Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1134 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Twarz Tuwima - Piotr Matywiecki

Monografia znakomitego poety, człowieka, którego życie było swoistym sejsmografem, rejestrującym jawne i podskórne prądy ideowe ubiegłego wieku. Życiorys Tuwima, jego twórczość oraz mit, który funkcjonuje w naszej świadomości, stały się w tej książce podstawą do rozważań nad minionym stuleciem, i na odwrót: refleksja o epoce, w której żył autor Balu w Operze, pozwala lepiej zrozumieć rozmaite szczegóły jego biografii. Autor powraca do wielokrotnie badanych wątków twórczości Tuwima, analizuje także te dotąd niedostrzegane lub zlekceważone: muzykę jego wierszy, motywy roślinne w erotyce, teatr kukieł czy wreszcie szczególną emocjonalność, melancholię i egzaltację jego poezji.

Opinie o ebooku Twarz Tuwima - Piotr Matywiecki

Fragment ebooka Twarz Tuwima - Piotr Matywiecki

PIOTR MATYWIECKI

TWARZ TUWIMA

Autor dziękuje Funduszowi Promocji Twórczości przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego za stypendium, które pomogło w napisaniu tej książki.

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2007

Wydanie I

Warszawa 2008

Wstęp

Tuwim – Poeta

Tuwim to „rozum płomienny” – w każdej chwili życia bywał egzaltowanym młodzieńcem i starym mędrcem. Tak, mędrcem, chociaż niektórzy mówili, że obdarowany jest niezasłużoną łaską talentu, nad miarę swojego rozumu.

Nosił w sobie dziedzictwo polskości, żydostwa, kultury rosyjskiej. Odczuwał to jako poszerzenie swojej świadomości, spełnienie człowieczeństwa – i jako nieszczęście, konflikt wewnętrzny, kompleks.

Był człowiekiem biblijnej kultury i cichej religijnej wiary – tak dyskretnej, że niewielu ją dostrzegało. I zdarzał mu się wiecowy, polityczny fanatyzm.

Nade wszystko był Poetą. Wszystkie harmonie i dysharmonie swojego losu przemieniał w strofę – w jej klasyczną składnię i melodykę.

Jego satyra często wynikała z resentymentów. Ale dzisiaj, uwolniona od udręki autora, musi być odbierana jak czysta furia obrażonej sprawiedliwości. Nawet kiedy jest niesprawiedliwa.

Dzisiaj (piszę to w roku 2005) ceni się z twórczości Tuwima nieomal tylko wiersze dla dzieci i teksty kabaretowe. Przyjaciele i znajomi, którym mówiłem o pracy nad tą książką, zawsze pytali: „A napiszesz o wierszach dla dzieci? A napiszesz o kabarecie?”.

Ja jednak chcę przede wszystkim uprzytomnić, jak wielkim był Tuwim lirykiem. I jaka to była mądra liryka.

Taka oto myśl Stanisława Brzozowskiego przyświecała moim staraniom:

Poezja powstaje tam, gdzie syntetyczny obraz świata, zespół myśli, słowem pewien byt duchowy, pewna forma idealna człowieczeństwa jest odczuta jako radość i trzyma się mocą swego czaru nad duszą i umysłami, nad całym życiem – gdy więc pewna idealna forma człowieczeństwa zostaje stworzona, wydobyta z samego wnętrza życia; przy ocenie jej idzie nam o tę formę właśnie, o jej jakość, zakres, i tylko mocno stojąc na tym gruncie, zdobędziemy swobodę od ilościowego niejako punktu widzenia, zrozumiemy, że istotnie jeden fragment poetycki Keatsa może mieć wartość potencjalną równą wielotomowej twórczości szczęśliwszych poetów. Pamiętać o tym, jeżeli się chce zachować własną orientację. Dalej, pamiętać, że ten pogląd – muszę, pisząc, posługiwać się śmiesznymi przeciwstawieniami – nie daje się pogodzić z żadnym lekceważeniem tego, co jest, „zmysłowym czarem poezji”. Przeciwnie, ten czar to czyni właśnie poezję głębokim dziełem życia, w magii formy jest jej element twórczy, w życiowym, metafizycznym znaczeniu. Dlatego też nie można nawet mówić o współodpowiedniości formy i treści, o bogactwie treści i ubóstwie formy. Poetycko treść jest formą, by być poezją, treść musi się stać radosnym faktem życia, a jest tym bardziej sobą, im bardziej całe życie obejmuje. Każdy element obojętności istniejący w nas, mogący istnieć w chwili poetyckiego ujęcia, uszczupla głębokość poezji, jest połączony z jej uszczerbkiem. Poezja musi być pojmowana jako twórcza auto definicja człowieka1.

Starałem się kierować tą myślą – i to mimo, że sam Tuwim bywał człowiekiem głęboko nieszczęśliwym, że przeżywał zarówno stany depresji, jak i zobojętnienia. A zwalczając w sobie obojętność, popadał w fałsze etyczne, na przykład dawał się uwieść komunizmowi.

Chciałbym, żeby moja książka mówiła nie tylko o Tuwimie, lecz także o sposobie istnienia poezji w XX wieku. I o pewnej formacji polskiej inteligencji, do której należeli Tuwim i jego wielbiciele. To w imieniu tej formacji pisał zaraz po śmierci poety Jan Kott: „Nie mogę sobie wyobrazić własnej młodości bez Tuwima. Byłaby inna nie tylko moja młodość. Nas wszystkich. Tuwim – to część naszych własnych wzruszeń i zachwytów, dojrzewania i dorastania, kawał własnego życia każdego z nas. Czymże innym jest wielkość poety!”2.

Tuwim a kultura międzywojnia

Trzeba mieć na względzie uwagę Ludwiga Wittgensteina: „Wierzę, że aby delektować się poetą, trzeba lubić także kulturę, do której on należy. Gdy jest ona komuś obojętna lub wstrętna, podziw stygnie”3.

Po wojnie dość długo żyli jeszcze ludzie, którzy pamiętali i lubili kulturę międzywojnia – tę spod znaku „Wiadomości Literackich”. Oni delektowali się Tuwimem, ale nie mając odpowiedniego dystansu, nie rozumieli go.

Ale żyli też ci, co pamiętali i nie cierpieli tej kultury. Nie mogli delektować się Tuwimem.

Dzisiaj ludzie z pokoleń powojennych, którzy także często nie lubią tamtej kultury, mają, dzięki dystansowi, szansę rozumienia Tuwima. Jednak nie potrafią tego, nie wiedzą, jak można poezję Tuwima rozumieć. Marzę o tym, abym mógł się przyczynić do takiego zrozumienia...

W moim zainteresowaniu Tuwimem jest motyw osobisty.

Przypominam sobie domową atmosferę, w której z dziwnym błyskiem oczu dano mi po raz pierwszy do czytania wiersze Tuwima. Dla mojej matki – Żydówki i ojczyma – Żyda, którzy utracili wszystkich bliskich, Tuwim, który zjawił się po emigracji wojennej w zburzonej Warszawie, był jak znak delikatności, był dowodem istnienia niewinnego świata – polskiego, żydowskiego, ludzkiego. Świata sprzed Zagłady. A w szkole przekonałem się, że dla nauczycieli Tuwim, będąc Żydem symbolicznie ocalałym, będąc widomym znakiem nieśmiertelności żydowskiej, był jednak pogrobowcem. W obu tak odmiennych mitycznych obecnościach jawiło się coś widmowego, mało realnego – dla Żydów była to obecność wzruszającej osobowej nadziei nowego życia, dla wielu Polaków obecność żywego trupa. Wrażenie to utrwaliły słabe powojenne wiersze, ich anemiczność rozczarowywała w porównaniu z witalną lub autodestrukcyjną energią utworów przedwojennych.

Tuwim a żydowska świadomość

Po marcu 1968 roku, starając się opanować neurozę po wybuchu państwowego antysemityzmu, ułożyłem plan powieści, która miała mi pomóc w zobiektywizowaniu tego, co się wokół mnie i we mnie działo. Niewiele myśląc, ale wiele czując, na bohatera wybrałem Juliana Tuwima chodzącego po Warszawie w piętnaście lat po śmierci – ten upiór miał w swoim fikcyjnym istnieniu skupić przejmujące mnie wówczas wrażenie pogromowego nihilizmu, wykorzeniającej pustki. Kiedy dzisiaj myślę o tym szybko zarzuconym projekcie, zastanawia mnie, z jaką instynktowną łatwością natrafiłem na widmową aurę osoby Juliana Tuwima – jego życie i legenda narzucały się wyobraźni, podnieconej wypadkami 1968 roku. A właściwie narzucało się coś sięgającego jeszcze głębiej, aż do biograficznych korzeni mojego pokolenia Żydów polskich.

To kulturowo zasymilowane pokolenie musi do dzisiaj radzić sobie z nieautentycznością i nieoczywistością swojego istnienia. Chodzi tu o życie po Zagładzie, któremu zawsze towarzyszy – chociaż z latami tłumiona – podwójna, sprzeczna świadomość. Gdyby nie Zagłada, byłoby się naturalną kontynuacją formacji duchowej, do której należał Tuwim. A przecież dużo większe było prawdopodobieństwo, że by się nie istniało, realniejsza była śmierć rodziców w Zagładzie niż ich przetrwanie i urodzenie potomków. O tym wszystkim pisałem w książce Kamień graniczny4.

Oba sprzeczne składniki świadomości znakomicie dają się usymbolizować w „figurze” Juliana Tuwima. Powojenne lektury mojego pokolenia z Tuwima właśnie uczyniły symbol szczególnej żydowskiej świadomości, wyostrzonej przez antysemickie ataki i osadzonej w polskiej macierzystej glebie społecznego dobra i zła, tolerancji i ksenofobii. Człowiecze ziarno, wzrastające z takiej ziemi, najdziwniej się rozwija. Chcąc nie chcąc, naśladowaliśmy Tuwimowskie gesty obronne. Zarazem towarzyszył nam lęk, że wzrastamy nie z ziemi (nawet tak trudnej), a z próżni, z nieistnienia Żydów, którzy zginęli. Dla tej świadomości znajdowaliśmy wzór, dobrze pamiętając o Tuwimowskim kompleksie i poczuciu winy z powodu uniknięcia losu mordowanych.

Od niedawna coraz częściej stykam się z nowymi czytelnikami Tuwima, uwiedzionymi jego witalnością, bezpośredniością przeżywania, niewymuszonymi nastrojami liryki. Po osiemdziesięciu latach od debiutu ta poezja działa na młodych z siłą pierwszego wrażenia, jakie było udziałem rówieśników poety. Groza i widmowość odsuwają się, na razie przez tych młodych niedostrzegane. Tym mroczniej na tle ozdrowieńczo naiwnej lektury rysuje się sylwetka poety, rzutowana z wnętrza jego tekstów i z wnętrza jego mitu, ostro wycięta przez świadomość czytelników dawniejszych. To kontrasty upojenia życiem i ciężaru życia, biografii i losu, doświadczenia życia i niepojmowalnego „doświadczenia” Zagłady. Dzisiejsi niewinni wielbiciele Tuwima – coraz ich więcej – nam, starym czytelnikom, uświadamiają nieoczywisty, nienaturalny, męczący tragizm tego poety i jego epoki.

