Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 146 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Twój dotyk - Andrea Laurence

Nie wiem, kim jestem. Podobno nazywam się Cynthia Dempsey, podobno cudem przeżyłam katastrofę lotniczą. Mówią, że jestem zaręczona z Willem Taylorem, potentatem prasowym. Ten przystojny mężczyzna często odwiedza mnie w szpitalu. Nie pamiętam go, ale gdy mnie dotyka, płonę…

Opinie o ebooku Twój dotyk - Andrea Laurence

Fragment ebooka Twój dotyk - Andrea Laurence

Andrea Laurence

Twój dotyk

Tłumaczenie:

PROLOG

– Bezczelność! Więcej tą linią nie polecę!

Ostry kobiecy głos wdarł się w uszy Adrienne, kiedy wsiadła do samolotu. Wracała do domu w Milwaukee, przybita i przegrana, ale za swoją porażkę mogła winić tylko siebie.

Ciotka uprzedzała ją, że otwarcie butiku, a raczej studia mody na Manhattanie, za pieniądze z polisy ubezpieczeniowej ojca to głupi, nieodpowiedzialny krok. Firma splajtuje góra za rok.

Splajtowała po trzech latach. Na początku nie było najgorzej, Adrienne miała kilka wiernych klientek, jej projekty się podobały, ale koszty utrzymania w Nowym Jorku okazały się zbyt wysokie.

Zbliżając się do miejsca 14B, z przerażeniem zobaczyła, że fotel obok zajmuje kobieta, która przed chwilą tak ostro protestowała. Adrienne wyjęła z torby książkę, torbę umieściła w schowku nad głową i usiadła.

– Mam bilet w pierwszej klasie, ale wylądowałam tu, w tej ciasnocie, w dodatku przy oknie.

– Może chce się pani zamienić miejscami?

– Och tak! Dziękuję! – Nieznajoma uśmiechnęła się, ukazując rząd idealne równych białych zębów.

Jaka ona podobna do mamy, przemknęło Adrienne przez myśl. Obie miały pełne wargi, długie lśniące włosy, zielone oczy. Poczuła ukłucie zazdrości. Z nich dwóch nieznajoma bardziej przypominała córkę pięknej Miriam Lockhart. Adrienne odziedziczyła po matce zamiłowanie do mody i umiejętność szycia, ale burzę loków i krzywe zęby odziedziczyła po ojcu.

Wstała z fotela i zamieniła się z nieznajomą na miejsca. Siedząc przy oknie, przynajmniej popatrzy na malejący w dole Nowy Jork.

– Cynthia Dempsey – przedstawiła się nieznajoma. Miała na sobie drogi, doskonale uszyty kostium oraz buty z najnowszej kolekcji Jimmy’ego Choo.

– Adrienne Lockhart. – Adrienne odwzajemniła uśmiech.

– Jakie fantastyczne imię i nazwisko! Cudownie by się prezentowało na billboardzie na Times Square.

Albo na metce pod kołnierzykiem, pomyślała Adrienne. Na palcu Cynthii zauważyła duży, zdecydowanie za luźny pierścionek z brylantem.

– Zaręczynowy?

– Tak. – Cynthia westchnęła ciężko i dodała szeptem: – Wychodzę za Williama Taylora III, jednego z właścicieli „Daily Observer”. Ślub w maju w hotelu Plaza.

No proszę. Dzieliła je przepaść.

– Wybrała już pani suknię? – Przypuszczalnie moda była jedyną rzeczą, jaka je łączyła.

– Tak, z kolekcji Badgley Mischka.

– Och, uwielbiam ich! Nawet pracowałam u nich podczas przerwy semestralnej. Tyle że mnie osobiście bardziej interesują ubrania codzienne, styl sportowy…

– Jest pani związana z branżą?

– Byłam. Przez kilka lat miałam malutki butik na SoHo.

– Mogłam gdzieś widzieć pani projekty?

Obróciwszy się w fotelu, Adrienne wskazała na swoją szaro-różową bluzkę.

– Naprawdę? Jest przepiękna. Moim przyjaciółkom też by się spodobała. – Cynthia pokręciła głową. – Za rzadko odwiedzamy dolny Manhattan.

