Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Turnus - Tomasz Łubieński

 

Kreta - raj na ziemi oferujący turystom wszystko, co potrzebne do udanego wypoczynku: niezawodne słońce, piaszczyste plaże, piękne krajobrazy. Przybywających wita opiekunka grupy, nienagannie uśmiechnięta Persi. Jej imię to zdrobnienie od Persefony, bogini, która pojawiając się na wyspie z początkiem każdego sezonu turystycznego, przynosi na Kretę kwiaty i dobrą pogodę.

W pracy Persi ukrywa się za wyćwiczonym uśmiechem. Nie opowiada o tym, co przeżyła w innych miejscach świata: w rodzinnej Białej Podlaskiej i w Paryżu, gdzie próbowała uciec od polskiej biedy i monotonii. Profesjonalny dystans zostaje przełamany, gdy poznaje stroniącego od grupy profesora. Wspólnie poznają inne oblicze wyspy - pełną złowrogich wąwozów arenę walk, jakie pół wieku wstrząsnęły tym turystycznym rajem. Po paru dniach Persi i profesor decydują się wyruszyć razem na Psiloritis, najwyższą górę na wyspie. W tej wyprawie przeszłość połączy się z nieuchronną przyszłością. Turnus to napisana z fabularnym rozmachem opowieść o wędrówce człowieka przez labirynt historii i własnej pamięci.

Halo, halo, mili państwo, oto rozprasza się egejska noc gęsta jak mgła i już pod skrzydłami naszego samolotu defilują wyspy. Całym archipelagiem. Wyspy płowe od pierwszego słońca, niby skóry dzikich zwierząt rzucone na fale. Prosto z jasnego nieba.

Ładnie powiedziane, prawda?

Żałuję ogromnie, ale koncept nie jest mój. Niestety. Wymyślił go pewien poeta. Nazwiska nie pamiętam. Za co z całego serca państwa przepraszamy.

(fragment)

 

Z recenzji poprzednich książek:

„Wszystko w rodzinie” Tomasza Łubieńskiego jest książką wybitną. Po prostu lektura obowiązkowa.

Marek Radziwon, „Gazeta Wyborcza"

Znakomicie napisany pamflet na polską świadomość historyczną. Książka odważna, pełna pasji i gniewu. Łubieński podejmuje spór nawet z Normanom Daviesem, a dźwięczy w jego frazach ton znany z publicystyki Stefana Kisielewskiego, Aleksandra Bocheńskiego czy Wiesława Chrzanowskiego.

Adam Michnik, „Gazeta Wyborcza" (o książce „Ani triumf, ani zgon”)

Błyskotliwie, skrótowo zarysowane sylwetki głównych aktorów dramatu, opisy dyplomatycznych zabiegów stron, obyczajowe anegdoty składają się na wyjątkową rekonstrukcję tamtego dziwnego, gęstego od zdarzeń i emocji czasu.

Włodzimierz Kalicki, „Gazeta Wyborcza" (o książce „1939. Zaczęło się we wrześniu”)

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Opinie o ebooku Turnus - Tomasz Łubieński

Fragment ebooka Turnus - Tomasz Łubieński

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

1

Halo, halo, mili państwo, oto rozprasza się egejska noc gęsta jak mgła i już pod skrzydłami naszego samolotu defilują wyspy. Całym archipelagiem. Wyspy płowe od pierwszego słońca, niby skóry dzikich zwierząt rzucone na fale. Prosto z jasnego nieba.

Ładnie powiedziane, prawda?

Żałuję ogromnie, ale koncept nie jest mój. Niestety. Wymyślił go pewien poeta. Nazwiska nie pamiętam. Za co z całego serca państwa przepraszamy.

Czyta się też (ktoś tak napisał) o wyspach zaczajonych niczym jaguary, ale tam chodziło o wyspy tropikalne, pokryte roślinnością bardzo podobną do zjeżonej sierści.

A teraz obserwujcie państwo, uwaga, raz, dwa, proszę o refleks, bo te wyspy-góry, wyspy-skały nagle podpływają i z miejsca odpływają wstecz, za samolotem.

No proszę tylko zauważyć, jak one przepięknie topią się w zielonkawym pręgowanym morzu!

Albo odwrotnie: wynurzają się ku słońcu.

Powiedzmy sobie, że niczym greckie boginki tak do połowy, popiersie z brzuszkiem, czyli gdzieś poniżej pępka. A wierzchołki tych gór-wysp przybierają rozmaite kształty. Zaostrzonej czy ukośnie podciętej piramidy. Dobrze mówię? Dwugarbnej kopuły? Tak jest. Poszarpanych ruin? No oczywiście. Niżej każda wyspa robi się rozleglejsza, pofalowana. Wypłaszcza się. Aż do urwistego przylądka, ciepłych plaż, portowej zatoczki, gdzie roją się białe żaglówki. To świetnie widać. A po morzu, po matowym, ale rejsują sobie i rejsują takie małe okręciki, teraz właśnie, o poranku. Jak one błyszczą! Pasażerskie? Czy handlowe? A któżby tam zgadywał z przelotowej wysokości.

