Wydawca: We need YA Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 335 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tusz - Alice Broadway

Oszałamiający debiut! ​ Alice Broadway po mistrzowsku łączy fantastykę z tajemnicą i utopią.

 

 

Każde zachowanie, każdy uczynek, każda ważna chwila zostawia ślad na Twojej skórze. Leora jest przekonana, że jej zmarły ojciec powinien zostać zapamiętany na zawsze. Wie, że zasługuje on, aby wszystkie jego tatuaże zostały usunięte i przekształcone w księgę skóry jako dowód dobrego życia, jakie wiódł.

 

Jednak kiedy odkrywa, że jego Tusz zmieniono, a księga jest niekompletna, zaczyna się zastanawiać, czy tak naprawdę kiedykolwiek go znała.

Opinie o ebooku Tusz - Alice Broadway

Fragment ebooka Tusz - Alice Broadway

Tytuł oryginału: INK

Copyright © Alice Broadway, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt ilustracji okładkowej: Jamie Gregory © Scholastic Ltd, 2017

Mapa © Jitesh Patel, 2017

Adaptacja okładki: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-979-7

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@weneedya.pl

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Z dedykacją dla Inkwell.

Jesteście najlepszą grupą przyjaciół-pisarzy,

o jakich tylko mogłabym marzyć.

Kocham Was.

1

Gdy zrobiono mi pierwszy tatuaż, byłam starsza niż wszyscy moi znajomi.

Matka uwielbia opowiadać tę historię, ale ja żałuję, że ciągle to robi. W drugim dniu po urodzeniu dziecko powinno otrzymać pierwsze znamię narodzin, ale ja zachorowałam i matka odwołała ceremonię.

– Musisz ją naznaczyć, Sophie – powtarzały koleżanki mamy. – Musisz przecież dać jej imię.

Ale mama odpowiadała, że poczeka, aż wydobrzeję. I wtedy dostanę imię i tatuaż. Zignorowała szeptane, ostrzegawcze komentarze dotyczące tego, co dzieje się z dziećmi, które umarły nienaznaczone. Przez dwadzieścia dni byłam bezimienna, aż w końcu matka stwierdziła:

– Nazwijmy ją Leora.

I od tamtej pory noszę imię Leora. To słowo zostało wytatuowane na moim ciele cienką igłą. A maleńkie słowa rosły ze mną aż do szesnastego roku życia.

Nie boimy się umrzeć. Kiedy nasze tatuaże trafią bezpiecznie do księgi, żyjemy nawet po śmierci. Historia wyryta na ciałach przetrwa wieki – jeśli ktoś jest tego wart. Jeśli zachowamy słowa, obrazy i chwile wymalowane na naszej skórze, nasze życie będzie wieczne. Otaczają nas martwi, ale tak długo, jak ich księgi skór są czytane, a imiona wspominane, tak długo wciąż żyją.

Każdy ma w swoim domu księgi skór. W moim półki uginają się pod ciężarem ksiąg moich przodków. Mogę je pochłaniać, dotykać i czytać o ich życiu.

Ale dopiero po śmierci ojca po raz pierwszy zobaczyłam księgę kogoś, kogo znałam.

Tak naprawdę miałyśmy szczęście, bo widziałyśmy zbliżającą się śmierć. Wmasowywałyśmy w skórę ojca olejki, a on opowiadał nam historię swoich tatuaży. Uśmiechnął się, gdy pokazał nam wizerunek drzewa na jego plecach, na którym znajdowały się nasze imiona. Kiedy odchodził, był gotowy, i jego skóra również została przygotowana. Patrzyłam, jak jego silne ramiona się zapadają, pozostawiając tylko pomarszczoną skórę, jak u starego człowieka. Proste plecy skuliły się, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Zamarł, patrząc prosto na nas, ale musiał widzieć tylko ból. Wydawało się, że choroba wyssała z niego życie i zostawiła tylko skorupę. Ale to ona właśnie ma znaczenie.

Ludzie przynosili kwiaty i jedzenie, by umilić nam te ostatnie dni. W ten sposób okazywali również miłość mojemu ojcu, bo nie mogli zrobić nic więcej. Nie tylko my cierpiałyśmy; tatę ceniło wielu ludzi. W kuchni pachniało zwiędłymi płatkami kwiatów, łodygami zanurzonymi w stęchłej wodzie i zapiekanką, której nawet nie miałyśmy okazji zjeść. Wyglądało to tak, jakby śmierć się do nas przyczepiła. Mama mocniej okryła tatę kocami i otarła pot z czoła. Zadrżał, a jego oddech stał się bardziej urywany.

Kiedy śmierć przyszła tego słonecznego dnia późną jesienią, nie byłam na nią gotowa. Wciąż czuję na języku posmak kawy, którą wypiłam tamtego dnia, gdy mama obudziła mnie rozgorączkowanym szeptem:

– Kochanie, obudź się. Chyba nie zostało mu już dużo czasu.

Biegiem znalazłam się przy tacie. Oddychanie zaczęło mu przychodzić z widocznym trudem. Mama i ja pochyliłyśmy się nad nim i złapałyśmy go za ręce. Zastanawiałam się, który z jego oddechów będzie tym ostatnim, zanim obudzi się w zaświatach. Nagle sapnął i otworzył szeroko oczy. Spojrzał na mnie i ścisnął moją dłoń. Wyciągnął drugą rękę z uścisku matki i chwycił za wisior, który zawsze nosił na szyi. Był to wyciosany z drewna, nieoszlifowany liść z zarysem użyłkowania, wiszący na skórzanym rzemyku. Można powiedzieć, że ten naszyjnik uchodził za część taty w takim samym stopniu co tatuaże. Nigdy nie widziałam go bez niego.

– Leora – wychrypiał. – To dla ciebie. Leoro, nie zapomnij o mnie, dobrze? Proszę, nie zapomnij – błagał, a łzy wypełniły jego oczy. – I obiecaj mi, że będziesz uważać na nienaznaczonych. Bądź ostrożna, mój promyczku, moja Leoro.

Pokiwałam głową i wyszeptałam, szlochając:

– Obiecuję.

Spojrzałam na mamę, która zaciskała usta i miała napiętą twarz. Wyciągnęła rękę i odwiązała rzemyk, by tata mógł podać mi wisior. Pogładziłam drewnianą zawieszkę, a gdy zamrugałam powiekami, łzy spłynęły mi po twarzy. Odwrócił się do mamy. Na pewno chciał widzieć jej twarz jako ostatnią. Odszedł z krainy żywych, słysząc, jak mama powtarza: „Kocham cię, kocham cię, kocham cię”, i czując jej pocałunki na dłoni.

I wtedy nas zostawił. Tak po prostu odszedł. Słońce zgasło. Bez niego świat był mroczniejszy i zimniejszy, bo zniknęło z niego źródło prawdziwego dobra.

