Turbulencja - Whitney G. - ebook
lub
Opis

Spotkali się w chmurach: pilot i stewardessa. Skandal wisiał w powietrzu.

Gillian przybywa do Nowego Jorku  w poszukiwaniu sensu życiu. Wkrótce rozpoczyna pracę jako stewardessa. Na pokładzie jednego z samolotów poznaje aroganckiego do granic wytrzymałości, lecz diabelnie przystojnego pilota Jake’a, eksperta w przygodach na jedną noc, którego nie interesują randki, zwierzenia i trzymanie się za ręce.

Para decyduje się na prosty układ – seks bez zobowiązań. Zaczyna się szalona seksowna podniebna podróż. Sceny namiętności na różnych lotniskach, w hotelach i miejscach na świecie. Tajemnicze telefony, problemy rodzinne i mroczne cienie przeszłości, które dopadają Jake’a. Pojawia się też niepohamowane uczucie Gillian.

W pewnym momencie bohaterowie będą musieli skonfrontować swoje oczekiwania. Czy wyjdzie im to na dobre?

To oni.

To pokręcona miłość.

To Turbulencja.

__

Jeśli podoba ci się typ zarozumiałego samca alfa, to pora,  żebyś weszła na pokład tej powieści najwyższych lotów! Britanny Says Book Blog, blog literacki

Turbulencja to epickie love story, mówiące o tym, co może wydarzyć się, kiedy oddamy losowi kontrolę. To ten rodzaj książki, który bezpowrotnie wciąga cię od początku! – White Hot Reads, blog literacki

___

O autorce:

Whitney G. to dwudziestoośmioletnia optymistka, który ma obsesję na punkcie podróży, herbaty i wspaniałej kawy. Jest bestsellerową autorką „New York Times” i  „USA Today” oraz założycielką The Indie Tea – inspirującego bloga dla niezależnych twórców. W wolnych chwilach, gdy nie rozmawia z czytelnikami przez komunikator Facebooka, najprawdopodobniej pisze na swojej stronie internetowej lub dodaje zdjęcia na Instagramie. Jeśli tego nie robi, prawdopodobnie jest zablokowana, pracując nad kolejną szaloną powieścią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 427

Popularność


Dla ciebie. Tylko

TURBULENCJA (rzecz.)

1. Stan gwałtownego bezładu lub zamętu.

2. Chaotyczny lub niestabilny ruch powietrza w atmosferze.

3. MY. Wszystko, co charakteryzuje nas.

PRZED WEJŚCIEM NA POKŁAD

GILLIAN

Prolog

Ile razy mnie sparzysz?

Trzy, cztery, pięć, może dziesięć…

Czy to ja ranię ciebie?

Tak, „to” się musi skończyć.

Jeśli odejdziesz pierwszy, pójdę za twoim przykładem.

Już ci mówiłam, ale ty nigdy mnie nie słuchasz…

Gdy po raz pierwszy przeżyłam gwałtowne turbulencje, obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wsiądę do samolotu.

Było to podczas nocnego lotu z Seattle do Londynu, kiedy po trzech godzinach w powietrzu zaskoczyła nas gwałtowna, letnia burza. Samolotem porządnie trzęsło, pasażerowie krzyczeli i modlili się o życie, a moje krzepiące zapewnienia: „Spokojnie! Proszę państwa, proszę zachować spokój!”, trafiały w próżnię.

Pilot był młody i niedoświadczony, a jego cichy głos nie dodawał otuchy. Gdy szklanki i kieliszki w kabinie pierwszej klasy runęły na podłogę, roztrzaskując się wśród rozwalonych wszędzie bagaży, poprzysięgłam sobie, że kończę z lataniem, jeśli tylko wylądujemy.

Oczywiście złamałam tę przysięgę już kilka godzin później, ale w końcu mogłam powiedzieć, że przeżyłam turbulencje najgorsze z możliwych.

Tak mi się przynajmniej wydawało.

– Proszę pani? – Jakiś pasażer w pierwszej klasie przerywa moje rozmyślania, chwytając mnie za łokieć, gdy przechodzę obok jego miejsca. – Proszę pani?

– Tak?

– Za ile godzin będziemy w Paryżu?

– Za osiem, proszę pana. – Powstrzymuję się od wytknięcia mu, że pytał mnie o to zaledwie kwadrans temu. – Podać jeszcze coś do picia?

– Dolewkę białego wina poproszę.

Kiwam głową i czym prędzej napełniam jego kieliszek po brzegi winem przyniesionym z chłodziarki w części kuchennej. Muszę go obsłużyć jak najszybciej, żeby móc wreszcie spokojnie usiąść i zająć się tym nieznośnym bólem w klatce piersiowej.

– Mogę poprosić o koc? – dopytuje, zanim zdążę odejść.

Z wymuszonym uśmiechem sięgam do schowka bagażowego nad jego siedzeniem i rozkładam mu koc na kolanach.

– Czy coś jeszcze?

– Nie, ale… – urywa i unosi brwi. – Och, ależ pani poczerwieniała. Dlaczego pani płacze?

– To nie od płaczu – kłamię. – Trwa sezon alergiczny.

– W samolocie?

– Czy mogę panu jeszcze w czymś pomóc, sir? – Czuję, jak łza spływa mi po policzku. – Jeśli nie, to zajrzę do pana nieco później.

Nie odpowiada, tylko sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki i podaje mi chusteczkę.

– Mam nadzieję – mówi, mierząc mnie wzrokiem – że to nie przez jakiegoś faceta. Jest pani zbyt piękna, aby płakać z takiego powodu… Zaraz. Jednak chodzi o faceta, prawda?

Nie odpowiadam. Po prostu przyjmuję chusteczkę i odchodzę.

Idę na tył samolotu. Przechodzę przez kabinę pełną śpiących pasażerów i zamykam się w toalecie. Z oczu ciekną mi łzy, gdy wyciągam telefon i loguję się do mojego prywatnego bloga, aby jeszcze raz przeczytać to, co napisałam kilka miesięcy temu. Aby jeszcze raz podręczyć się przypomnieniem, że nie słucham sama siebie.

~ Wpis na blogu ~

Powtarzam to sobie po raz ostatni.

Naprawdę ostatni.

Moje serce nie zniesie kolejnej serii wściekłych kłótni, kolejnej rundy niebezpiecznej gry z cyklu „Pogodzimy się? Powinniśmy się pogodzić?”, kolejnego okrążenia na tej karuzeli niekończących się wzlotów i upadków.

Fakt, ten facet pieprzy mnie jak nikt inny, aż błagam o więcej, gdy tylko ze mnie wychodzi. Do tego robi mi tak dobrze ustami i umie godzinami utrzymywać mnie na granicy orgazmu – jest w tym niezrównany. Ale nasze wzajemne dostrojenie (a raczej rozstrojenie) w końcu sięgnęło szczytu.

Nie wrócę do tego.

Nie wrócę do tego.

Nie. Wrócę. Do. Tego.

Zanim zdążę doczytać do końca, słyszę pukanie do drzwi i wzdycham.

– Zajęte – mówię. – Świeci się czerwona lampka.

Pukanie się powtarza, tym razem jest znacznie głośniejsze, więc z jękiem otwieram drzwi.

– Zdaje się, że te światełka są… – Słowa więzną mi w gardle, bo przede mną stoi mężczyzna, którym teraz gardzę i którego staram się unikać od początku tego lotu. Pilot. Zaciska szczęki i wbija we mnie gniewne spojrzenie swoich pięknych, błękitnych oczu, a ja nie mogę mu się oprzeć, choć tak bardzo bym chciała.

Jego idealna twarz o surowych, wyrazistych rysach, pełne wargi, wręcz stworzone do długich, uwodzicielskich pocałunków, i ten tupet, który bije z niego na kilometr, zawsze mnie podniecały i niemal błyskawicznie obezwładniały.

W kabinie pasażerskiej za nim miga kilka lampek do czytania, a na paru ekranach telewizyjnych zaczyna się drugi z zaplanowanych na czas lotu filmów.

– Musimy porozmawiać, Gillian – mówi ściśniętym głosem. – Teraz.

– Dzięki, ale nie. – Próbuję zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale przytrzymuje je, wpycha mnie do środka i zamyka za sobą.

Przez kilka sekund żadne z nas nie odzywa się ani słowem. Po prostu wpatrujemy się w siebie nawzajem, jak robiliśmy to już nieraz, a w powietrzu między nami unoszą się ból i rozczarowanie.

– Nie mam ci nic więcej do powiedzenia, Jake’u. – Głos mi się łamie. – Nic więcej.

– I dobrze – syczy. – Bo to ja będę mówił.

– Co za ironia. Zwykle nie mówisz nic.

– Pieprzysz się z innym? – wyrzuca z siebie tak chrapliwie i gardłowo, że nie jestem pewna, czy dobrze usłyszałam.

– Co?

– Mam powtórzyć? – Piorunuje mnie wzrokiem i przysuwa się bliżej. – Pieprzysz się z innym?

– Nie rozmawialiśmy od tygodni. – Zaciskam zęby. – Nie widziałam cię od tygodni i tak brzmi twoje pierwsze pytanie? A gdzie: „Cześć, Gillian. Dawno nie gawędziliśmy. Jak leci?”.

– Cześć, Gillian – przedrzeźnia mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Dawno nie gawędziliśmy. Jak leci? – Nie daje mi szansy na odpowiedź. – Pieprzysz się z innym?

– Nie.

– Spotykasz się z innym?

– To to samo cholerne pytanie.

– Więc czekam na tę samą cholerną odpowiedź.

– Nie. – Zakładam ręce na piersi. – Nie, nie spotykam się z innym, ale wkrótce zacznę. I wiesz co? To będzie ktoś, przez kogo nie będę co chwilę czuła się tak, jak teraz, ktoś, kogo nie podnieca znikanie mi z oczu na kilka tygodni i przez kogo nie będę musiała zadręczać się po nocach, bo on nie chce się przede mną otworzyć. A przede wszystkim to będzie ktoś, kto będzie mnie szanował, zamiast zachowywać się, jakby miłość do mnie strasznie mu ciążyła.

– Nigdy nie powiedziałem, że miłość do ciebie mi ciąży.

– I nigdy nie powiedziałeś, że mnie kochasz.

Cisza.

– Gillian… – Wzdycha, przeczesując dłonią swoje włosy w kolorze brudnego blondu. – Posłuchaj…

– Pieprz się. Przepuść mnie. – Napieram na jego klatkę piersiową, próbując uciec, ale nic z tego. – Wypuść mnie stąd, i to zaraz.

– Nie. – Obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie, jednocześnie ocierając mi łzy koniuszkami palców wolnej ręki. Gładzi mnie po plecach i całuje kąciki ust, delikatnie gryząc moją dolną wargę, tak jak robi to zawsze, nim zacznie mnie pieprzyć. – Wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził.

