Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Twoje życie w moich rękach ebook

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin  

4.12244897959184 (98)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 220 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Twoje życie w moich rękach - Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Katarzyna Skrzydłowska - Kalukin w rozmowach z lekarzami najpopularniejszych specjalizacji w Polsce i pracownikami polskiej służby zdrowia.

Co widzi pacjent w szpitalnej izbie przyjęć? Zatłoczoną poczekalnię, w której siedzi się po kilka godzin, tłok, lekarzy i pielęgniarki, które go lekceważą. A co widzą lekarze i pielęgniarki?

O tym jest ta książka.

Zbiór rozmów z ludźmi, którzy tworzą naszą służbę zdrowia i opowiadają nam o niej ze swojej perspektywy. Ta publikacja pomoże nam zrozumieć, jak wygląda codzienność z tej drugiej strony - nawał pracy, brak możliwości stosowania najnowszych osiągnięć medycyny, absurdy systemu.

„Pacjenci nas obrażają, krzyczą, że płacą składki i nas utrzymują. Nie zapomnę dyżuru na SOR, kiedy pacjenci w poczekalni chcieli mnie zlinczować, bo oni czekali, a ja musiałam pójść na blok operacyjny do urazu. Pacjent przyjechał z innego szpitala, jedno, jedyne oko, a chorzy z zapaleniem spojówek mieli do mnie pretensję, że poszłam zorganizować operatora dla tego najbardziej potrzebującego z nich”.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin- dziennikarka, współpracowała z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Polska Europa Świat, tygodnikiem Newsweek, a obecnie pracuje w tygodniku Wprost. Autorka tekstów i książek o tematyce społecznej.

Opinie o ebooku Twoje życie w moich rękach - Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Fragment ebooka Twoje życie w moich rękach - Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Text Copyright © Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, 2018

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadząca: Agnieszka Skowron

Redakcja: Maria Bialek / Słowne Babki

Korekta: Lena Marciniak-Cąkała, Grażyna Milewska / Słowne Babki

Skład i łamanie: TYPO

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia na okładce: Tomasz Kawka / East News, arztsamui / Adobestock, Kevin Mayer / Adobestock

ISBN: 978-83-8053-509-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Umęczonym pacjentompolskiego systemu ochrony zdrowia,żeby przekonali się, że nie są sami

Wstęp

Izba przyjęć szpitalnego oddziału ratunkowego zawsze wygląda tak samo. Tłum ludzi, duszno, trudno się przebić do rejestracji przez stojących dookoła pacjentów, dla których zabrakło wolnych krzeseł. A potem jest czekanie. Mijają godziny, a my wciąż nie zostaliśmy przyjęci, chociaż przyszliśmy tu po pomoc, bo dzieje się z nami coś złego. Nikt jednak nam nie pomaga, wciąż czekamy. Ratownicy medyczni wnoszą z karetek następnych pacjentów, na których patrzymy z niechęcią, bo zajmują czas lekarzowi, do którego też chcemy się dostać. Najgorzej jest, kiedy na swoją kolej czekamy z dzieckiem. Ono słabnie, zwija się, boli je brzuch, boli je głowa, kładzie nam się na kolanach, a lekarze chodzący po korytarzu nie zwracają na nas uwagi. Po kilku godzinach myślimy, że są bez serca, że nie obchodzi ich nasze cierpienie ani ból naszych dzieci.

Słyszałam wiele opowieści ze szpitalnych poczekalni, pełnych żalu do bezdusznych lekarzy i pielęgniarek. Sama odsiedziałam swoje godziny z dzieckiem, które płakało z bólu. Dużo wiem o klimacie izb przyjęć, nigdy jednak nie poznałam ich od strony tych, którzy w nich przyjmują. Wiedziałam, co czują pacjenci, ale nie wiedziałam, co czują lekarze i pielęgniarki. Pierwszy raz usłyszałam o tym, kiedy rozmawiałam z pewną młodą okulistką, która pracowała w takim miejscu. „Pacjenci chcieli mnie zlinczować, bo musiałam biec na oddział szpitalny pomóc przy nagłej operacji” – mówiła. Dotarło do mnie coś oczywistego, czego jednak nie brałam pod uwagę, czekając z cierpiącym dzieckiem kilka metrów od pomocy, do której nie było ono dopuszczane – że lekarze i pielęgniarki także czują się bezradni z powodu kolejki i chcieliby, żeby warunki w izbie przyjęć były inne. Dla nich ta duszna poczekalnia to również jest piekło.