Po jego śmierci do naszego domu przyszli balsamiści. Polali ciało olejami i wtarli w nie przyprawy, owinęli niebieskim suknem i zabrali. Wyglądał jak król. Dla mnie zawsze będzie tak wyglądać. Jeszcze wiele dni po jego śmierci wracałam do tego pokoju i wdychałam zapach środków namaszczających. Może jeśli potrafiłabym wciągnąć ten zapach w siebie, to tata wyskoczyłby z moich płuc i stanął przede mną w pełnej krasie, śmiejąc się.

Gdy widziałam go po raz kolejny, jego życie stało się już kartami w księdze. Miał wrócić do nas do domu, jeśli podczas ceremonii ważenia dusz uznano by, że jest tego wart. Ale teraz musiałyśmy udać się do muzeum, jeśli chciałyśmy się z nim zobaczyć. Weszłyśmy tam w bursztynowym świetle zachodzącego słońca, bo dostałyśmy pozwolenie, by odwiedzić budynek po godzinach otwarcia. Dzięki temu wizyta była bardziej osobista. W pokoju pachnącym starymi, drewnianymi meblami i perfumami osoby, która musiała być tu przed nami, przedstawiono nam ojca w nowej formie. Postawiłyśmy na stole szkatułę, w której znajdowała się jego księga skór. Mama spojrzała mi przez ramię z szeroko otwartymi oczami. Od jego śmierci sprawiała wrażenie spiętej i na skraju wytrzymałości – chodziła posmutniała i rozproszona. Czasami zastawałam ją siedzącą, wpatrującą się pustym wzrokiem w przestrzeń i zaciskającą pięści tak mocno, że bielały jej knykcie. Zaczynało mnie to irytować – chciałam, by wróciła spokojna i ogarnięta mama, która zawsze wiedziała, co powiedzieć.

Po podniesieniu pokrywy pokój wypełnił zapach wosku i przypraw, niczym toast ku czci ojca. I oto był – w postaci jego napiętej, gładkiej, ale lekko skurczonej skóry. Przewracając każdą stronę księgi, dotykałyśmy go na nowo i przypominałyśmy sobie twardość jego ramion i gładkość pleców. Każda sztywna strona opowiadała jego historię. Mama na początku wyglądała na zdenerwowaną – czułam, jak napina ramiona – ale po chwili się uspokoiła. Okładka książki, którą wykonano ze skóry na jego barkach, przedstawiała tatuaż naszej trójki i jego imię, które dostał przy narodzinach – Joel Flint. To dobry tytuł. I dobry człowiek. Dobry wstęp. Przewróciłyśmy stronę i zobaczyłyśmy drzewo opowiadające historię naszej rodziny – czyli mnie i mamy, dwóch kobiet, które zniewoliły jego serce. Zobaczyłam na stronie swoje imię i przesunęłam po nim palcem. Dostrzegłam tu tatuaże, których nie widziałam od dziecka. Wyglądały na wyblakłe, rozmyte przez czas.

Przewróciłyśmy stronę, a mama zaśmiała się i zamknęła oczy.

– Może lepiej na to nie patrz, Leoro – powiedziała, rumieniąc się i zaciskając usta, na których czaił się uśmiech.

Miała rację, mogłam na to nie patrzeć, ale zaintrygował mnie delikatny i zawiły kwiat znajdujący się na skórze pośladka. Ten obraz rozciągnięty na stronie książki wyglądał jak każda inna część jego ciała, ale tak naprawdę to był sekret. Ten znak to symbol ich małżeństwa – z każdym rokiem uzupełniano go, stawał się coraz piękniejszy, bo ich miłość rozkwitała. Nagle śmiech mamy przeszedł w płacz. Zakryła usta ręką, jakby chciała powstrzymać smutek i wspomnienia pocałunków, za którymi tęskniła.

Przewróciłyśmy kolejną stronę.

2

Dzień po otwarciu księgi taty mama idzie do pracy. Mówi, że to już czas i musimy wrócić do naszego normalnego życia – przynajmniej na tyle, na ile to możliwe. Normalność jest dla mamy bardzo ważna. Zawsze była popularna, towarzyska i bardzo zajęta. Działała na rzecz społeczności. I chyba zawsze trochę dziwiło ją to, że jej córka jest taką samotniczką. Ja również postanawiam wyjść z domu, ale idę do sklepu. Dziś jest dzień wolny od szkoły. Wiem, że znowu muszę się we wszystko zaangażować: skupić na powtórkach i egzaminach końcowych. Będę musiała ciężko pracować, by nadrobić stracony czas, jeśli chcę zostać tatuażystką – a zawsze tego pragnęłam.

Idę chodnikiem popękanym od korzeni drzew i zastanawiam się, kiedy podadzą datę ceremonii ważenia duszy taty. Najbardziej czasochłonna część dopełniła się już w miesiącu jego śmierci: obdzieranie ze skóry, garbowanie i bindowanie jej na książkę. Teraz ludzie w rządzie muszą przebadać ukończoną księgę i przygotować okładkę, zanim dojdzie do ceremonii. A potem będzie mógł wrócić do domu. Do nas, czyli tam, gdzie należy.

Podczas ceremonii ważenia duszy przewodniczący ogłaszają swoją ostateczną decyzję dotyczącą dalszych losów duszy. Będą musieli przestudiować księgę taty i ocenić, czy prowadził wystarczająco wartościowe życie, co pozwoli mu wrócić do rodziny, gdzie będzie mógł spocząć wśród swoich przodków, a my zapamiętamy go na zawsze. Po ceremonii dusza jest bezpieczna w zaświatach. Jeśli człowiek okaże się niegodny, jego dusza zostaje zniszczona w płomieniach wraz z księgą. Nigdy nie widziałam, by do tego doszło, ale ludzie mówią, że nie da się zapomnieć zapachu palonej księgi skór. Ale to się tacie nie przytrafi. Nikt nie miał bardziej nieskazitelnego życia.

Im bliżej miasta, tym drogi stają się węższe, aż w końcu chodnik może pomieścić tylko jedną osobę. Spacerując po zakurzonej ulicy, zaglądam do okien mijanych domów. Każdy z niechlujnych budynków stojących tuż przy chodniku został pomalowany na inny kolor. Kiedy byłam mała, często zmyślałam historie o takich ulicach jak ta. Wyobrażałam sobie, że gigant ścisnął cały rząd domów, przez co zrobiły się takie cienkie, a ich dachy miały przez to różne wysokości i zrobiły się bardziej pofałdowane. Teraz opowiadałam sobie inne historie, gdy zaglądałam przez okna – zastanawiałam się, jak wygląda życie ludzi wewnątrz. Skoro nie zaciągają firanek, biorę to za zaproszenie do zgadywania, kim są i jak mieszkają. Jestem tak pochłonięta gapieniem się w okna, że niemal wpadam na mężczyznę, który zbiera martwe płatki czerwonych petunii rosnących w doniczkach na parapecie. Omijam go szybko, stając jedną nogą na drodze, wciągając ostry, gorzki zapach umierających kwiatów.

