Twoja wina - Samantha Young - ebook

Twoja wina ebook

Samantha Young

4,6

93 osoby interesują się tą książką

Opis

Od przyjaciół do kochanków, od kochanków do śmiertelnych wrogów – Samantha Young porywa wielowarstwową, hipnotyzującą powieścią o miłości, która pali za sobą wszystkie mosty.

Jane Doe tuła się po rodzinach zastępczych, rozpaczliwie szukając odrobiny ciepła. Gdy poznaje Lornę i jej przystojnego brata Jamiego, ma wrażenie, że wygrała los na loterii. Wreszcie czuje, że ma dom.

Jest tylko jeden warunek, Lorna postawiła sprawę bardzo jasno: Jane nie wolno zakochać się w Jamiem.

Problem w tym, że to już się stało. A ich uczucie pochłonie wszystko.

Lata później, po tym, jak ich świat legł w gruzach, Jamie jest gotów wyrównać rachunki z każdym, kto w niezwykłym i magicznym, a jednocześnie mrocznym i pełnym przemocy Hollywood skrzywdził jego samego i jego rodzinę. Lista jest długa, a na samym jej szczycie znajduje się Jane.

I nawet dawne, ale wciąż żywe uczucie nie skłoni go, by okazał jej litość.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Dobrze spędzony czas

Walentynki stały się dla mnie pretekstem do stworzenia własnego maratonu, tylko z romantycznymi historiami w tle. W założeniu przez weekend chcę przeczytać trzy książki, dwa pewniaki i jedną niewiadomą. Zaczęłam od sprawdzonego nazwiska czyli Samanthy Young. Moim zdaniem to "królowa romansu" i niezaprzeczalnie zasługuje na to miano. Jane Doe wychowuje się w kolejnej rodzinie zastępczej, tym razem dobrze trafiła i ze wszystkich sił pragnie utrzymać ten stan rzeczy. Dziewczyna ma pasję, dzięki której zapomina o wszystkim, co złe - to rysowanie. Samotna z natury nieoczekiwanie zaprzyjaźnia się z Lorną, która ma brata Jamesa. Poznanie tych dwojga, będzie mieć wpływ na całą resztę jej życia. Jedną z zasad przyjaźni między dziewczynami jest zakaz zakochania się w Jamiem, tylko czy serce posłucha tego rozkazu? Autorka doskonale potrafi zawładnąć naszymi emocjami i w taki sposób wykreować swoich bohaterów, by ich historia łamała nam serca. Jane porzucona jako niemowlę, nieśmiała introwe...
00

Popularność




Jeżeli planujesz zemstę, wykop dwa groby.

Konfucjusz

Część pierwsza

1

Jane

Trzynaście lat

W powietrzu unosił się koszmarny smog. Gdy Willa jechała do miasta, niekiedy zabierała mnie ze sobą, ale tego dnia powietrze było wyjątkowo zanieczyszczone, więc zostaliśmy w naszym mieszkaniu w ładnym bloku w Glendate. Nudziłam się. Willa była za bardzo zajęta moim młodszym przyszywanym rodzeństwem, żeby mnie zabawiać. Flo miała półtora roku i fascynowały ją gniazdka elektryczne oraz włączniki. Trzyletni Tarin uwielbiał niszczyć wszystko wokół siebie.

Słuchanie wrzasków Tarina i ryków Flo nie należało do najprzyjemniejszych.

– Pomóc ci? – spytałam z przedpokoju.

Willa odprawiła mnie machnięciem ręki i posadziła Flo na wysokim krzesełku.

– Dziewczyno, jest lato. Idź się pobawić z koleżankami.

Willa i Nicholas Green byli najlepszymi jak do tej pory rodzicami zastępczymi. Opiekowali się mną od ponad dwóch lat i miałam nadzieję, że zostanę u nich do osiemnastego roku życia. Do tego czasu zostało mi jeszcze pięć lat, więc wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić do nieustannego stresu, lęku, że przyjdzie pracownik socjalny, który powie, że znowu przenoszą mnie do innej rodziny.

Chciałam, żeby Willa i Nick mnie zatrzymali, więc starałam się jak najwięcej im pomagać.

Byli zaabsorbowani młodszymi dziećmi, więc Willa jeszcze nie zauważyła, że nie mam żadnych koleżanek. Ale za to nie pili alkoholu, nie wyzywali mnie i nigdy nie uderzyli.

– Na pewno?

Moja mama zastępcza uśmiechnęła się z lekkim zaskoczeniem.

– Jane, nie pracujesz tu. Są wakacje. Pobaw się – powiedziała.

Skinęłam głową i poszłam do małej sypialni w głębi mieszkania. Nicholas był menedżerem produkcji w dużym studiu filmowym, dlatego mógł sobie pozwolić na wynajęcie takiego pięknego mieszkania z trzema sypialniami, jednego z większych w tym budynku. Młodsze dzieci dzieliły pokój, a ja zajmowałam najmniejszą sypialnię.

Willa i Nick może i nie poświęcali mi zbyt dużo czasu, ale kupowali książki i przybory do rysowania. Złapałam szkicownik i puszkę z węglem, wyjęłam z lodówki butelkę wody i wyszłam na balkon. Miałam wrażenie, że znalazłam się w rozżarzonej bańce. Rozgrzane powietrze oblepiało skórę. Wyjrzałam na basen i zobaczyłam paru sąsiadów na leżakach oraz grupkę dzieciaków ze szkoły, które pluskały się w wodzie.

Nie kolegowałam się z nimi. Nigdy nie byłam dobra w nawiązywaniu przyjaźni.

Kiedy mijałam kolejne drzwi, z ostatniego mieszkania przy schodach dobiegły mnie podniesione głosy, w których pobrzmiewał ciekawy akcent. Pomyślałam, że może mieszkający tam lokatorzy pochodzą z Bostonu. Rozmawiali bardzo głośno, próbując przekrzyczeć muzykę.

Zauważyłam, że drzwi ich mieszkania są szeroko otwarte.

– Lorna, jeszcze się nie rozpakowaliśmy. Wstawaj, Lor. Chcę skończyć przed obiadem. Potem będziesz mogła na cały wieczór walnąć się na kanapę.

Zwolniłam. Teraz wyraźnie usłyszałam bostoński akcent.

– Nie chce mi się – odpowiedziała dziewczyna z takim samym akcentem. – Możemy zrobić przerwę?

– Najlepiej zabrać się do tego od razu. Twój brat już się rozpakował.

Sprzeczały się dalej. Usiadłam na pierwszym schodku i otworzyłam szkicownik. Ich głosy wtopiły się w tło, kiedy zaczęłam rysować sąsiadów nad basenem.

Jak zawsze całkowicie się wyłączyłam. Dzięki rysowaniu wszystko znikało. Samotność. Moje lęki. Poczucie braku więzi. Rysowanie było moim sposobem na nawiązanie kontaktu, ale z bezpiecznej odległości. Lubiłam skrzypienie węgla po papierze i to, jak brudził mi dłonie. Podobało mi się, że mogę rozmazywać kreski, żeby tworzyć ciekawe cienie i kształty. Dzięki temu dzieci bawiące się w basenie ożywały. Mogłam przedstawić ich ruch. Energię. Podczas rysowania czułam, jakbym była tam razem z nimi.

Tak się skupiłam na szkicowaniu, że nie usłyszałam, jak podeszła, i zobaczyłam ją dopiero, kiedy usiadła obok mnie na schodku.

– Ale ty genialnie rysujesz.

Przestraszyłam się tak, że aż podskoczyłam i przejechałam węglem po rysunku.

– Przepraszam.

Spojrzałam na dziewczynę, która uśmiechnęła się do mnie przepraszająco. Miała oczy koloru oceanu i krótkie, jasnobrązowe włosy.

– Twój rysunek. – Wskazała na szkicownik. – Jest genialny.

– Może być – mruknęłam, próbując wytrzeć krechę.

– Gdzie się nauczyłaś tak rysować?

Wzruszyłam ramionami, bo szczerze mówiąc, nigdy się tego nie uczyłam. Po prostu… rysowałam i już.

– Jak masz na imię? – kontynuowała.

– Jane.

– Jane. Ja jestem Lorna McKenna. – Wyciągnęła rękę nad moim szkicownikiem.

Miała drobną dłoń z krótkimi paznokciami pomalowanymi jasnoróżowym lakierem z brokatem. Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do niej. Wyglądało na to, że jest zdecydowana się ze mną zakolegować. Moja nieśmiałość zazwyczaj zniechęcała inne dzieci.

Pokazałam jej ubrudzoną węglem dłoń.

Wzruszyła ramionami i zdecydowanym ruchem wysunęła brodę.

– Otrzep ją drugą ręką.

Zrobiłam to. Jej dłoń była chłodna, jakby Lorna chwilę wcześniej siedziała przy klimatyzacji.

Kiedy podałyśmy sobie ręce, uśmiechnęła się szeroko, a ja odwzajemniłam uśmiech. Potem spojrzała na mój lewy policzek.

– Masz dołeczek w policzku! – wykrzyknęła, jakby nigdy w życiu nie widziała czegoś równie niezwykłego.

Odruchowo dotknęłam dołeczka brudną dłonią.

– To wygląda słodko. Też bym chciała mieć dołeczki. Ile masz lat?

– Trzynaście.

Kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała.

