Twardy zawodnik - Marek Stelar - ebook + audiobook
Opis

Anders Soedergren jest człowiekiem sukcesu – młody, zdolny, przystojny, bogaty. Traktuje życie jak wyzwanie – grę, w której jest mistrzem. Nieoczekiwana i gwałtowna śmierć jednego z klientów burzy jego świat. Nagle traci kontrolę nad wieloma sprawami i staje przed wyborami, których jego gra do tej pory nie przewidywała. Tymczasem w pewien niedzielny poranek, w mieszkaniu nadkomisarza Roberta Krugłego zjawia się przerażony prokurator Michalczyk, oznajmiając mu, że właśnie zabił człowieka… Krugły musi wybierać, wobec kogo ma pozostać lojalnym: wobec prawa, czy wobec przyjaciela? Dlaczego prokurator zabił? Co wspólnego z tym zabójstwem ma sprawa napadu na konwój z pieniędzmi, którą Krugłemu wkrótce potem przydzielono w Komendzie Wojewódzkiej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 39 min

Lektor: Roch Siemianowski

Popularność


Redakcja, redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Projekt okładki

© Dariusz Kocurek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

tekst © Marek Stelar

ISBN 978-83-7835-452-9

Wiara w nadnaturalne pochodzenie zła jest zbyteczna. Ludzie sami umieją się zdobyć na każdą niegodziwość.

Joseph Conrad

Prolog

Niedziela, 19 maja 2013 roku

Krugłemu śniły się tej nocy koszmary. A ponieważ w jego życiu, zarówno prywatnym, jak i zawodowym, już dawno nie panował taki spokój, doszedł do wniosku, że to skutek wczorajszej zbyt obfitej i zbyt późno zjedzonej kolacji. W końcu nie miał już dwudziestu lat ani strusiego żołądka jak kiedyś.

Stał przy umywalce i kończył się golić. Ostatnie kępki twardego zarostu z chrobotem poddawały się ostrzom maszynki. Krugły opłukał ją z mydła, odłożył na umywalkę i nieco krytycznie spojrzał na swoje odbicie. Był wciąż przystojny, choć odkąd poznał Ewę, jego twarz zdążyła się nieco zaokrąglić. Stabilizacja w związku miała swoje plusy, między innymi w miarę regularne posiłki, ale, niestety, te z kolei były przyczyną minusów. Fragment szyi między podbródkiem a grdyką zrobił się nieco obwisły, przez co wystawał spoza linii szczęki. Wypełniający go tłuszczyk był niczym wyrzut sumienia, widoczny w lustrze za każdym razem, kiedy Krugły w nie spojrzał. Podobnie policzki; może nie wisiały, ale były już lekko pucołowate. Wybrzuszenia kości jarzmowych, kiedyś nadających twarzy zadziorności, powoli zanikały. Gęste ciemne włosy zaczynały siwieć na skroniach, co najbardziej widać było po każdym strzyżeniu. Ich kolor można było określić malowniczo: pieprz z solą. Dobrze, że przynajmniej były jeszcze na swoim miejscu. Zarost na twarzy również zaczynał tracić pigment. Ewa śmiała się, że kiedy Krugły nie goli się przez kilkanaście dni, wygląda jak sznaucer. Faza wieku dojrzałego, do której komisarz właśnie dotarł, objawiała się zmianami widocznymi na całym ciele, włączając w to okolice pasa i tyłka. Tylko usta, jak je określała Ewa — całuśne, wciąż wydatne i świadczące o sile charakteru, pozostały bez zmian. Wokół nich nie pojawiła się ani jedna zmarszczka i Krugły miał nadzieję, że tak pozostanie. Wszystkie te nieszczęścia dopadły go w ciągu ostatnich trzech lat, ale komisarz był realistą na tyle, by zdawać sobie sprawę, że zrzucanie winy za to na Ewę, a w zasadzie na jej kulinarne zdolności, byłoby głupotą. Widać albo Matka Natura zmieniła zdanie i nie chciała już, by wyglądał jak model, albo po prostu powoli, lecz nieubłaganie przegrywał walkę z biologią. Twierdził, że osiągnięcie wieku czterdziestu pięciu lat i tak, jak na mężczyznę, przyjął z godnością. Generalnie uważał, że narzekać na swoje życie absolutnie nie ma prawa.

Praca w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie wciąż dawała mu ogromną satysfakcję, choć gdzieś w głębi jego duszy tłukło się przeświadczenie, że cztery gwiazdki to szczyt jego kariery. Choć, oczywiście, nie możliwości. Kolejny awans mógłby po prostu posadzić go na stałe za biurko, za którym najpewniej zgniłby z nudów wkrótce po tym, jakby go tam siłą wcisnęli. Miał nadzieję, że jeszcze przez kilka lat da się tego uniknąć. Związek z Ewą kwitł, było im ze sobą tak dobrze, że nie było sensu wyobrażać sobie, że mogłoby być jeszcze lepiej. Nie myśleli o ślubie ani o dzieciach. Po prostu trwali w cudownym stanie. Konkubent z konkubiną żyjący na kocią łapę w stumetrowym mieszkaniu Krugłego w dziewiętnastowiecznej kamienicy niedaleko centrum Szczecina.

Krugły przemywał drobne skaleczenie na szyi, kiedy nagle ciszę i spokój niedzielnego poranka przerwał donośny, denerwujący dźwięk. Dochodził od drzwi, ale nie był to dźwięk domofonu. Ktoś dostał się na klatkę schodową, zadał sobie trud wdrapania się na pierwsze piętro, a następnie raczył złośliwie wcisnąć przycisk starego dzwonka, którego brzękliwy charkot kojarzył się Krugłemu z fajrantem w fabrycznej hali. To właśnie w takich momentach przypominało mu się, że już dawno obiecał sobie ten cholerny dzwonek wymienić. Na szczęście Ewa już nie spała, leżała w sypialni, dobudzając się i przewracając w pościeli razem z zakopanymi pod kołdrą kotami.

Krugły wytarł z twarzy resztki pianki i poszedł otworzyć. Kiedy uchylił drzwi, ze zdumieniem zobaczył stojącego na klatce schodowej Michalczyka, który opierał się całym ciężarem ciała o framugę tak, że Krugły niespodziewanie znalazł się z nim twarzą w twarz. Zaskoczony, zamrugał powiekami — każdego spodziewałby się o tej porze i w takim dniu, ale na pewno nie jego.

— Witam, panie komisarzu — powiedział cicho Michalczyk, nie patrząc Krugłemu w oczy.

Wyglądał, jakby przed chwilą wyszedł z jakiejś hucznej imprezy. Miał na sobie garnitur, ale koszula pod marynarką była rozchełstana i wymięta. Nie miał krawata, był nieogolony, a potargane czarne włosy sterczały mu na wszystkie strony. Jego głos był zachrypnięty i zmęczony. Oddychał ciężko. Nagle przeniósł wzrok z czubków swoich butów na twarz Krugłego i stał tak przez chwilę, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami. Krugły zastanawiał się, czy to wyczerpanie, czy jednak skutki zabawy. I czy Michalczyk przypadkiem zaraz nie pochyli się i nie zanieczyści mu wycieraczki przed drzwiami.

— Witam, panie prokuratorze — odpowiedział i odkaszlnął w zwiniętą dłoń. Oznaka lekkiego zakłopotania pozostała bez echa.

— Kto to? — Głos Ewy dobiegł Krugłego z wnętrza mieszkania.

— Mateusz! — odkrzyknął w jej stronę.

— Okej! — zawołała obojętnym tonem, w którym nie było śladu zdenerwowania, jakby niespodziewana wizyta nie była dla niej absolutnie żadnym zaskoczeniem ani tym bardziej problemem.

I za to ją kochał. Między innymi. Otworzył szerzej drzwi i mruknął do Michalczyka:

— Właź.

Zaprowadził go do salonu i wskazał kanapę. Michalczyk klapnął na nią z westchnieniem.

— Potrzebujesz czegoś? — zapytał Krugły, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów i starając się ocenić skalę ewentualnych potrzeb. Zauważył, że Michalczyk ma na nogach dwa różne buty.

— Klina? Kawy? Wody? Lekarza? — Widząc jego niezdecydowanie, postanowił dać mu jakąś podpowiedź.

Prokurator pokręcił przecząco głową. Zacierał ręce niezbornymi ruchami, znów wpatrzony gdzieś w podłogę. Ruszał się cały, jakby próbował zająć komfortową pozycję i nie za bardzo mu to wychodziło. Krugły przysunął sobie krzesło i lekko zaniepokojony usiadł przed Michalczykiem.

— Dobra, Mateusz — powiedział do niego. — Jesteś tu, oczywiście, zawsze mile widziany, ale przyznam, że jestem nieco zdziwiony twoją nieoczekiwaną wizytą o nietypowej porze. Spodziewam się, że zaraz opowiesz mi coś niezwykłego, tak jak tylko ty to potrafisz.

Michalczyk jakby go nie słyszał. Krugły dopiero po chwili zorientował się, że prokurator coś do niego mówi, a raczej szepcze. Pochylił się lekko w jego stronę.

— Wiesz… — Usta Michalczyka ledwie się poruszały. — …kiedyś w jakimś kryminale, czy powieści sensacyjnej, nie pamiętam czyjej: Hammetta, Bagleya, Deightona, nieważne, jakie to, kurwa, ma teraz znaczenie… czytałem, że główny bohater budzi się rano w łóżku, nie pamiętając niczego, co działo się kilka godzin wcześniej. Niczego. Budzi się, a obok niego leży trup. Rozumiesz to? Trup. Pamiętam nawet, że starałem się wtedy wyobrazić sobie, jakie to musi być straszne uczucie. Bo to bez wątpienia JEST straszne uczucie. Uświadamiasz sobie, że kogoś zabiłeś, choć za cholerę nie masz pojęcia, kogo i dlaczego… — Przeczesał włosy palcami obu rąk, ze wzrokiem wbitym w kawałek podłogi widoczny pomiędzy rozchylonymi kolanami.