Idę dalej, a w głowie przewracam strony księgi taty. Czuję, jak moje ramiona się rozluźniają. Gdy widziałam go wczoraj, czułam ogromną ulgę. Po wyjściu z muzeum mama wydawała się zupełnie innym człowiekiem. Po obejrzeniu ostatniej strony westchnęła tak głośno, iż myślałam, że coś jest nie tak, ale kiedy odwróciłam się w jej stronę, zauważyłam jej uśmiech. I miała rację – skóra taty przedstawiała dobrą historię. Kiedy ktoś czyta twoją księgę, powinien być w stanie poznać historię twojego życia, dobre i złe czyny, by ocenić, czy jesteś godzien. Wszystko, co ważne, zostaje umieszczone na naszej skórze, bo w przeciwnym razie ciąży nam to na duszy, a nikt nie chce takiego ciężaru, ani z powodu dumy z dobrych uczynków, ani poczucia winy za te złe. Malujemy swoją skórę, by nasza dusza pozostała nieskrępowana. Tylko godni ludzie zostają zapamiętani, a by do tego doszło, dobre uczynki muszą przeważyć złe, a dusza powinna pozostać wolna.

Uśmiecham się na myśl o ojcowskiej duszy bez skazy, która zostanie uznana za godną odejścia w zaświaty. Nie mogę się doczekać dnia jej ważenia.

Tata był skórownikiem – to jego koledzy z pracy zdjęli z niego skórę i przygotowali ją do garbowania. On to samo robił z ich ukochanymi, a także z niezliczoną liczbą nieznanych osób, które trafiały do niego po śmierci.

Moja mama jest czytającą. To chyba bardziej powołanie niż praca, ale jednak płatna. Ciężko wyjaśnić, co czyni z człowieka czytającego, to ktoś, kto czyta ukryte znaczenie symboli – potrafi wyczuć, co tak naprawdę przedstawia dany tatuaż i jakie ma znaczenie dla właściciela. Mama potrafi spojrzeć na czyjeś drzewo rodzinne i powiedzieć, kto jest ulubionym dzieckiem tej osoby. Wystarczy, że spojrzy na symbole na twojej dłoni i wie, który rok był dla ciebie najtrudniejszy. Jeśli zerknie na symbole opisujące kwalifikacje do pracy, może stwierdzić, czy skłamano w ich kwestii. Ludzie podziwiają czytających, ale też się ich boją. Mama raz mi powiedziała, że każdy ma jakiś sekret, który chce zatrzymać tylko dla siebie.

Ale tak naprawdę nie powinniśmy mieć przed sobą sekretów. Przecież właśnie w tym rzecz.

Ja również mam ten dar. Od dziecka potrafiłam odczytywać ludzi. Mama mówi, że zauważyła to, gdy wpadłam w kłopoty pierwszego tygodnia szkoły. Zapytałam pewnego chłopca, dlaczego nie mieszka ze swoim prawdziwym tatą. Kiedy jego wkurzona matka pojawiła się w naszych drzwiach, żądając ujawnienia plotkarzy, mama wiedziała, że musiałam czytać między wierszami skórę chłopaka. Ale fakt, że potrafię to robić, nie sprawia, że tego chcę. Uwielbiam to, że mogę zerknąć na człowieka i dowiedzieć się o nim czegoś więcej, ale czasem męczy mnie ten napływ informacji pochodzący z tatuaży mijających mnie obcych osób. Chyba bym nie zniosła zaniepokojonych twarzy ludzi, którzy mieliby siedzieć przede mną przy stole do odczytywania, wiedząc, że mogę dowiedzieć się o nich wszystkiego.

To nie dla mnie. Moim marzeniem jest bycie tatuażystką. Mam tylko nadzieję, że dobrze mi pójdzie na egzaminach, które teraz nie wyglądają na tak łatwe jak kiedyś. Straciłam wiele czasu przez chorobę taty. Zawsze miałam w szkole dobre oceny, nawet się za bardzo nie przykładając do nauki, ale teraz po raz pierwszy się boję.

Gdy zbliżam się do centrum, nie widzę już domów, lecz rzędy sklepów. Mijam piekarnię, kwiaciarnię i zakład, w którym wykonują buty i torebki ze skóry. Zakurzone uliczki przeszły w bruk, a wąski chodnik, którym idę, prowadzi mnie na rynek. Pośrodku dużego, kwadratowego placu znajduje się skrawek zieleni, który kontrastuje z kamiennymi i drewnianymi budynkami wokół. A na nim stoi pomnik Świętego, najważniejszego przywódcy w naszej historii.

W samym środku tętniącego życiem miasta. To wysoka figura z brązu: gładka, odziana w szaty, obserwująca nas. Zawsze mi się podobała historia, którą powtarzamy sobie, by przypomnieć o jego oddaniu, potędze opowieści i konieczności skórowania zmarłych w celu uwolnienia dusz. Oczywiście stoi w tym miejscu jako ostrzeżenie przed okrucieństwem nienaznaczonych. Plac przecinają ścieżki, a ludzie przemierzają je, rozmawiając ze sobą i próbując znaleźć kawałek zieleni pomiędzy, by móc usiąść i wypić kawę.

Na tym placu można zrozumieć, co tak naprawdę liczy się w Saintstone. I jeśli tutaj coś ma znaczenie, to w innych miejscach również. Polegają na nas wszystkie sąsiednie miasta. To w Saintstone mieści się siedziba rządu i tutaj podejmuje się wszystkie ważne decyzje. Podoba mi się życie w centrum wszystkiego. Nie wiem, jakie to by było uczucie mieszkać w mniejszym mieście, gdzie wszyscy myślą, że cię znają, jeszcze zanim zobaczą twoje tatuaże.

Zależnie od tego, z której strony wieje wiatr, można zwykle poczuć zapach dymu z sali wyroków. To duży budynek o walcowatym kształcie wykonany z kamienia i kolorowego szkła, które ciągnie się aż do wysokiego komina. Zawsze płonie tam ogień, a dym tworzy wiecznie utrzymującą się nad miastem szarobrązową warstwę chmur. To tam dochodzi do ceremonii ważenia dusz i tam będziemy musiały się udać, by wypowiedzieć imię zmarłego. Poza tym naucza się tam wiary i stoi na jej straży. Tam szkoli się nauczycieli – nasza edukacja duchowa i jej kształtowanie jest dla nas równie ważne, co akademickie osiągnięcia.