Kiedy zabrałam się do pracy nad książką o pracownikach ochrony zdrowia i o tym, jak oni widzą swoje szpitale i poczekalnie, od razu pomyślałam o tej młodej okulistce. Poprosiłam, żeby opowiedziała mi, jak praca w szpitalu wygląda z jej perspektywy. Jak ona czuje się na korytarzu pełnym zbolałych i zmęczonych ludzi, jak czuje się na oddziale szpitalnym. Chciałam wiedzieć, jakie ma problemy w swojej pracy, bo jakie problemy mają pacjenci – wiemy doskonale. Rozmowa z okulistką jest w tej książce. Szpitalna rzeczywistość tej lekarki to nie tylko pacjenci, ciekawe zresztą, jak niewiele miejsca zajmują oni w jej opowieści. I to nie dlatego, że lekarka nie zwraca na nich uwagi, przeciwnie, jest ambitna, stara się nauczyć jak najlepiej swojej specjalizacji, robi więcej, niż wymagają od niej przełożeni. Pacjent w jej relacji zajmuje niewiele miejsca dlatego, że tylko na tyle pozwala jej system, w którym pracuje. Można odnieść wrażenie, że w systemie tym ważniejsze są papiery niż człowiek. Papierologia to zmora, o której opowiadają też inni moi rozmówcy. Ile czasu byłoby dla pacjenta, gdyby nie konieczność żmudnego wypełniania dokumentów! A to nie koniec komplikacji.

Wspólny problem, o którym mówią wszyscy moi rozmówcy, to mała liczba lekarzy. Jest za mało psychiatrów, za mało onkologów, za mało pielęgniarek i rehabilitantów. Niby o tym wiadomo, czytamy o tym regularnie w mediach, jednak co innego wiedzieć, a co innego widzieć. Każdy z moich rozmówców pokazuje na przykładach swoich szpitali i swoich specjalizacji, jakim problemem jest brak specjalistów i personelu. Ludzie, którzy nas leczą i ratują, są coraz starsi, a następców brakuje. „Co zrobisz, gdy mnie nie będzie, a będę ci potrzebna?” – pyta retorycznie pielęgniarka, z którą rozmawiałam. Pięćdziesięcioletnia, dodajmy.

Ludzie, którzy pomagają nam w trudnych sytuacjach życiowych, są bezduszni? To przeczytajcie rozmowę z rehabilitantką, która zajmuje się osobami starszymi, po wypadkach, udarach, niesamodzielnymi. Ta kobieta żyje problemami swoich pacjentów, lubi ich, przejmuje się nimi i nie potrafi znieść tego, że tak mało może im dać. Kiedy z nią rozmawiałam, jeszcze pracowała w zakładzie opiekuńczo-leczniczym, ale niedługo potem odeszła, bo przytłoczyły ją warunki, w których musiała pracować. Ona chciała być dla ludzi u schyłku życia wsparciem, chciała im pomóc, nie tylko zapobiegając bolesnym przykurczom i odleżynom, ale także wysłuchując ich, rozmawiając z nimi. Jak to jednak zrobić, jeśli ma się pół godziny na pacjenta i ani chwili dłużej, bo trzeba biec do następnego, który też czeka? Pacjenci niesamodzielni w jej zakładzie po masażu wracali do łóżek, chociaż mogliby trochę posiedzieć w ogrodzie. Wracali, bo nie miałby kto ich z tego ogrodu odwieźć do pokoju. Leżeli cały dzień, ponieważ w zakładzie brakuje personelu. Że ZOL to trudne miejsce dla pacjentów, wiedziałam, nie miałam jednak pojęcia, jak to znoszą ludzie, którzy tam pracują. Po rozmowie z tą rehabilitantką wiem, że znoszą to źle.

Mam świadomość, że nie wszystkim wystarcza empatii i z czasem twardnieją, obojętnieją, rzeczywiście źle traktują pacjentów. Dlaczego się tak dzieje, opowiadała mi kiedyś rezydentka pracująca na oddziale onkologicznym. Szła do pracy z zapałem, obiecywała sobie, że nigdy nie będzie taka, jak starsi lekarze, którzy ludzi w kryzysie wywołanym tak poważną chorobą traktują z góry, nieprzyjemnie, burkliwie. Po kilku latach pracy złapała się na tym, że sama bywa burkliwa. Przerosły ją nawał pracy, zmęczenie i widok oddziałów szpitalnych, w których ludzi kładzie się na korytarzach. Nie tak miało to wyglądać. Młoda onkolożka na starcie kariery czuje rozczarowanie, frustrację i brak nadziei na poprawę. Czy od ludzi tak zdławionych przez system można oczekiwać zapału? W każdym razie można zrozumieć, że są sfrustrowani.

W tej książce o swojej perspektywie pracy w szpitalach opowiadają pracownicy systemu ochrony zdrowia różnych specjalizacji i zawodów. Jest lekarz rezydent, pielęgniarka, są także profesorowie. Jedni pracują w szpitalach w dużych miastach, inni w małych. Każdy rozmówca ma inne doświadczenie, dzięki czemu wszystkie rozmowy układają się w całość, która daje nam wyobrażenie tego, jak działa opieka zdrowotna w Polsce. Młodsi lekarze opowiadają o swoim osobistym doświadczeniu, profesorowie widzą już więcej, pokazują system, dlatego rozmowy z nimi znajdują się na końcu książki, kiedy wiemy już coś o tym, jak zgrzytają poszczególne tryby tego systemu. Dzięki wszystkim rozmówcom możemy lepiej zrozumieć, dlaczego kolejki w izbie przyjęć są tak długie i dlaczego dostajemy termin do specjalisty za rok. I że lekarze też wiedzą, że to skandal.

