Twarzą w twarz. Daję ci wieczność – akt 2 - Agata Suchocka - ebook

Twarzą w twarz. Daję ci wieczność – akt 2 ebook

Agata Suchocka

3,9

Opis

Lothar Mintze, opuszczony przez mentora i opłakujący bolesną stratę, został sam − porzucony, zgorzkniały i wściekły. Młodzieńcza naiwność ustąpiła miejsca palącej ciekawości, która popycha go w podróż do Ameryki, gdzie ma nadzieję znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. Gdzie się podział Huntington? Dlaczego Armagnac go opuścił? I najważniejsze: czemu nie przewidział zbliżającej się tragedii?
Nie znalazłszy odpowiedzi w Europie, Lothar przeprawia się przez ocean i udaje do Nowego Orleanu, podążając za znakami mającymi doprowadzić go do prawdy. Niespodziewanie spotyka młodego jazzmana, Thomasa Greenbourgha, który wygląda aż nadto znajomo. Kim jest ów młodzieniec? I czy to właśnie on jest odpowiedzią na wszystkie pytania nękające skrzypka?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © AGATA SUCHOCKA

Copyright © WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:ANNA PŁASKOŃ-SOKOŁOWSKA

Korekta:NATALIA MUSIAŁ, ANNA PŁASKOŃ-SOKOŁOWSKA

Projekt okładki, DTP: PATRYK LUBAS

Fotografie wykorzystane na okładce: © Wendy Stevenson / Arcangel

© purdue1988 © / Fotolia.com

Współpraca organizacyjna:ANITA BRYLEWSKA, BARBARA JARZĄB

WYDANIE I

ISBN 978-83-62577-87-3

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

facebook.com/wydawnictwo.initium

e-mail:[email protected]

Skład wersji elektronicznej: MARCIN KAPUSTA

konwersja.virtualo.pl

I

To nie był dobry dzień na śmierć.

Świtało.

Resztkami sił Lothar uniósł cały ciężar swego ciała na rękach. Miał wrażenie, że waży tonę. Twarz i dłonie paliły go niemiłosiernie. Przez chwilę był przekonany, że znajduje się nie na dachu swojego domu, ale w jakiejś sali balowej sprzed stuleci; kryształowy żyrandol z hukiem rozbił się o marmurową podłogę, a on – nagi – stał na środku pomieszczenia. Wtedy nagle pojawił się Armagnac. Osobliwie nieważki, unosił się wśród rozbryzgujących się we wszystkich kierunkach odłamków. Rozpościerał szeroko ramiona, zapraszając go, by bez lęku wszedł na pokruszone szkło, prosto w jego objęcia. Uśmiechał się do niego.

Lothar wstał z klęczek i słaniając się, dotarł do wąskiej klatki schodowej. Ruszył w dół, przeskakując po kilka stopni; pokonał dwa piętra i wpadł do piwnicy, gdzie zaryglował się w pozbawionej okien sypialni. Kręciło mu się w głowie, w uszach ciągle dzwoniło rozbryzgujące się szkło. Mówiono mu, że słońce mąci umysł, ale żeby aż tak?

Serce waliło mu jak oszalałe, a skóra dłoni i twarzy wciąż paliła żywym ogniem. Skąd w jego głowie pojawiła się myśl, żeby skończyć ze sobą w ten sposób? Pomyślał o rakach i homarach wrzucanych żywcem do wrzątku – pewnie czuły się podobnie. Jak ktokolwiek mógł chcieć zakończyć swoje życie, pozwalając się spalić żywcem? Jak Armagnac mógł wpaść na taki idiotyczny pomysł?

A jednak.

Jeszcze przed chwilą, szlochając i krzycząc z nieutulonego żalu, Lothar tarzał się w jego prochach. Wydobył z nich sygnet, z którym Armagnac nie rozstawał się od półtora wieku – nie zdejmował go nawet wtedy, gdy grał na fortepianie. Ale to musiała być jakaś pomyłka! Niemożliwe, by po jego kochanku, po jego jedynym towarzyszu, została tylko garść popiołu!

Szarpiąc się z myślami, próbował znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie tej absurdalnej sytuacji, ale nie mógł wygrać z sennością. Jak zawsze o świcie, zasypiał kamiennym snem, z którego miał się obudzić o zmierzchu. Zanim upadł na podłogę bez przytomności, z nadzieją pomyślał, że może gdy otworzy oczy w bezpiecznych ciemnościach nocy, twarz nie będzie go już tak cholernie bolała.

II

A jednak.

Gdy się ocknął tuż po zmroku, twarz bolała go jeszcze bardziej. Ból był tępy i pulsujący, jakby ktoś porządnie obił mu facjatę. Nikt nigdy nie pobił go do tego stopnia, ale zawsze wyobrażał sobie, że to właśnie taki ból.

Otworzył oczy i rozejrzał się. Leżał na podłodze, na włoskiej wykładzinie pokrywającej zimną, kamienną posadzkę piwnicy. Nikłe światełko pozwalało jego wzrokowi zyskać ostrość w mroku. Pamiętał, jak Armagnac je zamontował, zniecierpliwiony otwieraniem drzwi po omacku. Nawet oni nie byli w stanie widzieć w absolutnej ciemności.

