Wydawca: Bellona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 571 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Turkusowe szale - Remigiusz Mróz

Długo oczekiwane wznowienie jednej z pierwszych powieści Remigiusza Mroza!

Do Anglii Polacy przybywają jako przegrani – najpierw kampanii wrześniowej, potem wojny we Francji. Brytyjscy przełożeni lekceważą ich umiejętności i wolę walki, nie spiesząc się z wpuszczeniem ich za stery samolotów. Trwa Bitwa o Anglię, liczy się każdy pilot, ale 307 Dywizjon Nocny Myśliwski pozostaje uziemiony. Morale spada, a szeregi „Lwowskich Puchaczy” topnieją.

Gdy w końcu jeden z Polaków weźmie sprawy w swoje ręce, wszystko się zmieni. Z nieba zaczną spadać niemieckie bombowce, dowódcy RAF-u będą rwać włosy z rozpaczy nad niesubordynacją Polaków, a angielskim elegantkom nagle zmiękną nogi. Nad dywizjonem wisi jednak niebezpieczeństwo, w jego szeregach bowiem ukrywa się szpieg…

Fascynująca powieść sensacyjno-przygodowa najpopularniejszego polskiego pisarza młodego pokolenia łączy w sobie doskonałą szpiegowską fabułę z wiernością historycznym źródłom. Wspaniała przygoda dla zainteresowanych II wojną światową, lotnictwem, a przede wszystkim dla miłośników polskiej ułańskiej duszy.

Opinie o ebooku Turkusowe szale - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Turkusowe szale - Remigiusz Mróz

Projekt okładki Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce Copyright©Stephen Mulcahey/Arcangel Images

Redaktor prowadzący Maria Magdalena Miłaszewska

Redaktor merytoryczny Ewa Cieślak

Redaktor techniczny Elżbieta Bryś

Korekta Zofia Firek

Wydanie II poprawione

© Copyright by Remigiusz Mróz, Warszawa 2014 © Copyright for the Polish edition by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2014–2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, szczególnie prawa do przedruku i tłumaczeń na inne języki. Żaden fragment książki nie może być w jakikolwiek sposób powielony albo włączony do jakiejkolwiek bazy odtwarzania elektronicznego oraz mechanicznego bez uzyskania wcześniejszej zgody właściciela praw autorskich.

Zapraszamy na strony:www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebookuwww.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna ul. Bema 87, 01–233 Warszawa Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78 faks 22 652 27 01biuro@bellona.pl

I w on czas Śmierci Anioł tkliwy Pod niebem leciał południowem; Wtem słyszy w dole szmer gniewliwy, I płacz miłości z żalu słowem...

– Anioł śmierci, Michaił Lermontow

Dla Dagmary,

Wstęp Autora do II wydania

Pisanie tej książki było dla mnie wyjątkowym wyzwaniem. Zabrałem się do tego w 2013 roku, jeszcze przed premierą mojej debiutanckiej powieści. Nie miałem takiego komfortu, jakim cieszę się teraz – nie mogłem zamknąć się na cały dzień w gabinecie i po prostu pisać. Wyrywałem więc każdą godzinę z każdego dnia, łapczywie i bezkompromisowo, by przenieść się w świat Felka Esskera, Leona i innych.

Ale nie dlatego okazało się to dużym wyzwaniem – powód był inny. Po raz pierwszy bowiem odszedłem nieco od fikcji i zbliżyłem się do rzeczywistości, biorąc na warsztat prawdziwy dywizjon, który w czasie wojny został sformowany w Wielkiej Brytanii.

Dlaczego to zrobiłem? Dobre pytanie. Jak każde dotyczące powodu, dla którego dana książka wygląda tak, a nie inaczej, albo skąd wziął się na nią pomysł. Jedni autorzy utrzymują, że idee wyławiają z głębokiej studni, inni twierdzą, że chodzą po nie na targ, a zdarzają się też tacy, którzy upierają się, że pomysły podsuwają im zmarli koledzy po fachu.

W tym wypadku tak nie było. Przeczytałem Sprawę honoru Lynne Olson i Stanleya Clouda, w której dwójka amerykańskich autorów skrupulatnie opisała, jak wielki wkład do wysiłku wojennego Wielkiej Brytanii wnieśli polscy piloci, i właśnie ta lektura stała się bezpośrednią inspiracją do napisania Turkusowych szali.

Początkowo planowałem zająć się słynnym Dywizjonem 303, ale szybko uznałem, że temat został już wyeksploatowany, a niezależnie od tego, jak dobrej powieści bym o tych chłopakach nie napisał, i tak nie dorośnie do pięt książce Arkadego Fiedlera.

Zacząłem więc szukać.

I przepadłem zupełnie. W relacjach z tamtych czasów, w statystykach zestrzeleń, a nawet w suchych raportach wojskowych i fotografiach, które znajdują się w brytyjskich archiwach. Uderzył mnie ogrom informacji – a co ważniejsze, ogrom polskich osiągnięć w przestworzach.

Po kilku dniach researchu problemem nie było to, by znaleźć inny dywizjon, którego dzieje mógłbym opisać – kłopot sprowadzał się do tego, który wybrać. Historia każdego z nich nadawała się na hollywoodzki film, ale z jakiegoś powodu to Lwowskie Puchacze, czyli piloci 307. Dywizjonu Nocnego Myśliwskiego, przykuły moją uwagę najbardziej.

Może dlatego, że jako jedyni latali pod osłoną nocy? Może ze względu na to, że musieli zmagać się z powietrznymi odpowiednikami starych „ogórków” PKS-u, a mimo to zdołali osiągnąć więcej niż niejeden dywizjon dysponujący najnowszymi maszynami?

Nie wiem, co było konkretnym powodem. Wiem jednak, że ich historia mnie zafascynowała. Stała się kanwą tej opowieści, ale dość mocno ją zbeletryzowałem, wraz z rozwojem akcji coraz bardziej odchodząc od prawdziwych zdarzeń. To wciąż fikcja literacka, nie podręcznik historii ani literatura faktu. Od momentu pierwszego wydania historycy wybaczyli mi wiele przeinaczeń i zmian, i mam nadzieję, że będą to robić nadal.