Przez trzy lata Adrienne usiłowała zaistnieć. Wysyłała swoje projekty stylistom, licząc, że może któryś trafi do pisma z modą. Ubierała się we własne kreacje, mając nadzieję, że ktoś zwróci na nie uwagę.

– Panie i panowie, jesteśmy gotowi do startu. Proszę personel pokładowy, żeby…

Adrienne zamknęła oczy. Samolot kołował po pasie. Nienawidziła latania. Za każdym razem powtarzała sobie w myślach, że więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych, ale to nie pomagało.

Silniki warczały, samolot nabierał rozpędu. Adrienne otworzyła na moment oczy. Zobaczyła, że Cynthia obraca nerwowo pierścionkiem. Zapewne też nie lubiła latać.

Koła oderwały się od ziemi, maszyną lekko zachybotało. Łokieć Cynthii zsunął się z oparcia, pierścionek upadł na podłogę.

– Psiakrew – mruknęła jego właścicielka.

W tym momencie rozległ się potężny huk. Samolot zatrząsł się i zaczął zniżać lot. Adrienne wyjrzała przez okno. Jeszcze nie wznieśli się zbyt wysoko. Zacisnęła ręce na oparciu i ignorując krzyki pasażerów, ponownie zamknęła oczy. Po chwili pilot zdenerwowanym głosem poinformował o awaryjnym lądowaniu. Cholera, powinna była słuchać instrukcji udzielanych przez stewardesę!

Działając instynktownie, pochyliła się, położyła głowę na kolanach, a te otoczyła ramionami. Rozległ się kolejny huk, światło zgasło, fotelem gwałtownie szarpnęło.

Pozostała modlitwa.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miesiąc później

– Cynthio?

Czyjś głos usiłował wyrwać ją ze snu, którego domagało się ciało. Chciała powiedzieć mu, żeby zamilkł, bo jest szczęśliwsza, kiedy śpi i nie czuje bólu, ale był natarczywy.

– Cynthio, Will przyszedł.

Za każdym razem, kiedy słyszała swoje imię, ogarniał ją niepokój. Trwało to parę sekund, potem mijało.

– Może wpadnę później, niech śpi.

Drgnęła. Powoli zaczęła się wynurzać ze snu. Od samego początku ten niski męski głos miał nad nią władzę.

– Lekarze chcą, żeby jak najwięcej z nią rozmawiać.

– Jaki to ma sens? Nikogo nie poznaje.

– Pamięć może wrócić w każdej chwili. Cynthio, kochanie, obudź się.

Zatrzepotała rzęsami, wypłynęła na powierzchnię. Najpierw zobaczyła lampę na suficie, potem twarz pochylonej nad łóżkiem kobiety w średnim wieku. Zaraz, zaraz, kim ona była? Ach tak, podobno jej matką, Pauline Dempsey.

Ładnie dziś wyglądała. Chyba była u fryzjera, bo włosy miała nieco krótsze i pozbawione siwizny. Jedwabna apaszka w kwiatowy wzór pasowała do zielonych oczu i niebieskiego kostiumu. Adrienne chciała ją lekko poluzować, ale okazało się, że nie może, bo rękę ma na temblaku.

– Will przyszedł.

Pauline nacisnęła przycisk, unosząc górną połowę materaca. Zdrową ręką Adrienne odruchowo wygładziła potargane włosy. Will siedział w nogach łóżka. Podobno byli zaręczeni. Patrząc na przystojnego, elegancko ubranego blondyna o regularnych rysach twarzy, pełnych wargach i niebieskich oczach, nie bardzo chciała w to wierzyć. Bił od niego chłód.

Niczego nie pamiętała, nie wiedziała, kim jest ani czym się zajmuje, ale w ciągu kilku ostatnich tygodni zdołała się zorientować, że narzeczony nie darzy jej sympatią. Zawsze stał z boku. Czasem w jego spojrzeniu czaiła się podejrzliwość, na ogół jednak sprawiał wrażenie, jakby nie obchodził go jej los. Zwykle wtedy z trudem powstrzymywała się od płaczu. Kiedy puls jej przyśpieszał, do pokoju wpadała pielęgniarka z lekiem na uspokojenie.