Ogromne łoże, które stanowiło jedyny mebel w niedużym pokoju o gładkich, jasnych ścianach, było nienaruszone, tak jak je zostawił kilka tygodni wcześniej. Rozpoznał nawet wzór zmarszczek na atłasowej narzucie, której nie chciało mu się wygładzać, gdy opuszczał to pomieszczenie. Dobrze, że Armagnac zachował choć odrobinę przyzwoitości i nie położył się z nią do ich wspólnego łóżka.

Kim ona była?

Lothar podniósł się powoli, wyszedł z sypialni i podążył wąskimi schodami w górę. Przez jego głowę całymi stadami galopowały przekleństwa we wszystkich językach, jakimi kiedykolwiek się posługiwał. Wydawało mu się, że schody nigdy się nie skończą. Nisko sklepiony korytarz oświetlało zimne światło, nie umiał jednak znaleźć jego źródła. Piwnica była bezosobowa i urządzona minimalistycznie. Prawdziwy dom zaczynał się na parterze gregoriańskiej posiadłości, leżącej w połowie drogi między Londynem i Dover – w salonach i sypialniach wypełnionych meblami, obrazami i instrumentami, które zbierali przez ponad pół wieku.

Przystanął przed gigantyczną oszkloną gablotą, w której przechowywał stare instrumenty smyczkowe ocalone z wojennej pożogi. Jego kolekcja liczyła już kilkadziesiąt eksponatów i z pewnością była warta grube miliony. Nigdy jej nie wycenił, gdyż nigdy nie zamierzał ich sprzedawać. Patrząc na nie, wspominał, jak zdobył każdy z nich. Szczególnym sentymentem darzył altówkę, którą dostał w prezencie od Armagnaca. Gdyby nie to, że ciało paliło go jak oblane kwasem, wyciągnąłby ją teraz i zagrał choć kilka dźwięków. Miała aksamitne, ciepłe brzmienie, jakie lubił najbardziej. Nie wiedział, dlaczego akurat teraz przyszła mu ochota na granie – w końcu od niemal roku nie dotknął żadnego instrumentu. Chciał uciec od myśli o śmierci Armagnaca, zająć czymś umysł, aby ukoić ten drugi ból, który ściskał mu serce niby stalowe kleszcze.

Jego twarz odbijała się niewyraźnie w kryształowych szybach, ale zdawała mu się tak bardzo zdeformowana, jakby wciąż miał halucynacje. Jego wzrok nie odzyskał jeszcze ostrości.

Dom tonął w półmroku, rozjaśniało go tylko kilka dyskretnych świateł, które zapalały się automatycznie po zapadnięciu zmroku. Lothar przeszedł przez salon do głównej sypialni i przylegającego do niej pokoju kąpielowego, przypominającego małą grecką łaźnię. Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie tego, że w dawnych czasach, w których nikt przesadnie nie dbał o higienę, oni kąpali się co chwilę. Tym symbolicznym aktem zmywali z siebie grzech.

Zapalił światło, spojrzał w lustro i… oniemiał ze zgrozy.

Skóra na jego twarzy była czerwona i popękana, łuszczyła się całymi płatami, jakby ktoś wycelował palnik prosto w jego oblicze. Włosy jednak pozostały nienaruszone; opadały na czoło i kark białymi prostymi kosmykami, o wiele krótszymi, niż nosił dawniej, jeszcze przed wojną.

Odkręcił zimną wodę i obmył twarz, delikatnie, żeby nie zadawać sobie jeszcze większego bólu, lecz mimo ostrożności co chwilę syczał wściekle przez zęby. Z przerażeniem stwierdził, że spalona skóra zostaje mu na poparzonych palcach. Bał się unieść wzrok, spodziewając się ujrzeć nagie zęby i kości, zamiast tego jednak spostrzegł, że pod spodem znajduje się białe, nienaruszone ciało. W ciągu nocy skóra zregenerowała się niemal zupełnie, pozostał tylko ten piekący ból. Stopniowo usunął martwe tkanki, klnąc pod nosem po niemiecku, po czym znów spojrzał w lustro.

Patrzył na niego chłopak o czarnych, przenikliwych oczach, okolonych gęstymi, szarymi rzęsami, i wąskich wargach, zaciśniętych w grymasie cierpienia. Ignorując ból, uśmiechnął się do siebie swoim najbardziej czarującym uśmiechem, którym zdobył tak wiele serc, w tym serce Armagnaca. Mimo że to Aleksander był powszechnie uznawany za najbardziej uwodzicielską istotę stąpającą po ziemi, to właśnie o uśmiechu Lothara mówiono, iż ma zdolność topienia serc i zrywania ubrań.

Zrzucam skórę jak jakiś cholerny wąż, pomyślał. Bał się porównania do Feniksa powstającego z popiołów – z prochów bowiem żaden z nich nie potrafił już się podnieść.

