzo szybko przeradzało się w autentyczną przyjemność rozsiewania wokół siebie atmosfery życzliwości. Niejako empirycznie przekonał się, że to działa, a on czuje się coraz lepiej. Zdawał sobie sprawę, iż daleko mu do ideału, ale zmiana, która się dokonała, sprawiła, że naprawdę był innym człowiekiem i było mu z tym dobrze.

Wciąż miał jednak świadomość, że to za mało. Nie wystarczy żałować za swoje grzechy i się poprawić. Czuł potrzebę zadośćuczynienia, jednak wiedział, że zwykłe gesty tu nie wystarczą. Gdzieś tam wewnątrz tkwiło przekonanie, iż przyjdzie taki moment, w którym komisarz Marek Bielski, albo Marek Bielski, będzie musiał podjąć ryzyko czynu, który takim zadośćuczynieniem się stanie.

Te comiesięczne wizyty w kościele to takie jego misterium przygotowawcze do ostatecznego katharsis. Nie był znany tylko termin tego katharsis.

Rozmyślał o tym wszystkim blisko pół godziny, a pusty kościół tuż po porannej mszy sprawiał, że ogarnął go spokój i głębokie przeświadczenie odzyskania własnej wewnętrznej siły, która była niezbędna dla wzmocnienia jego przemiany.

***

Gosia Jackowska nie mogła wysiedzieć przy swoim biurku w komendzie. Od czasu, jak wczoraj wieczorem przypadkiem odkryła w Internecie cztery zdjęcia zamieszczone na portalu ogłoszeniowym w Mali, nie mogła sobie znaleźć chwili spokoju.

Szukała prywatnie pewnych ozdób, wpisując do wyszukiwarki angielskie słowo jewel. Już wśród pierwszych pięciu wyników pracy serwerów Google było przekierowanie na stronę dość egzotycznego portalu w tym afrykańskim kraju. Gdy zobaczyła, jakie to „perełki” prezentował jeden z wystawców, zdębiała. To nie była oferta sprzedaży, tylko zaproszenie do prywatnego pokazu, jak w jakimś pieprzonym muzeum dla zboczeńców.

Założyła kurtkę i wyszła na zewnątrz. Postanowiła tu poczekać na Marka. Miała swoje powody, żeby nie rozmawiać z nim o tej sprawie w budynku firmy. O tym też mu opowie. Wyjęła paczkę papierosów Slim Camelia i zapaliła.

Zdążyła zaciągnąć się głęboko ledwie dwa razy, kiedy na parking przed komendą wjechał czarny passat. Zanim Bielski zdążył zaparkować, szybkim krokiem podeszła do samochodu, otworzyła drzwi i usiadła na miejscu dla pasażera. Wyjątkowo smutne, według niej, wnętrze auta wyróżniało się jednym oryginalnym akcentem – białą naklejką z czerwonym napisem: „Tu wolno palić”. Uśmiechnęła się. Pan komisarz nigdy nie grzeszył poprawnością polityczną. Przez chwilę nie odzywała się, z lubością wdychając siwy, papierosowy dym.

– Cześć, powiedziałam Brytanowi, że do trzynastej będziemy w Słonecznej Wólce.

W miniony czwartek doszło tam do kradzieży na miejscowej plebanii i do tej pory nikt nie przesłuchał jeszcze najbliższych sąsiadów księdza i jego gospodyni. Tak przynajmniej sądził szef wydziału zwany przez podwładnych Brytanem. Ksywa ta była wyjątkowo trafna, bo ten zwalisty, ważący sto dwadzieścia kilogramów mężczyzna swoją okrągłą, zawsze o czerwonawym odcieniu twarzą łudząco wręcz przypominał to zwierzę. Dodatkowo nie grzeszył uprzejmością. Zamiast mówić, warczał, jednym słowem – podręcznikowy gbur.

– Wydawało mi się, że odwaliłaś już tę robotę i to w sobotę! – Bielski uśmiechnął się ciepło, wyjął swojego papierosa i patrząc uważnie na koleżankę, zapalił.

– Nawet napisałam już raport, ale Brytan dostanie go dopiero po południu.

– To co, grzybobranie? Ale przydałyby się kalosze, bo w lesie mokro. – Śmiejąc się, Bielski otworzył okno, bo w aucie zaczynało być gęsto od dymu.

Jackowska patrzyła niewidzącym wzrokiem przez przednią szybę. Coś w jej wyglądzie sprawiło, że Bielski, poważniejąc, zapytał:

– Masz te zdjęcia? I możesz wreszcie mi powiedzieć, o co chodzi?

Bez słowa wyjęła z kieszeni pendrive’a, nie odwracając głowy. Po chwili jednak się odezwała.

– Jak byłam o ósmej u Brytana, pokazałam mu to. Popatrzył uważnie, przez kilka minut nic nie mówiąc. Porównywał te zdjęcia bardzo starannie z fotografią zaginionej przed dwoma laty. Znasz go przecież, nie można mu zarzucić nonszalancji w robocie. Potem spojrzał na mnie złym wzrokiem i mruknął: „Coś ci się chyba pomyliło, dziewczynko! Zajmij się swoją robotą i nie próbuj się więcej wydurniać”. Ta wyjątkowo długa, jak na Brytana, przemowa sprawiła, że zmyłam się jak niepyszna i tyle mnie widzieli.

– Może Brytan miał rację? – Bielski uruchomił samochód i wyjechał z parkingu. – Z tyłu mam notebooka, pojedziemy… – Spojrzał na zegarek, było prawie pół do dziesiątej. – O tej porze w naszej metropolii możemy liczyć tylko na DK Jeden. – Była to nazwa wielkiego parkingu dla ciężarówek z dużym, całodobowym barem.

– Może wreszcie zobaczę, o co tyle krzyku, w aucie nie mogę, padła bateria – dodał.

Włączył się do ruchu, zmierzając w kierunku odległego o około osiem kilometrów celu.

– Dobrze, zanim dojedziemy, wyjaśnij mi, proszę, od początku, co jest grane, jak trafiłaś na te fotki i dlaczego tak cię wywróciły na drugą stronę. – Bielski spojrzał na siedzącą obok Czarną. – Bo zakładam, że są aktualne, a nie sprzed wieku?

– Zdjęcia… Nie wiem, czy są aktualne. Szczerze mówiąc, nic już nie wiem. W sieci pojawiły się jakiś tydzień temu. Tak przynajmniej wywnioskowałam. – Czarna obojętnie przypatrywała się mijanym samochodom.

– Od początku – przypomniał jej Bielski.

– Wiesz, że kolekcjonuję bibeloty z epoki wiktoriańskiej.

Bielski zastanawiał się, czy takie hobby to symptom zaawansowanej czy też raczej początkowej fazy staropanieństwa.