Jeden z moich rozmówców, profesor Cezary Szczylik, to sława onkologii, porównywany do Zbigniewa Religi. Kiedy słynny kardiochirurg przeprowadzał swój pierwszy przeszczep serca, on z profesorem Wiesławem Jędrzejczakiem dokonał nowatorskiego przeszczepu szpiku kostnego. Tyle że o Relidze usłyszeli wtedy wszyscy, a o Cezarym Szczyliku nie, bo jego sukcesu nie nagłośniono. Teraz jest jednym z najbardziej znanych polskich onkologów. Rozmowa z profesorem Szczylikiem obnaża wady systemu: profesor mówi wprost, że jesteśmy leczeni anachronicznymi metodami i lekami, a szybka diagnostyka, dzięki której można wyleczyć raka, w naszym systemie nie działa. Kolejki na rezonans i biopsję nie będą krótsze. A chorych przybywa. Profesor Szczylik jest przekonany, że nad katastrofą w onkologii można zapanować, że da się zmniejszyć kolejki i poprawić jakość leczenia, trzeba jednak przeprojektować system. Dlatego rozmowa z nim nie zostawia nas bez nadziei.

O systemie ze swojej perspektywy opowiada też profesor Piotr Gałecki, psychiatra, kierownik kliniki psychiatrycznej i konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii. On także mówi: jest źle, daje jednak nadzieję, że może być lepiej. Opowiada o pilotażu systemu organizacji opieki psychiatrycznej, który ma sprawić, że pomoc będzie realna, a nie tylko zapisana w ustawach. Znam osobę z małej miejscowości na wschodzie Polski, która trafiła do szpitala z powodu depresji. Spędziła tam trzy miesiące, a potem wróciła do domu, oddalonego o sto kilometrów od miasta, w którym jest szpital. Kryzys w jej życiu został zażegnany, kluczowa była jednak dalsza psychoterapia – bez niej szybko wróciłaby do szpitala. Okazało się, że w swojej okolicy nie ma co liczyć nie tylko na psychoterapię w ramach ubezpieczenia w NFZ, ale nawet na prywatne sesje. Brak gabinetów, brak terapeutów, jedyna szansa na powrót do zdrowia to prywatna terapia w mieście, w którym jest szpital. Osoba, o której piszę, jeździła po sto kilometrów w jedną stronę dwa razy w tygodniu, jednak wielu pacjentów po wyjściu ze szpitala nie może sobie na to pozwolić. Kolejna odsłona absurdalnego systemu, który leczy, ale nie do końca. Pilotażowy system, o którym opowiada profesor Gałecki, być może poprawi sytuację.

Bardzo nie lubię niefrasobliwości lekarzy pierwszego kontaktu, kiedy z problemem, z którym do nich przyszłam, kierują mnie do specjalisty. Siedzę naprzeciwko takiego lekarza i myślę: przecież ty wiesz i ja wiem, że do tego specjalisty nie pójdę, bo sprawa jest pilna, a on mnie przyjmie za rok. Ile warte jest skierowanie w takiej sytuacji? Pediatra i kierownik przychodni opowiedział mi, dlaczego muszę czekać tak długo. Podaje przykład, jak NFZ doprowadził do tego, że ów lekarz będzie musiał zamknąć poradnię, choć są do niej długie kolejki. I zapewnia, że on też wie, ile warte jest jego skierowanie. Dlatego wielu rzeczy uczy się sam, żeby nie musiał kierować pacjentów do innych lekarzy.

Z rozmów tych wynika, że podstawowym filarem naszego systemu ochrony zdrowia są ludzie. Jeśli pediatra nauczy się przeprowadzania podstawowych badań okulistycznych, będzie mógł pomóc pacjentowi na miejscu. Jeżeli lekarz w szpitalu stanie na głowie, pomoże pacjentce, a jeśli nie – może być świadkiem jej śmierci i nie ponosić za to odpowiedzialności. O takiej sytuacji opowiedział mi ginekolog-położnik, który we właściwym momencie stanął na głowie, choć nie musiał. W tym pełnym wad i absurdów systemie ludzie to najpewniejszy element, na który możemy liczyć my, pacjenci. Dlatego spróbujmy ich zrozumieć, to nasi najwięksi sprzymierzeńcy.

Na koniec dodam jeszcze, że niektórzy rozmówcy w tej książce wypowiadają się, podając swoje imię i nazwisko, ale są też tacy, którzy woleli pozostać anonimowi. W nonsensownym systemie mówienie niektórych rzeczy otwarcie jest niebezpieczne: można stracić kontrakt, pracę, zaszkodzić kolegom. Dlatego właśnie część osób poprosiła mnie o to, by ich nie przedstawiać. Anonimowość to cena za to, by ich opowieści były szczere i bez cenzury.