Otarł dłonie i twarz puszystym białym ręcznikiem, których posiadali całe tuziny. Miał jednak wrażenie, że przeciera ciało papierem ściernym; czuł pulsowanie w każdym milimetrze skóry, którą wystawił na słońce. Na szczęście ból stopniowo wygasał, w jego sercu jednak nadal szalał pożar, gdy patrzył na ich łóżko, na nienaruszoną pościel, jakby od dawna nikt w nim nie spał, nikt nie uprawiał miłości. Tak właśnie było – nie położyli się razem od wielu tygodni. Może dlatego stało się to, co się stało?

Teraz żałował niemal każdego gestu i słowa wykonanego i wypowiedzianego na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy. W tym czasie najpierw czuł się zrezygnowany, potem przemęczony, a w końcu zazdrosny i wściekły. Z mieszaniny tak negatywnych uczuć nie mogło wyniknąć nic dobrego.

Zaczęło się od tego, że Armagnac postanowił zwiedzić te zakątki Europy, które omijali od czasu zakończenia wojny. Mieli swoje ukochane miasta, jak wszyscy im podobni. Regularnie odwiedzali Wiedeń, zawsze zatrzymując się na dłużej u Arapaggia i Aleksandra, który zamienił piwnicę supernowoczesnego domu w studio nagraniowe. Robił karierę w sieci jako wirtuoz muzyki elektronicznej, publikując swoje nagrania pod pseudonimem Uccellino, który przybrał na potrzeby operowych scen trzy wieki wcześniej. Oczywiście nikt się nie domyślał, że karkołomne wokalne akrobacje nie są efektem komputerowej obróbki, lecz prawdziwym sopranem Aleksandra. Skryty bezpiecznie za woalem technologii, śpiewak rozkoszował się smakiem sukcesu, za którym od zawsze tęsknił. Pewne rejony Starego Kontynentu zawsze jednak umykały ich uwadze. W końcu Armagnac postanowił nadrobić zaległości. Zaczął podróżować bocznymi drogami po zakamarkach Bułgarii, Estonii, Polski czy Litwy. Przemierzał bezdroża potężnym jeepem, odwiedzając undergroundowe lokale, urządzone w byłych rzeźniach, elektrowniach czy burdelach, gdzie samorodni poeci i muzycy amatorzy prezentowali płody swej nadmiernie rozbuchanej wyobraźni, spowici w dym, błyski stroboskopu i ultrafiolet. Gdy Lothar zaczął się nad tym zastanawiać, zdał sobie sprawę, że Armagnac również jest samorodnym talentem, nadwrażliwcem o wybujałej fantazji. Czy w tych wszystkich spelunach szukał ludzi podobnych do siebie?

Nie, to nie od tego się zaczęło.

Zaczęło się od jazzu w okresie międzywojennym.

Urodzony na południu Ameryki, Armagnac nie chciał tam lecieć. Nie ciągnęło go do Stanów Zjednoczonych, czyli do kolebki jazzu. Wówczas już obsesyjnie zainteresowany tym gatunkiem, zaczął odwiedzać wszelkie europejskie lokale, w których grano te piekielne dźwięki. Lothar nie znajdował w nich niczego interesującego, twierdząc, że przecież to oni odkryli jazz – podczas pamiętnego koncertu w posiadłości Huntingtona. I zrobili to prawie pół wieku wcześniej niż reszta świata.

Armagnac jednak powoli zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością. Gdzie tylko mógł, zasiadał do fortepianu, improwizując wściekle podczas przeróżnych jam sessions, wprawiając w osłupienie, zachwyt, a w końcu w przerażenie innych muzyków, aż Lothar siłą ściągał go ze sceny, wyjaśniając, że jego towarzysz jest ostro naćpany i dlatego gra w tak obłąkańczy sposób.

Nie pomagały tłumaczenia, prośby ni groźby. W końcu Lothar miał dosyć ciągłych pogoni za na wpół przytomnym towarzyszem i pokrętnego wyjaśniania jego dziwacznych zachowań. Zrobił to, co zwykle robił w takich okresach – zaciągał Armagnaca najpierw na łowy, a potem do sypialni, aż obaj nie mieli sił się poruszyć, upojeni ludzkim życiem i dzikimi, łóżkowymi akrobacjami. Lothar, stosując cały wachlarz swoich starych sztuczek, przywlekał swoje zauroczone ofiary do domu, gdzie on i Armagnac urządzali dzikie orgie, mordując nieraz po kilka osób w czasie jednej nocy. Potem zostawiał spacyfikowanego kochanka na pobojowisku, czy – jak zaczął mawiać – na pojebowisku i wyruszał w noc, żeby pozbyć się ciał, co w miarę upływu lat stawało się coraz bardziej skomplikowane.

Obaj odczuwali upływ czasu zupełnie odmiennie, podobnie jak zmieniający się wokół nich świat. Lothar, od chwili rewolucji przemysłowej zafascynowany techniką, później elektroniką, a w końcu cyberprzestrzenią, poruszał się wśród technicznych nowinek jak ryba w wodzie. Nie rozumiał, dlaczego Armagnac nie potrafi się pośród nich odnaleźć – przecież wspólnie byli świadkami okiełznania elektryczności, wynalezienia samochodu, a później samolotu, narodzin broni nuklearnej czy ery podróży kosmicznych. Mając tak szeroką perspektywę, Lothar zdawał się rozumieć współczesność lepiej niż żyjący w niej ludzie. Na długie godziny znikał w sieci, tworząc dziesiątki fikcyjnych tożsamości, wdawał się w spory na internetowych forach, przeklinając do woli i wirtualnie mordując swoich oponentów. Czerpał niemałą frajdę z faktu, że współczesny język ocieka jego ukochanymi przekleństwami. W chwilach złości bluzgał o wiele bardziej swobodnie i soczyście niż jeszcze wiek wcześniej.