– W Polsce są bardzo drogie i raczej trudno dostępne, mówię oczywiście o oryginałach. Trafiłam już kilka razy na fajne okazy w Indiach i Hongkongu, ale unikam oficjalnych aukcji, bo mnie na nie nie stać. Zdarza się jednak, że sprzedaje się takie cudeńka na ulicznych wyprzedażach czy też współczesnych ich wersjach, czyli portalach internetowych oferujących sprzedaż „po sąsiedzku”, wiesz, o co biega? – Czarna spojrzała na Bielskiego.

– Tak, jasne, nawijaj.

– Podstawowa trudność to nazewnictwo. Nieważne, czy to w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie, zwykli ludzie raczej nie potrafią nazwać tych przedmiotów, ba, często w ogóle nie wiedzą, co to jest i skąd się u nich wzięło. A wyciągają nieraz prawdziwe perełki… Właśnie dlatego często rzucam w wyszukiwarce różne słowa, które mogą mieć związek z tym, czego szukam. Tak trafiłam miesiąc temu na tę pastereczkę, którą ci pokazywałam.

– Słyszałem, kupiłaś ją w Kalkucie. – Bielski nieraz łapał się na tym, że to dziwne rozmawiać z młodszą o ponad dwadzieścia lat koleżanką z pracy o tak intymnym wręcz hobby, które miała Czarna, przy czym wątpliwe, żeby którykolwiek inny facet chciał o tym słuchać!

– Jewel… tak próbowałam coś wczoraj znaleźć. No i… to już musisz zobaczyć sam. – Czarna przerwała nagle opowieść i odwróciła głowę w stronę bocznej szyby. Szybko mijali budynki, ludzi, psy i wszystko, co symbolizowało rzeczywisty świat, w którym większość rzeczy jest nieznośnie przewidywalna, a niespodzianki czekają co najwyżej na wywiadówce. Świat, w którym wbrew pesymistycznym przepowiedniom nie spadają meteory, bieguny z dnia na dzień nie zmieniają położenia, a klimat zamiast się ocieplać, staje się wyraźnie coraz chłodniejszy. Oczywiście, wciąż zdarzają się ludziom jakieś dramaty, czy wręcz osobiste katastrofy, ale wszystkie takie zdarzenia ograniczają się do poszczególnych osób lub rodzin, podczas gdy cała reszta świata wiedzie swoje monotonne życie. Tylko że gdzieś tam czai się Zło, w eleganckim przebraniu podgryzając czasami podstawy tej nudnej, ale przecież szczęśliwej egzystencji. Gdyby pesymiści, narzekający wciąż na beznadziejne, szare życie przeciętnego zjadacza chleba, przygnębionego swoją nieznośną pracą, kłopotami ze spłatą kredytu i niemożnością zakupu nowego kina domowego, zajrzeli do kuchni Pana Zło, szybko zmieniliby zdanie i dostrzegli piękno tam, gdzie im się widocznie zamazało.

Ocknęła się. To dziwne, ale czuła, że przez kilka ostatnich minut zupełnie odjechała. Jakby opuściła swoje ciało i przebywała w zupełnie innym miejscu. Głębokie rozważania filozoficzne nie były jej mocną stroną, a teraz jakby zanurzyła się w czymś, co ją sprowadziło na zupełnie inny poziom. Dziwne, miała tylko nadzieję, że nie wariuje. Spojrzała na Bielskiego. Rzadko się do tego przed sobą przyznawała, ale ten gość ją fascynował. Mogłaby z nim być! Bez sensu, nie wolno jej nawet o tym myśleć!

Passat wolno wjechał na parking wypełniony co najmniej kilkudziesięcioma ciężarówkami. Stojące w równych rzędach auta kojarzyły jej się zawsze, nie wiedzieć czemu, z monumentalnym cmentarzem.

Znaleźli stolik w kącie dużej sali restauracyjnej, a Bielski podłączył notebooka do gniazdka w ścianie. Bez słowa wziął od niej pendrive’a i wetknął do komputera. Otwarła się strona internetowa, której graficzna oszczędność przywoływała w pamięci pierwsze, amatorskie projekty internetowe z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Fioletowe tło, od góry napis pogrubionym Arialem: „Welcome”, a poniżej cztery fotografie. Na samym dole, też po angielsku, zaproszenie do zobaczenia tego wszystkiego na żywo. Problem w tym, że nie było żadnej formy kontaktu: co, gdzie, jak!

Bielski, po kolei, przyjrzał się zdjęciom. Na pierwszym sfotografowana z boku kobieta siedziała rozwalona na kanapie, trzymając pod brodą miskę sporych rozmiarów, wypełnioną czymś jeszcze gorącym, bo unosiły się z niej strużki pary. Fotograf uchwycił moment, gdy wpychała sobie do ust, ociekającymi tłuszczem palcami, garść strawy. Była niewiarygodnie gruba. Jedyne ubranie, jakie miała, w postaci przeraźliwie brudnej i podartej halki, uwidoczniało tylko zwały tłuszczu, z których uformowane było jej ciało. Krótko obcięte, postrzępione włosy, miały chyba jasny kolor, ale pozlepiane w tłuste, brudne strąki wyglądały tak, iż trudno to było stwierdzić jednoznacznie. Przed siedzącą z rozłożonymi, słoniowatymi nogami kobietą stał stół-ława zastawiony mnóstwem talerzy i misek, niektórych już opróżnionych, innych pełnych. Resztki jedzenia walały się dosłownie wszędzie. Jasne kiedyś obicie kanapy upstrzone było niezliczoną liczbą, lśniących w blasku flesza, tłustych plam.

Drugie zdjęcie pokazywało to samo ujęcie z drugiego boku. Trzecie prezentowało tę samą scenę z przodu. Czwarte było zbliżeniem twarzy kobiety. Było przerażające w swojej wymowie, ponieważ kobieta nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat, a wyglądała jak groteskowe monstrum z jakiegoś komiksu. Fotografię wypełniała zmęczona, nalana twarz, z podkrążonymi ogromnymi sińcami oczami. Błękit tych oczu wyblakł jednak i pozostawały dziwnie obojętne i puste. Z kącików ust wyciekała jej ślina ze strużkami jakiegoś brązowego sosu.

Gdy oderwał już wzrok od tej żałosnej twarzy, przyjrzał się raz jeszcze poprzednim fotografiom, zwracając tym razem uwagę na wystrój wnętrza, w którym zrobiono te zdjęcia. Coś mu ten pokój przypominał i miał wrażenie, że go już widział i to nie raz! Ściany, na nich kiczowate obrazki, brudne tapety zniszczone latami użytkowania czy podarty dywan na podłodze w innym ujęciu wrył mu się w pamięć, chyba dawno temu.

– Otwórz sobie zdjęcie zaginionej i porównaj – zasugerowała Czarna.

Zrobił to i na fragmencie ekranu wyświetliła się fotografia całej sylwetki dziewczyny. Wysoka blondynka patrzyła na niego swoimi błękitnymi oczami i wręcz onieśmielała. Określenie jej jako pięknej to o wiele za mało. To było ucieleśnienie przedmiotu marzeń każdego faceta. Takie kobiety nie istnieją w rzeczywistości, co najwyżej w telewizji. Westchnął.