– Ja skończę trzynaście za trzy tygodnie.

– Skąd przyjechałaś? – Ciekawość wzięła górę nad moją nieśmiałością.

Musiałam się dowiedzieć, czy rzeczywiście pochodzi z Bostonu.

– Z Dot.

Zmarszczyłam brwi.

– To skrót od Dorchester. W Bostonie.

Czyli miałam rację. Już kilka razy obejrzałam film Buntownik z wyboru, bo Willa kochała się w Matcie Damonie.

– Ładnie tam? – spytałam.

Lorna zmarszczyła nos.

– Boston jest ładny, ale Dorchester, gdzie mieszkałam, nie bardzo. Fatalna okolica. Parę miesięcy temu przed moim domem zastrzelono mężczyznę. – Wzruszyła ramionami, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.

A mnie aż szczęka opadła.

– Dlaczego nie bawisz się z innymi dziećmi w basenie? – spytała.

Podążyłam za jej zaciekawionym spojrzeniem i spojrzałam na dwie dziewczynki i dwóch chłopców, którzy z piskiem ochlapywali się wodą. Dziewczynki były moimi sąsiadkami, a chłopcy mieszkali nieopodal. Wiedziałam o tym dlatego, że w gimnazjum byliśmy w tej samej klasie.

– To Summer i Greta. Najbardziej lubiane dziewczyny w mojej klasie.

– Tak? No i co z tego?

Zarumieniłam się. Wiedziałam, że po tym, co za chwilę powiem, Lorna na pewno się do mnie zrazi.

– Ja nie jestem zbyt lubiana.

Lekko trąciła mnie ramieniem i w konspiracyjny sposób kiwnęła głową. W jej zachowaniu była pewna zażyłość. Poczułam się tak, jakbyśmy przyjaźniły się od lat. Zrobiło mi się bardzo miło.

– Ci lubiani i ci nie za bardzo lubiani? Jak w telewizji, nie? W mojej szkole nie było takich klik. U nas byli uczniowie, który próbowali jakoś się przeczołgać do następnej klasy, i cwaniaki, które już wpakowały się w niezłe gówno i lepiej było ich unikać.

– Mieszkałaś w getcie?

Roześmiała się.

– W getcie? Poważnie? Nieee. – Znowu trąciła mnie ramieniem, jakby dawała mi znać, że jestem fajna. – Ale byliśmy biedni. Tak samo jak wszyscy nasi znajomi. Mama często powtarzała, że ludzie robią różne głupie rzeczy, żeby zapomnieć o swoim beznadziejnym życiu, albo jeszcze głupsze, żeby wyrwać się z biedy.

Nie znałam się na pieniądzach, ale wiedziałam, że koszty wynajęcia mieszkania w naszym bloku nie są niskie, bo Willa zawsze na to narzekała.

– Wprowadziliśmy się tu do mojej starszej siostry, Skye – powiedziała Lorna, jakby czytała mi w myślach.

Jak na sygnał z mieszkania dobiegł nas kobiecy głos:

– Lorna! Waterboysi!

Jej twarz się rozpromieniła.

– Chodź. – Złapała mnie za rękę i pociągnęła, więc nie miałam wyjścia i musiałam za nią pójść.

Zostawiłam szkicownik na górnym schodku i dałam się zaprowadzić do jej mieszkania. Nie pamiętałam, kiedy ktoś ostatnio trzymał mnie za rękę.

Przeszył mnie przyjemny dreszczyk.

Mieszkanie było tej samej wielkości co należące do Willi i Nicka. Wszędzie stały nierozpakowane pudła.

Wysoka, oszałamiająco piękna młoda kobieta kołysała rękami w powietrzu przy dźwiękach jakiejś nieznanej mi piosenki, która dobiegała z telewizji. Na nasz widok uśmiechnęła się promiennie.

– Kto to?

– Jane! – Lorna próbowała przekrzyczeć muzykę. – Jane, to moja starsza siostra Skye.

– Bardzo mi miło – powiedziała Skye takim tonem, jakby rzeczywiście tak czuła.

Potem schyliła się, wzięła pilot, wycelowała nim w telewizor i zrobiła jeszcze głośniej.

Lorna puściła moją dłoń i zaczęły z siostrą tańczyć na środku pokoju. Pomyślałam, że jest wysoka jak na swój wiek. Z wprawą robiła obroty. Obie śpiewały na całe gardło, że ta druga zobaczyła pełnię księżyca, chociaż na niebie widniał jego sierp. Nie znałam tej piosenki, ale od razu ją polubiłam.

Kiedy Lorna uświadomiła sobie, że tylko stoję i się przyglądam, pomachała do mnie.

Zbyt nieśmiała, żeby się do nich przyłączyć, nie ruszyłam się z miejsca.

W końcu Skye na chwilę zostawiła siostrę i wyciągnęła mnie na środek pokoju.

– Po prostu się wyluzuj! – zawołała. – Zobaczysz, spodoba ci się.

Byłam zdumiona, gdy moje stopy same zaczęły się poruszać, a biodra kołysać. Lorna złapała mnie za jedną dłoń, Skye za drugą i tańcząc w kółku, uniosłyśmy ręce. Śmiałam się, a siostry dalej śpiewały. To było dziwne i wspaniałe: poczułam, że należę do jednej grupy z tymi dwiema obcymi przecież dziewczynami.

Kiedy piosenka się skończyła, zaczęłyśmy chichotać. To uczucie więzi i tego, że zostałam zauważona, wprawiało mnie w euforię.

– Pierwszy raz słyszałam tę piosenkę – przyznałam się, kiedy Skye ściszyła dźwięk.

– ToPełnia księżyca Waterboysów, zespołu z lat osiemdziesiątych – poinformowała mnie Lorna. – To była ulubiona piosenka naszej mamy.

– A teraz to nasza piosenka. – Skye wyciągnęła rękę, objęła siostrę i ją przytuliła.

Lorna zachichotała i żartobliwie ją odepchnęła.

Jej starsza siostra zwróciła się do mnie.

– Lemoniady?

Kiwnęłam głową. Po tańcu zaschło mi w gardle.

Salon i kuchnia były ze sobą połączone. Skye przeszła do kuchni, a Lorna ruchem ręki zaprosiła mnie na kanapę, jedyny niczym niezastawiony mebel w pokoju.

Teraz już całkiem się rozluźniłam. Zaskoczyło mnie, jak szybko poczułam się swobodnie w towarzystwie tych dziewczyn. Lorna energicznie klapnęła na kanapę obok mnie. Obie miałyśmy na sobie szorty i T-shirty. Moje nogi ledwo dotykały parkietu, a ona swobodnie oparła stopy na podłodze. Była bledsza niż ja czy Skye, ale wiedziałam, że dzięki zimie w Kalifornii to się szybko zmieni.

– Kiedy się wprowadziłaś? – zapytałam.

– Wczoraj wieczorem. Jesteś pierwszą osobą, którą tu poznałyśmy.

Skye przyniosła nam po szklance lemoniady. Przesunęła różne przedmioty leżące na ławie, usiadła na niej przodem do nas i zaczęła sączyć zimny napój.

– Jane, mieszkasz tu? – spytała.

Teraz, kiedy siedziała spokojnie, znowu uderzyła mnie jej wyjątkowa uroda. Poczułam wielką ochotę, żeby ją narysować. Tak samo jak Lorna miała oczy barwy oceanu i jasnobrązowe włosy, które opadały miękkimi falami do połowy pleców i były przetykane złotymi pasemkami. Lorna miała dość wydatny nos, a nosek Skye był delikatniejszy. Jak guziczek. Nie można im było odmówić podobieństwa, ale rysy twarzy Skye były idealne, Lorna zaś miała parę cech szczególnych i niedoskonałości, dzięki czemu była jeszcze bardziej interesująca. Pomyślałam, że obie mają cudowne twarze – świetnie by się je rysowało.

– Tak – odpowiedziałam na pytanie Skye. – Na tym samym piętrze.

– Z rodzicami?

– Zastępczymi.

Na jej twarzy pojawiło się współczucie.

– Mnie zostali już tylko Jamie i Skye – powiedziała Lorna.

Spojrzałam na nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Kto to jest Jamie?

– Mój starszy brat. We wrześniu kończy piętnaście lat. Nasza mama zmarła trzy miesiące temu, a tata nas porzucił, kiedy byłam jeszcze mała. – Uśmiechnęła się z goryczą. – W ogóle mnie nie lubił.

Skrępowana, nie wiedziałam, co powiedzieć.

Skye najwyraźniej to wyczuła, bo wyciągnęła rękę i poklepała Lornę po kolanie.

– Kochanie, wiesz, że to nieprawda. – Rzuciła mi szybkie spojrzenie. – Przepraszam, Jane. Ostatnio jest nam dosyć ciężko.

– Nie, nieprawda. – Lorna odepchnęła rękę siostry. – Nigdy nie było lepiej.

Szeroko otworzyłam oczy. Jej mama niedawno zmarła, a ona nigdy nie czuła się lepiej?

– Co Jane sobie pomyśli? – oburzyła się Skye.

– Prawdę. – Lorna spojrzała na mnie, a w jej wzroku zobaczyłam upór i zdecydowanie, które, jak zaczęłam przypuszczać, stale gościły na jej twarzy. – Jane zostanie moją nową najlepszą przyjaciółką, a przyjaciółki zawsze wszystko sobie mówią.