Wiedział jednak, że nie tylko Armagnac, ale i inni łowcy często nie nadążają za szybko zmieniającym się światem. W większości przypadków kończyło się to tragicznie: szaleństwem, zniknięciem, śmiercią. Nawet Huntington, który jako pałający ciekawością obserwator świata przeżył jakieś pięć wieków, bez słowa wyjaśnienia opuścił ich w czasie drugiej wojny światowej. Później znikali kolejni, których znali i kochali.

Lothar nie potrafił tego zrozumieć.

W końcu świat przestał zapadać w sen. Gigantyczne metropolie pulsowały światłami od zmierzchu do świtu, nocny tryb życia w nikim nie wzbudzał już podejrzeń. Mogli swobodnie się przemieszczać pod osłoną nocy, o ile wygodniej i szybciej niż w przeszłości. Mogli się ze sobą komunikować – najpierw telegraficznie, później telefonicznie, a obecnie w sieci. Prawie każdy człowiek na ziemi nosił przy sobie urządzenie pozwalające mu być w kontakcie z całym światem przez całą dobę. Lothar również posiadał takie ustrojstwo, nawet nie jedno. Jeszcze nigdy świat nie był tak blisko, nigdy noc nie była bardziej przyjazna, a oni bardziej anonimowi.

A jednak niektórzy modlili się do pradawnych bogów o jakąś globalną katastrofę, która sprowadziłaby świat z powrotem do średniowiecza. Lothar zaśmiewał się z tego w duchu, myśląc, że wystarczyłoby wyłączyć prąd.

Armagnac był jednak innego zdania.

Popadł w swoistą manię prześladowczą – czuł się nieustannie obserwowany, śledzony, tropiony. Wpadał w histerię na widok kamer miejskiego monitoringu. Chwilami naprawdę zaczynał wariować i Lothar poważnie obawiał się o jego życie. Od kilku lat musiał pilnować go na każdym kroku i przyprowadzać mu ofiary do domu, bo Armagnac bał się wyjść choćby za próg. Zdarzały się noce, podczas których nie dawał się namówić nawet na wyjście z sypialni w podziemiach. A im bardziej Armagnac się bał, tym bardziej Lothar się wściekał.

Aż nagle coś się zmieniło.

Pewnej nocy zastał Armagnaca przed ekranem komputera. Z szaleńczą prędkością przeglądał kilka stron internetowych naraz, sporządzał jakieś notatki, robił listy, śledził mapy. Nie było z nim kontaktu przez długie godziny. Potem wsiadł do samochodu i zniknął.

Lothar bez trudu przejrzał historię jego internetowej szamotaniny i ustalił, że Armagnac sporządził listę najbardziej awangardowych klubów muzycznych i literackich wschodniej Europy. Z pewnością więc udał się w podróż, w pogoń za jazzem i współczesną poezją.

W tych kwestiach również się nie zgadzali. Aż do przełomu tysiącleci Armagnac obserwował ewolucję muzyki i słowa z rosnącą fascynacją, podczas gdy dla Lothara wszystko, co się wydarzyło po Byronie i Bartóku, było tylko bełkotem i hałasem.

Lothar nie podążył w ślad za kochankiem. Spokojnie czekał na jego powrót, skryty za grubymi, bezpiecznymi murami ich domu. Słuchał klasyków, grywał na swoich drogocennych instrumentach, założył nawet oficjalny internetowy fanklub Uccellina, który robił furorę w sieci. Niestety, nie sposób było namówić artysty na nagranie płyty lub choćby jeden, maleńki koncert. Lothar podejrzewał, że nawet gdyby Aleksander wyszedł na scenę i bez nagłośnienia strzaskał całe szkło w promieniu stu metrów czterokreślnym c swojego nieziemskiego sopranu, ludzie uznaliby to za zręczną sztuczkę i świetny chwyt marketingowy. Technika pozwalała na nieograniczone sceniczne szaleństwa. Aleksander zachował jednak odrobinę rozsądku i pozostał anonimowy, choć kilka razy poprosił Lothara o namierzenie kogoś, kto śmiał się wyrazić niepochlebnie o jego muzyce. Taką osobę zawsze spotykała wyszukana śmierć, co zresztą uważali za cholernie zabawne.

Armagnac wrócił po ponad dwóch latach – w towarzystwie niedorzecznie młodej, milczącej i nieśmiałej dziewczynki. Przytargała ze sobą plecak pełen zapisków, które nazywała poezją, i gitarę w starym, odrapanym futerale, przypominającym trumnę. Była urodziwa, owszem, i – niestety – podobna do Blanche Avoy, babki Armagnaca.