Co z tego, że mam chęć i ambicję, jeśli system sprawia, że jestem bezsilny?

Przychodzę na dyżur w małym szpitalu pod Kielcami i widzę, że mam pacjentkę w dwunastym tygodniu ciąży, bez płytek krwi. Wystarczy, że się skaleczy, a umrze. A co, jeśli zacznie krwawić do wewnątrz? Powinna natychmiast pojechać do większego szpitala na oddział hematologiczny. Nie mogę odesłać jej tam karetką, bo jej stan musiałby być ustabilizowany, a nie jest. To hematolog powinien przyjechać do niej. Tyle że nie przyjedzie, bo jest sam na oddziale i go nie zostawi. I co ja mam zrobić? Muszę kombinować, bo to mój problem.

Wojciech Chróściel, ginekolog-położnik, były lekarz państwowego ratownictwa medycznego w Kielcach

Najtrudniejszy moment?

Kiedy pracowałem w pogotowiu. Najstraszniejszy wyjazd w całej mojej pracy. Dyspozytor woła przez radiotelefon: „Chłopaki, nie wiem, co robicie, ale rzućcie to w cholerę i jedźcie, bo najprawdopodobniej doszło do morderstwa. I uważajcie na siebie, bo podobno tam biega chłop z siekierą. Policja już jedzie, ale wy będziecie pierwsi”.

Rzeczywiście straszne.

Jeszcze nie, to dopiero początek. Podjeżdżamy pod niewielki blok, chyba komunalny, w każdym razie blok o niskim standardzie. Wchodzimy… Ja do dziś mam to mieszkanie przed oczami. Ktoś tam w całej tej biedzie próbował coś zrobić, mieć coś z życia mimo niewielkich środków. Było czysto, były zabawki. I zobaczyłem dwójkę malutkich, ale już chodzących dzieci. I kałużę krwi. Na cały przedpokój połączony z kuchnią. I dziewczynę z otwartą raną czaszki, tak naprawdę z tej czaszki już niewiele zostało. I powoli zaczęło do mnie docierać, że te skrzepy krwi, które są wszędzie dookoła, to nie jest krew, tylko fragmenty mózgu tej młodej kobiety. Była w moim wieku, co stwierdziłem później po numerze PESEL. Ja, naprawdę, proszę mi wierzyć, nigdy nie panikuję przy pacjencie, dlatego natychmiast przystąpiłem do akcji. Najpierw sprawdziłem, czy kobieta żyje. I do dziś pamiętam, jak głośno powiedziałem: „Kurwa, żyje”. Bo to było najgorsze, co mogłem sobie wyobrazić, zarówno dla siebie, jak i dla niej. Jednak moim obowiązkiem jest ratować i, choćbym nie wiem, co myślał, zawsze będę człowieka ratował. Dlatego i tym razem tak postąpiłem. Robiliśmy wszystko, co mogliśmy, a w drzwiach przeciskali się cholerni gapie. W czasie mierzenia ciśnienia znalazłem wzrokiem taką normalnie wyglądającą dziewczynę i powiedziałem: „Ty, wyprowadź stąd te dzieci”. W trakcie reanimacji zawsze trzeba na kogoś spojrzeć i powiedzieć: „ty”, bo inaczej ludzie robią krok w tył. To jest normalne, nigdy ich za to nie winię. No więc ta dziewczyna zabrała dzieci i powiedzmy, że zdjęła mi problem z głowy. Potem poprosiłem kogoś innego: „Proszę pana, my jesteśmy odwróceni tyłem, a ten człowiek podobno tu biega”. Ze strzępów rozmów wywnioskowaliśmy, że być może ma nóż, później okazało się, że to był młotek. Powiedziałem: „Niech pan pilnuje tych drzwi, żeby nam tu nie wszedł i nie zaciukał nas od tyłu”. Przystąpiliśmy do czynności w tym bajorze krwi. Wyglądaliśmy jak z taniego horroru, byliśmy cali usmarowani. Bo to nie jest tak pięknie, że weźmiesz pacjenta na nosze, usiądziesz sobie w karetce i tam będziesz go spokojnie ratował. Tego pacjenta trzeba zaintubować, trzeba sprawdzić parametry, trzeba zobaczyć, co zrobić. Poza tym, jeżeli komuś wypływa mózg, no to przecież ja go nie mogę tak wziąć. Muszę go najpierw zabezpieczyć w jakikolwiek sposób. Ogarnęliśmy tę panią, na tyle, na ile mogliśmy, mianowicie krew krążyła. Mój brat, który jest anestezjologiem, mówił mi: „Pamiętaj, krew ma krążyć, a pacjent ma oddychać, to musisz zrobić”. Pacjentka więc była zaintubowana, na własnym krążeniu, ogarnęliśmy tę głowę, i wtedy stało się coś, po czym ja naprawdę straciłem resztki… Nie, no nie chcę tak mówić, ale ludzie to potrafią być ludźmi. No więc zabraliśmy tę pacjentkę, żeby ją zanieść do karetki. Niech pani sobie wyobrazi, ile my mamy ze sobą sprzętu, skoro to było hasło „reanimacja”. Mamy wielkie torby, każdy z nas idzie czymś objuczony. A tu nie ma miejsca na to, żeby zabrać ze sobą nosze na kółkach, które moglibyśmy sobie prowadzić, bo tam są schody bez windy. Mamy więc deskę ortopedyczną, czyli takie płaskie, śmieszne coś, na czym tę pacjentkę trzeba umieścić i nieść. I niesiemy. Pacjentkę bez fragmentów mózgu. Zabezpieczyliśmy ją, jak mogliśmy, ale to jednak jest deska ortopedyczna, a my jesteśmy objuczeni sprzętem i każdy z nas trzyma jedną ręką deskę, a drugą coś innego i jeszcze dźwiga coś na plecach. Niesiemy więc tę kobietę, mamy przed sobą strome schody, gapiów, tłum, że przejść się nie da, a oni, oczywiście, nie odejdą i wtedy pewna kobieta strasznie chce zrobić zdjęcie. Tak strasznie, że wskakuje mi na plecy. Nie muszę nawet oczu zamykać, żeby widzieć znowu tę sytuację. Na prawym ramieniu miałem uwieszoną dużą, cholernie ciężką torbę, która wrzynała mi się w bark, a ta kobieta rzuciła mi się na plecy, tylko po to, żeby zrobić zdjęcie. To był jeden, jedyny raz w życiu, kiedy uderzyłem kobietę. Trzepnąłem tę babę tak, że zaczęła krzyczeć: „Policja, on mnie uderzył!”.