Słuchajcie, moi drodzy goście, cały archipelag od świtu po zmierzch, rzadziej nocą, oplata sieć, pajęczynka, jeżeli kto woli, tanich połączeń. I z pewnością można się tego dowiedzieć. Na każdym turystycznym portalu.

O, właśnie był komunikat. O, już widzę wasz samolot, zbliża się. W postaci świetlistego punktu, jeszcze wysoko.

Ale, przepraszam, czy miłych państwa nie dziwi, jak to się dzieje, że jeszcze nie tracicie wysokości, a na pokładzie już słychać mój głos. I co to znaczy: mój? No właśnie. Czyj głos? Spokojnie, za chwilę się wytłumaczę. I przedstawię się. Najważniejsze, czy mnie dobrze słychać? Czy raczej taki ogólny szum. A w tym szumie pojedyncze słowa. Dopiero trzeba zgadywać? Jednak państwo mnie słuchają, lepiej, gorzej. Dziękuję państwu. A ja nawet bez podsłuchania chyba się domyślam, jak tam sobie rozmawiacie.

Daj rękę. Boję się.

To się nie bój. W razie czego nawet nie zdążysz się przestraszyć.

Nie wygłupiaj się, dobrze!

Dlaczego mam się nie wygłupiać. Co będzie, to będzie.

Bądź poważny.

A ty spójrz przez okienko w dół, jak pięknie jest.

Sam się popatrz.

A mogę coś powiedzieć serio?

Może potem.

Słuchaj, czemu tak późno lecimy na Kretę. Dopiero teraz? Czemu? Mogliśmy wcześniej. Sto razy.

Siebie zapytaj.

Tak musiało być?

Ciesz się, że jest.

Ale ty zamykasz oczy.

Daleko jeszcze?

No śpij sobie, będę liczył wyspy.

Nie ma się z czego śmiać. To są poważne rozmowy. I nie będę zgadywać, póki się nie zobaczymy, kto z państwa co tam wygadywał tuż przed lądowaniem. Wiem, że w tym momencie trochę się boicie. To jest normalne i ja to rozumiem. Chcę tylko powiedzieć, że w powietrzu, a już wkrótce na ziemi czy na morzu, podczas przewidzianych programem rejsów i kąpieli przynajmniej raz dziennie, jesteście państwo pod opieką naszego biura. Wycieczkowo-rozrywkową i cywilnoprawną.

Pamiętaj, droga uczestniczko, uczestniku, twój świetny humor, twój absolutnie beztroski nastrój to jest i moja osobista, i nasza wspólna sprawa. A czy moglibyśmy przy okazji wymienić parę głębszych myśli? Gdyby znalazł się wśród państwa jakiś amator, ma się rozumieć. Wyspa Kreta wyjątkowo się tutaj nadaje.

Naprawdę czeka was satysfakcja, a nie jakiś głupi zwrot pieniędzy. Bo nasze biuro jest trochę inne. Już wkrótce sami się państwo przekonacie, że słusznie wybraliście właśnie nas. Chociaż mógł to być czysty przypadek.

A na razie samolot się obniża i chyba nikomu nie przeszkadza, że to moje, specjalnie dla was przygotowane nagranie zgodził się puścić kapitan statku powietrznego, doskonały pilot, poza tym uroczy człowiek.

Może mój głos będzie wam nawet pomagać w przełykaniu śliny, bo wtedy uszy się lepiej odtykają.

A swoją drogą na pewno dostaliście w tym celu, należało wam się, po dwa cukierki anyżkowe. To jest ten smak, smak Grecji, smak Krety, tej najbardziej greckiej spośród trzech tysięcy sześciuset, wszystkie są policzone, greckich wysp i wysepek.

Tylko nie zapomnijcie nagrodzić pilota i całej załogi burzliwymi oklaskami, nie czekając na zupełne wyłączenie silników. Po prostu życzę wam szczęśliwego lądowania za pierwszym podejściem.

Ale, ale, chwileczkę, kto wam życzy, kim ja właściwie jestem, że pozwalam sobie zagadywać was w ostatnich minutach lotu. Kim, no kim? Naprawdę się nie domyślacie? To jest pytanie do mnie? Proszę bardzo, macie prawo, pytajcie, o co chcecie. Ja z miejsca odpowiadam, że bardzo mi miło. Jestem, powiem tak, waszą opiekunką i przewodniczką, bo nie wszystkim podoba się słowo rezydentka. A czy mój głos wam się podoba? Jak wyglądam? Trudno mi się oceniać, naprawdę, przyzwyczaiłam się do samej siebie, nie było innego wyjścia.