– Wiem?

– Powinnaś, do cholery. – Jeszcze raz gryzie moją dolną wargę, tym razem znacznie mocniej, a potem szepcze mi prosto w usta: – Musisz dać nam drugą szansę.

– Uważasz, że jestem aż tak głupia?

– Z nas dwojga nie tylko ja popełniam błędy. – Przeczesuje mi włosy palcami, muskając moje usta swoimi. – Pamiętam, że na początku było to dość popieprzone.

– To nadal jest popieprzone. – Patrzę mu w oczy. – Nadal nie dopuszczasz mnie do siebie, nie rozmawiasz ze mną, nic mi o sobie nie mówisz. Ja otwieram się przed tobą, jestem z tobą szczera, a mimo to, choć minęło tyle czasu… – Resztę tego zdania tłumią jego wargi i język wślizgujący się do moich ust. Błagający, drażniący, obezwładniający.

Próbuję się opierać, odepchnąć go, ale bezskutecznie. Jego pocałunek odurza mnie, przypomina, jak dobrze może być nam razem. Powoli poddając się jego ustom raz po raz zdobywającym moje, cichym szeptem zaczynam zadawać mu pytania. Czy uprawia seks z inną? Zaprzecza. Czy spotyka się z inną? Karze mnie, ściskając mój tyłek i rzucając szorstkie „nie”. Pytam, gdzie się podziewał przez kilka ostatnich tygodni i dlaczego zawsze tak znika, ale zamyka mi usta jeszcze głębszym pocałunkiem, który przyprawia mnie o dreszcz na całym ciele.

– Porozmawiamy dziś wieczorem – szepcze. Chwyta mnie za rękę i przyciska ją sobie do wybrzuszenia w spodniach, abym poczuła, jak twarda jest jego męskość. – Będziemy rozmawiać, o czym tylko zechcesz.

– „Dziś wieczorem”, czyli rano, gdy wylądujemy w Paryżu, czy „dziś wieczorem” w tej chwili?

– Dziś wieczorem, czyli zaraz jak stąd wyjdziemy, czyli zaraz po tym, jak oprzesz się o te drzwi, a ja ci przypomnę, do kogo należy twoja cipka. – Kładzie dłoń na mojej i bez słowa każe mi rozpiąć sobie spodnie. – Zadowolona?

Kiwam głową, a on jeszcze raz zgniata moje usta swoimi i kolejna kłótnia nagle się urywa – skazana na zapomnienie jak wszystkie inne. Jego dłoń wślizguje się pod moją spódnicę, a gdy między udami czuję wzbierającą wilgoć, wiem, że znowu wszystko stracone.

Wszystko jest nami.

Wszystko jest turbulencją.

Ile razy mnie sparzyłeś?

Trzy, cztery, pięć, może dziesięć?

Czy to ja sparzyłam ciebie?

Tak, ty to zrobiłeś, i to nie raz.

Powinnam odejść pierwsza, abyś mógł pójść za moim przykładem.

Ale chyba od początku wiedziałeś,

że tego nie chciałam…

TERMINAL A. CHŁOPAK POZNAJE DZIEWCZYNĘ

BRAMKA A1

JAKE

Dallas (DAL) → Singapur (SIN) → Nowy Jork (JFK)

Tylko trzech rzeczy na świecie nienawidzę bardziej niż okrutnego cyrku, jakim jest moja rodzina: tych nowych zmian w branży lotniczej, tego, że to jedyna branża, w której w ogóle jestem w stanie pracować, oraz faktu, że wywieszka „Nie przeszkadzać” na drzwiach pokoju hotelowego najwidoczniej przestała cokolwiek znaczyć.

Dziś rano już dwukrotnie pukano do moich drzwi, i to w najgorszych chwilach, jakie można sobie wyobrazić. Za pierwszym razem akurat uprawiałem seks i kobieta, którą w tym celu do siebie zaprosiłem, właśnie wypinała tyłek, opierając się o stolik do kawy, a mój kutas wbijał się co i rusz w jej cipkę. Za drugim razem przeglądałem poranne gazety, wypalając żarem mojego ostatniego cygara dziury w ich rojących się od kłamstw stronach.

A teraz, po raz trzeci w ciągu trzech godzin, znowu ktoś się dobijał do drzwi.

– Panie Weston! – Tym razem stukaniu towarzyszył kobiecy głos. – Panie Weston, jest pan tam?

Nie odpowiedziałem. Dalej stałem pod gorącym strumieniem prysznica, próbując wykombinować, jak mógłbym się z tego wywinąć.

– Panie Weston, to ja! Doktor Cox! – Dziesięć minut później za drzwiami rozległ się ten sam piskliwy głos: – Wiem, że pan tam jest! Jeśli pan nie otworzy, będę zmuszona uznać, że coś się stało, i wezwać policję!

Jezu Chryste…

Zakręciłem wodę i wyszedłem spod prysznica. Nie zawracając sobie głowy ręcznikiem, przeszedłem przez apartament i otworzyłem drzwi, stając twarzą w twarz z rudowłosą kobietą w białej garsonce.

– Czego pani chce, do cholery? – spytałem.

– Proszę? Jak pan śmie mówić do mnie tym tonem? Nie podoba mi się, że ignoruje pan… – Nagle urwała w pół zdania i cofnęła się o krok. Jej wielkie, brązowe oczy zaokrągliły się, a policzki oblały się wstydliwym rumieńcem.

– Pański członek jest, hmm… – powiedziała cicho. – Pan jest zupełnie nagi.

– Cóż za spostrzegawczość – odparłem oschle. – Czego pani chce?

Jeszcze przez kilka sekund błądziła wzrokiem po moim członku, zanim odchrząknęła.

– Jestem doktor Cox z Biura Spraw Pracowniczych Elite Airways.

– Kojarzę.

– Wiem, że w ten weekend miał pan odbyć ostatnią sekwencję lotów dla Signature Air, ale już w poniedziałek wchodzi w życie fuzja Elite i Signature, więc jednak będzie pan musiał uzupełnić parę dokumentów – powiedziała. – Miał pan na to dziesięć miesięcy i w tej chwili jest pan jedynym pilotem, który nie wypełnił profilu osobowościowego. Co więcej, mogłabym przysiąc, że poinformowaliśmy pana, że specjalnie w tej sprawie przylecimy do Dallas podczas pańskiej przerwy między lotami, panie Weston. Jesteśmy tu z pańskiego powodu, a pan każe nam na siebie czekać. Czy potraktowanie nas poważnie to zbyt wiele?

– Potraktuję panią poważnie, kiedy pani zauważy, że oczy mam wyżej.

Wyraźnie podenerwowana, znów się zarumieniła i w końcu podniosła na mnie wzrok.

– Miał pan być na dole o siódmej.

– Powiedziałem, że zejdę o ósmej.

– Cóż – stwierdziła, zerkając na zegarek. – Jest siódma trzydzieści, a nalegaliśmy na spotkanie o godzinę wcześniej, aby dać panu czas na zapoznanie się z niektórymi punktami naszej nowej polityki. Nalegaliśmy.

– Nie, sugerowaliście. To dwa różne pojęcia wyrażające dwa różne oczekiwania.

– Zdaje się, że do listy pańskich indywidualnych cech mogę dopisać „chodzący słownik”. – Przewróciła oczami. – W następnym e-mailu do pana będę bardzo uważnie dobierała wyrazy.

– Słusznie.

– Czyli spotkamy się na dole o ósmej?

– O ósmej trzydzieści. Ktoś wyciągnął mnie spod prysznica, żeby opowiadać mi o jakichś pierdołach, więc muszę nadrobić stracony czas.

– Panie Weston, przysięgam na Boga, że jeśli nie zejdzie pan na dół w ciągu następnej godziny, zasugeruję moim zwierzchnikom, że powinniśmy się spakować i wyjechać. I mogę obiecać, że po tym weekendzie już nie postawi pan stopy na pokładzie żadnego samolotu.

– Nie przepadam za pustymi groźbami, ale tak między nami, „będę nalegać” znacznie lepiej pasowałoby do tego zdania. Przyjdę, jak tylko skończę brać ten cholerny prysznic. – Zatrzasnąłem drzwi, zanim zdążyła coś odpowiedzieć.

Wracając do łazienki, podniosłem z podłogi kilka pustych opakowań po prezerwatywach i wrzuciłem je do kosza na śmieci. Potem wyjąłem z szafy czapkę kapitańską i granatowy mundur i położyłem je na łóżku.

Od dziesięciu lat latałem dla przyzwoitych linii lotniczych i firm. Zasłużyłem na te cztery złote paski na pagonach i naprawdę myślałem, że do końca swojej kariery będę latał samolotami ukochanych linii Signature Air. Ale kiedy Elite Airways zostało wiodącym przewoźnikiem powietrznym w kraju, hołdując dewizie: „Przywłaszcz sobie wszystko, co było najlepsze w czasach Pan Am, i udawaj, że to coś nowego”, wiedziałem, że w końcu znajdą sposób na przejęcie i moich ulubionych linii. Tak jak większość innych.

Sięgam po leżący na szafce nocnej telefon z nadzieją, że znajdę e-mail z propozycją pracy w którejś z tych linii czarterowych, do których w zeszłym tygodniu składałem podanie, ale nic z tego. Trafiłem tylko na SMS od Emily, kobiety, którą wcześniej przeleciałem.

Jej numer miałem zapisany jako „Dallas-Emily” – najpierw miasto, potem imię. Żeby nie pomylić jej z „San-Fran-Emily” czy „Vegas-Emily” i zawsze dokładnie wiedzieć, z którymi kobietami spałem w których miastach.

Dallas-Emily: Zostawiłam u ciebie kolczyki?

J. Weston: Tak. Zadzwoniłem na recepcję, żeby ktoś po nie przyszedł. Możesz je stamtąd odebrać, kiedy chcesz.

Dallas-Emily: Mogłeś mi po prostu powiedzieć, że je tam zostawiłam…

J. Weston: Właśnie to zrobiłem.

Dallas-Emily: Wiesz, co mam na myśli. Może zostawiłam je celowo, bo chciałam wrócić i porozmawiać z tobą.

J. Weston: Właśnie dlatego oddałem je do recepcji.

Dallas-Emily: Mogę zadać ci osobiste pytanie? Muszę ci coś powiedzieć.

J. Weston: Nie zabronię ci wysłania SMS-a.

Dallas-Emily: Następne spotkanie spróbuj zacząć od czegoś innego niż „klękaj” czy „otwórz usta”.

J. Weston: Od dzisiaj mogę mówić „cześć”.

Dallas-Emily: Nie o to mi chodzi! Czuję, że między nami zaiskrzyło. Że to coś poważnego… Więc chciałam…

J. Weston: Czy te twoje wielokropki (…) mają być znaczące, czy po prostu lubisz kaleczyć gramatykę bez powodu?

Dallas-Emily: Chcę od ciebie czegoś więcej, Jake’u. Czegoś więcej dla nas.