Jak ją pan uderzył?

Zepchnąłem ją z siebie w taki sposób, że na pewno grzmotnęła o ziemię. Miałem później wyrzuty sumienia, że nie powinienem był tego robić, ale proszę sobie wyobrazić, w jakim ja byłem stresie, miałem pacjentkę, musiałem myśleć, co z nią zrobić, jak przecisnąć się przez tłum, kiedy nagle czuję, że ktoś mi włazi po plecach. Ja tę kobietę miałem ochotę rozszarpać. To nie są żarty, odwinąłem się, trzepnąłem ją zdrowo, bo mam metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto kilo wagi. No i nie wiedziałem, że potrafię puścić taką wiązankę.

Często zdarza się, że ludzie reagują tak, jak na tej klatce schodowej?

To jest powszechna reakcja. Stoją i się gapią. Ja już nawet się śmieję: „A stójcie i się gapcie, byleby ktoś po nas zadzwonił”. I nie pomagać, jeśli się nie potrafi. Nie umiesz, to nie dotykaj. Żeby nie zostać oskarżonym o nieudzielenie pomocy, wystarczy zadzwonić po pogotowie. Nie znasz się, masz prawo nie podejść. Nie jestem za tym, żeby zaostrzać przepisy o udzielaniu pomocy. Natomiast jeśli chodzi o gapiów, to najgorsze jest to, jak filmują naszą pracę albo próbują nam dawać dobre rady. Ja naprawdę wiem, co mam robić, nie potrzebuję rad. Jedziemy do nieprzytomnego pacjenta, może z nim się dziać tysiąc różnych rzeczy. Może omdlał, bo ma cukrzycę, a nie zjadł śniadania, da mu się glukozę i wszystko będzie dobrze. A może ma tętniaka w głowie i jest jeszcze szansa, żeby tego człowieka uratować. Nie wiem, to jest pacjent nieprzytomny i nie powie mi, co mu się dzieje. A tutaj stoi mi nad uchem jakiś dziad, za przeproszeniem, bo to najczęściej jest taki mężczyzna w wieku sześćdziesiąt plus, stoi taka cholera i mi gada, że jestem za młody, że się nie znam i co my wyrabiamy. To jest coś, co doprowadza mnie do szału.

Jest pan rezydentem w trakcie specjalizacji ginekologiczno-położniczej i jeździł pan w pogotowiu. Może pan tak pracować w naszym niedofinansowanym systemie opieki zdrowotnej, żeby jednak pomóc pacjentom?

Jest takie brzydkie powiedzenie… Czy ja mogę używać niecenzuralnych słów, czy nie bardzo?

Proszę używać, najwyżej ich nie opublikujemy.