A swoją drogą nie jest źle, wszyscy mi tak mówią.

W każdym razie dzięki za ciekawość. Morze się marszczy i już rosną nadbrzeżne góry. Na Krecie, do której zbliżamy się zgodnie z przeznaczeniem i punktualnie, ona, ta ciekawość, bardzo się wam przyda. Ja też nie mogę się was doczekać. No już, już za chwilę się zobaczymy. Każdy turnus, który mam przyjemność witać, to dla mnie emocja i zagadka w jednym. Bo przecież ja was nie znam. Ale poznamy się. I będziemy przez cały tydzień razem. Cały tydzień waszego i mojego życia, który już się nie powtórzy.

Tak jest, idziemy, proszę państwa, naprzód. Wszyscy. Wspólnie. W nocy też, chociaż o tym nikomu nawet się nie śni. Ale za to w dzień, dla państwa orientacji, będę zawsze trzymała wysoko nad głową kij przewiązany białą albo czerwoną chustką. Nie ma się tu czego bać, jesteśmy ludzie dorośli, prawda? A dzieci nic nie rozumieją i bardzo dobrze, mają czas. Co do kierunku tej wyprawy, zawsze jest ten sam, wiadomo. Pieszo w sandałach czy wpław stylem klasycznym, po naszemu krytą żabką, bezpieczniej wzdłuż brzegu. Równie dobrze autokarem z klimatyzacją. Albo na wycieczkowym statku, gdzie bar do waszej dyspozycji dzień i noc. Czy to przynajmniej jest jasne? No, mam nadzieję.

A więc jesteście ciekawi? Proponuję taką turnusową zabawę.

Wasza odpowiedź, chórem: Jesteśmy.

Ja: Bardzo?

Wy: Strasznie.

Ja: Jeszcze raz. Dalej nic nie słyszę. Na cały głos.

Wy: Oo, taak!

Ja: O, teraz dobrze.

No to już znacie prawidłowe odpowiedzi. Znamy. I powitamy się, i pożegnamy wesoło.

A co by tu jeszcze o wyspach i wysepkach, które właśnie przemijają pod waszym samolotem? Chcę tylko dodać, że istnieją wyspy specjalne. Wyspy ukryte i mało widoczne. Bezimienne. Tajne. Kiedyś powiedzielibyśmy: wyspy zamknięte. Że co, że nie ma ich na mapie? To właściwie nie są wyspy, tylko skały. Ale na mapie powinny być. Słuszna uwaga. Ale nie ma. A jak nawet trafiają się, to w przybliżeniu. Bo nie ma takiej potrzeby? No właśnie. Dopiero jeżeli ktoś sobie zamówi i opłaci prywatny kurs na wybraną wyspę, do biletu otrzyma mapę ze wszelkimi szczegółami, gratis. A tak, bo niektóre prywatne wyspy są do wynajęcia. I zajmują się tym wyspecjalizowane firmy. Teraz co do powrotu. Za tydzień czy za dwa?

Zupełnie jak nasz turnus?

Zgadza się, przez siedem dni i nocy państwo są naszymi gośćmi. Albo przez dni czternaście, wychodzi taniej. Z wcześniejszą rezerwacją, która daje gwarancję stałej ceny. Oczywiście, że widziałam rozpiskę pokojów, to należy do moich obowiązków. Bardzo różne nazwiska, dziwne daty urodzenia. Małżeństwo lub rodzeństwo, często nie wiadomo. Bywa rozmaicie. To nas nie interesuje. Poza tym obowiązuje tajemnica wakacyjna. Są single i singielki, ale też sobie poradzą, po to w końcu przyjechali. Więc mało tego, że w tej grupie nikt już nie będzie praktycznie samotny, to jeszcze chyba każdy umówił się na esemesy, na e-maile, z ojczyzny czy do ojczyzny. Serdecznie zapraszają tradycyjne budki telefoniczne. Ach ten postęp komórkowy, jak on nas wszędzie dopada, prawda? Dwadzieścia cztery godziny na okrągło. W każdej sytuacji. Dosłownie. Chyba że ktoś robi ekstra płatne zastrzeżenie.

2

No cóż, samolot jeszcze drzemie. Czy ja państwu nie przeszkadzam? Można wyciszyć głośniki. A poza tym nie wszystkich ciekawią jakieś inne wyspy. Ja rozumiem, przecież lecimy na Kretę. Ale jak kogoś bawi, co ja tu opowiadam najlepszego, to proszę bardzo, stewardesa poda słuchawki.

