Twoja kolej na śmierć - Peter James - ebook
Opis

Ostatnie słowa, które wypowiedziała narzeczona do Jamiego Balla, padły w trakcie przerażającej rozmowy telefonicznej. Chwilę wcześniej Logan Somerville wjechała na znienawidzony przez siebie parking podziemny pod budynkiem, w którym mieszkali. Bała się tego miejsca. Kilka sekund po tym, jak Jamie usłyszał w słuchawce krzyk ukochanej, połączenie zostało przerwane. Policja błyskawicznie przyjechała na miejsce, ale Logan już tam nie było. Samochód stał jak gdyby nigdy nic, zaparkowany na swoim miejscu. W środku leżał telefon.

Tego samego popołudnia robotnik pracujący w parku w innej części miasta wykopał zwłoki dwudziestokilkuletniej kobiety. Jak się okazało, nie żyła od 30 lat. Komisarz Roy Grace nie pomyślał nawet, że te dwa zdarzenia mogło coś łączyć. Jednak niedługo później kolejna kobieta mieszkająca w Brighton zaginęła, a w innej części miasta ponownie znaleziono ciało.

W tym samym czasie do drzwi znanego londyńskiego psychiatry zapukał człowiek, który twierdził, że ma informacje o Logan. Od tego wydarzenia Roy Grace nie mógł spać spokojnie. Coś podpowiadało mu, że w słowach nieznajomego tkwi klucz do rozwiązania zagadki przestępstw z Brighton – teraźniejszych i przeszłych…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 499

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

1. 11 grudnia, czwartek

2. 11 grudnia, czwartek

3. 11 grudnia, czwartek

4. 11 grudnia, czwartek

5. 11 grudnia, czwartek

6. 11 grudnia, czwartek

7. 11 grudnia, czwartek

8. 11 grudnia, czwartek

9. 11 grudnia, czwartek

10. 11 grudnia, czwartek

11. 11 grudnia, czwartek

12. 11 grudnia, czwartek

13. 11 grudnia, czwartek

14. 11 grudnia, czwartek

15. 11 grudnia, czwartek

16. 11 grudnia, czwartek

17. 11 grudnia, czwartek

18. 12 grudnia, piątek

19. 12 grudnia, piątek

20. 12 grudnia, piątek

21. 12 grudnia, piątek

22. 12 grudnia, piątek

23. 12 grudnia, piątek

24. 12 grudnia, piątek

25. 12 grudnia, piątek

26. 12 grudnia, piątek

27. 12 grudnia, piątek

28. 12 grudnia, piątek

29. 12 grudnia, piątek

30. 12 grudnia, piątek

31. 12 grudnia, piątek

32. 12 grudnia, piątek

33. 12 grudnia, piątek

34. 12 grudnia, piątek

35. 12 grudnia, piątek

36. 12 grudnia, piątek

37. 13 grudnia, sobota

38. 13 grudnia, sobota

39. 13 grudnia, sobota

40. 13 grudnia, sobota

41. 13 grudnia, sobota

42. 13 grudnia, sobota

43. 13 grudnia, sobota

44. 13 grudnia, sobota

45. 13 grudnia, sobota

46. 13 grudnia, sobota

47. 14 grudnia, niedziela

48. 14 grudnia, niedziela

49. 1974

50. 14 grudnia, niedziela

51. 14 grudnia, niedziela

52. 14 grudnia, niedziela

53. 14 grudnia, niedziela

54. 15 grudnia, poniedziałek

55. 15 grudnia, poniedziałek

56. 15 grudnia, poniedziałek

57. 16 grudnia, wtorek

58. 16 grudnia, wtorek

59. 16 grudnia, wtorek

60. 16 grudnia, wtorek

61. 16 grudnia, wtorek

62. 16 grudnia, wtorek

63. 17 grudnia, środa

64. 17 grudnia, środa

65. 17 grudnia, środa

66. 17 grudnia, środa

67. 18 grudnia, czwartek

68. 29 grudnia, 1976

69. 18 grudnia, czwartek

70. 18 grudnia, czwartek

71. 18 grudnia, czwartek

72. 18 grudnia, czwartek

73. 18 grudnia, czwartek

74. 18 grudnia, czwartek

75. 18 grudnia, czwartek

76. 18 grudnia, czwartek

77. 19 grudnia, piątek

78. 19 grudnia, piątek

79. 19 grudnia, piątek

80. 19 grudnia, piątek

81. 19 grudnia, piątek

82. 19 grudnia, piątek

83. 19 grudnia, piątek

84. 19 grudnia, piątek

85. 20 grudnia, sobota

86. 20 grudnia, sobota

87. 20 grudnia, sobota

88. 20 grudnia, sobota

89. 20 grudnia, sobota

90. 20 grudnia, sobota

91. 20 grudnia, sobota

92. 20 grudnia, sobota

93. 20 grudnia, sobota

94. 20 grudnia, sobota

95. 20 grudnia, sobota

96. 20 grudnia, sobota

97. 20 grudnia, sobota

98. 20 grudnia, sobota

99. 21 grudnia, niedziela

100. 21 grudnia, niedziela

101. 21 grudnia, niedziela

102. 21 grudnia, niedziela

103. 23 grudnia, wtorek

104. 24 grudnia, środa

105. 25 grudnia, czwartek

106. 27 grudnia, sobota

107. 2 stycznia, piątek

108. 3 stycznia, sobota

109. 4 stycznia, niedziela

110. 4 stycznia, niedziela

111. 4 stycznia, niedziela

Podziękowania

Przypisy

Kryminał, który łączy to, co najlepsze w klasyce gatunku, z nowoczesnością.

Nadinspektor Roy Grace powraca, by ścigać niebezpiecznego psychopatę.

Tego mordercę kręci czekanie. Miesiącami śledzi swoje „projekty”, jak je nazywa, ciemnowłose kobiety, które torturuje i w końcu zabija. Logan dopadł w miejscu, którego panicznie się bała. W ciemności podziemnego parkingu. Zdążyła jeszcze zadzwonić do byłego narzeczonego – ale jej przerażony krzyk w słuchawce to ostatni ślad, jaki przez chwilę trwał w powietrzu. I przepadł. Podobnie jak ona.

Tego samego popołudnia, w innej części miasta, robotnicy odkopują szczątki młodej kobiety, które przeleżały w ziemi trzydzieści lat.

Nie ma powodu, by wiązać te dwie sprawy. Dopiero gdy ginie kolejna kobieta, nadinspektor Roy Grace zaczyna się poważnie martwić. Czyżby w Brighton pojawił się pierwszy seryjny morderca od osiemdziesięciu lat?

Peter James(ur. 1948 r.)

Angielski autor kryminałów, scenariuszy, sztuk teatralnych, odznaczony nagrodą Diamond Dagger za całokształt twórczości. Jest jedynym brytyjskim pisarzem, który regularnie towarzyszy oddziałom policji w przeprowadzanych akcjach i uczestniczy w konferencjach na temat technik śledczych. Wśród policjantów ma reputację człowieka, który doskonale wie, o czym mówi, a przez fanów został uznany za Najlepszego Autora Kryminałów Wszech Czasów.

James ma za sobą karierę producenta filmowego i scenarzysty, ale od kiedy powołał do życia postać Roya Grace’a, który stał się jednym z ulubionych bohaterów czytelników na całym świecie, zdecydował się na pełnoetatową karierę pisarską.

Peter James jest zdobywcą wielu ważnych międzynarodowych nagród, m.in. Prix Polar International, francuskiej Prix Coeur Noir, niemieckiej Krimi-Blitz i amerykańskiej nagrody Barry.

Polscy czytelnicy nagrodzili jego powieść Dom na wzgórzu mianem najlepszego horroru roku 2016 w plebiscycie portalu Lubimy czytać!

peterjames.com

Tego autora

DOM NA WZGÓRZU

LUDZIE DOSKONALI

Nadinspektor Roy Grace

W GODZINIE ŚMIERCI

POPROSISZ MNIE O ŚMIERĆ

TWOJA KOLEJ NA ŚMIERĆ

Tytuł oryginału:

YOU ARE DEAD

Copyright © Really Scary Books / Peter James 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Paweł Lipszyc 2019

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: Free-Photos/Pixabay

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-697-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla mojej ukochanej Lary

111 grudnia, czwartek

Logan jechała szybko w ulewnym deszczu, pędziła do domu, zadowolona, że jej gówniany dzień, który od rana był zły i stawał się coraz gorszy, wreszcie miał się ku końcowi. Marzyła o dużym kieliszku schłodzonego białego wina i ukradkowym papierosie na balkonie, przed powrotem Jamiego. Z głośników dobiegł znajomy sygnał Radia Sussex, prezenterka oznajmiła, że jest siedemnasta trzydzieści i czas na wiadomości. Logan słuchała jednym uchem, szczęśliwie nieświadoma faktu, że jutro o tej porze stanie się głównym tematem wiadomości lokalnych oraz przedmiotem jednej z największych obław na człowieka przeprowadzonych przez policję hrabstwa Sussex.

Seria katastrof rozpoczęła się, gdy Logan, już spóźniona do pracy, wstała rano z potwornym bólem głowy po męczącej kolacji z Jamiem i potknęła się o but zostawiony przez niego na dywanie. Poleciała do przodu i rozwaliła sobie paluch o kant drzwi do łazienki. W innej sytuacji pojechałaby do szpitala, ale nie mogła sobie pozwolić na nieuchronne czekanie w kolejce na ostrym dyżurze, więc sama założyła sobie opatrunek, w nadziei że to wystarczy.

Na domiar złego złapał ją ten sam pieprzony radar, który w każdy dzień roboczy od dobrych kilku lat mijała, jadąc z ostrożną szybkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Dziś jednak, pędząc do pracy na pierwsze spotkanie, na śmierć zapomniała o istnieniu radaru i przemknęła obok niego, przekraczając siedemdziesiątkę.

Cios nokautujący otrzymała w gabinecie fizjoterapii, gdzie pracowała: jedna ze wspólniczek Logan – kobieta wnosząca największą część przychodów – oznajmiła, że jest w ciąży z trojaczkami i jeśli wszystko dobrze pójdzie, zamierza w pełni poświęcić się macierzyństwu. Bez generowanych przez nią zysków przyszłość gabinetu stanęłaby pod dużym znakiem zapytania.