– Czy to jest ta słynna modelka, której zaginięcie tak roztrąbiły media? – zapytał.

– Coś ty, z księżyca spadłeś? Tamta wyglądała zupełnie inaczej, miała krótkie rude włosy i zupełnie inny, wyzywający wyraz twarzy. Ta na zdjęciu to Marta Woźnicka, lat dwadzieścia osiem, to znaczy tyle miała w dwa tysiące jedenastym. Była dyrektorem sprzedaży w L’Oreal Polska.

Bielski jeszcze raz wrócił do fotografii na ekranie komputera, po kolei je odsłaniając. Zatrzymał się znów na zdjęciu twarzy z Internetu i porównywał ją z anielskim obliczem pani dyrektor.

– To niewiarygodne, ale ty chyba masz rację! – Bielski spojrzał na wpatrująca się w niego wnikliwie Czarną. – Tej żałosnej istoty właściwie nic nie może łączyć z oszałamiającą urodą Marty Woźnickiej, ale te oczy… Mimo iż są kompletnie wyprane z uczuć, to jednak są to te same oczy!

– Dlatego właśnie na to wpadłam, poza tym, jak przyjrzysz się uważnie tym zniekształconym tłuszczem rysom, dostrzeżesz pewne istotne podobieństwa.

– Tak… Dobrze, reasumując… – Bielski zamyślił się na chwilę. Potem spojrzał na Czarną i kontynuował: – Zdjęcia mogą być oczywiście ponurym żartem. W dobie dzisiejszych technologii zmontowanie takiej groteski to pikuś. Pytanie tylko – po co? Więc zadanie numer jeden to sprawdzić, czy fotki są autentyczne, czy spreparowane. Czy tak, czy siak, soft do identyfikacji twarzy musi zweryfikować, czy osoba na zdjęciach to Marta Woźnicka. Jeżeli się okaże, że te fotki nie są zmontowane, i to rzeczywiście jest poszukiwana, to wyjdzie z tego niezły pasztet. Dobrze tylko, że my nie będziemy się w nim babrać.

– To co z tym zamierzasz zrobić?

– To, co powinniśmy. Przekazać te materiały do grupy w Komendzie Głównej zajmującej się tą sprawą. Ponieważ namieszałaś trochę z Brytanem, zajmę się tym sam. Mam dobrego kumpla w KG i zamierzam go odwiedzić. Zanim oddam to chłopcom, do których powinny trafić, przeprowadzę trochę badań samodzielnie, korzystając z zabawek w KG. Michał mi w tym pomoże. A potem… no cóż, zapomnimy o sprawie. Załatwię tylko dostęp do informacji o postępach w śledztwie. Wezmę dwa dni urlopu i jutro pojadę do stolicy. Usatysfakcjonowana?

– Nie. – Czarna wyglądała na zamyśloną. – Mam niejasne wrażenie, że tej sprawy tak łatwo się nie pozbędziemy.

– Co, chcesz działać na własną rękę? Zwariowałaś?

– Nie o to mi chodzi. – Nieodgadniony wyraz nie schodził z twarzy Czarnej. – Od czasu, jak zobaczyłam tę stronę w necie, coś we mnie… zaszło! Nie umiem ci tego wytłumaczyć racjonalnie, ani chyba w ogóle, ale to nie jest kaprys. – Spojrzała uważnie na Bielskiego. Ani śladu drwiny – chyba traktował ją poważnie.

– Tak, to może włączą nas do grupy CBŚ w Warszawie? – Bielski zdał sobie sprawę, że żart był nie na miejscu. – Czekaj – jeszcze raz przewinął stronę ze zdjęciami – tu jest jakiś aktywny link!

Bielski kliknął na link, oznaczony mikroskopijnymi krzyżykami. Połączenie internetowe w restauracji, na szczęście, działało.

– Jakiś serwer FTP na Tajwanie – zamruczał.

– Co?

– Nieważne, można stąd ściągnąć fotkę, spróbujmy więc. – Bielski uruchomił transfer pliku do swojego komputera. – Duży plik w formacie TIFF, ma prawie pięćdziesiąt megabajtów. Trochę to potrwa.

– Może to jakiś wirus?

– Wirus o takiej objętości mógłby naraz pożreć wszystkie komputery na świecie – Bielski uśmiechnął się ciepło do koleżanki – ale na wszelki wypadek wypluj to słowo, bardzo jestem przywiązany do danych na moim notebooku.

– Mam wrażenie, że coś tu śmierdzi. – Twarz Czarnej wyrażała głębokie skupienie.

– Wrażenie… Mam! – Bielski prawie krzyknął. – Świat według Bundych. Oglądałaś ten serial?

– Nie oglądam seriali.

– Ach, ten pochodzi z czasów, kiedy jeszcze oglądało się seriale. Ameryka lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Wnętrze na zdjęciach pochodzi z tego serialu!

– Co? Żartujesz chyba.

– Nie żartuję, oglądałem go namiętnie i zawsze zaśmiewałem się do łez. Trudno zapomnieć wnętrze salonu rodziny Bundych, w którym rozgrywała się większość scen!

– Nic z tego nie rozumiem.

– Nie martw się, ja też, ale mam coraz większą ochotę się dowiedzieć, co tu jest grane i w jakim rytmie. – Bielski spojrzał przez dużą szybę na parking.

Oboje milczeli dłuższą chwilę.

– Plik ściągnięty. – Bielski otworzył zdjęcie i wypełniło ono cały ekran komputera.

– Hm, to jest ta sama fotka, tylko w perfekcyjnej wręcz jakości! – Czarna przysunęła swoje krzesło do siedziska Bielskiego i oboje w zdumieniu oglądali znaną już im fotografię twarzy żarłocznej istoty, która jeszcze nie tak dawno miała piastować prestiżowe stanowisko w jednej z czołowych firm kosmetycznych.

Cztery tysiące siedemset dwadzieścia na dwa tysiące osiemset siedemdziesiąt pikseli, z których zbudowany był obraz, wręcz porażająco wiernie oddawało wszelkie, nawet mikroskopijne szczegóły. Przez chwilę nie odzywali się słowem, w milczeniu chłonąc wszystkie detale oblicza, które było jak maska ukrywająca wulkan przerażających przeżyć.

– Wygląda to tak, jakby autor chciał nam przekazać gotowy materiał porównawczy do badań laboratoryjnych! – Bielski nie ukrywał swojego zdumienia, szeroko otwartymi oczami patrząc na Czarną.

– Chyba rozumiem. – Pani podkomisarz spojrzała znów na ekran komputera, mrużąc oczy. – Wszystkie analizy da się przeprowadzić o wiele łatwiej, mając do dyspozycji taki obraz w jakości HD.