Mit Poety

Dzisiejszego obserwatora hipnotyzuje migocząca przemienność mitu Tuwima spowodowana raz silnymi, raz słabymi autokreacjami poety.

Czytając wspomnieniową prozę samego Tuwima, dochodzę do wniosku, że w ogromnej mierze to jego własne wspomnienia ukształtowały sposób, rodzaj i treść (stereotypową i niestereotypową) cudzych wspomnień o nim! Mitologizowano tworzony przez niego mit. A przecież, choć na pewno mitologizował, nie starał się o jakąś specjalnie przygotowywaną autokreację. Po prostu widział siebie jak bohatera własnych wierszy i kabaretowych utworów – jak kogoś serio i nie-serio, mądrego i powierzchownego, dobrotliwego i furiackiego. Ale te kontrasty były łagodne, dobrotliwie szarpały kogoś, kto bytował między nimi. Tak było w jego wspomnieniach, bo w życiu kontrasty były dramatyczne, czasami miały wymiar tragedii. Wydaje się, że Tuwim kształtował własne i cudze wspomnienia o sobie jako miękkie, pseudorzeczywiste tło dla trudnych do zniesienia prawd osobistych, które na takim tle łagodniej się rysowały.

Chwilami jego figura wybija się na pierwszy plan i rządzi planami dalszymi, chwilami skrywa się, przesłonięta. Uwyraźnia się, żeby za moment stać się tłem dla postaci, które uprzednio stanowiły jej tło. Zaskakuje, bo jest emocjonalnie zaborcza, bo objawia nieśmiałość, lęk przed wystawianiem się na widok publiczny.

Juliusz Wiktor Gomulicki przedstawił niedawno prostą, ale trafną charakterystykę psychologiczną Tuwima: „Prześladujący go przez całe lata kompleks niższości, na który – obok owej fizycznej skazy [chodzi o słynną „myszkę” na twarzy] – składały się również jego pochodzenie [z rodziny żydowskiej] oraz sytuacja szkolna [nauka w szkole rosyjskiej], przekształcił się (...) w szczególny rodzaj euforii i nieznanego przedtem młodemu poecie przekonania o własnej wartości”5.

Nawet w naiwnym czytaniu Tuwima zaznacza się mityczny, a przecież unikowy, wywijający się oczywistości zbiorowego mitu, charakter jego dzieła. Może dlatego tak się dzieje, że sam mit poety jest paradoksalny, odznacza się znamienną ambiwalencją.

W potocznej świadomości dwa są bieguny społecznego wymiaru człowieczeństwa: człowiek typowy – i człowiek niezwyczajny. Sam Tuwim był „typem poety” par excellence, on właśnie, a nie inni lirycy ówcześni, realizował wszystkie cechy wzorca osobowego, do którego przyzwyczaiła się publiczność, bo przecież zawsze w społeczności polskiej żyli wielcy poeci. I zarazem był niezwykły, bo niezwykłość stanowi główną cechę typu poety. Tuwim w swojej roli łączył typowość z niezwyczajnością.

I najdawniejsi, i obecni czciciele Tuwima, stykający się z nim po raz pierwszy, dlatego wielbili go i wielbią (wielbienie jest przywilejem świeżego odbioru), że nie musieli od niego oczekiwać zaskoczenia tym, co stanowiło istotę mitu Wielkiego Poety: niezwykłością. Już samo oczekiwanie wyczerpywało ekscytację, więc oczekiwana niezwykłość poety nieco bladła. Wielbiciele wiedzieli natychmiast, od pierwszego spojrzenia na tego człowieka i jego twórczość: to Poeta! Tuwim był dla nich spełnioną niezwykłością. I jego pierwsze wiersze były bezpośrednim wyrazem tej chęci. Jednak przez to – tak pojawia się skaza na niewinnej dotąd lekturze – nie mógł być niespodzianką, bo to była zwyczajnie oczekiwana od poetów niespodzianka, a zaskakiwanie to przecież także aspekt mitu Poety. On sam – osobowe spełnienie niezwykłości – uzmysłowił swój mit, portretując własną emocjonalność pod postaciami licznych Płaksinów i Konów, ich sentymentalnej, afektowanej natury, która jest czymś zwyczajnym dla wielu ludzi. Zwyczajność zasmuca, bo okazuje się gorzką niespodzianką każdego istnienia ludzkiego: oto po prostu jestem taki jak każdy, a przecież chciałem być niezwykły... Afektacja to tego jestestwa niezwykłość: a jednak jestem sobą, jestem niepowtarzalny, pomimo że mam cechy najzwyczajniejsze.

Cała ta gra wywołuje wrażenie sztuczności, zmanierowania. Tym to przykrzejsze, że jej stawką jest prostota. Prostota marzenia o prostocie.

Mit to nie to samo co marzenie. A w marzeniach Tuwima i jego niewinnych czytelników poezja jest czymś najzwyczajniejszym w świecie, samą zwyczajnością świata, poza niespodziankami i spełnieniami – jak w ostatnich wierszach Leopolda Staffa, które tak bardzo Tuwim cenił. Jak przywrócić Tuwima tej zwyczajności, skoro był tak niezwykły, skoro własną niezwykłość podkreślał, skoro inni upewniali go, że zadziwił i spełnił się w ich podziwie? (Aż tak bardzo, że nie ma go już w zwyczajnym życiu, że jest „gdzieś indziej”, „nie tu”...). Może dlatego był niezwykły, bo przecenił niezwykłość świata (czy może inni ją w nim przecenili), któremu własną Tuwimową niezwykłością starał się sprostać. Może Tuwim był nadto niezwykły, bo nie mógł uwierzyć, że świat jest mniej niezwykły, niż powinien być jako Boży twór? Oto przyczyna Tuwimowskich afektowanych poetyzacji – nad stan świata.

Kiedyś będzie można czytać Tuwima, dokonując spokojnegowytłumaczenia niezwykłości. Chciałbym się do tego przyczynić.

Tuwim w wierszu

Logicznie rzecz biorąc, literacka całość, składająca się z dzieła i podpisu poety, w każdym przypadku rządzi się jednakową proporcją: tak samo ma się tekst do autorstwa, gdy Pana Tadeusza podpisuje Adam Mickiewicz, jak wtedy, gdy Rozmowę z kamieniem sygnuje Wisława Szymborska.

Obok tej całości zdroworozsądkowo założonej istnieje jednak inna, dana czytelnikom w magicznym układzie. Osoba poety i ten dziwny, duchowo-materialny, myślowo-głosowo-pisemny twór, zwany wierszem, są ze sobą we wzajemnych związkach najściślejszych – i odmiennych, w zależności od tego, czy chodzi o poezję Kochanowskiego, Mickiewicza, Różewicza, Szymborskiej. Ani teoretycy literatury, ani czytelnicy, pozbawieni teoretycznej wiedzy, nie są w stanie nazwać tych odmienności, ale czuła intuicja wie swoje: darem poetów są istoty zwane wierszami i poematami, istoty w każdym przypadku inaczej cielesne, w każdym – inaczej duchowe. Bywa, że różnice zaznaczają się, powołując do życia nowe wielkie mity osobowe. Homer na swój sposób jest człowiekiem w Iliadzie, a Iliada na swój sposób formuje człowieczeństwo Homera. A z zupełnie innym poczuciem cielesności i duchowości Dante jest człowiekiem w Boskiej komedii, inaczej też Boska komedia formuje osobę Dantego. Na takich związkach osób i dzieł wzorują się w historii kultury wielkie ery, formacje osobowego istnienia ludzi. Mówimy o człowieku homeryckim, człowieku dantejskim, człowieku kafkowskim.

Jestem przekonany, że niezależnie od oceny poezji Tuwima (jedni są jej entuzjastami, inni ją lekceważą) tworzy ona osobowo-tekstowy węzeł niepowtarzalny i nadzwyczaj intrygujący. Tuwim jest człowiekiem swoich wierszy i poematów w sposób tak niezwykły, tak niepodobny do innych sposobów, tak mitotwórczy, że wart refleksji. „Człowiek Tuwimowy jest związkiem wielu związków” – napisał kiedyś Jerzy Kornacki6.

W XX wieku w Polsce wielkie i ogromnie różne są poezje Bolesława Leśmiana i Czesława Miłosza, ale Leśmian poezji Leśmiana i Miłosz poezji Miłosza, chociaż tak odmienni, to jednak pod względem sposobu współistnienia osoby autora z pisarstwem są porównywalni, podobnie jak wielu innych. Ale „Tuwim poezji Tuwima” tworzy osobowy związek literacki do żadnego innego niedający się porównać, sam w sobie będący wartością bezprecedensową. W małym stopniu jakość tego literackiego związku zależy od kształtu myśli, w mniejszym jeszcze od cech estetyki. Trzeba dla tej jakości odnaleźć specjalną sferę człowieczeństwa. Odszukać tę sferę jest trudno – ale i bez poszukiwań wszyscy w niej przebywamy, czytając Tuwima...

Nic Juliana Tuwima

Używając tych paradoksów, chcę po prostu mówić o poezji, o poecie, o czasie i miejscu jego życia i twórczości. Kiedyś takie połączenie tematów było naturalną właściwością monografii, później – z powodu komplikacji filozoficznych i metodologicznych – wydało się niemożliwe opisanie razem twórczości, biografii i historycznego środowiska. Teraz wraca się do tego. Jednak aby ponowne złączenie się udało, trzeba porzucić mit jakiejś ogólnej strefy – ponad życiem i twórczością – w której objawia się ich harmonia. Warunkiem integracji staje się szczególne spojrzenie na bohatera; tak szczególne, żeby ukazało go w pełni! To paradoks dobrze znany pisarstwu: im ostrzej zaznaczymy swój punkt widzenia, im bardziej przybliżymy go do punktu widzenia człowieka, o którym piszemy, tym spojrzenie nasze więcej ogarnie, a zarazem tym wyrazistsza stanie się szczelina między opisującym a opisywaną postacią. W przypadku Tuwima paradoks radykalizuje się. Chodzi o pełnię i intensywność dzieła stworzonego przez człowieka owładniętego dojmującym odczuciem nieistnienia, odczuciem, którego negatywizm nie da się porównać nawet z bólem ludzi wykorzenionych. Piszący o Tuwimie musi swój punkt widzenia wyznaczyć granicą niemożliwości tak ostro, żeby współczuć „pełni nieistnienia”, osobowemu nieistnieniu.

Utwory literackie, chociaż przedstawiają fikcje, a nawet fikcje fikcji, fikcje nicości, należą do wspólnego świata autorów i czytelników. Powieści i wiersze są bytami mentalnymi – a jednak czepiają się rzeczywistości fizycznej: pismem, czernią druku, ekranami komputerów.

A przecież gdy zdarza się nam mówić, że coś się dzieje między wierszem a światem, niekiedy dajemy świadectwo wyobrażeniu pustki, luki między rzeczywistością a mową literatury. Wtedy natychmiast jakieś nic ujawnia się między pisarzem a światem. Cokolwiek sądzić o różniących się od siebie nicościach (co mianowicie mogłoby odróżniać nic?), ma się irracjonalną pewność, że nic jest swoiste dla rozmaitych pisarzy, że nic Franza Kafki jest inne od nic Bolesława Leśmiana, a nic Tadeusza Różewicza od nic Juliana Tuwima.