Blanche Avoy… To nazwisko wisiało nad nimi jak klątwa. Z drugiej strony, gdyby nie Blanche Avoy, Lothar nigdy nie poznałby Armagnaca.

Jak miało na imię to dziewczątko? Kim w ogóle było? Pewnie nikim. Lothar też kiedyś był nikim, a mimo to przyciągnął uwagę Edgara Francisa Huntingtona. Teraz ta tajemnicza dziewczyna przyciągnęła uwagę Armagnaca, mało tego – pochłonęła ją całkowicie.

W porządku, Lothar wiedział, że Armagnac jest wrażliwy na poezję i muzykę, może nawet nadwrażliwy, ale żeby do tego stopnia… Zamykał się z tą panienką w salonie na całe noce; Lothar słyszał, że razem czytają na głos jakieś bzdury, akompaniują sobie na instrumentach. Z początku tylko go to irytowało. W końcu ta dziewczyna była człowiekiem. Co robiła w ich domu na odludziu, całymi dniami sama, podczas gdy oni spali bez przytomności w piwnicy? Co świt upewniał się, że Armagnac nie powiedział jej o miejscu ich spoczynku, a przede wszystkim nie wyznał, kim są. Mimo zapewnień, że ich sekret jest bezpieczny, Lothar czuł, że Armagnac poważnie zawiódł jego zaufanie, pozwalając jej wkroczyć w ich pilnie strzeżoną prywatność. Myśl o tym, że dziewczyna buszowała wśród jego rzeczy, podczas gdy on leżał bezradny kilka stóp niżej, doprowadzała go do furii. Choć nigdy wcześniej tego nie robił, teraz zamykał swoje pokoje – i instrumenty – na klucz.

Gdy po kilku tygodniach tych dziwacznych sesji literacko-muzycznych, w których Lothar nie miał najmniejszej chęci uczestniczyć, Armagnac wspomniał o przeprowadzeniu tego dziecka na ich stronę, Lothar nie wytrzymał. Po burzliwej kłótni po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami. Wsiadł do koszmarnie głośnego jeepa i wyruszył na oślep na południe, a potem promem do Calais i dalej, w kierunku Paryża. Pocieszenia i wyjaśnienia tej niedorzecznej sytuacji postanowił szukać w ramionach Salomei i Estelli, jej towarzyszki życia. Wpadł do ich podniebnego apartamentu ze stali i szkła i od progu zaczął się żalić na durne pomysły swojego niezrównoważonego kochanka.

Teraz potrzebował dokładnie tego samego.

Jeszcze raz wyszedł na dach, by stanąć w miejscu, w którym nie został już nawet ślad po lżejszych od puchu prochach nieszczęśliwych kochanków.

Nieszczęśliwych kochanków, też coś! Gdyby ta pieprzona gówniara żyła, rozszarpałby ją gołymi rękami, a Armagnacowi kazałby się przyglądać! Żałował, że nie zrobił tego, gdy miał po temu okazję.

Ze łzami w oczach wpatrywał się w czerniejące niebo, pokryte kłębami chmur, gnanych jesiennym wiatrem.

– Jak mogłeś mi to zrobić, cholerny durniu?! – wrzasnął w ciemność, przełykając łzy. – Jak mogłeś mnie zostawić?! Ty egoistyczny dupku! Ja cię wciąż kocham!

Odpowiedziało mu tylko niewyraźne echo.

Gdzieś w oddali, za lasem, rozszczekał się pies. Najbliższy dom znajdował się kilka mil dalej, czy możliwe, że zwierzę go usłyszało? Czy możliwe, że usłyszał go Armagnac, gdziekolwiek była teraz jego dusza?

Lothar wiedział, że przez ostatnie lata bagatelizował problemy i pasje Armagnaca. Traktował go jak dziecko, które strachem i apatią reagowało na wszystko, czego nie znało. Sam nigdy nie miał cierpliwości do dzieci. Zawsze kończyło się tym, że warczał na Armagnaca jak wściekły pies.

Teraz też miał ochotę wyć z nieukojonego żalu, bezsilności i wściekłości.

Wiedział, że w drodze do Paryża zabije wiele osób, nie bacząc na to, kim są. Tylko zabijanie mogło na moment stłumić jego ból.

Przyszła pora, by spuścić ze smyczy bestię, która drzemie w jego duszy.

III

Gnał z szaleńczą prędkością, łamiąc wszelkie przepisy. Chciał jak najszybciej rzucić się w ramiona Salomei, wypłakać w rękaw Estelli, a potem zaznać tych subtelnych rozkoszy, którymi częstowały ich tak dawno temu.

Po zabójstwach, których dokonał, był niemal nieprzytomny i zastanawiał się, czy policja nie wpadnie na pomysł ścigania go jako seryjnego mordercy. Miał jednak zbyt wielką wprawę w swoim fachu, by ściągnąć na siebie podejrzenia. Był szybki i efektywny, zbyt szybki, by dać się złapać. Zrzucał samochody z wiaduktów i estakad, pozorując wypadki. Mglista, wilgotna noc była jego sojuszniczką.