Skupiła się ubraniu Willa – lubiła przyglądać się strojom odwiedzających ją osób. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, błękitną koszulę, krawat w delikatne wzory. Wydawał gazetę; jako człowiek bardzo zapracowany wpadał do szpitala w przerwie na lunch.

– Witaj, Will – powiedziała nieswoim głosem. Twarz wciąż miała spuchniętą po kilku operacjach. W wypadku straciła przednie zęby. Wstawiono jej nowe, ale czuła się z nimi nieswojo.

– Zostawię was – rzekła Pauline. – Will, przynieść ci kawy z bufetu?

– Nie, dziękuję.

Zostali sami w prywatnej sali przeznaczonej dla VIP-ów. Ona, Cynthia, była VIP-em, ponieważ kilka lat temu jej rodzina przekazała szpitalowi dużą darowiznę. Przynajmniej tak jej powiedziano.

– Jak się czujesz? – spytał Will.

W sumie czuła się stosunkowo dobrze. Bez porównania lepiej, niż kiedy pierwszy raz otworzyła oczy. Była wtedy koszmarnie obolała, od czubków włosów po czubki palców u stóp, i bardzo opuchnięta. Od tego czasu minęło kilka tygodni.

– Nieźle, dziękuję. A ty?

Skrzywił się.

– Jak zwykle, mam mnóstwo pracy.

– Wyglądasz na zmęczonego. Wysypiasz się?

– Nie bardzo. To był stresujący miesiąc.

– Przydałoby ci się trochę tego. – Wskazała na swoją kroplówkę. – Po tym śpi się jak niemowlę.

Po raz pierwszy odkąd odzyskała przytomność, zobaczyła uśmiech na jego twarzy.

– Nie wątpię.

Była spięta. Ciągle odwiedzali ją znajomi i rodzina, ludzie, których – gotowa była przysiąc – nigdy nie widziała na oczy, ale z Willem najtrudniej jej się rozmawiało. Nie rozumiała dlaczego. Im bardziej starała się być miła, z tym większą nieufnością się jej przyglądał.

– Mam coś dla ciebie.

W pierwszych dniach pokój dosłownie tonął w kwiatach. Potem raz na jakiś czas ktoś przynosił lub przysyłał bukiet. Była jedną z trzech osób, które przeżyły katastrofę.

Will wyciągnął z kieszeni małe aksamitne pudełeczko.

– Specjalnie przeszkoleni ludzie przeszukiwali teren. Ktoś znalazł ten pierścionek. Po laserowo wyrytym numerze doszli do mnie.

Oczom Cynthii ukazał się pierścionek z ogromnym brylantem.

– Bardzo ładny.

Will zmarszczył czoło, jakby spodziewał się innej reakcji.

– To twój pierścionek zaręczynowy.

– Mój? – Pierścionek był ciut za ciasny, ale mogła się tego spodziewać: palce w złamanej ręce miała spuchnięte. Popatrzyła z zaciekawieniem na brylant. – Jakbym go już gdzieś widziała…

– To dobrze. Może odzyskujesz pamięć? Nic dziwnego, że zsunął ci się z palca. Bez przerwy się odchudzałaś.

– Teraz jest ciasny, a ja wyglądam jak po walce bokserskiej.

– Nie martw się, mamy dopiero październik, a ślub jest w maju. Do tego czasu wyzdrowiejesz, opuchlizna zniknie…

– Ślub w maju w hotelu Plaza – szepnęła.

– Widzisz? Coraz więcej sobie przypominasz. – Schował pudełko do kieszeni. – Muszę iść. Umówiłem się z Alexem na kolację.

Pamiętała Alexa sprzed tygodnia. Przyjaciel Willa ze studiów był strasznym flirciarzem. Chociaż wyglądała jak ostatnie nieszczęście, oznajmił, że jest piękna i gdyby nie była narzeczoną jego kumpla, próbowałby ją uwieść. Oczywiście nie mówił tego serio.