Skye zaśmiała się cicho, a ja poczułam, że serce na chwilę mi stanęło.

Od drugiej klasy nie miałam przyjaciółki.

– Skye parę lat temu przeprowadziła się do Los Angeles, żeby zostać aktorką, i właśnie dostała rolę w tym genialnym serialu Czarodziejka.

Znowu wytrzeszczyłam oczy. W Los Angeles wiele osób chciało być aktorami, ale jeszcze nigdy nie poznałam kogoś, kto by występował w tak popularnym serialu.

– To mój ulubiony serial.

Skye uśmiechnęła się promiennie. Jej uśmiech, tak samo jak u siostry, był zaraźliwy. Morskie oczy Lorny były zimne i jak na trzynastolatkę nieco zbyt poważne, natomiast Skye patrzyła ciepłym wzrokiem, a jej oczy skrzyły się niczym fale w promieniach słońca.

– Super, że jesteś fanką! Będę grała nową postać pierwszoplanową.

Zauważyłam, że ma nieco słabszy akcent niż jej siostra.

– To cudownie. – Byłam pod ogromnym wrażeniem.

– Ty też chcesz zostać aktorką? – Lorna opacznie zrozumiała mój podziw.

Gwałtownie pokręciłam głową.

„Nigdy w życiu. Kamery skierowane na moją twarz, kiedy udaję kogoś innego. Ludzie obserwujący mój każdy ruch. Moje zdjęcia w tabloidach. Już bym wolała zjeść obrzydliwego ślimaka bez skorupy”.

– A może… malarką?

Zarumieniłam się i wzruszyłam ramionami. Co oznaczało „tak”.

– A ty chciałabyś grać w filmach? – spytałam Lornę.

– Nie. Zarobki są zbyt niepewne. – Wyprostowała plecy. – Zamierzam skończyć studia i zostać procesualistką. To ktoś w rodzaju prawnika. Zarabiają mnóstwo kasy.

– Na pewno jej się uda. – Skye czule uśmiechnęła się do siostry, a potem przeniosła wzrok na mnie. – Nigdy nie poznasz nikogo tak ambitnego jak twoja nowa najlepsza przyjaciółka.

– No cóż, w rodzinie, w której są aktorka i humorzasty pisarz, przyda się ktoś ambitny.

Siostra Lorny lekko się skrzywiła.

– Nie nabijaj się z Jamiego. Wiesz, że to go denerwuje.

Ich brat jest pisarzem. Ale czad.

– Kocham książki – powiedziałam.

– Teraz uważaj, Jane. – Skye wskazała na mnie, wstając. – Jeżeli Jamie się dowie, że rozpowiadasz wszystkim o jego pisaniu, wybuchnie tu trzecia wojna światowa, a ja nie mam na to czasu.

– Jane umie dochować tajemnicy. Prawda, Jane? – Lorna spojrzała na mnie.

Gorliwie kiwnęłam głową.

– A nie mówiłam? – zawołała.

Skye uśmiechnęła się do mnie miło.

– Jane, kocham swoją siostrę, ale nie pozwól, żeby kazała ci przytakiwać każdemu jej słowu – powiedziała. – I nie rób dla niej rzeczy, których wolałabyś nie robić.

– Wcale bym jej tego nie kazała – oburzyła się Lorna.

Jej siostra przewróciła oczami.

– Muszę lecieć do pracy. Na blacie w kuchni zostawiłam pieniądze na pizzę. Niech Jane zje razem z wami. Poproszę Jamiego, żeby kupił dwie, inaczej nie wystarczy dla wszystkich. Ten chłopak mógłby zjeść konia z kopytami.

Skye wyszła do przedpokoju. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.

Na pewno z Jamiem. Pomimo nieśmiałości bardzo chciałam go poznać. Wiedziałam, że jeżeli choć trochę przypomina siostry, pewnie natychmiast się w nim zakocham.

Kiedy Jane poszła do pracy, Lorna odwróciła się do mnie i przyciągnęła kolana do klatki piersiowej.

– Skye mieszka w Los Angeles od paru lat, ale dopiero teraz, kiedy dostała nową pracę, mogła się tu przeprowadzić z nory, którą wynajmowała z kolegą. Powiedziała, że w okolicy jest dużo sklepów. To prawda?

Przytaknęłam i opowiedziałam jej o Brand Boulevard, ulicy pełnej sklepów i restauracji. Było tam też kino i planowano zbudować centrum handlowe. Dodałam, że tylko w Glendale można zjeść prawdziwe ormiańskie potrawy. Dość rzadko jadaliśmy poza domem, ale jedzenie na telefon zamawialiśmy na tyle często, że mogłam jej polecić dobre restauracje. Zaproponowałam też, że zaprowadzę ją do swojej ulubionej.

Lorna wysłuchała mnie uważnie, a kiedy skończyłam, przechyliła głowę i bacznie mi się przyjrzała.

– Wyglądasz na więcej niż trzynaście lat. Wiem, dlaczego ja jestem niesamowicie dojrzała jak na swój wiek. – Dramatycznym gestem wskazała na serce. – Ale co z tobą?

Ta zmiana tematu nieco wytrąciła mnie z równowagi. Zastanowiłam się jednak nad odpowiedzią i przypomniało mi się, że kiedyś podsłuchałam, jak Willa i Nick rozmawiali o mnie. Było to wkrótce po tym, jak z nimi zamieszkałam.

– Zachowuje się jak dorosła – szepnęła Willa do Nicka.

Siedzieli w kuchni. Ja byłam w przedpokoju. Wstałam z łóżka, żeby pójść po szklankę wody.

– To prawda. Dzieci wychowywane w rodzinach zastępczych szybko dojrzewają.

– Tracą całe dzieciństwo. Dlatego wolę wychowywać młodsze dzieci. Jeżeli nam się poszczęści, może zostaną u nas na tyle długo, żebyśmy zdołali im zapewnić prawdziwe dzieciństwo.

– Żałujesz, że wzięliśmy Jane?

– Nie, cieszę się. Wiele przeszła. Przynajmniej wiemy, że u nas jest bezpieczna.

Ta rozmowa mnie nie uspokoiła. A jeżeli któregoś dnia Willa stwierdzi, że mając dwójkę malutkich dzieci, nie radzi sobie z nastolatką?

Przyszło mi do głowy, że to pewnie również przez te troski zachowuję się, jakbym miała dwadzieścia lat więcej, niż mam.

– Jestem w rodzinie zastępczej – odparłam. – Ja też sporo przeżyłam.

Lorna przez chwilę zastanawiała się nad moimi słowami, po czym pokiwała głową.

– Kiedy tylko się poznałyśmy, poczułam, że jesteśmy bratnimi duszami. Wiesz, co to znaczy?

Przytaknęłam. Dużo czytałam.

Uśmiechnęła się.

– Chcesz zobaczyć mój pokój?

Ruszyłam za nią przez przedpokój, ale zwolniłam i na chwilkę zatrzymałam się przy pierwszych otwartych drzwiach. To był najmniejszy pokój, w którym na wąskim łóżku przy ścianie pod oknem leżał chłopak. Jak na nastolatka całkiem porządnie rozpakował swoje rzeczy. Nad wezgłowiem łóżka wisiał plakat przedstawiający okładkę płyty Eminema The Marshall Mathers LP. Na przeciwległej ścianie zobaczyłam jakiś przerażający plakat z rozmazanymi twarzami i czaszką mającą kły. Na górze widniał napis „Richard Matheson”, a wyżej „Jestem legendą”.

Chodziło o książkę?

Przeniosłam wzrok z powrotem na chłopaka i poczułam, że na całym ciele pojawia mi się gęsia skórka.

Potargane jasnobrązowe włosy opadały mu na czoło, w uszach miał słuchawki, z których dochodziła stłumiona muzyka. Miał zdecydowany profil, lekko wystające kości policzkowe i wyraźnie zarysowaną szczękę. Jedną rękę oparł na nodze zgiętej w kolanie. Trzymał podniszczoną książkę w miękkiej okładce. Miał mocno zaciśnięte wargi, jakby był bardzo skupiony.

Poczułam motyle w brzuchu.

Zatrzepotały skrzydełkami jeszcze szybciej, kiedy chłopak powoli odwrócił głowę i spojrzał na mnie.

Spod chmurnego czoła gniewnie wpatrywały się we mnie oczy barwy oceanu.

Przez chwilę gapiliśmy się na siebie bez słowa. Dla mnie ta chwila trwała całą wieczność. Czułam, że oblewam się rumieńcem.

Chłopak nagle odrzucił książkę i spuścił nogi z łóżka.

Na jego czarnym T-shircie widniał napis The Black Keys. Serce zabiło mi nierówno. Lubiliśmy ten sam zespół. Do koszulki włożył dżinsy, które kiedyś musiały być z ciemnego denimu, ale zdążyły już całkiem wyblaknąć. Wyjął słuchawki z uszu.

– Kim jesteś? – warknął i zaraz potem strzelił oczami na lewo ode mnie.

Obok stanęła Lorna.

– Co ty robisz? – spytał ją.

Wzruszyła ramionami.

– Pokazuję Jane mieszkanie. To moja nowa przyjaciółka. Jane, to mój starszy brat Jamie.

Jamie przeniósł rozgniewane spojrzenie z powrotem na mnie.