J. Weston: Więcej seksu?

Dallas-Emily: Więcej CIEBIE. BARDZO cię lubię, a wiem, że z uwagi na swoją pracę często bywasz samotny (jak ja), i dlatego czuję między nami prawdziwe połączenie.

J. Weston: Nic nas nie łączy, Emily.

Dallas-Emily: Jeśli nie, to dlaczego ostatnim razem, kiedy byłeś w mieście, rozmawialiśmy GODZINAMI, a ty postawiłeś mi pięciodaniową kolację?

J. Weston: Rozmawialiśmy przez dwadzieścia minut i kupiłem ci tacos.

Dallas-Emily: Na jedno wychodzi… Przy każdym spotkaniu, choć to tylko dwa razy w miesiącu, coś czuję, i wiem, że ty też. Myślę, że byłaby z nas dobrana para. Co ty na to?

Wyłączyłem telefon z postanowieniem, że później ją zablokuję. W Dallas miałem mnóstwo innych możliwości, mnóstwo innych kobiet, które nie chciały ode mnie niczego poza seksem i krótką rozmową bez znaczenia. Należało przerwać te pogaduszki, gdy tylko napisała „połączenie”.

W moim świecie „połączenie” oznaczało chwilową przerwę w podróży, krótki odcinek dłuższego lotu i nic więcej. Samo to słowo miało w sobie coś przelotnego, nieostatecznego, i nigdy nie odnosiło się do związków.

Wszedłem do salonu, by poszukać krawata, i przystanąłem na widok tekstu na pasku u dołu ekranu telewizora.

Początek nowej ery dla Elite Airways,

linii lotniczych numer 1, już w poniedziałek

Jakaś blond prezenterka prowadziła wywiad z jednym z tych wymuskanych, szablonowych pracowników Elite. Miał standardowy, biało-niebieski krawat, przypinkę „Kocham Elite” na górnej kieszonce z prawej strony i przyklejony do twarzy uśmiech. Z ust wylewał mu się istny potok bzdur, ale mężczyzna ani na chwilę nie przestawał się cieszyć.

– Cóż, nie bez powodu jesteśmy najlepsi w kraju, Claro. – Przedstawiciel Elite mógł mieć co najwyżej dwadzieścia pięć lat. – Dlatego tak bardzo cieszymy się z przejęcia Signature Air i Contreras Airways.

– Właśnie! – Blondynka klasnęła. – Z samego rana ogłosiliście, że właśnie wykupiliście Contreras Airways! Wasze linie wspaniale się rozwijają!

– Dziękuję, Claro. W końcu nasze motto głosi: „Zrobimy wszystko, byśmy byli najlepsi, za wszelką cenę”.

Za wszelką cenę…

U dołu ekranu przesunął się ten sam komunikat, a ja poczułem, jak skacze mi ciśnienie. Większość widzów z pewnością uznała to za kolejny etap w działalności firmy, wielki przełom w branży lotniczej i przejaw amerykańskiego snu, ale dla mnie te słowa oznaczały coś więcej niż schyłek pewnej epoki. Oznaczały coś, czego nigdy nie wybaczę ani nie zapomnę.

Wściekły zmusiłem się, by odejść od telewizora, i wróciłem pod prysznic. Odkręciłem wodę do oporu, próbując skupić się na czymś innym, na czymkolwiek, ale nie podziałało. W głowie wciąż miałem tylko ten ohydny komunikat.

Pieprzyć to. Zejdę na dół, kiedy zechcę.

***

Trzy godziny później…

– Dziękujemy panu za punktualne przybycie, panie Weston. – Dr Cox rzuciła mi złe spojrzenie, otworzywszy drzwi do sali konferencyjnej. – Czy celowo zjawił się pan tutaj teraz, gdy do pańskiego planowego lotu do Singapuru zostało tak niewiele czasu, czy też mam to uznać za zbieg okoliczności?

– Dogodny zbieg okoliczności.

– Nie wątpię – mruknęła i wprowadziła mnie do niewielkiego pokoju. – Proszę usiąść przy tamtym stole.

Zauważyłem, że tę ograniczoną przestrzeń urządzono tak, jakby miało się tu odbyć prawdziwe spotkanie integracyjne. Na ścianach wisiały plakaty informujące o polityce firmy Elite oraz ekran projekcyjny, a na krześle piętrzył się stos książek poświęconych przepisom Federalnej Administracji Lotnictwa. W kącie leżały dwa pudła z napisem „J. Weston”, a stół zarzucony był wielkimi segregatorami, notatnikami i długopisami.

Siadając, zauważyłem dwie szklanki z wodą oznaczone „dla p. Westona” i kilka kropel rozlanych na drewnianym blacie stołu.

Parę sekund później dr Cox usiadła naprzeciwko mnie, a u jej boku usadowił się jakiś inny ważniak z Elite, siwowłosy mężczyzna w znajomym niebiesko-białym krawacie.

– To mój kolega Lance Owens – przedstawiła go, kładąc na stole cyfrowy dyktafon. – Ponieważ nie spieszył się pan zbytnio na spotkanie z nami, mój kamerzysta już wyszedł. Będę więc musiała nagrać samą rozmowę, a pan Owens zostanie jej naocznym świadkiem. Dodam, że czekając na pana, uzupełniliśmy już większość brakujących informacji na pana temat, więc to spotkanie nie potrwa długo. Ma pan jakieś pytania, zanim zaczniemy?

– Żadnych.

– Dobrze. – Wcisnęła przycisk nagrywania. – Ostatnia rozmowa z pracownikiem nr 67581, starszym kapitanem Jakiem Westonem. Panie Weston, proszę podać swoje pełne imię i nazwisko.

– Jake C. Weston.

– Co oznacza „C”?

– Nie pamiętam.

– Panie Weston…

– Niczego nie oznacza. Po prostu C.

– Dziękuję. – Podsunęła mi niebieską teczkę. – Panie Weston, czy może pan potwierdzić, że pańska historia zatrudnienia znajdująca się w leżącej przed panem teczce jest zgodna z prawdą?

Otworzyłem teczkę i ujrzałem swoją karierę zawodową przedstawioną w postaci krótkiej listy. United States Air Force. American Airways. Air-Asia. Air-France. Signature. Żadnych wypadków, żadnych naruszeń, ani jednego spóźnienia.

– Tak jest. – Zamknąłem i oddałem jej teczkę.

– Zgodnie z tymi danymi od czasu ukończenia szkoły lotniczej zdobył pan trzydzieści nagród. Czy to prawda?

– Nie. Czterdzieści sześć.

– Wie pan – powiedziała, zaglądając do dokumentów. – Większość pilotów nie zdobywa tego rodzaju wyróżnień przed pięćdziesiątką albo sześćdziesiątką, kiedy już mają na swoim koncie przynajmniej dwudziestopięcio- albo i trzydziestopięcioletnie doświadczenie. Pan ma prawie dwudziestoletnie doświadczenie, jeśli wliczyć w to osiągnięcia lotnicze z czasów szkoły średniej, a za kilka tygodni skończy pan trzydzieści osiem lat.

Mrugnąłem.

– Skomentuje pan jakoś to, co przed chwilą powiedziałam, panie Weston?

– Czekałem, aż zada mi pani jakieś pytanie. Zwykle wymaga to odpowiedniej intonacji. Ale pani tylko wymieniła fakty.

Siedzący obok niej świadek uśmiechnął się.

– Przejdźmy dalej. – Pstryknęła długopisem. – Mamy problem z weryfikacją osób, które wymienił pan jako najbliższych krewnych. Podane przez pana numery telefonów należą do automatów telefonicznych w Montrealu. Musi pan uaktualnić te dane, dobrze? Moje „dobrze” to pytanie, panie Weston.

– Dobrze.

– Zacznijmy od Christophera Westona, pańskiego biologicznego ojca. Proszę podać jego obecne miejsce zatrudnienia i numer kontaktowy.

– Jest czarodziejem. Co parę lat znika i pojawia się w moim życiu. Następnym razem postaram się go złapać i zapytać o numer telefonu.

– A co z Evanem Westonem, pańskim biologicznym bratem?

– To też czarodziej. Specjalizuje się w wymazywaniu różnych rzeczy, sprawia, że wszystko wydaje się inne, niż jest naprawdę.

– Nie ma telefonu?

– Nie ma telefonu.

– Pańska matka.

– Nie wiem za wiele.

– Żona?

– Była żona. Zapewne wciąż rujnuje ludziom życie, gdziekolwiek jest. Numer telefonu taki jak do piekła.

Zdjęła okulary do czytania.

– Każdy pracownik Elite zobowiązany jest podać dane kontaktowe przynajmniej do czterech najbliższych krewnych. Każdy. Bez. Wyjątku.

– Więc będę pierwszym wyjątkiem.

– Nie sądzę. – Spojrzała na świadka. – Skoro pan Weston chce się bawić w kotka i myszkę, nasi ludzie sami będą musieli zlokalizować członków jego rodziny. Przy okazji proszę też poinformować dział kadr, jak niechętnie dziś z nami współpracował.

Świadek skinął głową, ale ja milczałem. Sięgnąłem po szklankę z wodą i upiłem solidny łyk, wiedząc, że nie ma mowy, aby znaleźli kogokolwiek poza moją byłą żoną. Wieki temu cała przeszłość została pogrzebana i już nigdy nie wyjdzie na jaw.

– Tymczasem – dodała – z pewnością może pan uszeregować swoich krewnych według stopnia zażyłości, abyśmy wiedzieli, z kim w razie potrzeby skontaktować się w pierwszej kolejności.

– Z pewnością.

– Dobrze. W skali od jednego do dziesięciu, gdzie dziesięć oznacza najbliższe stosunki, proszę określić zażyłość łączącą pana z biologicznym ojcem.

– Minus osiemdziesiąt.

Utkwiła we mnie spojrzenie swych brązowych oczu.

– Proszę? Co pan powiedział?

– Minus osiemdziesiąt – powtórzyłem dobitnie. – Może pani cofnie nagranie i odtworzy sobie ten fragment?

Pokręciła głową i przez chwilę wyglądała, jakby pożałowała tego pytania. Jakby chciała zakończyć ten temat i przejść do następnego, ale nie zrobiła tego.

– Panie Weston, w tej samej skali, jaka zażyłość łączy pana z biologicznym bratem?

– Minus sześćdziesiąt.

– Z biologiczną matką?

– Bez komentarza.

– Panie Weston – powiedziała nieco ostrzejszym tonem. – Czy mógłby pan odpowiedzieć na pytanie odnoszące się do pańskiej biologicznej matki?

– Mógłbym, ale nie odpowiem.

– Panie Weston…

– Odpowiedź brzmi „nie”.