Dobrze. Są dwa powiedzenia, które powtarzają moi starsi koledzy. Jedno to „szkłem dupy nie utrzesz”, a drugie to „z gówna bata nie ukręcisz”. To jest właśnie nasz problem. Co z tego, że mamy chęci, ambicję – bo my naprawdę mamy powołanie – jeśli ten system sprawia, że stajemy się bezsilni. Jednak nie chodzi tylko o finanse, ale także o to, jak ktoś ci zorganizuje pracę, jakie przepisy wprowadzi, jakie procedury stworzy. Ma pani dużo czasu, żeby tego wszystkiego wysłuchać?

Mam. Zacznijmy od tego powołania.

Wie pani co? Ja od zawsze chciałem być lekarzem. Od małego. Rodzice, którzy też są lekarzami, musieli bardzo szybko nauczyć mnie posługiwać się nożem, bo choćby nie wiem gdzie ten nóż schowali, ja i tak go znalazłem. Miś musiał mieć odciętą nogę, bo był po wypadku. Musiałem mu też otworzyć brzuch, bo umierał i tylko otwarcie brzucha mogło go uratować. To była najlepsza zabawa, lepsze może było tylko zakładanie na misia bandaży. Mnie nic innego tak nie interesowało. Oczywiście miałem jakieś samochody, piłkę, ale nigdy nie mówiłem, że chciałbym być policjantem czy strażakiem. Nie, całe życie chciałem być lekarzem. Wydawało mi się, że to najlepsza rzecz, jaką można robić. Do tego mam jeszcze charakter, który pomaga w tym zawodzie, jestem ekstrawertykiem, lubię rozmawiać z ludźmi. Lubię pomagać. Powiedzenie drugiej osobie miłego słowa sprawia mi radość. W pracy często na tym cierpię. Odbieram późno telefony, jestem do dyspozycji, często udzielam rady jakieś pacjentce przez telefon, odpiszę na maila. Nawet wtedy, kiedy wiem, że pacjentka być może nigdy do mnie nie wróci, bo zgłosiła się dlatego, że ktoś znajomy powiedział jej, że jest taki gość, który podpowie i nie weźmie za to nie wiadomo jakich pieniędzy. Albo nawet zrobi to za zwykłe „dziękuję”. Do dziś się na tym łapię, że ja po prostu chcę ludziom pomóc. Wie pani, co jest śmieszne? Że każdy z nas spotkał czarną owcę w postaci lekarza chama, lekarza, który nic nie umie, lekarza, który oszukuje pacjentów. Każdy z nas taką czarną owcę spotkał i mnie jest wstyd za takich ludzi. Ja nie lubię górnolotnych stwierdzeń, że lekarz to jest zawód zaufania publicznego, że to jest powołanie, misja. Nie. Jeżeli każdy człowiek by robił to, do czego się nadaje, wtedy ten świat byłby naprawdę cholernie piękny. A nie każdy nadaje się do bycia lekarzem. Nie każdy jest w stanie się poświęcić, kiedy trzeba, a ten zawód właśnie tego wymaga. Nie raz, nie dwa, nie pięć, zdarzyło się ofiarę wypadku ratować bez rękawiczek. A przecież ja nie mam pojęcia, co to jest za człowiek.

CO Z TEGO, ŻE MAMY CHĘCI, AMBICJĘ, JEŚLI TEN SYSTEM SPRAWIA, ŻE STAJEMY SIĘ BEZSILNI.

Dlaczego nie miał pan rękawiczek?

Bo zdarzało się, że biegliśmy od jednego pacjenta do drugiego i nie zdążyłem ich włożyć. Albo rozerwałem rękawiczkę i w tym momencie, kiedy chciałem ją zmienić, nieprzytomny pacjent zaczął wymiotować. Nie zawsze zdąży się wciągnąć rękawiczki. Ile razy miałem sytuacje, że jechałem do ofiar wypadków albo morderstwa, bo i tak było, i wychodziłem zalany krwią od góry do dołu. To ja mogę sobie i mieć rękawiczki, tylko co z tego, jak mi cudza krew płynie spod ubrania. Nadal jednak uważam, że nie mógłbym robić w życiu czegoś innego, bo wtedy nie byłbym sobą i nie czułbym się spełniony. Naprawdę, w żaden sposób. Ale coraz częściej widzę, że choćbym nie wiem, jak się starał, to owszem, uratuję ludzkie życie, pomogę drugiej osobie, tylko że ja idę w dół.

W dół? Dlaczego?

Dlatego, że nie mogę swojego życia opierać wyłącznie na pomaganiu ludziom, bo mi tych nieprzespanych nocy nikt nie odda. Praca o mało nie zrujnowała mojego małżeństwa.

Zajmowała za dużo czasu?