Na wszystkich tych sprawach dodatkowo kładły się cieniem obawy Logan dotyczące Jamiego. Uparcie zaprzeczał istnieniu jakichkolwiek problemów, tych jednak nie brakowało. Jego niechlujstwo, które początkowo ją bawiło, zaczęło ją niezmiernie drażnić, zwłaszcza gdy rzucał od niechcenia, że utrzymywanie porządku w domu należy do kobiety.

No to posprzątała. Wszystkie jego ciuchy leżące na podłodze, wszystkie puszki po piwie i brudne szklanki – pozostałości po wizycie kumpli, którzy przyszli na meczyk – zebrała i wrzuciła do zsypu na klatce schodowej.

Na to wspomnienie uśmiechnęła się z satysfakcją, włączyła prawy kierunkowskaz i zahamowała przed wjazdem na podziemny parking pod ich blokiem w Brighton Kemp Town. Otworzyła pilotem elektryczną bramę.

Gdy zjeżdżała na parking, zaskoczył ją widok czającej się w mroku postaci. Mocno nadepnęła pedał hamulca.

211 grudnia, czwartek

Jamie Ball zadzwonił do narzeczonej i już po chwili wiedział, że coś się stało.

Jechał swoim starym volkswagenem golfem autostradą M23 w kierunku Brighton. Na drodze panował spory ruch, typowy dla godzin szczytu, a w dodatku lało jak z cebra. Połączenie było marne i z trudem słyszał, co Logan mówi, ale trzaski w słuchawce nie mogły zagłuszyć niepokoju w jej głosie.

– Kochanie, czy wszystko w porządku?

– Nie, nie wszystko – odparła.

– Co się stało?

– Na parkingu jest jakiś człowiek. Właśnie go widziałam. Kiedy wjechałam, próbował się ukryć.

Ani Logan, ani Jamie nie przepadali za tym podziemnym parkingiem. Z ich niewielkiego mieszkania na dziewiątym piętrze, niedaleko Szpitala Królewskiego Hrabstwa Sussex w Kemp Town, roztaczał się zapierający dech widok na dachy i kanał La Manche, ale parking zawsze przyprawiał ich o ciarki.

Był słabo oświetlony, a sporo miejsc całkowicie tonęło w ciemności, przy zupełnie szczątkowej ochronie. Kilka samochodów, chyba w ogóle nieużywanych, stało w pokrowcach. Wjeżdżając tam, Jamie odnosił czasem wrażenie, że wkracza do mauzoleum. Kiedy Logan wracała sama późnym wieczorem, wolała zostawić samochód na ulicy, ryzykując mandat, niż zapuszczać się w te mroczne podziemia.

Jamie wielokrotnie przestrzegał Logan, żeby przed zjazdem głębiej na parking sprawdziła, czy brama za nią na pewno się zamknęła. Wyglądało na to, że właśnie realizował się scenariusz, którego zawsze tak się obawiał.

– Dobrze, kochanie – powiedział. – Posłuchaj. Zablokuj drzwi auta, zawróć i natychmiast stamtąd wyjedź.

Nie odpowiedziała.

– Słyszałaś, Logan?

Jamiego dobiegł jej krzyk.

Upiorny krzyk.

A potem zapadła cisza.

311 grudnia, czwartek

Felix nie ma nic przeciwko temu, że zabijam ludzi. Łapie to, rozumie moje powody. Coś mi się wydaje, że sam chciałby to robić, tyle że brak mu odwagi. Harrison nie ma pewności co do moralnego wydźwięku całej sprawy. Jeśli chodzi o Marcusa, cóż, śmiertelnie serio sprzeciwia się temu, co robię – gra słów niezamierzona. Marcus uważa, że jestem złym człowiekiem. Ale chwilunia, dobrze mieć bystrych przyjaciół, którzy mają własne zdanie i nie boją się ich wyrażać. Zawsze szanowałem ludzi, którzy śmiało mówią, co myślą.

Powiada się, że prawdziwy przyjaciel to człowiek, który wie o tobie wszystko i nadal cię lubi, ale mam wątpliwości co do tego bezwarunkowego aspektu przyjaźni. Przyjaciele są nam potrzebni, by utrzymywać nas w równowadze, żebyśmy mogli zachowywać właściwą perspektywę, kompas moralny. Muszę jednak stwierdzić, że Marcus się myli. Tak naprawdę nie jestem złym człowiekiem, tylko jestem ofiarą. Wszyscy jesteśmy ofiarami. Wszyscy, w takiej czy innej postaci, jesteśmy więźniami własnej przeszłości. Przeszłość określa nas w sposób, który nie zawsze rzuca nam się w oczy. Widzisz to dopiero później, czasami, gdy przeczytasz coś, co cię poruszy, albo terapeuta zwróci ci uwagę na związek, którego dotąd nie dostrzegałeś. Wtedy zapala się lampka. Nagle wszystko nabiera sensu i wszystko możesz usprawiedliwić.

Właśnie rozpocząłem nowy projekt. To kobieta przed trzydziestką, szczupła, ładna, z długimi brązowymi włosami – tak wyglądają wszystkie moje projekty. Od trzech miesięcy śledzę ją, głównie z oddali, a także obserwuję jej profil na Facebooku i Twitterze. Lubię dogłębnie poznawać swoje projekty, by wypracować najlepsze podejście. Potem zastanawiam się, co z nimi zrobię. Kręci mnie właśnie oczekiwanie. Jak gdybyś wchodził na stronę fantastycznej restauracji i planował, co tam zjesz. Moje piękne dossier.

Logan to nie byle jaka dziewczyna. Jest sprawna pod każdym względem. Biega w maratonach. Miała wyjść za mąż, ale teraz nic z tego nie będzie, zresztą nie ma to związku ze mną. Wszystko to jest dla mnie pomocne, pomaga mi posługiwać się kompasem moralnym. Ona nie może traktować mężczyzn w ten sposób.

Trzeba ją ukarać.

411 grudnia, czwartek

Latem Hove Lagoon, park i plac zabaw z dwoma jeziorkami, torem wrotkowym i stawem dla dzieci, nieco oddalony od nadmorskiej promenady z domkami plażowymi w wesołych kolorach, roiłby się od ludzi. Pod czujnym okiem matek, dziadków, nianiek i opiekunek dzieci bawiłyby się na karuzelach, zjeżdżalniach i huśtawkach, pluskałyby się w małym stawie albo puszczały stateczki w jednym z dwóch prostokątnych jeziorek, dzieląc je z bardziej wytrawnymi żeglarzami, windsurferami i wakeboardzistami.

Ludzie zajadaliby lody i słodycze kupione w Big Beach Café, której pobielone ściany, niebieskie okna i stromy dach kłóciły się z supernowoczesnym wystrojem kawiarni i baru – owocem wyobraźni najnowszego właściciela, muzyka Normana Cooka, znanego też jako Fatboy Slim.

Jednak w to posępne grudniowe czwartkowe popołudnie, z ulewą i porywistym wiatrem, park był smutny i opuszczony. Samotna starsza pani w przezroczystym płaszczu przeciwdeszczowym prowadziła na smyczy opornego psa wielkości dużego szczura.

Kilku robotników w kombinezonach odblaskowych, kaskach i ochraniaczach na uszy, pracując po godzinach, wierciło wykop w alejce przed kawiarnią. Brygadzista stał w pewnym oddaleniu od grupy i z głową pochyloną przed deszczem wstukiwał pomiary na tablecie w wodoodpornym futerale. Nieopodal parkowało kilka samochodów osobowych i furgonetek, a obok hałasował żółty przewoźny generator.

Jeden z robotników wwiercił się młotem pneumatycznym w świeżą ziemię, odrzucił ją i nagle zawołał z cudzoziemskim akcentem:

– O Boże! Patrzcie! – Niespokojnie odwrócił się do brygadzisty. – Wesley! Zobacz!

Pozostali robotnicy, słysząc ten krzyk, który przebił się przez huk maszyn, również przestali pracować. Brygadzista podszedł, zajrzał do wykopu i zobaczył coś, co jego niewprawne oko uznało za dłoń szkieletu.

– Czy to zwierzę? – spytał robotnik.

– Nie wiem – odparł niepewnie brygadzista.

Nie potrafił też określić, jak długo dłoń leżała w ziemi. Może dziesiątki lat. Nie przychodziło mu jednak do głowy żadne zwierzę posiadające podobną łapę czy szpon. Chyba tylko małpa. Dłoń przypominała ludzką. Brygadzista polecił wszystkim trzem robotnikom obsługującym młoty pneumatyczne, by skoncentrowali się na terenie tuż obok dłoni i nie wiercili głębiej niż potrzeba.

Po oderwaniu dalszych fragmentów asfaltu ukazała się ręka szkieletu, połączona z dłonią czarnymi włóknami ścięgien. Potem kawałek klatki piersiowej oraz, bez wątpienia, ludzka czaszka.

– Dobra! – odezwał się nerwowo brygadzista. – Wszyscy przestają pracować. Idźcie do domu, zaczynamy jutro rano, jeśli nam pozwolą. Widzimy się o ósmej.

Zastanawiając się, czy nie należało powstrzymać ludzi wcześniej, brygadzista podszedł do furgonetki, otworzył tylne drzwi, wspiął się do środka i zaczął tam grzebać, aż znalazł brezent. Starannie przykrył nim odkopane fragmenty szkieletu i przycisnął brezent gruzem. Potem wyjął z pokrowca swoją komórkę i zadzwonił do szefa po instrukcje. Nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Rozłączył się i zgodnie z tym, co mu kazano, wybrał numer 999. Po zgłoszeniu się operatora poprosił o połączenie z policją.

511 grudnia, czwartek

Dygocząc ze strachu, Jamie Ball zjechał golfem na pobocze autostrady i ponownie wybrał numer Logan. Po sześciu sygnałach usłyszał komunikat poczty głosowej: „Cześć, tu Logan Somerville. W tej chwili nie mogę odebrać…”. Jamie zakończył połączenie i natychmiast zadzwonił jeszcze raz. Odbierz, kochana Logan, odbierz, proszę, odbierz! I tym razem po sześciu sygnałach włączyła się poczta głosowa. Tuż obok przejechała z hukiem ciężarówka, zatrzęsła jego małym autem, obsypała je żwirem. Jamie zamknął oczy, próbował myśleć, bliski łez. Mógłby zadzwonić do dozorcy Marka. Albo do sąsiada, który miał klucz do ich mieszkania.

