Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 55 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 39 min Lektor: Krzysztof Globisz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 39 min Lektor: Krzysztof Globisz

Opis ebooka Twarz w tłumie - Stephen King

Dean Evers jest starym mężczyzną, bardzo samotnym po śmierci żony, z którą przeżył 46 lat.  Pozostała mu jedna pasja: namiętnie ogląda mecze baseballowe w telewizji. Kiedyś był kibicem Red Sox, a po przejściu na emeryturę i osiedleniu się na Florydzie kibicuje także kiepskim Devil Rays, choć stara miłość nie rdzewieje. Pewnego dnia, oglądając mecz, Evers widzi na trybunie dentystę, którego znał jako dziecko. Na kolejnym meczu to samo miejsce zajmuje wspólnik Eversa… który nie żyje. Sytuacja się powtarza, tylko zmieniają się osoby. Przychodzi moment, w którym Evert musi wziąć sprawy w swoje ręce...

Opinie o ebooku Twarz w tłumie - Stephen King

Fragment ebooka Twarz w tłumie - Stephen King

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany „królem horroru”. W 2003 uhonorowany w USA prestiżową nagrodą literacką National Book Award. Debiutował pod koniec lat 60., ale światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań, komiksy, scenariusze filmowe i sztuki teatralne – wydano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki jak Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Christine, Desperacja, Zielona Mila, Komórka, Ręka mistrza, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, Dallas ’63 i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża. W 2013 ukażą się nowe powieści Joyland i sequel Lśnienia zatytułowany Doctor Sleep. Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych. Zadania tego podejmowało się wielu wybitnych reżyserów, m.in. Brian de Palma, Stanley Kubrick, David Cronenberg, John Carpenter, Rob Reiner i Frank Darabont.

Tego autora

ROSE MADDER

DOLORES CLAIBORNE

GRA GERALDA

DESPERACJA

REGULATORZY

SKLEPIK Z MARZENIAMI

BEZSENNOŚĆ

ZIELONA MILA

MARZENIA I KOSZMARY

KOMÓRKA

4 PO PÓŁNOCY

CHUDSZY

TO

BASTION

OCZY SMOKA

PO ZACHODZIE SŁOŃCA

CZTERY PORY ROKU

UCIEKINIER

CZARNA BEZGWIEZDNA NOC

CUJO

PODPALACZKA

ROK WILKOŁAKA

MROCZNA POŁOWA

WOREK KOŚCI

DZIEWCZYNA, KTÓRA POKOCHAŁA TOMA GORDONA

NOCNA ZMIANA

Saga MROCZNA WIEŻA

ROLAND

POWOŁANIE TRÓJKI

ZIEMIE JAŁOWE

CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ

WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA

WILKI Z CALLA

PIEŚŃ SUSANNAH

MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCA

DŁUGA DROGA DO DOMU

ZDRADA

UPADEK GILEAD

BITWA O JERICHO HILL

POCZĄTEK PODRÓŻY

SIOSTRZYCZKI Z ELURII

BITWA O TULL

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe Hill

W WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’Nan

TWARZ W TŁUMIE

www.stephenking.com

Tytuł oryginału:

A FACE IN THE CROWD

Copyright © Stephen King & Stewart O’Nan 2012

All rights reserved

Polish e-book & audio edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Krzysztof Sokołowski 2013

Redakcja: Beata Słama

Ilustracja na okładce: Abbitt Photography/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-076-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

TWARZ W TŁUMIE

Tego lata, po śmierci żony, Dean Evers zaczął oglądać baseball. Oglądał go, ile mógł. Jak wiele odlatujących na zimę do cieplejszych krajów ptaków Nowej Anglii, był kibicem Red Soxów, lecz gdy porzucił północny wschód dla wybrzeży Florydy, adoptował Devil Rays, drużynę, która wiecznie dostawała baty. Kiedyś trenował w małej lidze, ale nigdy nie był fanatykiem, nie miał obsesji, tak jak jego syn Pat, ale teraz, wieczór w wieczór, gdy tylko krzykliwa czerwień zniżającego się słońca zaczynała plamić horyzont na zachodzie, włączał telewizor nastawiony na mecz Raysów, byle tylko zapełnić czymś puste mieszkanie.