Po tej stronie placu, znajdującej się za moimi plecami, gdy idę, stoi muzeum. To moje ulubione miejsce. Wznosi się wysoko, otoczone schodami. Góruje nad miastem ze swoimi kamiennymi filarami i łukowatymi oknami. Z mojej perspektywy wygląda na mroczne i imponujące, ale wnętrze jest jasne i przytulne. Kiedyś tata zabierał mnie tam bardzo często. Przełknęłam ślinę, bo przeszył mnie dreszcz, gdy stanęłam w cieniu budynku, i musiałam szybko stamtąd odejść.

Po drugiej stronie placu, za trawnikami, drzewami i ławkami, dostrzegam jakieś niespodziewane zamieszanie. Ludzie ustawiają głośniki na tymczasowej platformie, którą postawiono przed budynkiem rządu. Jest to duża konstrukcja w kształcie litery „L”, przylegającą do placu z dwóch stron. Chyba zapomniałam o jakimś zebraniu. Ludzie zbierają się dookoła. Niektórzy wstają z ławek, by podejść. Słyszę szum rozmów.

Na widok siedziby rządu przypomina mi się, że od dłuższego czasu nie wezwano mnie na test prawdomówności. Pewnie niedługo to nastąpi. Jesteśmy wzywani co kilka lat, by się wyspowiadać. Przypomina mi się, jak tata zabrał mnie na taki test po raz pierwszy. Miałam wtedy prawie czternaście lat.

Tata zapewnił mnie, że nie mam się czego obawiać, ale i tak czułam lęk. Opowiadano nam o maszynie, która odczytuje puls i temperaturę ciała i piszczy, jeśli ktoś kłamie, ale nigdy jej nie widziałam. Moja wyobraźnia przekonywała, że to bolesne. Byłam pewna, że to moment, w którym wszystkie moje kłamstwa wyjdą na jaw – te, które powiedziałam rodzicom, gdy podkradałam jeszcze jedno ciastko, chociaż mówiono mi, że na dzisiaj wystarczy słodyczy. Nawet miałam koszmary, że przez przypadek prawda wychodzi na jaw, chociaż nie popełniłam żadnej zbrodni.

Rozczarowałam się, gdy znalazłam się w małym, nijakim pokoju o białych ścianach, w którym postawiono dwa krzesła, drewniany stół i małe urządzenie wyglądające na zwykłą, metalową, zniszczoną podkładkę ze światełkami i wychodzącymi z niej kabelkami. Czekał tam na mnie mężczyzna z notatnikiem. Kazał mi usiąść, ale gdy tata zobaczył, jaka byłam zestresowana, zgłosił się pierwszy. Usiadł, przyłożył rękę do urządzenia i spojrzał na mnie, przewracając oczami z uśmiechem i mówiąc:

– To będzie bułka z masłem.

Odpowiadał na wszystkie pytania ze spokojem, a maszyna nie wydała z siebie dźwięku. Ulżyło mi, gdy usłyszałam, że pytania nie były zbyt trudne – dotyczyły nowych tatuaży i tego, czy ojciec popełnił pewne zbrodnie, wymieniane z listy. Mężczyzna spisał notatkę z tego spotkania, a gdy skończył, uśmiechnął się do taty i pozwolił mu wstać.

– Pana sumienie jest czyste. To dobrze. – Uśmiechnął się, jakby to wszystko było tylko zabawą, po czym spojrzał na mnie. – Twoja kolej. – Zachichotał. – Obiecuję, że niczego nie poczujesz.

Usiadłam, wzięłam głęboki oddech, ale gdy tylko położyłam rękę na maszynie, zaczęła piszczeć. Szybko zabrałam rękę, przerażona.

– Co się stało? – Pamiętam, że chciało mi się wtedy płakać i patrzyłam na tatę z niedowierzaniem. Tata próbował się nie uśmiechać, lecz mężczyzna się nie powstrzymywał.

– Nie martw się. Nie zresetowałem go właściwie.

Tata wybuchnął śmiechem.

– Może masz więcej do ukrycia, niż myślałem, Leoro – powiedział. Odwróciłam się do niego i rzuciłam mu wkurzone spojrzenie.

Ostatecznie okazało się, że wszystko było dobrze. Zadano mi takie same pytania jak tacie i kilka innych przygotowanych dla osoby w moim wieku, jak na przykład to, czy ściągałam w szkole. Na szczęście maszyna milczała, a potem w drodze do domu tata kupił mi tort w ramach przeprosin za śmianie się ze mnie.

Gdy przechodzę ścieżką między salą wyroków i budynkiem rządu, zmierzając w stronę sklepu znajdującego się za nimi, dociera do mnie, że się uśmiecham.

Żałuję, że jego tu nie ma.

Dzisiaj jest zimno. To pierwszy chłodny dzień tej zimy. Zaskoczeni ludzie od razu założyli dodatkową warstwę ubrań. Dziwnie się patrzy na nich, gdy nie pokazują tyle skóry – czuję się trochę odcięta, idąc między nimi. Widzę tylko symbole na twarzach i przedramionach. Ale nie mam nic przeciwko. Dzięki temu czuję się dziś trochę mniej naga i to nie tylko z powodu lnianego szala, którym się owinęłam. Po prostu czasami dobrze jest nie pokazywać swoich tatuaży. Ale nigdy nie powiedziałabym tego na głos.

Targ jest tu otwarty przez większość czasu. Wchodzę między liczne pasiaste markizy i krzyczących ludzi. Staram się nie oddychać, gdy mijam rzeźnika – mdli mnie od zapachu wiszącego tam mięsa. Oddycham głęboko dopiero, gdy podchodzę do stoiska z materiałami. Ziemista woń bawełny i przypraw stosowanych do farbowania tkanin jest upajająca. Wdycham te kolory i wyobrażam sobie, że powietrze opuszcza moje płuca tęczowymi chmurkami. Idę wśród tłumu, obserwując ziemię pod stopami. Tak jest łatwiej. Mam dzisiaj ochotę odciąć się od wszystkich rozmów i tatuaży innych. Zadowala mnie, że mam w umyśle tylko symbole taty, wciąż są świeże w pamięci.

Podążam za zapachami, aż w końcu wyczuwam owocową woń dochodzącą ze stoiska spożywczego. Towary umieszczono w drewnianych skrzynkach i ustawiono tak, by były dobrze widoczne i kusiły przechodzących. Sprzedawca uśmiecha się. Jego zielony fartuch jest trochę pobrudzony. Trzyma w ręce papierową torbę i czeka, aż coś wybiorę. Ma podciągnięte rękawy – wszyscy powinni mieć odsłonięte przynajmniej jedno ramię, by tatuaże były widoczne – więc wiele się o nim dowiaduję. Mężczyzna ma trzydzieści sześć lat i jest mądry – najmądrzejszy w swojej klasie, na tyle, by prowadzić dobrze prosperujący biznes – ale widzę śmierć w jego tatuażach. Musiał szybko dojrzeć po śmierci starszego brata. Ale teraz wygląda na szczęśliwego, a jego symbole mówią mi, że ma rodzinę. Widzę w jego tuszu radość – jego życie jest dostatnie i mężczyzna nie skupia się tylko na skrzynkach jabłek i fasoli stojących przed nim.