Krugły zastanawiał się, do czego zmierza Michalczyk. Słuchanie opowieści dziwnej treści o ósmej rano w niedzielę nie było dla niego wymarzonym sposobem na spędzenie wolnego dnia, nawet biorąc pod uwagę fakt, że się lubili. Ich wzajemne relacje można by nawet określić szorstką przyjaźnią. Ale, psiakrew, nie dziś i nie o tej porze!

— I wiesz, co? — Mateusz prychnął lekko, odwracając głowę gdzieś w bok. — Dochodzę do wniosku, że nawet w połowie… gdzie tam, w ułamku procenta nie wyobraziłem sobie wtedy, jakie to okropne, przerażające, zostawiające pustkę w głowie i wywołujące mdłości uczucie…

Krugłemu powoli rzedła mina. Zdał sobie sprawę, że powód, dla którego Michalczyk zjawił się w jego mieszkaniu w tak dziwnych okolicznościach, musiał być jednak poważny. W duchu błagał go, żeby to, co przed chwilą powiedział, było tylko niezrozumiałym, dziwacznym preludium do banalnej historii. Śmiesznej albo nawet bzdurnej dykteryjki, którą z jakichś niejasnych w tej chwili dla Krugłego względów Michalczyk zdecydował się sprzedać mu akurat tu i teraz. I żeby rdzawe plamy na dłoni i z tyłu marynarki, które właśnie zauważył, były śladami farby albo błota.

— Robert… — Michalczyk spojrzał mu w twarz, a w oczach błyszczały mu łzy szoku i przerażenia. — Ja… — westchnął spazmatycznie, nabierając powietrza i wyrzucił z siebie drżącym z emocji głosem: — Dziś w nocy, w swoim mieszkaniu… Kurwa, człowieku, ja chyba dzisiaj kogoś zabiłem!

Wcześniej

Twardy zawodnik. Tak właśnie o sobie myślał. Nie w kategoriach siły fizycznej. Nie, chodziło o to, co miał w głowie i jak umiał to wykorzystać, pnąc się po szczeblach kariery zawodowej. Nie wyglądał na twardziela. Miał wyjątkowo dobrą przemianę materii, która nie pozwalała mu przekroczyć choćby o gram wagi siedemdziesięciu kilogramów. Przy wzroście metr osiemdziesiąt czyniło to jego postać nieco tyczkowatą. Burza przypominających lwią grzywę odziedziczonych po matce blond włosów powiększała optycznie głowę, nadając jego sylwetce wrażenie niestabilności. Kiedy szedł wyprostowany, niczym z przywiązanym do pleców kijem, wyglądał, jakby miał się wywrócić, gdy tylko głowa razem z górną częścią tułowia odchyli się od pionu i przeważy. To wszystko rekompensowała mu uroda. Mieszanka krwi szwedzkiej matki i ojca-Polaka o greckich korzeniach nadała jego twarzy wyraz dystyngowanego chłodu tchniętego w słowiańskie i odrobinę południowe rysy. Prosty nos, wysokie czoło, mocno zarysowana linia szczęki oraz czarne oczy i ciemne brwi kontrastujące z jasnymi włosami — ta twarz biła zdecydowanym charakterem doskonale uzupełniającym się z silnym ego i wielką ambicją.

Był graczem. Traktował całe swoje życie jak grę. I uwielbiał to. Kręciło go nawet nie tyle ryzyko, czy spodziewane zwycięstwo w kolejnym jej etapie, co sama gra. Planowanie, rozstawianie pionków, którymi byli ludzie dookoła niego, aranżowanie wydarzeń — to było to, co kochał robić. Nie potrzebował wypraw do dżungli, męskich spotkań na meczach czy galach KSW, hazardu, nurkowania we wrakach ani skoków spadochronowych czy na bungee. W jego przypadku potrzebę silnych wrażeń zaspokajał w zupełności wir pracy, w który rzucał się każdego dnia. Spalał się, to prawda, ale równocześnie czerpał z niej ogromną przyjemność. Miał spory zakres obowiązków, w dodatku skomplikowany logistycznie charakter jego pracy wymagał maksymalnego zaangażowania czasu i sił. Szkolenia i prezentacje aparatury, kontrakty na dostawy i serwis, organizacja stoisk na konferencjach naukowych — niewielka grupa ludzi, którą kierował, bez niego byłaby jak dzieci we mgle i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. I tam w Polsce, i tu w Malmö.

Anders Södergren stał oparty o barierkę nad kanałem Rörsjö przy Drottninggatan, niedaleko mostu Paulibron i wpatrując się w wystający zza zabudowań spiczasty szczyt hełmu kościoła św. Piotra, palił papierosa. Zaciągał się łapczywie, smakował mu dziś wyjątkowo. Nie palił dużo, paczka wystarczała mu zwykle na kilka dni. Był zdania, że papierosy są jak wino albo dobra whisky. Smakują lepiej, gdy delektuje się nimi w komfortowej i przyjemnej atmosferze. Atmosferze zwycięstwa, na przykład. Nie potrzebował cygara — biały, cienki, napakowany tytoniem rulonik z pomarańczowym filtrem na końcu czy raczej na początku wystarczał mu w zupełności. Był w sam raz.

W Malmö było dziś słonecznie, choć nieco wietrznie. Södergren właśnie wyszedł ze spotkania w siedzibie centrali Avunläke AB. Trwała przerwa, skończyło się motywacyjne pieprzenie szych z zarządu, czekało go jeszcze robocze spotkanie grupy wschodnioeuropejskiej. Miał na sobie markowe ciuchy: koszulkę polo, marynarkę o raczej niezobowiązującym kroju, do tego dżinsy i zamszowe buty. Swoim ubiorem wpisywał się w modny ostatnio wśród skandynawskiej kadry menedżerskiej trend luzu, wygody i swobody, zastępujących sztywne kołnierzyki ściśnięte razem ze ścięgnami szyi starannymi węzłami drogich krawatów. Pracował w tej firmie od ponad dwóch lat. Wcześniej był przedstawicielem Finlay Pharm Polska, oddziału dużej amerykańskiej firmy farmaceutycznej. Odpowiadał za kontakty z lekarzami w północno-zachodniej Polsce i to właśnie w Finlayu nauczył się, jak działa ten biznes i jak można przy odrobinie sprytu i inwencji dorobić parę groszy do i tak niezłych zarobków.

Zaciągnął się dymem i wrócił wspomnieniami do przeszłości, przelatując w myślach całą drogę, którą przeszedł, by znaleźć się w miejscu, w którym obecnie się znajdował.

Dzieciństwa nie wspominał mile, a przynajmniej tej jego części, którą spędzał w Polsce z ojcem. Tam chodził do szkoły, tam mieszkał. Do matki do Szwecji jeździł latem, spędzając u niej całe wakacje, a czasem również ferie zimowe. Romans nawiązany w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku na promie „Wilanów”, między gitarzystą zespołu przygrywającego kierowcom i młodą Szwedką wybierającą się w pierwszą w życiu zagraniczną podróż, był tyle płomienny, co krótki. Nie miał najmniejszych szans na przetrwanie. Ojciec nie chciał uciec do Szwecji, bo miał w Szczecinie chorą matkę, a potem, kiedy umarła, było już za późno. Owocem upojnej nocy, wspólnie spędzonej w ciasnej kajutce stanowiącej garderobę zespołu, był on. Kochali go oboje — to dlatego ich ostateczne rozstanie dwa lata później nie zakończyło się praniem brudów, tylko kulturalnym pożegnaniem przy kolacji, na tym samym promie, tym razem płynącym w przeciwnym kierunku — do Ystad. Wtedy właśnie rodzice ustalili podział ról i terminy przyszłych wizyt Andrzejka u mamy. Kiedy dziś myślał o tym układzie, był zły, że potraktowali go trochę jak przedmiot, jeden z wielu składników dzielonego majątku. Inną sprawą było to, jaki majątek może mieć dwudziestoletnia dziewczyna i niebieski ptak bez stałej pracy i dochodów, którego jedynymi dobrami, jakie posiadał na własność, były: gitara, palce i słuch muzyczny. Patrząc wstecz na swoje całe życie, uważał, że powinni byli zostawić go w Szwecji, by tam dorastał. Nigdy ich nie zapytał, dlaczego wybrali dla niego Polskę. Może po prostu bał się o to zapytać?

Mama urządziła się nieźle, poznając marynarza z promu kursującego do Trelleborgu — pływał na nim jako pierwszy oficer. Chyba coś w tych promach było. Sven był sympatyczny i wzbudził podziw w siedmioletnim Andrzejku, któremu władza ludowa po zniesieniu stanu wojennego łaskawie pozwoliła zobaczyć się z, i tak ledwie pamiętaną, matką. Sven przypominał prawdziwego wikinga, takiego z komiksów o Thorgalu Aegirssonie. Odtąd Andrzejek przyjeżdżał do nich co pół roku, a potem wracał do siebie obładowany prezentami, szkolną wyprawką i wspomnieniami innego, kolorowego życia. W klasie koledzy traktowali go trochę jak kuriozum, zazdroszcząc mu dwustronnych piórników z pisakami w dwudziestu czterech kolorach i leciutkiego jak piórko kanciastego tornistra bijącego w oczy refleksami czerwonych, niczym drogocenne rubiny, odblasków. Ojciec cieszył się jego szczęściem, przekonywał, że zazdrość to straszne uczucie i podrywał coraz młodsze panienki w miarę, jak robił się coraz starszy.