– Nie może pan odpowiedzieć „tak” lub „nie” – podniosła głos. – Każde pytanie jest obowiązkowe, zwłaszcza że czekał pan do ostatniej chwili, aby poświęcić nam odrobinę swego bezcennego czasu. Jeśli po odbyciu ostatnich lotów pod szyldem Signature chce pan dalej latać, musi mi pan odpowiedzieć. W przeciwnym razie możemy już teraz zakończyć tę sesję.

– Nieokreślony. – Zaciskam szczęki. – Stopień zażyłości z matką jest cholernie nieokreślony.

– Dziękuję. – Wypuściła powietrze z płuc. – Ostatnie pytanie z tego zestawu. W skali od jednego do dziesięciu: jak bliska zażyłość łączy pana z żoną?

– Byłą żoną – poprawiłem ją raz jeszcze. – Nie powinno się jej uwzględniać w żadnych moich dokumentach, ale na tej skali plasuje się dokładnie pośrodku między moim ojcem i bratem, więc niech będzie minus siedemdziesiąt.

– W takim razie proszę mnie oświecić. – Podniosła wzrok i podrapała się w głowę. – Jeśli przytrafi się panu coś złego, do kogo mamy zadzwonić w pierwszej kolejności?

– Do zakładu pogrzebowego.

Cisza.

Odwróciła wzrok, jakby nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Po kilku sekundach podsunęła mi standardową umowę o pracę i długopis.

– Już pan to kiedyś podpisywał, ale proszę to zrobić w mojej obecności… Chociaż zaraz. Właściwie to mam jeszcze jedno pytanie. Czy wie pan, że pańskie akta osobowe zawierają adnotację „PDE”?

– Nie.

– Chciałby pan wiedzieć, co oznacza „PDE”?

– Pewnie to, że w przeciwieństwie do pani umiem liczyć. Powiedziała pani, że poprzednie pytanie było ostatnie.

– Było. – Zmarszczyła brwi. – Może pan chciałby mnie o coś zapytać?

– Nigdy.

– Cóż, zatem niniejszym kończymy tworzenie profilu Jake’a C. Westona na potrzeby Elite Airways. – Wcisnęła przycisk „stop” i wrzuciła dyktafon do białego pudełka z napisem „Czynni piloci”. – Może pan już iść, panie Owens. Dziękuję za poświęcony czas.

– Nie ma za co – odparł, wstając. – Życzę powodzenia w pracy, panie Weston.

– Dziękuję. – Ja też zacząłem się podnosić, ale dr Cox dała mi znak, abym został na miejscu.

– Sądziłem, że to już koniec. – Spojrzałem na nią. – Nie mam ochoty rozmawiać ani z panią, ani z nikim innym dłużej, niż to konieczne.

– Więc jest nas dwoje – odparowała tonem znacznie ostrzejszym od dotychczasowego. – Chcę zadać ostatnie pytanie, poza protokołem, a potem może pan wracać do tej wydmuszki, którą nazywa pan swoim życiem.

Poczekała, aż pan Owens opuści pokój, a potem cisnęła na stół wielką, czerwoną teczkę i spiorunowała mnie wzrokiem.

– Niech mi pan powie, jak, do diabła, sześć tygodni temu przeszedł pan ocenę psychiatryczną?

– Przygotowałem się.

– Nie pogrywaj sobie ze mną, Weston. – Aż poczerwieniała. – Przeciętny wynik, jaki uzyskuje kompetentny i zrównoważony pilot w teście PILA, wynosi pięć. Pan zdobył dziewięć.

– Może ten test zmierzył mi coś innego.

Zignorowała mój komentarz.

– Dziewięć to już prawie dewiacja. A to znaczy, że w ogóle nie powinien pan przejść żadnych pozostałych testów psychologicznych. A jednak jakimś cudem zdał je pan śpiewająco.

– To doskonale.

– Trochę zbyt doskonale. – Wyszarpnęła z kieszeni wizytówkę i rzuciła mi ją. – Nie przeczę, że pańska dotychczasowa kariera jest wręcz nadzwyczajna, ale… Cóż, będę szczera. Pierwszy raz widzę tak popieprzone wyniki testów psychologicznych.

– To zaszczyt, dziękuję. – Spojrzałem na zegarek. – Nagrodę proszę wysłać mi pocztą.

– Chyba pan nie rozumie, że sprawa jest poważna – powiedziała. – Pańskie prawdziwe wyniki testów, a nie te, które jakoś udało się panu sfałszować, są znacznie niższe od przeciętnych w trzech obszarach emocjonalnych z czterech. Jest pan społecznie nieprzystosowany, a mimo to udaje się panu funkcjonować w środowisku. – Splotła dłonie. – Nie ja pana badałam, ale uważam, że praca jest dla pana ucieczką od jakiegoś wewnętrznego problemu, z którym się pan zmaga. To jednak nie wszystko, bo badanie snu wykazało wysoki poziom…

Trajkotała dalej, ale przestałem słuchać. Docierały do mnie tylko pojedyncze słowa jak „psychoterapia” i „próg”, lecz moja uwaga z każdą chwilą odpływała coraz dalej.

Pochyliwszy się, przekartkowałem grube segregatory leżące na brzegu biurka. Podniosłem koszyki na dokumenty i notatniki, a widząc, że nic pod nimi nie ma, odstawiłem je na miejsce.

Wciąż ignorując dźwięk jej głosu, wstałem i podszedłem do ściany, na której przyklejono plakaty informacyjne. Zatrzymałem się przed tym, który ogłaszał „Całkowity zakaz utrzymywania bliższych kontaktów osobistych między pracownikami”. Powoli odchyliłem plakat od ściany, trzymając go za rogi, i przyjrzałem się pustej przestrzeni za nim.

Nic…

Zostawiłem go w spokoju i zajrzałem za inny, a potem za jeszcze jeden. Zaglądałem za czwarty z kolei, gdy usłyszałem zbliżający się do mnie dźwięk jej szpilek stukających o podłogę.

– Panie Weston? – Czekała, aż się odwrócę, wreszcie przerywając tę swoją przydługawą gadkę. – Co, do licha, pan wyprawia?

– Szukam sensu tej rozmowy, bo chyba się nie doczekam, aby coś dorzecznego wyszło z pani ust.

Szczęka jej opadła.

– Czyżby wreszcie coś próbowało z nich wyjść? – spytałem. – Ile jeszcze mam tu stać i czekać?

Cofnęła się o krok i zmrużyła oczy.

– Ponieważ pański profil ma oznaczenie PDE, nie mogę pana zmusić do terapii, którą oferujemy naszym pilotom w ramach opieki zdrowotnej. Ale bazując na pańskich wynikach testów, sądzę, że przydałyby się panu przynajmniej dwa lub trzy takie spotkania w miesiącu. A jeszcze lepiej od pięciu do dziesięciu, jeśli dałby pan radę.

– No proszę, wreszcie krótko i węzłowato. – Ruszyłem do drzwi. – Mogła pani streścić te pierdoły już dziesięć minut temu.

– Dowiem się, jak pan zdał ten test, Weston. – Szła za mną. – Nie przełknę tych wyników w takiej postaci i obiecuję panu, że kiedy się dowiem, jak udało się panu przekonać naszą najlepszą lekarkę, aby wydała panu zaświadczenie…

– A może lepiej zapytać o to mnie? – przerwałem jej, przekręcając gałkę drzwi. – Niech pani pyta.

– Świetnie. – Założyła ręce na piersi i się zawahała. – Czy proponował pan naszej lekarce usługi seksualne w zamian za zawyżenie wyników testów?

– Po pierwsze – odparłem, otwierając drzwi – nigdy nikomu nie musiałem składać tego rodzaju propozycji. Nigdy. Po drugie, jeśli mówiąc o „usługach seksualnych”, pyta pani, czy zerżnąłem ją pod oknem w gabinecie, tak że ledwo stała na nogach, a potem kazałem jej uklęknąć i ssać mi fiuta aż do wytrysku, to tak. Ale nie w zamian za wyższe wyniki testów. To obiecała mi już po minecie.

Krew odpłynęła jej z twarzy.

– Ja nie… nie wierzę panu. Nikt, kto pracuje dla naszych linii, a już na pewno nikt tak wysoko postawiony, nie zrobiłby czegoś takiego.

– Jeśli osobiście chciałaby pani przetestować mnie w ten sam sposób – dodałem i zwróciłem wizytówkę, wkładając ją do jej kieszonki na piersi – to proszę dać mi znać. Zapewniam, że wbrew temu, co tak stanowczo pani zapowiedziała kilka sekund temu, przełknie pani każdy wynik…

BRAMKA A2

JAKE

Nowy Jork (JFK)

– Ostatnie wezwanie dla pasażerów lotu 1487 do San Francisco. Pasażerka Alice Tribue proszona jest o odebranie paszportu przy wyjściu A13. Lot 1781 American Airlines do Toronto odprawiany jest przy wyjściu nr 7.

Słysząc te znajome dźwięki, poczułem się jak w domu, gdy tydzień później wyłoniłem się z rękawa lotniczego na lotnisku John F. Kennedy International. Nie czułem zmęczenia mimo dwóch szesnastogodzinnych lotów i chociaż nie wyspałem się porządnie od tamtej rozmowy w Dallas.

Szedłem przez terminal, ciągnąc za sobą bagaż, a z głośników sączyła się najbardziej oklepana piosenka w historii lotnictwa. Cover Come Fly with Me Franka Sinatry, i to z towarzyszeniem orkiestry, prowokował pasażerów, którym słoń nadepnął na ucho, do podśpiewywania przy przechodzeniu przez bramki.

Piloci innych linii lotniczych wystrojeni w świeżo uprasowane mundury maszerowali drugą stroną hali, obdarzając mnie lekkim skinieniem głowy. Towarzyszące im stewardesy rumieniły się i uśmiechały, dyskretnie mi machając i mrugając do mnie, na co zupełnie nie zwracałem uwagi.

Wciąż myślałem tylko o tym, że dzisiaj oficjalnie moja kariera sięgnęła dna. Znowu wpadłem w całe to gówno, z którego, jak mi się zdawało, już się wygrzebałem. Kiedy jako szesnastolatek zacząłem latać szybowcami, wszystko, co miało związek z lotnictwem, było sztuką. Każdy aspekt, od konstrukcji samolotu do samego latania, intrygował idealnym połączeniem kunsztu i magii.

Wszystkie nowe modele samolotów były godne wrzawy, którą wzbudzały, wyznaczano nowe, innowacyjne trendy, a każdy ruch linii lotniczych zdobywał zasłużoną uwagę prasy. Ludzie przystawali i zadzierali głowy, by podziwiać nowe boeingi i airbusy, pasażerowie zachowywali się, jakby to wszystko naprawdę coś dla nich znaczyło, a stewardesy były kimś więcej niż tylko kelnerkami rozdającymi precle na wysokości trzydziestu tysięcy stóp. Piloci mogli szczycić się sztuką latania z miasta do miasta, lądowania co chwila w innym hotelu i pieprzenia się co noc z inną kobietą.