– To znacznie lepsza jakość niż HD, ale do rzeczy. – Bielski sprawdził, czy cała zawartość pendrive’a skopiowała się na jego dysk i wyłączył notebooka. – Weź swojego pena, znajdź na jakimś You Tube choćby fragmenty Świata według Bundych i pooglądaj sobie. Nie zapomnij też zrobić coś w sprawie Wólki. Ja jutro wyjeżdżam do Warszawy. Aha, zmieniłem zdanie, myślę, że jednak nie pozbędziemy się tak łatwo tej sprawy.

Wyszli z restauracji. Niektórzy z siedzących kierowców z uśmiechem obserwowali wychodzącą parę, jakby umyślnie zaprojektowaną w proporcjach dwa do jednego.

ROZDZIAŁ II

 

28 września 2013

Adam Koch byłby typowym przykładem przeciętnego, wręcz nijakiego mężczyzny, gdyby nie dwie cechy przykuwające uwagę. Pierwsza to niewiarygodna chudość, która przy wzroście poniżej przeciętnej sprawiała wrażenie jakiejś sztuczności. Druga to kompletnie łysa czaszka, która ostatnie włosy straciła ponad dwadzieścia lat temu. Dodając do tego wiek sześćdziesięciu dwóch lat, którego oznaki wcale nie oszczędziły mężczyzny, Adam prezentował się, wypisz, wymaluj, niczym buddyjski mnich. Tylko ubranie miał europejskie.

Nie spiesząc się, jechał wolno drogą na południe od Jasła w kierunku Nowego Żmigrodu. Piętnastoletnie volvo było mu chyba wdzięczne za tak łagodne traktowanie. Świeciło słońce, a widoczne już w oddali zadrzewione wzgórza Beskidu Niskiego zaczynały miejscami mienić się kolorami żółci i czerwieni. Było jednak zimno, jak na wrzesień, czujnik samochodu pokazywał tylko niespełna dziewięć stopni powyżej zera, pomimo zbliżającej się godziny trzynastej.

Adam Koch był fizykiem, mającym na swoim koncie wiele sukcesów, a jego kilkanaście znaczących prac naukowych było doskonale znanych i cenionych. Od dziesięciu lat był wdowcem. Tytuł profesora uzyskał już ponad dwadzieścia lat temu, a od trzydziestu był wykładowcą fizyki cząstek elementarnych na Uniwersytecie w Getyndze oraz całkiem niedawno na Politechnice Wrocławskiej. Poza tym nieregularnie gościł ze swoimi wykładami na większości cenionych uczelni w Europie i Ameryce. Właściwie tak było do wiosny tego roku. Mniej więcej od maja powoli rezygnował najpierw z pracy pedagogicznej, a od września postanowił wycofać się nawet z udziału w konferencjach naukowych i odrzucał zaproszenia na sympozja i wykłady, licznie wciąż napływające z całego świata.

Miał swój osobisty powód, o którym niechętnie mówił, choć była nim kolejna, ponadtysiącstronicowa praca, którą ukończył w marcu. Mogło wydawać się to dziwne, ale praca ta nie doczekała się publikacji, a właściwie Adam w ogóle nie zamierzał jej publikować. Przynajmniej do czasu swojej śmierci. Została zapieczętowana i złożona u jego notariusza w Getyndze. Profesor zgromadził również specjalny fundusz, który miał posłużyć wydaniu książki, zaraz po jego pogrzebie, bez pośrednictwa żadnego z wydawnictw, nawet tych, które od dziesięcioleci drukowały jego książki. Żaden z jego mniej lub bardziej szacownych kolegów nie miał pojęcia o tej pracy. Świat nauki, w którym był tak dobrze znany, nawet nie przypuszczał, że profesor Adam Koch ukończył właśnie dzieło swojego życia.

Decyzja ta była efektem długich przemyśleń profesora, czy ma swoje dzieło ujawnić już teraz, czy też powinien z tym zaczekać. Zdecydował się na to drugie, być może pod wpływem zwykłego strachu, że zamiast sławy zostanie okrzyknięty wariatem! Cóż, był tylko człowiekiem i, jak każdy, miał swoje słabości. Powodem głównym było jego troje dzieci: dwóch synów i córka. Wszyscy zrobili kariery naukowe, choć w zupełnie innych dziedzinach, i Adam nie chciał, żeby wrzawa, która powstanie po wydaniu jego pracy, zaszkodziła ich, ciężko wypracowanym, pozycjom w świecie nauki. Zupełnie inaczej będzie to wyglądało po jego śmierci, stąd taka właśnie, a nie inna decyzja.

Dzieło życia profesora to całkiem nowa teoria powstania i funkcjonowania wszechświata. Gdyby nie to, że powstała ona z syntezy najnowszych odkryć w dziedzinie fizyki kwantowej oraz szczegółowej analizy tekstów biblijnych i innych ważnych, świętych ksiąg wielkich religii, mogłaby stać się, poszukiwaną od dziesięcioleci, teorią wszystkiego. Nie była, ponieważ nie istniał sposób jej jakiejkolwiek weryfikacji metodami naukowymi. Profesor wierzył jednak, że była ona jedyną, racjonalną odpowiedzią na wszystkie nurtujące człowieka od wieków pytania. Pytania nie tylko o istotę wszechświata, ale również o sens naszego istnienia. Problemem było to, iż świat nauki zafascynowany pędem poznania i przepełniony pychą swoich odkryć nie był na nią gotowy.

Profesor Koch uważał, że otrzymał rzadki dar poznania i zrozumienia, i to nie w zaciszu swojego gabinetu, gdy ślęczał nad kolejnymi równaniami matematycznymi, ale kilkanaście kilometrów stąd, w sanktuarium Świętego Jana z Dukli, dokładnie siedem lat temu.

Wjeżdżając do Nowego Żmigrodu, skręcił w lewo. Znajdowała się tam jedyna w miasteczku stacja benzynowa, a za nią cmentarz. Przejechał obok stacji i zatrzymał się na małym, wysypanym żwirem parkingu. Wysiadł z auta i wszedł na teren nekropolii. Centralna część była ogrodzona i starannie odrestaurowana. Znajdowały się tu mogiły poległych w I wojnie światowej. W tym regionie takich cmentarzy było mnóstwo. Znaczyły one linię przebiegającego tu wtedy frontu. Pochowano tu żołnierzy 27. Pułku Piechoty Cesarskiej i Królewskiej Armii, tych znanych z nazwisk oraz tych niezidentyfikowanych. Oprócz tego pochowano tam nieznanych żołnierzy rosyjskich.

Profesor zatrzymał się przed jednym z grobów oznaczonych imieniem i nazwiskiem. Günter Koch. Jego pradziadek. Siedem lat temu był tu po raz pierwszy i wpadł na pomysł, żeby pomodlić się za jego duszę również w nieodległym, dość znanym sanktuarium Świętego Jana, zwanego też Pustelnikiem. Dziś, tak jak co roku od tamtego wydarzenia, odtwarzał ten rytuał, wierząc, że wzmacnia on dość niezwykłe zdolności, które wtedy w sobie odkrył. Nie chodziło tu tylko o ten dar zrozumienia, który pozwolił mu napisać dzieło życia. Wtedy wydarzyło się coś jeszcze.