W każdym przypadku chodzi o nic obdarzone kreatywnością. Być może Bóg Stworzyciel upodobnił człowieka do siebie i pod takim względem: pewnym osobom dał odczucie niebytu po to, żeby każda na swój sposób była prorokiem Wszystkiego wywoływanego z Nicości.

Julian Tuwim od rzeczywistości nie uciekał. Po prostu chwilami go w niej nie było i wtedy nie wiedział, kim jest, a nawet wydawało mu się, że nie jest człowiekiem. Niektóre z jego wierszy chciały nieistnienie objąć, otoczyć słowami. Inne miały być konstrukcjami spajającymi nieobecność z rzeczywistością. Nieistnienie i rozmaite sposoby jego chwytania potrafił tak dobrze zasugerować wierszami, że czytając je, chcemy przyjść na pomoc jego wątpliwemu bytowaniu, przekonać autora, że istnieje, że jest człowiekiem jak my. Jeszcze bardziej chcemy pomagać, gdy dowiadujemy się o melancholii i depresji, które gnębiły Tuwima przez długie lata. Wyrażamy jego wierszom więcej uwielbienia, niż zwykle okazuje się poezji, bo chcemy, żeby po zaspokojeniu próżności estetycznej starczyło podziwu dodającego otuchy autorowi, upewniającego go w istnieniu. I dzięki temu wzmożonemu współczuciu, przywiązując się do paradoksalnych obrazów nieistnienia, pomagamy Tuwimowi w jego powołaniu: proroctwie o Wszystkim, dla Wszystkiego. Nie dziwimy się wówczas jego wybuchowości, entuzjazmowi, ekstazie – mimo że nie zgadzają się one z chroniczną depresją.

Sam jednak Julian Tuwim był ze swoim niestnieniem nieszczęśliwy, choć zarazem dumny z tego nieszczęścia, co czasami objawiało się ludziom jako osobista godność, a czasami jako żałosne kabotyństwo.

Poezja braku

Przed laty – już po zarzuconym projekcie powieści – próbowałem pisać eseistyczną książkę o Julianie Tuwimie. Porzuciłem tę pracę z powodu wielu trudności, a jedną z głównych były moje sprzeczne przekonania dotyczące wartości poezji Tuwima, przekonania, których nie umiałem pogodzić.

Z jednej strony uważałem wówczas nieuzasadnioną, moim zdaniem, krytykę wierszy Tuwima za krzywdę mu wyrządzoną. Zarazem sam wyraźnie widziałem słabości tej liryki. Ale coś w twórczości Tuwima nie pozwalało mi jej wartościować wedle jakichś historyczno- czy krytycznoliterackich kryteriów. Sprzeczność kryła się więc nie w samej ocenie, nie w niespójności miar. W czym? Nie wiedziałem. Wysłuchując przez długi czas, jaki minął od tamtej próby, rozmaitych opinii o Tuwimie, przekonałem się, że to kłopot prawie wszystkich.

Dzisiaj, nadal wielbiąc tę poezję i widząc rozmaite i głębokie jej skazy, powziąłem przekonanie, że nie wynikają one z nieudolności warsztatu ani ze słabości intelektu. Skazy te mają charakter braku w rozumieniu ontologicznym i metafizycznym. (Polskiej literaturze i filozofii podobne rozumienie zaszczepił Norwid, pisząc o „niedopełnieniu”).

Chciałbym opisać poezję Tuwima – i jego osobę jako mit społeczny – wedle formy tego braku, formy „negatywnej”, a przecież odciskającej się realnie na lekturach wierszy, na mitotwórstwie biograficznym. I chciałbym zdać sprawę z natury owego Tuwimowego braku.

Nawet w epoce tryumfu artystycznego i niebywałej popularności postaci i poezji Tuwima towarzyszyło odczucie czegoś słabego. Uwidoczniało się to oficjalnie choćby tak oto: mimo podziwu, wielkiej sławy i uznania mistrzostwa nie chciano go w Polskiej Akademii Literatury. Ani intrygi, ani lęk akademików przed antysemityzmem wielu opiniotwórczych kręgów nie mogły być wystarczającym powodem, musiało chodzić o odczuwanie jakiegoś zasadniczego braku, skoro przeciw Tuwimowi głosowali w 1936 roku akademicy Leśmian, Miriam i Kleiner!7

Sam Tuwim miał świadomość jakiejś istotowej słabości swoich słów. Pisał w liście do siostry z 28 IV 1942 o powstających właśnie Kwiatach polskich: „Główna wada: słowa nie przetapiają się w TO, co stanowi o POEZJI. Ale, przyznaję się, że to zapewne b. subiektywne ujęcie sprawy. Moje głębokie i organiczne tkwienie w rdzeniu słów pozbawia mnie ich widoku: robak, zajadający miąższ jabłka, nie widzi jego formy i barwy. Dlatego zdaje mi się, że utwór jest blady”8.

Czytelnicy i krytycy Tuwima często mieli wrażenie, że jest poetą uwodzącego, ale słabego słowa. Chociaż obecnie nieznany jest rodzaj takiej słabości słowa (dzisiejsza na czymś innym polega), to łatwo można nastawić się tak, żeby przyznać w tym rację przedwojennym odbiorcom. Tyle że dzisiaj ta słabość, oderwana od tamtej epoki, jest przypisywana przez czytelników rozmaitym sferom odczuwanej przestarzałości: sferze anachronicznej wersyfikacji, kulturze rytmicznej kabaretowych piosenek, kulturze mowy ekspresyjnej, ale już skonwencjonalizowanej. Pod względem problemowym słabość ta łączona jest z rzekomym anachronizmem międzywojennego kompleksu żydowskiego, wydawałoby się, mniej bolesnego niż ten odczuwany po Zagładzie. Przypisywana jest też trywialności ówczesnych socjologicznych paradoksów statusu poety – „antymieszczańskiego mieszczanina”.

Jak określić namiastkowość, słabość, brak tej poezji? Najlepiej byłoby negatywność uchwycić przez to, co pozytywne.

Najpierw jednak trzeba by ująć tę poezję na tyle ogólnie, żeby jej znamienne „wszystko”, nasycone mnogością tematów, ukazało i treściową pełnię, i pustoszącą ogólnikowość, żeby było charakterystycznym dla Tuwima „wszystkim i niczym”.

O „wszystkim” napisał w wierszu Po prostu:

Zamyśliłem się wtedy – na chwilę,

Tak, po prostu, nad wszystkiem, nad całem.

I tyle lat minęło, i rzeczy tyle,

A ja jeszcze jakoś nie przestałem.9

A w wierszu Sitowie łowił „nic”:

Wiedziałem tylko, że w sitowiu

są prężne, wiotkie i długie włókienka,

że z nich splotę siatkę leciutką i cienką,

którą nic nie będę łowił.

Zamyślenie zarzuca siatkę myśli na wszystko. A to wszystko jest niczym. Jednak nie mamy wrażenia czczej pustki, a przeciwnie – spełnienia. Na czym to polega?

„Siatka na nic” – to model strofiki i składni Tuwima, który tak komponuje strofę i zdanie, żeby one, sugerując swoją nieograniczoną pojemność i wszechstronną możliwość wchłaniania rzeczywistości, były „na nic” – na „Nic” mistyka. Słowa tworzą siatkę przepuszczającą wszystko, czyli „pełne coś” świata, bo jest to siatka spleciona na wzór ontycznej konstrukcji rzeczywistości; a kiedy podobieństwo rzeczywistości „łapie” rzeczywistość – w siatce podobieństw pozostaje tautologia, Nic! Oto „wszystko-i-nic” poezji Tuwima.

W strofce wierszaPo prostu „zamyślenie się” zarzuca siatkę myśli na wszystko. To „się” daje efekt dziwnej bezosobowości i odrealnienia. Ale to jest zarazem zamyślenie czyjegoś osobistego „się” – nieustająco „ja” myśli o „wszystkim”. A słówko „jeszcze” dodatkowo wzmaga delikatną osobistą emfazę tego „ja”: zestawienie mojej pamięci z moją teraźniejszością. Tak, to mówi się bezosobowo – ale bezosobowo mówi ten człowiek, ten poeta, Julian Tuwim.

Chodzi o samo istnienie i o samo nieistnienie. Istnienie „ja” obnażone jest do jego nieistnienia. Nieistnienie obnaża istnienie „ja”. Oba wiersze Tuwim umieścił w tym samym tomie, w Słowach we krwi, więc objęte zostały aktem jednej lekturowej uwagi, aktem włączającym w owo „wszystko i nic” cały przejawiający się w książce Tuwimowski świat rzeczy, uczuć osobistych, społecznych diagnoz, metafizycznych przemyśleń.

Po stronie „wszystkiego” jest chociażby roślinny świat i witalistyczny światopogląd tej poezji. Po stronie „niczego” świat martwych kukieł, tak sugestywny w liryce Tuwima.

To ja-czytelnik z dwóch wierszy w tomie wyjąłem dwie najbardziej ogólne tematycznie strofy. Ale moim wyborem kierowało podobieństwo tych strof, zasugerowane przez kompozycyjne intencje Tuwima. W ten sposób jego osoba daje się poznać w pełni władztwa nad książką. Zarazem negatywnie określa się jako „ja”, które przez ogólnikowość swoich zainteresowań „wszystkim i niczym” sprowadzone zostaje nieomal do nieistnienia – w zamyśleniu nad wszystkim, w owym „nic nie będę łowił”.

Tuwim chce „być sobą” jako wiersz o Tuwimie. O czymkolwiek byłby ten wiersz, mógłby nosić tytuł Tuwim. W melodyce każdego wiersza skrywa się rytmiczno-liturgiczny gest, jakby bezpośrednio należący do ludzkiego ciała, do dźwiękowego ciała wiersza i do ludzkiego ciała Juliana Tuwima. Tuwim pisze swoje życie, nadając mu literacki tytuł Tuwim. Tuwim żyje wierszem Tuwim.

Był już ostatnim – przynajmniej w polskiej mowie – wielkim poetą, który się w taki sposób uwieczniał. Ostatnim, ponieważ wielu przed nim ufnie przybierało dla swojej konkretnej, historycznej, cielesnej osoby imię własnej twórczości i swoją twórczość nazywało imieniem własnym. Tuwim był ostatni, bo w takim zrutynizowanym uwiecznianiu się dostrzegł ostateczność, eschatologię. Zaznaczył to świadomością owego paradoksu „wszystko i nic” – między pełnią życia a pustkami siatki zarzucanej na życie dostrzegł sycącą „wszystkim” i pustoszącą „niczym” poezję. Wielcy polscy poeci naszej doby piszą już w owym „między”, w wielorakich kulturowych dystansach – i nie zakorzeniają w nich swojego ciała.

W ten sposób objawia się paradoksalna bezbożność i bezludność wieczności w rozumieniu i w intuicji Tuwima. Uwieczniał się w wieczności samej dla siebie, w wieczności nie-Boskiej i nieludzkiej. Wieczność Tuwima obejmuje wszystko przepojone niczym i nicość uwodzoną przez wszystko. Paradoks na tym polega, że ta wieczność autonomicznego, bezludnego i bez-Bożnego słowa odpowiada wieczności życia: ono jest wiecznie nagie.