Wiedział, że w ten sposób tylko traci czas. Przeżył z Ellie czterdzieści sześć lat, dobrych i złych, a nie było już przy nim nikogo, kto by je pamiętał. To ona namówiła go na przenosiny do St. Pete, a potem, niecałe pięć lat po opuszczeniu domu, dostała wylewu. Straszne wydawało się to, że była w doskonałej formie. Poszli do klubu rozegrać partyjkę tenisa, tak dla utrzymania formy, i znów go pokonała, co oznaczało, że on stawia. Siedzieli pod parasolem, popijając schłodzony gin z tonikiem, a Ellie nagle podniosła rękę i przycisnęła ją do czoła nad okiem.

– Głowa cię rozbolała? Za zimny ten gin? – spytał współczująco.

Nie poruszyła się. Siedziała sztywno, drugim, nieruchomym okiem wpatrzona w przestrzeń.

– El... – Wyciągnął rękę i dotknął jej nagiego ramienia. Później doktor powiedział, że go nie dotknął, że to niemożliwe, zapamiętałby, jaka zimna była jej skóra.

Upadła twarzą na stolik, zrzucając szklanki. Przybiegł kelner, za nim kierownik sali, a za kierownikiem ratownik znad basenu. Ratownik delikatnie podłożył jej pod głowę zwinięty ręcznik, ukląkł przy niej, pilnował pulsu aż do przyjazdu karetki. Straciła władzę w prawej stronie ciała, ale przeżyła – i to się liczyło – tylko szybko, bardzo szybko, niespełna miesiąc po skończeniu fizykoterapii i powrocie z ośrodka rehabilitacyjnego do domu dostała drugiego, śmiertelnego wylewu, gdy pomagał jej się myć. Jego pamięć odgrywała tę scenę tak często, że zdecydował się zmienić mieszkanie, i przez to znalazł się tutaj, w wieżowcu nad zatoką, gdzie, o czym doskonale wiedział, goście nie będą mile widziani, za to mile widziane będzie wszystko, co pomoże zabić czas.

Jadł przy meczu. Gotował sobie sam. Miał dość samotnych wypraw do restauracji i zamawiania drogiego jedzenia na wynos. Nadal uczył się podstaw. Potrafił ugotować makaron, zrobić stek z rusztu, umiał pokroić czerwoną paprykę, by uzupełnić sałatki z torebki, ale brakowało mu finezji, a rezultaty nie napawały optymizmem. Własne jedzenie mu nie smakowało. Dzisiaj miał być kotlet wieprzowy z kością, taki z Publiksu, co to wystarczy rzucić na gorącą patelnię i gotowe, tylko nigdy nie potrafił powiedzieć, kiedy taki kotlet ma dość. W każdym razie rzucił go na patelnię, przygotował sałatkę i zrobił miejsce na niskim stoliku przed telewizorem. Olej na dnie patelni czerniał. Szturchnął mięso palcem, sprawdzając, czy jest miękkie. Rozciął je nożem, zobaczył plamę krwi. Cholernie ciężko będzie doczyścić patelnię.

Wreszcie usiadł, odkroił kawałek i włożył go do ust. Kotlet okazał się twardy.

– Wspaniale – mruknął. – Żaden z ciebie Gordon Ramsay.

Raysi grali z Marinersami, co oznaczało puste trybuny. Kiedy w mieście pojawiali się Jankesi albo Soxi, stadion Tropicana w Tampie bywał zapchany po brzegi, ale poza tym niezmiennie świecił pustkami. W dawnych złych czasach miało to jakiś sens, ale teraz to już przecież poważna drużyna! David Price podawał składy, gdy Evers, ku swojemu wielkiemu niezadowoleniu, zobaczył kilku fanów siedzących na honorowym miejscu, za pierwszą bazą, na wyściełanych siedzeniach z podłokietnikami, rozmawiających przez komórki. No i oczywiście jeden z nastolatków zaczął wymachiwać do kamery jak rozbitek. Prawdopodobnie do kogoś przed telewizorem, z kim właśnie rozmawiał.