Mówię dalej, już prosto do słuchawek, proszę je sobie wyregulować, że wokół owych bezludnych wysp narosło wiele dziwnych legend, jakieś nowe mity greckie. A prawda jest taka po prostu, że na ofertę specjalną nie każdego, a na dobrą sprawę mało kogo stać. O co chodzi? Nie tylko o pieniądze. O pieniądze również. Ale główne jest pytanie. Dlaczego człowiek chce być nagle całkiem wolny na jakiejś bezludnej skalistej wysepce? Od wszystkiego? Złego i dobrego? Przez ileś tam godzin? Dniami i nocami? My ciągle, ja sama też, cały czas czegoś szukam, w czymś przebieram, coś wybieram. Okiem, uchem, językiem, nosem, skórą. A potem już! grzebiemy rękami po łokcie. Mam! Jest! Dobrze? Źle? Przedwczesna radość, spóźniona udręka. Aż tu nagle nie ma wyboru. W ogóle! Coś podobnego! Tak, ponieważ brakuje nam danych. Z naszego świata, życia. Ono naprawdę toczy się samo, gdzieś za górą, za morzem, tam. A my odcięci. I nareszcie każdy sam? Tak się odpoczywa? No, to kosztuje. Sił, pieniędzy też. A tam, gdzie indziej, powtórzę, dzieje się coś bez naszej wiedzy, zgody. Jak zawsze, na dobrą czy złą sprawę. Ale na takiej miniwyspie niby nie czujemy żadnych wahań, decyzji, skutków, potem pretensji do świata? do siebie?

Nie, nie czujemy.

No bo wyspa.

Wyspa, to znaczy żadnej łączności, prądu, fal radiowych, nawet gołębi pocztowych. Wyobrażacie sobie? To warunek w pierwszym punkcie dwustronnej umowy. Że nagle, w połowie drogi, pośrodku otwartego morza rozlega się syrena. Wyrzucamy komórki, zegarki, miniaturowe radia, wszystko za burtę. Za burtę. Już, szybciej. To są smycze i kolczatki, które weszły nam pod skórę.

Ale uwaga, uwaga! Wyłączam się, bo słońce już budzi samolot. Dzieci kwilą, skrzeczą jak koty, nie do wytrzymania, albo rozdzierają się na całe gardziołko. Nie szkodzi? Nasłuchałam się przez te lata pracy z rodakami, że w tym kraju, to znaczy, w naszej ojczyźnie, dzieciom pisany taki siaki los. Poczęte przez wypadek lub przypadek, cóż, bywa. Urodziły się, bo skrobanka prawnie zabroniona. Jeśli wcześniak, to mógł trafić do fartuszka pielęgniarki, żeby była ładna fotka, o tym pisali w gazetach. Ale nie trafił, dziecko jakoś żyje, ocalone przed błędem lekarskim doktora, który właśnie, cudem się złożyło, został karnie wydalony z pracy. Przy okazji inspekcja z dezynfekcją wytłukły na oddziale złośliwe bakterie. I prosto ze szpitala, bez żadnej pomyłki czy podmianki, dziecko trafia do swoich prawdziwych rodziców. No to brawo. Jest bezpieczne? Niekoniecznie. A jak to są konkubenci? Tylko matka pewna jest. Wiadomo, awantury. Ale wbrew telewizji nasz bezbronny maleńki obywatel czy obywatelka nie będzie zapeklowana w beczkach po kapuście czy w king-size słojach na ogórki. Raczej przemoc rodzinna dla korzyści seksualnych? Nie sposób jej wykluczyć? Bez przesady. I w porządku, niewiniątko rusza do przedszkola. A tam już czeka agresja rówieśnicza. Brutalne odsłanianie tajemnicy życia. Dziecko rośnie, tymczasem na ulicy, na podwórku, wpada w oko miłym panom pedofilom z internetowej sieci między narodami, którzy żyją sobie normalnie w rodzinach poza wszelkim podejrzeniem. Wpada w oko? Chyba że wcześniej zostanie pogryzione i dotkliwie zeszpecone przez psa, oczywiście bez kagańca, powiedzmy, że był szczepiony. A w murach naszej starej budy pod nadzorem kamer i strażników zdobywa wiedzę albo ofiara wymuszeń, albo ewentualnie ich bezkarny sprawca. Jak okiem sięgnąć w mieście i już po wsiach, propaganda narkotyków, promocja homoseksualizmu. Koniec szkoły, fala w wojsku, piraci na drogach. Dziewczyny zapoznają się z pigułką gwałtu. Studia? Ewentualnie? Ale do czego się śpieszyć? Rozpocząć to dorosłe, czyli szczurze życie? Z każdym rokiem przybywa młodszych i bogatszych. Pytam się, czy oni wszyscy na to zasłużyli? Na pewno nie. To kiedy się z tym pogodzić? Już zbliża się starość. I co, będzie jakaś ulga, spokój? Wiadomo, że to nie jest kraj dla starych ludzi. Ale może tak lepiej, to nie potrwa długo. Może się doczekamy pomostowej eutanazji, z refundacją pawulonu. Plus kremacja za emeryturę, jest projekt ustawy. Chyba że ciało kupi z góry medycyna.