„Bezbożne” życie poety? Nie. Bez poetyckich ceremoniałów pobożności – bezpośrednio oddane Bogu.

Wymijające odpowiedzi poezji

Lubimy stawiać poetom pytania. A oni przygotowują odpowiedzi na wszelkie rodzaje pytań. Między poetą a czytelnikami tworzy się szczególnego rodzaju ogólna i potencjalna, pytająca intonacja poezji.

Niejasność poetycka bierze się z natłoku czytelniczych pytań i z konieczności ciasnego upakowania mnóstwa odpowiedzi w niewielkim wierszu. Czasami sprawia nam satysfakcję niejasność obfitująca w znaczenia (nazywamy to ciemnością wiersza), a czasami jasność łatwo wywodzonych – jedna po drugiej – odpowiedzi, łatwość zachęcająca do ponawiania pytań.

A wiersze Tuwima ani nie są przepełnione splątanymi odpowiedziami, ani nie zawierają odpowiedzi w stosownych ilościach, w stosownym ułożeniu. Mimo prostoty i otwartości poezja Tuwima odpowiada wymijająco na nasze pytania. Aż tak wymijająco, że wprawdzie towarzyszy jej wiele pytań, ale do dzisiaj nie pojawiły się (nie mogą się pojawić?) pytania pod jej adresem...

Zresztą samemu Tuwimowi jego poezja wymijająco odpowiadała na pytania. Często się na to swoją poezją skarżył swojej poezji. Ale i skarga bywała wymijająca.

W skład ludzkiej konkretności Tuwima wchodzi jego niekonkretność... Unikowość. Przez Tuwima odczuwana jako nieszczęście – przez przyjaciół jako godna fascynacji, nawet zachwytu... A ci, którzy go lekceważyli – znajdowali w niej powód lekceważenia. Jak Henryk Elzenberg: „Tuwim jest bez kręgosłupa. Ale to przecież idea akrobaty!”10

Jakże on jest pięknie nieobecny! Mówi do nas wymijająco, wymija nas stylem swoich wierszy i wymija nieobecną obecnością, to wymijanie jest tańcem. Tuwim tańczy z naszą społeczną nieświadomością, kim jesteśmy, kim on jest, i tańczy z naszą świadomością nas samych.

Można usłyszeć melodię tego tanecznego wymijania. Naśladująca intonację wierszy, zwodząca melodia Zygmunta Koniecznego, zadyszany, lękający się pobłądzenia głos Ewy Demarczyk, ich afektacja – to właśnie jest ten taniec.

A może to pytania wymijają poezję Tuwima, boją się jej – nawet kiedy ją atakują?

Poezja samomarginalizacji

Powszechnie uważa się poezję Tuwima za przystępną, a przecież ma się niepokojące wrażenie, jakby „wyrzucała na zewnątrz siebie” najczulszych czytelników, najwnikliwszych interpretatorów. Trudno określić ten niepokój. Może interpretacje są nieadekwatne? Ale zaraz trzeba się poprawić: są adekwatne, a jednak poezja Tuwima je wypiera... Co to za cecha, zdaje się, tylko Tuwimowi właściwa? – Może chodzi o to, że Tuwim utworzył z siebie samego potwierdzenie popularnego w jego i naszych czasach przekonania o niedefiniowalności poezji? Skoro nie można powiedzieć, czym jest poezja, a przecież tu, w tym świecie, idee, zjawiska, rzeczy chętnie poddają się definiowaniu i z upodobaniem są definiowane, to poeta, nosiciel niedefiniowalności, jest człowiekiem nie z tego świata, „nie stąd”.

Już u początków, choćby w wierszu Duma z Czyhania na Boga, poeta walczy o zachowanie niedefiniowalności poetyckiego „ja”. Chociaż w tym utworze jest to uzasadnione modernistyczną postawą obyczajową, dandysowskim odrzuceniem twórczych marzeń i spełnień, to istotą sprawy jest owo w późniejszej twórczości uwyraźnione poczucie bycia „nie stąd”: „Uznałem życie wszędzie. A w sobie uznałem, / Że jeszcze kiedyś wszystko, com posiadł, odrzucę”. Owo „wszystko” jest poezją. Skoro poeta odrzuca poezję, to tym bardziej jego poezja „odrzuca” czytelników. (A przecież ich przykuwała...)

Od pierwszego tomu Tuwim, czyniąc składnikiem swojego osobowego mitu potęgę życia, które go otaczało, zarazem ukazywał błahość życia własnego, bywało, że w rozmowach tę błahość przenosił na samoocenę literacką, po chwili bez skrępowania objawiając świadomość własnej wielkości. Sam siebie marginalizował, sam siebie kształtował jako kuriozum kulturowe, jedno z wielu, które go fascynowały, i rad był miłośników i badaczy, którzy się nim zajmują, czynić kustoszami zbioru kuriozów pod nazwą „Tuwim”.

Można się domyślić, że przyjaciół i kolegów drażniły gesty Tuwima, zbyt bliskie minoderii, pozerstwu, pysze utajonej pod fałszywą skromnością. A dzisiaj, w nowych interpretacjach, nieobciążonych rutynowym dawniej obowiązkiem potwierdzania wielkości, wyczuwa się krępującą nieszczerość: interpretacje są ciekawe – ale pod warunkiem umowy, że uzna się same dzieła za nieatrakcyjne, wymagające uatrakcyjnienia interpretacją... To ma utajone uzasadnienie w utworach, bo podmiot niektórych wierszy, ostentacyjnie stylizowany na mityczną osobę poety Tuwima, jakby mówił skromnie a minoderyjnie: „jestem prawie-Tuwimem”.

Napisał kiedyś aforyzm: „Straszne by to było: niepoeta”11. Dla dobrze rozeznanych w twórczości Tuwima i w literackim obyczaju jego epoki przymiotnik „straszne” nie całkiem jest straszący, nacechowany jest odległą od grozy prawie-strasznością, symetryczną do prawie-wielkości poezji. Jednakże to naprawdę była i jest wielka poezja, a „straszność” jej ewentualnego nieistnienia (bardziej konwencjonalna niż egzystencjalna) to wyraz „prawie-poetyckości”.

Tuwim bywa poetą świętej nieuwagi. Wszyscy znamy to odczucie: potoczystość jego utworów odwraca uwagę od ich głębi, nie pozwala się skupić na ważnych znaczeniach. Ale „święta nieuwaga”?! Trudno się pogodzić z taką kwalifikacją, bo ona jest na przekór dzisiejszej religii uważności, nic nie ma wspólnego ze skupieniem, które pozwala łowić epifanie. „Święta nieuwaga” wymaga nastawienia interpretacyjnego zupełnie innego niż stosowane w lekturze poezji epifanicznych, chociaż w poezji Tuwima epifanie są zjawiskiem częstym.

Nieuwaga ta nie jest rozkojarzeniem, nie jest splątaniem ani „rozjeżdżaniem się” wątków, nie jest też rozproszeniem znaczeń.

Pole widzenia (pole uwagi) w wierszach Tuwima drży mikrosekundowymi skokami – od planu rozmytych uogólnień do planu ostro zauważanych konkretów i odwrotnie. To tak, jak kiedy, patrząc na położone obok siebie dwa obrazy stereoskopu, usiłujemy uzyskać trójwymiarowe, przestrzenne widzenie i świadomość łatwo męczy się, drżąc skokami od płaskości do plastycznego oglądu. Przy lekturze Tuwima czujemy podobne zmęczenie, gdy usiłujemy być zbyt uważni!

Tuwim robi wszystko, żeby przez emocyjność, afektację, histerię odwracać uwagę od głębokiej religijnej filozofii wielu swoich wierszy. Brać serio ich rozwichrzone znaczenia teologiczno-eschatologiczne, to jakby obciążać niefrasobliwość skojarzeń fundamentalnymi sensami, a fundamentalność sensów jakby lekceważyć niefrasobliwymi skojarzeniami.

Poezja Tuwima jest niebywale ruchliwa. Najlepsze utwory są płomiennym przelotem znaczeń przez otworzystą sieć znaczeniową, a ich czytanie jest przelotem „nieuwagi”, przelotem ognia przez sieć świętej mistycznej pustki, przez oka wielu momentów skupienia.

Poezja głębokiej myśli i emocjonalnego dreszczu

Przedstawię w mojej książce bulwersujący wielu pogląd, że Tuwim był głębokim znawcą kultury i współczesnej humanistyki, że wielkie były jego etnologiczne, filozoficzne i teologiczne kompetencje.

Temu, co mówię, przeczy bardzo silnie utrwalony stereotyp. Otóż za życia Tuwima, jeszcze przed wojną, mawiano, że sprawdzianem wielkości jego liryki jest ów słynny „dreszcz” cielesny przejmujący słuchaczy i czytelników – coś zatem irracjonalnego, zmysłowego, aintelektualnego. Mówiono, że poezja to jest właśnie ten „dreszcz”. I jeśli go się czuje, to nie należy rozumieć, trzeba tylko czuć. Tak też mówiono o „naskórkowym” charakterze tej poezji.

Wspomina Izabela Czajka-Stachowicz:

Przez plecy na karku czułam wyraźnie, jak biegną rozsypane paciorki, zimne, mroźne, krągłe paciorki. To jest nieomylny znak – to właśnie jest poezja! (...) Miałam dziewiętnaście lat (...) nie miałam innego probierza prócz zimnych perełek biegnących wzdłuż stosu pacierzowego i olśnienia, które ściskało gardło12.

To z takiego rodzaju czytelników kpił Gombrowicz w Dziennikach po wydaniu księgi Wspomnień o Julianie Tuwimie:

Ta ckliwa księga zalatuje najgorszymi tradycjami, raczej konwenansami... Sam Tuwim niewiele do niej wnosi; jak widać z tekstu, wśród tych tralala słowiczych nie zdarzyło mu się prawie nigdy słowo godne zanotowania (oprócz dowcipów, nieraz bardzo zabawnych). Panie i panowie, to że świat wokół Tuwima rozpadł się wam tak snadnie na Poetę i wielbicieli Poety, nie będzie poczytany za zasługę. Dlaczego pozwoliliście na to? Skąd tyle pobłażania? Ani krztyny w was zbawiennego chłodu, surowości, ironii, krytycyzmu, rozumu? Nic, tylko skwapliwość, żeby wziąć jak najpełniejszy udział w melodramatycznej scenerii tego roztralalowanego belcanto?13.

Otrzymaliśmy jednak niedawno wspaniałą reinterpretację sprawdzianu czytelniczego, którym jest ów dreszcz – reinterpretację, co znamienne, pochodzącą od pisarza tak mądrze sensualnego, jakim jest Vladimir Nabokov, który napisał w Wykładach o literaturze:

Czytając (...) [Dickensa], wystarczy się rozluźnić i pozwolić, by górę wzięły naskórkowe emocje. Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki. Czujemy te ciarki wzdłuż krzyża. Bądźmy dumni z tego, że jesteśmy kręgowcami, bo jesteśmy kręgowcami zwieńczonymi głową, w której płonie boski ogień. Mózg jest tylko przedłużeniem kręgosłupa, knot biegnie na całej długości świecy.