Minęło już kilka lat, od kiedy Turkusowe szale przypuściły nalot na półki księgarń. Po takim czasie każdego autora kusi, by zupełnie przemodelować wznawianą książkę, usunąć część fragmentów, zastąpić je innymi, poprawić wszystkie elementy, które wydają mu się niewłaściwie i…

I na dobrą sprawę wydać zupełnie nową powieść. Przyznam, że i mnie kusiło, ale idąc za przykładem Stephena Kinga, uznałem, że jest to historia, którą już opowiedziałem. Zamknięta, samodzielna i niezależna ode mnie. Ożyła w wyobraźni Czytelników, nabrała kształtów i wybiła się na niepodległość.

W tekście nic nie zmieniałem. Przed Tobą dokładnie ta sama przygoda, która sprawiła, że każdego dnia łapczywie wyrywałem kolejne godziny na pisanie…

Mam nadzieję, że chłopaki z 307. dyonu wyrwą ich trochę także Tobie.

Remigiusz Mróz, Warszawa, 13 stycznia 2017 roku

Prolog

Skrzydła myśliwca cięły ze świstem powietrze, a promienie wschodzącego słońca odbijały się od niewielkiej przedniej szyby w kabinie samolotu. Pilot poprawił maskę tlenową i starał się poluzować nieco gogle, bo ilekroć wracał po locie na ziemię i ściągał angielski osprzęt, na twarzy zostawały mu czerwone okręgi. Wyglądał jak klaun, a nie trzeba było dawać Brytyjczykom dodatkowych powodów do nabijania się.

– Stay in formation – rozległa się przez radio komenda dowódcy lotu szkoleniowego.

– Czego on chce? – zapytał pilot, obracając głowę w prawo i spoglądając na lecącego obok rodaka.

– Nie mam pojęcia.

– Może żeby rozluźnić formacje. Lecimy tak blisko, że czuję ciągnący się za tobą smród.

– Fuck you, sir – odparł drugi z Polaków, wykorzystując jedno z niewielu sformułowań, które zdołał przyswoić w ostatnich tygodniach. Wprawdzie Anglicy naciskali na coranne ćwiczenia mowy, którą posługiwali się w przestworzach, ale Polacy nie mieli do tego serca. Każdy z nich uważał, że do latania niepotrzebna im znajomość herbacianego języka. Brytyjczycy stali na zupełnie odmiennym stanowisku.

Nieszczęśliwie dla samych pilotów, nałożone na nich obowiązki nie dawały wiele okazji do zasiadania za sterami. Teraz mieli jednak zamiar odbić sobie cały ten zmarnowany czas, który spędzili na lądzie.

Tym bardziej że tego dnia zasiedli za sterami nowiutkich, amerykańskich fairchildów.

– Stay in formation, bloody hell... – znów rozległ się szorstki, nieustannie zirytowany i wyniosły głos. Ponownie nikt mu nie odpowiedział – przynajmniej werbalnie.

Pierwszy z pilotów uśmiechnął się lekko i pociągnął drążek steru w lewo. Jego jednopłatowiec poszybował w kierunku niskich zabudowań, które chwilę wcześniej wyłoniły się przed niewielką eskadrą.

– Zaraz będzie psioczył – rzucił z entuzjazmem do radia lotnik.

– Stay in formation, stay in formation! This is a direct order.I repeat, stay...

– Nic nie rozumiem. Po rosyjsku trochę panimaju, po francusku świetnie je parle, po niemiecku coś tam sprechen, ale ten twój język, chłopie, jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Żebyś jeszcze wyraźnie wymawiał, to może. Ale nie, musisz mamrotać. Niech mu ktoś wytłumaczy, że nie zepsuł mi się silnik, tylko się odłączyłem. Inaczej herbaciarz zaraz popuści ze strachu i na dole będą mieć złoty deszcz – odparł pilot, śmiejąc się pod nosem, po czym obniżył lot i skierował maszynę ku budynkom.

– Co robisz? – zapytał go ten, który przed momentem leciał w kluczu po jego prawej.

– Namierzyłem wafki.

– Przyjąłem. Udanych łowów.

Kiedy znalazł się bliżej ziemi, obrócił jednopłatowiec wokół własnej osi, robiąc beczkę. Przy drugim piruecie zatrzymał maszynę w pozycji do góry brzuchem, spoglądając na ziemię pod sobą. Było to o tyle ekscytujące dla lotnika, że amerykański fairchild nie miał oszklonej całej kabiny, a jedynie niewielką szybkę z przodu.

– Fucking twat! – rozległo się w radiu, a zaraz potem rozbrzmiały kolejne niewybredne określenia na niepokornego pilota. Wprawdzie dowódcy eskadr i dywizjonów byli na briefingach ostrzegani, że ich polscy podwładni mają tylko jedną zasadę – brak zasad, ale angielski oficer nie spodziewał się, że ktokolwiek odłączy się z formacji bez powodu.

– Officer pilot, this is ground control. You do not have permission for pancake – rozległ się inny głos w słuchawkach.

Lotnik stwierdził, że najwyraźniej zainteresowało się nim centrum dowodzenia lotów w Squires Gate – miejscu, gdzie liczna grupa Polaków stacjonowała od pewnego czasu. Tak czy inaczej, nadal niewiele rozumiał. W niczym mu to jednak nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie, cieszyło go.

Obniżył lot jeszcze bardziej i znalazł się kilkadziesiąt metrów nad płytą lotniska. Nadal z głową w dole, skierował jednopłat ku grupie kobiet idącej w kierunku jednego z baraków. Niebieskie mundury świadczyły o tym, że służyły w Women’s Auxiliary Air Force – służbie pomocniczej RAF-u. Zatrzymały się, skonsternowane nagłym dźwiękiem silnika i by zobaczyć, skąd dochodzi, nie musiały specjalnie zadzierać głów.

Polski pilot przeleciał tuż ponad nimi, machając i szeroko się uśmiechając.

– Serwus, dziewczyny! – krzyknął, po czym poderwał maszynę brzuchem do góry, odleciał kawałek i zrobił beczkę.

Rozdział I1940 rok

1

Zmrok zapadł nad bazą lotnictwa w Squires Gate dwie godziny temu. Grupa polskich pilotów starała się skupić całą swoją uwagę na prowadzonym wykładzie, ale raz po raz rozlegało się przeciągłe ziewnięcie, które rozchodziło się po sali jak epidemia. Temat nie nastrajał entuzjastycznie – brytyjski oficer rozwodził się nad budową silnika lekkiego bombowca fairey battle, a co gorsza, jeden z polskich pilotów zadawał mu co rusz jakieś pytanie, przez co monolog wykładowcy przybrał formę przeciągającej się dyskusji.