Dziś Södergren czuł się bardziej Szwedem niż Polakiem, tym bardziej dziwił się sobie, że zdecydował się osiąść w Polsce. Być może podświadomie traktował to niejako tymczasowo — w końcu w dzisiejszych czasach wybudowanie domu w jakimś konkretnym miejscu nie oznaczało już przywiązania się do niego na stałe. Świat to globalna wioska. Zawsze mógł dom sprzedać i przenieść się do Szwecji. Z nostalgią wspominał wakacje u matki, w Majornie na przedmieściach Göteborga. Pamiętał wyprawy na nabrzeże, promy wypływające z portu w kierunku Danii,RFN-uczy Anglii, mnóstwo łódek, smak tamtych słodyczy… Najlepszej czekolady na świecie nie robią wcale w Szwajcarii ani w Belgii, tylko właśnie w Szwecji. I pamiętał to uczucie, kiedy schodził z promu w Świnoujściu i ponownie zanurzał się w szarą rzeczywistośćPRL-u.Nawet kiedy był już nastolatkiem, a Polska powoli, bardzo powoli, zaczęła doganiać cywilizowany świat, to uczucie wciąż niezmiennie towarzyszyło mu w drodze ze Świnoujścia do Szczecina. Potem dochodził jakoś do siebie, jednak nie mógł doczekać się następnych ferii czy wakacji.

Ogólniak przeleciał bez komplikacji i większych problemów, młodzieńczy bunt okresu dojrzewania przyjął u niego bardzo łagodną postać. Jego jedynym przejawem było ogolenie głowy na łyso, ale tylko raz, bo ktoś w szkole powiedział mu, że wygląda, jakby miał raka. Studia na Wydziale Lekarskim Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie zaczął i nawet ukończył, choć orłem nie był. Od początku wiedział, że lekarzem nie zostanie, ale matka i Sven obiecali mu złote góry, jeśli spełni jej marzenie i otworzy kiedyś prywatną praktykę. Ojciec niczego mu nie obiecał, bo nie ogarniał już rzeczywistości. Prochy, wóda i HIV, podleczany od czasu do czasu na oddziale zakaźnym szpitala przy Arkońskiej, spustoszyły jego organizm i podziurawiły mózg. Trzęsące się ręce z ledwością otwierały butelkę piwa, a gitary nie trzymały już od lat. Kiedy widział go, jak przychodzi do domu raz, dwa razy w tygodniu, żeby umyć się, odespać i pożyczyć trochę forsy, wizja zostania lekarzem odpływała jeszcze dalej. Gdy, dezynfekując po nim wannę, naczynia i siedziska krzeseł, myślał, że musiałby się zajmować takimi jak on, ogarniały go mdłości. Brak empatii uniemożliwiał bycie dobrym lekarzem, a fakt, że był tego świadomy, całkowicie uspokajał jego sumienie. Poza tym osiągnięcie statusu zawodowego, jaki ostatecznie mógłby go zadowolić, kosztowałoby go w tym zawodzie mnóstwo czasu, energii i pracy. Pracy się nie bał, energii miał pod dostatkiem, ale nie czasu. On chciał mieć wszystko — ale zaraz.

Forsa od matki i Svena, a forsa zarobiona samodzielnie, to dwie różne rzeczy, dlatego już na studiach kombinował, jak mógł, nie zawsze legalnie. Największym numerem, jaki odstawił, była kradzież leków opioidowych z sejfu w gabinecie lekarza dyżurnego OIOM-u w jednym ze szpitali, gdzie akurat mieli zajęcia. Sprzedał je z niezłym zyskiem pewnemu koledze ze studiów, ale wkrótce uznał, że istnieją inne, równie intratne, lecz mniej ryzykowne metody zarobku. Podjął decyzję, że od tej pory, wszystko będzie robił w białych rękawiczkach. Pierwsze, co zrobił, to zmienił nazwisko. Zdecydował, że odtąd będzie używał panieńskiego nazwiska matki.

Zgasił niedopałek papierosa o barierkę i pofatygował się do stojącego niedaleko kosza na śmieci. Przemknęło mu przez myśl, że Polak rzuciłby kipa pod nogi. Od dziecka dziwiło go, jak te dwa narody mogą być tak kompletnie różne. Gdy dorósł, zdał sobie sprawę, jaką zmianę w mentalności Polaków spowodowała czterdziestopięcioletnia przyjaźń z sąsiadem ze Wschodu. Ale Szwecja też kiedyś była biednym krajem, który jednak potrafił dźwignąć się na nogi. Inna sprawa, gdzie podążał teraz, kiedy socjalny raj okazał się drogą kończącą się ślepym zaułkiem? Mimo to, jeszcze do niedawna z obrzydzeniem patrzył na gorączkowe przesiadanie się i zamienianie miejscami w zjeżdżających z promu polskich samochodach, gdy wśród nich pojawiali się funkcjonariusze policji z alkomatami i ogromną, plastikową torbą, pełną jednorazowych ustników. Polacy wciąż potrafili narobić wiochy.

Wrócił na swoje stanowisko przy barierce i pozwolił sobie na zapalenie następnego papierosa. Myśli ponownie pobiegły ku przeszłości, tym razem nie tak odległej.

Z Finlaya wyleciał, kiedy zdążył dorobić się już praktycznie wszystkiego, co teraz miał. Wypasionego (w granicach przyzwoitości) volvo, prawie wykończonego domu i Nikoli.

Nikola. Nikola Sandecka. Byli razem od dwóch lat. Jej dwudziestotrzyletnie ciało warte było najcięższego grzechu. Szare oczy w ciemnej oprawie rzęs, umiejętnie podkreślonej makijażem, niezbyt bystro patrzące spod gęstych, starannie opracowanych pęsetką brwi. Wydatne usta, zawsze trochę rozchylone, jakby w wyrazie dziecinnego zdziwienia albo raczej słodkiej, kuszącej obietnicy. Za nimi białe, zadbane zęby, drobne, a co za tym idzie, przydające jej twarzy nieco drapieżnego charakteru. Nieznacznie wystające kości policzkowe i ciemne, niesforne, lekko kręcone i puszyste włosy. To właśnie ona. Przypominała urodą gwiazdy filmów dla dorosłych z późnych lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Z prawdziwych filmów, a nie z tych kręconych chałupniczo tandetnych pornosów przywożonych przez ojca ze Szwecji, w których chuderlawe panienki udawały rozkosz z wdziękiem gumowej lalki, rzucając za kadr lekko przestraszone spojrzenia z niemym pytaniem w oczach: „Dobrze, panie reżyserze?” albo: „Niedobrze mi, panie reżyserze!”.

Nikola miała urodę jak tamte gwiazdy, zimną, jak luty w Göteborgu, ale niebanalną i zwracającą powszechną uwagę zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Za to temperament miała ognisty. Zwłaszcza w łóżku. Seks z tą dziewczyną był jak zatracenie się w rozkoszy, której nigdy nie było dość. Jeśli istniał ideał kobiecego ciała, dla niego była nim ona. Jeśli nie istniał, to nie miało znaczenia, bo była ona. Nie grzeszyła bystrością, ale jej ciało wynagradzało mu ten niedostatek. Nie związał się z nią, by dyskutować o filozofii czy literaturze, tylko po to, żeby zaspokoić siebie, swój nieustanny głód jej ciała. Czuł go, odkąd zobaczył ją po raz pierwszy. I to ten głód zagłuszył wyrzuty sumienia, kiedy robił to, czego nigdy nie powinno robić się przyjacielowi — odbijał mu Nikolę.

Ale czy rzeczywiście odbijał? Dziś zastanawiał się, kto tu kogo poderwał. Kiedyś myślał, że to on ją, teraz już nie był tego taki pewny. Była głupia jak koza. Mimo stwarzania pozorów, nie miał do niej za grosz szacunku. Ona jednak potrafiła czasem użyć swojego małego rozumku, żeby osiągnąć to, co chciała. Na przykład jego. No właśnie… Między nimi nie było wielkiej miłości, nigdy — co najwyżej sympatia. Ich związek był układem i chyba oboje doskonale o tym wiedzieli. Ta kwestia nigdy nie podlegała dyskusji i nie analizował z jakiego powodu. To było po prostu zrozumiałe. On dawał jej poczucie bezpieczeństwa, ona jemu swoje ciało. Był od Niki uzależniony fizycznie i psychicznie. Od jej zręcznych palców, wilgotnych ust, zmysłowego głosu i aksamitnej skóry, pokrytej delikatnym kobiecym meszkiem. Od jej zachcianek, które spełniał nawet wtedy, gdy kosztowały go wiele zachodu, ponieważ czuł, że nagroda go nie ominie. Wiedział też, że na zakończenie tego związku może zdecydować się wyłącznie ona, bo jego na zrobienie tego kroku po prostu nie stać psychicznie. Jeden fakt pozostawał bezsporny: doskonale rozumiał, jak mocno kobieta może uzależnić od siebie mężczyznę, czy też raczej, jak mężczyzna może do tego dopuścić, lecz posiadanie tej wiedzy niczego nie zmieniało w jego sytuacji. I to też rozumiał.