Ale przecież słyszał jej krzyk.

Coś się stało.

Golf znowu się zatrząsł, gdy kolejny kolos przejechał z łoskotem, o wiele za blisko.

Jamie zakończył połączenie i niezwłocznie wybrał 999.

611 grudnia, czwartek

Około godziny temu jakiś idiota wymówił słowo na S. Podobnie jak w świecie teatralnym, gdzie istnieje głęboki przesąd związany z wymawianiem tytułu sztuki Makbet – ludzie teatru mówią o niej zawsze: „szkocka sztuka” – w świecie policyjnym panowało przekonanie, że nazwanie dnia spokojnym przyniesie pecha. I rzeczywiście, wystarczyło kilka minut od chwili, gdy pulchny posterunkowy wpadł do wydziału komunikacji głównej siedziby policji Sussex, by zamienić słówko z żoną, jedną z osób monitorujących przekazy radiowe, i zauważył, że mają spokojny dzień – i nagle całe hrabstwo oszalało. Trzy poważne karambole drogowe, napad z bronią w Brighton, człowiek grożący, że skoczy z urwiska Beachy Head, ulubionego miejsca samobójców, i wreszcie zaginiony czterolatek z Crawley.

Wydział komunikacji, mieszczący się w rozległej sali na pierwszym piętrze nowoczesnego biurowca na terenie zajmowanym przez główną siedzibę policji, obsługiwał wszystkie nagłe zgłoszenia napływające z całego hrabstwa Sussex. Tam też znajdował się system kamer przemysłowych, którym zawiadował inspektor dyżurny. Jednym z przywilejów tych inspektorów było udzielanie zgody na użycie broni palnej w nagłych wypadkach, a także prowadzenie i monitorowanie pościgów samochodowych w obrębie hrabstwa.

Tego popołudnia i wieczoru inspektorem dyżurnym był Andy Kille, wysoki, mocno zbudowany były mistrz Anglii w skokach spadochronowych, o przystojnej twarzy pobrużdżonej zmarszczkami cynizmu po blisko trzydziestu latach służby w policji, z rzadką szczeciną siwiejących włosów. Miał na sobie ciemne spodnie od munduru i czarną koszulę z białym napisem „Policja”, wyszytym na krótkich rękawach, oraz gwiazdkami inspektora na pagonach. Na szyi dyndał mu zawieszony na niebieskiej smyczy identyfikator. W ostatnim czasie wyhodował nietypowy dla siebie brzuch, ponieważ rzucił papierosy i rekompensował to sobie niepohamowanym jedzeniem.

Kille siedział przy swoim biurku, w boksie z tyłu sali, pośród ekranów i monitorów komputerowych. Jeden z nich przedstawiał mapę hrabstwa. Inny informował go na bieżąco o aktualnych zdarzeniach. Trzeci, ekran dotykowy, pełnił funkcję jego oczu i uszu w wydziale, za który on odpowiadał.

Na przeciwległej ścianie sali znajdowały się monitory wyświetlające dane statystyczne związane z działalnością policyjną, natomiast ekran nad biurkiem Kille’a prezentował obraz z czterystu czy pięciuset kamer w całym hrabstwie; były też monitory z bieżącymi wiadomościami. Za pomocą rozmaitych klawiatur oraz przełącznika Kille mógł w ciągu kilku sekund obrócić i przybliżyć dowolny obraz. W tym dziale pracowało trzydziestu ludzi, w większości cywilów, z wyhaftowanym na rękawach białym napisem: „Wsparcie policji”. W odróżnieniu od czarnych koszul policjantów, nosili koszule niebieskie. Kilku z nich pracowało dawniej w policji. Kiedy sporo się działo, łączna liczba funkcjonariuszy i osób wpierających zbliżała się do setki.

Pod ekranami pokazującymi obraz z kamer siedzieli przy biurkach operatorzy radiowi, którzy, podobnie jak niemal wszyscy tutaj, mieli na głowach słuchawki z mikrofonem. Ich praca polegała na stałym kontakcie z policjantami w terenie, zarówno pieszymi, jak i zmotoryzowanymi. Większość operatorów obserwowała przekaz z kamer na interesującym ich obszarze. Obok operatorów siedzieli dyżurni, którzy odbierali nagłe zgłoszenia. Wypadki, czyli zgłoszenia pod numer 999, sygnalizował brzęczyk, aby w rzadkich sytuacjach, gdy wszyscy dyżurni byli zajęci, zgłoszenie mogła przyjąć dowolna osoba w sali.

Amy Wood, spokojna, macierzyńska brunetka, odbierała nagłe zgłoszenia od dwudziestu lat i należała do najbardziej doświadczonych osób w tej sali. Uwielbiała tę pracę, bo nigdy się nie wiedziało, co wydarzy się w ciągu najbliższych dziesięciu sekund. Najważniejszym, czego się nauczyła, było to, że choćby człowiek sądził, że widział już wszystko, zawsze czekała go niespodzianka. Amy nie lubiła dni na S, toteż skrycie cieszyła się, gdy zaczynało się coś dziać. Ostatnia godzina była niesamowita! Amy odebrała zgłoszenia od świadków dwóch wypadków drogowych, od człowieka, którego dziewczynę pogryzł pies sąsiada, od nieszczęśnika z Bognor Regis, który właśnie został ściągnięty z roweru i patrzył, jak rabuś na nim odjeżdża, a wreszcie od gościa, najwyraźniej na totalnym odlocie narkotykowym, skarżącego się, że sąsiad z naprzeciwka stale go fotografuje.

Przekleństwem pracy Amy i jej kolegów były nieustanne telefony od dowcipnisiów oraz jeszcze liczniejsze zgłoszenia od psychicznie chorych. Pewna wiekowa dama z demencją dzwoniła piętnaście razy dziennie. Dwadzieścia procent wszystkich telefonów pod 999, z prośbą o natychmiastową interwencję policyjną, pochodziło od osób psychicznie chorych.

Właśnie z kimś takim miała teraz do czynienia. Młody mężczyzna wyszlochał:

– Ja się zabiję.

Jego histeryczny głos niemal zagłuszało wycie wiatru.

– Czy możesz mi powiedzieć, gdzie jesteś? – zapytała.

Desperat dzwonił z komórki i na ekranie Amy pokazała się wieża nadawczo-odbiorcza telefonii komórkowej w Hastings. Młody człowiek mógł się znajdować w obrębie kilkunastu ulic.

– Raczej nie możecie mi pomóc – odparł. – Mam w głowie problemy.

– Gdzie jesteś? – powtórzyła miłym, spokojnym tonem.

– Rigger Road. – Znów zaczął pochlipywać. – Nikt mnie nie rozumie, jasne?

W trakcie rozmowy Amy zapisywała raport zgłoszenia oraz instrukcje dla dyżurnego.

– Możesz się przedstawić?

W słuchawce zapadło długie milczenie. Amy usłyszała coś jakby „Dan”.

– Masz na imię Dan?

– Nie, Ben.

Ton jego głosu mocno ją niepokoił. Swoim instrukcjom nadała status Stopnia Pierwszego, co oznaczało natychmiastową interwencję: policjanci powinni znaleźć się na miejscu w ciągu kwadransa.

– Co takiego wydarzyło się w tym tygodniu, że czujesz się w taki sposób, Ben?

– Ja po prostu nigdy nie pasowałem. Nie mogę powiedzieć mamie, co jest nie tak. Pochodzę z Senegalu. Nigdy nie pasowałem. Ludzie inaczej mnie traktują. Mam nóż. Teraz podetnę sobie gardło.

– Ben, proszę, nie rozłączaj się. Kogoś do ciebie wysłałam. Pozostanę na linii, póki do ciebie nie dotrą.

Na ekranie Amy błysnęła odpowiedź: wóz patrolowy odebrał zlecenie. Na mapie widziała różową ikonkę oznaczającą samochód policyjny – był już w odległości niespełna kilometra od Rigger Road. Raptownie przeskoczył dwie przecznice.

– Dlaczego ludzie inaczej mnie traktują? – Ben szlochał spazmatycznie. – Proszę, pomóż mi.

– Ben, policjanci są tuż-tuż. Pozostanę na linii, póki do ciebie nie dotrą. – Amy widziała, jak różowa ikonka wjeżdża na Rigger Road. – Widzisz samochód policyjny? Widzisz samochód policyjny, Ben?

– Tttak.

– Pomachasz do niego?

Amy usłyszała głosy. Wreszcie ujrzała wiadomość, na którą czekała: „Funkcjonariusze na miejscu zdarzenia”.

Zadanie zostało wykonane i Amy się rozłączyła. Zawsze trudno było stwierdzić, czy zamiary samobójcze są autentyczne, czy może to tylko wołanie o pomoc, ale ani ona, ani nikt z obecnych tutaj nie ośmieliłby się zlekceważyć takiego zgłoszenia. Tydzień wcześniej Amy odebrała telefon od człowieka, który oświadczył, że jest na strychu swojego domu, właśnie założył sobie pętlę na szyję i zamierza otworzyć właz i skoczyć. W chwili gdy policjanci tam weszli, usłyszała, jak mężczyzna się dławi, a potem rozległy się mrożące krew w żyłach krzyki funkcjonariuszy, czy któryś ma nóż.

Amy spojrzała na zegarek. 17.45. Nie minęła nawet połowa jej dwunastogodzinnej zmiany. Czas wypić herbatę i popytać, ile osób na wydziale ma ochotę zamówić curry w lokalnej hinduskiej knajpie, która w szybkim tempie stawała się ich ulubioną jadłodajnią. Zanim jednak zdążyła zdjąć słuchawki i wstać, zadzwonił telefon.

– Policja Sussex, w czym mogę pomóc? – odezwała się i natychmiast sprawdziła na ekranie przybliżoną lokalizację rozmówcy.

Rejon Crawley, niedaleko lotniska Gatwick. Odgłosy ruchu drogowego wskazywały, że ktoś dzwonił z autostrady. Spodziewała się zgłoszenia wypadku lub informacji o śmieciach leżących na jednym pasie autostrady.