Proszę go o cebulę, a potem zaczynam wkładać do swojej torby ziemniaki. Marchew wygląda dobrze, a pomidory pachną świeżo i słodko.

– Wie pan, co się dzieje na placu? Ustawili scenę i zebrało się sporo ludzi.

Potrząsa torbą z cebulą i zamyka ją szczelnie.

– Nie słyszałaś? Odbędzie się publiczne naznaczanie – mówi, gdy podaję mu torbę z ziemniakami do zważenia. Słyszę w jego głosie z trudem skrywane podekscytowanie, ale jest w nim coś jeszcze… Czy to strach? – Czegoś takiego nie było od wielu lat.

Ostatnio wiele mnie ominęło, bo zajmowałam się tatą. Patrzę w dół ulicy z wahaniem. O publicznym naznaczaniu słyszałam tylko w szkole, więc jestem zaintrygowana. Płacę za zakupy, biorę swoją torbę i dołączam do tłumu, który kieruje się w stronę placu. Ktoś potrąca mnie ramieniem w pośpiechu. Robi się coraz głośniej, a gdy zbliżam się do placu, droga jest już zatłoczona. Wszyscy chcą zobaczyć, co się dzieje.

Zanim dotarłam na miejsce, tłum już zdążył się zebrać dookoła platformy, więc zatrzymuję się gdzieś z tyłu. Kobieta obok kiwa głową i pochyla się w moją stronę. Jej oczy błyszczą z podekscytowania.

– Mówili, że dzisiaj przyjedzie burmistrz Longsight! – informuje mnie na przydechu.

Nie jestem typem osoby, która interesuje się polityką, ale najwyraźniej jakaś kwestia dotycząca Dana Longsighta sprawiła, że wszyscy są go ciekawi, nawet moi koledzy z klasy. Jakieś sześć miesięcy temu został burmistrzem i zupełnie nie przypomina starego, ledwo trzymającego się na nogach staruszka, który sprawował urząd wcześniej. Dan jest przystojny i o wiele młodszy od większości polityków. Po raz pierwszy od dłuższego czasu ludzie cieszą się ze zmiany. Pamiętam podekscytowanie, które towarzyszyło nam podczas jego inauguracji. Recytowaliśmy wtedy słowa, które wyrażały pokładane w nim nadzieje i zaufanie: „On jest dobry, on jest mądry, najlepszy z nas wszystkich. Nie jest okrutny, kocha nas, a my nie będziemy się bać. Wszystko, co robi, robi dla naszego dobra”. Wierzyłam w te słowa tak mocno, że serce niemal wyskoczyło mi z piersi.

Burmistrz wprowadził zmiany, o których uczyliśmy się na lekcjach historii z panią Oldham. Longsight mówił, że ich potrzebujemy. Że chyba gdzieś się pogubiliśmy. Kiedyś wiedzieliśmy, kim jesteśmy, jakie są nasze wartości, i zdawaliśmy sobie sprawę z naszej siły. A później to się zmieniało z każdym słabszym przywódcą, który poprzedzał Longsighta. Jego rząd chciał, abyśmy sięgnęli do korzeni – do społeczeństwa, w którym liczyły się nasze symbole, a ich potęga była brana na poważnie, i które wierzyło, że ich moc może zmienić nasze życie wieczne. I dlatego też burmistrz Longsight i jego partia noszą bardzo niewiele ubrań, pokazując nam w ten sposób, że nie mają nic do ukrycia. Wszyscy widzą ich symbole i znają ich życie. Pani Oldham wyglądała na zawstydzoną, gdy nam o tym opowiadała. Pewnie wierzy, że symbole powinny być rzeczą prywatną.

Widziałam go na ekranie i uczyłam się o nim w szkole, więc perspektywa zobaczenia go na żywo sprawia, że po plecach przebiega mi dreszcz. Cieszy mnie, że żaden z poprzednich starych burmistrzów nie podzielał jego idei – nie wiem, czy chciałabym oglądać aż tyle ich skóry. A z tego, co widziałam do tej pory, burmistrz Longsight nie wygląda źle.

Niektórzy ludzie mówią, że to Święty, który odrodził się w nowym ciele, że przybył, by oczyścić nasze serca i społeczność. Ja wiem tylko, że to wszystko oznacza nadchodzące zmiany. I to na lepsze.

Wszyscy się przepychają, próbując dostać pod scenę, by mieć lepszy widok. Słyszę nieustanny szum rozmów. Wydaje mi się, że wszyscy są równie zaintrygowani co ja. Ludzie są dziwnie drażliwi i zaczynają się kłócić ze spóźnialskimi, którzy depczą im po stopach. Scena została wykonana z drewnianych części, na każdym jej końcu stoją głośniki. Gruba, czarna tkanina otacza scenę z trzech stron, powiewając na wietrze. Pośrodku platformy umieszczono pniak i zastanawiam się, po co. Szmer tłumu narasta, ale chwilę później, gdy na scenę wychodzi wysoka, ciemna postać, atmosfera zupełnie się zmienia. Nikt nie musi nam mówić, żebyśmy ucichli. Odnoszę wrażenie, że w tej chwili nawet ptaki ucichły, by popatrzeć na niego w zachwycie. Po chwili zaczynamy wiwatować i klaskać, gdy burmistrz Longsight podchodzi do mikrofonu. Unosi ręce i w końcu tłum ucisza się w oczekiwaniu na przemówienie. Mężczyzna odchrząkuje, jego charyzmatyczny autorytet wydaje się wypełniać cały skwer. Zbliża się do mikrofonu. Jest wyższy, niż się spodziewałam. Stoi wyprostowany, a pewność siebie emanuje z niego jak promienie słoneczne. Nie do wiary, że on tu jest – dosłownie naprzeciwko mnie.

– Dziękuję – mówi i wtedy tłum cichnie zupełnie. – Dziękuję za wasze przybycie na tę uroczystość. – Pomimo tandetnych głośników jego głos jest głęboki. Zastanawiam się, jak brzmi bez wzmacniaczy. – To zaszczyt, że zebraliśmy się tu wszyscy i stoimy zjednoczeni. Zjednoczeni – milknie na chwilę, po czym kontynuuje – przeciwko złu.

Przez tłum przebiega zaniepokojony szmer, a ja czuję nagły chłód, pomimo szala.

– Tak, przeciwko złu. Jestem tu, by potwierdzić, co wszyscy podejrzewają: nadeszły mroczne czasy.