Tak. Zacząłem pracę w pogotowiu, a w szpitalu na specjalizacji z ginekologii i położnictwa nie mogłem jeszcze dyżurować, bo żeby wejść w dyżury, trzeba już coś umieć. Kiedy na oddziale zostaje dwóch lekarzy, to nie może być tak, że jeden nic nie umie, a ja wciąż jeszcze byłem na etapie nauki. Poszedłem więc dodatkowo do pogotowia, żeby dorobić, bo wszyscy wiedzą, ile zarabiają rezydenci. Zachłysnąłem się tym pogotowiem. Nagle znalazłem się w miejscu, w którym nie mówili mi: „Ty to jeszcze nic nie umiesz, chłopcze, więc się nie wypowiadaj” albo: „Do operacji to ty nie pójdziesz”. W pogotowiu czekali na moje decyzje. A od moich decyzji zależało życie lub zdrowie ludzi. Zachłysnąłem się tym, że im będę lepszy, tym moja praca będzie miała większy sens, tym więcej osób uda mi się uratować, tym większej liczbie osób uda mi się pomóc. Wpadłem w to. Brałem jak najwięcej dyżurów, bo praca stała się moją pasją. Czekałem na nią, na to, co nowego zobaczę, co jeszcze mogę zrobić. Wracałem z dyżuru do domu i siadałem do książek, żeby się więcej nauczyć. Jedyne rozmowy, które wydawały mi się wtedy interesujące, prowadziłem ze starszymi lekarzami z pogotowia. Pytałem: „A co byś zrobił, gdyby ci się trafił taki pacjent?”. Słuchałem ich, bo wszystkiego człowiek się z książek nie nauczy. I nadszedł taki moment, że brałem wszystko, co było. Dzwonili do mnie, że jest dyżur do obstawienia, a ja: „Proszę uprzejmie, nie ma problemu”. Byliśmy wtedy z żoną młodym małżeństwem, a ona, Bogu dzięki, nie jest lekarką, więc w pewnym momencie przestała rozumieć. Poczuła, że są rzeczy, które są dla mnie ważniejsze niż ona. Ja wtedy miewałem po dwadzieścia dyżurów miesięcznie, rano szedłem do pracy, po niej od piętnastej pracowałem w pogotowiu, wracałem spać i rano znowu do pracy i do pogotowia. A kiedy w końcu doszły dyżury na oddziale w szpitalu, to wyszło na to, że codziennie jestem na dyżurze. Nie oszukujmy się, w takiej sytuacji każdy by się zaczął zastanawiać, czy ta druga osoba przypadkiem przed nim nie ucieka. A kiedy już byłem w domu fizycznie, to nadal byłem nieobecny duchem, bo albo byłem nieprzytomny, albo mieliłem w głowie raz jeszcze to, jak pomogłem pacjentom, co się działo, czego się naoglądałem w pracy. A naoglądałem się, proszę mi wierzyć, naprawdę okrutnych rzeczy.

Jakich?

Nie sądziłem, że w Polsce jest taka bieda. Ja nie wychowałem się pod kloszem, na grodzonych osiedlach. Wydawało mi się, że znam życie. Mimo to nie wiedziałem, że istnieje taka bieda. Nigdy w życiu nie zapomnę jednego domu. Kielce, miasto wojewódzkie, a my pojechaliśmy do starego, na oko dwustuletniego drewniaka, w którym pierwszy raz w życiu, nie w skansenie, tylko na żywo, zobaczyłem klepisko. Czyli ubitą ziemię. Na tej ubitej ziemi mieszkało dwoje starszych ludzi, z, bodajże, czwórką wnucząt. Miałem wrażenie, że tych dzieci jest tam dużo, ale wszystkie były czyste, zadbane. Ci schorowani ludzie ostatkiem sił próbowali się nimi zajmować i robili to świetnie, jak na swoje możliwości. Widziałem też inne domy, wiele osób powiedziałoby, że to meliny. Ja tak nie mówię, bo ja tam widzę ludzi. Nazywa się ich żulami, menelami, ale to są ludzie. Choć, muszę przyznać, że podczas pracy w pogotowiu czasami czułem, że ich nienawidzę. Nawet teraz, kiedy podchodzi do mnie pijany człowiek, prosząc: „Kierowniku, da pan pięć złotych”, to mnie się nóż w kieszeni otwiera.

Dlaczego?