– Niech Bóg ma cię w swojej opiece.

– Hej! – wykrzyknęła Lorna z oburzeniem.

– Nie życzę sobie, żeby twoje koleżaneczki zaglądały mi do pokoju.

Zrobiłam się czerwona jak burak. Poczułam się upokorzona.

– Przez te twoje humory Jane czuje się skrępowana – warknęła Lorna. – Jamie, wbrew temu, co wyczytałeś w tych swoich książkach, zachowywanie się jak ponury skurwiel wcale nie jest fajne. To bardzo w stylu lat dziewięćdziesiątych, a jeżeli nie zauważyłeś, to ci przypomnę, że jest dużo później.

– Ojej, najmocniej przepraszam, że zawstydziłem twoją wścibską psiapsiółkę – prychnął i podszedł do drzwi. – I przestań przeklinać, mała. Nie zachowujesz się jak twardziel, tylko tak, jakbyś się za bardzo napinała. – Zatrzasnął nam drzwi przed nosem.

„Ojej, najmocniej przepraszam, że zawstydziłem twoją wścibską psiapsiółkę”.

Policzki zapiekły mnie jeszcze bardziej.

– Nie przejmuj się nim. – Lorna złapała mnie za rękę i pociągnęła do swojego pokoju. – Tak naprawdę to on bardzo mnie kocha.

Pokój Lorny był tej samej wielkości co pokój Tarina i Flo u moich rodziców zastępczych. Próbowałam przestać myśleć o Jamiem i skupić się na wnętrzu. Pomieszczenie okazało się większe od pokoju Jamiego, co wydało mi się dziwne, zważywszy na to, że Jamie był starszy.

Stało tam kilka pudeł, ale Lorna wyraźnie nie miała wielu rzeczy osobistych. Zupełnie jakby czytała w moich myślach, wzięła się pod boki i oznajmiła:

– Skye obiecała, że przed początkiem roku szkolnego weźmie mnie na zakupy. Potrzebuję nowych rzeczy. I to wielu. Teraz ją na to stać. – Zrobiła chytrą minkę. – Kupię sobie parę ładnych plakatów, nie takich jak u Jamiego. Widziałaś tę czachę?

Kiwnęłam głową.

– Straszna, nie? To okładka jego ulubionej książki.

W myślach dodałam Jestem legendą do swojej listy książek do przeczytania.

W pokoju Jamiego pod ścianą stało kilka stosików książek, które najwyraźniej czekały na regał. Widocznie brat Lorny był molem książkowym tak samo jak ja. Motyle w moim brzuchu nie chciały odlecieć. Jakie to wszystko dziwne!

– Na pewno gdzieś ukrywa tę swoją pisaninę. – Lorna uśmiechnęła się przebiegle, jakby planowała zakraść się do jego pokoju i znaleźć kryjówkę. – Pisze ręcznie, bo nie stać nas na laptop. A raczej nie było nas stać. Teraz Skye na pewno mu kupi. Widziałaś jego książki? Przed przeprowadzką nie trzymał ich na widoku.

– Dlaczego?

Wzruszyła ramionami i odwróciła się do mnie.

– Gdyby jego kumple dowiedzieli się, że lubi czytać, a na dodatek pisze własne książki, skopaliby mu dupę.

– Fajni kumple.

Lorna parsknęła.

– Prawda? Nie rozumiem, dlaczego tak się wścieka, że się przeprowadziliśmy. Przecież tutaj może być sobą. Mój pokój to nic specjalnego. Na razie. – Znowu złapała mnie za rękę, zaprowadziła z powrotem do salonu i zaprosiła na kanapę.

Klapnęła obok z kolanami skierowanymi w moją stronę.

– Czyli będziemy się przyjaźnić, tak?

Kiwnęłam głową z poczuciem, że nie mam żadnego wyboru.

– W przyjaźni trzeba się stosować do pewnych zasad. Zasada numer jeden: zawsze się wspieramy.

To mi odpowiadało.

– Zasada numer dwa: nie krytykujemy swoich upodobań. Na przykład: ty uwielbiasz rysować i w ogóle interesujesz się sztuką, a ja lubię kupować ciuchy. W każdym razie myślę, że będę lubiła, kiedy w końcu będzie mnie na to stać.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Zasada numer trzy: nie zakochujemy się w tych samych chłopcach. Przyjaźń jest ważniejsza od chłopaków. To znaczy, jeżeli ich lubisz.

Zważywszy na to, że w szóstej klasie zadurzyłam się w Zionie Reynoldsie, a teraz serce wciąż nie chciało zwolnić po poznaniu Jamiego, mogłam być pewna, że lubię chłopców. Znowu kiwnęłam więc głową.

– Super. Chociaż nie przeszkadzałoby mi to, gdybyś wolała dziewczyny.

Ta zasada szczególnie mi się spodobała. Lojalność była dla mnie bardzo ważna. Co prawda nie miałam zbyt dużego doświadczenia w tej kwestii, ale ucieszyłam się, że teraz będę mogła udowodnić, że jestem lojalnym człowiekiem.

– Zasada numer cztery. – Spojrzała na mnie zmrużonymi oczami, jakby próbowała zajrzeć w głąb mojej duszy. – Bardzo ważna. Z jej powodu straciłam wiele przyjaciółek.

– Tak?

– Nie wolno ci zakochać się w Jamiem ani zaprzyjaźnić ze Skye. Jesteś tylko moją przyjaciółką.

Zarumieniłam się. Czyżby zauważyła, że Jamie mi się spodobał? W każdym razie on na pewno nigdy nie zwróciłby na mnie uwagi. Jeśli zaś chodzi o Skye… polubiłam ją, ale była ode mnie starsza. Nie sądziłam, że chciałaby zaprzyjaźnić się z koleżanką młodszej siostry.

– Zgoda.

Lorna uśmiechnęła się szeroko i klasnęła w dłonie.

– No to czad!

Uśmiechnęłam się, znowu czując motyle w brzuchu, ale tym razem było to nerwowe oczekiwanie. Może mój ostatni rok w gimnazjum jednak nie będzie taki zły – teraz, kiedy znalazłam przyjaciółkę? I to nie jakąś tam zwykłą uczennicę gimnazjum, tylko wygadaną dziewczynę z Bostonu, która wydawała mi się wyjątkowo energiczna i zdecydowana.

2

Półtora roku później

Jamie

Szesnaście lat

Sygnał z mojego telefonu wdarł się w dźwięki kawałka zespołu Silverchair, którego właśnie słuchałem. Pewnie to jeden z moich kumpli. Kiedy wyjąłem komórkę, okazało się, że się myliłem.

SMS był od dziewczyny.

Cześć, Jamie, tu Julie. Trewitt. Co porabiasz wieczorem?

Planowałem umówić się na wieczór z jakąś laską, więc ten SMS ułatwił mi sprawę. Julie chodziła do ostatniej klasy i wyraźnie mnie obserwowała. Nie miałem pojęcia, skąd wzięła mój numer, ale nic mnie to nie obchodziło. Wszyscy wiedzieli, że Julie jest łatwa i nie zależy jej na poważnym związku. Chciała się tylko zabawić – jak mógłbym jej odmówić?

Moje palce zawisły nad klawiaturą. Już miałem napisać, gdzie moglibyśmy się spotkać, kiedy coś miękkiego uderzyło mnie w tył głowy. Poduszka.

Odwróciłem się gwałtownie, gotowy wrzasnąć na Lornę, ale w drzwiach pokoju zobaczyłem Skye.

Pokazała, żebym wyjął słuchawki z uszu. Zrobiłem to i Ana’s Song przemieniła się w ciche brzęczenie.

– Co tam? – Nie miałem cierpliwości do irytującej młodszej siostry, ale dla starszej zawsze znalazłbym czas.

Początkowo byłem wściekły, że wyprowadziliśmy się z Bostonu. Wszystko mnie wkurzało. Moja mama przez całe życie była zgorzkniałą egoistką, a tata odszedł, bo nie mógł już tego wytrzymać. Zmarła, zanim zdążyłem się z nią pogodzić, a potem musiałem zostawić wszystko i wyjechać do Kalifornii. A w Los Angeles było zupełnie inaczej niż w Bostonie.

Ostatnie półtora roku tutaj okazało się jednak nie takie złe. Wstąpiłem do drużyny lekkoatletycznej, za co kumple z Bostonu chyba zabiliby mnie śmiechem. Moi nowi koledzy byli fajni. Może nie na tyle, żebym im powiedział o swoim pisaniu, ale było z nimi bezpieczniej niż z tymi, z którymi się wychowałem i którzy już zdążyli wpakować się w niezłe bagno. W Bostonie miałem kilku dobrych kolegów, ale reszta była do niczego. A wszyscy byli na najlepszej drodze do więzienia.

Cieszyłem się, że się stamtąd wyrwałem.

Skye zrobiła to dla mnie i dla Lorny. Zapewniła nam bezpieczniejszy dom. Jeszcze parę lat wcześniej byłem na nią wściekły za to, że nas zostawiła, ale po śmierci mamy stanęła na wysokości zadania.

Teraz tak dobrze zarabiała jako aktorka, że przeprowadziliśmy się z mieszkania do pobliskiego domu z trzema sypialniami w Glendale.

Do domu.

Żadne z nas jeszcze nigdy nie mieszkało we własnym domu.