Milknie i rozgląda się po zgromadzonych. Nie ma na sobie nic poza prostą przepaską na biodra, ale nie drży z zimna. Mimo to trudno mi go odczytać z oddali. Żałuję, że nie mogę lepiej przyjrzeć się jego eleganckim tatuażom na błyszczącej czarnej skórze.

– Zebraliście się, by zobaczyć coś, co dla wielu będzie nowością. Chodzi mi o pierwsze publiczne naznaczanie od dekad. Niektórzy z was – szanowni starsi członkowie naszego społeczeństwa – mogli już widzieć podobne w przeszłości. Wiedzą, czego się spodziewać. Pamiętacie tamte dni… Śmiem nawet twierdzić, że lepsze dni. Ale reszta z nas tylko czytała o tym w podręcznikach.

On ma rację. Wszyscy uczyliśmy się o naznaczaniu, ale nikt, kogo znam, nie widział tego na własne oczy.

– Wiecie, że szanuję i podziwiam moich poprzedników. I oni wszyscy w swej… mądrości – milknie na chwilę; wiemy, o co mu chodzi – woleli pomijać pewne elementy naszej tradycji. Ale już czas. Czas, by wrócić do starych metod. Dla naszego wspólnego dobra, w tych niebezpiecznych czasach, musimy odzyskać nasze dziedzictwo i przypomnieć sobie o decyzjach, które podjęli nasi przodkowie.

I wtedy przerywają mu głośne wiwaty. Daje znak, byśmy ucichli, i uśmiecha się szeroko.

– Moi przyjaciele, zbyt długo widywaliśmy odrażające zbrodnie traktowane jak drobne występki. To musi się skończyć. Kara znów musi mieć znaczenie. Dzisiejszy dzień jest doniosły, lecz niedługo na tym placu będziemy oglądać kolejne. Nie często, publicznego naznaczenia nie można stosować pochopnie, ale z pewnością dojdzie do niego w wypadku wyjątkowo ohydnych zbrodni. Nie możemy przymykać oka na grzechy popełniane w naszym społeczeństwie.

Rozlega się aplauz, a on czeka, by móc kontynuować. Nie wydaje się łaknąć poklasku, wygląda wręcz na zakłopotanego nim.

– Zbyt długo pozwalaliśmy sobie na obojętność, ale teraz musimy wykazać się czujnością. Nienaznaczeni zawsze stanowili dla nas zagrożenie. Nikt tak naprawdę nie wierzył, że zniknęli po wielkim przesiedleniu, ale woleliśmy myśleć, że żyli w pokoju, nie stanowiąc dla nas zagrożenia. A jednak stoję tu dziś, by uświadomić wam, że płacimy cenę za naszą obojętność.

Tłum znowu zaczyna szemrać, co brzmi prawie jak jęczenie, a moje serce nagle zaczyna bić mocniej.

– Tak. Mamy dowody na to, że nienaznaczeni coś knują. Wykorzystali nasze słabości. Chcą nas zinfiltrować i poróżnić poprzez osłabienie naszych serc i moralności. Może już to sami słyszeliście. Jedna osoba na targu mówi: „Nie wszyscy nienaznaczeni są źli”, przyjaciel usłyszał gdzieś, że są ludźmi miłującymi pokój, a kolega z pracy zastanawia się, czy ustawa o przesiedleniu nienaznaczonych nie była zbyt surowa. A wy zaczynacie podziwiać postawę waszych przyjaciół: są powściągliwi w swoich osądach, optymistyczni, liberalni i otwarci.

Milknie na chwilę, dając nam czas na rozważenie jego słów.

– Kropla drąży skałę. Propaganda ze strony szpiegów nienaznaczonych w naszym gronie (i tak, oni mają szpiegów) jest subtelna, ale bardzo podstępna. Mają swoich zwolenników – rebeliantów – w naszym społeczeństwie i te osoby chętnie karmią nas kłamstwami. Pozwalają wam wierzyć, że oferują światło pozwalające się ogrzać: miłe słowa, dzięki którym odnosicie wrażenie, że nienaznaczeni wcale nie są zagrożeniem i jesteście bezpieczni. Siadacie więc sobie wygodnie w cieple ich ogniska, a oni szepczą „pokój” i „beztroska”. Pozwalają wam wierzyć, że w końcu możecie odpocząć. Ale gdy zaśniecie, rebelianci uderzą, a ich małe, ciepłe płomienie staną się pożarem, który was zniszczy. Zniszczy wszystko.

Patrzy na nas, jego oczy jaśnieją. I nagle ryczy:

– Obudźcie się! Obudźcie się i powstańcie!

Jego krzyk mnie zaskakuje.

– Nasz brak czujności doprowadził do zagrożenia. Byliśmy zbyt ufni, a nienaznaczeni znaleźli sposób i są teraz gotowi wykorzystać naszą naiwną wiarę w to, że wszystko jest w porządku. Ale na tym koniec.

Rozglądam się i dostrzegam zszokowane twarze. Nikt nie spodziewał się, że usłyszy coś takiego. Jego słowa brzmiały jak wezwanie do wojny.

– Będziemy gotowi. Będziemy czujni. Będziemy szukać węża w naszych szeregach. Odzyskamy naszą niewinność i wrócimy do korzeni, by stworzyć naszą teraźniejszość. Najwyższy czas, nie sądzicie?

Zarażeni zapałem burmistrza Longsighta zaczynamy klaskać i tupać, a mężczyzna gestem daje coś znać komuś stojącemu za kurtyną. Czeka, aż całkowicie zamilkniemy, i pochyla głowę, jakby chciał się pomodlić. Stoimy w ciszy przez dłuższą chwilę, a potem on unosi głowę i patrzy prosto na nas.

– Mam ważne wieści. Pokażę wam dowód na to, że nienaznaczeni powstają. Dla wielu będzie to zaskoczeniem, bo mężczyzna, który zostanie dziś ukarany, żył wśród was. Wielu uznawało go za przyjaciela. – Bierze głęboki oddech i wyrzuca z siebie kolejne słowa: – W zeszłym tygodniu zapadł wyrok, Connor Drew – jeden z cenionych skórowników, któremu powierzaliśmy naszych drogich zmarłych, jest winny kradzieży skór.

Zgromadzeni są zszokowani, a ja drżę. Nie wiem, kim jest Connor Drew – ale skoro był skórownikiem, to tata mógł go znać – ale jest mi niedobrze na myśl, że ktoś mógłby chcieć ukraść skórę. Myślę o skórze taty i o tym, jaka jest cenna. Bez niej nie ma nic – żadnej historii, która będzie żyła w sercach i umysłach ukochanych osób, których zmarły opuścił. Kto śmiałby ukraść czyjąś historię? I dlaczego?