Gdy miał już dość odurzania się życiem wyciśniętym z ofiar, zwolnił. Jechał teraz spokojnie autostradą, wpatrzony w ciemność, prawie zahipnotyzowany gonitwą linii na szosie, z koncertem skrzypcowym Bartóka grzmiącym z głośników. Być może Armagnac bał się cywilizacji, ale w samochodzie zainstalował najlepszy sprzęt, żeby słuchać swojego ukochanego jazzu.

Lothar wspominał pierwsze spotkanie z Estellą i Salomeą podczas tourneé po Europie, zorganizowanego przez Edgara pod koniec dziewiętnastego wieku. Wyruszyli razem: Edgar, spokojny i zrównoważony, oraz Armagnac i Lothar, szalejący z podniecenia, niemogący się doczekać nowych miejsc, nowych wrażeń, a przede wszystkim nowych znajomości. Eskortowali ich wierni służący, opłacani tak sowicie, że nie interesowali się nadmiernie specyficznymi zwyczajami swoich pracodawców. Co się stało z Jamesonem, jego wiernym przybocznym, który tak ułatwiał im życie przez wszystkie te lata? Lothar miał w pamięci tak wiele białych plam, że czasem nie był w stanie odtworzyć we wspomnieniach przebiegu tych jakże intensywnych lat. Pamiętał, że zabijał wówczas lekkomyślnie i zdecydowanie częściej, niż było to konieczne, co chwilę ściągając na siebie gniew Huntingtona. Lord liczył na to, że Paryżanki użyją jakichś kobiecych sztuczek i skutecznie wezmą Lothara w karby.

Po raz pierwszy mieli spotkać łowców, którzy nie byli mężczyznami. Wprawdzie Aleksandra, którego już znali, trudno było nazwać mężczyzną, kobietą jednak też z całą pewnością nie był – zresztą jak każdy renesansowy sopranista, okaleczony w dzieciństwie w celu zachowania mocnego, czystego głosu.

Ale kobiety? Prawdziwe kobiety, które zabijały, by przeżyć? Lothar nie mógł sobie wyobrazić takiego kontrastu, nie mógł sobie wyobrazić delikatnej dłoni zagłębiającej ostrze sztyletu w szyi ofiary, ust jak pąk róży zbrukanych krwią, nie mógł sobie wyobrazić tego, jak wcielona subtelność staje się zabójcza.

Był oszustem, owszem. Był aktorem, czasami. Był krętaczem, zawsze gdy wymagała tego sytuacja. Obraz młodej kobiety pozostawał jednak w jego oczach niezmienny – nieważne, czy była piękna czy brzydka, zawsze miała w sobie jakąś kruchość i subtelność, których chciał bronić. Nawet dziwka, którą zabił tamtej feralnej nocy w lokalu Miss Maggot, początkowo wzbudzała jego sympatię, choć była oszustką i złodziejką.

Teraz zaś mieli się skonfrontować z kobietami, które chodziły po tej ziemi od ponad dwóch wieków – były wyzwolone i niezależne, prosperowały bez męskiej protekcji czy opieki. Sama myśl o tym nie pozwalała mu usiedzieć spokojnie w powozie.

Podróż zdawała się trwać w nieskończoność, mimo że gnali na złamanie karku, co rusz zmieniając konie. Ogromny, ciężki powóz, przypominający połączenie dyliżansu z pancerną skrzynią, toczył się po drogach całymi nocami.

Lothar odetchnął z ulgą, gdy w końcu zeszli z promu na ląd po francuskiej stronie. Wizja przeprawy przez kanał od początku napawała go obezwładniającym lękiem, który tylko potęgował fakt, że żaden z przewoźników nie zgodził się płynąć pod osłoną nocy. Musieli się zdać na łaskę marynarzy, którzy mieli za zadanie przenieść na ląd skrzynie, w których się ukryli, w asyście ich wiernej straży przybocznej. Nazywali ich strażą przyboczną, ale byli to raczej rekrutowani spośród londyńskiego mętu siepacze, na czele z Jamesonem, który pilnował, by nikt nie zakłócał im odpoczynku w ciągu dnia. Choroba, której głównym objawem była skrajna nadwrażliwość na światło słoneczne, znowu stała się bardzo przydatna.

Zeszli na ląd wczesnym wieczorem i wydostali się ze skrzyń załadowanych do wozu. Lothar przysiągł sobie, że nigdy więcej nie pozwoli się zamknąć w niczym, co tak bardzo przypomina trumnę. To był pierwotny pomysł Huntingtona: mieli przepłynąć kanał jako nieboszczycy, ale Lothar tak długo protestował, aż porzucili tę koncepcję i ostatecznie zwinęli się do snu w dużych kufrach. Ulga, jaką skrzypek odczuł po wydostaniu się z zamknięcia, nie miała sobie równych.

Dalsza podróż do Paryża była już czystą przyjemnością.