Do tego był tu basen, a z tarasu na tyłach rozciągał się widok na góry Verdugo.

– Mam nadzieję, że niczego sobie nie zaplanowałeś na wieczór. – Skye spojrzała na mnie przepraszająco.

Moje szanse na spełnienie między cudownymi udami Julie Trewitt malały z sekundy na sekundę.

– O co chodzi?

– Mam spotkanie

Zmarszczyłem brwi.

– Jest sobota wieczór – jęknąłem.

– Wiem, ale nie mogę go odwołać. To spotkanie z ważnym facetem, który może mi pomóc w karierze, i to bardzo. – Zrobiła krok w głąb pokoju. – Co oznacza, że byłoby mnie stać na zapewnienie wam takiej przyszłości, o jakiej marzycie.

Dlaczego Skye nie mogła chociaż trochę przypominać mamy i Lorny, które były skończonymi egoistkami? Jej naprawdę zależało, żeby jak najlepiej ułożyło nam się w życiu.

Próbowałem obstawać przy swoim:

– Lorna może zostać sama, przecież ma już czternaście lat.

Skye rzuciła mi spojrzenie, które wywołało we mnie poczucie winy.

– Nigdy byśmy sobie nie wybaczyli, gdyby pod naszą nieobecność coś jej się stało.

– Ja pierdolę. – Opadłem na łóżko. – Miałem plany.

– Przepraszam. Wiem, że nie uśmiecha ci się niańczenie młodszej siostry i jej przyjaciółki, ale to tylko jeden wieczór.

Czyli będę miał na głowie również Jane. Cholera, jakby jedna gówniara nie wystarczyła.

– Skye, kiedy nie ma cię w domu, Lorna zachowuje się okropnie.

– Zachowuje się tak samo, kiedy jestem. Ale to nasza siostra i ją kochamy.

– To cała mama. – Spojrzałem na Skye z troską. – Jest identyczna.

Westchnęła ciężko. Wiedziała, że mam rację. Moja młodsza siostra była skupioną na sobie egoistką, której zależało tylko na pieniądzach, bo do zeszłego roku w ogóle ich nie miała. Była też wyjątkowo męcząca. Uważała, że nie kochamy jej wystarczająco mocno, za słabo o nią dbamy i poświęcamy jej za mało uwagi.

Po prostu cała mama.

– Nie jestem pewna, czy to prawda. Lorna ma czternaście lat, a to trudny wiek. – Wzruszyła ramionami. – Jeszcze rok temu ty sam nie byłeś aniołkiem.

Chrząknąłem.

– Ale mama z nikim się nie przyjaźniła – dodała Skye. – Jane ma dobry wpływ na Lornę.

Prychnąłem. Jane była zwykłym popychadłem. Tak rozpaczliwie chciała, żeby komuś na niej zależało, że pozwalała Lornie sobą dyrygować. Myśląc o tym, miałem lekkie wyrzuty sumienia. Wiedziałem, że ta mała wiele przeżyła. W naszej rodzinie też nie było różowo, ale żadnego z nas nie podrzucono jako niemowlęcia pod posterunek policji.

Nigdy wcześniej nie znałem prawdziwej Jane Doe*.

Skye uśmiechnęła się i zerknęła w głąb przedpokoju.

– Uwielbiam tę małą – powiedziała. – Bardzo się cieszę, że Lorna przyjaźni się z taką fajną dziewczyną.

Już o tym wiedziałem. Skye nie ukrywała swojej sympatii do tej sierotki. Westchnąłem. Jeżeli ktoś w ogóle miał szansę nieco utemperować Lornę, to tylko Jane.

Mogłem zapomnieć o randce.

– Mam siedzieć z nimi w tym samym pokoju?

Skye zaśmiała się cicho.

– Bez przesady. Ale wolałabym, żebyś przeniósł się do salonu, zamiast się tu ukrywać. Inaczej mogą się wymknąć z domu.

– Niby dokąd?

– Nie znasz Lorny? Przecież ona jest zupełnie nieprzewidywalna.

Racja.

– Dobra. – Wstałem z łóżka i zrzuciłem buty.

Z nocnego stolika złapałem Bastion Stephena Kinga i poszedłem za Skye. Z pokoju na końcu korytarza dobiegał śmiech i dźwięki On Call Kings of Leon. Uśmiechnąłem się lekko. Musiałem przyznać, że Jane miała zbawienny wpływ na gust muzyczny mojej siostry.

Schodząc na dół, odpisałem Julie, że muszę zostać w domu z siostrą, ale możemy spiknąć się następnego wieczoru. Mijając ławę, zauważyłem otwarty szkicownik i przystanąłem, żeby popatrzeć. Lekko go przesunąłem, trzymając za róg, żeby nie rozmazać rysunku. Na szkicu widniała Skye. Patrzyła przed siebie z zamyśloną miną i nawijała kosmyk włosów na palec.

Autorką rysunku była Jane.

Poczułem, że Skye oparła brodę na moim ramieniu.

– Bardzo mi się podoba, jak ta mała mnie postrzega.

Uśmiechnąłem się.

– Ma taki talent, że szok. – Odsunęła się. – Ten szkic to zaledwie czubek góry lodowej. – Stanęła obok mnie i podstawiła mi telefon pod nos. – To jej praca na zaliczenie z wychowania plastycznego.

Spojrzałem na zdjęcia i aż zamrugałem oczami. Rysunek przedstawiał trójwymiarowe drewniane skrzynie o różnej wielkości. Tworzyły coś w rodzaju panoramy miasta. Na wszystkich znajdowały się portrety znanych osób. Każda miała inną minę, co tworzyło cały wachlarz emocji.

– To komicy, pisarze i aktorzy, którzy występują w poważniejszych filmach. Ich twarze mają inny wyraz niż na ekranie. Komicy są smutni i zamyśleni. Pisarze śmieją się albo są zakochani. Ma to być przyczynek do dyskusji nad tym, że twarze giną w miejskim tłumie, a żeby poznać kogoś tak naprawdę, powinniśmy się zatrzymać i na niego spojrzeć.

Uniosłem brwi, a Skye uśmiechnęła się szeroko.

– Ona ma czternaście lat – przypomniała mi.

Czasami nie mogłem zrozumieć, dlaczego Lorna i Jane się zaprzyjaźniły. Jane była dojrzała jak na swój wiek i refleksyjna. Co prawda Lornie nie można było odmówić ambicji i inteligencji, ale była przy tym również nieco płytka.

Telefon zabrzęczał, odciągając moją uwagę od rysunku Jane. Klapnąłem na wielką kanapę w salonie połączonym z kuchnią i otworzyłem SMS.

Jakie to słodkie. :*

Westchnąłem. Ani słowa o jutrzejszej randce?

Jutro nie mogę. Kolacja ze znajomymi rodziców, ble. Spotkamy się w pon. w szkole godz. przed lekcjami? Nie pożałujesz. ;) :*

Ten podtekst sprawił, że moje krocze zalała fala gorąca.

Spoko.

Rzuciłem telefon na kanapę. Już nie byłem tak wkurzony tym, że tego wieczoru muszę zostać w domu. Wyglądało na to, że warto poczekać do poniedziałku.

Ale może Bethany miałaby jutro czas? Wziąłem telefon, żeby do niej napisać.

– Piszesz do wszystkich swoich ukochanych? – zażartowała Skye, zakładając cienki sweter.

Wzruszyłem ramionami.

– Jamie, tylko nie złam żadnej serca. Nie bądź taki.

Skrzywiłem się, poirytowany tą insynuacją.

– Wiedzą, na czym stoją. Żadnej niczego nie obiecywałem.

Wzięła z ławy torebkę i klucze i jeszcze raz popatrzyła na mnie z siostrzaną troską.

– Wiem, że masz dopiero szesnaście lat i nie traktujesz dziewczyn poważnie, ale… mogę spytać, dlaczego nie chcesz spotykać się tylko z jedną?

Nie miałem ochoty na tę rozmowę. Siostry potrafią być strasznie męczące.

– Skye… – jęknąłem.

– Tylko pytam.

– To dziewczyny rozmawiają o takich rzeczach. Faceci nie lubią takiej gadki. – Machnąłem ręką, zdenerwowany.

Skye się roześmiała.

– Niektórzy faceci też o tym rozmawiają. Nie będziesz mniej męski, jeżeli zaczniesz mówić o uczuciach. A może kiedy nocami piszesz na laptopie, po prostu wstawiasz przypadkowe słowa?

Poczułem się nieco skrępowany tą uwagą.

No dobra. Wkładałem w swoje teksty mnóstwo uczucia. Ale to co innego. Z nadzieją, że Skye się odczepi, jeżeli odpowiem, wyrzuciłem z siebie:

– To nie tak, że nie chcę się spotykać tylko z jedną dziewczyną.

– Naprawdę?

– O Jezu. – Westchnąłem. – Naprawdę ci to nie wystarczy?

– Nie.

– Mam szesnaście lat. – Znowu machnąłem ręką, przy okazji wyjmując z książki palec, który wskazywał, gdzie skończyłem czytać. – Po prostu jeszcze takiej nie spotkałem. Koniec historii.

– Kogo jeszcze nie spotkałeś?

Czy siostrobójstwo to przestępstwo?

– Dziewczyny, dla której przestałbym się uganiać za innymi. Czy możemy już skończyć tę rozmowę?