A jednak nowe przepisy i ludzka chciwość sprawiły, że wszystko się zmieniło, nawet mimo zaawansowanej technologii. Pilot stał się zwykłym kierowcą, który lata po niebie w tę i we w tę, przewożąc niewdzięcznych dupków. Tamto idealne połączenie kunsztu i magii przestało istnieć; odeszło w niepamięć.

– Przepraszam, panie kapitanie? – Mężczyzna z napisem „I Love NY” na koszulce zastąpił mi drogę. Wyciągnął rękę i podetknął mi pod nos komórkę. – Może zrobi nam pan zdjęcie? Próbowaliśmy sami, ale ciągle wychodzę z obciętą głową. – Roześmiał się i wskazał na swoją rodzinę: dwóch chłopców i kobietę w żółtej sukience. Śmiali się i pozowali przed niebieską tabliczką „Witamy w Nowym Jorku”.

Nie wziąłem do ręki jego telefonu. Gapiłem się na tę rodzinę, której śmiech z każdą minutą stawał się coraz bardziej nieznośny. Jeden z chłopców pomachał do mnie, unosząc też drugą rękę, w której trzymał samolocik. Uśmiechał się, czekając, abym i ja się uśmiechnął.

– Kapitanie? – Mężczyzna wciąż na mnie patrzył. – Zrobi nam pan zdjęcie?

– Nie. – Odsunąłem się. – Nie, nie mogę. – Wskazałem idącą w naszym kierunku stewardesę. – Ale ona na pewno z przyjemnością państwu pomoże.

Nie czekając na jego odpowiedź, zostawiłem ich i ruszyłem prosto do podziemnego parkingu.

Musiałem wreszcie pojechać do domu.

***

Tego samego wieczoru, później…

Zaparkowałem przed Madison na Park Avenue, gdzie mieściło się moje mieszkanie, i czekałem, aż do samochodu podejdzie jeden z parkingowych.

– Dobry wieczór, sir. – Mężczyzna ubrany w szary smoking otworzył drzwiczki i zapytał: – Jak długo zostanie pan w mieście tym razem?

– Cztery dni. – Wysiadłem i rzuciłem mu kluczyki. – Zaparkuj gdzieś z przodu.

– Jak pan sobie życzy.

Wszedłem po kamiennych stopniach prowadzących do budynku i zadarłem głowę, by spojrzeć na nocne niebo. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów gwiazd nie zasłaniały szare chmury. Świeciły jasno, wręcz oślepiająco na tak ciemnym tle, zapewne łudząc fałszywą nadzieją jakiegoś marzyciela zauroczonego tym miastem.

– Witamy w domu, panie Weston. – Portier, jedyny stały element w moim życiu, otworzył przede mną drzwi. – Co tam słychać na niebie?

– To, co zawsze, Jeffie. To, co zawsze.

– Odwiedził pan jakieś ciekawe miejsca?

– Singapur. – Wyjąłem z kieszeni mały, atłasowy woreczek i wręczyłem mu go. – Tamtejsza waluta. Do twojej kolekcji.

– Dziękuję, sir – powiedział z uśmiechem. – A przy okazji, w zeszłym tygodniu znalazłem w swojej skrzynce na listy pięć biletów w klasie biznes do Belgii. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wspominał panu o swoich urodzinach, ale może wie pan coś o tym tajemniczym prezencie? Na przykład komu mam za niego podziękować?

– Nie wiem – odparłem, mijając go. – Ale powinny być bilety w pierwszej klasie, a nie w klasie biznes, więc kiedy już dowiesz się, kto ci je przysłał, przekaż mu, żeby dopilnował, aby linie lotnicze naprawiły tę pomyłkę.

– Tak zrobię. – Roześmiał się. – Miłego wieczoru, panie Weston.

– Dziękuję. – Wszedłem do holu i przystanąłem, pozwalając oczom przyzwyczaić się do ostrego światła nowych żyrandoli. Właściciele wiecznie coś remontowali albo niepotrzebnie poprawiali, więc nigdy nie mogłem poczuć się tutaj naprawdę jak w domu. Należące do popularnych sieci hotele, w których nocowałem podczas przerw w podróży, zawsze wydawały mi się daleko bardziej znajome i przytulne.

Ruszyłem w kierunku otwartej windy i zbliżyłem kartę magnetyczną do czytnika. Upewniwszy się, że nikt więcej nie wsiada, użyłem karty jeszcze raz, po czym wcisnąłem „80”, penthouse.

Wszyscy mieszkańcy tego budynku należeli do szanowanej elity Nowego Jorku – sędziowie, politycy, lekarze i prawnicy – ale każdy z nich płacił niebotyczną cenę za wynajem jednego z czterech mieszczących się na każdym piętrze olbrzymich mieszkań. Jednak moje piętro należało do mnie i tylko do mnie. Miało swoją długą historię i zawsze było czyjąś własnością. Chociaż rzadko z tego apartamentu korzystałem, nie zgadzałem się na odsprzedanie go właścicielom budynku mimo coraz wyższych ofert, jakie składali mi co roku.

Gdy tylko otworzyły się drzwi, wysiadłem z windy i wyłączyłem kamery monitoringu ukryte w stojących na korytarzu wazach. Dwukrotnie sprawdziłem, czy nikt przy nich nie majstrował, i odłożyłem je na swoje miejsce.

Otworzywszy dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do mojego mieszkania, włączyłem światła i zdjąłem marynarkę. Wszystko wyglądało tak, jak kiedy stąd wychodziłem – z wyjątkiem tego, co sprzątaczki zawsze z takim uporem przestawiały.

Zirytowany wyrównałem kolekcję puszek coca-coli na kontuarze, przeniosłem schłodzone butelki wina na ich pierwotne miejsce i pozamykałem okna ciągnące się wzdłuż ścian w salonie i saloniku. Kilka zawieruszonych broszurek Witamy w Madison wyrzuciłem do kosza i podkręciłem klimatyzację, żeby pozbyć się tego nowego aromatu truskawkowego, który sprzątaczki rozpylały, gdzie popadło. Potem odsunąłem krzesło nożycowe na swoje miejsce, czyli daleko od okna.

Obszedłem kolejno wszystkie pokoje, dobrze wiedząc, co jest w nich poprzestawiane, bo ten sam rytuał powtarzałem co kilka tygodni.

Skończywszy obchód, przeszedłem do biblioteki i tam o mało nie trafił mnie szlag . Wszystkie pięćset książek, które dotąd stały na półkach w porządku alfabetycznym, teraz ułożono według kolorów okładek. Co gorsza, moje ulubione trzy książki leżały otwarte na biurku, a kilka stron było pozaginanych i pogniecionych. Niewybaczalna zbrodnia.

Wyjąłem telefon i wysłałem e-mail do kierownika służby pięter.

Temat: Mój cholerny apartament

Do wszystkich, kurwa, zainteresowanych,

po raz enty wyrażam niezadowolenie z usług Pańskiego niekompetentnego i bezczelnego personelu, który podczas mojej nieobecności przestawia moje rzeczy. Nie podoba mi się też, że uparcie wykorzystuje Pan mój apartament jako miejsce do zwiedzania przez potencjalnych najemców, a także jako „apartament testowy” – pozwalając, aby obce osoby udawały, że tu mieszkają, kiedy tylko przyjdzie im na to ochota.

Trzymaj się Pan, do cholery, z dala od mojego mieszkania, jeśli akurat go Pan nie sprząta. (I przestańcie używać tego pieprzonego truskawkowego sprayu. Lepszy był ten cytrynowy).

J. Weston

Kierownik odpowiedział błyskawicznie.

Temat: Re: Mój cholerny apartament

Panie Weston,

z całym należnym szacunkiem i po raz enty informuję, że wykorzystaliśmy Pański apartament jako miejsce do zwiedzania tylko raz, za Pańską zgodą. Nie wykorzystujemy go jako „apartamentu testowego” i nigdy nie pozwolilibyśmy żadnemu potencjalnemu najemcy udawać, że w nim mieszka.

Spełniliśmy wszystkie Pańskie zalecenia odnośnie do prywatności – zainstalowaliśmy dodatkowe kamery, zapewniliśmy Panu prywatny parking, dbamy o to, aby poza mną nikt z naszego personelu nie znał Pańskiego nazwiska.

Co więcej, aby rozwiać Pańskie obawy, zainstalowaliśmy niedawno dodatkowe kamery nad zewnętrznymi drzwiami wejściowymi, a według naszych pracowników ochrony nikt (poza sprzątaczkami) nie miał dostępu do Pańskiego mieszkania podczas Pana nieobecności.

Niemniej jednak zauważyliśmy, że w ciągu ostatnich kilku tygodni to PAN bywał w swoim mieszkaniu częściej niż zwykle i to o dziwnych porach w środku nocy.

Nie insynuuję, że Pan tego nie pamięta, ale być może sam Pan wtedy przestawia swoje rzeczy w apartamencie i po prostu zapomina, w jakim stanie je Pan zostawia?

Przepraszam, jeśli powiedziałem coś obraźliwego lub niestosownego.

Cieszymy się, że jest Pan rezydentem Madison, i jeśli życzy Pan sobie czegoś jeszcze, proszę dać mi znać. (Zapewniam, że ponownie przypomnę personelowi, aby nie używać „pieprzonego truskawkowego sprayu” w Pańskim mieszkaniu. Niestety, nie dysponujemy już cytrynowym… Czy życzy Pan sobie świeżej zmiany pościeli?).

Sullivan

kierownik służby pięter

Madison na Park Avenue

Nie odpowiedziałem. Musiałem pomyśleć.

Kilka ostatnich razy, kiedy tu nocowałem, tak naprawdę wcale nie spałem. Budziłem się zlany zimnym potem, staczałem z łóżka i schodziłem na dół. Prawie jak cholerny lunatyk pałętałem się po niemal opustoszałym Times Square, gapiąc się na jasne, migoczące billboardy i słuchając rozmów szwędających się po nocy turystów.

Za każdym razem wracałem do domu i wtedy, owszem, ruszałem swoje rzeczy, ale nie przestawiałem ich. Normalnie rozwalałem wszystko, co mi wpadło w ręce. To, co zniszczyłem w nocy, następnego dnia szybko wymieniałem na nowe, aby żadne oskarżenie nie padło na personel, ale jakoś nie mogłem sobie przypomnieć, by starczyło mi cierpliwości na bezmyślne przestawianie czegokolwiek.

Kilka innych razy wracałem od kobiet, z którymi spotykałem się w hotelach. Wtedy zawsze przesypiałem resztę nocy, a nie bawiłem się w dekoratora wnętrz.

Przynajmniej tak mi się zdawało.