Westchnął i zaciągnął się papierosem po raz ostatni. Powtórzył wycieczkę do śmietnika, starannie zgasił niedopałek, a potem wyciągnął z kieszeni paczkę miętowych pastylek i wrócił do brązowego biurowca Avunläke.

* * *

Tego dnia nad Szczecinem wisiały ciemne, ołowiane chmury. Kłębiły się nad miastem, zachłannie zaciągając ostatnie skrawki błękitu nieba, lecz wciąż nie spadała z nich ani jedna kropla deszczu.

Södergren otworzył elegancką kutą furtkę i wszedł na teren jednej z posesji przy ulicy Monte Cassino. Jarzące się niebiesko litery na stojącym obok furtki witaczu w formie zgrabnego pylonu z nierdzewnej stali informowały jego i wszystkich zainteresowanych, gdzie się znajdują. „Pewność zdrowia — Medicertum — Twoja klinika!”. Oto za chwilę miał przekroczyć progi prywatnej kliniki i przychodni doktora Artura Strobisza. Södergren spojrzał na pięknie wyremontowaną poniemiecką willę, której fasada wyłaniała się zza kurtyny zadbanych i wypielęgnowanych zimozielonych krzewów. Każdy detal budynku świadczył o klasie, jaką prezentowała instytucja kryjąca się w jego murach.

Strobisz był kimś i Södergren wiedział o tym. Cieszył się, że złapał tak zacnego klienta. Facet miał głowę i szczęście do interesów, czym mu bez wątpienia imponował. Oprócz kliniki, z którą współpracowali najlepsi szczecińscy lekarze różnych specjalności, Strobisz miał również małą klinikę medycyny estetycznej gdzieś na Gumieńcach i kilka przychodni, rozsianych po całym województwie. Przychodnie realizowały kontrakty z NFZ-etu, kliniki tłukły dla niego jeszcze lepszą kasę. Doktor był przykładem człowieka sukcesu; sukcesu, który osiągnął sprawnym zarządzaniem na wzór sieci sklepów. A odniesienie sukcesu na taką skalę w medycznej, niełatwej branży, było niewątpliwie czymś niezwykłym. Södergren słyszał, że Strobisz kandyduje na przewodniczącego Północnej Izby Gospodarczej, i z tego, co zdążył się zorientować, miał na to nawet spore szanse. Laureat nagród przedsiębiorczości, mecenas kultury, który kupił dla Muzeum Narodowego w Szczecinie obraz Ludwiga Mosta, odnaleziony przez kogoś na jakiejś niemieckiej aukcji. Södergren zetknął się ze Strobiszem jeszcze za czasów Finlaya. Nie wiedział, czy doktor będzie go pamiętał, ale miał cichą nadzieję, że tak.

Pokonał ścieżkę z drobnej granitowej kostki i dotarł do schodków. Z prawej strony flankował je wygodny i szeroki podjazd dla niepełnosprawnych, oprócz tego na drugim ich końcu zainstalowano mały podnośnik dla wózków inwalidzkich. Södergren pokręcił głową. Wszystko to świadczyło o bogactwie Strobisza, zarówno firmowym, jak i osobistym, lecz on z doświadczenia wiedział, że często są to tylko pozory. Że wszystkie te oznaki luksusu są w leasingu, kredycie, użyczeniu, a korzystanie z nich kosztuje krocie, mimo że teoretycznie można to odpisać od podatku. I na to liczył. Bo oznaczało to, że Strobisz nie oprze się pokusie wykorzystania sposobności, jaką Södergren da mu już wkrótce. Sposobności do zarobienia niezłych pieniędzy nie całkiem legalnie, ale bezpiecznie. Zdawał sobie też sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Kiedy masz dużo, nie oprzesz się pokusie, żeby mieć jeszcze więcej. Wiedział to po sobie.

Wielkie, bogato rzeźbione drzwi dały się otworzyć zaskakująco łatwo. Södergren wszedł do środka i znalazł się w sporym holu. Przed nim, pod ścianą wyłożoną wielkimi płytami trawertynu, znajdowała się recepcja. Nad młodą brunetką ukrytą do połowy za wysokim kontuarem wisiało logo kliniki: równoramienny krzyż z literami M i C na końcach poziomej belki. Krzyż też był z kamienia, odstawał nieznacznie od powierzchni ściany, a zza niego sączyło się niebieskie światło. Żadnego napisu, hasła czy nawet nazwy kliniki, tylko ten krzyż, niczym cenny artefakt powieszony na ścianie galerii. Przez chwilę Södergren poczuł się jak w greckiej świątyni. Podszedł do kontuaru z profesjonalnym uśmiechem na ustach.

— Anders Södergren — powiedział do recepcjonistki. — Ja do pana Strobisza, byliśmy umówieni.

Dziewczyna wyciągnęła rękę w bok, nie odwracając wzroku od monitora.

— Drugie piętro, sekretariat jest po prawej stronie od windy.

— Dziękuję — mruknął, podszedł do drzwi z satynowanej stali i wcisnął przycisk przywoływania. Drzwi rozsunęły się cicho, jakby winda czekała właśnie na niego. Z sufitu kabiny płynęły dźwięki kojącej zmysły relaksacyjnej muzyki. Zanim drzwi zasunęły się, ogarnął hol ostatnim spojrzeniem. Na wygodnych siedziskach, poustawianych wzdłuż ścian, ludzie w milczeniu czekali na swoją kolej. Starsi, młodsi, wszyscy ubrani w sposób świadczący o ich wysokim statusie materialnym. „Choroba nie wybiera — pomyślał Södergren — ale ich przynajmniej na nią stać”.

Winda ruszyła niemal niezauważalnie i tak samo zatrzymała się kilkanaście sekund później i dwie kondygnacje wyżej na wysokim poddaszu. Wyszedł z niej i skręcił w prawo. Śmiało otworzył drzwi z napisem „Sekretariat”. Siedząca w nim dziewczyna była wyjątkowo piękna i zgrabna, w dodatku wyglądała na niegłupią. Wstała i wyszła do niego zza biurka, zerkając przedtem w notatnik.

— Pan Södergren, prawda? — Pokiwał twierdząco głową. — Zapraszam, doktor czeka.

O ile wiedział, Strobisz nie był już czynny zawodowo, wciąż jednak używał tytułu naukowego. W sumie trudno się dziwić. Gdyby poświęcając się karierze biznesowej, nie zakończył tej naukowej na doktoracie, dziś pewnie byłby uznanym profesorem. Dziewczyna otworzyła drzwi gabinetu szefa i zajrzała do środka.

— Panie doktorze, pan Södergren z Avunläke…

Obejrzała się i gestem zaprosiła go do gabinetu. Wszedł, przekładając teczkę do lewej ręki.

— Witam, witam! — Strobisz też wyszedł do niego zza swojego biurka, rozkładając szeroko ramiona, jakby witał dawno niewidzianego przyjaciela.

Södergren przestraszył się, że zechce go uściskać. Na szczęście Strobisz chwycił obiema rękami tylko jego wyciągniętą dłoń i potrząsnął nią mocno.

— Proszę, niech pan siada — zaprosił, wskazując krzesło.

Södergren usiadł, zerkając na ogromny obraz wiszący na jednej ze ścian. Gospodarz zauważył, na co patrzy.

— August Ludwig Most — wyjaśnił z dumą. — Pejzaż Szczecina od strony Łasztowni. Oczywiście kopia, którą zamówiłem u pewnego znanego malarza. Oryginał oddałem tam, gdzie powinien być.

Södergren z aprobatą skinął głową.

— Nie znam się na malarstwie, ale myślę, że to bardzo dobra kopia — powiedział.

— Ba… — roześmiał się Strobisz.

— Tak dobra, że równie dobrze mogłaby się zamienić miejscami z oryginałem.

Po prostu chciał powiedzieć coś zabawnego, żeby przełamać pierwsze lody i dać się poznać jako otwarty człowiek. Strobisz stał bez ruchu dłuższą chwilę, przypatrując mu się w milczeniu. Södergrenowi przemknęło przez myśl, że najprawdopodobniej właśnie niechcący spierdolił sprawę, niezbyt dobrze przemyślanym tekstem, grzebiąc szansę na interes ze Strobiszem. Coś jak puszczenie bąka na pierwszej randce — totalna dyskwalifikacja… Cholera wie, o co chodziło, uraził go jakoś, czy co? Strobisz powoli dotknął palcem ust, a potem pokiwał nim, jakby mu groził.

— Podoba mi się pański sposób myślenia — powiedział, powoli cedząc słowa. — Naprawdę mi się podoba.

Södergren odetchnął z ulgą, z mocnym postanowieniem, że w przyszłości będzie się bardziej zastanawiał nad tym, co mówi. Rozsiadł się wygodniej na krześle i otworzył teczkę. Strobisz usiadł na swoim miejscu.

— Lepiej panu u Szwedów, niż w Finlayu? — zapytał, uśmiechając się szeroko.

Jednak pamiętał. Södergren użył głowy i ramion, żeby tym nieokreślonym gestem zastąpić słowa. Miał mu powiedzieć, że z poprzedniej roboty wyleciał za szwindle? Strobisz odczytał to opacznie, na szczęście z korzyścią dla niego.

— No dobra, widzę, że z pana konkretny człowiek. Podobnie jak i ja. Więc do rzeczy. Wie pan już, że staram się o środki unijne na, że tak powiem, odświeżenie części sprzętu w mojej klinice i przychodniach…

Mimo że to nie było pytanie, Södergren znów pokiwał głową, a przed oczami stanęła mu maskotka pieska z tylnych półek samochodów, ta z kołyszącym się w rytm jazdy łbem. Uświadomił sobie, że będzie musiał w końcu coś powiedzieć, a nie tylko ruszać głową. Powiedział więc: — Zgadza się, wiem.