Skye wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie.

– Wiedziałam, że każdy pisarz to romantyk. Ale pamiętaj, że nie musisz zbyt szybko układać sobie życia. Baw się, dopóki możesz, ale rób to odpowiedzialnie. Zabezpieczaj się i nie zachowuj jak dupek. – Wypowiedziawszy tę irytującą uwagę, pomaszerowała do drzwi. – Zamów coś do jedzenia. Pamiętaj, żeby najpierw spytać dziewczyn, na co mają ochotę.

– Dobra, dobra.

– I dziękuję.

– Wisisz mi przysługę.

– Wiem.

Podniosłem głowę znad książki.

– Powodzenia na spotkaniu.

Skye uśmiechnęła się szeroko, pomachała mi i wyszła.

Niełatwo było mieć starszą siostrę, z którą każdy mój kumpel chciałby się przespać, która ciągle wtrącała się w moje sprawy i nie wiedziała, kiedy odpuścić.

Ale w głębi serca byłem pewien, że nie zamieniłbym jej na żadną inną.

Prychając i kręcąc głową, otworzyłem książkę i pogrążyłem się w lekturze, by zapomnieć o tym, że tego wieczoru nici z seksu.

Wkrótce potem zaburczało mi w brzuchu. Kusiło mnie, żeby zamówić pizzę, nie pytając Lorny i Jane, na co mają ochotę, ale wtedy moja siostra marudziłaby przez cały wieczór. Wolałem więc pójść na górę i to z nimi uzgodnić, niż potem wysłuchiwać jej jęków.

Muzykę usłyszałem dopiero, kiedy zbliżyłem się do pokoju Lorny. Ściszyły ją, żeby móc porozmawiać. Strasznie dużo gadały, a ja również dlatego nie chciałem mieć jednej dziewczyny. Nie wiedziałem, czy wytrzymałbym takie nawijanie non stop.

– To zasada numer dwa. – Zza drzwi dobiegł mnie głos Lorny.

Zatrzymałem się, słysząc ten nieznoszący sprzeciwu ton. Nie chciałem z nią rozmawiać, kiedy była w takim nastroju. Kochałem ją, ale przeważnie jej nie lubiłem. Nie obchodziło mnie, jak to o mnie świadczy. Skye wiele razy powtarzała, że Lorna z tego wyrośnie i jeszcze będzie z niej fajna dziewczyna, z którą się zaprzyjaźnię. Taaa, jaaasne.

– To nie jest zasada numer dwa – powiedziała Jane cicho, ale stanowczo, co mnie zaskoczyło.

– A właśnie, że jest – upierała się Lorna. – Mamy być wobec siebie lojalne i wspierać się w tym, co lubimy robić.

– Ale żądasz też, żebym wspierała cię w tym, co mi się nie podoba. Nie lubię Grety. Rozstawia wszystkich po kątach, a ja nie mam czasu dla takich osób. – Jane nie podniosła głosu, ale nadal mówiła z przekonaniem.

Już miałem zapukać i im przerwać, kiedy Lorna warknęła:

– To tylko impreza. Mam dość tego, że nikt mnie nie zaprasza, bo ty zachowujesz się jak dziecko!

Skrzywiłem się. Jezu, co za upierdliwy bachor.

– Nie jestem dzieckiem. – Głos Jane lekko zadrżał. – Po prostu nie chcę się przyjaźnić z ludźmi, którzy obgadują innych za plecami i nie zrozumieliby słowa „lojalność”, nawet gdyby Gucci wydrukował je na jednej ze swoich torebek. Popularność nie jest mi potrzebna do szczęścia. Nie zamierzam brać udziału w owczym pędzie.

Ze zdziwieniem podniosłem brwi. Kim jest ta mała?

– Nazywasz mnie owcą?

– Uderz w stół…

Miałem ochotę przybić piątkę tej całej Jane Doe.

– Przynajmniej nie jestem sierotą i ofiarą losu! Jane, oprócz mnie nikt cię nie chce. Pomyśl o tym, zanim powiesz coś, czego będziesz żałowała.

Zalała mnie fala wściekłości. Lorna McKenna, mistrzyni manipulacji. A miała dopiero czternaście lat.

Zbyt późno usłyszałem trzeszczenie parkietu. Drzwi się otworzyły i z pokoju wypadła Jane, nieomal się ze mną zderzając. Wyciągnąłem ręce, żeby ją podtrzymać. Moja złość na siostrę jeszcze się nasiliła. Po zarumienionych policzkach Jane płynęły łzy.

No super.

Zapłakana nastolatka. Nie cierpiałem takich sytuacji.

Jane otarła łzy, wyrwała mi się i odeszła szybkim krokiem.

Uświadomiłem sobie, że do jej domu idzie się stąd z pół godziny. Skye mnie zamorduje, jeżeli puszczę tę małą samą.

A ja miałem ochotę zamordować Lornę.

Westchnąłem z irytacją i zajrzałem do jej pokoju. Siedziała na łóżku, gapiąc się w ścianę, policzki miała czerwone z wściekłości.

Kiedy Skye nie oddała jej największej sypialni, Lorna dostała takiego ataku histerii, że ta przeznaczyła dla niej większą z dwóch pozostałych. Największa należała do Skye. Logiczne. W końcu to ona płaci czynsz. Ale Lornie nie dało się tego przetłumaczyć. Nie miałem pojęcia, jak to możliwe, że wychowała się w tych samych warunkach co my, a jednak była tak rozpuszczona. Ustąpiłem i zająłem najmniejszy pokój, chociaż Skye uważała, że jako starszemu należy mi się większa sypialnia.

– Odprowadzę Jane do domu.

Przeniosła wzrok na mnie.

– Co?

Dosłownie gotowałem się ze złości.

– Odprowadzę Jane. Jeżeli w tym czasie wyjdziesz z domu, będziesz miała przechlapane, dopóki nie wyjadę na studia. – Sięgnąłem ręką do klamki i zatrzasnąłem drzwi.

Biegnąc schodami za Jane, pomyślałem, że powinienem wziąć kluczyki do samochodu i ją odwieźć, ale potrzebowałem czasu na ochłonięcie przed powrotem do domu.

Kiedy wypadłem na ulicę, zobaczyłem ją idącą chodnikiem.

– Jane, zaczekaj! – zawołałem.

Odwróciła się, zaskoczona. Długie brązowe włosy omiotły jej ramiona. Przystanęła.

Kiedy do niej podszedłem, zobaczyłem, że w jej orzechowo-zielonych oczach odbijają się ostatnie promienie słońca i ni z tego, ni z owego – jakby trafił mnie grom z jasnego nieba – uświadomiłem sobie, że przyjaciółka Lorny jest piękna.

Kompletnie zaskoczony tą myślą, stanąłem jak wryty.

Jeszcze rok wcześniej Jane Doe była niezdarnym stworzonkiem. Wielkie oczy, duże uszy, wydatne usta. Wyglądała jak postać z kreskówki.

Ale teraz dostrzegłem, że rysy jej twarzy wyostrzyły się i stały dojrzalsze.

Wyrastała na piękną dziewczynę.

Pomyślałem, że niedługo będzie z niej zajebista laska.

Hm.

Potrząsnąłem głową, żeby przegnać te myśli.

– Odprowadzę cię do domu. – Ująłem Jane pod łokieć i ruszyliśmy.

Na szczęście nie protestowała – nie miałem ochoty przez pół godziny jej do tego przekonywać.

Zwolniłem, kiedy zobaczyłem, że z trudem dotrzymuje mi kroku.

Od chłodnego wiatru na moich rękach pojawiła się gęsia skórka. Szkoda, że nie wziąłem bluzy. W połowie października w Los Angeles wciąż jeszcze było ciepło, ale wieczorami temperatura spadała. Nie było zimno, ale na tyle chłodno, że dżinsy okazywały się lepsze od szortów, a bluzy od T-shirtów. Jane miała na sobie letnią sukienkę, ale nie trzęsła się z zimna, skoro więc czternastolatce z Kalifornii nie przeszkadzał wiatr, to tym bardziej nie powinien odstraszyć chłopaka, który wychował się na Wschodnim Wybrzeżu.

Zerknąłem na nią z góry i na widok jej przygnębionej miny raz jeszcze zbluzgałem w myślach swoją młodszą siostrę. Westchnąłem.

– Nie słuchaj Lorny. Ona po prostu zawsze musi postawić na swoim.

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że Jane ma w sobie dość siły, żeby się jej przeciwstawić.

– Wiem. – Spojrzała na mnie tymi swoimi ślicznymi oczami. – Ale ostatnio jest dla mnie bardzo niemiła, a ja mam już tego dosyć.

Byłem facetem, a faceci lubią myśleć, że nie przejmują się takimi głupstwami, ale wiele razy zetknąłem się z zazdrością kumpli, nawet tych, z którymi wychowałem się w Bostonie, więc wiedziałem, jak łatwo zniszczyć przyjaźń. Może Lorna była zła, że jej nieśmiała, nieporadna przyjaciółka wyrasta na ładną, utalentowaną dziewczynę, za którą niedługo zaczną się oglądać chłopcy? O ile już teraz tego nie robią.

– Nic dziwnego. Nie dawaj jej sobą dyrygować. – Głupio to zabrzmiało, ale nie wiedziałem, co innego powiedzieć.