Jak to często się zdarzało, początkowo młody człowiek z trudem wydobywał z siebie słowa. Ze swego długiego doświadczenia Amy wiedziała, że dla większości ludzi sam fakt, iż dzwonią pod 999, jest stresujący, a potęguje to jeszcze przyczyna, dla której dzwonią. Połowa rozmówców znajdowała się w swoistej „czerwonej mgle” zdenerwowania i dezorientacji.

Szum ruchu ulicznego niemal całkowicie zagłuszał słowa mężczyzny.

– Widzi pani, przed chwilą do niej dzwoniłem… Rzecz w tym, że poważnie niepokoję się o narzeczoną – wyjąkał w końcu.

– Czy może pan się przedstawić i podać swój numer? – spytała Amy, chociaż numer już się wyświetlił.

Mężczyzna wykrztusił nazwisko i numer telefonu.

– Moja narzeczona chyba ma kłopoty. Właśnie z nią rozmawiałem, kiedy zjeżdżała na podziemny parking pod naszym domem. Zdążyła powiedzieć, że w ciemności ktoś się czai, przestraszył ją, usłyszałem jej krzyk, a potem połączenie się zerwało.

– Czy próbował pan do niej dzwonić ponownie?

– Tak, tak, próbowałem. Proszę, poślijcie tam kogoś. Naprawdę się niepokoję.

Instynkt i doświadczenie podpowiadały Amy, że sprawa nie jest wymyślona, a mogła być naprawdę poważna.

– Jak pan się nazywa?

– Jamie Ball.

Hałas w tle nie ustawał, ale mężczyzna mówił teraz wyraźniej. Amy znowu zaczęła stukać w klawiaturę.

– Proszę podać adres, nazwisko i krótki opis narzeczonej.

Przekazał jej dane, po czym dodał:

– Błagam, niech ktoś tam szybko pojedzie, coś jest nie tak.

Amy spojrzała na ekran, potem na mapę, szukając różowej ikonki, aż wreszcie ją dostrzegła.

– Wysyłamy samochód, proszę pana.

– Dziękuję, bardzo pani dziękuję.

Usłyszała, że głos mu się łamie.

– Proszę chwilę pozostać na linii. Panie Ball?

– Przepraszam – powiedział nieco spokojniejszym głosem.

– Czy może pan mi podać numer komórki i domowy swojej narzeczonej oraz numer rejestracyjny jej samochodu?

Ball podał te dane, ale nie mógł sobie przypomnieć numeru rejestracyjnego.

– Zaczyna się od GU dziesięć – wykrztusił. – Proszę im powiedzieć, żeby się pospieszyli.

– Czy domyśla się pan, kim mógł być ten człowiek na parkingu? Czy pan lub pańska narzeczona widywaliście tam wcześniej jakieś podejrzane osoby?

– Nie, nie. Ale tam na dole jest ciemno, nie ma ochrony. Kilka miesięcy temu zdemolowano parę samochodów. Jadę teraz do domu, ale zajmie mi to jeszcze dobre pół godziny.

– Funkcjonariusze dotrą tam w ciągu trzech minut.

– Proszę, dopilnujcie, żeby nic jej się nie stało. Błagam. Kocham ją. Proszę, sprawcie, żeby nic jej nie było.

– Podaję funkcjonariuszom pański numer. Skontaktują się z panem.

– Słyszałem, jak ona krzyczy. O Boże, słyszałem jej krzyk. To było straszne. Muszą jej pomóc.

Amy wystukała szczegóły zgłoszenia i przesłała do Andy’ego Kille’a.

Kille niezwłocznie powiadomił złotego szefa, komendanta policji, Neva Kempa, oraz nadinspektora Jasona Tingleya, człowieka do spraw kryzysowych, zwanego dawniej srebrnym szefem, że być może doszło do uprowadzenia.

711 grudnia, czwartek

Funkcjonariusze nazywali to „policyjną pogodą”, zresztą tylko częściowo żartem. Bandyci nie lubili moknąć, dlatego też niemal zawsze, kiedy lało, poziom przestępczości w Brighton and Hove znacząco spadał.

O osiemnastej, w mroczny, zimny grudniowy czwartek, funkcjonariuszka Susi Holliday wraz z partnerem, starszym i bardziej doświadczonym Richardem Kyrkiem, zwanym RVK, słynącym z pamięci fotograficznej, jechali patrolowym fordem mondeo na zachód, wzdłuż wybrzeża Hove. Po prawej stronie były eleganckie apartamentowce w stylu regencji, po lewej opustoszałe trawniki z rzędami domków plażowych. Dalej, poza zasięgiem latarni ulicznych, przewalały się i pieniły wzburzone wody kanału La Manche.

Zmiana dobiegała końca, do dziewiętnastej została tylko godzina, mieli za sobą spokojny dzień. Drobny wypadek drogowy – furgonetka zrzuciła człowieka ze skutera, ale obyło się bez obrażeń; wezwanie do apteki przy rondzie Seven Dials, gdzie ktoś zasłabł na progu, najpewniej z powodu przedawkowania narkotyków; wreszcie, co zdarzało się niemal na każdej zmianie, przemoc domowa. Susi i Richard aresztowali mężczyznę mieszkającego u kobiety, która ich wezwała – już po raz czwarty w ciągu minionych osiemnastu miesięcy. Może teraz wreszcie zdecyduje się wyrzucić go na dobre, choć Susi Holliday miała wątpliwości. Prawdziwa tragedia ofiar przemocy domowej polegała na tym, że traciły one wszelką pewność siebie i rzadko zdobywały się na odwagę, by wyrzucić partnera lub odejść, a także przestawały wierzyć, że cokolwiek mogą zmienić.

Za kilka godzin okolice West Street, z barami i klubami nocnymi, przeobrażą się w strefę działań wojennych, jak zwykle w czwartkowe, piątkowe i sobotnie noce, gdy spokój miała zapewnić surowa, choć przyjazna obecność policji w ramach operacji Marmur. Przy obecnym grafiku dyżurów Susi i Richard mogli na szczęście uniknąć całonocnych bójek i szamotania się z agresywnymi pijakami. Niektórzy policjanci lubili porządną zadymę, będącą dla nich źródłem adrenaliny.

Susi Holliday prowadziła, sznur pojazdów nieustannie ruszał i stawał, wycieraczki mozolnie usuwały krople deszczu, światła stopu wlokącego się przed nimi samochodu oświetlały ich mokrą przednią szybę. RVK był pochłonięty wysyłaniem SMS-a. Oboje mieli przed sobą dwa dni wolnego, a Susi cieszyła się na spokojne chwile z mężem, Jamesem. Zamierzali kupić trochę rzeczy do ich nowego mieszkania w pobliżu Eastbourne, gdzie się przenieśli, bo ceny nieruchomości były tam znacznie niższe niż w Brighton.

– Jakie masz plany na wolne dni, RVK? – spytała.

– Ha! – Uniósł palec na znak, że musi skończyć pisanie wiadomości. Po chwili odparł: – Zabiorę Joeya na mecz. – Joey był jego dwunastoletnim synem, którego RVK rozpieszczał. – A ty?

Radio zatrzeszczało, po czym usłyszeli głos dyspozytorki.

– Charlie Romeo Cztery?

– Tu Charlie Romeo Cztery – odezwał się RVK.

– Charlie Romeo Cztery, mamy zgłoszenie zajścia na parkingu podziemnym w Chesham Gate, na rogu Stanley Rise i Briars Avenue. Napastnik mógł zaatakować kobietę. Możecie to sprawdzić? Stopień Pierwszy.

– Chesham Gate? – powtórzył Kyrke. – Tak, tak, już jedziemy. – I szybko rzucił do Susi: – Zawracaj.

Włączyła niebieskie światła i syrenę, po czym, czując przypływ adrenaliny, zawróciła, wjechała na przeciwległy pas i przyspieszyła. Wezwanie Stopnia Pierwszego mocno ją nakręcało, podobnie jak jej kolegów. Oprócz „zadymy”, możliwość jazdy z włączonym kogutem należała do sporych atrakcji tej pracy. Wiązało się to również z dużą odpowiedzialnością. Sygnał świetlny i syrena były prośbą o przepuszczenie, a nie automatycznym prawem. Połowa kierowców była albo głucha i ślepa, albo zwyczajnie głupia, przez co nagłym zgłoszeniom nieodmiennie towarzyszyły ryzyko i momenty mrożące krew w żyłach.

Nie inaczej działo się teraz. Miała przed sobą nissana micrę, najwyraźniej pozbawionego lusterek wstecznych i kierunkowskazów. Samochód nieoczekiwanie znalazł się na tym samym pasie, tuż przed nimi, gdy szybkościomierz Susi pokazywał sto kilometrów na godzinę.

– Dupek! – syknęła i wyprzedziła nissana, niemal ocierając się o jego zderzak.

Tymczasem Kyrke notował dane zgłoszenia, dyktowane przez dyspozytorkę, która podała markę i częściowy numer rejestracyjny samochodu kobiety oraz jej rysopis.

Dziewięćdziesiąt sekund później, dzięki bystremu kierowcy autobusu, który ich przepuścił, przemknęli przez rondo przy Brighton Pier i wjechali na Marine Parade. Tam skręcili w lewo, zostawiając za sobą hotele przy Lower Rock Gardens. Po niespełna dwóch minutach, wjeżdżając na strome wzniesienie przed szpitalem, ujrzeli z przodu po lewej stronie blok Chesham Gate.

Przed zamkniętym wjazdem na podziemny parking zatrzymali się, wysiedli i podeszli do wysokiej bramy. Przez pręty zajrzeli w mrok. Susi Holliday wyjęła latarkę i poświeciła na parking, ale widzieli tylko szereg samochodów, niektóre w pokrowcach.

– Masz pomysł, jak tam wejść? – zwróciła się do Kyrke’a.

– Rozejrzę się za dozorcą – odparł i pobiegł w kierunku głównego wejścia do bloku.

Nagle usłyszała szczęknięcie i brama zaczęła się otwierać. Po chwili omiótł ją blask przednich świateł, usłyszała za sobą ryk silnika. Odwróciwszy się, zobaczyła małe bmw z opuszczanym dachem i młodą kobietę za kierownicą. Susi uniosła rękę, podeszła do auta i oznajmiła, że w tej chwili nie można tu wjechać z powodu policyjnej interwencji.