– Zazdroszczę. Ja dostanę na kolację gumiastą kurę z ryżem.

Will roześmiał się.

– Do jutra. – Poklepał ją po dłoni.

Odruchowo zacisnęła palce wokół jego nadgarstka. Każdy jego dotyk wywoływał w niej dreszcze, nawet najlżejsze muśnięcie było lepsze niż morfina. Ból znikał, pojawiało się lekkie podniecenie.

W jego szaroniebieskich oczach dostrzegła zaskoczenie i ciekawość. Nagle jednak zabrzęczał telefon. Will odsunął się, a ją ogarnęło uczucie pustki.

– Dobranoc, Cynthio.

Kiedy drzwi się zamknęły, pokój znów stał się przeraźliwie zimny i sterylny.

Alex popijał drinka. Will zaprosił go na kolację, ponieważ chciał pogadać z kimś, kto nigdy mu nie kadził. Alex zawsze walił prosto z mostu.

– Jak Cynthia? – spytał Alex, kiedy kelner postawił na stole zakąski.

– Lepiej, ale nadal nic nie pamięta.

Przed wylotem Cynthii do Chicago Will poinformował ją, że ma dowody jej zdrady i zrywa zaręczyny. Błagała, żeby się wstrzymał, lecz nie był zainteresowany. Miał dość. Rozmawiał przez telefon z agentem od nieruchomości, kiedy nadeszła wiadomość o katastrofie samolotowej. Kiedy Cynthia obudziła się w szpitalu, nie wiedział, co robić. Po namyśle uznał, że nie może jej teraz zostawić, poczeka, aż stanie ponownie na nogi. Taki miał plan, ale… ale sprawy się pokomplikowały.

– Powiedziałeś jej? – spytał przyjaciel.

– Jeszcze nie. W szpitalu rzadko jesteśmy sami.

– Wciąż daleko jej do zimnej suki, jaką była przed katastrofą?

Will potrząsnął głową. Trochę żałował, że suka nie wróciła, wtedy rozstałby się z nią bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Ale obecna Cynthia była całkiem inna. Nadaremno czekał, aż tonem nieznoszącym sprzeciwu zacznie wydawać rozkazy albo krytykować personel medyczny. O dziwo, wizyty u niej sprawiały mu coraz większą przyjemność.

– Chyba została podmieniona przez kosmitów.

– Prawdopodobnie. – Alex nabrał na widelec kawałek wędliny. – Kiedy zajrzałem parę dni temu, wydawała się całkiem sympatyczną osobą.

– No właśnie. Za każdym razem słucham z niedowierzaniem, jak wszystkich wypytuje o zdrowie i dziękuje za kwiaty. Jest urocza, uprzejma, zabawna; po prostu nie ta sama Cynthia.

Alex zmarszczył czoło.

– Wiesz, że uśmiechasz się, kiedy o niej mówisz? Przyznaj się, lubisz ją.

– Bardziej niż kiedykolwiek przedtem, ale co z tego? Lekarze twierdzą, że powinna odzyskać pamięć, a wtedy przypuszczalnie znów będzie sobą, dawną Cynthią.

– Może już zawsze będzie taka jak dzisiaj.

– To bez znaczenia – oznajmił Will. Ja nie mam amnezji. Nie mógłbym ponownie jej zaufać.

– Dostaliście drugą szansę, szkoda byłoby jej nie wykorzystać. Cynthia jest teraz inną osobą, nie wiń jej za grzechy, których nie pamięta.

Will pogrążył się w zadumie. Alex powiedział to, o czym sam bał się pomyśleć. Przy Cynthii czuł się tak, jakby znajdował się w obecności nowej kobiety. Pędził do niej w przerwie na lunch. Cały czas o niej myślał, a dzisiaj… dziś, kiedy ścisnęła jego dłoń… Korciło go, żeby posłuchać rady Alexa.

Z drugiej strony bał się, że dawna Cynthia, przebiegła, niewierna, nadal skrywa się w tej nowej. Nie zamierzał ryzykować, szkoda czasu na związek z góry skazany na niepowodzenie.