W ciągu ostatniego roku zamieniłem z Jane może ze dwadzieścia słów.

– Wszyscy traktują mnie jak popychadło. Nawet Lorna. – Spojrzała na mnie, po czym odwróciła wzrok, kiedy tylko nasze spojrzenia się spotkały. – A ja wcale nim nie jestem.

Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że w mojej obecności ta mała czuje się skrępowana. Kiedy znajdowaliśmy się w tym samym pomieszczeniu, rzadko patrzyła prosto na mnie.

Niewiele mogłem na to poradzić.

Szliśmy chodnikiem wzdłuż cichej ulicy, mijając domy w stylu hiszpańskiego kolonializmu z palmami w niemal każdym ogrodzie. Było tu zupełnie inaczej niż w Dorchester.

– Piszesz coś nowego? – spytała nagle.

Prawie się potknąłem.

Zmrużyłem oczy.

Lorna, zamorduję cię.

– Yyy… to nie… znaczy, nie wiedziałam… – Jane zacisnęła powieki, a ja na widok jej uroczo zawstydzonej minki nieco się opanowałem.

Wciąż jeszcze wzburzony, ale nie na nią, machnąłem ręką.

– Wporzo.

– Nikomu nie powiem.

Wzruszyłem ramionami, jakbym się tym nie przejmował, chociaż przejmowałem się jak cholera.

Szliśmy dalej w milczeniu.

Aż do chwili, kiedy powiedziała:

– Przeczytałam tę książkę. Jestem legendą Richarda Mathesona.

Tym razem nasze spojrzenia się spotkały, a ona nie odwróciła wzroku. Uśmiechnąłem się lekko, kiedy uświadomiłem sobie, że zobaczyła okładkę na plakacie w moim pokoju. Czyżby się mną interesowała?

– Tak? I co?

– Dobra. Ciekawa. I smutna. – Westchnęła, a w tym dźwięku dało się słyszeć drżenie zdradzające niepewność. Prawie jej współczułem, ale z drugiej strony spodobało mi się, że tak na nią działam. – Potem przeczytałam Stir of Echoes. Też mi się podobała.

– Nie wiedziałem, że czytasz takie książki.

– Czytam wszystko co dobre.

Uśmiechnąłem się.

– Jasna sprawa – przytaknąłem.

Kiedy znowu zamilkliśmy na dłużej, przyszło mi do głowy, że może Jane zużyła cały zapas odwagi na ten wieczór. W innej sytuacji nie próbowałbym podtrzymać rozmowy, ale w jej spokoju, cichej obecności było coś, co mi się podobało. Co mnie zaciekawiło.

– Dlaczego nie poprosiłaś rodziców, żeby po ciebie przyjechali? Nie powinnaś sama chodzić po nocy.

Przygryzła dolną wargę.

– Przepraszam za fatygę.

– Dla mnie to żadna fatyga. Ale nie odpowiedziałaś na pytanie.

– Nie chciałam zawracać im głowy.

Zawracać głowy? Przecież jest ich przybranym dzieckiem. Powinna zawracać im głowę.

– Dostają pieniądze za to, że się tobą opiekują, prawda? – Od razu zrozumiałem, że nie powinienem o to pytać. Mina jej zrzedła, a mnie ogarnęło poczucie winy. – Nie to miałem…

– Wszystko w porządku. Ja po prostu… Po prostu nie chcę dokładać im obowiązków. Do osiemnastki zostały mi jeszcze cztery lata i muszę przez ten czas zostać z nimi. Nie chcę znowu zmieniać rodziny.

– Jak długo u nich jesteś?

– Prawie cztery lata.

Zmarszczyłem brwi.

– U kogo mieszkałaś wcześniej?

Wzruszyła ramionami.

– U paru rodzin.

– Greenowie są z nich najlepsi?

W Dorchester miałem kumpla, Lipa, który też był w rodzinie zastępczej. Większą część życia mieszkał u jednej dobrej kobiety, Maggie. Jej mąż był pieprzonym leniem, a Maggie wiecznie miała na głowie pięcioro innych przybranych dzieci, więc Lipowi wiele rzeczy uchodziło na sucho.

Jane się zawahała, a ja poczułem dziwny ucisk w sercu.

– Tak.

– Skąd to wahanie?

– Oni są po prostu… są w porządku. Rzadko ze mną przebywają, ale zapewniają mi wszystko, czego potrzebuję, nie krzyczą na mnie ani… nie robią nic innego.

– Nic innego? Czy ktoś ci robił „coś innego”? – Dlaczego nagle tak się zdenerwowałem?

Jane podniosła głowę i popatrzyła na mnie. Jej lekki uśmiech i znaczące spojrzenie sprawiły, że poczułem się jak naiwne dziecko.

– Jamie, ten system ma mnóstwo wad. Za dużo dzieci potrzebuje opieki, jest zbyt mało pracowników socjalnych i zdecydowanie za mało rodziców zastępczych. Zaznałam i dobra, i zła.

Na chwilę zapomniałem, że nie rozmawiam z dorosłą osobą, tylko z czternastolatką. W jej oczach zobaczyłem zmęczenie życiem i poczułem się fatalnie. Nie tylko ja musiałem szybko dorosnąć – również Jane, która dorastała w samotności. Co za niesprawiedliwość.

– Przykro mi.

Przez chwilę milczała, po czym głęboko zaczerpnęła powietrza, jakby się do czegoś przygotowywała, i wypaliła:

– Wydajesz mi się inny niż zwykle. Mniej rozzłoszczony.

Taaak, Jane Doe mnie obserwowała. Zmarszczyłem brwi.

– To znaczy?

– Byłeś taki…

– Jaki?

Jej usta zadrżały. Rzuciła mi rozbawione spojrzenie, po czym znowu spojrzała przed siebie.

– Humorzasty.

Miałem wrażenie, że nie tego słowa szukała. Ale rzeczywiście byłem humorzastym sukinsynem.

– Ty też byś taka była, gdyby ojciec zostawił cię z taką matką jak moja, która zresztą zmarła. – Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, po co to powiedziałem.

Tym razem na dłużej zatrzymała na mnie wzrok, co wywołało we mnie pewien niepokój. Mądrość w jej oczach sprawiała, że czułem się przy niej, jakbym to ja był młodszy.

– Mogę ci coś powiedzieć? Coś, czego nie powiedziałam nawet Lornie?

Kiwnąłem głową. Wiedziałem, że to musi być coś ważnego. Nie rozumiałem tylko, dlaczego chciała powiedzieć to mnie ani dlaczego chciałem to usłyszeć.

– Jako niemowlę zostałam adoptowana.

Co takiego?

Na widok dezorientacji na mojej twarzy pokiwała głową z takim smutkiem, który przyprawił mnie o szybsze bicie serca.

– Kiedy miałam dziewięć miesięcy zostałam adoptowana przez Marissę i Calvina Higginsów. Nazywałam się Margot Higgins.

– Nie rozumiem.

– Nie mogli mieć dzieci. Nie mieli żadnej rodziny oprócz mamy Calvina, która nie lubiła Marissy. Nie lubiła również mnie. Nie cierpiała każdego, kogo Calvin kochał bardziej niż ją. Wtedy tego nie rozumiałam. – Uśmiechnęła się ze smutkiem. – Wiesz, takie rzeczy dopiero po latach składają się w całość. Kiedy już nie jesteś dzieckiem, wspomnienia nabierają innej treści.

– Jane… ja nie… – Jak to możliwe, że została adoptowana, a potem znowu wylądowała w rodzinie zastępczej?

– Kochali mnie – szepnęła z żalem. – Byli dla mnie jak prawdziwi rodzice. Miałam siedem lat, kiedy to się stało. Wypadek samochodowy. Byłam wtedy w szkole. Jechali do pracy. Po ich śmierci dowiedziałam się, że mnie adoptowali. Nie byli moimi biologicznymi rodzicami.

Serce ścisnęło mi się ze współczucia.

– Kiedyś uczyłam się tańca – mówiła, zatopiona w myślach. – Baletu. Ale lekcje były drogie, a mnie przerzucano z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nie było szans, żeby ktoś za to płacił. Przez jakiś czas mogłam tylko rysować. Baletnice. Do tej pory czasami je rysuję. Za każdym razem, kiedy widzę, jak ktoś tańczy, przypomina mi się, że moje życie mogło wyglądać inaczej. – Zaśmiała się ze smutkiem. – Ale ułożyło się właśnie tak. Jest, jakie jest, i trzeba je jak najlepiej wykorzystać. Tak czy siak, lubię sobie pomarzyć o tamtym innym życiu. Marissa, moja mama, obiecała, że kiedy podrosnę, zabierze mnie na prawdziwy balet. Do tej pory nigdy nie oglądałam baletu na żywo.

– Kiedyś na pewno ci się to uda. – Te słowa popłynęły z moich ust, zanim zdążyłem się powstrzymać. Obietnica. Pewność. – Dlaczego nazywasz się Jane Doe?

– Matka mojego taty nie chciała mnie wziąć do siebie, chociaż była moją najbliższą krewną. Willa sądzi, że moi rodzice zostawili wszystko, łącznie ze mną, mamie Calvina. I że ona postąpiła wbrew ich woli. O adopcji dowiedziałam się po ich śmierci. Matka mojego taty nie życzyła sobie, żebym nosiła jego nazwisko. Opiece społecznej nie chciało się o to walczyć, a ja miałam zaledwie siedem lat. Moje nazwisko prawnie zmieniono na Jane Doe i wróciłam do systemu.