– Popatrz na mnie – powiedział Evers. – Jestem w telewizji, więc żyję.

Dzieciak machał tak przez kilka narzuceń. Widać go było nad ramieniem sędziego i kiedy Price posłał łukiem fałszywkę, w powtórzeniu pokazano strefę rzutu z reklamą Met Life, i wszyscy mogli zobaczyć jego idiotyczny uśmiech, kiedy tak sobie machał w zwolnionym tempie. A dwa rzędy za nim samotny, ubrany w niepokalanie czysty lekarski fartuch, z rzednącymi włosami wypomadowanymi i przylegającymi płasko do czaszki, siedział solidny i nieruchomy jak hawajski Tiki dentysta Eversa z dawnych czasów, jeszcze ze Shrewsbury, doktor Young.

Matka nazywała go Młodzieniaszkiem, bo kiedy Evers był dzieckiem, doktor Young miał już swoje lata. Służył w piechocie morskiej na Pacyfiku, z Tarawy wrócił bez kawałka nogi i bez najmniejszej nawet nadziei. Resztę życia spędził, mszcząc się nie na Japończykach, lecz na dzieciach ze Shrewsbury, bezlitosnymi stalowymi hakami szukając pęknięć szkliwa i wbijając igły w dziąsła.

Evers zaprzestał prób przeżucia kotleta. Pochylił się w fotelu, tak dla pewności. Przylizane, zaczesane do tyłu włosy, wysokie czoło, okulary grube jak denka butelek po coli, cienkie usta, bielejące, gdy pochylał się nad delikwentem z wiertłem w ręku... tak, to on, ani o dzień starszy niż w dniu, kiedy Evers widział go po raz ostatni, przed przeszło pięćdziesięciu laty.

Nie, to niemożliwe. Musiałby mieć teraz najmniej dziewięćdziesiątkę. Ale w puszce na konserwy, którą Floryda tak naprawdę jest, przecież aż roi się od mężczyzn w tym wieku, wielu z nich jest doskonale zakonserwowanych, niemal zmumifikowanych pod meksykańskimi koszulkami i opalenizną.

Nie, pomyślał Evers, przecież on palił. To była kolejna rzecz, za którą go nienawidził: zatęchły smród oddechu i ubrań, wyraźnie wyczuwalny, gdy doktor brał się do roboty, gdy stał blisko, starając się utrzymać równowagę. Czerwona paczka pasowała do kieszeni fartucha, lucky strikes, bez filtra, prawdziwe gwoździe do trumny. Stary slogan reklamowy: „Lucky strike to dobry tytoń”[1]. Może to jego młodszy brat? Albo syn? Jeszcze młodszy Młodzieniaszek?

Na koniec rozgrywki Price rzucił, omijając pałkarza. Pojawiła się reklama, przywołując Eversa do rzeczywistości. Kotlet był twardy jak rękawica łapacza. Wyrzucił go do kosza i otworzył piwo. Pierwszy łyk go otrzeźwił, nie, nie ma mowy, to nie doktor Young z jego trzęsącymi się nazajutrz rękami i więcej niż śladem ginu w papierosowym oddechu. Dziś mówi się na to zespół stresu pourazowego, ale dla dzieciaka na łasce jego narzędzi pracy nazwa nie miała znaczenia. Evers gardził doktorem i z całą pewnością bywały chwile, gdy marzył jeśli nie o jego śmierci, to przynajmniej o tym, żeby go diabli wzięli i żeby nigdy nie wrócił.

Kiedy mieli wybijać Raysi, nastolatek nadal machał, ale na trybunie za nim nie było już nikogo. Evers specjalnie obserwował to miejsce, czekając, kiedy Young wróci z piwem i hot dogiem, ale mecz trwał, Price wykluczał kolejnych pałkarzy, a miejsce Younga pozostawało puste. Do bliskich w domu machała teraz kobieta w jaskrawym topie.