Otóż nie, proszę państwa! Nie będziemy rozmawiać na tym poziomie. W ogóle nie o to chodzi.

Na pewno nie o politykę. Zostawcie gazety pod fotelem poprzednika.

Zapomnijcie o nich.

Umówmy się, że nie po to leci się na cudowną wyspę Kretę, żeby truć się czarnymi myślami o kraju, do którego przecież wracamy. Już za tydzień? Maksimum za dwa tygodnie. Bo tyle trwają nasze turnusy. Słusznie, ale czy to jest odpowiedź? Zaraz, a jak brzmi pytanie? Mili państwo, cierpliwości.

Na razie lądujemy, przepraszam, chcę powiedzieć, że to wy lądujecie. Nie przeszkadzam, trzymajcie się za ręce, to pomaga. I co, już pewnie kołami na pasie. Brawo, prosimy, oklaski. Silniki gasną. Cisza. Światło. Wiatr. Dlaczego zawsze musi być to polskie przepychanie z potrącaniem? Nie rozumiem. No ale w końcu, ale nareszcie wychodzimy. Pierwszy głęboki oddech. Słone, gorące powietrze. Słońce, morze, góry, że w głowie się kręci. Pierwsze kroki na wyspie. Pierwszy raz? No to zazdroszczę. A może zauważyliście państwo coś szczególnego? Tylko dla siebie? Że wyspa odtąd wasza. Nie? To nie. Ale szkoda. Może jednak coś wpadnie wam w oko. Jeszcze się państwo rozejrzyjcie. Serdecznie namawiam.

I już! Kontrola dokumentów? Nie ma! Żadnej! Czy ktoś pamięta, jak dawniej bywało? Chyba wszyscy zapomnieli. Albo są za młodzi. Ale znów robimy tłok. Niby wiadomo, wszyscy zdążą, co komu pisane. Gdzie tam. Każdy chce być pierwszy. W kolejce. Co za głupota. Ale gdzie te bagaże? Czekamy. Nie ma i nie ma. To gdzie one są? Są. Oczywiście, że są. Sygnał. Taśma ruszyła. Jadą. O, jaka pancerna walizka! Oj, że się nie rozleciał ten wypchany plecak! Tu na miejscu się pożycza deskę do surfingu, po co ci własna, młody? Ja przepraszam, to tylko kłopot. Składany wózek dla dziecka, rozumiem, lepiej mieć swój. Moja torba? Pańska? Nie, twoja? Nie twoja. Ale podobna. Bierz, puść, weź pan. Moja uciekła. Zaraz nawróci.

Proszę państwa o spokój, odkąd ja tu pracuję, jeszcze nic nikomu nie zginęło. To chciałabym przekazać oraz pozdrowienia, bo czekamy na zewnątrz, gdzie łatwo znajdą państwo nasze stanowisko.

Wiadomo, że słuchacie o tyle o ile. To ja dokończę myśli o tych wyspach. Mam nadzieję, że ktoś mnie jeszcze słucha. Mogę? Dziękuję. Zdziwią się państwo, może nie wyglądam, ale ja lubię sobie pofilozofować. W wolnej chwili oczywiście. To znaczy, nie jestem taką typową zawodową przewodniczką-rezydentką? No chyba nie, nie tylko.

Jak człowiek czuje się sam jeden na takiej skalnej wyspie? Też zadaję sobie czasem to pytanie. Czy opłaca się wystawiać własną duszę, ciało, konto bankowe na ciężką próbę? Tydzień czy dwa to mało? To zależy. Z wyspy nie ma też jak wcześniej wrócić. I co wtedy? Jak to co? Siedzimy dniem i nocą na szczycie skały, kiwając się w przód i w tył. Wypatrujemy. Czy nie zbliża się nasz statek? Samotny żagiel. Biały lub czerwony. Te kolory coś znaczą? Nie wiem, zresztą na razie żadnego nie widzę. Statek był zamówiony na dzień i godzinę. Tylko który to dzień z godziną? Żeby nie stracić zmysłów, straciliśmy poczucie czasu. Całe szczęście. Ale pieniędzy się nie zwraca. Była umowa? Jest ryzyko. Dlatego większy sens i szansa jechać na miesiąc. Przez okrągły miesiąc przyzwyczaimy się do wyspy, czemu nie. Różne mogą być terminy, pomysły. Promocje jak najbardziej. Na przykład w ramach zmagań z męskim wakacyjnym szowinizmem specjalna promocja dla pani, która przeżyje na wyspie swój pełny miesięczny cykl.