Estella i Salomea mieszkały w samym sercu miasta, w domu, który Huntington kupił dla nich prawie dwa stulecia wcześniej. Oficjalnie zajmowały się projektowaniem mody, co pod koniec dziewiętnastego wieku nie było aż tak skandalicznym zajęciem dla młodych kobiet. Wersja ich życiorysów na owe czasy podawała, iż były wdowami po konfederackich żołnierzach, które przybyły zza oceanu do rodzinnych domów. Okropieństwa wojny zmusiły je do wycofania się z życia publicznego. Fakt, że prowadziły niezmiernie skryte życie, sprawiał, że ich stroje były jeszcze bardziej pożądane przez romantyczne, rozmiłowane w tajemnicy mieszkanki Paryża. Młodziutkie wdówki stały się legendą wśród paryskich elegantek, a projektowane przez nie śmiałe i ekstrawaganckie suknie były synonimem luksusu i podążania z duchem czasu.

Armagnac nie mógł się doczekać konfrontacji – w końcu pochodził z południa Ameryki – chciał sprawdzić, na ile dziewczyny są wiarygodne w swoich rolach. Jego niedawna nieśmiałość zniknęła bez śladu. Lothar w głębi duszy nieco za nią tęsknił, jednak obaj się zmienili i mieli zmieniać nadal, z każdą mijającą nocą, z każdym nowym doświadczeniem.

Lothar nie myślał o tym, jak wiarygodne będą ich nowe znajome. Nie obchodziła go cała ta maskarada na potrzeby ludzi. Chciał poznać ich bestialską, zwierzęcą, morderczą naturę, chciał skosztować ich ust i ciał. Przez całą drogę nie pisnął jednak nawet słowa na ten temat.

Wiedział już wówczas aż nazbyt dobrze, że po przeprowadzeniu drogi jego i Armagnaca zupełnie się rozeszły. Armagnac skupił się na subtelnych doznaniach zmysłowych i duchowych, niezbicie wierząc w to, iż ma duszę, która zmieniła swój kształt; zapragnął poznać ją na nowo. Lothar kierował się zdecydowanie bardziej w stronę teorii Aleksandra, który twierdził, że istnienie jakiegokolwiek boga, a co za tym idzie również i duszy, jest wysoce wątpliwe. A skoro Lothar nie miał duszy, którą mógłby skazać na wieczne potępienie swoimi niecnymi postępkami, miał natomiast przed sobą perspektywę wiecznego życia jako bezduszna bestia, zamierzał pielęgnować i karmić ową bestię w sobie. Wierzył, że potrafi ją okiełznać, potrafi nad nią zapanować, wytresować ją. I chciał, by rosła w siłę, by w razie potrzeby mógł zdjąć jej kaganiec.

Edgar przez całą drogę opowiadał im nie tylko o Estelli i Salomei, ale i o innych łowcach zamieszkujących świat. Aleksandra i Arapaggia już znali. Po pobycie w Paryżu mieli złożyć im wizytę, a później być może udać się do Gaspara i Friedricha, do Drezna. Edgarowi bardziej zależało jednak na przedstawieniu ich Hadrielowi i Gebrianowi Favresom, bliźniakom, którzy mieszkali obecnie w okolicach Atlanty. To właśnie oni dostarczali mu informacji o Blanche Avoy, która uciekła z jego zaborczego uścisku na bagna Luizjany. Armagnac jednak nie chciał słyszeć o wyprawie do Ameryki. Edgar pocieszał się myślą, że być może bracia przyjmą zaproszenie do Londynu za kilka lat. Nie spodziewał się wówczas, że wielka wojna pokrzyżuje większość ich planów.

Przybyli do Paryża nad ranem i gdyby nie fakt, że tuż przed wschodem słońca zstąpiła na nich nieuchronna utrata przytomności, Lothar chyba oszalałby z niecierpliwości. Gdy otworzył oczy tuż po zapadnięciu zmroku, nie mógł się odnaleźć w nowym miejscu – w paryskim apartamencie Huntingtona, który czekał na ich przybycie, pełen służby – z Jamesonem na czele – i przepychu.

Lothar nie był w stanie się skupić na urokach miasta, które stanowiło wówczas centrum Europy. Zachowywał się niemal jak pies podążający za sukami w rui – zdawało mu się, że czuje ich zapach, gdy tylko wysiadł z powozu pod kamienicą, której parter zajmował dom mody. Uśmiechnął się, widząc prawdziwe imiona łowczyń na szyldzie. Stał przed imponującymi, przeszklonymi drzwiami, niemal przebierając nogami, gdy Edgar ze śmiechem je otworzył i przy wtórze uderzonego skrzydłem dzwoneczka wszedł do środka.

Znaleźli się wśród obcych sobie woni pudru, tkanin i pachnideł. Zewsząd napierały na nich manekiny bez głów, odziane w wymyślne kreacje. Za parawanami pobrzmiewały szepty, a ubrane na czarno krawcowe przemykały w półmroku jak zjawy. Usiedli na kanapie skrytej w jakiejś bocznej niszy, wśród zębów fiszbinów i klatek tiurniur. Lotharowi wydawało się, że czekają całą wieczność, minęło jednak zaledwie kilkanaście minut, a ostatnia klientka opuściła pomieszczenie. Zaległa cisza dzwoniła mu w uszach; rozglądał się dyskretnie, mając wrażenie, że suknie usiłują go objąć bufiastymi rękawami, szale próbują opleść się wokół niego jak węże, a spod kapeluszy i woalek spoglądają na niego roziskrzone oczy.