Usiadłem na kanapie twarzą do okna i przebiegłem myślami kilka ostatnich miesięcy. Robiłem to raz po raz, aż powoli zaczęło mi się przypominać, że było więcej takich bezsennych nocy, w czasie których włóczyłem się po mieście. Już zacząłem pisać do kierownika, że przepraszam za to nieporozumienie, kiedy zauważyłem wystającą spod poduszki otwartą broszurkę z łamigłówkami. Krzyżówka na pierwszej stronie była całkowicie rozwiązana, i to, cholera jasna, nie moim charakterem pisma.

Przekartkowałem znalezisko i odkryłem, że nie tylko pierwsza, ale wszystkie krzyżówki zostały rozwiązane – nie moim ciemnogranatowym tuszem.

Wiedziałem, że kierownik służby pięter łże jak pies…

Zacząłem pisać znacznie bardziej adekwatną odpowiedź, ale w tym momencie dostałem e-mail od kogoś innego.

Temat: PDE

Drogi Panie Weston,

nazywam się Lance Owens i jestem kierownikiem Biura Spraw Pracowniczych Elite Airways. W miniony weekend asystowałem jako świadek podczas wywiadu mającego na celu uzupełnienie Pańskich danych.

Chociaż oświadczył Pan mojej koleżance, że nie chce wiedzieć, co oznacza skrót PDE, i dotąd nie odpowiedział Pan na jej e-mail w tej sprawie, uważam, że jednak powinien Pan poznać znaczenie tego skrótu.

Otóż PDE oznacza, że zarząd jednomyślnie uznał Pański dotychczasowy przebieg służby za imponujący i uważa Pana za cenny nabytek dla Elite Airways. Załączam dokument szczegółowo wyjaśniający znaczenie tego faktu z nadzieją, że gdy zechce Pan z nami porozmawiać, wyjaśni nam Pan, jak coś takiego jest możliwe w przypadku nowo pozyskanego pilota, skoro inni musieliby przepracować w Elite dziesięć lat, aby w ogóle brano ich pod uwagę. Oczywiście zważywszy na Pańskie wybitne osiągnięcia i nagrody, nie śmiem wątpić, że to wyróżnienie jest w pełni zasłużone.

Mam szczerą nadzieję, że praca w naszej firmie będzie dla Pana przyjemnością.

dr Owens

Kierownik Biura Spraw Pracowniczych Elite Airways

Otworzyłem załączony dokument i zdołałem przeczytać tylko pierwszy akapit.

A to sukinsyn…

GILLIAN

~ Wpis na blogu ~

Sześć lat temu…

Och, Nowy Jorku!

Nowy Jorku, Nowy Jorku, Nowy Jorku!

Wszyscy w mojej rodzinie ostrzegali mnie przed tobą, przed tym miastem. Mówili, że będziesz mnie kusił oślepiającymi światłami i błyszczącymi billboardami, słodkim zapachem sukcesu unoszącym się z każdego otwartego okna na Wall Street oraz wielkimi nadziejami i marzeniami, którymi emanuje rzeka Hudson.

A potem, mówili, wciągniesz mnie głęboko w jej odmęty i utopisz…

– Nie przeżyjesz tam miesiąca – powiedziała matka. – To miejsce tylko dla uprzywilejowanych.

– Nie masz tego czegoś i nigdy nie będziesz miała – dodała moja najstarsza siostra.

„Tylko się nie wściekaj, gdy powiemy: »A nie mówiliśmy?«, jak będziesz nas błagać, aby tu wrócić”. Taki SMS dostałam od ojca dzień po wyjeździe. Potem dopisał jeszcze: „Na pewno wrócisz, Gillian. Najpóźniej po miesiącu”.

Cóż, przetrwałam dłużej. Minęło już SZEŚĆ MIESIĘCY, a ja udowodniłam wszystkim trojgu (i reszcie zniechęcającej mnie do tego rodziny), że się mylą. Jak cholera.

Mając zaledwie dwadzieścia trzy lata, spełniam swoje najśmielsze marzenia. Mieszkam przy Lexington Avenue, naprzeciw Central Parku, w mieszkaniu z pełnym umeblowaniem, co tydzień umawiam się w kawiarniach z miłymi facetami, którzy naprawdę są dżentelmenami i romantykami, no i pracuję w jednym z najbardziej renomowanych miejsc na całym Manhattanie. (Owszem, głównie biegam po kawę i odwalam czarną robotę, ale chciałam tu pracować, odkąd skończyłam trzynaście lat, więc co mi tam).

A jakby tego jeszcze było mało, dziś rano dostałam wspaniałą wiadomość jak z bajki, którą na razie nie mogę się podzielić. Ale czuję, że napiszę o tym już wkrótce.

Tymczasem postanowiłam stworzyć nowy blog, bo poprzedni zupełnie zaniedbałam. A czy da się rozpocząć go lepiej, niż mówiąc, że życie nie mogłoby być piękniejsze?

Mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni.

Ciąg dalszy nastąpi.

Gillian Taylor

Gillian

G.T.

T.G.

TayG

**Taylor G.**

Brak komentarzy.

BRAMKA A3

GILLIAN

Nowy Jork (JFK)

Obecnie

Chyba nienawidzę swojego życia…

– Miłego dnia w Nowym Jorku! – Uśmiechałam się do mijających mnie pasażerów pierwszej klasy wysiadających z samolotu. – Dziękujemy za wybór Elite Airways! Udanego pobytu w Wielkim Jabłku!

– Mamy nadzieję, że dzisiejszy lot był przyjemny! – Do moich pożegnań przyłączyła się druga stewardesa, Christina. – Było nam bardzo miło!

W niektóre dni wypowiadałam te radosne słowa zupełnie szczerze, ale dzisiaj było inaczej. Choć wszyscy pasażerowie okazali się dość uprzejmi, ten lot niczym nie różnił się od innych, w których uczestniczyłam na przestrzeni ostatniego roku. Przypominał mi tylko, że jeszcze nie jestem „prawdziwą” stewardesą, że wciąż tkwię „w rezerwie”. Dalej czekałam na spełnienie obietnic z comiesięcznego biuletynu firmowego.

Co trzecią niedzielę, jak w zegarku, znajdowałam w swojej skrzynce na listy luksusowo wydawany magazyn „Jak Latamy” – drwiący ze mnie złamanymi obietnicami i pięknymi zdjęciami przypominającymi mi powody, dla których starałam się o tę pracę. Myśl o podróżowaniu do takich miejsc jak Londyn, Mediolan i Tokio w ciągu jednego miesiąca. Spore szanse na przechadzki po winnicach i wiejskich drogach w wolne dni. A także nieco próżne pragnienie paradowania na lotnisku w ich słynnej niebieskiej sukience służbowej i szpilkach Louboutin szytych na specjalne zamówienie linii lotniczych, wyglądając przy tym jak olśniewająca modelka z reklamy.

Niestety przeoczyłam drobny druk. Istniała tylko „szansa” na latanie co wieczór w jakieś piękne miejsce. Moje „przechadzki” sprowadzały się do pięciu kroków między lotniskowym busem i hotelem, w którym nocowałam. Co więcej, jako rezerwowej wciąż przydzielano mi jakieś krótkie loty, podczas gdy starsze stażem stewardesy wybierały sobie najlepsze trasy.

– Czy mi się wydaje, czy to najbardziej ślamazarna grupa pasażerów, jaką w życiu widziałam? – wymamrotała Christina pod nosem.

– Zdecydowanie najbardziej ślamazarna. – Ci z rzędów od piętnastego do trzydziestego jeszcze nawet nie otworzyli swoich schowków na bagaż.

Dziś wieczorem na pewno się spóźnię…

– Pozwolili ci w końcu wybierać linie czy nadal jesteś w rezerwie, Gillian? – spytała.

– W rezerwie.

– Serio? To już rok, odkąd ostatnio się widziałyśmy, a ty wciąż w rezerwie? – Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Tylko mi nie mów, że dalej serwują ci tę wymówkę z czekaniem, aż skończą się wszystkie fuzje.

Rzuciłam jej ponure spojrzenie, na co ona się roześmiała.

– Wybacz. Jeśli to cię pocieszy, pamiętaj, że przynajmniej mieszkasz w Nowym Jorku. Nie musisz dzielić kąta do spania z innymi rezerwowymi, których nawet nie znasz.

– Dzięki… – odpowiedziałam oschle, a ona posłała mi współczujący uśmiech.

Całe wieki stałyśmy w przedniej części samolotu i szczebiotałyśmy radośnie do pasażerów, a siedzący z tyłu hokeiści wciąż ruszali się jak muchy w smole.

Kiedy wreszcie ostatni zawodnik opuścił samolot, złapałam swoją torbę, rzuciłam pilotowi i Christinie szybkie „do widzenia” i biegiem ruszyłam przez rękaw na lotnisko. Miałam dokładnie dwadzieścia minut, aby złapać najbliższy autobus na Manhattan.

Wyszłam na terminal 7 i biegłam dalej, mijając kolejne bramki i chmary pasażerów. Wszystkie szyldy restauracji, wystawy sklepów z pamiątkami i budki z kawą zlewały mi się w jeden niewyraźny obraz. Rozmowy turystów, kłótnie przy bramkach i komunikaty rozlegające się z głośników były tylko szumem w tle. Wyraźnie słyszałam jedynie stukot własnych szpilek na świeżo wypolerowanej posadzce.

Po chwili miałam lekko zadartą sukienkę, ale nie traciłam czasu na jej wygładzanie. Biegłam, omijając ruchome chodniki, aż dotarłam do stanowisk odbioru bagażu.

Zostało mi kilka zapasowych minut, więc wśliznęłam się do toalety i zamknęłam w kabinie. Odpięłam przypinkę ze skrzydłami i swój identyfikator i wrzuciłam je do torebki. Zdjęłam granatową sukienkę przez głowę, a włożyłam czarną koktajlową w stylu vintage i sznur sztucznych białych pereł.

Opierając się o drzwi, żeby nie upaść, zdjęłam szare szpilki i wsunęłam stopy w parę błyszczących, czerwonych czółenek.

Rozgorączkowana wyskoczyłam z kabiny, prawie potykając się o własne buty, i rzuciłam się do luster. Zamrugałam kilka razy, aby mieć pewność, że powieki wciąż są równomiernie pokryte „przyjaznym jasnym różem”, wymaganym przez linie lotnicze, a usta – efektowną, seksowną czerwienią.

Może być…

Rozpuściłam kok, pozwalając czarnym lokom opaść na ramiona. Kilka razy przeczesałam je palcami i wybiegłam z toalety.

Przepychając się przez czekających podróżnych, popędziłam najszybciej jak mogłam na przystanek autobusowy. Widząc, że mój autobus właśnie rusza, zaczęłam gorączkowo machać rękami i krzyczeć: „Proszę się zatrzymać! Stop!”, ale na próżno. Odjechał, zanim dobiegłam na miejsce.