Irytacja była tym większa, że wszyscy słuchacze – prócz tego jednego nadgorliwca – zdawali sobie sprawę, że do tej pory powołano już cztery polskie dywizjony w ramach brytyjskiego lotnictwa. Oni zaś tkwili nadal w salach wykładowych, ucząc się nudnych teoretycznych niuansów, odbywali szkolenia fizyczne, do upadłego trenowali na radioodbiornikach, czy w końcu udawali przed Brytyjczykami, że uczą się języka. I czekali, aż przyjdzie ich pora.

Wieść niosła, że niebawem powołany miał zostać kolejny dywizjon, co było dla większości zrozumiałe, bo ostatni, 303, został uformowany już prawie miesiąc temu. Nieprzydzielonych lotników była jeszcze jednak cała armia.

– Nie wytrzymam – burknął pod nosem podporucznik Feliks Essker. – Zaraz mi szczęka pęknie od tego ziewania.

– Trudno nie zauważyć – odparł siedzący obok poirytowany sierżant. – Ale myśl o tych wszystkich Brytyjkach, które tylko na nas czekają w pubach.

– Nie mogę. Ten imbecyl mnie dekoncentruje.

– Ten pasjonat, co ciągle pyta, czy Anglik?

– Obaj – odparł Essker i uśmiechnął się blado do przyjaciela. Tymczasem oportunista nadal zadawał swoje pytania, chcąc zjednać sobie sympatię wykładowcy. Teraz zainteresowały go kwestie naprawy silnika, ale prowadzący szybko zbył temat, mówiąc, że niebawem odbędzie się cały wykład poświęcony tej materii.

– Mówię ci, skup się na dobrej perspektywie. Od razu przejdzie ci senność.

– Siedzimy w Blackpool już tyle czasu, że takie wizje dawno przestały mnie nachodzić. Widziałeś, jakie beczki nad nimi kręciłem? I nic. Wolą swoich, bo...

– Bo Brytole łażą w mundurach RAF-u – przerwał Feliksowi jego kompan. – Żadne wyczyny nad głowami wafek nie pomogą. A wszystko dlatego, że dostaliśmy te zasrane szmaciaki.

Podporucznik Essker podniósł bark i poklepał palcem wskazującym w naszywkę na ramieniu.

– No i? – zapytał sierżant. – To, że nosimy skromniutkiego orła i napis Poland, nie ma nic do rzeczy. Nie będę darzył szacunkiem czegoś, co nadawałoby się w porywach na worek do kartofli. Przez te łachmany Brytyjki nawet na nas nie popatrzą.

– Ale przynajmniej nikt nie zabrania ci marzyć – odparł Feliks. – Dlatego zasklep japę, pogrąż się we własnych fantasmagoriach, a ja idę spać. Obudź mnie, jak skończą to smutne przedstawienie.

Nie miał okazji zrealizować swojego planu, bo niedługo po krótkiej wymianie zdań, oficer prowadzący wykład oznajmił, że na dziś koniec. W towarzystwie sierżanta Leona Merowskiego, Essker opuścił prowizoryczną salę wykładową i chwilę później znaleźli się na płycie lotniska. Jak okiem sięgnąć, stały na niej maszyny sprawiające wrażenie, jakby wołały o to, by zasiąść za ich sterami. A mimo to, większość polskich pilotów przyspawano do ziemi.

– Felo, jesteś starszy stopniem, wytłumacz mi więc, po cholerę mi wiedza o silniku fairey battle? Jesteśmy myśliwskimi, do cholery. Mamy latać na tych autobusach, czy jak? – zapytał Leon, odpalając z ulgą papierosa. Wykłady z tym konkretnym Brytyjczykiem trudne do zniesienia także dlatego, że jako jeden z niewielu nie tolerował dymu.

– Może – odparł Feliks, również wyciągając paczkę chesterfieldów. – Nie wiem... Na dobrą sprawę, poleciałbym czymkolwiek, nawet największym gruchotem.

Przypomniał sobie jedną ze złotych myśli, którymi na prawo i lewo rzucał jego instruktor w Szkole Orląt w Dęblinie, pułkownik Tritchart. „Lepiej być ptasim gównem w powietrzu niż admirałem na wodzie czy generałem na lądzie”.

– Ba – przyznał Leon. – Poleciałbym na drzwiach od stodoły, byleby w kierunku Szwabów.

– I to jest dobre podejście, sierżancie – powiedział z uśmiechem podporucznik. – O ile miałbyś w planach spikowanie prosto na Kancelarię Rzeszy... lub inne miejsce, w którym Hycler obecnie się przed nami chowa.

– „Nami” to dużo powiedziane.

Uwaga Merowskiego zawisła w powietrzu jak smród. Szli w kierunku swoich baraków w milczeniu, tym samym bez dyskusji rezygnując z wizyty w jednym z pubów.

– W końcu gdzieś nas przydzielą – odezwał się po chwili Essker.

– Oby, bo niedługo tak mi nogi przyrosną do ziemi, że urwie mi dupę, jak się będę chciał gdzieś ruszyć.

Feliks uśmiechnął się cierpko, rzucił papieros na ziemię i zgniótł butem. Zdawał sobie sprawę, że wraz ze swoim kompanem nie są asami przestworzy, ale z pewnością mogli uchodzić za dobrze wyszkolonych lotników. Szkoła w Dęblinie nie wypuszczała ze swoich murów innych pilotów. Starała się przy tym uformować ich na prawdziwych, honorowych dżentelmenów, ale z efektami bywało różnie.

– Co jest w menu na jutro? – zapytał Leon, kiedy położyli się na swoich pryczach.

– Szkolenie radiotelegraficzne, po raz setny. Ground control, ground control, over...

– Wyborne danie – przerwał Esskerowi sierżant, nie mając ochoty słuchać tego, co od samego rana będzie grzmiało w słuchawkach.

– Lepsze od tych ich pieprzonych, ociekających tłuszczem, smażonych jajek.

– Nie narzekaj, panie poruczniku. W Polsce nie mają co jeść, a my dostajemy nawet plaster bekonu. Luksus.

– I tym bardziej szarga to moje nerwy – powiedział Felo, po czym westchnął i obrócił się na pryczy. – A teraz, po dawce nasennej w auli, idę spać. A, Leon, słuchaj...