Burmistrz Longsight daje znać jednemu ze swoich współpracowników i dwóch potężnych ochroniarzy wprowadza na scenę mężczyznę. Najwyraźniej są tu po to, by chronić nas przed tym zbrodniarzem. A może chronić zbrodniarza przed nami? – dociera do mnie, gdy słyszę, jak tłum syczy złowróżbnie. Mężczyzna ma skute łańcuchem kostki, ale nadgarstki już nie. Ochroniarz trzyma go mocno za ramiona. Skazany ma na sobie przepaskę biodrową jak burmistrz Longsight, ale jest brudna i poszarpana. Jego skóra jest czarna, ale jakby poszarzała ze zmęczenia i poczucia klęski.

Za mężczyznami na platformie pojawia się miejscowa bajarka Mel. Jest niewiele starsza ode mnie, ale na jej skórze zostały wytatuowane nasze historie, ucieleśnia nasze cele i idee. Jeśli Mel tu jest, wydarzenie musi być o wiele poważniejsze, niż na początku myślałam.

– Wszyscy znacie swoją historię, moi przyjaciele. Wiecie, że nienaznaczeni chcieli złamać naszego ducha. Usuwali symbole z ciał ludzi, żeby ich dusze były już na zawsze niekompletne. A ten mężczyzna, Connor Drew, może i ma wytatuowane ciało, lecz jego dusza jest pusta, nienaznaczona. Usunął skórę, przecież jest skórownikiem, ale zamiast pozwolić, by stała się księgą, zatrzymał ją dla siebie. Ukradł cząstkę człowieka, więc jest winny kradzieży historii życia, narażenia na niebezpieczeństwo czyjejś podróży do następnego świata i tego, że skóra, którą zatrzymał, zostanie zapomniana. Ten człowiek robił wszystko, by zmarła dusza nie została osądzona. To właśnie cel nienaznaczonych.

Burmistrz milknie na dłuższą chwilę, lecz nikt się nie odzywa. Ludzie wyglądają na przerażonych.

– Zaręczam, moi przyjaciele, że czyny Connora Drew nie pozostawały bez motywu. Współpracował z całą grupą nienaznaczonych, chcąc doprowadzić do rebelii. Przyznał się do utrzymywania kontaktów z nimi. Pracuje dla nich.

– Jak on mógł?! – dało się słyszeć okrzyki zgromadzonych.

– Oto dowód ich działania. A to dopiero początek. Musimy walczyć. Nienaznaczeni wrócili i używają naszych ludzi, by kraść nasze skóry, historie i dusze. I nie poprzestaną na tym. Nie pragną naszych dusz, lecz naszej zagłady. Pragną tej ziemi. Nie spoczną, dopóki nie przejmą naszych miast, miasteczek, domów i łóżek. Nie spoczną, dopóki nie ograbią nas wszystkich z domów i nadziei.

Kobieta obok mnie zaczyna płakać. Nie chcę tego robić, nie w miejscu publicznym, więc biorę głęboki oddech, by się uspokoić. Muszę wziąć się w garść. Od jakiegoś czasu krążą plotki, że nienaznaczeni powstali – że wrócą i nas zniszczą. Nie wierzyłam w to, aż do teraz.

– Znacie naszą historię. Widzieliście dowody w muzeum. Kiedy nienaznaczeni byli wśród nas, okaleczali i ćwiartowali swoje ofiary, by ukraść ich symbole, historie i dusze. Ci słabi, pośledni ludzie wpili pazury w nasze ciała, bo chcieli uczynić nas podobnymi sobie. Pragnęli pokonać naszą siłę i praworządność, a potem zająć naszą ziemię. Ziemię, którą dał nam Bóg, za którą umarł Święty. Oczywiście nie dopuścimy do tego. Ale sprawiedliwości musi stać się zadość. Connor Drew trzyma z tymi podłymi nienaznaczonymi rebeliantami. Ale nie jest jedynym wśród nas. To tylko jeden z wielu, zapowiedź plagi, którą musimy rozdeptać. Moi przyjaciele, dobrze wiecie, że nie można bawić się w Boga i oczekiwać, że Bóg kiedyś nie zabawi się nami. Ten człowiek chciał zmienić wieczne życie innej osoby i w zamian będzie musiał utracić swoje. Dowie się, jak to jest mieć wymazaną przyszłość.

Rozglądam się po milczącym tłumie i czuję, jak nagły chłód wstrząsa moim ciałem. Oni go zabiją. Na oczach wszystkich. Na to ci wszyscy ludzie czekają? Nie chcę być tego świadkiem. Ktoś kaszle, a ludzie zaczynają przestępować z nogi na nogę i szeptać między sobą.

Burmistrz Longsight patrzy na nas ze spokojem. Panuje nad sytuacją. Rozluźniam się trochę. Zamykam oczy i wyobrażam sobie jego symbole, przypominając w myślach słowa, które padły podczas inauguracji: „On jest dobry, on jest mądry, najlepszy z nas wszystkich. Nie jest okrutny, kocha nas, a my nie będziemy się bać. Wszystko, co robi, robi dla naszego dobra”. Powtarzam je i czuję się spokojniejsza. Nie boję się.

– Przytrzymajcie go, proszę – mówi burmistrz Longsight do strażników. Jego głos jest delikatny i uprzejmy.

Mężczyźni popychają skazanego na kolana i opierają jego głowę na drewnianym pniaku, który cały czas czekał na scenie. Wlepiam wzrok w swoje stopy, gdy mężczyzna jęczy i próbuje wyrwać się przytrzymującym go ramionom. Zebrani sapią w przerażeniu i wbrew sobie znowu unoszę głowę. Longsight ma w ręce wąski futerał. Patrzę, jak otwiera go ostrożnie i wyjmuje nóż – o krótkim ostrzu, błyszczącym gotowością. Burmistrz podchodzi do skazanego. Staje nad nim i łapie jego włosy w garść, odsłaniając skórę na karku. Człowiek wygląda jak zwierzę przygotowane na rzeź. Nie chcę tego oglądać, ale nie mogę oderwać wzroku.

Opuszcza nóż i widzę, jak pukiel włosów mężczyzny opada na dół. Wygląda to jak golenie owcy.

Czuję tak ogromną ulgę, że wydaję z siebie radosny szloch. Nic mu nie będzie. Nie zostanie zabity.

Kobieta obok mnie rzuca mi ostre spojrzenie.

– Nie ma w tym nic śmiesznego. Po prostu oglądaj. I zapamiętaj.

Mężczyzna płacze. Ochroniarze wciąż go trzymają, ale chyba niepotrzebnie. Wygląda, jakby się poddał. Longsight unosi wysoko nóż w chwili, gdy na scenę wchodzi mężczyzna ubrany w całości na czarno. Za nim podążają asystenci z taboretem i stolikiem obciążonym narzędziami i wtedy dociera do mnie, co się stanie. Gdy Longsight wyciera swój nóż i wkłada go do futerału, mężczyzna siada na taborecie i bierze ze stołu brzytwę. Ostrożnie goli tył głowy więźnia. Potem zdejmuje czarne rękawiczki i zakłada nowe. Widzę, jak unosi znajomo wyglądającą maszynkę, przygotowuje skórę mężczyzny i zaczyna pracować tuż nad linią włosów, zanurzając igłę w małym kałamarzu. Mężczyzna jęczy, ale nie rusza się – ochroniarze wciąż trzymają go mocno.