Zbiegła po rampie, uruchamiając automatyczne oświetlenie, które rozjaśniło parking. Zgasiła latarkę, by oszczędzać baterie, i zaczęła rozglądać się za białym fiatem 500, z rejestracją zaczynającą się od GU10, oraz szczupłą dwudziestokilkuletnią kobietą o długich brązowych włosach. W sumie parking miał około sześćdziesięciu miejsc, w większości zajętych; było też kilka motorów i stojak na rowery.

Ani śladu życia. Wokół unosił się zapach kurzu i benzyny. Susi ruszyła wzdłuż szeregu pojazdów, szukając wzrokiem kogoś, kto mógł się tam kryć.

Gdy dotarła do końca szeregu samochodów, skręciła w lewo, ku ciemniejszej części parkingu. Jarzeniówka pod sufitem migotała, wydając ciche brzęczenie, więc Susi znów zapaliła latarkę. Minęła stojak, gdzie było kilka rowerów zabezpieczonych dużymi kłódkami, a także piękny stary kabriolet mercedes na sflaczałych oponach. W końcu dostrzegła białego fiata 500 z rejestracją zaczynającą się od GU10. Samochód był mokry, jak gdyby dopiero co tutaj wjechał.

Zatrzymała się i powiedziała przez radio do Kyrke’a:

– Chyba mam samochód.

– Schodzę tam z dozorcą – odparł.

Ostrożnie podeszła do fiata i poświeciła latarką przez boczną szybę. W środku nie było nikogo. Na miejscu pasażera leżało opakowanie po gumie do żucia, a nad tablicą rozdzielczą kwit z parkometru. Kiedy przyjrzała się uważniej, dostrzegła, że pochodzi z parkingu w pobliskim mieście Lewes. Sprawdziła drzwi kierowcy i pasażera, ale okazały się zamknięte. Z maski samochodu biło ciepło.

W tej właśnie chwili pojawił się Kyrke, któremu towarzyszył niski pięćdziesięciolatek w bawełnianych spodniach i wiatrówce, z komórką w dłoni.

– To jest Mark Schulz, dozorca tego bloku.

– Więc o co konkretnie chodzi? – spytał dozorca.

– Musimy się upewnić, że właścicielka tego samochodu, Logan Somerville, jest bezpieczna. Widział ją pan po tym, jak tu wróciła?

– Nie, kończę pracę o siedemnastej trzydzieści.

– Macie tutaj kamerę przemysłową?

Dozorca uniósł ręce w geście desperacji.

– Od sześciu tygodni nie działa. Zgłaszałem to administratorowi, ale nic się nie dzieje. – Wzruszył ramionami. – I co na to poradzę? – Kiedy policjanci ruszyli w stronę schodów, spytał z wahaniem: – Mam do niej zadzwonić?

– Tak, proszę.

– To bardzo miła pani – rzucił dozorca. – Miły chłopak. Mili ludzie. – Znalazł w telefonie numer i zadzwonił. Po chwili spojrzał na policjantów i pokręcił głową. – Nie odpowiada.

– Ma pan klucz do jej mieszkania?

– Tak. Dajcie mi chwilę, to go znajdę.

– Zostanę tu, rozejrzę się i zatrzymam każdego, kto będzie chciał wjechać lub wyjechać – powiedział Kyrke. – Ty sprawdź mieszkanie.

Susi Holliday weszła po schodach na parter i tam poczekała, aż Schulz przyniesie ze swojego mieszkania klucz. W końcu pojawił się z całym pękiem kluczy niczym strażnik więzienny, i poprowadził ją do windy.

Na dziewiątym piętrze wysiedli. W mrocznym korytarzu, ze sfatygowaną wykładziną na podłodze, unosił się zapach stęchlizny. Gdzieś dudniła muzyka i Susi rozpoznała utwór Patient Love zespołu Passenger. Ruszyła korytarzem w ślad za dozorcą, aż zatrzymał się przed jakimiś drzwiami i zadzwonił.

Po chwili zadzwonił ponownie i mocno zapukał. Odczekał kilka sekund i spojrzał pytająco na policjantkę.

– Nie odpowiada.

– Może pan otworzyć, żebym sprawdziła, czy ona tam jest?

– Naprawdę wolałbym nie wchodzić.

– Niepokoimy się o bezpieczeństwo tej kobiety. Musimy sprawdzić, czy nic jej się nie stało.

– No dobra. – Dozorca wzruszył ramionami. – Nie ma sprawy. – Otworzył drzwi i zawołał: – Halo! Panno Somerville! Halo, tu dozorca! Jest ze mną policja.

Odpowiedziała im cisza. W mieszkaniu czuło się pustkę i martwotę.

– Czy możemy wejść? – spytała Holliday.

Dozorca w zamyśleniu zacisnął usta, po czym wyciągnął rękę.

– Niech pani wchodzi.

Weszli do niewielkiego holu, gdzie nad dwoma rowerami górskimi, opartymi o ścianę, wisiały płaszcze i kurtki. Minęli je i znaleźli się w widnym i przestronnym, choć niezbyt schludnym salonie. Był nowocześnie urządzony, z kremowym dywanem, beżowymi sofami oraz oddzielającym go od małej kuchni barkiem, na którym leżała gazeta „Independent” i pismo „The Week”. Na końcu barku stało nieskazitelnie czyste, jasno oświetlone akwarium, w którym pływało parę rybek tropikalnych.

Susi Holliday z zaciekawieniem przyjrzała się kilku oprawionym fotografiom. Jedna przedstawiała dwoje przystojnych młodych ludzi w strojach rowerowych, stojących z zabłoconymi rowerami na tle dzikich gór. Na innym zdjęciu ta sama para leżała na plaży i z uśmiechem patrzyła w górę na fotografa. Jeszcze inne ukazywało ich w strojach narciarskich. Na ścianach wisiały spore barwne obrazy abstrakcyjne, na których dało się dostrzec plażę i leżaki, resztki starego molo West Pier z szeregiem kabin plażowych oraz spaniela – najwyraźniej były dziełem lubianego przez panią domu artysty, malarza z Lewes, Toma Homewooda.

Sprawdzili sypialnię, gdzie stało podwójne łóżko ze starannie złożoną kołdrą i stertą puchatych poduszek. Był też telewizor, a po każdej stronie łóżka stolik nocny z lampką. Na jednym leżało kilka książek, na drugim było pismo kobiece oraz częściowo opróżniona szklanka wody. Susi Holliday zauważyła leżący na ziemi but, a potem, u dołu drzwi do łazienki, niewielką plamę krwi i kilka kropli na podłodze.

Łazienka była czysta i sucha, na wiklinowym koszu leżały spodenki rowerowe z lycry i kamizelka. Na półkach stały żel pod prysznic, szampon, balsam do ciała i różne kremy, męskie i damskie maszynki do golenia, perfumy, woda kolońska i płyn po goleniu. Najwyraźniej nikogo nie było w tej łazience co najmniej od kilku godzin.

Susi Holliday przekazała raport przez radio, dodając, że chociaż nie znalazła śladów walki, dostrzegła niewielką ilość krwi.

Dyspozytorka powiadomiła ich, że narzeczony zaginionej kobiety za kilka minut tam dotrze, i kazała im zaczekać.

811 grudnia, czwartek

Choć zazwyczaj Jamie Ball prowadził ostrożnie, teraz, mimo godziny szczytu, pędził jak opętany po Edward Street, wpatrując się w zalaną deszczem przednią szybę, lawirował wśród samochodów, błyskał światłami, trąbił, obojętny na gniewne klaksony i grożące mu pięści. Całe jego ciało pulsowało ze strachu.

Złapał go radar, ale było mu wszystko jedno. Myślał tylko o tym, by dotrzeć do domu i upewnić się, że Logan nic się nie stało. Gwałtownie skręcił w lewo, samochodem rzuciło na mokrej nawierzchni, opony niemal straciły przyczepność, gdy przyspieszył na wzniesieniu i skręcił w prawo, w swoją ulicę. Przed wejściem do bloku ujrzał wóz policyjny.

Kliknął pilotem, niecierpliwie czekając, aż brama się otworzy, i zjechał na parking. Niemal natychmiast podbiegł do niego umundurowany policjant, a kiedy Jamie się przedstawił, kazał mu wjechać na wolne miejsce.

Jamie wyskoczył z auta, nawet nie zamykając za sobą drzwi, i z ulgą zobaczył jej małego białego fiata na zwykłym miejscu. Nic jej nie jest! Dzięki Bogu, dzięki Bogu! Odwrócił się do policjanta i zapytał:

– Gdzie jest Logan, moja narzeczona, co się stało? Wszystko z nią w porządku?

– Chyba najlepiej, jak pójdzie pan porozmawiać z moją koleżanką, która jest na górze, razem z dozorcą.

– Dlaczego? – Zdjął go nagły lęk. – Co się stało?

– Na górze wszystko panu powiedzą.

Jamie pognał do windy i wjechał na dziewiąte piętro. Kiedy drzwi się rozsunęły, wypadł na korytarz i zobaczył, że z ich mieszkania wychodzi policjantka w towarzystwie dozorcy Marka.

– Cześć! – zawołał. – Wszystko w porządku?

– Cześć, Jamie – powiedział dozorca.

– Mark, czy z Logan wszystko w porządku? Dzwoniła do mnie, mówiła, że ktoś czai się na parkingu.

– Nie widziałem jej – odparł Mark. – Jeszcze nie wróciła do domu.

– Ależ wróciła, na dole stoi jej samochód!

Jamie popatrzył na policjantkę, zignorował jej pytające spojrzenie, wyminął ją i wpadł do mieszkania. Przemknął obok rowerów w holu, skręcił w lewo, do małego przedpokoiku z sięgającymi sufitu regałami, gdzie trzymali swoje ulubione kryminały, horrory i powieści science fiction oraz dzieła wszystkie Lee Childa, i wszedł do przestronnego, niezbyt schludnego salonu. Ani śladu Logan.

– Logan! – zawołał i pobiegł z powrotem do holu.

Sprawdził sypialnię – but, o który rano potknęła się Logan, wciąż leżał przy łóżku – zajrzał do łazienki, małej sypialni gościnnej, kuchni, łazienki dla gości, kabiny prysznicowej. W końcu wrócił do salonu i otworzył drzwi na balkon. Chociaż próbował odzwyczaić ją od palenia, czasem wychodziła tam na papierosa. Na balkonie były tylko mokre od deszczu dwa plastikowe krzesła i biały stolik, a w zalanej wodą popielniczce pływał niedopałek.