Stał przed grobem, na zupełnie pustym cmentarzu, wspominając.

Gdy wrócił wtedy do Getyngi, gdzie mieszkał przez większą część roku, zaczął doznawać wizji. Obrazy pojawiały się, czasami znienacka, w większości na ulicy. Tracił wtedy świadomość, choć w tym czasie nadal szedł tam, dokąd sobie zaplanował. Tylko że bywało tak, iż czasami nie pamiętał nawet połowy przebytej drogi! Nie rozumiał ani tych pojawiających się w jego głowie obrazów, ani jakim cudem przebył wyznaczoną drogę. W innych miejscach lub w domu wizje raczej się nie zdarzały.

Korzystał z porad najlepszych psychiatrów. Przecierpiał nawet miesiąc w Klinice Psychiatrycznej Uniwersytetu w Bazylei. Nie było żadnej poprawy, a lekarze kręcili tylko głowami.

Pomoc nadeszła z zupełnie nieoczekiwanej strony. Udzielił mu jej skromny zakonnik, ojciec Kurt Wiessman, który spotkał go raz w kościele i skłonił do wyznań.

Ten, nieżyjący już dziś, siwowłosy staruszek wyjaśnił mu, że to nie jest choroba, tylko rzadki dar spojrzenia w dusze innych ludzi, szczególnie tych, które trapione są nieszczęściami lub kłopotami. Właściwie były to tylko strzępy ich wspomnień lub wyobrażeń, bez związków przyczynowo-skutkowych. On był jakby katalizatorem tego bólu i posiadł zdolności widzenia zdarzeń i sytuacji, które czasami były odpowiedzią. Jednak uzyskanie jakiejś odpowiedzi i w rezultacie próba pomocy potrzebującym jej ludziom wcale nie były proste. Wyciąganie wniosków na ich podstawie wymagało dużego doświadczenia, a przede wszystkim uczestnictwa w tym procesie osób emocjonalnie zainteresowanych. Wtedy nie rozumiał tego dobrze, ale z czasem zakonnik nauczył go, jak kontrolować te doznania, i uświadomił mu, że przyjdzie taki moment, gdy będzie mógł je wykorzystać do niesienia pomocy innym. Wyznał mu też, iż sam od lat jest obdarzony taką wrażliwością. Wyjaśnił mu również, że wielu ludzi, którzy takie właściwości posiedli lub mieli od zawsze, wykorzystuje je często do niecnych celów, mieniąc się „widzącymi przyszłość” lub sprzedając przepowiednie indywidualnych losów wszelkim naiwnym, których nie brakuje. Ich atutem jest to, iż potrafią dostrzegać skrywane głęboko sekrety klientów, a ci naiwnie wierzą, że jest to dowód ich nieomylności.

W czasie ostatnich ich wspólnych spotkań ojciec Kurt napominał go wielokrotnie, żeby swoje widzenia wykorzystał tylko wtedy, kiedy ktoś inny świadomie się do niego zwróci o pomoc. Zapewnił go, że tak się kiedyś stanie, bo został do tego powołany, ale droga do celu była jeszcze daleka.

Gdy wiedział już, co zrobić, żeby wizje nie ukazywały się niepowołane, powrócił do normalnego życia i pracy. Wtedy zrodziła się w jego umyśle teoria, której spisaniu poświęcił następne sześć lat. Jednocześnie coraz lepiej rozumiał swoją przypadłość w kontekście choćby fizyki kwantowej, co samo w sobie było niezwykłym bodźcem do ukończenia pracy.

Swojego daru nie wykorzystał jeszcze, żeby komuś pomóc. Wielokrotnie go kusiło i próbował, ale zawsze dochodził do wniosku, że to, co widzi, nikomu w niczym nie pomoże.

Aż do minionego tygodnia. Zadzwonił jego dobry znajomy, dziekan Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. Zrozpaczony wyjaśnił mu, że zaginęła jego jedyna córka, rozpaczliwie jej poszukuje i zwraca się o pomoc do każdego, kogo zna. Po tej rozmowie profesor Adam Koch poczuł wyraźnie, że nadeszła ta chwila, że jest potrzebny.

Przeżegnał się i poszedł w kierunku samochodu. Pojedzie do Dukli, pomodli się, a potem uda się prosto do Wrocławia.

***

1 października 2013

Cichy, basowy odgłos potężnego, dwunastocylindrowego silnika brzmiał jak pomruk niepokonanego na swoim terytorium tygrysa. Umieszczony w pięknej oprawie srebrnego mercedesa SL600, czekał spokojnie na zmianę świateł. Wreszcie zapaliło się zielone światło i pięćset koni mechanicznych ożyło. Samochód wystrzelił do przodu, a z podwójnego wydechu zabrzmiał jeden z najpiękniejszych dźwięków, które można było usłyszeć na drogach.

W wygodnym fotelu pokrytym beżową, cielęcą skórą siedział człowiek, który był panem i władcą tego potwora. Ponieważ było zimno, kabriolet miał zamknięty sztywny dach i mknął szeroką trasą wyjazdową z Poznania, w kierunku autostrady.

Człowiekiem rozkoszującym się jazdą tym motoryzacyjnym cudem był Paweł Wielgosz. Powszechnie znany w środowisku nie tylko polskiego biznesu zmierzał do swojej nowej, niedawno otwartej, czwartej fabryki w Polsce. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że to auto było jednym z niewielu źródeł przyjemności wiecznie zajętego biznesmena. Właściwie, od czasu ucieczki jego byłej żony do RPA, jazda mercedesem stała się jedynym źródłem tej przyjemności. Dwa lata temu żona Wielgosza wyjechała z jakimś opływającym w forsę pajacem, zabierając ich jedyne dziecko, dwunastoletnią córkę. Od tamtej pory jej nie widział. Raz w miesiącu latał do Durbanu i spędzał dwa dni z córką. To wszystko, więc tu w Polsce została mu tylko praca i jego V12.

Jadąc, myślał o wczorajszym telefonie od profesora Kocha. Znał go od czasu swoich studiów i wiele mu zawdzięczał, przede wszystkim – swój sukces w biznesie. To on dostrzegł w nim coś. To on zasugerował mu, w co zainwestować spory majątek po zmarłym ojcu, kiedyś jednym z największych badylarzy w Polsce. Zaawansowane technologie telekomunikacyjne stały się drabiną, po której piął się w górę. Od kilkunastu lat jego majątek wciąż rósł i dziś szacowany był na ponad dwieście milionów złotych.

– Witam cię, Pawle, będę się streszczał, bo czas nie jest moim sprzymierzeńcem.

– Dobry wieczór, panie profesorze.