W tłumie dochodzi do jakiegoś zamieszania. Widzę, jak młody mężczyzna przepycha się, by dojść do platformy. Ochroniarze napinają się, ale zanim dociera do sceny, komuś udaje się go odciągnąć. Dostrzegam jego twarz – jest biała z przerażenia, ma przekrzywione okulary – i wydaje mi się, że nasze spojrzenia spotykają się na chwilę.

Tatuowanie trwa. Nie tak długo jak wykonanie innych tatuaży, które widziałam, ale i tak szum maszynki wwierca się w mój umysł. Robi mi się słabo, półświadomie obserwuję, jak mężczyzna ubrany na czarno dokańcza oznaczanie. Wtedy maszynka nagle cichnie, a tatuażysta wstaje. Odkłada urządzenie na stół, z szacunkiem kiwa głową burmistrzowi i odchodzi.

Longsight, który podczas całego procesu stał z tyłu, podchodzi teraz do mikrofonu.

– Moi przyjaciele, dzisiaj sprawiedliwości stało się zadość. Ten mężczyzna pozostanie w naszym społeczeństwie, bo jesteśmy wielkoduszni. Jego włosy odrosną, a symbol nie będzie widoczny, co jednak nie zmienia faktu, że otrzymał znak zapomnianego.

Coś przebija się do mojego otępiałego umysłu. Zapomniany?

– Kiedy ten skazaniec umrze, ten symbol zostanie odczytany, ten symbol go obciąży, a wtedy jego księga zostanie zniszczona w płomieniach w sali wyroków.

Jak można żyć, gdy naznaczono cię jako zapomnianego? Jak można żyć, gdy wiesz, że nic nie ma znaczenia, a na końcu czeka cię tylko śmierć i zapomnienie? Mam nadzieję, że trafię do grona zapamiętanych – przecież właśnie po to żyjemy. Ale życie tego mężczyzny zostało wymazane przez czarny atrament.

Zapomniany.

Coś mi dzwoni w głowie – wspomnienie, które sobie przypomnę, jeśli tylko się skupię.

– Przyjaciele, niech to was zachęci do prowadzenia godnego życia zgodnie z naszym powołaniem. Życia, które zostanie zapamiętane. Niech porażka tego mężczyzny nie pójdzie na marne.

Przez tłum przebiegają szepty, aż w końcu urastają do krzyków. Ludzie wiwatują i powtarzają jeden za drugim:

– Kruk, kruk. Ten symbol to kruk.

Zapomniany. I teraz już pamiętam. Pamiętam wszystko.

Krzyk mężczyzny miesza się z moim własnym. Biegnę do domu, a torba z cebulą obija się o moje udo. Pod paznokciami wciąż mam brud z ziemniaków.

Kruk. Kruk. Ten symbol to kruk.

3

Biegnę przez plac, mijam salę wyroków i muzeum, próbując sobie przypomnieć księgę taty. Wizualizuję w myślach każdą stronę, każdą chwilę jego życia. Mijając po drodze ludzi, mimowolnie odczytuję ich symbole:

Czternastolatka, która lubi muzykę i nienawidzi swojej siostry.

Facet z kochanką, który oszukuje żonę.

Dziewczyna, której pies jest bardziej przyjazny niż wszyscy ludzie, których poznała.

Pięćdziesięciosześciolatka, która czuje się, jakby miała ich osiemdziesiąt – wiele chorób odebrało jej radość życia.

Mijam piekarnię i biegnę dalej. Muszę dostać się do domu, uciec od tego zgiełku, kakofonii, od głosów naśladujących krakanie.

Nie potrafię zapomnieć o dźwięku maszynki. I o kruku. Nie pamiętałam o tamtym dniu aż do dziś…

Byłam wtedy mała – mogłam mieć około ośmiu lat. Późnym popołudniem czekaliśmy na tatę, który mógł się pojawić w każdej chwili. Bawiłam się wtedy na piętrze, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Usłyszałam głosy i po chwili drzwi trzasnęły. Zeszłam, by zapytać mamę, kto to był, ale odkryłam, że po raz pierwszy w życiu zostałam w domu sama. Otworzyłam drzwi i wyjrzałam na ulicę. Rozpoznałam mamę z oddali po czerwonym szalu. Szła szybko, a idący obok niej mężczyzna z trudem za nią nadążał. Wiedziałam tylko, że nie powinnam zostawać sama, więc wybiegłam za mamą, pozwalając drzwiom zatrzasnąć się za mną. Prawie ją dogoniłam, ale wtedy skręciła za róg – okazało się, że szli do skórowni, gdzie pracował tata. Podążałam za nimi i cały czas chciałam wołać: „Mamo! Tu jestem! Zapomniałaś mnie zabrać ze sobą!”, ale moje usta i głos nie chciały współpracować.

Przed zniszczonym, metalowym magazynem, w którym znajdowała się skórownia, dostrzegłam tłoczących się ludzi, pochylających się, by coś zobaczyć. Zgromadzeni przepuścili mamę. Wtedy wyglądający na zaniepokojonego mężczyzna powiedział:

– To był wypadek. Wygląda gorzej, niż jest w rzeczywistości. Trumna spadła i uderzyła go w głowę. Właśnie je rozładowywali, żebyśmy mogli…

Ale mama przeszła obok, ignorując go. Gdy zgromadzeni odsunęli się nieco, zobaczyłam leżącego na ziemi tatę i kogoś trzymającego mu przy głowie złożony kawałek materiału. Ten prowizoryczny opatrunek nasiąknął krwią, a włosy wyglądały na mokre. Otworzył oczy, a gdy zobaczył mamę, wyciągnął do niej rękę.

– Nic mi nie jest, kochanie. Tylko zemdlałem. Nie wołajmy lekarza… po prostu muszę odpocząć. – Tata krzywił się trochę przy mówieniu.

– Och, Joel – powiedziała. – Coś ty narobił? – Mama wyglądała na wkurzoną, a nie przestraszoną, więc wiedziałam, że z tatą wszystko będzie dobrze.

– To tylko wypadek. Nikt nie jest winny. Nic mu nie będzie – powiedział znowu tamten mężczyzna.

Wtedy zrozumiałam, że rodzice mogą się na mnie pogniewać, jeśli mnie zobaczą, więc uciekłam do domu. Drzwi były zatrzaśnięte, więc weszłam przez otwarte okno.