Jamie wrócił do środka i zamknął drzwi balkonowe. Do mieszkania weszła policjantka z dozorcą.

– Jestem posterunkowa Holliday – przedstawiła się. – Po pańskim telefonie sprawdziliśmy razem z kolegą parking na dole. Dotychczas nie znaleźliśmy nic podejrzanego. Fiat Logan stoi zamknięty, na właściwym miejscu, a tutaj nie widzę nic, co mogłoby budzić niepokój.

– Zadzwoniła do mnie, kiedy zjeżdżała na parking. Potem krzyknęła i połączenie się zerwało.

– Próbował pan do niej dzwonić?

– Tak, robiłem to bez przerwy, jadąc tutaj. – Jamie wyciągnął z kieszeni spodni komórkę i znów wybrał numer Logan. Po sześciu sygnałach włączyła się poczta głosowa. – Kochanie, zadzwoń, proszę, jak tylko to odsłuchasz, bardzo się o ciebie martwię. – Rozłączył się i spojrzał na Susi. – Zawsze oddzwania natychmiast. Bez względu na to, co robi, zawsze oddzwania, ja też.

– Czy na pewno sama pojechała do pracy, czy może ktoś ją podwiózł? To wyjaśniałoby obecność samochodu na parkingu.

– Nie, na miłość boską! Dzwoniła do mnie z samochodu, była na parkingu. Powiedziała, że kogoś widzi, i krzyknęła. To był straszny krzyk. Zupełnie jak nie ona. Możemy wrócić na parking i się rozejrzeć? – spytał błagalnym tonem.

Radio zatrzeszczało i Jamie usłyszał niewyraźny kobiecy głos.

– Charlie Romeo Cztery – zgłosiła się Susi. – Nadal jesteśmy w Chesham Gate.

– Dziękuję, Charlie Romeo Cztery. Dajcie znać, kiedy zjedziecie.

– Tak, tak – powiedziała, po czym zwróciła się do Jamiego: – Czy miał pan dzisiaj jakąś sprzeczkę z narzeczoną?

– Sprzeczkę? Nie, dlaczego?

– Na drzwiach łazienki zauważyłam ślady krwi.

– A, o to chodzi. Jak rano wstała z łóżka, potknęła się, uderzyła w drzwi łazienki i rozcięła sobie duży palec u nogi. Miała pojechać do szpitala, żeby to obejrzeli.

– W szpitalu to potwierdzą?

– Tak, oczywiście. – Jamie Ball zawahał się i spojrzał na policjantkę. – Boże, myśli pani, że coś jej zrobiłem? Jezu!

– Niestety, musimy zadawać takie pytania.

Jamie wziął zapasowe kluczyki do samochodu Logan, po czym we trójkę zjechali na parking, do Kyrke’a, i podeszli do fiata.

– Powinienem coś dodać – powiedział Jamie. – Logan choruje na cukrzycę typu drugiego. Musi utrzymywać odpowiedni poziom cukru, bo inaczej grozi jej niedocukrzenie.

Policjantka skinęła głową.

– Gdzie pan pracuje, panie Ball? – zapytała.

– W Croydon. Firma Condor, dział karmy dla zwierząt domowych.

– Mamy dwa rhodesian ridgebacki – powiedział Kyrke, podchodząc do nich. – Żona kupuje karmę Condor Vitalife.

– Miło słyszeć – rzucił Jamie bez entuzjazmu. – Wyśmienity produkt.

– Lepszy niż surowe mięso?

Jamie wzruszył ramionami.

– To lepiej zbilansowana dieta niż surowe mięso.

Podeszli do fiata.

– Narzeczona dzwoniła do pana stąd? – spytała Holliday, przytykając do ucha iPhone’a. – Sygnał jest bardzo słaby.

Jamie pokiwał głową i znów wyjął komórkę. Sygnał wahał się między jedną kreską, zerem a dwiema kreskami. Raz jeszcze wybrał numer Logan i po chwili usłyszał jej komórkę. Cichutko.

Wszyscy ją usłyszeli.

Dozorca i dwoje policjantów popatrzyło na Jamiego, który zmarszczył brwi i otworzył drzwi fiata. Dzwonek telefonu się nasilił.

Komórka Logan leżała pod siedzeniem pasażera.

Jamie pochylił się, by ją podnieść, ale Holliday go odsunęła i sama chwyciła komórkę dłonią w rękawiczce. Dzwonienie ustało. Holliday wiedziała, że zabezpieczone telefony są sprawdzane pod kątem odcisków palców, jednak tu w grę wchodziło potencjalne zagrożenie życia, postanowiła więc natychmiast sprawdzić komórkę. Zobaczyła na ekranie dziewięć nieodebranych połączeń od kogoś, kto figurował jako „Jamie Mafia”. Spytała go, czy to on. Potwierdził.

– Ona nigdy, przenigdy nie zostawiłaby telefonu – oznajmił, patrząc na policjantów. – Nie ruszyłaby się bez niego.

W wyrazie twarzy policjantów dostrzegł współczucie, ale także odrobinę sceptycyzmu.

– Myślę, że wszystkim nam zdarza się zostawić telefon – powiedziała Holliday. – Sama to robię.

– Ja też – wtrącił dozorca. – Kiedyś dwa dni szukałem tego cholerstwa.

– Coś jej się stało. Uwierzcie mi, proszę. Coś się wydarzyło. Na miłość boską, słyszałem, jak krzyczy!

Radio znów zatrzeszczało i odezwała się dyspozytorka.

– Charlie Romeo Cztery – zgłosił się Kyrke, nachylając głowę do radia, które miał przyczepione z lewej strony piersi.

– Poważny wypadek drogowy na skrzyżowaniu A-dwadzieścia trzy i A-dwadzieścia siedem. Drogówka potrzebuje wsparcia. Charlie Romeo Cztery, czy możecie określić, kiedy będziecie wolni?

– Tak, tak, ale chyba trochę nam tu zejdzie – odparł Kyrke, po czym zwrócił się do Jamiego: – Przepraszam za osobiste pytanie, ale czy między panem i narzeczoną dobrze się układało? Żadnych kłótni ani nic takiego?

– Nie. Oczywiście zdarzały się scysje, jak u wszystkich par, ale nigdy tak naprawdę się nie kłóciliśmy. Bardzo się kochamy.

Susi Holliday, coraz mocniej zaniepokojona tą sytuacją, odeszła na bok i połączyła się z dyspozytorką. Poprosiła, by niezwłocznie przybył tu oficer dyżurny.

911 grudnia, czwartek

Nadinspektor Roy Grace dotarł do domu za kwadrans siódma w czwartkowy wieczór. Zostało mu jeszcze trzy i pół dnia dyżuru starszego oficera śledczego w wydziale kryminalnym policji hrabstw Surrey i Sussex. O siódmej rano w poniedziałek funkcję tę obejmie na następne siedem dni inny wysoki rangą inspektor.

W hrabstwie Sussex dokonywano średnio dwunastu zabójstw rocznie, w Surrey dziesięciu. Na terenie całej Wielkiej Brytanii dochodziło rocznie do około sześciuset pięćdziesięciu zabójstw. Każdy detektyw z wydziału miał nadzieję dostać jakąś trudną sprawę. Nie świadczyło to bynajmniej o ich krwiożerczości, ale przecież do takich właśnie wyzwań ich szkolono. A ponadto tego rodzaju duża sprawa podnosiła pozycję i dawała szanse na awans.

Roy Grace nikomu nie życzył śmierci.

Od kilku lat w weekendy prześladował go pech. Ilekroć miał nadzieję na te dwa spokojne dni, by móc nadrobić zaległości towarzyskie, a także – od niedawna – spędzić więcej czasu z żoną, Cleo, i pięciomiesięcznym synkiem, w ostatniej chwili wzywano go w sprawie zabójstwa. Naprawdę liczył na cichy weekend, żeby pomóc Cleo w sortowaniu rzeczy przed przeprowadzką z jej domu, gdzie mieszkali, do ich wspólnego domu, który właśnie kupili, nieopodal wioski Henfield, dwanaście kilometrów na północ od Brighton.

Cleo wstała, ostrożnie zdejmując z kolan próbki tkanin i odkładając je na stolik, gdzie leżała cała sterta innych próbek materiałów i tapet.

– W przyszłym tygodniu przeprowadzasz się na wieś – zwrócił się Grace do jedenastoletniej złotej rybki imieniem Marlon. – I jak się z tym czujesz? Będziemy hodować kury. Jeszcze nigdy nie widziałeś kury, co? Tylko w telewizji. Ale ty nie przepadasz za telewizją, prawda?

Cleo objęła męża w pasie i pocałowała go w policzek.

– Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę zazdrosna o złotą rybkę, tobym nie uwierzyła. Ale jestem. Czasem myślę, że na Marlonie bardziej ci zależy niż na mnie!

Marlon otworzył i zamknął pyszczek. Jak zwykle przypominał naburmuszonego bezzębnego staruszka, gdy tak bez końca krążył po kulistym akwarium, mijając pasma wodorostów oraz podwodną miniaturę greckiej świątyni, nabytą przez Roya po tym, jak przeczytał w jakimś czasopiśmie, że złotym rybkom należy zapewnić rozrywkę. Ale nic, co Roy kupował, najwyraźniej nie interesowało tego samotnego stworzenia. W ciągu minionych lat kilkakrotnie próbował wzbogacić życie Marlona o partnerkę. Jednak każda zostawała połknięta przez małego potworka albo kończyła brzuchem do góry, a Marlon dalej, dzień w dzień, krążył sobie w kółko po akwarium.

Dawno temu Roy wygrał rybkę na jarmarku, na który wybrał się ze swoją pierwszą żoną, Sandy. Po dziesięciu latach od chwili jej zniknięcia uznano ją za zmarłą, co pozwoliło Royowi i Cleo wziąć ślub. Przed laty Grace przyniósł rybkę do domu w plastikowej torebce z wodą, a Sandy wyczytała, że złote rybki żyją niespełna rok.