Wrrr…

Przeklinając, wyciągnęłam telefon i zamówiłam Ubera. Kiedy czekałam na samochód, zauważyłam grupkę kobiet, które pokazywały sobie coś w oddali. Rumieniły się przy tym jak nastolatki, chichocząc, jakby ujrzały celebrytę.

Podążyłam za ich wzrokiem, ale zobaczyłam tylko jakiegoś pilota. A właściwie jego plecy. Szedł w stronę czarnego samochodu, nie odrywając oczu od komórki. Wystukiwał coś palcami na ekranie, a cztery złote paski na pagonach połyskiwały, przykuwając uwagę. Ze sposobu, w jaki się poruszał, wywnioskowałam, że musi być z niego niezły tupeciarz – facet, któremu się wydaje, że świat kręci się wokół niego. Typ, który pewnie nigdy nie musiał nikogo o nic prosić. Gdy wsiadał do samochodu, wyciągnęłam szyję, by zobaczyć jego twarz, dobrze wiedząc, że nie ma mowy, aby okazał się tak atrakcyjny, jak można by sądzić po reakcji tych kobiet. Piloci byli zwykle znacznie starsi i niezbyt pociągający. Zwykli tupeciarze, aroganci i flirciarze. Przede wszystkim flirciarze.

– Pani jest Gillian?! – krzyknął do mnie facet wychylający się przez okno czerwonego SUV-a. – Czeka pani na Ubera?

Skinęłam głową, a on wysiadł z samochodu i otworzył przede mną tylne drzwi.

– 233 Broadway – powiedział, wracając za kierownicę. – Woolworth Building, tak?

– Tak.

– Okej, proszę zapiąć pas. – Odjechał z przystanku i ruszyliśmy w drogę w strugach ciepłego, nowojorskiego deszczu.

Wycieraczki skrzypiały przy każdym ruchu, a stłoczone samochody trąbiły na siebie nawzajem.

Widząc, że dotarcie na Manhattan potrwa dłużej niż zwykle, wysłałam mojemu chłopakowi, Benowi, szybki SMS:

Gillian: Niedawno wylądowałam. Wzięłam Ubera, ale jest korek.

Ben: Ubera? Jezu, Gillian. Nie rozumiem, dlaczego po prostu nie wezwiesz naszego kierowcy. Moja rodzina nie miałaby nic przeciwko.

Gillian: Może następnym razem. Jak idzie przyjęcie inauguracyjne twojej mamy?

Ben: Świetnie. Każdy, kto tu jest, jest kimś, żadnych szaraków, a prasa pcha się drzwiami i oknami.

Gillian: No tak… Ale potem idziemy do Hemingwaya? Mówiłam serio, że chcę dzisiaj z tobą porozmawiać.

Ben: Oczywiście, skarbie. Jak sobie życzysz :-)

Nie odpisałam.

„Oczywiście, skarbie. Jak sobie życzysz” prawie zawsze oznaczyło „prawdopodobnie nie”, bo Ben nie lubił sporów. Nie podobało mu się też, że od kilku miesięcy zaczęłam mu wytykać, jak bardzo się zmienił. Nie chciał przyznać, że z uroczego, bezpośredniego faceta, w którym zakochałam się kilka lat temu, stał się kimś, kto ponad wszystko ceni sobie pozory i bogactwo.

Zwykłe randki, podczas których dotąd dobrze się bawiliśmy, teraz przestały mu wystarczać, a ponieważ tak rzadko się widywaliśmy, łącząca nas kiedyś ognista namiętność teraz ledwo się tliła. Nasze rozmowy były teraz krótkie i puste – sprowadzały się do „Jak się miewasz?”, „Jak ci minął dzień?” i „Do zobaczenia wkrótce”. Byliśmy jak dwoje kochanków w pułapce skostniałego małżeństwa – kurczowo trzymaliśmy się siebie z przyzwyczajenia, udając, że żyjemy jak w bajce. Problem w tym, że żyliśmy w dwóch różnych bajkach. Z westchnieniem oparłam głowę o podgłówek. Zanim zdążyłam przysnąć, poczułam wibracje telefonu, który trzymałam w ręku. Dzwoniła matka.

Wahałam się, czy odebrać, skoro już dwadzieścia razy nagrała mi się na pocztę głosową, ale w końcu ustąpiłam.

– Halo? – powiedziałam.

– Halo? Gillian? – W jej głosie naprawdę wyczułam niepokój. – Gdzieś ty była? Wydzwaniam do ciebie od kilku tygodni.

– Przepraszam. Ostatnio jestem zajęta pracą.

– Nie możesz być aż tak zajęta. – Zgrzytnęła zębami. – Dzwoniłam już nawet do biura, ale nikt nie odbierał. Twój służbowy numer się zmienił czy co?

– Nic o tym nie wiem. Sprawdzę to później w dziale IT.

– Dobrze – powiedziała. – W każdym razie skoro już mam pewność, że żyjesz, chciałabym przekazać ci wspaniałe nowiny o całej rodzinie. – Odchrząknęła. – Amy i Mia wkrótce znajdą się w Krajowej Galerii Sławy Nauk o Zdrowiu. Będą najmłodszymi naukowcami, jacy kiedykolwiek zostali tam uwzględnieni. Masz pojęcie, jak jestem dumna? Jakie to wspaniałe uczucie, kiedy moje dzieci osiągają coś znaczącego?

Przygryzłam wargę, żałując, że nie pozwoliłam jej się nagrać na pocztę głosową.

– W przyszłym miesiącu w „Scientific Journal” opublikują artykuł Claire, a w zeszły weekend twój starszy brat, Brian, wygrał swoją setną sprawę. Czy to nie fantastyczne?

– Absolutnie fantastyczne…

– Prawda? Szkoda, że nie przyjęłaś tego stypendium MIT, jak wszyscy inni w naszej rodzinie. Kto wie, kim mogłabyś wtedy zostać?

– Mówisz tak, jakbym była dilerką narkotyków.

– A jesteś?

Co, do cholery…

– Co takiego? Nie! Musisz mnie o to pytać?

– Z tobą nigdy nic nie wiadomo – orzekła śmiertelnie poważnym tonem. – To twoje unikanie telefonów, a czasem ściszanie głosu podczas rozmowy jest naprawdę zastanawiające. I do tego mieszkasz w tym Nowym Jorku, ale nigdy nie dzwonisz do domu po pieniądze, a to mnie bardzo…

– Dziwi?

– Rozczarowuje. – Urwała. – Albo jesteś zbyt dumna, by prosić o pieniądze, bo wiesz, że mieliśmy rację w kwestii twojej przeprowadzki do tego miasta, albo robisz tam coś nielegalnego, żeby mieć za co żyć. Ale to potrwa, dopóki cię nie złapią, a wtedy będziesz musiała zadzwonić i poprosić nas o wpłacenie za ciebie kaucji.

Pokręciłam głową, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Zaserwowałam jej tę samą wymówkę co zwykle: „Przepraszam, że nie zawsze odbieram. Wciąż pracuję ponad pięćdziesiąt godzin w tygodniu, bo nie mamy nowych stażystek”. Zwłaszcza że to była prawda. Cóż, była – sześć lat temu.

– Na pewno tylko dlatego? – spytała. – Moja matczyna intuicja podpowiada mi, że coś jest nie tak.

– Na pewno. – Przewróciłam oczami. Gdyby naprawdę miała jakąś matczyną intuicję, już dawno, dawno temu podpowiedziałby jej, że coś jest nie tak.

Znienacka zmieniwszy temat, zaczęła ględzić o swoich „nowych i ekscytujących” badaniach, nie dopuszczając mnie do słowa. Słuchałam jej jednym uchem, spoglądając przez okno na coraz ulewniejszy deszcz.

– Przyjedziesz do domu za dwa miesiące na wielką niespodziankę? – spytała chwilę później.

– Jaką wielką niespodziankę?

– Brian oświadczy się swojej dziewczynie, córce burmistrza. Zaplanował huczne przyjęcie i mówił, że napisał ci o tym w SMS-ie parę miesięcy temu.

– A, tak. – Rzeczywiście dostałam ten SMS. Odpowiedziałam, że nie przyjadę. – Zrobię, co w mojej mocy. Dziś wieczorem sprawdzę loty.

– Świetnie! No cóż, nie chcę ci dłużej przeszkadzać. A właściwie co teraz robisz?

– Adiustuję. Sprawdzam fakty w kilku artykułach na ten tydzień.

– Oczywiście. To brzmi… interesująco.

– Jest interesujące.

Cisza.

– Cóż… – Odchrząknęła. – Dzwoń, kiedy tylko sobie przypomnisz, że masz rodzinę, albo gdy najdzie cię ochota, żeby ze mną porozmawiać.

– Zawsze mam na to ochotę, mamo.

– Do widzenia, Gillian. Kocham cię.

– Ja ciebie też. – Rozłączyłam się, zanim zdążyła coś dodać i zadać mi kolejny cios prosto w serce. Nasze rozmowy telefoniczne zawsze były krótkie i niezręczne. Boleśnie przypominały mi, że niezależnie od upływu czasu zawsze będę czarną owcą w rodzinie. Dosłownie.

Na początku fakt, że urodziłam się jako jedyna brunetka w klanie jasnych blondynek, traktowano jako źródło żartów w rodzaju: „Ha! Najmłodsza córka przyszła na świat ostatnia, więc chciała się wyróżnić!”. Jednak z czasem okazało się, że jako najmłodsza z pięciorga nigdy nie mogłam dorównać starszemu rodzeństwu.

Brat i wszystkie siostry byli w liceum prymusami, ja ukończyłam szkołę jako druga w klasie. Każde z nich z łatwością wygrywało wszystkie konkursy naukowe, w jakich brało udział, ja otrzymywałam wyróżnienia. I całe moje rodzeństwo – tak jak rodzice, światowej sławy neurochirurdzy – zostało stypendystami MIT, podczas gdy ja nigdy nie brałam tego pod uwagę. W zamian dostałam się w pierwszym trybie aplikacji na Uniwersytet w Bostonie.

Całymi latami, podczas wszystkich kolacji i zjazdów rodzinnych, wychwalano niezliczone sukcesy mojego rodzeństwa, a moje osiągnięcia kwitowano krótko: „No a Gillian… Jak to Gillian”.

Nie rozumiałam, po co w ogóle wciąż próbują zapraszać mnie do domu, zwłaszcza że robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby tam nie wracać. Gdyby to było możliwe, najchętniej odwlekałabym swój powrót do osiemdziesiątki.

I na pewno nie zamierzam jechać na te zaręczyny…

Samochód gwałtownie się zatrzymał. Spojrzałam przez przednią szybę. Kilka radiowozów błyskało niebieskimi i białymi światłami, a pasem awaryjnym pędziła karetka.