(...) Najważniejsze, by doświadczyć tego mrowienia we wszystkich rejonach myśli i emocji14.

Dlatego proszę się nie dziwić daleko idącym interpretacjom, które zaproponuję w mojej książce... Emocje Tuwima zawsze są związane z myślami. Emocje i myśli mogą być różnej próby – tandetne albo wielkie.

Jak jednak sprawdzać celność i głębokość emocjonalnych i myślowych intuicji poety? Tylko przez potwierdzenie u innych, przez intersubiektywność.

Świadectwa z „drugiego planu”

Czytanie świadectw o Julianie Tuwimie ujawnia, jak dziwnie on żyje w pamięci przyjaciół i znajomych, nie tak jak inni wspominani. Energicznie wywalcza sobie przestronne miejsce w świadomości wspominających – czyni to kilkoma wyrazistymi gestami duszy, jaskrawymi manifestacjami charakteru: „niespokojny”, „po dziecięcemu ciekawy”, „serdeczny”, „niezwykle dobry”, „żarliwy”, „euforyczny”, „skłonny do psychicznych załamań” – tak te manifestacje zapisywano. Jednak najwięcej można się o nim dowiedzieć z „drugiego planu” wspomnień, z drobnych pęknięć między słowami, między plakatowymi przymiotnikami, oznaczającymi pierwszoplanowe cechy. Daje się poznać po sposobie, w jaki wspominający owijają fakty głuszącą watą półzapomnienia, wychyla się ze szczególnie i znienacka dobranego zwrotu, z jakiegoś prawie banalnego określenia, które przywołuje ogrom nigdy nieoswojonych zdziwień tym człowiekiem i jego sprawami. Wspomnienia wyrażone w takiej przeczulonej mowie, którą on sam przeczulił wierszami i rozmowami, należą bardziej do Tuwima niż do wspominających.

Hanna Mortkowicz-Olczakowa pisała w nekrologowym artykule publikowanym w „Nowej Kulturze” z 17 I 1953:

Dnie pośmiertnej pustki są czasem, w którym okrutna pewność przerwania osobistego porozumienia z żywym, bliskim człowiekiem, każe nam czepiać się słów, krótkich wypowiedzi, listów, niedrukowanych fragmentów i notatek. To one, a nie drukowane dzieła, już wielokrotnie odczytane i rozszyfrowane, dają nam złudzenie bliskości, zwierzają jakieś tajemnice, objawiają nieznaną dotąd treść.

Pół wieku po śmierci Tuwima czepianie się słów, fragmentów, dalej przynosi bogaty plon poznania. Dzisiaj w ten sposób zwierzają nam swoje tajemnice wspomnienia przyjaciół i znajomych o Tuwimie. Jakaś błyskawiczna myśl o człowieku, nieuzgodniona z utrwalonym o nim przeświadczeniem – niekoniecznie publicznym, nawet prywatnym – mówi więcej od powtarzanych i niewątpliwych prawd. Więcej czasem można z tego wyczytać niż z systematycznych studiów polonistycznych, niż z monografii – i dotyczy to nie tylko osoby poety, ale i jego twórczości! Solenność i logika całościowych ujęć ujednostajnia i niszczy migotliwe promieniowanie tego zjawiska, które jest w swojej prawdzie i micie Julianem Tuwimem.

Dlatego w mojej książce wiele korzystam z odłamków opinii, z fragmentów wspomnień, z mikrokomentarzy.

Poeta jest wspominany – ale istnieje też głębiej, swoją obecnością w powszechnej mowie stwarza tło dla własnej obecności osobowej w pamięciach czytelników. Istnieje jako przemożna jakość naturalnego języka – tak obecny jest Mickiewicz – albo jako pewien powszechny rys emocjonalny mowy pospólnej – to przykład żałoby Trenów Kochanowskiego. Wiele takich i innych jakości pamiętliwej mowy publicznej lokuje się w indywidualnej psychice każdego czytelnika poezji gdzieś poza pamięcią o osobie poszczególnego poety, która te jakości narzuciła. Wydaje się nawet, że dokąd trwa pamięć o osobie istniejącej na tle mowy powszechnej, dotąd przytłumia ona psychiczne trwanie bardziej istotne i długotrwałe – u podwalin mowy i emocji, trwanie już nieomal bezosobowe. Jakość polszczyzny i jej rys emocjonalny znane już są jako „Tuwim”, ale powszechny charakter ich treści dopiero się wyłania, konkretyzuje, na jego pełne objawienie przyjdzie jeszcze zaczekać.

Tuwim wspominany

Wspominanie Tuwima także dlatego musiało być niezwykłe, bo dla autorów wspomnień było aktem nieomal zaświatowej egzystencji ich samych. Postać poety tak głęboko uwewnętrzniano, że zrastała się z wyobrażeniem wspominających o ich własnych „ja”, wyobrażeniem nigdy światu nieujawnianym. Jego liryka życia i poezji stawała się ich życiem wewnętrznym, ukrytym. Wspominający utożsamiali jego publiczny pośmiertny obraz z obyczajem intymnego – tylko dla siebie – obrazowania jego postaci w swoich wnętrzach, gdzie ten obiektywny portret zmieniał się wedle kaprysów żywej pamięci. Mogło tak być, bo Tuwim w życiu i w poezji tak się zachowywał wśród ludzi, z taką nadwrażliwą empatią, jakby na publicznej scenie odgrywał ich wewnętrzne, skrywane, dobre i złe uczucia. Poeta odgrywał role czytelników i ta gra miała coś z teatru kukieł, reprezentujących ukryte wewnętrzne człowieczeństwo pierwowzorów.

Z tego samego powodu wielu osobiście nieznających Tuwima (to są jego osobiści nieznajomi) czyta – i zapewne czytało, gdy żył – jego wiersze jak swoje, osobiste, bezpośrednie wspomnienia o nim. Zapewne sam Tuwim tworzył lirykę, chcąc być w taki sposób pamiętany.

Wydaje się, jakby poeta założył między sobą a czytelnikiem specjalne pośrednictwo: owo intersubiektywne „uprzytomnienie osoby Tuwima”, intymne uwewnętrznienie Tuwima w świadomości czytelników. To pośrednictwo jest podstawą utworzenia się podmiotu tej poezji oraz ośrodkiem snucia wszelkich porównań. Tertium comparationis porównywanych rzeczy i stanów jest w lekturze poezji Tuwima częściej brane ze sfery wspólnych wspomnień o osobie niż ze wspólnego świata. Chodzi o osobę osób, uogólnioną, ale intymnie obcującą z osobami czytelników. W lekturze wierszy pojawia się więc skomplikowana pośredniość: w porównaniach objawieniowość świata jest uchwytywana za pośrednictwem osoby i za pośrednictwem „wspomnienia” o niej, „wspomnienia” sugerowanego również tym, którzy go osobiście nie znali. (Chodzi o uprzedmiotowienie i upodmiotowienie figury osoby nieznanej osobiście, ale powszechnie wspominanej, istniejącej jako wspominana.)

Z Tuwimem dzieje się po latach coś bardzo dziwnego. Oto pamięć o jego osobie przyblakła, a trwanie istotne i długotrwałe objawia się silnie, ale wyłania się w psychikach czytelników jako byt paradoksalny. Z jednej strony masowa kultura wmawia im błahość postaci poety, z drugiej strony Tuwim zaczyna być mitem osobowym pełnym, chociaż sylwetowo czarnym. Staje w naszych pamięciach jako błahość pamięci, jako pamiętliwa niepamięć. Z suchych eksplozji i ze sztucznych olśnień jego osobą, z rac fascynacji pozostaje płasko odcinający się mrok – napełniony głęboką, treściwą czernią.

Dla ludzi młodszych pokoleń, którzy osobiście Tuwima nie mogli znać, jest on kimś upostaciowującym paradoks intymnie znanego nieznajomego! Jest podobny do wymykającego się określeniom „dziwnego nieznajomego” z wiersza Leopolda Staffa15.

Niektórzy czytelnicy chcą mieć wspomnienia o Kimś Aż Tak Dziwnym – skoro mają wokół siebie, we własnej zwyczajności i w banalnej przestrzeni społecznej, jedynie Niemożliwość-Istnienia-Kogoś-Takiego. (Jakby projektując to i przewidując Tuwim kultywował tego potrzebę i wyszedł jej naprzeciw: przedstawiał się jako istota nie-stąd.) Właśnie ci czytelnicy – tworzący klan – bardziej uwielbiają księgę wspomnień o Tuwimie niż jego wiersze... A niektórzy z nich są chodzącymi wspomnieniami po Tuwimie, chociaż go nie znali!

Poezja Juliana Tuwima rozogniała polszczyznę i jego życie w polszczyźnie. On sam był jak płomień. Wizje parzyły proroka i oślepiały widzów. Dzisiaj poezja jego, choć lubiana, nie elektryzuje, a fascynacja osobą przyblakła. Czy kogoś dzisiaj jeszcze boli życie Tuwima? Trzeba by zbadać ten ból – i dzisiejsze znieczulenie społeczne na taki rodzaj bólu.

A jednak pamięć o Tuwimie i jego wierszach nie zanika – rozszerza się i pogłębia, zarazem umykając sama sobie. Wie się o Tuwimie i nie wie, czyta się go i nie czyta, chce się go rozumieć i niechętnie go się rozumie. Te dylematy wypalają w świadomości jakąś nader realną pustkę – już wcale nie mistyczną. Osoba i utwory poety związują się z całą odrębną i tragiczną epoką pierwszej połowy dwudziestego stulecia w Polsce. Tuwim staje się symbolem ofiarowanym przez tamten czas, nieomal imieniem własnym tamtego czasu. Domaga się – jako osoba i jako podpis pod wierszami – uznania za jedną z najważniejszych postaci dramatu i pragnie dramat uprzytomnić swoim losem, pobudzić zrozumienie epoki i jej gwałtownego odejścia. Tak gwałtownego, jakby nie odeszła w szeregu czasów, ale poza wszelkie czasy.

Imię – ciało – muzyka

Słowo

W liście do siostry napisał Tuwim: „Słowo (SŁOWO) ma trzy aspekty: 1) brzmienie, 2) znaczenie, 3) wcielenie”16. – Ta skrótowa filozofia SŁOWA wyraża nie tylko tę prawdę, że mowa powinna przyoblekać się w czyny, sugeruje też, że słowa są najbliższe ciału...