Teraz, jedenaście lat później, Marlon wciąż miał się dobrze. Według Księgi rekordów Guinnessa, do której Roy niedawno zaglądał, najstarsza złota rybka na świecie dożyła czterdziestu trzech lat. Jeszcze kawałek do przepłynięcia, ale nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie Marlon zamierzał się wypisać. A Roy skrycie się z tego cieszył. W osobliwy sposób – czego nigdy nie wyznałby Cleo – Marlon łączył go z Sandy. Roy wiedział, że śmierć rybki go zasmuci. Każdego ranka, kiedy tylko schodził do salonu, od razu zerkał na akwarium z nadzieją, że nie ujrzy Marlona bez życia unoszącego się na wodzie.

– Kochanie, skoro się przeprowadzamy, uważam, że Marlon powinien zrobić to samo. Właśnie przeczytałem w internecie, że złote rybki potrzebują znacznie więcej przestrzeni, niż się ludziom wydaje.

– Serio? Jak dużej? Takiej jak basen olimpijski?

– Nie – odparł z szerokim uśmiechem. – Ale potrzebują tak dużego akwarium, by mogły rozprostować nogi… to znaczy płetwy.

– Pod warunkiem że akwarium nie będzie większe niż nasz nowy dom, bo inaczej stanę się potwornie zazdrosna. A wtedy czas na sushi, kochanie?

– Nawet tak nie żartuj! – Roy ze zdziwieniem popatrzył na żonę.

– Pokochaj mnie razem z moją rybką, tak?

– Boże, uwielbiam cię. – Objął Cleo.

Żona spojrzała mu w oczy.

– I ja cię uwielbiam, nadinspektorze Grace, i nigdy nie sądziłam, że mogę kogoś tak bardzo pokochać.

W tym momencie zadzwonił telefon.

To był Andy Anakin, Golf 99, jak nazywano dyżurnego z komisariatu policji przy John Street w Brighton, cieszącego się wątpliwą sławą drugiego z kolei komisariatu w Anglii pod względem liczby spraw. W przeciwieństwie do większości kolegów, którzy potrafili zachować zimną krew w każdej sytuacji, ten konkretny policjant zaskarbił sobie miano „Anakina Panikarza”. Teraz również w jego głosie brzmiała panika.

– Panie nadinspektorze – wydyszał. – Komisarz prowadzi inną pilną sprawę, no i kazał mi powiadomić pana, że możemy mieć do czynienia z uprowadzeniem lub porwaniem. Młoda kobieta zaginęła po tym, jak przez telefon krzyczała do narzeczonego, że ktoś czai się na podziemnym parkingu w Kemp Town.

– Są jakieś bliższe informacje? – spytał z niepokojem Roy.

– Bardzo niewiele, właśnie w tym sęk. Kazałem patrolom przeszukać teren. Mocno zdenerwowany chłopak zaginionej uważa, że została uprowadzona. Robimy co w naszej mocy, ale naprawdę nie wygląda to dobrze. Operacyjny powiadomił dyżurnego oraz szefa od sytuacji kryzysowych.

Grace poczuł, jak uchodzi z niego powietrze. Faktycznie nie wyglądało i nie brzmiało to dobrze.

– Co wiesz o tej parze?

– Kobieta nazywa się Logan Somerville. Lat dwadzieścia cztery, niedawno zdobyła uprawnienia fizjoterapeutki, pracuje przy Portland Road w Hove. Mężczyzna to Jamie Ball. Pracuje jako menedżer marketingu w dziale karmy dla zwierząt domowych w Condor Food Group niedaleko Croydon. Sprawdzamy go.

Ponieważ w osiemdziesięciu procentach przypadków ofiary zostawały zranione lub zamordowane przez członka najbliższej rodziny lub osobę znajomą, Grace zdawał sobie sprawę, że partnerów zawsze warto dokładnie sprawdzić. Ponadto wiedział, że zwrócono się do niego dlatego, że był nie tylko pełniącym dyżur starszym oficerem, ale także wyszkolonym negocjatorem w sprawach porwań. Jeśli jednak zostanie wszczęte śledztwo, nie będzie mógł łączyć obu tych funkcji.

– Myślę, że musimy zamknąć hrabstwo, nadinspektorze – powiedział Anakin. – Blokady na głównych drogach. Alarm dla wszystkich portów. Poprosiłem, żeby NPAS piętnaście czekał w pogotowiu.

NPAS 15 był to helikopter, którym dysponowała policja Sussex i Surrey, aktualnie stacjonujący w Redhill.

– Nie spiesz się – rzucił Grace.

– To kiepska sprawa, Roy. Mówię ci, jest słabo!

– Uspokój się, Andy. Weź głęboki wdech! – powiedział Grace. – W jaki sposób sprawdziłeś, że ta kobieta zaginęła?

– W sensie: tam na miejscu?

– Na parkingu chyba mają kamery przemysłowe?

– Tak, ale nie działają.

– Super. – Grace się skrzywił. – Czy miejscowi funkcjonariusze przeszukują najbliższy teren? Pytają, czy ktoś coś widział lub słyszał?

– Mam dwie osoby.

– Za mało. Natychmiast ściągnij wsparcie. Rozmawiałeś z jej chłopakiem?

– Funkcjonariusze właśnie to robią. Sam jestem tu na miejscu. Poprosiłem inspektora z kryminalnego, żeby przyjechał, i pomyślałem, że powinieneś o wszystkim wiedzieć, Roy. Ta kobieta krzyczała i mówiła, że jakiś człowiek czai się w pobliżu, ale nikogo nie namierzono.

Grace zmarszczył czoło. Sprawa nie wyglądała dobrze, ale z drugiej strony Anakin mógł wyciągać pochopne wnioski.

– Co wiemy o zaginionej, Andy? Czy posiada coś, co mogłoby ją uczynić potencjalnym celem uprowadzenia? Dziedziczy fortunę, ma bogatych rodziców?

– Dowiem się tego wszystkiego.

– Dobrze. Poinformuj mnie, proszę, najdalej za pół godziny.

– Tak jest, nadinspektorze.

Roy Grace patrzył na akwarium Marlona, intensywnie myśląc. Telefony komórkowe stale zrywały połączenie, czasem też wydawały odgłosy. Pisk opon samochodowych, zgrzyt metalowej bramy lub jakiekolwiek inne zakłócenie na linii mogło zostać wzięte za krzyk. Jednak dwadzieścia lat pracy w policji dało mu instynkt, popularnie zwany „nosem gliniarza”. Ta sprawa nie pachniała ładnie. Ponura prawda dotycząca uprowadzeń była taka, że ofiara często ginęła bardzo szybko. Z każdą mijającą godziną szanse na znalezienie żywej osoby malały.

Podsumował w myślach to, co dotychczas usłyszał. Mężczyzna, który zgłosił zaginięcie, Jamie Ball, pracował w Croydon i właśnie wracał do domu. To będzie łatwo sprawdzić. Za pomocą ANPR – kamer monitorujących numery rejestracyjne, umieszczonych wzdłuż autostrady M23 – oraz triangulacji jego telefonu komórkowego da się określić przybliżone położenie Balla w chwili, gdy, jak twierdził, rozmawiał z narzeczoną. Podobnie łatwo można ustalić, czy faktycznie do niego dzwoniła i gdzie się wtedy znajdowała. Przy odrobinie szczęścia wszystko to może okazać się zbędne. Zaginiona wróci z pobliskiego supermarketu Sainsbury’s Local z torbami pełnymi zakupów. Taką miał nadzieję.

Noah się rozpłakał. Roy zobaczył, że Cleo już pędzi na górę. Życie było skomplikowane. Cholernie skomplikowane. Nagle pozazdrościł Marlonowi prostoty jego egzystencji. Czy rybka musiała się o cokolwiek martwić? Czy Marlon niepokoił się o to, czy co dzień nasypią mu pokarmu, czy też zakładał, że tak po prostu się stanie?

Marlona nikt nigdy nie okradnie, nie wyłudzi od niego oszczędności życia, nie wykorzysta. Raczej nie zostanie zamordowany, nie padnie ofiarą ataku terrorystycznego.

Wrócił myślami do poprzedniego wieczoru, kiedy razem z Normanem Pottingiem pojechał do Worthing, żeby pomówić z matką Belli Moy. Chciał się spotkać z tą kobietą jeszcze przed pogrzebem jej córki, omówić szczegóły uroczystości, spytać, czy życzy sobie, by on powiedział coś konkretnego. Bella, zaręczona z Normanem, należąca do ścisłej ekipy Roya, zginęła tragicznie w pożarze.

W tym momencie telefon zadzwonił znowu.

1011 grudnia, czwartek

Niedługo po dziewiętnastej piętnaście Roy Grace oraz inspektor Glenn Branson, z głowami pochylonymi, w ulewnym deszczu, spieszyli w stronę jasnych świateł niedużego namiotu, postawionego na miejscu przestępstwa przed kawiarnią Big Beach w Hove Lagoon. Namiot otaczały dwa kordony biało-niebieskiej taśmy, furkoczącej na wietrze. Po prawej stronie, za kolejną taśmą, stał drugi namiot, podobnej wielkości.

To tyle, jeśli chodzi o spokojny weekend, pomyślał Grace. Najpierw potencjalne uprowadzenie, teraz to. Jeśli uprowadzenie się potwierdzi, a nabierał pewności, że tak się stanie, będzie musiał przekazać komuś jedną ze spraw, bo obu nie mógł prowadzić.

Od telefonu Anakina Panikarza przed trzydziestoma minutami jedna rzecz szczególnie go trapiła. Przypomniał sobie, że jakieś dwa tygodnie wcześniej, podczas dyżuru innego oficera, w pobliskiej nadmorskiej miejscowości Worthing uprowadzono młodą kobietę. Nazywała się Emma Johnson i miała dwadzieścia jeden lat. Trudna młodość, matka alkoholiczka, wcześniej już wielokrotnie znikała. Raz odnalazła się dopiero po kilku miesiącach, żyjąc z drobnym handlarzem narkotyków w innym nadmorskim mieście, Hastings.

Matka Emmy zgłosiła ostatnie zniknięcie córki, a policja dokonała starannej oceny sytuacji. Młodą kobietę formalnie uznano za zaginioną, wszczęto dochodzenie. Zakładano, że w końcu wróci, toteż sprawa się nie rozrosła. Mimo to wyznaczono oficera prowadzącego.

Tuż przed powrotem do domu Grace sprawdził, czy w sprawie Emmy Johnson poczyniono jakiekolwiek postępy. Wiedział, że większość zaginionych odnajduje się w ciągu kilku dni. Jeżeli nie pojawią się przed upływem miesiąca, najpewniej zniknęli na dobre.