Ja pierdolę.

– Tak mi przykro.

Skinęła głową. Miała zarumienione policzki.

– Jamie, powiedziałam ci o tym, żebyś wiedział, że nie jesteś sam. W szkole pewnie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, przez co przeszliśmy, ale każdy ma jakiś sekret. Każdy nosi w sobie ból, o którym nikomu nie mówi.

Gardło zacisnęło mi się z emocji, które uderzyły we mnie z taką siłą, jakbym staranował ścianę. Serce waliło mi jak oszalałe; pojawił się we mnie zalążek poczucia winy. Od roku okropnie traktowałem Skye. Czasami musiałem wyładować na kimś gniew i żal. Porzucałem dziewczyny. Denerwowały mnie, bo zachowywały się tak, jakbym na samym początku nie oznajmił, że nie chcę stałego związku. Dobrze się uczyłem, ale niekiedy byłem bezczelny w stosunku do nauczycieli. I zdarzało się, że miałem ochotę komuś przyjebać.

A to wszystko z tego samego powodu.

Mała Jane Doe tęskniła za swoim dawnym życiem, a jednak traktowała wszystkich cierpliwie, uprzejmie i z szacunkiem.

Pierwszoklasistka dała mi niezłą lekcję życia.

Widząc moje zmieszanie, posłała mi słodki uśmiech. W jej lewym policzku pojawił się dołeczek, którego wcześniej nie zauważyłem. Uroczy. Nieoczekiwanie poczułem falę gorąca w kroczu.

O kurwa.

Odwróciłem wzrok i napomniałem się w myślach, że Jane jest nie tylko pierwszoklasistką, ale i przyjaciółką mojej siostry.

– Przyśpieszmy trochę – powiedziałem beznamiętnym tonem. Nie miałem pojęcia, jak zareagować na wszystko, co mi powiedziała. – Mam w domu niezły zapierdol.

Zaczerwieniła się, a mnie zrobiło się głupio, że zachowałem się jak palant.

Milczała już do końca drogi. Miałem wielką ochotę poprosić, żeby powiedziała o sobie coś więcej. Bardzo mnie to ciekawiło. Interesowała mnie jej opinia na temat książek, muzyki… i innych rzeczy.

Zabolało mnie, że się nie pożegnała, tylko od razu pobiegła schodami do mieszkania Greenów. Przestraszyłem się, że mogłem zranić jej uczucia po tym wszystkim, co mi powiedziała. Przez całą drogę powrotną opierniczałem samego siebie, żałując, że nie zareagowałem inaczej.

Mogłem ją przytulić.

Cholera. Wykluczone.

Nie mogłem tego zrobić. Jane była poza moim zasięgiem. Była jeszcze dzieciakiem. Nie powinienem dać się omamić tym wielkim, zamyślonym oczom czy tej dojrzałości, z jaką ze mną rozmawiała – ani wrażeniu, jakie na mnie zrobiła jej smutna opowieść.

A zresztą może przyjaźń Jane i Lorny właśnie się zakończyła, więc już nigdy jej nie zobaczę.

Ta nadzieja rozwiała się, kiedy wszedłem do domu i zobaczyłem Lornę na kanapie z telefonem przyciśniętym do ucha.

– Nie, to była moja wina. Jane, tak bardzo cię przepraszam. Zachowałam się okropnie. Nie musisz iść na tę imprezę. Nie chcę tylko, żebyś była zła, jeżeli pójdę bez ciebie.

Na ten wieczór miałem dosyć jej histerii, ale serce nieco mi zmiękło, kiedy usłyszałem te przeprosiny. Może Skye się nie myliła i Jane rzeczywiście ma dobry wpływ na Lornę? Idąc do kuchni po coś do picia, zwichrzyłem siostrze włosy, a ona spojrzała na mnie z taką nabożną czcią, że ogarnęło mnie poczucie winy.

Powinienem się starać być lepszym starszym bratem.

Telefon w mojej kieszeni zabzyczał. Bethany.

Tak, możemy się jutro spotkać. Rodzice wyjechali i mam wolną chatę. :***

Miałem coraz lepsze widoki na niedzielę i poniedziałek. Co prawda dziś zostałem uziemiony, ale sprawy przybrały właściwy obrót.

– Co zamówić do jedzenia? – spytałem Lornę, kiedy skończyła rozmowę.

Oczy jej zabłysły.

– Mogę wybrać?

– Możesz.

Zeskoczyła z kanapy.

– To dlatego, że stanąłeś po stronie Jane, a nie po mojej?

To tyle, jeśli chodzi o dobre samopoczucie.

Właśnie takie rzeczy mnie w niej wkurzały.

– Nie stanąłem po stronie Jane. Nie staję po niczyjej stronie w tej twojej dziecinnej przyjaźni. Ona ma czternaście lat, więc nie mogłem pozwolić, żeby wracała do domu sama. I tyle.

– Ale mnie zostawiłeś samą. – Lorna splotła ręce na piersi i spiorunowała mnie spojrzeniem.

Popatrzyłem na nią i zobaczyłem matkę. Kiedy byłem dzieckiem, zadręczała mnie w taki sam sposób: dawałem z siebie wszystko, ale na końcu zawsze się okazywało, że nie kocham jej wystarczająco mocno. Przestałem się tym przejmować, dopiero kiedy dorosłem i zmądrzałem. Było to bardzo wyczerpujące.

– Dobra – warknąłem, wciskając na komórce klawisz szybkiego wybierania. – Zamawiam pizzę.

– Jamie!

Zignorowałem jej jęki i zamówiłem to, na co, kurwa, miałem ochotę. Nastrój już oficjalnie mi się zepsuł.

Ale kiedy tej nocy położyłem się spać, usłyszałem w głowie głos Jane.

„W szkole pewnie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, przez co przeszliśmy, ale każdy ma jakiś sekret. Każdy nosi w sobie ból, o którym nikomu nie mówi”.

Proste, ale mądre słowa. Czułem, że zostaną ze mną. Pozwolą mi widzieć dalej niż czubek własnego nosa. Słowa, dzięki którym stanę się lepszym pisarzem… i – co ważniejsze – lepszym człowiekiem.

Kiedy tak leżałem w ciemności, poczułem, że przestaję być wiecznie wkurwiony na cały świat, bo zrozumiałem, że są ludzie, którzy przeżyli o wiele gorsze rzeczy niż ja.

Przestałem się czuć tak cholernie samotny.

Dzięki niej.

* Jane Doe – w USA jest to nazwisko używane w celu określenia kobiety o niezidentyfikowanej lub ukrytej tożsamości, odpowiednik polskiego N.N. [przyp. tłum.]

3

Dwa lata później

Jane

Szesnaście lat

Kiedy moje serce ścisnął potworny żal, uświadomiłam sobie, że jestem zła nie dlatego, że Christopher Cruz całował się z Lorną.

Zabolało mnie to, że Lorna go podrywała, doskonale wiedząc, że się w nim zakochałam.

Już straciłam rachubę, ile razy złamała zasady, które sama ustanowiła, kiedy miałyśmy po trzynaście lat.

Nie byłam głupia. Wiedziałam, że nasza przyjaźń z jednej strony jest piękna, ale z drugiej – toksyczna. To powinno wystarczyć, żebym dała sobie z nią spokój. Nie chciałam jednak tego robić, bo Lorna bywała dla mnie kochana, wspierająca i opiekuńcza. Trzymałam się jej również dlatego, że kochałam Skye jak rodzoną starszą siostrę, a moje uczucia do Jamiego były niezwykle intensywne. Ich dom z trzema sypialniami w Glendale stał się moim drugim domem. Gdybym zerwała z Lorną, straciłabym również jej brata i siostrę.

Nie, żeby Jamiego i mnie łączyła jakaś szczególna relacja.

Kochałam się w nim z daleka.

Ale Skye… ją po prostu uwielbiałam.

To ja dziewięć miesięcy wcześniej namówiłam Jamiego, żeby pogadał ze Skye, kiedy zauważyłam, że ta za dużo pije. Wyglądała na taką smutną. Jamie porozmawiał z nią i przyznała, że za często imprezuje. To była część jej życia. Po tej rozmowie przestała chodzić na imprezy i pić. Rzuciła się w wir pracy.

Widywałam ją bardzo rzadko, ale było to lepsze niż nic.

Żyłam myślą o tych paru słowach, które co tydzień zamieniałam z Jamiem.

Miał już osiemnaście lat, był jeszcze przystojniejszy niż wcześniej i – ku mojej uldze – nie wyjechał na studia do jakiegoś odległego miasta. Zdobył stypendium sportowe na Uniwersytecie Południowej Kalifornii i właśnie był na pierwszym roku. Ku niezadowoleniu Lorny wybrał filologię angielską, co uznała za idiotyczne, bo – jak to ujęła – „Jamie do końca życia pozostanie przymierającym głodem pisarzyną”.

Wielką radość sprawiła mi jego decyzja, żeby w ramach oszczędności zostać w domu, bo oznaczała, że nadal mogę go widywać.

Potwornie bałam się tylko dnia, w którym Jamie zakocha się w jakiejś inteligentnej i seksownej studentce.