Pod postacią wierszy poeta ofiarowuje światu słowną postać swojego ciała – jego wysłowienie i jego odciśnięty w słowach kształt, psychofizyczne cechy. Tylko z pozoru jest to przekonanie naiwne, w istocie oddaje ono głęboko osobisty sens pisania i czytania poezji: jeśli uobecnienie człowieka w słowach ma być prawdziwe, to musi być słowno-cielesne. Przecież mają się przez słowa „dotykać” (mają siebie nawzajem „dotyczyć”) dwie osoby, poeta i czytelnik, w ich jednostkowych niepowtarzalnościach. Nawet gdyby przyznać, że w poezji chodzi nade wszystko o słowne znaczenie, abstrahujące od pracy krtani i warg, to nadal obowiązuje prawda, którą pięknie wyraził włoski filozof Enzo Paci: „Dwie osoby nie stykają się ze sobą po to, aby to zetknięcie stało się czymś jedynie dla jednej czy drugiej z nich. Cel stykania się przerasta tych, co się ze sobą stykają. Tkwi w sensie ich stosunku. Obie osoby żyją dla znaczenia”. Oto wierne przedstawienie obcowania poety i czytelnika: cielesne zetknięcie się i słowne znaczenie dane są jednocześnie. Enzo Paci tak o tej sprawie pisał:

Nie istnieje słowo oddzielone od ciała i od jego historii. Nie istnieje słowo napisane: kiedy je czytamy, sprawiamy, że następuje jego nowe wcielenie, wcielenie się w nas, jeśli nie umiemy wyobrazić sobie żywej osoby, która słowo to zapisała. Słowo oddzielone od ciała, gdyby było możliwe, nie miałoby sensu. Dlatego niejednokrotnie uprzytamniamy sobie, że osoba, która do nas mówi, zarazem coś udaje – wystarczy, że widzimy grę, jaka się toczy na jej twarzy, że sprawdzamy, czy obecny jest w nas, w naszym ciele rytm jej mówienia, czy obecne są w nas jej pauzy, akcenty, nagłe zawieszanie słów, milczenie. (...)

[Drugi człowiek] jest w całej swojej osobie jednym wyrazem. Jego ciało to sposób przeżywania uczuć. Język, którym staje się wyraz twarzy, gest, zespolenie Leib i Seele (ciała i duszy).

Istnieje styl, muzyka, które pozostają wciąż takie same przez całe życie17.

Zatem kiedy stawiam proste pytanie: „Kim jest Julian Tuwim w swojej poezji?”, to mówię nie o dziele samym, a o tym poecie jako o osobie obecnej, danej mi w jego dziele. Tuwim dany jest nie tylko jako tekst słowny, jest również – w słowach – tekstem swojego ciała, razem z tym wszystkim, czym ciało żyje w żywej mowie (i dzięki czemu mowę nazywamy „żywą”): nieświadomymi rytmami, pauzami, akcentami, a nawet znaczącą grą udawanej spontaniczności rytmów, pauz, akcentów – a więc sztuką słowa. A trzeba jeszcze dodać, że chociaż myśl Enzo Paciego zdaje się odnosić do wszystkich poetów (nawet do wszystkich ludzi), to jednak niewielu (Tuwim do nich należy), wpisując się w wiersz, rzeczywiście oddaje swoje ciało tekstom swojej poezji, oddaje poezji swoje ciało ofiarniczo, z przekonaniem i religijną nieomal pasją, świadomie i podświadomie.

Czym jest ciało w poezji Tuwima? – Odpowiadając na to pytanie, muszę odwołać się do ogólnych intuicji, jakich nabywa każdy wierny czytelnik poezji Tuwima, bo cytować, przytaczać przykłady byłoby trudno, chociaż oczywiście będę i cytował, i interpretował.

Niełatwo zidentyfikować i wyliczyć te wiersze Tuwima, w których ciało wydobywa się na plan pierwszy, jest „tematem”. Tak jak nasza jaźń „żyje swoim ciałem”, zwracając na nie uwagę jedynie w chwilach rozkoszy lub cierpienia, tak poetyckie „ja” Tuwima jest „po prostu” cielesne. Można nawet powiedzieć, że ta poezja jest ciałem, i to w każdej chwili świadomym swojej cielesności, skoro lubuje się w skrajnych doświadczeniach somatycznej euforii i somatycznej depresji. Cała mowa Tuwima jest cielesna, przesycona cielesnością – nawet gdy wyraża abstrakcje. Krytyków współczesnych poecie bardzo to drażniło, widzieli w tym intelektualną słabość, ponieważ ulegali stereotypowi, każącemu dopatrywać się konkurencji pierwiastków duchowych i cielesnych. Jednakże poezja Tuwima wytwarza w sobie somatyczną całość razem z duchowością, ta całość odpowiada integralności osoby ludzkiej, tak jak ją widzi dzisiejsza antropologia. Ta uduchowiona cielesność czy też ucieleśniona duchowość energetyzuje poezję Tuwima, podlega w niej przekształceniom, rytmizacjom, ograniczeniom, deformacjom, sprzecznościom własnym, niewynikającym z granicy między tym, co spirytualne, a tym, co somatyczne. Wewnętrzne napięcia substancjalno-duchowe nie pozwalają ciału poezji Tuwima być jakąś uogólnioną masą, przeciwnie, jest to cielesność niezwykle charakterystyczna, choć ze swojej istoty niemożliwa do nazwania – dlaczego niemożliwa, to się później okaże.

Cielesności tej można poszukać między słowami („pod” nimi?) tworzącymi triadę na pierwszy rzut oka dziwaczną: IMIĘ – CIAŁO – MUZYKA.

Postaram się przybliżyć tę dziwną intuicję, zaczynając od IMIENIA i nawiązując do refleksji Enza Paciego: „[Drugi człowiek] jest w całej swojej osobie jednym wyrazem”. Tak, poeta Tuwim, wprowadzając swoje nazwisko – „jeden wyraz” – do wierszy, jakby chciał nam powiedzieć: oto ja, ja z krwi i kości, gwarantuję wam to swoim nazwiskiem! Dla ogółu czytelników jeden wyraz „Tuwim” zawiera w sobie osobę i poezję, jest słownym wcieleniem osoby i słownym „skrótem” poezji. W tym nader pospolitym przekonaniu mieści się bardzo wiele kwestii nieoczywistych!

Nazwiska artystów

Co „znaczy” słowo „Tuwim” w fonetyczno-znaczeniowym systemie polszczyzny, w którym przecież nic nie znaczy, bo jest obce? Zapewne przy debiucie, zanim zostało oswojone codziennym powtarzaniem przez tysiące ust, nazwisko poety brzmiało dziko, egzotycznie. Do dzisiaj zresztą nie brzmi „polsko” i nie brzmi „żydowsko” – dopiero niedawno upowszechniła się wiadomość, że „Tuwim” to przekształcone hebrajskie słowo towim – „dobry”18.

Dopiero od chwili, gdy to wiadomo, brzmienie nazwiska „Tuwim” zaczęło w polszczyźnie znaczyć coś żydowsko-hebrajskiego i zarazem, bo tak to się powszechnie odczuwa, pozostaje oderwanym od jakiegokolwiek języka dźwiękiem. Podobne to do statusu Żyda, który w swoim narodowościowym stereotypie jest plemiennie hebrajski – i jest znikąd.

A może egzotyka dźwięku „Tuwim” jest wzorcem dźwięczności jego wierszy?

„Tuwim” – dźwięczy jak słowo magicznego sztucznego języka, stworzonego przez dziecko dla zabawy mową.

Bardzo musiała zdziwić się polszczyzna, kiedy jej poetą zostało słowo „Tuwim”! – Wyrazem tego zdziwienia są wiersze Tuwima i pogłosy tych wierszy w poezji zauroczonych naśladowców.

W jednym ze swoich liryków Tadeusz Różewicz napisał:

wymierają pewne gatunki

motyli ptaków

poetów

o imionach dziwnych i pięknych

Miriam Staff Leśmian

Tuwim Lechoń Jastrun

Norwid

nasze sieci są puste

wiersze wydobyte z dna

milczą

rozsypują się19

Niektóre z tych imion – Jastrun, Leśmian, Lechoń – brzmią tak, jakby je wyłowiono ze Słopiewni Tuwima, z podświadomego nurtu znaczeń polskiej mowy. Inne – Miriam, Staff, Norwid – są czytelne w swojej etnicznej przynależności, mają w sobie coś hebrajskiego, niemieckiego, nordyckiego.

„Tuwim” brzmi jeszcze inaczej. Po prostu dźwięczy bezznaczeniowo. Jest z mowy przyrody, przypomina głos ptaka.

Tadeusz Różewicz zdaje się sugerować, że wiersze pisane przez autorów o nazwiskach „pospolitych” rozsypują się – nie scala ich zewnętrzna wobec wiersza dźwiękowa magia nazwiska poety.

I rzeczywiście!

W zbiorze dźwięków polskiej mowy dźwięk słowa „Tuwim” jest znaczący poza znaczeniem leksykalnym: „znaczy” wielkie zróżnicowanie i wyrazisty kontrast głosek. „U” to głoska dźwięcząca nisko – „i” jest głoską dźwięczącą wysoko. „T” jest wybuchowe, „w” szczelinowe, a „m” zwarte.

Słowo „Tuwim” – razem z jego dźwiękową barwnością i z muzycznymi napięciami jego brzmienia – jest w poetyckiej mowie Tuwima ośrodkiem, dźwiękowym zarodkiem, wokół którego uzmysławia się jego osoba, jego cielesno-osobowy dźwięk. Tuwim recytujący swoje wiersze „miał piękną dykcję, głos muzycznie bardzo zróżnicowany”20. (Niebawem postaram się pokazać, w jaki sposób słowo „Tuwim” wciela się w poezję Tuwima i daje jej impuls znaczeniotwórczy.)

„Tuwim” jako dźwięk to jakby seria w muzyce dodekafonicznej, seria, czyli „korpus” dźwięków arbitralnie wybranych przed komponowaniem utworu, zbiór dźwięków, wokół którego toczy się gra muzyczna właściwej kompozycji. Napięcia głoskowe są w słowie „Tuwim” napięciami muzycznymi całej polszczyzny – należą do polszczyzny jako jej zdystansowany, wyabstrahowany foniczny system.

Świat wybrał poecie Tuwimowi serię dźwięków jego nazwiska, a on z tej serii, z jej fonicznej rozpiętości i z wewnętrznych głoskowych kontrastów i napięć, uczynił rdzeń swojej polszczyzny. Zarazem jednak z egzotycznego brzmienia własnego nazwiska „wprowadzonego” do poezji, z jego skondensowanej jaskrawej barwności, uczynił swoisty wzorzec dźwiękowy, wewnętrzny dystans dźwiękowego archetypu do dźwiękowej materii.

Dzięki swoim fonicznym właściwościom nazwisko „Tuwim” staje się poetycko symboliczne – symbolizuje skrajne napięcia mowy, słyszalne już u jej podstaw „materialnych”, w samej pracy głosowych narządów. Nad tymi napięciami nadbudować się mogą całe symboliczne systemy oksymoronów, paradoksów, filozoficznych sprzeczności poezji Juliana Tuwima.

Ludwig Wittgenstein zauważył:

Nazwiska kompozytorów. Niekiedy jest to metoda projekcji, którą traktujemy jako daną. Gdy, powiedzmy, pytamy: które nazwisko pasowałoby do charakteru tego człowieka. Niekiedy jednak rzutujemy charakter na nazwisko i to uważamy za fakt. Wydaje się nam, że ci wielcy mistrzowie, których dobrze znamy, mają takie właśnie nazwiska, które pasują do ich dzieła21.

Słowo „Tuwim” pod względem muzycznym pasuje do dzieła Tuwima – i tylko do jego dzieła! Ani nie pasuje do człowieka Tuwima (bo był człowiekiem, a nie czymś tak dziwnym jak nazwisko „Tuwim”), ani do społeczności, pośród której Tuwim nosił i nosi swoje nazwisko!