Od zaginięcia Emmy Johnson minęło piętnaście dni. W tym czasie nie telefonowano z jej komórki, nie korzystano z jej karty kredytowej, a oficer prowadzący coraz bardziej niepokoił się o los młodej kobiety.

Okoliczności zniknięcia Logan Somerville były zupełnie inne.

Grace i Branson zobaczyli stojącą nieopodal białą furgonetkę grupy od poważnych wypadków, a przy niej markotnego strażnika ze wsparcia policyjnego, i usłyszeli warkot generatora. Obok furgonetki stały dwa oznakowane wozy oraz srebrny ford kombi.

Powitał ich wysoki, przyjazny inspektor Charlie Hepburn, w niebieskim fartuchu z kapturem i obuwiu ochronnym, oraz umundurowany inspektor dyżurny, Roy Apps, któremu z daszka czapki kapała woda.

– Dobra pogoda na kaczki – stwierdził Apps.

– Ty akurat powinieneś to wiedzieć – zażartował Branson.

W swoim poprzednim życiu, przed wstąpieniem do policji Sussex, Apps pracował jako leśniczy.

– Cha, cha!

– Miło cię widzieć, Charlie – powiedział Roy Grace. – Jak się mają Rachel, Archie i moja imienniczka, Grace?

– Wszyscy zdrowi, dzięki. Archie i Grace są podnieceni zbliżającą się Gwiazdką.

– Sam byłbym podniecony, gdybym zrobił te cholerne zakupy! No, nieważne. Co my tu mamy?

– Niezły bajzel – odparł Hepburn. – Dlaczego, do diabła, nie przestali kopać natychmiast, jak odkryli kości?

– Chcesz, żebyśmy włożyli stroje ochronne? – spytał Grace.

– Lepiej tak, bo inaczej Dave jeszcze bardziej się wkurzy. – Hepburn wskazał palcem namiot za ich plecami.

Grace i Branson schronili się przed deszczem w drugim namiocie. Chris Gee, badający miejsce przestępstwa, wręczył im kombinezony i buty, po czym zaproponował kawę lub herbatę, ale odmówili.

Obaj wcisnęli się w kombinezony, wciągnęli buty, wyszli i wpisali się do raportu. Potem ruszyli za Hepburnem do jasno oświetlonego namiotu, gdzie znajdował się częściowo odkopany szkielet. Unosiły się tam zapach wilgotnej ziemi oraz mniej przyjemna woń rozkładu. Dave Green, odpowiedzialny za miejsce przestępstwa, na czworakach badał odkopane szczątki. Teraz wstał i ich przywitał.

– Przed przyjazdem tutaj trochę poszperałem. Tę drogę położono dwadzieścia lat temu, podczas prac renowacyjnych w kawiarni, na długo przed tym, jak kupił ją Fatboy Slim.

Grace popatrzył na rękę szkieletu, częściowo odsłoniętą klatkę piersiową i czaszkę, z walającymi się tuż obok fragmentami gruzu. Uklęknął, wyjął latarkę i uważniej przyjrzał się kościom. Na czaszce zobaczył niewielki płat wyschniętej skóry oraz rozrzucone tu i tam kawałki materiału. Z tego, co widział, ciało zakopano w całości.

– Chyba każdy, kto kładł tę drogę, musiał zobaczyć ciało? – odezwał się Glenn Branson.

– Niekoniecznie – odparł Green. – To jest poziom poniżej wód gruntowych. Ciało mogło być pogrzebane głębiej i zasypane ziemią, potem stopniowo było wypychane na powierzchnię i zostało zatrzymane przez tę drogę.

Grace przyglądał się szczątkom, usiłując sobie przypomnieć, czego dowiedział się przed rokiem od miejscowej archeolożki sądowej, Lucy Sibun, na temat określania wieku i płci szkieletów.

– Kobieta? – zaryzykował.

– Tak myślę, sądząc po kształcie czaszki, ale nie mogę być pewien.

– Może uda się pobrać materiał genetyczny. Zęby są nietknięte, wyglądają na dość młode. Może dane dentystyczne?

– Pod warunkiem że kobieta pochodziła z tych stron – zauważył Green.

Grace uważnie przyjrzał się kości u podstawy szczęki, w kształcie litery U.

– Kość gnykowa, o ile dobrze pamiętam. – Wskazał palcem. – Jest nietknięta. Złamanie sugerowałoby uduszenie.

– Myślicie, że trzeba wezwać speca od medycyny sądowej, żeby potwierdził zgon? – spytał z uśmiechem Glenn Branson.

Obaj mężczyźni popatrzyli na niego i też się uśmiechnęli. A jednak pytanie Bransona miało sens. Koronerem w Brighton and Hove była bojowo nastawiona służbistka. W przeszłości zdarzało się, że rugała policjantów za to, że nie uzyskali formalnego aktu zgonu, bez względu na stopnień rozkładu zwłok.

– Zadzwoń do biura koronera – polecił Bransonowi Grace. – Wyjaśnij, co tu mamy. Na pewno nie możemy niczego przenosić bez ich zgody. Powiadom ich, że zamierzam się zwrócić do archeologa sądowego oraz patologa z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. – Zerknął na zegarek. – Ale chyba nie musimy się martwić o złotą porę.

„Złota pora” oznaczała okres bezpośrednio po odkryciu domniemanej ofiary zabójstwa. Ale w tym przypadku, skoro miejsce zbrodni liczyło ponad dwadzieścia lat i zostało już częściowo naruszone przez robotników, czas nie odgrywał większej roli.

Grace spojrzał na Dave’a Greena i Glenna Bransona, którzy pokiwali głowami.

Znowu popatrzył na kości. Kim byłaś? Co ci się przydarzyło? Kto cię kochał? Kto zabił? Dlaczego? Czy sądził, że ujdzie mu to na sucho? Czy ten ktoś nadal żyje?

Obiecuję ci, że wszystkiego się dowiemy.

Branson wyjął komórkę i wyszedł z namiotu. Grace poczuł słodkawą woń dymu papierosowego. Ktoś na dworze mocno się zaciągał i on sam też chętnie by zapalił. Cokolwiek, byle tylko zabić mdlący smród w tym plastikowym, furkoczącym na wietrze kokonie. Jedną z wielu rzeczy, jakie uwielbiał w Cleo, był fakt, że choć sama nie paliła, nigdy nie protestowała, jeśli on czasem sięgał po papierosa lub cygaro.

– Zęby są mało starte – stwierdził Dave Green. – To wskazuje, że ta osoba zmarła młodo. Mogła być nastolatką, ewentualnie tuż po dwudziestce.

– Na ile jesteś pewien? – spytał Grace.

– Co do tego jestem raczej przekonany, ale nic poza tym. Musimy odkopać resztę ciała i przekazać pracę archeologowi sądowemu. Najlepsza byłaby Lucy Sibun.

– Proponuję zabezpieczyć miejsce na noc i poprosić Lucy, by przyjechała tu jutro z samego rana. – Grace wskazał głową na szkielet. – Ona, o ile to jest ona, raczej nigdzie się nie wybiera.

– Dziś mam rocznicę ślubu – oświadczył Dave Green. – Zapunktuję u Janis, jeśli zdążę do domu na uroczystość.

– Wszystkiego najlepszego – powiedział Grace.

Glenn Branson wrócił do namiotu.

– No tak – zaczął. – Właśnie rozmawiałem z Philipem Keayem, oficerem dyżurnym z biura koronera. Jego zdaniem powinniśmy na wszelki wypadek uzyskać akt zgonu.

– Do kurwy nędzy, co za pieprzona biurokracja! – nie wytrzymał Green i dziabnął palcem w kierunku czaszki. – Jak jeszcze bardziej martwa powinna być?

Z zewnątrz dobiegło ujadanie psa. Po chwili poła namiotu się odchyliła i do środka zajrzał Chris Gee.

– Panie nadinspektorze, jakiś mężczyzna spacerujący z psem zauważył wozy policyjne i pyta, czy może w czymś pomóc. Mówi, że jest lekarzem.

Grace i Branson spojrzeli po sobie.

– Lekarzem? – powtórzył Roy Grace. – Świetnie się składa. Spytaj go, czy mógłby potwierdzić zgon.

Kilka minut później do namiotu wszedł niski mężczyzna po pięćdziesiątce, w fartuchu, masce i obuwiu ochronnym.

– Dzień dobry – odezwał się wesoło. – Jestem Edward Crisp, miejscowy internista. Właśnie wyprowadzałem psa, wasz kolega przy barierce uprzejmie się nim zajął, i zobaczyłem, że coś się dzieje. Mogę w czymś pomóc? Jeszcze piętnaście lat temu pomagałem policji z Brighton and Hove jako konsultant medyczny.

– Tak, pamiętam pana nazwisko. – Grace skinął głową. – Cóż, zjawił się pan w samą porę. – Wskazał odsłonięte szczątki. – Robotnicy odkopali to dziś rano. Wiem, że to brzmi nieco dziwnie, ale lekarz musi potwierdzić zgon. Zgodziłby się pan to zrobić?

Doktor Crisp spojrzał w dół, potem uklęknął i przez chwilę oglądał czaszkę i resztę kości.

– Cóż, fakt ustania funkcji życiowych raczej nie ulega wątpliwości – stwierdził. – Biedna kobieta.

– Kobieta? – spytał Grace. – Na pewno?

Lekarz się zawahał.

– Cóż, studiowałem dawno temu, ale z tego, co pamiętam, na podstawie kształtu czaszki można stwierdzić, że to kobieta. Stan uzębienia wskazuje, że była nastolatką lub dziewczyną tuż po dwudziestce.

– A jak długo może tu leżeć? – spytał Glenn Branson.

Lekarz pokręcił głową.

– Nie chciałbym strzelać. Takich informacji udzieli wam archeolog sądowy. Ale oczywiście nie ma tu mowy o życiu. Z chęcią potwierdzę, że to szkielet bez życia. Czy to wam pomoże?

– Bardzo – powiedział Roy Grace.

– To wszystko?

– Proszę zostawić swoje dane. Jutro przyślę kogoś, kto odbierze od pana oficjalne orzeczenie.

– Oczywiście! To żaden problem – zapewnił z uśmiechem lekarz. – No to na razie.

1111 grudnia, czwartek