– No?

– Chrap tak jak wczoraj, a obudzisz się rano z upierdoloną przegrodą nosową.

– Roger, over and out – pożegnał go Merowski.

Mimo wszechobecnego pesymizmu, kolejny dzień przyniósł iskrę nadziei na to, że nogi jednak nie przyrosną im do ziemi. Z samego rana rozeszła się wieść, że formowany jest kolejny dywizjon bombowy, więc w Blackpool zapanowało ogólne poruszenie. Wprawdzie zdecydowana większość Polaków uważała się za pilotów myśliwskich, niemających nic wspólnego z bombowcami, w dodatku nowy dywizjon miał stacjonować w innej bazie, na przedmieściach Nuneaton, ale na tym etapie lotnikom było już wszystko jedno. Każdy chciał znaleźć się na liście do przenosin.

– Tego się po herbaciarzach nie spodziewałem. Mają od groma myśliwców, a nam dają autobusy, coś tu jest nie w porządku – powiedział Leon, kiedy wraz z podporucznikiem przeglądali listę pilotów przydzielonych do 304. Dywizjonu Bombowego.

– Przynajmniej wiadomo, po co było to szkolenie z fairey battle – wymamrotał Essker, wodząc palcem po wykazie nazwisk. – W Bramcote dostaniemy właśnie je.

– Wezmę w ciemno. Miałeś świętą rację, że trzeba latać, czym się da.

– I nie zapomnij o tym, że zrzucanie bomb na Rzeszę będzie znacznie lepszą zabawą niż... – podporucznik urwał, dotarłszy do końca listy. – Nie ma nas – dodał.

Leon zamknął oczy i na moment zacisnął usta.

– Katastrofa – ocenił. – Będziemy tu, kurwa, siedzieć do końca wojny.

Ale nie siedzieli.

Następnego dnia otrzymali rozkaz o włączeniu do 307. Dywizjonu Myśliwskiego. Choć brzmiało to dobrze, było zgoła czymś innym, niż mogli się spodziewać.

2

Sierżant Irvin Fraser czekał przed biurem dowódcy w bazie lotniczej Kirton-in-Lindsey, przestępując z nogi na nogę. Wiedział, że zostanie przeniesiony do innej eskadry, a może nawet dywizjonu. Tego typu rozkazy w teorii były niedostępne dla zainteresowanych, ale w praktyce krążyły swobodnie po wojskowych barakach.

Po kilku minutach Irvin zasalutował i został wspaniałomyślnie powitany przez przełożonego, który ograniczył się do podniesienia na niego wzroku.

– Sierżancie Fraser... – zaczął dowódca, jakby starał się skupić i przypomnieć sobie, po co w ogóle wezwał go przed swoje oblicze.

– Tak, sir? – zapytał zniecierpliwiony Irvin. Czuł, że nadciąga coś dobrego. Może nie awans – na to, obiektywnie rzecz biorąc, nie zasłużył. Ale może przeniesienie do bardziej prestiżowego grona? Pomógł niedawno strącić niemieckiego messerschmitta, więc z pewnością mu się należało.

– Mam dla ciebie nowe rozkazy...

– Tak, sir? – powtórzył sierżant.

– Wejdziesz w skład polskiego dywizjonu, Eagle-owls. Będziesz tam robił za radiooperatora i strzelca, bo raz, że chłopaki nie gadają po naszemu, a dwa, że nie bardzo orientują się w samolotach, które im daliśmy. Rozumiesz?

Dowódca przeglądał dzisiejsze wydanie „The Times” i od momentu, kiedy Fraser pojawił się w jego biurze, nie podniósł wzroku znad gazety. Wydawał się kompletnie niezainteresowany tym, na co właśnie skazał angielskiego sierżanta.

– Ale sir...

Oficer zastukał palcem w jedną ze stron.

– Słyszałeś? – burknął. – Wczoraj pieprzona nazistowska mina zatopiła HMS Hostile. Niszczyciel przetrwał hiszpańską wojnę domową, bitwę o Narwik, starcia koło Kalabrii... i w taki sposób dokonał żywota... Ale tak to jest, jak się pływa, a nie lata.

– Chyba zaszła jakaś pomyłka – kontynuował niezrażony Irvin.

– Nie, pięć osób zginęło, HMS Hero ma zatopić wrak. Jak już zbierze ocalałych, rzecz jasna. I tak to właśnie jest w marynarce, chłopcze. Niszczą swoje własne jednostki...

– Miałem na myśli mój przydział.

– Że co?

– Mam wejść w skład dywizjonu... Polaków? Z tego co wiem, mieli sami...

– Od czego tu jesteś, sierżancie?

– Od wypełniania rozkazów i służenia Jego Królewskiej Mości – odparł czym prędzej Irvin Fraser i stanął na baczność.

– Między innymi – burknął dowódca. – Zdaję sobie sprawę, że to nietęga sprawa, ale musisz przeboleć. Mnie też to w głowie się nie mieści, żeby robić dywizjony dla ludzi, którzy w starciu z Luftwaffe nie wytrzymali nawet trzech dni. I co, mają pod angielskimi skrzydłami nagle stać się wirtuozami w chmurach?

– Nie sądzę, sir.

– Nikt cię nie pyta o zdanie – powiedział przełożony i poślinił palec, po czym przerzucił stronę. – Ale pewnie długo tam nie posiedzisz. Jak tylko nasi chłopcy wyjdą ze szkolnych murów, dostaną te samoloty. A może nawet wcześniej gdzieś cię przeniosą, nie ma powodu do paniki.

– O jakich samolotach mowa? – zapytał pilot, mając nadzieję, że choć maszyny będą jakimś plusem tego przeniesienia.

– Defianty – odparł oficer, jakby zażenowany.

Fraser milczał.

– Przerzucają wszystkie do nocnych dywizjonów, bo w dzień sprawdzają się jak moja teściowa w meczu krykieta. A coś trzeba z nimi robić. Ten 307. będzie najprawdopodobniej nocny, ale formalnie decyzja jeszcze nie zapadła.