– Przyszedł taki moment, w którym możesz w znacznym stopniu przyczynić się do zwycięstwa dobra nad złem.

– Przyznam, że jestem zaskoczony!

– Domyślam się, przeczytaj po prostu e-maila, którego ci wysłałem. Wtedy zdecydujesz sam. Dobrej nocy.

Wielgosz nie zdążył nic więcej dodać, gdyż profesor się rozłączył. Przeczytał e-maila i wiedział już wtedy, że nie może odmówić prośbie profesora. On miał zrobić niewiele, na specjalne konto przelać tylko sto tysięcy euro. Profesor zapewniał, że wszystkie niewykorzystane fundusze wrócą do niego. To akurat było bez znaczenia. Doskonale rozumiał wagę przedsięwzięcia, którego podjął się profesor. Dziś rano pieniądze zostały przelane, a on poczuł się o wiele lepiej. Dodał gazu i dwie turbosprężarki wydusiły z silnika jeszcze więcej mocy.

***

2 października 2013

Marcin Rutkowski siedział znudzony i bezmyślnie gapił się w telewizor. Był studentem drugiego roku Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Jego prawdziwą pasją był komputer, z umiejętnością obsługi którego chyba się urodził. Umiejętności to mało powiedziane – od dziesiątego roku życia był prawdziwym wirtuozem świata pecetów i maców. Gdyby tylko zechciał, mógłby rywalizować z najlepszymi hakerami. Nie zechciał, ponieważ należał do tych wyjątków wśród dzisiejszej młodzieży, których dobre wychowanie nie poszło na marne.

Czasami tego wręcz żałował, mając świadomość, jak łatwo zdobyć duże pieniądze, nie tracąc czasu na lata nauki i mozolnej pracy. Z jego zdolnościami nawet ryzyko wpadki prawie nie istniało.

Przeżywał teraz trudne chwile. Miesiąc temu rzuciła go dziewczyna, z którą wiązał duże nadzieje. Wczoraj mieli wyjechać na dziesięć miesięcy do Nowej Zelandii, gdzie chcieli zwiedzić obie wyspy, pracując dorywczo tu i tam. Zresztą nawet nie musieli zbierać owoców lub warzyw na farmach, swoje zlecenia z Polski mógł wykonywać zdalnie, wszędzie tam, gdzie był dostęp do Internetu. Dzięki tym zleceniom już od dłuższego czasu nieźle zarabiał. Stać go było nie tylko na własny samochód, ale również na mieszkanie. Wynajmował je sam, ponieważ lubił samotność, a atmosfera akademików go wkurzała.

Teraz miał to wszystko gdzieś. Sam oczywiście nigdzie nie poleciał, kupione dużo wcześniej bilety na samolot sprzedał w sieci, tracąc tylko na ich przebukowaniu.

Idiotyczne seriale przeplatane równie głupawymi reklamami odmierzały wolno płynący czas. Zadzwonił telefon. Marcin przez dłuższą chwilę przyglądał się wyświetlaczowi swojego iPhone’a. W końcu odebrał połączenie.

– Witam mojego zdolnego studenta. – Marcin rozpoznał głos profesora Kocha, niemiecki akcent był prawie niewyczuwalny. Zawsze zastanawiał się, czy Koch, którego podziwiał jak rzadko kogo, jest Polakiem, czy Niemcem, doskonale mówiącym po polsku.

– Witam, panie profesorze.

– Na uczelni dowiedziałem się, że wziąłeś dziekankę. Robisz teraz coś wyjątkowego?

– Właściwie to nic nie robię. Nie przyjąłem nawet nowych zleceń. Chcę odpocząć.

– Odpocząć? Chyba żartujesz, masz dwadzieścia jeden lat! Będziesz odpoczywał, jak będziesz miał tyle co ja.

– Ee, miałem pewne plany, ale się posypały.

– Dobra, koniec tych wstępów. Angażuję cię do pewnej ważnej roboty. To może potrwać miesiąc albo sześć miesięcy. Tego jeszcze nie wiem. Przesłałem ci e-mailem szczegółowe wyjaśnienia. Z wynagrodzenia też będziesz na pewno zadowolony. To może być najważniejsza praca, jaką wykonałeś w życiu! Nie przyjmuję więc odmowy.

– Właściwie, czemu nie. – Daleko było szukać entuzjazmu w odpowiedzi Marcina.

– Otwórz e-maila z adresu uczelni. Cześć.

– Do widzenia. – Do Marcina wciąż nie miały dostępu żadne uczucia, ale podszedł wolno do komputera i włączył go, pierwszy raz od tygodnia.

***

Profesor Koch siedział przy kawiarnianym stoliku na warszawskim Nowym Świecie. Pijąc kawę, przypatrywał się tłumom przechodniów spieszących gdzieś, w sobie tylko wiadomym celu. Jak w mrowisku, tylko że trudno by tu szukać idealnego porządku właściwego zbiorowisku mrówek.

Koch zastanawiał się, czy dobrze zrobił, wciągając w sprawę Pawła Wielgosza. Wiedział, że nie poczyta on sobie jego prośby jako próby wyłudzenia dużej kwoty. Profesor nie musiał tego robić. Nie był bogaczem, ale bez specjalnego uszczerbku dla swoich finansów mógł poświęcić na ten cel nawet wyższą kwotę. Zrobił to, ponieważ przeczuwał, że Wielgosz potrzebuje jakiegoś impulsu do obudzenia się z letargu, w jaki popadł po odejściu żony. Nie chciał go angażować w sprawę osobiście, gdyż niewiele by mógł pomóc, podczas gdy jego rozległe interesy po prostu go potrzebowały. Jeżeli odniosą sukces, Wielgosz dowie się o wszystkim ze szczegółami i zrozumie, jak ważna był jego pomoc.

Koch zapłacił i wyszedł z kawiarni.

***

4 października 2013

Bielski siedział w swoim ulubionym fotelu i czytał książkę. Niedawno przywiózł ją kurier – Duchowy mózg neurochirurga Mario Beauregarda. Właściwie usiłował czytać, bo wciąż nie mógł przestać myśleć o ostatnich wydarzeniach.

Drugą połowę ubiegłego tygodnia spędził w Warszawie, usiłując się czegoś dowiedzieć w sprawie zaginionych dziewczyn oraz tajemniczych fotografii z Internetu. Przekazał sprawę w ręce właściwej grupy CBŚ, prowadzącej śledztwo w tej sprawie. Pomimo iż ze szczegółami podzielił się swoimi spostrzeżeniami z mrukliwym chudzielcem z komendy głównej, nie otrzymał nic w zamian. Nikt mu nic nie chciał powiedzieć, nie mówiąc już o jakimkolwiek stopniu wtajemniczenia w śledztwo.

Zrezygnował więc z dalszych pytań, zlokalizował swojego dawnego kumpla nadkomisarza Michała Szczukę i poprosił o pomoc. Michał początkowo był bardzo powściągliwy i trochę kręcił nosem. Pracował w narkotykach i cały czas był zajęty, ale jak zobaczył, w czym rzecz, też go to wzięło.