– Lord Edgar Francis Huntington… – niski, ciepły głos pieścił jego uszy niczym melodia wiolonczeli. – I jego cudowni młodzi protegowani… – Głosowi zawtórował szelest tafty, a w powietrze uniosła się woń korzennych, orientalnych perfum.

Na szczycie schodów, w prostokącie światła padającego z pomieszczenia za jej plecami, stała wysoka, smukła kobieta o niewiarygodnie wąskiej talii i włosach upiętych na czubku głowy w wymyślny kok. Gdy schodziła, czy może raczej: spływała ze schodów, Lothar dostrzegł kilka kosmyków w kolorze miedzi tańczących wokół jej pociągłej twarzy. Serce trzepotało w jego piersi jak uwięziony ptak.

– Czy to ty, Edgarze? – Padło pytanie z oświetlonego pomieszczenia. Drugi głos był wyższy, dźwięczniejszy, przypominał świergot małej dziewczynki. – Estello, czy to Edgar już przybył?

Jakiś migotliwy cień wyprzedził kobietę na schodach i w ramiona Edgara z impetem wpadło dziewczę, zdające składać się wyłącznie z roztańczonych jasnozłotych loków i lśniącej błękitnej tafty.

– Edgarze, kochany! – Dziewczątko, wydawać by się mogło, że drobne i kruche, obsypywało twarz lorda pocałunkami. Rozczochrane włosy niby złota chmura przykrywały teraz ich oboje od pasa w górę. – Tak bardzo się stęskniłam! Czekałyśmy chyba z dekadę! – beształa go, zdejmując mu cylinder i pieszczotliwie mierzwiąc fryzurę.

Huntington śmiał się, oddając pospieszne pocałunki. Jeszcze nigdy Lothar nie widział go tak beztroskim.

Kobieta tymczasem zeszła ze schodów i stanęła przy nich. Wprawnym ruchem wyplątała dziewczynę z objęć Huntingtona i – nadąsaną – odsunęła na bok, po czym dygnęła i podała lordowi dłoń do pocałowania.

– Moja pani… – Pochylił się i musnął ustami czubki jej palców.

Zaśmiała się dźwięcznie, zmrużyła bizantyjskie, orzechowe oczy, a potem już swobodnie padła w jego ramiona, jakby cała ta etykieta była tylko gierką.

Lothar wstał z kanapy i obserwował tę przedziwną scenkę. Miał wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi. Za wszelką cenę starał się też ukryć to, co się działo w dole jego ciała, a co ewidentnie wskazywało, że jest bardzo podniecony owym spotkaniem.

Estella zwróciła się do niego, wyciągając przed siebie dłoń w ten sam, elegancki sposób.

– Lothar Mintze – szepnęła tym głębokim, aksamitnym głosem.

Pospiesznie ujął czubki jej palców; starał się zachowywać wytwornie, ale ledwie nad sobą panował. Dłoń kobiety zdała mu się ciepła, wiedział jednak, że to tylko złudzenie.

– Moja pani – szepnął drżącym głosem.

– Och, dajcie spokój z tymi konwenansami! – Złotowłose dziewczę rzuciło mu się w ramiona, przyciskając ściśnięte gorsetem piersi do jego torsu. – Jacyż oni słodcy! – Zbliżyła usta do twarzy Lothara. – Nie pisałeś, że są aż tak przystojni! – zaćwierkała i musnęła jego usta swymi wargami.

Wtedy nie wytrzymał – oplótł ją ramionami i zaczął łapczywie całować, nie zważając na cylinder, który spadł mu przy tym z głowy. Wyrwała mu się bez trudu i zanosząc się perlistym śmiechem, przefrunęła w stronę Armagnaca, który przyglądał się całemu zajściu z miną tyle przerażoną, co zafascynowaną.

– Czy Armagnac Jardineux jest równie słodki? – Dziewczyna zarzuciła mu na szyję nagie, białe ramiona, wystające z krótkich, bufiastych rękawów sukni, i pocałowała go niemal równie gorliwie, jak Lothar ją przed sekundą. Armagnac zdążył jedynie unieść dłonie do jej ściśniętej gorsetem kibici, gdy Estella uchwyciła ją obiema rękami i odciągnęła od niego.

– Dość tego, Salomeo! Panowie gotowi pomyśleć, że chcesz ich pożreć! – Kobieta wskazała schody. – Wybaczcie jej, to jeszcze dziecko. Sto lat to za mało, by nauczyć ją manier!

Huntington zaśmiał się, podniósł z podłogi cylinder Lothara i wcisnął mu go na głowę. Następnie podążył w górę po schodach. Salomea chwyciła skrzypka pod ramię i pociągnęła w tym samym kierunku, a Estella objęła w pasie zszokowanego Armagnaca. Taką kawalkadą podążyli do mieszkania na piętrze.

Apartament stanowiła amfilada pomieszczeń. Rozchodziły się w obie strony od przestronnego, jasno oświetlonego korytarza, którego ściany zdobiły malowidła pędzla Arapaggia. Lothar zastanawiał się, czy wiszą one we wszystkich domach zamieszkiwanych przez łowców.