– Daffy... – wymamrotał sierżant i opuścił głowę. Samoloty te nie cieszyły się zbytnim poważaniem, bo zaprojektowane zostały w sposób dla większości lotników nielogiczny. W przeciwieństwie do wszystkich innych nie posiadały działek z przodu, przez co pilot nie miał możliwości atakowania przeciwnika. Zamiast tego, za plecami miał radiooperatora oraz strzelca, który zajmował się obsługą całego arsenału. W zamierzeniu miało to być może zwiększyć efektywność przez wyraźny podział zadań na pokładzie, ale efekt był opłakany. W bezpośrednim starciu z niemieckimi samolotami defianty do tej pory się nie sprawdziły, nic więc dziwnego, że przenoszono je do służby nocami.

– Latałeś kiedyś na nich, jak rozumiem.

– Tak jest.

– Polacy nie, więc przewiduję, że będzie sporo problemów. Nie mają pojęcia, jak obchodzić się z takim sprzętem... – Dowódca urwał, drapiąc się po czole. – To banda niezdyscyplinowanych, gorących głów, nieznających języka, którym mają się komunikować w przestworzach. Zbieranina indywidualistów, zresztą słabo wyszkolonych. Latają w szykach tak luźnych, jakby ich powietrzne zwieracze... Zresztą nieważne. Uważaj tam na siebie.

– Tak jest – odparł Irvin, obawiając się, że to nie koniec wywodu. Dowódca jednak na powrót skupił się na gazecie, więc sierżant odczekał chwilę, po czym zasalutował i opuścił biuro.

Wyszedł na płytę lotniska i założywszy ręce na piersi, zatrzymał się i zadarł głowę. Tuż nad nim przelatywała eskadra spitfire’ów. Przeszło mu przez myśl, że pewnie strącą kilku Niemców. Mógł im tylko pozazdrościć. Bitwa w przestrzeni powietrznej Wielkiej Brytanii trwała w najlepsze od półtora miesiąca i mimo że Luftwaffe nie dawało za wygraną, to Anglicy byli górą. Irvin zaś, zamiast pomagać w zadaniu gnidom ostatecznego ciosu, miał latać z Polakami...

Przez huczące nad głową samoloty nie zauważył, że obok niego zatrzymała się kobieta w niebieskim mundurze, również żegnająca wzrokiem kolejne eskadry pilotów, ruszających do boju lub na patrol.

– Co jest, Fraser? – zapytała nonszalancko.

Wzdrygnął się mimowolnie, ale miał nadzieję, że uszło to jej uwadze. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się promiennie, niewątpliwie dostrzegając reakcję.

– Chojrak w powietrzu, a tchórzofretka na ziemi? Niebywałe.

– Jest wojna, nie zachodzi się ludzi od tyłu, do cholery.

– Taka wojna, że nie widziałam tu jeszcze ani jednego messerschmitta.

– I nie zobaczysz, bo żadnego nie przepuścimy. A w powietrzu ich nie spotkasz, bo nigdy nie siądziesz za sterami – odparł Irvin z szerokim uśmiechem.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że takie przytyki w końcu rozsierdzą Aileen Saville. Kobiety zrzeszone w WAAF-ie miały zadania identyczne jak wszyscy żołnierze w jednostce, z tą tylko różnicą, że nie mogły latać. Każda uwaga na ten temat siała ziarno na żyznym polu ich bezradności i frustracji.

Aileen zaś była jedną z największych entuzjastek idei, by kobiety zaczęły pilotować myśliwce. W końcu jeśli Amelie Earhart była w stanie przelecieć samotnie cały Atlantyk, to tym bardziej Brytyjki powinny bronić nieba nad swoim krajem. Można było wprawdzie zaciągnąć się do służby w Air Transport Auxiliary, gdzie pilotki dostawały w swoje ręce stery nawet potężnych maszyn, ale realizowano tam jedynie zadania logistyczne.

Tymczasem przestworza wołały o to, by wypełnić je pilotkami w brytyjskich spitfire’ach.

Oczywiście Saville pozwalała sobie na wygłaszanie takich opinii tylko wtedy, gdy w okolicy nie kręcili się wyżsi stopniem. Teraz zbyła uwagę lotnika milczeniem, więc Irvin stwierdził, że wypadałoby, by to on przerwał niezręczną ciszę.

– Tak więc... – zaczął. – Wydaje się, że... cóż...

– Masz problemy umysłowe, Fraser?

– Nie większe niż zazwyczaj – odparł z lekkim uśmiechem. – Ale fakt faktem, to nie jest mój dobry dzień.

– Jak tak na ciebie patrzę, to dochodzę do wniosku, że nigdy nie wyglądasz, jakbyś miał dobry.

– Yes ma’am – przytaknął. – Ale dzisiaj spadła na mnie wyjątkowo śmierdząca porcja łajna z dowództwa. Przydzielili mnie do Eagle-owls.

– Nie znam.

– Dywizjon Polaków. A co gorsza, całkiem możliwe, że nocny.

– Ojej... – powiedziała z szerokim uśmiechem Saville i ochoczo poklepała sierżanta po plecach.

– „Ojej” to mało powiedziane. Przylatują ze Squires Gate za parę dni i podobno nie znają w ogóle języka. Nie wspominając już o nieznajomości naszych zasad, maszyn, kultury...

– Przesadzasz. Churchill nie bez powodu zgodził się na sformowanie polskich jednostek. Nie jest głupi.

– Nie? A jak mówi, że „nie ma na świecie większych durniów od Anglików”, to też jest przejaw jego mądrości?

– Pewnie tak – odparła z powagą Aileen. – Mężczyzna, który wie, że jest głupi, nie jest tak do końca głupi. Ten więc, który wie, jak głupi jest jego naród, jest mędrcem.

– I właśnie za takie złote myśli nie latacie, dziewczyny – rzucił Fraser, po czym szybko zrobił krok w bok, by nie oberwać od Saville. Lotniczka spiorunowała go tylko wzrokiem, po czym odparowała:

– A ty będziesz latać z Polakami.

I to zupełnie go uciszyło.

3

Kilka dni później samolot transportowy z przyszłymi pilotami Dywizjonu 307 podchodził do lądowania na lotnisku w Kirton-in-Lindsey. Silniki umiejscowione na skrzydłach rzęziły niemiłosiernie, a pasażerowie kiwali się na wszystkie strony, mimo zapiętych pasów bezpieczeństwa. W najlepszym przypadku pomiatało nimi jak chorągiewkami na wietrze. W najgorszym jak świniakami po zagrodzie.