Cóż, nieźle, jak na początek.

Wiedział, bo rozmawiali już o tym przez telefon tydzień temu. Strobisz poprosił go wtedy o przygotowanie wstępnej oferty na aparaty USG. Miał ją teraz ze sobą. Była rewelacyjna, tak uważał. Długo przekonywał Malmö, żeby zgodzili się dać tak znaczny upust, ale w końcu ich przekonał. Strobisz był klientem nowym, ale wyjątkowo perspektywicznym.

Przez następne pół godziny analizowali szczegóły oferty. Södergren pokazywał prospekty i prezentacje na laptopie, przekonując doktora o słuszności wyboru, jakiego miał za chwilę dokonać. Kiedy skończyli, koszulę pod pachami i na plecach miał mokrą od potu. Ale wygrał. Złowił Strobisza. W końcu przyszła pora na ostatnią część programu.

— Może pozwoli pan się zaprosić na kolację, na przykład do hotelu Park? — zapytał, chowając laptop do torby. — Porozmawiamy o dalszych szczegółach współpracy. Nie ukrywam, że byłbym nią bardzo zainteresowany. I zaszczycony. Mówię to jako przedstawiciel Avunläke…

Strobisz długo wpatrywał się w jego twarz. Södergren znów zastanawiał się, czy czymś go nie uraził albo czy, broń Boże, nie zasugerował czegoś niewłaściwego. Wiedział, że Strobisz jest żonaty, ale to jeszcze niczego nie oznaczało. Czasem życie musi mieć smaczek…

— Biznesowa kolacja na koszt firmy — dodał na wszelki wypadek. Wolał rozwiać wszelkie wątpliwości.

Strobisz cmoknął w końcu i po namyśle powiedział:

— Zgoda. Musi pan wiedzieć, że rzadko daję się komuś wyciągnąć na miasto. Nie ze względu na brak czasu, choć to oczywiście też. Po prostu nie mam ochoty, żeby obcy ludzie zawracali mi dupę, kiedy już wreszcie trafi mi się trochę wolnego. Siedzą i pieprzą o głupotach, siląc się na uprzejmość albo podlizując się. Ale pan mi się podoba. Bez podtekstów. Jest w panu coś. No, i pańska oferta… Przyznaję, że zrobiła na mnie wrażenie, a mnie niełatwo już zadziwić, za długo siedzę w tym biznesie. Myślę, że możemy uczcić w ten sposób początek owocnej, mam nadzieję, współpracy.

Umówili się na najbliższy piątek. Södergren zadzwonił do restauracji, żeby zamówić stolik od razu, jak tylko wyszedł z kliniki. A potem siedział przez jakiś czas w samochodzie, patrząc na wielkie krople deszczu tłukące w przednią szybę i szyberdach, i uśmiechał się do siebie. Był podekscytowany. Ryba chwyciła przynętę. Nie miał tylko pojęcia, czym tak ujął Strobisza. Liczył, że ten wyjaśni mu to w piątek.

* * *

Podczas kolacji Södergren wciąż miał w pamięci słowa doktora — te o podlizujących się upierdliwcach. Starał się więc prowadzić konwersację na luzie, unikając skwapliwego potakiwania. Okazało się, że mają trochę wspólnych tematów do rozmowy. Koledzy Strobisza z czasów jego studiów byli wykładowcami Södergrena, więc wypytywał go o nich. On też niedawno wybudował spory dom na Głębokiem i podobnie jak dla Södergrena, dla niego również był oczkiem w głowie. Wymieniali się anegdotami i historyjkami dotyczącymi zagubienia inwestora w procesie budowy, pośmiali się i oczywiście poklęli. W trakcie drugiego dania Strobisz zaczął wypytywać Södergrena o życie osobiste. Nie nachalnie, grubiańsko i o bardzo osobiste szczegóły, a tylko z uprzejmym zainteresowaniem. Kiedy skończyła się pierwsza butelka wina, zaproponował Södergrenowi przejście na ty. Po drugiej wyznał, że przypomina mu jego samego z czasów młodości: ambitny, pracowity i elastyczny. Tak go określił: elastyczny, a Södergren przyznał skwapliwie, że to bardzo trafne określenie. Żegnali się wylewnie, jak starzy przyjaciele, choć Södergren był jeszcze na tyle przytomny, by wiedzieć, że to tylko podlane alkoholem wrażenie. A jeśli faktycznie doktor był podobny do niego, to musiał zdawać sobie z tego sprawę równie dobrze jak on.

Następne spotkanie utwierdziło go w tym przekonaniu. Dalej mówili sobie po imieniu, ale ilekroć Södergren odwiedzał później Strobisza w jego gabinecie, czuł, że ten lekko dystansuje się od niego, skupiając się wyłącznie na czysto formalnych i technicznych kwestiach sprzedaży urządzeń USG. W zasadzie Södergren nie miał nic przeciwko temu. Miał jasno określony cel i do niego dążył.

Wreszcie, kilkanaście tygodni później, można było finalizować transakcję.

* * *

Tego dnia Strobisz był w lekko filozoficznym nastroju. Często rzucał kąśliwe uwagi na temat rzeczywistości i realiów biznesu w Polsce. Trochę to Södergrena dziwiło, w końcu dostał to swoje dofinansowanie, więc powinien tryskać humorem. Przecież spotkali się po to, żeby ten fakt uczcić i sobie podziękować. Przynajmniej tak sądził Strobisz, a w zasadzie Södergren zakładał, że tak sądzi. Tylko tyle powiedział mu przez telefon, o reszcie wolał mu powiedzieć w cztery oczy.

Dziś miał dla niego królika w kapeluszu. Od kilku dni był cały w nerwach, zastanawiając się, jak tamten przyjmie propozycję, którą zamierzał mu złożyć.

Södergren patrzył, jak jego najlepszy klient nalewa sobie rumu. Sam odmówił alkoholu, nawet małej szklaneczki. Nie był przesadnie praworządny, po prostu samochód był jednym z narzędzi jego pracy i nie mógł sobie pozwolić na utratę prawa jazdy. Zadowolił się coca-colą. Strobisz trzymał kilka jej butelek w małej, ukrytej w jednej z eleganckich szafek lodóweczce, twierdząc, że jest od tego świństwa uzależniony. Podobnie zresztą, jak od rumu.

Kiedy Strobisz skończył już narzekać na kondycję elit politycznych kraju, Södergren wypalił:

— Chciałbym ci zadać pytanie, Artur. — Strobisz rozłożył ręce.

— Proszę — odpowiedział nieco zdziwionym tonem — zadawaj.

— Chciałbyś zarobić trochę grosza?

Zdziwienie przerodziło się w zaskoczenie, a potem w autentyczne rozbawienie.

— Poważnie pytasz? — parsknął.

Södergren zmieszał się trochę.

— Tak. Poważnie. Bo sposób jest dobry, ale nie całkiem legalny. Choć bezpieczny.

Strobisz oblizał usta, mierząc Södergrena wciąż rozbawionym spojrzeniem.

— Stary koń, a bawi się w takie podchody. — Pokręcił głową.

Södergren uświadomił sobie, że Strobisz go przejrzał. I to dawno. W sumie, nie było się czemu dziwić. I to nawet lepiej. Oszczędził mu tym samym czasu, pozwalając przejść od razu do konkretów. Doktor nie czekał, aż Södergren się odezwie, tylko podszedł do niego.

— Podczas tamtej kolacji obserwowałem cię, Anders. Przynajmniej do momentu, w którym byłem jeszcze w stanie… Ty i ja jesteśmy podobni, takie są wyniki moich obserwacji. — Strobisz spojrzał mu uważnie w oczy. — Dlatego się tak dobrze dogadujemy. Ludzie mający typ osobowości taki jak my, traktują życie i rzeczywistość jako jedną z możliwych opcji ułożenia pionków na szachownicy i jakiś… punkt wyjścia.

— Nie umiem grać w szachy, Artur. — Södergren uśmiechnął się skromnie.

— To nieważne. Nawiasem mówiąc, powinieneś się nauczyć. Myślę, że byłbyś niezły. Ja mówię teraz o analogii. Tacy ludzie jak my wchodzą w interakcje i znajomości, tworząc sieci zależności i połączeń na kilku poziomach. Jak w szachowej symultanie. Nasza znajomość to efekt takiej gry, Anders. Gramy sobą, tak jak gramy innymi.

Södergren był trochę zaskoczony. Słowa, które padły podczas pamiętnej kolacji w formie grzecznych formułek, potwierdzały się teraz jasno i wyraźnie. Strobisz prezentował niemal identyczny jak on pogląd na życie. Nawet nomenklatura, której używał, była podobna. Ba, była taka sama. Gra. Postanowił sprawdzić, jak bardzo Strobisz jest podobny do niego. Czy jest twardym zawodnikiem.

— Sugerujesz, że powinienem zaprosić cię do domu, poznać ze sobą nasze kobiety i tak dalej? — zapytał z kpiącym uśmiechem. — A potem wyjechać na wspólne wakacje? Na Kubę, Dominikanę albo do Tajlandii?

Strobisz spojrzał na swoje paznokcie.

— Będę brutalnie szczery — odpowiedział — gra to gra. Nie interesują mnie kontakty towarzyskie z tobą i twoją kobietą, bo to nie jest element tej gry, w którą gramy. Mamy do zrobienia interes i na tym sprawa się kończy. Następna zacznie się, kiedy znów pojawi się okazja do zrobienia kolejnego interesu. Wspólna kolacja kilka miesięcy temu, na której wypytywałem cię o życie osobiste, to nie była próba zaprzyjaźnienia się. To był test. — Spojrzał na Södergrena spod przymrużonych powiek. — Zmartwiłem cię, Anders? Zasmuciłem?