Michał zlecił przeprowadzenie niezbędnych analiz, a Bielski tymczasem snuł się po Warszawie, bez specjalnego zainteresowania zaglądając to tu, to tam. Dobrze, że chociaż zaprosił go do siebie na noc. Gdy Bielski około dziewiętnastej odnalazł mieszkanie kumpla na Ursynowie, Michał już był w domu i przeglądał wyniki analiz. Komisarz Bielski tymi wynikami raczej zaskoczony nie był, ale postanowił zostać do następnego dnia, żeby zapoznać się z dokładną ekspertyzą pomiarów antropometrycznych, wykonanych na trójwymiarowym, wirtualnym modelu głowy, który powstał na podstawie ostatniego zdjęcia. Ekspertyza potwierdziła, ponad wszelką wątpliwość, dotychczasowe domysły. To była Marta Woźnicka. Autor zdjęcia nie próbował niczego ukryć i właściwości pliku ujawniły, że zdjęcie wykonano 7 września tego roku. Michał próbował coś wyciągnąć od kolegów prowadzących śledztwo, ale też nic nie uzyskał. Porozmawiali jeszcze potem krótko i Bielski wrócił do Nowego Romanowa.

Tego samego dnia zadzwoniła Czarna i powiedziała, że zmarła jej ciotka w Policach, a ona musi wyjechać na kilka dni, nie tylko na pogrzeb, ale również w celu załatwienia jakichś spraw spadkowych czy majątkowych. Zamierzała wyciągnąć od niego wszystkie informacje, ale Bielski nie chciał rozwodzić się przez telefon. Potwierdził tylko, że otyła kobieta na zdjęciu to Marta Woźnicka, a wszystkie fotografie były autentyczne, bez jakichkolwiek śladów manipulacji. Odczuwał jednak potrzebę dłuższej rozmowy z koleżanką, bo zagadka coraz bardziej go intrygowała. Dobrze, że partnerka następnego dnia powinna już być w Nowym Romanowie.

Do pokoju weszła jego żona Anna, która od dłuższego czasu doprowadzała do perfekcji wygląd ich kuchni. Była średniego wzrostu brunetką, z krótko ostrzyżonymi włosami, odsłaniającymi kształtne uszy i uwydatniającymi bardzo zmysłowy kształt głowy. Tak przynajmniej twierdził Bielski i stanowczo sprzeciwiał się jej planom zapuszczenia włosów. Nie posiadała urody gwiazdy filmowej, ale zawsze podobała się mężczyznom. Nawet obecnie, dobiegając pięćdziesiątki, ze swoją wciąż szczupłą sylwetką przykuwała wzrok wiele młodszych facetów.

– Czytasz? – Pytanie zabrzmiało jak polecenie natychmiastowego odłożenia książki.

– Chodź troszkę się przytulić. – Książka leżała już na stole, a Bielski rozłożył szeroko ramiona w zapraszającym geście.

Anna usiadła mu na kolanach i obejmując go, pocałowała go czule.

Od kilku lat zostali w tym mieszkaniu sami, ich obie córki wyjechały z Nowego Romanowa. Jedna wyszła już za mąż i mieszkała w Poznaniu, druga, jeszcze panna, kiedyś odkryła piękno Andaluzji i teraz mieszkała w Maladze już na stałe. Obie miały dobrze poukładane w głowie, taką przynajmniej żywili nadzieję. Były to niekłamane powody do szczęścia, tylko do pustego mieszkania wciąż trudno się było przyzwyczaić. Ale swoboda kochania się o dowolnej porze była zaletą niepowtarzalną. Nic też dziwnego, że korzystali z niej często.

Dziś jednak nie było im to dane. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Bielski spojrzał rozczarowany na żonę i delikatnie wstał, sadzając ją jednocześnie na swoim miejscu w fotelu. Ich nieliczni goście przeważnie anonsowali się sygnałem domofonu, gdyż drzwi na klatkę schodową były zawsze skutecznie zamknięte.

Przed drzwiami stał niski, rażąco chudy człowieczek o kompletnie łysej czaszce, ozdobionej okularami w drucianej oprawie.

– Dobry wieczór, nazywam się Adam Koch, jestem fizykiem.

Przyglądając się bacznie swojemu gościowi, Bielski odniósł wrażenie dziwnej swojskości. Nie żeby już kiedyś widział tego faceta. Z pewnością nie, ale coś sprawiało, że ten mężczyzna wydawał się jakby doskonale znanym elementem otoczenia, elementem, z którego od razu nie chciało się rezygnować.

– Dobry wieczór, Marek Bielski. Czy my się znamy?

– Nie, jeszcze nie. Sprawa, która mnie sprowadza, ściśle wiąże się z serią zaginięć młodych kobiet przed dwoma laty. Wpuści mnie pan? Musimy porozmawiać.

– Nie wiem, czy moje mieszkanie to najlepsze miejsce do takich rozmów. Moja żona jest w domu i wolałbym nie wciągać jej w sprawy związane z moją pracą. – Bielski nie ruszył się ani o krok, wciąż blokując uchylone drzwi.

– Rozumiem pana doskonale, ale to, co mam do powiedzenia, w pewnym sensie dotyczy również pana żony i byłoby bardzo dobrze, gdyby była obecna przy naszej rozmowie. – Koch spojrzał przenikliwie zza szkieł swoich okularów.

– Dobrze, niech pan wejdzie. – Bielski niechętnie wpuścił gościa. Był bardzo ciekaw, co ma do powiedzenia, i przekonany był do jego dobrych intencji. Drażniła go tylko konieczność obecności żony przy tej rozmowie.

Anna tymczasem stanęła w drzwiach przedpokoju. Koch nie tracąc czasu, energicznie wszedł do mieszkania i zatrzymał się przed gospodynią.

– Adam Koch. – Ujął dłoń Anny i szarmancko ucałował.

– Anna Bielska, proszę, niech pan wejdzie. Czego się pan napije?

– Proszę sobie nie robić kłopotu, chyba że filiżankę dobrej herbaty.

Anna kiwnęła głową i ruszyła do kuchni. Mężczyźni tymczasem usiedli, Koch na kanapie, a Bielski w fotelu.

– Zapewne dziwi pana to, jak pana znalazłem. Pozwoli pan, że teraz nie odpowiem na to pytanie, bo trudno byłoby panu w to uwierzyć.

– Proszę sobie wyobrazić, że jednak potrafię uwierzyć, i po prostu mówić! – W Bielskim odezwał się instynkt śledczego.

– Niech mi pan zaufa i będzie cierpliwy. – Koch spojrzał wymownie w stronę kuchni. Przez chwilę nie odzywał się, wyraźnie czekając na powrót Anny. Zaraz potem pojawiła się, niosąc tacę z dzbankiem i trzema filiżankami. Usiadła w drugim fotelu i rozlała herbatę do filiżanek.