Alkohol to powód trzydziestu procent wezwań. Żeby pani wiedziała, ile razy pijani ludzie byli wobec nas agresywni, ile razy nas opluwali. Ile razy startowali do nas z rękami, z nożami, tylko dlatego, że dostaliśmy do nich wezwanie, a oni tego nie chcieli. Albo dlatego, że ich budziliśmy w środku dnia, na ulicy, kiedy oni spali sobie w najlepsze. Próbowałem pomóc, rozmawiać. „Co ty, człowieku, robisz ze swoim życiem? Czy ty sobie zdajesz sprawę, że kiedy tu zasnąłeś, ktoś mógł ci wbić nóż albo mógł cię samochód przejechać?” Niestety, nauczyłem się, chociaż głupio mi to mówić, że często ci ludzie nie chcą tego zmienić, oni wybierają taki styl życia. Nie jest tak, że w Polsce nie ma pracy, że nie ma pomocy dla bezdomnych, bo jest naprawdę dużo placówek pomagających wyjść z bezdomności. Wiem, bo jeździliśmy tam pomagać, bo tam przecież też chorują. Wiem więc, ile jest miejsc, w których ludzie z ulicy mogliby otrzymać pomoc. Tyle że wielu z nich nie chce. Wiem to stąd, że dużo z nimi rozmawiałem, ja naprawdę znam to środowisko. Oni nie chcą zmiany. Pamiętam chłopaka, narkomana, alkoholika, młody człowiek, gdzieś w moim wieku, góra trzydzieści parę lat, z raną w nodze. Bandażowałem mu tę nogę i dziwiłem się, co tam tak śmierdzi, a on miał w niej robaki. Kawałki tej nogi zostawały mi w rękach. Okazało, że chłopaki z karetki doskonale go znają, że wszyscy próbowali mu pomóc. Mówili: „Przychodź na zmianę opatrunków, nie pij, damy ci leki za darmo”. I nie przychodził. Umówił się z lekarzami z SOR, że będzie miał codziennie zakładany świeży opatrunek. Mnóstwo ludzi wyciągało do niego rękę. Pamiętam rozmowy z nim, kiedy był w miarę trzeźwy, że w sumie może by faktycznie spróbował z tego wyjść, może by się udało, a dwa dni później znowu do niego jechałem, bo leżał urżnięty w trupa i nie było wiadomo, czy żyje. Jednak najgorszy wyjazd do pijanego to nie ten do człowieka, którego można nazwać menelem. Z nim się dogadasz, mówi do ciebie „kierowniku”, przeprasza, że tu zasnął. No, bywa też tak pijany, że jest nieprzytomny, usikany, z kupą w portkach, śmierdzi – taka jest ta robota. Albo będzie agresywny, ale w końcu go spacyfikujesz. Nie to jest najgorsze. Najgorszy jest pijany nowobogacki. Kilku kolegów, dobrze ubranych, pewnych siebie, którzy popili, i jeden sobie, na przykład, rozwalił głowę. Nigdy w życiu nie widziałem takiej agresji jak wśród tych ludzi. To są koguciki stroszące przed sobą piórka, rywalizujące, który będzie bardziej cwaniakował. I wygrażają mi: „Zwolnię cię, ty nie wiesz, kim ja jestem, co ty do mnie mówisz na ty, ty gnojku”. Do mnie jeszcze się hamują, bo jestem słusznej postury, ale do niektórych moich kolegów – to nie. A nie jest tak, że my tam wchodzimy i zgrywamy kozaka. Jesteśmy spokojni. Na przykład dyspozytor dostaje serię telefonów, że pod jakimś klubem leży gość z rozwaloną głową. Przyjeżdżamy do niego, a jemu w tym momencie włącza się wendeta, przypomina sobie, gdzie jest i dlaczego leży. A leży, bo ktoś go pobił. Wstaje więc i rusza z odwetem, chociaż ledwo idzie. Wtedy my próbujemy mu życie ocalić: „Chodź, chłopie, właź do karetki, bo jeśli tam wrócisz, dostaniesz wciry drugi raz. Chodź, łeb ci chociaż opatrzymy”. I on w tym momencie całą agresję zaczyna przelewać na nas. Tłumaczymy: „Czy ty, chłopie, myślisz, że ja o czwartej nad ranem nie mam nic lepszego do roboty niż siedzieć tu i użerać się z twoim krwawiącym łbem? Ja tu nie przyjechałem dlatego, że mi się nudzi, tylko jestem w pracy, bo mnie tu wezwali, więc zacznij ze mną współpracować”. I wtedy właśnie jest agresja, pijani koledzy ładują się do karetki, w której my we dwóch z ratownikiem plus jeszcze czasami kierowca do pomocy na tych paru metrach kwadratowych nie mamy jak się obrócić, a oni tam wchodzą, co chwilę głowę wsadzają, straszą mnie zwolnieniem z pracy, próbują szarpać. Takich wyjazdów nawet nie da się zliczyć. Albo wezwania do klubów dla VIP-ów, takich ze striptizem, na przykład, dla ludzi majętnych. Gdy było wezwanie pod taki lokal, to myśmy chorzy jechali, bo wiadomo było, z jakim elementem będziemy mieli do czynienia. Świadomie mówię, że z elementem, ponieważ dla mnie to nie pan pijaczek jest elementem, tylko on, gość, który czuje władzę i myśli, że ja przyjechałem do niego, bo nie mam nic lepszego do roboty, i traktuje mnie jak szmatę. Ja mogłem mu odpowiedzieć – mnie by za to nie wywalili, ale jeśli ratownikowi puszczą nerwy, może zostać zwolniony z pracy. Żartujemy, że prościej jest dostać w zęby, to się przynajmniej pójdzie na chorobowe, ale nie daj Boże oddać albo się bronić. Jeśli zrobisz krzywdę, to wyrzucą cię z roboty.

Niebezpieczna praca.