Ponieważ wyglądało na to, że droga na Manhattan będzie jeszcze dłuższa, oparłam głowę o okno i odpłynęłam w sen.

***

Gdy obudziłam się godzinę później, samochód sunął przez Broadway, wciąż mając przed sobą spory kawałek do Woolworth.

W telefonie znalazłam trzy nowe SMS-y od Bena, wszystkie dotyczące pozorów, nie mnie.

Ben: Jeśli ten Uber, którym jedziesz, nie jest luksusowy, to niech podjedzie pod tylne wejście, żebyś nie wyglądała jak jakiś dostawca czy coś.

Ben: Właśnie przyjechał senator z żoną, więc nie nawal. Nie mogą zobaczyć mojej dziewczyny wysiadającej z byle jakiego samochodu.

Ben: Proszę, powiedz, że masz na sobie jedną z tych sukienek, które kupiła ci twoja współlokatorka. Od jakiegoś projektanta.

Przewróciłam oczami, gdy samochód zajeżdżał pod główne wejście. W nosie miałam jego idiotyczne prośby. Przed domem i tak stali tylko parkingowi i portierzy, a w luksusowych samochodach i limuzynach nikt przecież nie siedział.

Wręczyłam kierowcy pięć dolarów i wysiadłam. Trzymając nad głową parasol, weszłam po schodach. Przed wejściem powitało mnie dwóch portierów.

– Dobry wieczór – powiedzieli jednocześnie i otworzyli drzwi, wpuszczając mnie do lśniącego, złotego holu. Ku mojemu zaskoczeniu ta okazała sala była pusta.

Zanim zdążyłam spytać, dokąd mam iść, z windy wyszedł ubrany na biało mężczyzna i gestem zaprosił mnie do środka.

– Pani jest przyjaciółką pana Bena Walsha, prawda? – zapytał.

– Podobno. Zależy, jaki mamy dzień tygodnia.

Roześmiał się i wcisnął guzik najwyższego piętra.

– Powiedziałbym, że bardziej niż „podobno”. Już sześć razy pytał mnie dzisiaj, czy pani przyjechała. Doskonale panią opisał.

– To znaczy?

– Zacytuję go słowo w słowo – odparł. – Piękna kobieta o długich, falujących, czarnych włosach i najśliczniejszych szmaragdowych oczach, jakie kiedykolwiek widziałeś. Stąd wiedziałem, że to pani.

Zarumieniłam się, czując się nieco winna, że byłam tak zła na Bena.

– Dziękuję. Powiem mu, że to miło z jego strony.

Skinął głową i stanął twarzą do wyjścia, patrząc na światełka nad drzwiami zmieniające się, gdy mijaliśmy kolejne piętra. Kiedy dojechaliśmy na 57, drzwi się otworzyły i wnętrze windy zalały oślepiające światła lamp błyskowych.

– To ktoś sławny? – krzyknął jeden z fotografów wśród nieustannego trzasku migawek aparatów. – Czy ona jest kimś?

– Później się dowiemy. Rób zdjęcia!

Zasłaniając oczy, zeszłam z linii ognia i ruszyłam do sali balowej, w której odbywała się powtórna inauguracja magazynu „Cosmopolitan”. Cały wystrój utrzymany był w pięknej, srebrno-białej kolorystyce, a na miniscenach wyeksponowano dawne okładki magazynu. Kelnerzy z wysoko uniesionymi tacami pełnymi szampana krążyli między gośćmi, a niemal cała śmietanka towarzyska Nowego Jorku uśmiechała się czarująco na użytek prasy. Wystarczył rzut oka na te wszystkie idealnie skrojone garnitury i warte tysiące dolarów suknie, by wiedzieć, z jak zdumiewającym bogactwem ma się tu do czynienia. Ci ludzie korzystali z każdej okazji, by się nim pochwalić, pojawiliby się nawet na otwarciu upominkowej torebki, jeśli tylko istniałaby szansa, że dzięki temu ich zdjęcia trafią do gazet.

Ruszyłam na poszukiwanie Bena, z uśmiechem lawirując między gośćmi i witając się z kilkoma znajomymi osobami. Po kilku minutach rozglądania się wysłałam mu krótki SMS: „Gdzie jesteś?”, ale nie odpisał.

Uznawszy, że prawdopodobnie pozuje do niezliczonych zdjęć z lokalnymi celebrytami, wzięłam sobie kieliszek szampana, zamierzając podejść do okien z widokiem na most Brookliński.

W połowie drogi natknęłam się na rodziców Bena, Panią Redaktor Naczelną „Cosmopolitana” i Pana Wilka z Wall Street. Jak zwykle rude loki jego matki były perfekcyjnie ułożone, a wyszczuplający odcień błękitu sukni podkreślał barwę jej oczu. Z kolei jego zadumany ojciec ze swoimi miedzianymi włosami i ciemnobrązowymi oczami sprawiał wrażenie, jakby dopiero co zszedł z planu jakiegoś dramatu politycznego. Ben był jego wierną kopią.

– Dobry wieczór, Gillian. – Matka Bena wyciągnęła wymanikiurowaną dłoń. – Wyglądasz dziś olśniewająco.

– Dziękuję, pani Walsh.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Ben właśnie cię szukał. Widziałaś go?

– Jeszcze nie.

– Z pewnością w końcu go znajdziesz. – Jego ojciec uścisnął mi dłoń. – Mówił mi, że po cichu myślisz o pracy w mojej firmie. Czy to prawda, Gillian?

Nigdy w życiu…

– Być może, panie Walsh. Niczego nie potwierdzam.

– Ha! Wiedziałem! Zgłoś się w tym tygodniu, a zatrudnię cię natychmiast. Bez zbędnych pytań. Od początku powtarzam Benowi, że jesteś doskonałą partią. Wiem, że uwielbiasz pracę w tej swojej organizacji non-profit i firmie wdrażającej nowe technologie, ale myślę, że nasz rodzinny biznes spodobałby ci się o wiele bardziej.

– Jak to non-profit? – spytałam.

– Jak to non-profit? – Roześmiał się. – Och, ta twoja skromność, Gillian. Uwielbiam to w tobie. – Ściszył głos. – Praca na rzecz mniej uprzywilejowanych to żaden wstyd. Sam co roku z przyjemnością udzielam kilku konsultacji pro bono. To pomaga spojrzeć na życie z innej perspektywy… No i dobrze robi moim podatkom.

– Nie wątpię. – Zmusiłam się do uśmiechu, zastanawiając się, dlaczego Ben tak nakłamał rodzicom na temat mojej pracy.

– Och, och, och! – Jego matka wzięła z tacy kieliszek szampana. – To ta redaktorka od popkultury z „The Wall Street Journal”. Powinnam dać jej parę słów do zacytowania. – Posłała mi ostatni uśmiech. – Baw się dobrze, Gillian. I dołącz do nas podczas oficjalnego toastu za godzinę. – Oboje odeszli i po chwili zniknęli w tłumie.

Zerknęłam na telefon, żeby sprawdzić, czy Ben w końcu odpisał, a ponieważ tego nie zrobił, tym bardziej postanowiłam go znaleźć i wyciągnąć stąd, żeby porozmawiać. Natychmiast.

Krążyłam po pokoju, szukając go przy każdym stoliku koktajlowym, przy każdej fontannie z szampanem i przy każdym stanowisku z winem i serem. Zajrzałam nawet do łazienek. Kusiło mnie, by poprosić DJ-a o wywołanie go przez mikrofon, ale nagle kątem oka zauważyłam go w kącie sali pod oknem. Z jakąś kobietą.

Podeszłam bliżej, mając nadzieję, że wzrok płata mi figle, ale z każdym krokiem wyraźniej widziałam charakterystyczne rysy jego twarzy i te same dłonie, którymi mnie dotykał, a które teraz obłapiały tyłek jakiejś brunetki w szarej i zdecydowanie za krótkiej sukience. Szeptał jej coś do ucha, a ona, uwieszona na jego ramieniu, przeczesywała mu włosy swoimi kościstymi paluchami.

– Nie przeszkadzam? – Zatrzymałam się tuż przy nich. – Ben?

Natychmiast odsunęli się od siebie, wybałuszając na mnie oczy. Widziałam tę dziewczynę już kilka razy, pracowała z Benem w firmie jego ojca.

– Hmm… Cześć, Gillian – powiedziała, czerwieniąc się. Nie czekając na odpowiedź, czmychnęła, zostawiając mnie z Benem.

Ben odchrząknął.

– Szukałem cię.

– Myślałeś, że schowałam się w tyłku Allyson?

– To nie to, o czym myślisz – odparł. – Jak ci minął dzień, skarbie?

Nie odpowiedziałam.

– Dobrze, więc ja zacznę. U mnie było okej. Zawarłem dwie nowe umowy, dzięki, że spytałaś. I znalazłem kilka nowych miejsc, w których możemy spędzić wakacje. A jak tobie minął dzień?

Zamrugałam.

– Okej, niech będzie. – Zachowywał się, jakby nic się nie stało. – Co tak długo tu jechałaś?

– Chyba nie myślisz, że przejdziemy do porządku dziennego nad faktem, że prawie przeleciałeś Allyson publicznie.

– Nic takiego nie robiłem, Gillian. Możesz być pewna, że gdybym się z nią pieprzył, wiedziałabyś o tym.

– Ben…

– Chyba mam tyle oleju w głowie, aby nie robić czegoś takiego publicznie, nie sądzisz? – rzucił kpiąco. – Na miłość boską, na końcu ulicy stoi Hilton, gdzie mogę mieć pokój za darmo. Wziąłbym ją raczej tam, a nie tutaj.

Wpatrywałam się w niego kompletnie zbita z tropu.

Roześmiał się, podszedł bliżej i położył mi dłonie na ramionach.

– Rozchmurz się, Gill. Naucz się śmiać.

– Naucz się żartować. – Wyrwałam mu się. – Dlaczego dotykałeś ją w taki sposób?

Pokręcił głową, patrząc na mnie, jakbym niepotrzebnie się czepiała.

– Powiedziałem ci, że pójdziemy później do Hemingwaya i porozmawiamy, o czym tylko zapragniesz. Naprawdę wolisz prowadzić tę niepotrzebną dyskusję właśnie teraz?

– Właśnie teraz.

Jęknął, po czym chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Minąwszy grupę biznesmenów, weszliśmy po wąskich schodach na górę. Ben otworzył drzwi i znaleźliśmy się na częściowo zadaszonym tarasie.

Deszcz zmienił się teraz w lekką mżawkę, której towarzyszył smagający wiatr. Jakiś facet w białym smokingu siedział na drugim końcu tarasu, śpiewając głośno i lekko przebierając palcami po klawiaturze fortepianu, jakby nas tu nie było.

– Kochankowie w Nowym Jorku… – nucił. – Szukają zacisznego zakątka w Nowym Jorku…