Uśmiech Södergrena był pełen uznania. On też nie miał zamiaru zapraszać Strobisza do siebie, ani przedstawiać mu Niki, merdając ogonem z udawanym entuzjazmem. Själsfrände. Tak to się określa? Bratnia dusza.

— Nie, Artur — powiedział — nie zmartwiłeś mnie, ani nie zasmuciłeś. Właśnie upewniłeś mnie, że jesteś osobą, z którą chciałbym grać. W takim razie może po prostu przejdziemy do szczegółów? Bo rozumiem, że właśnie zdałem test?

Strobisz wstał i podszedł do drzwi, uchylił je i rzucił do sekretarki:

— Słońce, zrób nam, proszę, dwie kawki i nie wpuszczaj nikogo, dobra? Telefonów też na razie nie przełączaj. Po prostu nie ma mnie, okej? — Zamknął drzwi i wrócił do biurka.

— Zdałeś — sapnął, usiadł na obrotowym krześle, które musiało kosztować kupę forsy, i odchylił się na nim do tyłu. — No to słucham cię uważnie.

— Po pierwsze gratuluję przyznania funduszy. Ciężko było?

— Wiesz… Pewnie, że tak. Teoretyczne trzy miesiące procedur zamieniły się w praktyczne pięć. Ale mam w Urzędzie Marszałkowskim kogoś, kto mi dobrze życzył. Dostanę zaliczkę, więc na razie nie będę musiał wykładać własnej kasy. Nieważne. Ważne jest to, że mam pieniądze na te twoje zabawki. Rozumiem, że ustalona cena ani konfiguracja zamówienia nie uległy zmianie?

— Absolutnie nie.

— W przyszłym roku ma wejść program z Ministerstwa Zdrowia. Profilaktyka urologiczna dla osób powyżej pięćdziesiątego roku życia. Ma objąć głównie obszary wiejskie, więc jeśli się załapię na ten kontrakt, przychodnie Medicertum w miastach powiatowych będą miały co robić. Ale to tak między nami.

Södergren skinął poważnie głową i rozsiadł się wygodniej na krześle. Nabrał w płuca spory haust powietrza. Czas przejść do sedna.

— Zastrzegłeś możliwość dalszej odsprzedaży, tak jak ci sugerowałem? — zapytał Strobisza.

— Nie jestem idiotą, Anders. Też bym na to wpadł. Po trzech latach, tak jest w umowie.

Södergren zagryzł wargę.

— A gdybym dał ci okazję, żeby sprzedać je szybciej?

— Szybciej?

— Praktycznie od razu, jak tylko przyjadą z Finlandii. Tam są produkowane, przynajmniej częściowo — wyjaśnił. — W Espoo, tuż koło siedziby Nokii, wyobraź sobie.

— Od razu? Żartujesz?

— Nie. Można dużo zarobić. I nie mówię o samych aparatach. Chociaż je też gładko można opchnąć. Mówię raczej o głowicach…

Södergren przerwał, bo do gabinetu weszła sekretarka z kawą. Uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła uśmiech, postawiła filiżanki na biurku i wyszła bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi. Strobisz odprowadził ją wzrokiem.

— Nie, nie posuwam jej — powiedział, widząc spojrzenie Södergrena. Wziął z biurka obie kawy i wstał. — Chodź do stolika.

Usiedli w miękkich, wygodnych fotelach. Strobisz posłodził swoją kawę i zapytał:

— A co z programem z ministerstwa? Jeśli aparaty będą nieczynne, bo nie będzie do nich głowic, to nie będę mógł go realizować. To też są jakieś pieniądze, i to całkiem niezłe. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, co opłacałoby mi się bardziej…

— Chcesz powiedzieć, że te twoje filie nie mają na wyposażeniu USG?

— Nie takie, jak te z Avunläke. Po to je u ciebie zamówiłem.

— A tamte się nie nadają?

— Do programu? Nie będę konkurencyjny. Mają gorsze parametry, więc mogę nie spełnić ewentualnych kryteriów.

— Napiszesz w aplikacji, że masz SonoRapidy III z Avunläke. Bo formalnie będziesz je miał…

— Tyle że bez głowic. Po cholerę mi same aparaty, do których nie pasują głowice z Philipsów czy Samsungów?

— O tym, że nie ma głowic, będziesz wiedział tylko ty, prawda?

— No, nie tylko ja. Menedżerowie przychodni na przykład też.

— Będą znali szczegóły tego programu? Że badania mają być wykonywane na SR III?

— Oczywiście…

— Zorganizujesz to choćby w ten sposób, że głowice zabrał serwis, bo coś było z nimi nie tak. A badania przecież trzeba robić, prawda? Inaczej kasa przepadnie i menedżerowie chyba to rozumieją? W końcu z tego żyją. Głowice, które u ciebie zostaną, mogą sobie ewentualnie jeździć po twoich filiach na gościnne występy. A chłop ze wsi przecież nie połapie się, jakim aparatem robią mu USG, zresztą jakie to ma dla niego znaczenie? Ważne, że ma za darmo badanie, bo państwo stawia.

— Będzie mniej dokładne — mruknął Strobisz.

— Proszę cię! Te programy to jedna wielka ściema. I nie przesadzaj, bo brzmi to, jakby sprzęt w twoich przychodniach był jakimś złomem…

— Daj spokój, nie jest złomem…

— No właśnie. A czemu nie chcesz upiec dwóch pieczeni przy jednym ogniu? I zarobić na głowicach, i załapać się do programu? Jeśli ci się uda, oczywiście.

— Uda się, uda. — Strobisz pokiwał głową. — Już moja w tym głowa.

— W porządku, Artur, tego ci życzę. — Södergren upił łyk kawy z filiżanki Rosenthala. — Zamówiony przez ciebie zestaw głowic do SR III to convex, liniowa, sektorowa i endorektalna. Moja cena za wszystkie, tak jak zresztą ustaliliśmy już wcześniej, to sześćdziesiąt pięć tysięcy. Aparat: czterdzieści siedem. Takiej ceny za taką jakość nie dostanie nikt w Polsce, zresztą mało która prywatna firma zamawia ich ponad dwadzieścia. Masz prawie trzydzieści procent upustu.

— Co z kontrolą od marszałka? — przerwał mu Strobisz. — Podobno odbywa się w ciągu roku od wydania funduszy.

— Zawsze jest zapowiedziana, prawda? Czas, miejsce i przedmiot kontroli. Aparat będzie na miejscu? Będzie. Głowice będą?…

Strobisz już nabierał powietrza, żeby znów przerwać Södergrenowi, ale on nie pozwolił mu na to.

— Będą — uspokoił go. — Od innego aparatu, ale będą. To nieważne, że nie będą kompatybilne. Dla urzędników liczy się sam aparat, faktura i dokumenty przyjęcia środka trwałego, prawda? Spiszą numer seryjny i już, o głowice nawet nikt nie zapyta. A nawet jeśli zapyta, to nie będzie miał pojęcia, że pokażesz mu inne. Prawda?

Strobisz z niechęcią skinął głową.

— Prawda — przyznał w końcu z lekkim wahaniem.

Södergren nie wiedział, z czego wynika to wahanie. Patrzył na Strobisza, zastanawiając się, co mu chodzi po głowie.

— Ilu ludziom proponowałeś coś takiego? — zapytał w końcu Strobisz.

Södergren uśmiechnął się. A więc o to chodziło!

— Ty jesteś pierwszy. I jedyny. Jak do tej pory — zastrzegł szybko. — Mechanizm jest w ogólnych ramach dosyć dobrze znany w wielu dziedzinach. Ale w przychodni publicznej, nawet dużej, coś takiego by już nie przeszło. Czasem zamawiają po kilka sztuk, ale to co innego. Sam rozumiesz…

Strobisz potwierdził mruknięciem. Södergren patrzył na jego twarz, zamyślone czoło i zmarszczone brwi i wiedział już, że interes jest zaklepany.

— Komu mam je sprzedać? — zapytał Strobisz.

— O to nie musisz się martwić. — Södergren uśmiechnął się skromnie. — Pamiętaj, że załatwiłem ci odroczony termin płatności, więc opchniesz je szybciej, niż faktury od producenta staną się wymagalne. No i wspomniałeś o zaliczce z Urzędu Marszałkowskiego, to już w ogóle… A komu sprzedasz Sonorapidy i głowice? Mnie. W zasadzie firmie mojej matki. A moja matka jest Szwedką. Rozumiesz?

Strobisz spojrzał na Södergrena, z niedowierzaniem kręcąc głową.

— A potem pójdę do skarbówki po należny zwrot dwudziestu trzech procent VAT-u po wyeksportowaniu za granicę? — zapytał.

Södergren skinął głową.

— Otóż to. Ale od odrobinę wyższej ceny, za którą ona kupi je od ciebie. A w zasadzie od Medicertum II…

Strobisz uniósł brwi.

— No, proszę cię… — Teraz w głosie Södergrena słychać było rozbawienie. — Wiem, że masz inne firmy, to żadna tajemnica, wystarczy sprawdzić w necie. Sprzedasz sprzęt do Medicertum II za złotówkę od sztuki i już. A Medicertum II sprzeda je mnie. Znaczy, mojej matce.

Doktor zerknął na Södergrena.

— Twoja matka bawi się w takie rzeczy? — zapytał zdziwiony.