Felo Essker siedział naprzeciwko swojego kompana, młodszego stopniem lotnika. Merowski spoglądał na niego raz po raz, pozorując odruch wymiotny. Nie było to najlepsze urozmaicenie nudnego lotu, a w dodatku ściągało uwagę pozostałych żołnierzy. Zdecydowana większość ograniczyła się do pełnych politowania westchnień.

– Przestaniesz? – zapytał podporucznik.

– Za mało wypiłem przed startem. Wiesz, że nie latam bez kielicha.

– Myślałem, że to się tyczy tylko sytuacji, kiedy siedzisz za sterami – odparł Essker i obrócił głowę w kierunku dziobu samolotu. Wprawdzie z pokładu ładunkowego, na którym się znajdowali, nie widać było jak daleko są od ziemi, ale Feliks przypuszczał, że muszą podchodzić do lądowania. Ewentualnie obniżanie pułapu mogło wynikać z obecności maszyn Luftwaffe. Rzężące silniki skutecznie wszystko zagłuszały, więc nie sposób było stwierdzić, czy w okolicy znienacka nie pojawił się charakterystyczny dźwięk messerschmittów czy jeszcze lepiej rozpoznawalnych sztukasów. Te ostatnie dysponowały „trąbami jerychońskimi” – zamontowanymi na owiewkach podwozia syrenami, które miały wszem i wobec zwiastować zbliżającą się śmierć.

Essker uważał to za skrajny kretynizm, ale najwyraźniej Hitler musiał spróbować w tej wojnie wszystkiego – a póki skupiał się na takich bzdurach, nie było najgorzej. W ostatnim czasie samoloty te po spotkaniach z RAF-em spadały z brytyjskiego nieba jak śnięte ptaki. Polak żałował tylko, że jemu nigdy nie będzie dane podziurawić junkersa, bo zanim dopuszczą go do steru jakiegokolwiek samolotu, Niemcy dawno wycofają to barachło z frontu.

– Nad czym tak myślisz, poruczniku? – zapytał Leon, przekrzykując silniki.

Felo nie zdążył odpowiedzieć, gdyż wszyscy pasażerowie podskoczyli, gdy koła transportowca dotknęły płyty lotniska. Jeszcze kiedy kołował, Merowski wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i pociągnął spory łyk. Wyższy stopniem lotnik spojrzał na niego obojętnie, podobnie jak i reszta towarzystwa. Każdy był przyzwyczajony do tego widoku – czy Leon latał, czy był przyspawany do ziemi, zawsze smarował wątrobę. I mimo że niejednokrotnie pił bezpośrednio przed wejściem do samolotu, nigdy nie sprawiło to większych problemów. Może z wyjątkiem sytuacji, gdy przy pierwszym locie, na jakichś starych angielskich samolotach, przyuważył to jeden z Brytyjczyków. Leon dostał niemałą burę, ale koniec końców temat stał się tylko przyczynkiem do żartów pośród herbaciarzy.

Teraz jednak sytuacja miała zmienić się diametralnie – utworzono szósty polski dywizjon w ramach RAF-u, opatrzony numerem 307 i nazwą „Lwowskie Puchacze”, który miał rządzić się sam. Cała odpowiedzialność miała spoczywać w rękach Polaków, a przynajmniej tak wydawało się pilotom, którzy właśnie opuszczali pokład transportowca na lotnisku w Kirton-in-Lindsey.

Zbiórka nastąpiła niedługo potem, tuż obok płyty głównej lotniska. Nie zdążywszy odebrać nawet rozkazu o zakwaterowaniu, Essker i reszta rzucili swoje torby na kawałek trawiastego podłoża i ustawili się w szeregu.

Przed nimi stało dwóch mężczyzn, którzy sprawiali wrażenie, jakby znajdowali się tutaj za karę. Jeden w niebieskim mundurze RAF-u, opatrzonym polskimi oznaczeniami, około czterdziestoletni. I drugi, starszy o jakieś dziesięć lat, już w standardowym umundurowaniu brytyjskim.

Essker wykorzystał chwilę nieuwagi dwóch oficerów i obrócił głowę w kierunku płyty lotniska. Na niej, jak i w okolicach, trwał wzmożony ruch. Mechanicy krzątali się na drewnianych drabinach opartych o samoloty bądź rozstawionych tuż obok nich. Piloci pochylali się nad bombami i kreślili na nich kredami dedykacje. Inni technicy malowali na samolotach jakieś symbole, a w całym tym zamieszaniu krążyły spore grupy kobiet, znacznie liczniejsze niż w Blackpool. Niewątpliwy plus, pomyślał Feliks.

Gdy tylko kapitan zaczął przemawiać, pilot wiedział już, że ten plus jest jednym z niewielu. O ile nie jedynym.

Na wstępie padło kilka standardowych formułek, bo paść musiało. Informacja o rozkazie ustanawiającym jednostkę, powitanie, przedstawienie dowódców. Essker słuchał z uwagą, choć czekał na najważniejszą wiadomość – kiedy i gdzie będą mogli siąść za sterami. I jakich maszyn.

– Zostaliście włączeni do Dywizjonu 307, noszącego imię „Lwowskich Puchaczy”.

– Kurwa mać... – skwitował burkliwie Leon Merowski. – Puchacze? To sowy, nie?

– Zamknij się – rzucił pod nosem któryś z zebranych, nie odrywając wzroku od kapitana, który kontynuował swój wywód na temat wyboru nazwy. Po chwili poprawił turkusowy szal, który jako jedyny – prócz polskich dystynkcji – odróżniał go od oficera brytyjskiego, i oznajmił, że dowództwo zezwoliło, by takie szaliki nosili. W 303. mieli szkarłatne, im trafiły się turkusowe. Cóż, zawsze mogło być gorzej, skwitował w myśli Felek.

– Pewnie stamtąd nie widzicie, ale ta sowa... – Mówca podniósł kawałek materiału i wskazał na haft. – Trzyma w ręce... znaczy, w szponie, czy co ona tam ma... Trzyma butelkę. Miał to być koniak, ale nie wiem, czy do końca wyszło. Tak czy inaczej, nie jest to zachęta do chlania na umór.

Cisza.

Kapitan potoczył wzrokiem po zebranych, licząc, że wzbudzi choć lekkie uśmiechy. Wszyscy jednak stali w postawie zasadniczej, z marsowymi minami, jakby czekali na stracenie.

– Pod sową widnieje napis Semper Fidelis, ktoś wie, co to oznacza?