„Tuwim” to ani imię, ani nazwisko. Ani mistyka i teologia imienia, ani pragmatyka i społeczny mit nazwiska, w którym zawierają się dane o pochodzeniu etnicznym i socjalnym.

„Tuwim” to jakby „przed-imię”, to dźwięk jako imię tego jedynego, niepowtarzalnego ludzkiego emocjonalnego brzmienia, brzmienia przesycającego zarówno poezję jak i społecznie funkcjonujący mit osobowy poety. Nazwiska wielu innych poetów, „poetów kultury”, to jedynie etykiety reprezentujące poetów w kulturze.

Dźwięk „Tuwim” rozwibrowuje kulturę osobowością Tuwima.

Potocznie rozróżniamy emocjonalne jakości imienia od społecznych jakości nazwiska. Imię jest intymne, dla siebie i bliskich. Nazwisko jest społeczne, służy oficjalnej identyfikacji pośród innych ludzi, nadaje przynależność rodową i socjalną. W wierszu Trawa poeta subtelnie miesza te cechy imienia i nazwiska:

Trawo, trawo do kolan!

Podnieś mi się do czoła,

Żeby myślom nie było

Ani mnie, ani pola.

Żebym ja się uzielił,

Przekwiecił do rdzenia kości

I już się nie oddzielił

Słowami od twej świeżości.

Abym tobie i sobie

Jednym imieniem mówił:

Albo obojgu – trawa,

Albo obojgu – tuwim.

Pisząc wiersz o słowie „tuwim”, poeta swoje nazwisko nazywa imieniem. Chodzi mu o zjednanie imienia z nazwiskiem, sfery osobowej intymnej ze sferą osobową publiczną – w jedno własne słowne ciało dla siebie i dla innych.

A co znaczy napisanie „tuwim” z małej litery? „tuwim” z małej litery przez dziwność brzmienia jest samo w sobie osobowym imieniem własnym i jest też – przez tę małą literę – rzeczownikiem tak pospolitym jak trawa! W symbolice biblijnej trawa oznacza ciało, powszechność, pospolitość cielesną, ciało ludzkości. „Wszelkie ciało to jakby trawa”, powiada Izajasz (Iz 40,6)22. W wierszu Trawa, podobnie jak w utworze Kazimierza Wierzyńskiego Tuwim, gdzie „Tuwim” jest nazwą strumienia płynącego przez łąki polszczyzny, imię poety stało się – pod pozorami bytu nieosobowego reprezentując osobę – niepospolicie pospolitym słowem w języku.

Nie każdy poeta używa swojego imienia i nazwiska w wierszach. Ci, którzy to robią, jakby magicznie wprowadzają siebie, swoją identyfikację cielesną, do wnętrza własnej poezji. Osoba – pod swoim imieniem – staje się rdzennym słowem ich poetyckiej mowy, jest słowem słów – dla poety i dla jego czytelników23.

Chciałoby się powiedzieć, że istnieje specjalna część mowy: imię poety. Część mowy znana niektórym poetom, wyłoniona przez mowę niektórych poetów. Tylko nieliczne imiona i nazwiska poetów mają taką funkcję – te specjalnie poza mową poety kulturowo nacechowane, przesycone osobowym mitem i na powrót wszczepione do mowy. (Takie są imiona poetów z wiersza Różewicza!) To szczególna część mowy – i zarazem reprezentacja całości mowy, skoro imię poety symbolizuje poezję, będącą istotą, duszą mowy. Takie imię poety zawiera wiele paradoksów „imienia osobowego”, „imienia własnego”.

Filozofowie języka i językoznawcy uważnie badają fenomen imion własnych, widzą w nich z jednej strony najprostsze użycie abstrahującej funkcji nazywania (każda rzecz, każde jestestwo ma swoją nazwę), a z drugiej strony uważają imiona własne za najbardziej tajemnicze i nie do określenia miejsca bezpośredniości mowy, miejsca utożsamienia mowy z rzeczywistością, jakby punkty styku nazwy i nazywanego obiektu. (To są miejsca mowy niejako pozasystemowe, wcześniejsze od wytworzenia się gramatyki, w tym sensie archaiczne.) Imiona własne to miejsca słownej magii ściśle związującej mowę z rzeczywistością, niejako poza władzą abstrahowania słów od świata.24

W poezji Tuwima imię „Tuwim” wskazuje na ten właśnie dylemat, tę sprzeczność: społeczność nadająca jednemu człowiekowi jego swoiste miano, żeby go od innych ludzi odróżnić, dokonuje czynności abstrahowania, „zamieniając” cielesną człowieczą rzeczywistość w nazwowy szton, w znak. Poezja Tuwima, wypowiadając słowo „Tuwim”, abstrahuje od ciała poety. Ale z drugiej strony, kiedy każdorazowo społeczność przywołuje słowo „Tuwim”, to magicznie identyfikuje miano Tuwim z tym oto cieleśnie bytującym człowiekiem Tuwimem. Poezja Tuwima magicznie ucieleśnia swojego autora w swoich słowach.

Powiedzmy od razu, że zastanawiająco podobny jest paradoks ciała w jego stosunku do mowy. Ludzka mowa zna wyrazy nazywające ciało, ale i wszystkie inne jej słowa jakby na ciele się skupiały, wszystko w mowie nazywa ciało – wobec mówiącego ciała ustosunkowane są w mowie przestrzeń i czas, i materia świata. Jednocześnie ciało jest rzeczywistością źródłową mowy, tylko dźwiękami artykułowanymi przez ciało mowa może ciało wyrazić.

Przez bycie imieniem-w-poezji Tuwim nadaje sobie status słowny, jego ciało nabiera słownego charakteru – jego słowo nabiera substancjalności cielesnej i „człowiek-Tuwim-w-życiu”, Tuwim cielesny, stając w twórczym akcie poetyckim wobec swojego wiersza, daje się owładnąć manipulacji gramatycznej, etymologicznej, znaczeniowej.

Wprowadzając swoje imię i nazwisko do poezji, Tuwim czyni poezję sobą, żeby najbardziej autentycznie być poetą, czyli wcieloną poezją.

Wprowadzając swoje imię i nazwisko do poezji, Tuwim zwraca uwagę na własną figurę (jej modelową cielesność) i na grę własną figurą (na bycie kukłą słowną w poetyckim teatrze kukieł).

„Julian Tuwim” w poezji Tuwima

Wszystkie te sprawy nadają się do bardziej szczegółowego rozważenia.

Najpierw spróbuję utworzyć zarys jakiejś systematyzacji wewnątrzpoetyckiego i pozapoetyckiego funkcjonowania imienia i nazwiska „Julian Tuwim”.

Wydaje się, że są dwie funkcje imienia „Tuwim” w poezji Tuwima.

Po pierwsze, jest ono imieniem własnym, znaczącym tylko samo siebie, ogarniającym swoim znaczeniem nazywanego człowieka, zawierającym go – a nie odnoszącym się do niego. Czasami mówi się o „autotelicznej” funkcji mowy poetyckiej, co ma znaczyć, że ta mowa jest samowystarczalna, na samą siebie wskazuje, a nie na rzeczywistość poza nią. W tym sensie także słowo „Tuwim” jest autoteliczne, bo gdy się w poezji pojawia imię jej autora, mowa poetycka zakłada, że poeta jest w niej „tylko sobą”, jest „ja” egocentrycznym, źródłowym dla mowy i jej znaczeń, a także dla poezji i jej tematów.

Po drugie, dzieje się tak, że słowo „Tuwim” występuje w poezji Tuwima jako – metaforycznie mówiąc – „zaimek nad zaimkami”. Imię tego poety stoi za każdym słowem mowy, dla jego wielbicieli jest „zaimkiem świata”. To zapewne miał na myśli Kazimierz Wierzyński, pisząc w wierszu Tuwim, że Tuwim – człowiek i „Tuwim” – słowo płyną jednym nurtem rzeki i znaczenia: „A on ze środka własnej rzeki / Od źródła szumi do posłowia”25. Słowo „Tuwim” jest tutaj łąkowym strumieniem, a jako „zaimek świata” może być wszystkim innym, każdym pejzażem, człowiekiem, abstrakcją występującą w poezji Tuwima i w świecie realnym.

Role imienia „Tuwim” w rzeczywistości pozapoetyckiej dają się ująć następująco:

Najpierw istnieje znamienny, samozwrotny związek, podwójność. Świat w taki sposób naznacza poetę imieniem własnym, że mówiąc o nim „Tuwim”, stwarzamy sobie w wyobraźni postać ludzką spotęgowaną aurą owego imienia. Poeta natomiast naznacza świat swoim imieniem, siłą poetyckiej sugestii każe w świecie widzieć i nazywać to, co on, Tuwim, w nim po swojemu widział i nazywał. I tak po Tuwimowsku widziana i nazywana rzeczywistość nazywa z kolei Tuwima, korzystając z siły tego miana, siły odciskającej się w świecie.

W porządku biograficznym dzieje się tak, że najpierw nazwisko „Tuwim” jest dla poety i jego publiczności młodzieńczym, maksymalistycznym i zagadkowym zarazem projektem samego siebie – na przyszłość jego własnego życia i na przyszłość pośmiertną. W okresie dojrzałości miano „Tuwim” jest nazwą jego poetyckiego dorobku, całością pod tytułem „Tuwim”, jak w wyrażeniu „czytać Tuwima”. W splocie wątku przyszłościowego, poetyckich nadziei debiutanta, z wątkiem rozwijającej się, spełnionej twórczości rozsnuwa się i upowszechnia wielka sława – nazwisko „Tuwim” staje się znakiem tej sławy.

Wreszcie jest też taka rola słowa „Tuwim”, która pod imieniem losu łączy to, co poetycko wewnętrzne, ze społecznym aspektem zewnętrznym: tak się staje, gdy intymna genealogia rodowa ujawniana jest czytelnikom wierszy najpierw z dumą młodości, a na końcu z bólem ostatecznym, kiedy poeta żegna matkę zamordowaną przez hitlerowców.

Historia nazwiska „Tuwim” w poezji Tuwima

Powyższy namysł nad poetycko-życiowymi znaczeniami imienia poety ujawnia pewien schemat ogólny. Przyjrzyjmy się, jak aspekty tego schematu twórczo mieszają się w czasowym rozwoju poezji Tuwima, w rozmaitych jej gatunkach.

W młodzieńczym, niepublikowanym za życia wierszu Moje słowa czytamy:

Pisał Kochanowski, Mickiewicz i Skarga,

Pisał Norwid, pisał Słowacki i Rej:

A żadnego nigdy nie trapiła skarga,

Że jest biedna mowa, że zbyt mało Jej...

I nigdy od razu nie zabrakło słów im,

Każdy rad był z tego, że i tyle ma...