Södergren wzruszył ramionami.

— Po prostu ma firmę. A ja jestem po to, żeby to wszystko ogarnąć, rozumiesz? Ona się nie zna na prowadzeniu firmy, a ja tak. Taki mamy układ.

— W Avunläke wiedzą o… waszym układzie?

— A jak myślisz, Artur? — Södergren popatrzył na Strobisza wzrokiem, jakim rodzice częstują dziecko, które robi coś głupiego, mimo że doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

— Dobra — Strobisz pojednawczo uniósł dłonie do góry. — Nie wnikam.

— Tak będzie najlepiej — zgodził się Södergren.

Wypił ostatni łyk kawy i odstawił filiżankę na blat.

— Czyli… — zawiesił głos.

— Tak. — Strobisz uśmiechnął się, patrząc mu w oczy. — Jesteśmy dogadani. Jak tylko ruszą fundusze, uruchamiamy resztę. Jest jeszcze tylko jedna, mała sprawa…

— Poczekaj — przerwał mu Södergren. — Ta życzliwa ci osoba w Urzędzie Marszałkowskim… Rozumiem, że jakby co, jej życzliwość będzie wciąż trwać?

— Owszem.

— Wiesz, myślę o tej cholernej kontroli. To, co ci powiedziałem ze sprawdzaniem sprzętu, to prawda, jednak będziesz musiał wszystko jeszcze porządnie przemyśleć. Ale jest to do zrobienia…

— Masz rację. — Strobisz pochylił się ku niemu. — Ryzyko wpadki jest, zgadzam się, ale moim zdaniem znikome. Ujmę to w ten sposób: pojedyncze anomalie w systemie są w zasadzie niewykrywalne. Jeśli tylko ty przejeżdżasz przez skrzyżowanie zarówno na zielonym, jak i na czerwonym, to jeszcze masz pewną szansę przeżyć. Jeśli tylko ty prowadzisz podwójne życie, mając na boku kochankę, masz sporą szansę, że wszystko zostanie w tajemnicy. A pomyśl teraz, co się stanie, jeśli w systemie zwiększy się liczba anomalii? Zwiększy się liczba takich graczy jak ty, jak ja? Co, jeśli wszyscy będą mieli w dupie, czy jest czerwone czy zielone? Co się stanie, kiedy wszyscy będą się rżnąć ze wszystkimi? Na skrzyżowaniach zapanuje totalny chaos. Okaże się, że twoja kochanka jest żoną kochanka twojej żony. Wszystkie tajemnice wypłyną na wierzch, nie będzie nic do ukrycia. Zatem musimy dbać o to, żeby nasza anomalia była jedyną w systemie, w którym tkwimy. I to jest ta rzecz, o której przed chwilą wspomniałem. Masz mi obiecać, że nie złożysz podobnej propozycji nikomu innemu przynajmniej przez dwa lata. Czy to jest dla ciebie jasne, Anders? Tylko pod takim warunkiem zgodzę się na nasz interes.

Södergren był lekko wkurzony. Bratnia, czy nie bratnia dusza, trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Zagryzł dolną wargę i spojrzał twardo na Strobisza.

— Mówisz do mnie, jak do żółtodzioba — wycedził — jakby moja obecność w twojej grze była jedynie konieczna, a nie pożądana. A tymczasem to moja gra, Artur. To ja ci zaproponowałem ubicie interesu. Nie kwestionuję twoich… umiejętności, twojego dorobku i doświadczenia, ani tym bardziej pozycji. Ale przypominam ci, że to ja przyszedłem z propozycją do ciebie, a nie ty do mnie. Mogłem wybrać wiele innych dużych klinik, tam na pewno również znaleźliby się chętni na mały interes. Czy źle mówię?

Södergren myślał, że słowa, które wypowiedział przed chwilą stanowczym i zdecydowanym tonem są jasne, ale wyglądało na to, że się pomylił. Oczy i górna część ciała Strobisza, widoczna zza niskiego stolika, dawały jasny i wyraźny przekaz: „Jeśli zależy ci, żeby cię posmyrać po jajkach, to nie ma sprawy”.

— Dobra, pójdźmy na kompromis — powiedział Strobisz. — Umówmy się, że to nasza gra, Anders. Jesteśmy równorzędnymi partnerami. Co ty na to?

Södergren wykrzywił usta w lekkim grymasie niechęci.

— Chcesz mnie udobruchać? Naprawdę tak nisko mnie cenisz?

Strobisz uniósł brwi do góry, a potem zmarszczył je.

— Ten tekst o graczach… Nie był tylko głupim frazesem, obliczonym na zdobycie twojej przychylności, Anders — powiedział cicho po chwili namysłu. — Tak naprawdę wcale nie potrzebuję twojej przychylności. To fakt. Ale prawdą jest też, że obaj jesteśmy graczami. Jest między nami coś w rodzaju chemii podobnej do tej, która łączy w pary ludzi, przeżywających potem ze sobą dziesięciolecia w szczęściu i zgodzie. Dlatego że są do siebie dopasowani, jak dwie połówki tego samego, przedartego banknotu. Tyle że w naszym przypadku nie ma mowy o uczuciach. My mamy po prostu dokładnie takie samo podejście do większości spraw na tym świecie. I to mi się w tobie podoba. Kiedy tak czaiłeś się na początku naszego spotkania, żeby zapytać mnie o ten interes, widziałem siebie sprzed kilkunastu lat, rozumiesz? Jesteś taki, jak ja kiedyś. A ja lubię siebie. A skoro lubię siebie, naturalne jest, że ciebie również, prawda? — Splótł oparte o blat biurka dłonie i oparł się na łokciach, przywołując na twarz przymilny uśmiech. — To jak?

Södergren milczał, przypatrując się Strobiszowi.

Jeśli dupek myślał, że go tym kupił, to się grubo mylił. Nie kupił go. Kwestia traktowania siebie nawzajem jako graczy była bezsporna. Bo tak faktycznie było i on to wiedział. Ale ten pseudofilozoficzny tekst sprzed chwili przypominał wywody najaranego trawą studenta socjologii albo filozofii. I mimo wszystko sugerował, że Strobisz jednak uważa się za lepszego. Czy tak naprawdę miało to jakiekolwiek znaczenie? Chodziło wyłącznie o kasę. Nie będą się przecież licytować, jak dwa koguty na podwórku. Jeśli sprawia mu frajdę bycie na górze, to niech się cieszy.

Strobisz, widząc, że Södergren zwleka z odpowiedzią, spojrzał gdzieś w bok, potem wrócił wzrokiem ku jego pochmurnej twarzy i powiedział:

— Jestem starszy od ciebie o ładnych parę lat. Opowiadałem ci podczas tamtej kolacji, jak zaczynałem w latach dzikiego kapitalizmu, kiedy nie było reguł, a zwyciężał ten, kto szybciej się orientował i miał lepsze układy. Gram od wielu lat, Anders. I jak do tej pory, odnoszę same sukcesy i ani jednej porażki. — Strobisz potoczył dłonią dookoła siebie, oparł się i założył nogę na nogę, splatając dłonie na kolanie. — Sam widzisz, co osiągnąłem. Mam biznes, który sam się kręci i w dodatku rozwija na taką skalę, która zaskakuje nawet mnie samego. Ludzie zawsze będą chorować, więc nie boję się kryzysów w branży budowlanej, bankowej i tak dalej. Człowiek wyda ostatnie pieniądze, jeśli w grę będzie wchodzić jego zdrowie, a niewydolny system państwowy nie zapewni mu niczego w tej kwestii. Więc jestem urządzony. Tyle lat w grze, Anders… A wiesz dlaczego?

Södergren przekrzywił lekko głowę w geście uprzejmego zainteresowania, nikły uśmiech pojawił się na wargach.

— Dlatego, że jestem ostrożny. — Głos Strobisza przybrał ton mentorski, jakby właśnie miał przekazać jakąś ważną, życiową prawdę. — Lubię ryzyko, tak jak ty. Ale zawsze je kalkuluję. Wolę nie wdawać się w ryzykowny interes, nawet gdy mogę na nim sporo zyskać, jeśli wiem, że ryzyko jest zbyt duże. Bo co mi po tym, jak stracę wszystko, jeżeli interes nie wypali? Albo zgarnie mnie CBA czy inne CBŚ? Dywersyfikacja ryzyka to podstawa biznesu, nie muszę ci o tym mówić. Tyle że dla mnie jest bardzo istotna. Świat pełen jestfighterów, którym powinęła się noga. Pamiętasz przejęcie Kruka przez Vistulę? I jak to się skończyło dla prezesa Vistuli? Gość chciał za dużo. Moja osobista opinia w tej sprawie jest taka, że facet nie chciał po prostu, ot tak, zarobić, tylko pograć. Chciał pokazać wszystkim, jaki z niego wielki gracz. A ryzyko musi być zrównoważone, Anders. W naszym przypadku… — Wskazał leżące na stole firmowe foldery. —…jestem w stanie je zaakceptować, ale tylko, jeśli dasz mi słowo, że będę jedyny. I ten mój warunek jestsine qua non, rozumiesz? Nie podlega dyskusji. Bo trzeba znać umiar. Po prostu.

Södergren wstał z fotela i obszedł stolik, zbliżając się do Strobisza. Wyciągnął w jego stronę dłoń. Ten z lekkim zdziwieniem uścisnął ją.

— W porządku, Artur. — Usta Södergrena rozciągnęły się w uśmiechu. — Masz moje słowo. Jesteś jedyny. Ale tylko przez dwa lata. — Mrugnął do niego jednym okiem.