Lekarze zapowiedzieli, że wkrótce wypiszą ją do domu. Podejrzewał, że Pauline i George Dempseyowie będą chcieli zabrać córkę do siebie, on jednak uważał, że powinna wrócić do ich wspólnego mieszkania.

A jeśli w znajomym otoczeniu odzyska pamięć i znów stanie się jędzą? Wtedy nie będzie musiał po raz drugi zrywać zaręczyn.

Może chce się pani zamienić miejscami?

Słowa dźwięczały jej w głowie, a pod wpływem leków przeciwbólowych sny mieszały się z jawą.

Cynthia Dempsey, powiedział obcy kobiecy głos. Poruszyła się niespokojnie. Cynthia Dempsey… Wolała, żeby się do niej tak nie zwracano, chyba nazywała się inaczej. Ale jak? Powinna wiedzieć.

Zaraz sobie przypomni, ma to na końcu języka…

W tym momencie rozległ się huk, pojawił się ogień. Żołądek podszedł jej do gardła; samolot spadał.

– Nie!

Podskoczyła gwałtownie na łóżku. Urządzenie, do którego była podłączona, zaczęło piszczeć. Zanim zdołała się uspokoić, do sali wpadła pielęgniarka.

– Co się dzieje, panno Dempsey?

– Proszę mnie tak nie nazywać – warknęła.

– Cynthio, czy wszystko w porządku?

W świetle niedużej lampki Cynthia ujrzała swoją ulubioną pielęgniarkę Gwen.

– Tak. Miałam zły sen. Przepraszam.

– Nic się nie stało. – Gwen wyłączyła sygnał dźwiękowy i sprawdziła kroplówkę. – Wielu pacjentów po przeżytej traumie miewa koszmary. Dać ci, kochanie, coś na sen?

– Nie, i bez tego czuję się oszołomiona. Jakbym nie była sobą. Może to od nadmiaru leków?

– Doznałaś wielu obrażeń głowy. Może już nigdy nie będziesz taka jak dawniej.

Gwen była jedyną osobą, z którą Cynthia mogła szczerze porozmawiać. Will niczego by nie zrozumiał, a Pauline…

– Wiem, ale mam wrażenie, jakby wszystko było nie tak. Ci ludzie, którzy mnie odwiedzają… Znajomi, rodzina… Spójrz… – Wysunęła rękę z temblaka i zademonstrowała pierścionek zaręczynowy.

– Ładny.

– Błagam! Za te pieniądze ludność jednego z krajów Trzeciego Świata mogłaby żyć przez rok.

– Zapewne.

– Taki pierścionek do mnie nie pasuje. Nie czuję się jak panna z bogatego domu. Jeśli wiodłam luksusowe życie, dlaczego teraz tak mi z tym źle? Jak mam być sobą, skoro nie wiem, kim jestem?

– Moja rada? Przestań się zadręczać, bo zwariujesz.

– Ale jak mam przestać?

– Powtarzaj sobie: nazywam się Cynthia Dempsey. I po wyjściu ze szpitala rób to, na co masz ochotę. Jeżeli nowa Cynthia woli pójść na mecz koszykówki zamiast do opery, niech idzie. Jeżeli woli hamburgera i piwo zamiast szampana i kawioru, w porządku. Słuchaj swojego serca. Nie pozwól, aby ktokolwiek ci coś narzucał. Prędzej czy później odnajdziesz siebie.

– Dziękuję, Gwen. Jutro mnie wypisują. Wracam z Willem do naszego mieszkania. Nie wiem, co mnie tam czeka, ale jeśli najdzie mnie ochota na hamburgera, czy mogę cię zaprosić?

– Jasne! Głowa do góry. Nie wyobrażam sobie, aby jakakolwiek kobieta mogła być nieszczęśliwa u boku Willa Taylora.

Cynthia rozciągnęła usta w uśmiechu. Miała nadzieję, że Gwen się nie myli.

Tytuł oryginału: What Lies Beneath

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2012

Redaktor serii: Ewa Godycka

Redakcja: Grażyna Ordęga

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2012 by Andrea Laurence

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1857-3

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com