Znów cisza.

– Zawsze wierny – odpowiedział sobie oficer. – Ktoś wie, dlaczego?

– Bo taka jest dewiza Lwowa, a my jesteśmy „Lwowskimi Puchaczami” – odezwał się ktoś głosem tak poważnym, że nie wiedzieć czemu, po zebranych rozszedł się pomruk tłumionego śmiechu. Kapitan rozmasował czoło i stwierdził, że nie będzie łatwo.

– W porządku – powiedział, odchrząknąwszy. – Koniec tych dupereli. Przejdźmy do konkretów... Próbowałem załatwić nam hurricane’y i dowództwo zapewniało mnie jeszcze kilka dni temu, że je otrzymamy.

Feliks Essker zaklął siarczyście w myśli. Liczył na to, że trafią im się te myśliwce. Ale jak mówił wcześniej Leonowi, tak i teraz mógłby powtórzyć, że poleci największym rupieciem, byleby w kierunku fryców.

– Zamiast tego, nasi angielscy przyjaciele zaoferowali nam defianty.

– Co? – rozległo się pytanie z prawej strony szeregu, które szybko spowodowało reakcję łańcuchową. W ciągu kilku sekund cała dyscyplina znikła. Żołnierze obracali się, spoglądali na siebie i wymieniali się krótkimi uwagami.

– Trzysta siódmy będzie latał najprawdopodobniej w nocy – kontynuował kapitan, chcąc przekazać wszystkie złe wieści za jednym zamachem. Nie wszyscy usłyszeli jego słowa, ale ci, którym się udało, szybko przekazali je reszcie. I dopiero wtedy podniósł się prawdziwy raban.

– Jak niby nocami mamy cokolwiek wypatrzyć? – zapytał ktoś.

– Przydatniejsza od nas w tej wojnie będzie pasza dla knurów! – odezwał się ktoś inny.

Mówca nerwowo poprawił mundur, czekając, aż pierwsza fala protestów ucichnie.

– Przecież tam nawet nie ma działek... – powiedział Merowski.

– Panie kapitanie... Jeśli dobrze rozumiem, mamy być pieprzonymi szoferami dla strzelca, który będzie siedział za naszymi plecami? – dodał inny lotnik.

– I tak w nocy do nikogo byś nie strzelił – burknął ktoś pod nosem.

– Mamy walczyć ze szkopami czy, do kurwy nędzy...

– Order! – ryknął brytyjski oficer, który do tej pory przypatrywał się całej sytuacji w milczeniu, trzymając ręce skrzyżowane za plecami. Wodził wzrokiem pełnym dezaprobaty po zebranych Polakach, po czym najwyraźniej stwierdził, że jego polski odpowiednik nie ma zamiaru uciszyć swoich ludzi. Brytyjczyk musiał powtórzyć rozkaz kilka razy, zanim wszyscy usłyszeli.

– A ten herbaciarz to kto? – zapytał Leon.

– Wystąp, sierżancie – rzucił oschle polski dowódca.

Merowski spojrzał na Feliksa i przyjął wyraz twarzy dzieciaka, który narobił w pieluchę. Postąpił krok wprzód, przyjął postawę zasadniczą i czekał, aż kapitan się zbliży. Ten jednak najwyraźniej nie miał ochoty na indywidualne reprymendy – spojrzał na Leona, pokręcił głową i odłożył ukaranie niezdyscyplinowanego lotnika na później.

– Oficer, któremu udało się wreszcie was uciszyć, to kapitan Cameron Porterfield. Przedstawiał wam się na wstępie, może trzeba było słuchać? – zapytał polski oficer i omiótł wzrokiem grupę. W końcu machnął ręką. – Kapitan w ścisłej współpracy ze mną będzie dowodził dywizjonem.

– Jak to? – wyrwało się Merowskiemu.

– Na ziemię. Pięćdziesiąt pompek – rzucił jakby mimochodem kapitan i kiedy lotnik wykonywał rozkaz, ten kontynuował. – Taki konsensus zapadł w ustaleniach dowództwa. Czy wam się to podoba, czy nie, tak musi być.

– Panie kapitanie...

– To nie czas i miejsce na biadolenie, zrozumiano? Sam chętnie bym ponarzekał, bo są powody. Wiem, jaki potencjał w was drzemie, z niektórymi miałem zresztą okazję latać. Wiem, że będziecie się marnować na nocnych lotach, eskortując bombowce czy patrolując niebo bez większego celu. Wiem, że nie będziecie mieć okazji do tłuczenia niemieckich samolotów, że dostaliście ostatnie maszyny, jakie byście chcieli i że nie w smak wam robić za szoferów, ale trzeba wytrzymać. A ja będę działać, żeby sytuacja się zmieniła.

– Panie kapitanie...

– Cisza! – ryknął oficer, ale siła jego głosu nie była nawet w połowie taka, jak Porterfielda. Nie była to jednak kwestia charakteru Polaka, a jego podejścia – mówca sprawiał na zebranych wrażenie, jakby był przybity, a momentami nawet depresyjny. Prócz ostatniej wypowiedzi, mówił cicho, bez przekonania i z ewidentnym zawiedzeniem w głosie. Merowski, który właśnie skończył pompki, poderwał się zasapany z ziemi i pierwszą jego myślą było to, by dać dowódcy w mordę, bo ten i tak nie zabawi długo w Trzysta Siódmym.

– Mówcie teraz, który umie cokolwiek po francusku? – zapytał kapitan.

– Ja – odezwał się Essker, podnosząc rękę. Oficer odczekał jeszcze kilkanaście sekund, licząc na to, że zgłoszą się inni. Kiedy stało się jasne, że na nikogo więcej nie może liczyć, pokręcił głową.

– Świetnie. Jeden lotnik będzie w stanie komunikować się z Anglikami. No chyba że ktoś zna ich język?

Tym razem nie wyrwała się ani jedna osoba.

– Dobra. Słuchać, poruczniku – powiedział, patrząc na Feliksa. – Pójdziesz z kapitanem Porterfieldem, który potrafi memłać po francusku, ustalicie parę szczegółów, a potem zameldujesz mi, bo ja nie mam się jak z tym Anglikiem dogadać.

– Tak jest – odparł machinalnie Felo. – Korzystając z okazji, chciałbym zapytać, czy przywrócone zostaną nasze stopnie?