Aż tu się po latach zjawia... Julian Tuwim...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Resztę Ty mi wybacz, Polska Mowo ma!26

Znamienne jest to pomieszanie dumy poetyckiej – bo Tuwim stawia swoje nazwisko w rzędzie poetów największych – z pokorą i autoironią. A o wybaczenie Tuwim i „Tuwim” proszą „Polską Mowę” – pod tym imieniem własnym kryje się i objawia jedyna macierzysta dla obu – Tuwima i „Tuwima” – rzeczywistość, jedyna także, która będąc „jego” („Mowo ma!”) nie wtrąca „go” (Tuwima i „Tuwima”) w kompleks uzurpacji, przeciwnie – daje mu nadzieję współbytowania z wielkimi poetami polszczyzny.

Wiersz Mój pogrzeb (także młodzieńczy, za życia niedrukowany) daje groteskową i sentymentalną zarazem wizję konduktu za trumną poety – wesołego, kabaretowego orszaku, idącego przez miasto jarmarcznie udekorowane afiszami „J. Tuwim umarł”. Jedynymi płaczącymi z serca żałobnikami są dwa „duchy, którym ojciec kona: Piotra Płaksina i Izaka Kona”. Wewnątrz wiersza spotykają się więc na równych prawach, na tej samej ontycznej płaszczyźnie poeta – autor utworu i postaci z jego liryki. Wiersze Piotr Płaksin i Ballada o śmierci Izaka Kona wydrukowano w prasie w 1915 roku, w Moim pogrzebie, powstałym zapewne w 1916 roku, mamy więc do czynienia z natychmiastową prawie konfrontacją własnego „imienia z życia osobistego” z własnym „imieniem w wierszu” i wreszcie z imieniem „Tuwim” jako publiczną własnością. Ponadto zderzają się z sobą użycia własnego nazwiska jako akty autorstwa liryki i kabaretu, akty w całej późniejszej twórczej biografii Tuwima rozdzielane i wzajemnie stanowiące dla siebie tło.

Inny niezwykle ważny wiersz z Juweniliów to hymniczny utwór, którego tytuł brzmi Julian Tuwim. Młody poeta przedstawia w nim siebie: czytelnikom – i samemu sobie. Czyni to w samozachwycie nad własnym wykształceniem, władzą logicznego myślenia, europejską kulturą – ale także możliwościami swojego ciała. Z pozoru są one zwyczajne, takie jak odczuwanie smaku pokarmów czy wykonywanie ruchów, on jednak te możliwości ma za cudowne. Samozachwycenie obejmuje też sferę uczuć – miłości do ojczyzny i do dziewczyny. Wszystkie te doznania i energie, i samozachwyty skupiają się w odczuciu własnej psychosomatycznej, cielesnej odrębności: „korzystam z każdej chwili życia swego, / aby ją przeżyć, wsobić w swą istotę / i być bogatszym z dnia na dzień sam sobą”. Tytuł Julian Tuwim od początku wiersza inicjuje to właśnie samowsobne przetworzenie się życia cielesnego i duchowego. Utwór kończy się wersem: „człowiekiem jestem i mówię – HOSANNA!” Bibliści rozmaicie tłumaczą ten okrzyk, znany z psalmów i Ewangelii. Może on znaczyć „na pomoc!”, ale również coś jakby „wiwat!” czy „chwała niech będzie!” W młodzieńczym wierszu Tuwima ekstaza życia wykrzyczana jest tytułem JulianTuwim – ale jest też niewymówionym, podskórnym żądaniem pomocy – „ja” poety żąda tej pomocy od samego siebie. Wyczuwam w tym zapowiedź tonacji emocjonalnej charakterystycznej dla dojrzałej twórczości lirycznej Tuwima: ekstaza splata się w niej z bezradnością, a bezradność żąda pomocy od ekstazy...

W liryce zawartej w dwóch pierwszych tomach, Czyhanie na Bogai Sokrates tańczący, sztandarowych dla Tuwimowskiego okresu „burzy i naporu”, mamy dwa przykłady użycia własnego imienia i nazwiska.

W Symfonii o sobie jest wiele znaczeń powtórzonych po juwenilnym Julianie Tuwimie. A obok nich, po frazie najważniejszej: „Bowiem imię ma swoje i wygląd / I nikt w świecie nie jest taki sam! / A na imię ma ten młody Julian, / A po ojcu i po dziadach Tuwim”, następuje samoupojenie „dużymi, pewnymi krokami”, rytmicznym przemierzaniem świata przez imię i nazwisko „ja” cielesnego, myślącego – i samoupojenie przemierzaniem świata przez wierszowy, somatyczny rytm, przez „ciało” wiersza mającego swoje imię, czyli tytuł.

Nawiązując zapewne do utworów, o których mówię, Wilam Horzyca w 1923 roku nazwał twórczość Tuwima „idącą poezją”:

na echo i odpowiedź świata, chóru, gromady, zasługuje tylko takie słowo, które samo będąc ciałem, wytrzymać potrafi przemoc i przewagę wszelkiej cielesności. Stąd to nakazanie naczelne idącej poezji: słowo stać się musi ciałem żywym. I w tym to szukać należy cudownego realizmu Tuwima, znaczącego właściwie, że nie tylko cielesność przemienia się w marzenie, ale marzenie staje się cielesnością27.

W wesołym liryku Ranyjulek postać poety stylizowana jest ni to na artystycznego „cygana”, ni to na kloszarda czy miejskiego łobuziaka, andrusa. Wszystkie te socjalne cechy nowożytnych „ludzi luźnych” pseudonimowane są imieniem „Ranyjulek”, będącym w gwarze miejskiej okrzykiem zadziwienia, eufemizmem sakralnie nacechowanego okrzyku „rany Jezusa!” A w wierszu tak zatytułowanym sam Julek Tuwim jest owym „Ranyjulkiem”. Do znanego wszystkim okrzyku dołącza znaczenia własnych spontanicznych zawołań: radości młodzieńczej, radości samego życia, radości tworzenia słów. Żywy krzyk poety, będący jego własnym imieniem, miesza się z okrzykiem samej żywej mowy. Jeśli wiersze Julian Tuwim i Symfonia o sobie wypowiadały nazwisko poety w tonie radosnego patosu, to Ranyjulek przynosi czułość dla jego imienia. Czułością poezji, słownym ciałem wiersza imię własne i imię pospólne otacza szalejącego po ulicach młodzieńca, a on z czułością wykrzykuje swoje imię z wnętrza liryki, ze środka życia.

Z okresu liryki najbardziej dojrzałej, z tomu Biblia cygańska pochodzi omówiony już wiersz Trawa.

Kwiaty polskie czynią z imienia i nazwiska „Julian Tuwim” rodzaj czółenka pracującego nad poematową tkaniną – jak tkackie czółenko to imię i nazwisko pobiera z życia autobiograficzny wątek i wsnuwa go w tkaninę poematu, żeby jego bohater, ogrodnik Dziewierski, mógł rozmawiać z „Julciem Tuwimem” o konfliktach tożsamości: polskiej, żydowskiej, niemieckiej i rosyjskiej.

Podobne kwestie, także wprowadzane do wierszy na znak pojawiającego się w nich imienia i nazwiska poety, często odnajdujemy w satyrycznych utworach z Jarmarku rymów28 – tam dochodzi do nich kpina z własnej „drobnomieszczańskiej” sławy (Błaganie, Pierwsza kolacja w pensjonacie), a także najostrzejsze kontrataki przeciwko antysemickim kalumniom rzucanym na Tuwima (Rodowód).

Mowa-Matka

W liryce Tuwima wstrząsające jest ostatnie zjawienie się imienia poety, a właściwie widma jego imienia. Myślę o wierszu Matka:

Zastrzelił ją faszysta,

Kiedy myślała o mnie.

Zastrzelił ją faszysta,

Kiedy tęskniła do mnie.

(...)

Przestrzelił świat matczyny:

Dwie pieszczotliwe zgłoski,

Trupa z okna wyrzucił

Na święty bruk otwocki.

Zapamiętaj, córeczko!

Przypomnij, późny wnuku!

Wypełniło się słowo:

„Ideał sięgnął bruku”.

Zabrałem ją z pola chwały,

Oddałem ziemi-macierzy...

Lecz trup mojego imienia

Do dziś tam jeszcze leży.

Matka Tuwima podczas okupacji pisywała do niego listy do Ameryki, a osoby, które opiekowały się nią w Otwocku, donosiły poecie, że jego imię do śmierci miała na ustach. Zrozumiał, że z jej śmiercią zabito także jego imię. Strofka, w której przywołane są Norwidowskie frazy, czyni z dramatu osobistego dramat całej mowy, mowy matczynej w sensie osobistym, mowy Adeli Tuwimowej, i w sensie powszechnym – bo Norwidowska poezja jest dla Tuwima synonimem poetyckiej pełni polszczyzny.

Na początku drogi, w juwenilnej Mojej mowie, Norwidowskie wszech-wtajemniczenie w mowę i Norwidowski mit Wielkiego Poety stanowiły wyzwanie dla mowy poety i dla przyszłej sławy jego imienia. Na końcu jest zabite imię i zabita Mowa-Matka. Wielu czytelników, krytyków i badaczy słusznie zauważyło szczególną bezsilność, poetycką martwotę wiersza Matka. A trzeba jeszcze dostrzec wyraz żałoby syna po matce, poezji żyjącej w mowie – po mowie zabitej. W tym wierszu Tuwim, tracąc imię, traci też życie poetyckie, jego ciało umiera w poezji. I poezja umiera.

Ciało i słowo

W poezji Juliana Tuwima rozsianych jest wiele szczególnych zwrotnych punktów znaczeniowych, miejsc, w których dokonuje się przemiana ciała w słowo i słowa w ciało, wysłowienie ciała i wcielenie słowa. Obserwując tę przemianę w którymś z takich punktów, można zrozumieć – przez podobieństwo funkcjonalne – jak wciąga ona w swój wir również nazwisko i imię poety.

Dla przykładu wybieram fragment z wiersza Wieś:

Literami wszedł czerwiec w wieś,

Tkwi jak pestka twarda w mięsie wiśni.

Biologiczna, erotyczna pora roku nagle obnaża swój abstrakcyjny status „liter”, status poezji nominalistycznej, abstrahującej od przyrody świata, poezji tylko umownie związanej z bujną naturą czerwca.

Jednak żeby ten dwuwiersz miał sens, litery muszą się wymówić cieleśnie – tylko wówczas twarda, kostyczna sylaba „wiec” wyjdzie ze słowa „czerwiec” i stanie się pestką miękkiej, „cielesnej” sylaby „wieś”.

Podobnie Tuwim do wielu swoich wierszy wchodzi literami swojego nazwiska i tkwi niczym byt biologiczny w biologii swojej poetyckiej mowy. W ten sposób niejako zapładnia mowę, a poezja, będąc dzieckiem zrodzonym z tej słownej erotyki, zawsze pamięta, że poczęła się i z cielesnego ojcostwa, i z abstrakcji, z funkcji oznaczania świata arbitralnymi znakami.

Tuwim napisał kiedyś aforyzm: „Mam filologiczny światopogląd”29. Wiedząc, czym była Tuwimowska „filologia”, jak bardzo była somatyczna i zmysłowa w paranaukowym określaniu znaczeń słów i w poszukiwaniu ich etymologii, możemy być pewni, że w tym aforyzmie mowa jest o filologii ciała: o miłości logosu ludzkiego ciała, miłości do tego, że jest to ciało wymowne i przez poezję wymówione. Jednak ta miłość