Koch, jakby zafascynowany tą prozaiczną czynnością, uważnie obserwował Annę. Bielski cierpliwie czekał.

– Proszę państwa. – Koch pociągnął łyk herbaty i spojrzał przenikliwie na państwa Bielskich. – Sprawa, która mnie tu sprowadza, jest z rodzaju tych, o których zasadności się nie dyskutuje. Trzeba – Koch zaakcentował wyraźnie to słowo i ponownie napił się z filiżanki – trzeba po prostu się w nią zaangażować! Pani mąż – mówił teraz do Anny, tak jakby jej męża nie było w domu – wraz ze swoją koleżanką z pracy dokonał ważnego odkrycia w dochodzeniu, którego wagi nikt zdaje się nie doceniać. Uprzedzając pana uwagi – zwrócił się teraz do Bielskiego – wiem wszystko o pana próbach uzyskania jakichś informacji w warszawskiej centrali. Mogę tylko dodać, że pana odkrycie nie spowodowało zwrotu w śledztwie. Przeciwnie, zdjęcia potraktowano jako kuriozum i padły wręcz słowa podające w wątpliwość rzetelność analiz komputerowych.

– Ja bardzo przepraszam – Anna przerwała profesorowi – może zostawię panów jednak samych. Sprawy zawodowe męża mnie nie interesują. – Rzuciła wymowne spojrzenie na Kocha.

– Proszę zostać i cierpliwie mnie wysłuchać. – Ton Kocha nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. – Zbagatelizowano również nowe fakty, nie łącząc ich ze sprawą – kontynuował. – Według posiadanych przeze mnie informacji znów zniknęły dwie wyjątkowo ładne, młode dziewczyny o figurach modelek. – Koch sięgnął po filiżankę.

– Kim pan właściwie jest? – Bielski nie wytrzymał.

– Jestem profesorem fizyki, co akurat nie ma większego znaczenia. Jestem również przyjacielem ojca jednej z zaginionych niespełna dwa tygodnie temu dziewcząt. Pewne okoliczności, których teraz nie mogę ujawnić, skłoniły mnie do zaangażowania się w tę sprawę. Ponieważ, jak nadmieniłem, oficjalne śledztwo jest prowadzone w sposób pozostawiający wiele do życzenia, postanowiłem zorganizować prywatną grupę analityków, którzy przełamią impas w tej sprawie. Zgromadziłem fundusze i zdecydowałem się zatrudnić pana, komisarzu Koch, oraz pańską koleżankę Małgorzatę Jackowską. Oprócz mnie i państwa zespół składał się będzie jeszcze z jednego członka, którego wkrótce poznacie.

– Jak to zatrudnić?! – wybuchnął Bielski. – Przecież mamy swoją pracę i nikt nie raczył włączyć nas do tego śledztwa.

– Dokładnie tak, jak powiedziałem. – Koch był niewzruszony. – Zostaniecie zatrudnieni przeze mnie z pensją w wysokości trzech tysięcy euro miesięcznie, co odpowiada średnim zarobkom na odpowiednich stanowiskach w Getyndze, w której mieszkam. Choć jestem dość niepozornym, starszym człowiekiem, posiadam sporo koneksji w Polsce. Właśnie wróciłem z Warszawy, gdzie załatwiłem wam urlopy bezpłatne. Wasz przełożony odnośne dokumenty będzie miał w poniedziałek na biurku. – Widać było zmęczenie na twarzy profesora, który zrobił kolejną przerwę, sącząc herbatę.

– No, szczerze mówiąc, zaskoczył mnie pan zupełnie – Bielski w rzeczywistości już się temu wcale nie dziwił, a jego wyobraźnia ruszyła galopem, nagle się jednak zatrzymując – ale skąd pomysł, żebym to był ja? Trudno byłoby mi przypisać sobie jakieś sukcesy, jestem wręcz wzorem niczym niewyróżniającego się policjanta.

– Niezbadane są ścieżki Pana. – W słowach Kocha nie było śladu ironii. – Ze względu na spokojny charakter tego miasta, tu będzie nasza kwatera główna, wynajęty dom przy ulicy – profesor spojrzał w swoje notatki – Krakowskiej osiemdziesiąt trzy. Pani Aniu, mąż będzie nocował w domu, jakby nigdy nic. – Obdarzył ciepłym uśmiechem Annę.

– Wie pan, trochę to wszystko wydaje mi się dziwne. Z jednej strony bardzo boję się o Marka, bo do tej pory nie miał zbyt niebezpiecznej pracy – Anna spojrzała na męża – i było nam z tym dobrze. Z drugiej jednak, nie wiem dlaczego, ale ufam panu.

– Proszę zachować spokój ducha. – Miły uśmiech nie schodził z twarzy Kocha. – Nie będziemy do nikogo strzelać. Naszym zadaniem jest myśleć i za to będę płacił pani mężowi. Tak więc, panie komisarzu, spotykamy się w poniedziałek o ósmej rano, na Krakowskiej osiemdziesiąt trzy. Być może dotrze już część wyposażenia. Aha, i liczę na przedstawienie całej sprawy pani Małgorzacie. Chyba nie powinna mieć nic przeciwko? – dodał.

– Na pewno, bo to właściwie ona odkryła zdjęcia w Internecie. – Bielski jeszcze raz popatrzył na profesora. Już nie wydawał mu się ani taki niski, ani taki chudy.

– Dziękuję i dobranoc. – Koch wstał i ruszył do drzwi.

Oboje również wstali i zanim dotarli do korytarza, po profesorze Kochu nie było już ani śladu.

Popatrzyli na siebie.

ROZDZIAŁ III

 

5 października 2013

Czuł się doskonale. Trudno to inaczej określić. W żyłach zamiast krwi krążyło mu wysokooktanowe paliwo lotnicze, a jego możliwości były nieograniczone. Widywał wokół siebie mnóstwo tych człekokształtnych istot. Wiedział, że to fizyczne podobieństwo do niego to tylko nic nieznaczący żart. To kpina, która pomoże mu zrealizować dzieło swojego życia. To kpina, która tylko uwypukli jego nieśmiertelną postać w historii tej nędznej planety. Jego przeznaczeniem jest znaleźć się w panteonie bogów, tych, którzy nigdy nie bawili się w niańczenie ludzkości, tylko bezwzględnie egzekwowali należne im prawa.

Na razie jednak musiał udawać, wciąż udawać. Było tyle pracy… W dodatku niedawno wkroczył w drugą fazę realizacji swojego projektu. Jeszcze nie dotarł nawet do połowy. Dopiero dwa nowe Tworzywa znalazły się w miejscu przeznaczenia. Zaczynało go mierzić, że musi marnować tak wiele swojej cennej energii na pozyskanie Tworzyw. Zdawał sobie jednak sprawę, jak musi być ostrożny. Świat tych marnych ludzików był dla niego jak kłębowisko żmij – głupich, ale niebezpiecznych.