Ale jest też oferta szczególna. To znaczy powrót nigdy.

Czyli wyspa dożywotnia.

No to wypada wybrać ją starannie z firmowego katalogu. Bo ktoś chce spotkać swój los na egejskiej wyspie? Wolno mu. I sam wybiera coś atrakcyjnego. Jeżeli, podkreślam, stać go duchowo i finansowo. Chce wiedzieć, to niech się dowie, jaki przypadnie mu w udziale finałowy pejzaż. Jaką sylwetką pożegna go ostatni skalisty szczyt. W pełnym słońcu albo majacząc na tle nocnego nieba. Chmury są oczywiście nie do przewidzenia. Lecz świetnie ilustrowane materiały info dadzą pojęcie, na co się ostatecznie zdecydował. Inaczej mówiąc, los oczekuje go w znajomym miejscu, to może być wygodne, człowiek nie musi się już o nic martwić.

Czyli bilet potrzebny tylko w jedną stronę. Słynny one way ticket. Tylko nie żaden ślizgacz, nie motorówka, błagam, okropny hałas, trudno się skupić. A moment jest ważny. Dlatego polecamy stylową łódź wiosłową. Potem, nasz drogi samotniku, trzeba będzie ci dostarczać żywność. Nie możesz sobie tak po prostu przymierać głodem aż do skutku. Proponujemy bezszelestny szybowiec w spadochronowej ciszy. Lądowanie. Albo dyskretną łódź z zaopatrzeniem. I tu znów najlepsza będzie łódź wiosłowa. Aż się wypełni, co pisane, czyli będzie docelowo. Ile to może potrwać? Ile kosztować? Bo wiadomo nie od dziś, że kuchnia egejska sprzyja długowieczności. Wszystko świeże: owoce morza, powietrze, zdrowa ziemia.

Oczywiście, kto chce i lubi się modlić, ma dla siebie całą wyspę. Ale nikt nie musi bawić się w pustelnika. Ani w Robinsona. Krzesać ogień drewienkami, denerwować się, polując na pożywienie? Mieszka się w małym domku z mądrze wyposażonym aneksem kuchennym. Noce bywają zimne? Dodatkowy koc. W końcu nie przesadzajmy z naturą, nasi klienci urodzili się w pobliżu lodówki. I każdy we krwi ma przymieszkę aspiryny.

No właśnie, kwestia lekarstw. Mogą być potrzebne. Żeby śmierć nie bolała. Zdarza się, że bogaci, ale beznadziejnie chorzy, między innymi słynny aktor czy piosenkarz, bo przecież nie zwykły człowiek, wybierają sobie naturalną śmierć na odludnej wyspie. Zawsze się sprawdza sypialnia z tarasem, klimat umiarkowany, codziennie widać, słychać, jak oddycha morze. Słowem, nie ma potrzeby śpieszyć się do końca. Może warto trochę pobyć tylko ze sobą. Polubić się. Pomyśleć życzliwie o sobie, zanim się ze sobą rozstaniemy. Przy okazji wypada zaprzyjaźnić się z tym miejscem, naszym ostatnim na ziemi, i wszystkim, co tam sobie żyje, chwilowo, jak my. Myślę szczególnie o ptakach i liściach.

Bo gdzie jak gdzie, ale na Morzu Egejskim, również na wyspie Krecie, której gór jeszcze nie widać, ale nieuchronnie zbliżamy się ku nim, każdy jakoś po swojemu czuje, co to znaczy los. Mieszkańcy tej ziemi, morza, od początku świata. No, powiedzmy, od setek pokoleń. Ale również ci, którzy osiedlili się dopiero zeszłej jesieni, czyli nie przeżyli nawet czterech pełnych pór roku. Nawet przelotni turyści, co nie pozostawią śladów na piasku i kręgów na wodzie, domyślą się swojego losu. A może ktoś z państwa też?

3

Widzę, już wychodzą. Ludzie i bagaże. Przyleciało kilka samolotów z różnych stron, ale rodaków pozna się na całym świecie. Rozglądają się. W tych oczach, póki się nie oswoją z nową sytuacją, jest spryt i lęk, i czujność. Po ubraniu Polaków praktycznie już nie znać. Tylko w kościele widać ich z daleka. Z wyciągniętą szyją biorą komunię do ust. Klękają na oba kolana. Czasem pod któreś podłożą chusteczkę. Czy będzie potem używana, tego nie śledziłam. Chyba możemy sobie z siebie pożartować. Przecież nie mówię nic na głos, prawda? Tylko do siebie. A poza tym chyba wolno mi. Jestem rodaczką. Pracuję dla Polaków, z Polakami.