Żałował, że nie może powiedzieć o wszystkim Ellie, że nie może zadzwonić do matki, spytać jej, co stało się z doktorem Młodzieniaszkiem, lecz niestety, teraz z nikim już nie dzielił życia. Zresztą to był pewnie jakiś stary gość, jak on niemający nic lepszego do roboty niż marnowanie nielicznych pozostałych mu wieczorów na gapienie się na baseball, tylko że na stadionie zamiast przed telewizorem.

Później, w nocy, koło trzeciej, Evers dowiedział się wreszcie, dlaczego więźniowie ze wszystkich kar najbardziej boją się karceru i samotności. W pewnym momencie nawet bicie musi ustać, ale myśl nie, myśl może trwać i trwać, żywiąc bezsenność, a potem żywiąc się bezsennością. Dlaczego akurat doktor Young, o którym nie myślał od lat? Czy to jakiś znak? Omen? Czy może – czego obawiał się od czasu, gdy powiedzieli mu, że Ellie nie żyje – powoli traci kontakt z rzeczywistością?

Jakby na dowód, jak bezzasadne są jego wątpliwości, cały następny dzień spędził, załatwiając sprawy w mieście. Pogadał z urzędniczką na poczcie. Porozmawiał z bibliotekarką przy stoliku w wypożyczalni, takie normalne, zwykłe rozmowy, lecz oznaczały przecież jakiś związek, coś, na czym można budować. Jak każdego lata Pat z rodziną pojechał na Cape Cod, do rodziców Sue. Evers i tak zostawił mu wiadomość na automatycznej sekretarce. Po ich powrocie powinni się koniecznie spotkać. Bardzo chętnie zabrałby ich gdzieś na kolację, dokąd tylko będą chcieli. Albo na mecz.

Tego wieczoru przygotował sobie obiad, jakby nic się nie stało, choć zwracał większą niż zwykle uwagę na mijający czas i nie dopiekł kurczaka, bo już zaczynała się pierwsza rozgrywka. Raysi znów grali z Marinersami i znów kibiców było niewielu, cała górna trybuna wyglądała jak niebieska powierzchnia oceanu. Evers usiadł, nie obchodziła go gra, uwagę skupił na trzecim rzędzie, tuż na lewo od sędziego. Jakby odpowiadając na jego pytanie kosmicznym lekceważącym prychnięciem, Raymond, maskotka drużyny, stwór o niespotykanym w naturze niebieskim futrze, przeskoczył przez ławki i potrząsnął zaciśniętymi pięściami za plecami Ichiro[2].

– Możesz sobie poświrować – powiedział Evers. – To wszystko.

As Marinersów, Felix Hernandez, odwalał dobrą robotę, a był w naprawdę świetnej formie. Gra toczyła się szybko. Evers otworzył wieczorne piwo przy szóstej rozgrywce, gdy Marinersi osiągnęli już poważną przewagę. Właśnie wtedy, dokładnie w chwili, gdy Król Felix zaskoczył i załatwił Bena Zobrista, Evers dostrzegł w trzecim rzędzie swojego partnera biznesowego, Leonarda Wheelera... w tym samym prążkowanym garniturze, w którym go pochowali.

Leonard Wheeler – zawsze Leonard, nigdy Lennie – zajadał hot doga, popijając go tym, co cwaniaczki ze SportsCenter na kanale ESPN nazywali napojem dla dorosłych. Przez chwilę, zbyt zaskoczony, by sprzeciwić się świadectwu swoich oczu, Evers zareagował instynktownym wybuchem furii, która na samą myśl o Wheelerze wyrwała mu się z trzewi nawet teraz.

– Ty pieprzony dominujący sukinsynu! – wrzasnął, upuszczając „napój dla dorosłych”, którego puszkę właśnie podnosił do ust. Upadła na tacę stojącą na jego kolanach, przeważyła ją i strąciła na podłogę, wprost między jego rozstawione stopy. Kurczak, ziemniaki puree z torebki oraz fasolka szparagowa Birds Eye (o barwie niewystępującej w naturze) wylądowały na wykładzinie w kałuży pieniącego się piwa.