– Po ukończeniu szkolenia – odburknął kapitan.

Zdegradowanie, jakie łączyło się z wcieleniem polskich lotników do brytyjskich sił, było największym prztyczkiem w nos, jaki otrzymali. Piloci–oficerowie, bez względu na stopień, spadli do poziomu pilot officer, odpowiadającemu podporucznikowi – w tym także Essker.

Nie była to jednak jedyna ujma, jaka ich spotkała.

– Co to za szmata, panie kapitanie? – zapytał Feliks, wskazując na powiewającą czarną flagę z białym orłem, która przed momentem została wciągnięta na wysoki maszt. Pozostali zgromadzeni zwrócili wzrok w jej kierunku i jak jeden mąż, zmarszczyli czoła.

– Nie wiem, zapytaj herbaciarza.

Essker spojrzał na Porterfielda.

– Panie kapitanie, co to za flaga? – zapytał.

Do tej pory Brytyjczyk przyglądał się reakcji Polaków ze zdziwieniem, ale teraz wywrócił oczami, zupełnie zdezorientowany. Zbliżył się o krok do Feliksa, po czym rzekł:

– Wasza.

– Jaka nasza?

– Wywiesiliśmy na waszą cześć, z okazji przybycia.

– Przecież to... Panie kapitanie, nasza flaga jest biało-czerwona.

Grupa lotników zauważyła kilku angielskich pilotów, którzy stali w okolicach masztu i wskazywali sobie Polaków, formułując pod nosem zapewne jakieś niezbyt pochlebne opinie, gdyż szyderczo się przy tym uśmiechali.

– To nie wasza flaga? – upewnił się Porterfield.

– Nie.

– No to godło.

– Na godle mamy białego orła. Na czerwonym tle.

– Niemożliwe.

– To jakiś żart? – zapytał polski lotnik, a w odpowiedzi otrzymał jedynie wzruszenie ramionami. Essker poczuł się, jakby uczestniczył w zupełnym cyrku. Uniósł brwi, z niedowierzaniem przenosząc wzrok na polskiego dowódcę.

– I o co chodzi? – zapytał pod nosem kapitan.

– Wywiesili naszą flagę. Przynajmniej tak myślą.

Kilku lotników natychmiast odwróciło się do Anglików i obrzuciło ich złowrogim spojrzeniem. Na dobrą sprawę wystarczyło spojrzeć na grupę herbaciarzy, by stwierdzić, że robią sobie z nich jaja.

W normalnych okolicznościach nie byłoby to punktem zapalnym najmniejszego konfliktu, co najwyżej prowadziłoby do kilku obelżywych uwag. Teraz jednak, gdy Polska znikła z mapy świata, każdy symbol nabierał znaczenia niemal sakralnego. Kalanie go w jakikolwiek sposób, choćby najbardziej prozaiczny, było aktem herezji.

– Ja im, kurwa... – zaczął Leon, ale nie dokończył. Kilku pilotów z prawej strony szeregu puściło się pędem w kierunku masztu, więc Merowski szybko uznał, że zamiast gadać, należy przejść do czynów.

– Stać! – zdążył jeszcze krzyknąć kapitan, zanim Essker do nich dołączył. Biegł tuż za Leonem, mając zamiar raczej powtrzymać przyjaciela przed zrobieniem głupoty, niż wdawać się w utarczki z tutejszymi pilotami. Nie zdążył jednak do niego dopaść, zanim ten wyprowadził potężny prawy sierpowy, który wylądował prosto na twarzy jednego z Brytyjczyków.

Drugi z nich zamachnął się w odwecie, ale Merowski sprawnie się uchylił, przez co zaciśnięta pięść sięgnęła Feliksa. Podporucznik szybko doszedł do siebie i zanim jego kompan zdążył się wyprostować, wymierzył cios w brzuch angielskiego pilota.

Jatka trwała nie dłużej niż przez minutę, po której na miejscu zjawił się polski kapitan w towarzystwie Porterfielda. Jeden krótki rozkaz sprawił, że wszyscy lotnicy stanęli na baczność – choć do tego czasu kilku z nich już obficie krwawiło z nosa, w tym Essker.

– Sierżancie Fraser! – ryknął tubalnie Cameron.

– Słucham, sir? – zapytał Irvin, ocierając krew spływającą do ust.

– Widzę, że jesteś tu najstarszy stopniem – zaczął Porterfield.

– Tak jest.

– Wytłumacz więc, co się, do cholery, stało? Nagle przestaliście być godnymi oficerami Królewskich Sił Lotniczych, kiedy ja byłem na odprawie z Polakami? Czy może po prostu chcecie czyścić latryny do końca służby w tej jednostce?

– Oni...

– Nie, nie, nie, sierżancie Fraser. Nie chcę słyszeć o „nich”. O „nich” słucham bez przerwy. Polacy to, Polacy tamto, potrafią latać, nie potrafią latać, są bandą dzikusów, są dżentelmenami, są niedorajdami, są wirtuozami lotnictwa... Mam serdecznie dosyć. Interesuje mnie wasza postawa, która jest karygodna.

– Tak jest, sir.

– Zgłoś się do dowódcy swojej eskadry.

– Niestety, panie kapitanie, jeszcze go nie znam. Zostałem przydzielony... Cóż, właśnie do Polaków.

Cameron Porterfield przez moment spoglądał na Frasera, jakby ten był chory na umyśle. Odchrząknął, przeniósł wzrok na swojego polskiego odpowiednika, po czym zmitygował się, że nie ma jak się z nim porozumieć. Kiedy zreflektował się, że jedynym tłumaczem może być lotnik, który stał teraz przed nim z zakrwawioną twarzą i który brał udział w tym kretyńskim przedstawieniu, zrezygnował z wyjaśnienia tej sytuacji Polakom.

– Rozumiem, że to był zwykły błąd? – zapytał, patrząc na Irvina.

– Jaki błąd?

– To nie jest, do cholery, ich flaga – odparł kapitan, wskazując na białego orła, trzepoczącego na czarnej tkaninie.

– Jak to nie? Takie dostaliśmy informacje.

– Bloody hell... – skwitował pod nosem Porterfield.

Jeśli tak miała wyglądać ich współpraca, to nie trzeba było żadnych szkopów. Pozabijają się sami.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IIPierwsza połowa 1941 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IIIDruga połowa 1941 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IV1942 rok

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Posłowie historyczne

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.