Halo, halo, tu, tu jesteśmy. Na tle barw narodowych logo naszego biura: książę z liliami. Ja i kierowca Kostas, nasz grecki przyjaciel. Już spostrzegli, pokazują sobie naszą chorągiewkę. Podchodzą, niektórzy nawet uśmiechnięci. To bywalcy, światowcy, oho, nauczyli się. Przedstawię się każdemu.

Jestem Persi.

Persi jestem.

Mówcie do mnie Persi.

Nasza Persi.

Wasza Persi.

Uwaga, wymieniamy życzliwe spojrzenia. Dziękuję. Bez podawania rąk? Nie ma obowiązku. Na razie wystarczy. Proszę. Kto z państwa następny?

Jutro zebranie info. Tam się lepiej poznamy. Persi. Moja komórka: krzyżyk, kierunek i numer. Persi przez całe dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Macie tutaj, każde z państwa osobiście, kopertę powitalną od naszego biura. Informacja praktyczna, opisy wycieczek. Tak, podpisane Persi, gorąco polecam.

A teraz zajmujemy miejsca w autokarze. Kierowca Kostas chętnie wam pomoże. On swoje wie, kiedy trzeba albo jak sam chce, rozumie po polsku. Wystarczy go ładnie poprosić. Mówcie do niego Kostas, nie krępujcie się. A do mnie Persi. Takie imię jak dla kotki? Za chwilę wytłumaczę, skąd w ogóle ta Persi.

No cóż, wypróbowany przyjaciel naszego biura Kostas mówi do mnie, tak na marginesie: pamiętaj, Persi, ty się nie rób na blondynkę. Nam na Krecie podobają się nasze kobiety i podobne do naszych. A więc uważajcie, panie brunetki i ciemne szatynki! Ale nie jestem zazdrosna! Wobec tego czy blondynki mogą liczyć na blondynów? Żebym potem nie słyszała: turnus mija, ja niczyja. Proszę o pogodny uśmiech. Któż z nas może przewidzieć, co będzie za tydzień. Cały następny tydzień. Siedem dni i siedem nocy. Albo za tygodnie dwa. To zależy od państwa, jesteśmy na Krecie.

Wszyscy są? Muszę policzyć. No niestety, brak jednej osoby. Zgadza się, została mi jeszcze jedna koperta powitalna. Proszę państwa, nie ma rady, musimy zaczekać. Od tej chwili za cały turnus ja odpowiadam. Taki jest nasz regulamin, tego wymaga firma ubezpieczeniowa. Gdyby się coś komuś stało, pomyślcie też o swoich bliskich, oni bardzo się przejmują. A zdarzyło się przed paru laty, i nawet było o tym w mediach, co prawda to nie nasze biuro. W górach pilot wycieczki zlekceważył procedury. Nie sprawdził, ilu klientów najserdeczniej witał, ilu żegnał po zakończeniu tury, życząc dobrej nocy. Rutynowo, męskim uściskiem dłoni albo cmoknięciem w policzek. I co się potem okazało? Dwie osoby zaginęły na śmierć, z wyczerpania. Ja tak myślę. Jeżeli odłączyli się zaraz na początku, to pilot nawet ich nie zapamiętał. A co się im stało? Tego nigdy już się do końca nie dowiemy, chociaż śledztwo trwa.

Lotnisko, co prawda, to prawda, równe jak stół, a ludzi chwilami nawet za dużo. Ale coś złego może przydarzyć się wszędzie i zawsze. Na pustyni i w tłumie, równie dobrze, równie źle. Mówi się, że człowiek nie zna dnia ani godziny. I dodajmy, miejsca też. Potrafi zasłabnąć w toalecie, pod nadzorem kamer. Krzywo postawić nogę na trzech schodkach. Rozwiązane sznurowadła też potrafią zabić. A może wynikło coś z bagażem, awantura, trudności językowe, takie sprawy często źle się kończą na policji. Ja w razie czego pójdę to wyjaśnić.

Jeszcze minuta, proszę bardzo wolno, jak najwolniej, policzyć do sześćdziesięciu. I życzę państwu świętej cierpliwości.

O właśnie, idzie człowiek spóźniony, to pewnie do nas. Tak, macha ręką. Wesoły zielony plecak. Kijki. Typ turysty. Czy mógłby się pośpieszyć? No pewnie mógłby, ale mu się nie chce. I na pewno od początku nie pchał się do przodu. Tylko nie denerwujcie się państwo, ja z nim pogadam. Wszyscy czekają. Oczywiście. Ale ja chyba wiem, co się stało. Kijki były w plecaku. Do kabiny nie przyjęli. Musiał nadać osobno, teraz odebrał. I to zajęło dobrą chwilę. Ale idzie własnym rytmem, nie przejmuje się. Ja to rozumiem. Jesteśmy na wakacjach, to znaczy ja służbowo. Chyba wie, że się przyglądam, wzorowo pracuje kijkami, rękawy podwinięte, ręce wysportowane, równy krok. Na pewno nie jest młody. Ale stary też nie. Jednym słowem, mężczyzna. Może być. Niech sobie będzie.