— Ani dnia krócej — ostrzegł go Strobisz.

— Jasne.

Södergren spojrzał ponad jego ramieniem, na wiszący za nim szczeciński pejzaż.

— To jak jest z tym obrazem? — zapytał. — Gdzie wisi oryginał?

Doktor uśmiechnął się, kręcąc z rozbawieniem głową. Södergren ruszył ku wyjściu, unosząc rękę w geście pozdrowienia. Strobisz wycelował w niego palec wskazujący.

— Jestem jedyny, Anders! — zawołał za nim.

Södergren bez słowa przytaknął mu samymi oczami, odwrócił się i otworzył drzwi. Wychodząc z gabinetu, pomyślał o niewielkim magazynie w Ystad na Ekenäsgatan, tuż obok terminalu promowego. Wynajęła go przez swojego pełnomocnika firma Agnetha Södergren Handelsföretag, a w środku spoczywało ponad sto dwadzieścia fabrycznie zapakowanych urządzeń SonoRapid III wraz z zestawami głowic — wszystko gotowe do załadowania na TIR-a i ponownego przewiezienia na drugi brzeg Bałtyku. Urządzenia diagnostyczne firmy Avunläke mają w Polsce około dwudziestu trzech procent udziału w rynku. Wiele podmiotów zainteresowanych jest zarówno nimi, jak i osprzętem do nich, a skazanie na monopol producenta nie jest czymś, co może ten, i nie tylko ten rynek, cieszyć.

„Twoja gra, panie Strobisz — pomyślał Södergren z przekąsem, zamykając za sobą drzwi. — Proszę bardzo. Niech ci będzie…”.

Uśmiech nie schodził mu z twarzy, kiedy opuszczał budynek kliniki.

* * *

Piękna, majowa pogoda tchnęła życie w rodzącą się na powrót do życia florę i faunę. Liście na drzewach robiły się coraz ciemniejsze, powietrze przesycone było zapachem rozgrzanej ziemi i sosnowego igliwia. Najcudowniejsza pora roku na dobre zagościła na osiedlu Głębokie, lecz stojąca w kuchni przy zlewozmywaku kobieta już od pół godziny nie myślała ani o wiośnie, ani o radości, jaką jej przyjście w niej wywoływało. Po raz kolejny z lekkim niepokojem spoglądała w okno, na ścianę lasu, zaczynającego się tuż za ich domem i znów zadała sobie to pytanie, tym razem na głos:

— Gdzie on jest, no?

Zobaczyła nagle, jak za oknem macha do niej Kuba, dwunastoletni syn sąsiadów. Zastanowiło ją, co robi tak wcześnie rano na dworze, przecież jest długi weekend i pewnie nie musi iść do szkoły? Wytarła dłonie w ściereczkę i otworzyła okno, wpuszczając przy okazji do kuchni ciepło słońca i zapach lasu.

— Pani Gosiu, wasz pies biega po ulicy! — zawołał do niej chłopak. — Wpuścić go?

Teraz już niepokój ścisnął jej serce niczym kleszcze. Artur godzinę temu wyszedł na spacer z psem. Nigdy nie zajmowało mu to tyle czasu, zwłaszcza kiedy miał iść do pracy. A dziś przecież miał… Jego telefon nie odpowiadał. Była już zdecydowana, żeby pójść za mężem i sprawdzić, dlaczego tak długo nie wraca.

Od kilku lat martwiła się, że wyczerpujący tryb życia, jaki prowadzi, zaowocuje w końcu zawałem albo udarem. To, że jest się lekarzem, nie oznacza, że takie rzeczy człowieka omijają, a on, choćby z racji zawodu, powinien mieć tego jeszcze większą świadomość, niż inni.

Miała złe przeczucia.

Wyszła z domu i pobiegła do furtki, przy której siedział Nobel, ich beżowy golden retriever. Kiedy pies ją zobaczył, wstał, ale jego ogon był opuszczony i wisiał w smętnym bezruchu. Zaskomlał i potruchtał w kierunku lasu, oglądając się, czy jego pani idzie za nim. Poszła. Kilkadziesiąt metrów dalej Nobel biegł już, sadząc ogromne susy, a ona pędziła za nim szeroką, wyjeżdżoną kołami samochodów służb leśnych ścieżką, czując, jak brakuje jej tchu. Biegła jednak, a troska o męża dodawała jej sił. Na polanie, na której Artur i Nobel zwykle zawracali do domu, pies zatrzymał się. Ona również. A potem przypadła do leżącego na wznak ciała męża i spojrzała w jego twarz. Nie trzeba było być specjalistą, by domyślić się, że jest martwy.

Kobieta zasłoniła dłonią usta i wybuchnęła płaczem.

* * *

Śmierć doktora nauk medycznych Artura Strobisza wyglądała na zgon z przyczyn naturalnych albo zwykły wypadek. W zasadzie na nieszczęśliwe połączenie obu tych okoliczności. W pierwszej chwili żona Strobisza pomyślała, że dostał w końcu tego zawału, który mu wróżyła, a upadając, uderzył się w głowę o leżący na poboczu kawałek betonu. Tylko przytomności umysłu lekarza pogotowia można było zawdzięczać fakt, że wkrótce na miejscu znalazła się policja. Lekarzowi podejrzane wydało się, że bryła betonu, o którą miałby się uderzyć denat, upadając, leży dobry metr od niego. Nie był detektywem, lecz z doświadczenia zawodowego wiedział, że po silnym uderzeniu w to miejsce na skroni, rzadko który nieszczęśnik był w stanie zrobić cokolwiek poza utratą przytomności lub czymś znacznie gorszym. Na pewno przed zgonem nie przeczołgał się jeszcze metr czy dwa i nie odwrócił na plecy. Poza tym żona twierdziła, że wychodząc z domu, mąż miał przy sobie telefon, którego teraz nie mogła nigdzie znaleźć. Dlatego medyk zadzwonił na policję, a ta z kolei dała znać, gdzie trzeba i tak na miejscu znalazł się prokurator.

Godzinę później oględziny zwłok i miejsca ich znalezienia trwały już w najlepsze. Prokurator Mateusz Michalczyk, pełniący tego dnia dyżur w prokuraturze rejonowej, był w swoim żywiole. Robił notatki i szkice, wskazywał technikom kryminalistycznym kolejne czynności do wykonania. Żony, a w zasadzie wdowy, już nie było. Ją i psa odprowadziła do domu policjantka, która teraz czekała u Strobiszów na przybycie prokuratora. Michalczyk z notatnikiem w ręku rozglądał się dookoła, zastanawiając się, jak w ustronnym miejscu w lesie nagle powstało tyle śladów. I to nie tych kryminalistycznych, które mogłyby mu pomóc ustalić przebieg zdarzeń, tylko tych zwykłych, które zostawiła żona denata, pies, lekarz i ratownik, dwójka policjantów z patrolu i cholera wie, kto jeszcze. Prowadziły w różnych kierunkach, nakładały się na siebie i zacierały wzajemnie, czyniąc z tego miejsca koszmar dla techników i dla niego również. Grunt był lekko wilgotny i przez to plastyczny, dzięki czemu utrwaliło się ich mnóstwo, a wśród nich z pewnością były te, na których zależało mu najbardziej — ślady sprawcy. Pozostało tylko odnaleźć je wśród dziesiątków innych.

— Zgon nastąpił bardzo szybko, prawie na pewno z powodu obrażeń mózgu, ale to może być następstwo jakiegoś zdarzenia kardiologicznego bądź neurologicznego. — Lekarz podszedł do Michalczyka. — Teoretycznie, denat mógł wcześniej doznać zawału serca lub udaru i upaść i to się wyjaśni w trakcie sekcji. Wie pan, w zasadzie przy uderzeniu w głowę, nawet w najbardziej wrażliwe rejony czaszki, śmierć nie następuje natychmiast. Krwiak może się pojawić w innym rejonie mózgu, uciskając go i powodując niewydolność krążeniowo-oddechową, a następnie ustanie funkcji życiowych. Człowiek, tracąc przytomność, może upaść twarzą w grunt i zachłysnąć się wodą albo glebą i udusić…

— Ten tutaj leży na wznak. — Michalczyk wskazał ciało. — Tak został znaleziony. Czyli nie udusił się ziemią… Chyba że ktoś go odwrócił, zanim ciało znalazła żona.

— Ustalenie tego, to już pana broszka. W każdym razie można przyjąć, że przyczyną zgonu był uraz głowy i jego bezpośrednie następstwa. Uderzenie o kamień musiało być bardzo mocne… A może właśnie nie o kamień, tylko kamieniem… — Lekarz spojrzał na Michalczyka znacząco. — Odległość ciała od kawałka gruzu, na którym zauważyłem ślady krwi, wydała mi się mocno podejrzana… Tak jak i brak telefonu, o którym wspomniała mi jego żona. No i co w lesie robi kawałek betonu?

— To samo, co styropian, stare opony, pudełka po papierosach i butelki po piwie — westchnął Michalczyk. — Wie pan, panie doktorze, może rzeczywiście upadł i uderzył się o kamień, a telefon zabrał przypadkowy pozbawiony serca przechodzień. Ale skoro okoliczności choć w nieznacznym stopniu świadczą o możliwości popełnienia morderstwa, wolę być podejrzliwy. Jestem taki z zasady. Nawet jeśli było tak, jak powiedziałem, że ktoś po prostu znalazł zwłoki i zabrał denatowi telefon, to też popełnił przestępstwo…

— Ależ pan jest zajadły — zdziwił się lekarz.

— A to źle? — Brwi Michalczyka uniosły się lekko.

— Nie, nie