Zaraz, zaraz, ale takich spodni się nie nosi. Pumpy, szare skarpety, wyglądają na wełniane. Koszula w kratę. Podejrzewam, że jest flanelowa. Długie rękawy. Czy to pasuje na Kretę? No ja nie wiem, zależy, jakie ma plany. A kolor oczu? Dlaczego się pytam, co mnie to obchodzi? Nic, ale po co wieczorem nosi ciemne okulary? I ten czerwony beret. Udaje komandosa? A może był. Raczej dawno temu. Oj, coś mi się przypomniało z młodym komandosem. Ale nie w tej chwili, dobrze? Mam tu poważne obowiązki. Jestem w końcu rezydentką-przewodniczką. Włosów nie widać spod beretu. To znaczy łysy albo ostrzyżony. Już podchodzi. W każdym razie nie ma wąsów ani brody. Uważam, że to słusznie, trzeba golić się codziennie. Wąsy łaskoczą, broda drapie, to rzecz gustu. Ja się trochę domyślam, kto to może być.

My czekamy. On jeszcze się ogląda. Na góry granatowe o tej godzinie. Może coś tam sobie wypatrzył. A ja go nie będę musztrowała.

Czekamy.

Dobrze.

Czekamy na pana.

A ja chcę o coś zapytać.

Proszę bardzo, jestem Persi, przewodniczka.

Co to jest za góra, Persi?

Która?

Taka piramida, jakby mały były wulkan, no tam.

Wiem.

Dziwny kształt.

Prawda?

Jak to się nazywa?

Pojęcia nie mam, czy ten szczyt w ogóle się jakoś nazywa.

Rozumiem, ty jesteś Persi.

A pan jest profesorem.

Dlaczego?

Nie wiem, tak jest dopisane na liście turnusu.

Ja nic nie dopisywałem.

Nie wiem kto, ale mogę do pana mówić: Profesorze.

Proszę bardzo, mnie to w ogóle nie przeszkadza.

Dziękuję, tam już stoi nasz autokar.

Trafię.

Tylko niech pan szybko wsiada, Profesorze.

Aha, to pewnie ten Profesor, dziewczyny coś mi o kimś takim wspominały. Ciekawe, czy wziął słuchawki i co sobie myśli o tych specjalnych wyspach.

Niestety zostało dla pana ostatnie miejsce. Jeszcze, jeszcze dalej, tak, proszę przejść całkiem do tyłu. Nic pan nie będzie widział. No trudno. Najbezpieczniejsze miejsce, jak dla pana Profesora. Ale za to proszę mnie uważnie słuchać.

Nikt się do pana nie odzywa? Słusznie. Chciałam powiedzieć, nic dziwnego. Pan się spóźnił. Wszyscy musieli czekać na pana. Ja też. Ale ja się na pana nie gniewam. Pan jeden zwrócił uwagę na mój trójkątny szczyt. On zawsze tam jest, pomyłka nie wchodzi w grę, nawet późno w nocy można się go spodziewać po tamtej stronie.

4

Zanim nasz przyjaciel Kostas upchnie wszystkie bagaże i w końcu ruszymy, przyznam się, że nie wiem czemu, ale chętnie opowiedziałabym Profesorowi, jak pewnego dnia chciałam ten szczyt zdobyć prosto z marszu.

Tylko panu, bo pan jest górskim turystą, więc pan ma jakieś górskie plany. A ja właściwie odnoszę dziwne wrażenie, jakby pan już o tym słyszał. Więc było tak, ostra sylwetka na tle nieba, szosa prowadzi w tym kierunku. Nagle szczyt znika mi z oczu, przesłonięty skalnym zboczem. Zbocze jest rozpłatane głębokim wąwozem. No to parkuję moją toyotkę najbliżej jak się da. Niech zaczeka. Akurat mam jakąś lukę czasową między turnusami, więc zamiast w kółko moczyć się i schnąć na plaży, spróbuję, może wąwóz zaprowadzi mnie tam, gdzie ja chcę, albo gdzie jemu się podoba, byle w tamtą stronę. Ale wejścia do wąwozu strzegą dwa wielkie, zakurzone psy i siatka z furtką. Zamknięta poskręcanym, zardzewiałym drutem. Psy przepuściły mnie, strasznie im gorąco. A na furtce jakaś kartka, odczytałam ją? To za dużo powiedziane. Raczej zrozumiałam, domyśliłam się, że mam zamknąć furtkę na drut. Czyli że mogę pójść dalej. Dziękuję.