Tuman krwawej mgły - Andrzej Juliusz Sarwa - ebook
Opis

Przygotowywanie gruntu pod unicestwienie odwiecznego ładu i rozpoczęcie wznoszenia gmachu nowego, postępowego świata... Magowie i szarlatani... filozofowie i okultyści... różokrzyżowcy i wolnomularze... Ludwik XV i hrabia de Saint-Germain... ofiary z dzieci, dzikie orgie arystokratów, harem młodziuchnych kochanek monarchy... lecznicze kąpiele we krwi dziecięcej... specjalista od wychowania, który pięcioro swoich dzieci oddał do przytułku... Józef Balsamo conte di Cagliostro... wizje Swedenborga... lekceważone przestrogi Nieba... zaburzenia w przyrodzie, kataklizmy i nieurodzaje... głód i tajemnicza bestia... Okropieństwa rewolucji francuskiej... gilotyna dla Ludwika XVI... rządy obłąkanych rewolucjonistów... rzeź szuanów... ludzki tłuszcz na świece i mydło, ubrania z ludzkiej skóry... gwałty i zbrodnie... bestialstwa... A potem? Potem całkowita ruina tego, co było... Groza dni schyłku znanej nam rzeczywistości... wszystko obracające się w nicość... totalne zniewolenie przybrane w maskę wolności... i chichot Szatana... i oczekiwanie na Antychrysta, owego Syn Cienistej Strony, ale nie tego cienia, który przynosi ulgę, lecz mroczy duszę... I oczekiwanie na koniec... na dzień ostatni... na dzień, w którym nadejdzie sąd, a ogień spopieli wszystko... a sąd odbędzie się nad każdym stworzeniem... Jest to kanwa trzeciej części powieści – thrillera historyczno-ezoterycznego – Andrzeja Juliusza Sarwy, w której poznajemy dalsze dzieje rodu Białeckich, któremu ustawicznie towarzyszy zły duch, bez wątpienia mający jakiś niezwykły plan wobec tej rodziny, rodziny, z którą spotkaliśmy się już książkach „Wieszczba Krwawej Głowy” i „Cmentarz Świętego Medarda”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrzej Juliusz Sarwa

Tuman krwawej mgły

Niechaj szepcą jezuity,

Niechaj wrzeszczą demagogi,

Że cel wielki, a ukryty,

Odwszetecznia podłe drogi,

Że, przypadków idąc kołem,

Wolno w bagna zajść szatana,

Potem dusza, w nich skąpana,

Znów odnajdzie się aniołem;

Że się zmaże hańby kartę,

Że królestwo Boże – z czarta,

Że Wszechdobro Złego warte,

Że Wszechmiłość zbrodni warta!...

Zygmunt Krasiński

Armoryka

Sandomierz

Tekst: Andrzej Sarwa

Projekt okładki: Juliusz Susak

Korekta: Zespół

Copyright © 2019 Wydawnictwo Armoryka

All rights reserved.

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

Prolog

Skonał... w męce okrutnej... między Ziemią a Niebem rozpięty... krwią brocząc z ran, a z serca oprócz krwi wtrysnęła też i woda... i pouciekali wszyscy, którzy zapewniali go o miłości, wierności, oddaniu...

A On umierał, z żalem strasznym wołając, wpatrzony w nieskończony przestwór nieba: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?!”.

I tylko Matka u nóg Jego stała... i tylko uczeń jeden... i siostra Matki Jego, Maria Kleofasowa, i Maria Magdalena... a wszyscy inni pouciekali... pouciekali strachem zdjęci... i pełni żalu, rozczarowani, bo ich zawiódł... bo się spodziewali, że On to właśnie wyzwoli Izraela, koronę królewską przywdziawszy... a oni będą współrządzić wraz z Nim, dygnitarzami zostaną, a złoto całego świata trafi do ich kieszeni, a wszyscy mieszkańcy Ziemi będą ich niewolnikami, godnymi tylko wzgardy, a których jedynym sensem istnienia jest tylko to, by służyć wybranemu przez Boga plemieniu...

Tymczasem skonał na drzewie hańby, a oni przecie z Pism wiedzieli, a i starsi ludu tak nauczali, że kto na drzewie powieszony śmierć poniesie, ten jest przeklęty od Boga... więc pouciekali, ratując skórę, a może i głowy... uciekli przed bożym gniewem i zemstą przeciwników Ukrzyżowanego...

Ale wszystko się odmieniło i ci, co Go opuścili, kiedy powstał z martwych, wrócili. A gdy odszedł do Nieba, na ich oczach wznosząc się w górę, aż obłok Go zakrył, znów pozwolili, by nimi owładnął strach. I dopiero gdy w Dzień Pięćdziesiątnicy zstąpiły na nich języki Ognia, odzyskali odwagę i nabrali mocy.

Już trwoga nie przepełniała ich serc i umysłów. Szli od wsi do wsi, od miasta do miasta, z kraju do kraju i głosili dobrą nowinę o Królestwie Bożym.

I oddawali życie za to. I cierpieli tortury. I prześladowania. Palono ich ogniem, gotowano we wrzącym oleju, zabijano mieczem, rzucano lwom i innym dzikim bestiom na pożarcie, krzyżowano i podpalano na tych krzyżach. A oni trwali i coraz większe tłumy przyjmowały naukę Umarłego i Zmartwychwstałego. A im więcej mąk zadawano Jego wyznawcom, im więcej ich mordowano, tym więcej przybywało nowych...

Dobra nowina szerzyła się niczym pożar – nie tylko w Palestynie, nie tylko na terenie Imperium Romanum, ale i w Persji, a i dalej na Wschodzie także, najpierw po Indie, a jeszcze potem dalej i dalej, by w końcu objąć obszar niepomierzony – od Irlandii po Chiny i mongolskie stepy...

A ci prześladowani wyznawcy Mesjasza z Nazaretu, zwanego Chrystusem, to jest Namaszczonym, mówili, iż są Kościołem...

* * *

Lecz czas płynął i ludzie się zmieniali. I Kościół się zmieniał. Ze zgromadzenia męczenników, tworzących Mistyczne Ciało Jezusa, powoli, bo powoli, lecz przeistaczał się w korporację. A ci, którzy nią kierowali, uznali, iż nie muszą być już sługami, jak im nakazał Pan, na dodatek potwierdzając owo własnym przykładem, lecz mogą być władcami. I zaczęli żyć niczym książęta narodów, przywdziawszy mitry i szaty purpurowe. A narody jęły się buntować. A ponieważ utożsamiały owych książąt Kościoła w purpurze i szkarłacie z Panem Chrystusem, buntowały się i przeciw Niemu...

I grzech i bezbożność i herezja i apostazja rozpełzły się po całym świecie. I poczęto mówić w głos, co niegdyś szeptano po cichu, iż nie ma jednego Boga, ale jest ich dwóch – równorzędnych sobie – Bóg Dobry i Bóg Zły. I że toczą między sobą walkę. I że nie jest ważna wiara ni uczynki, lecz wiedza, lecz wtajemniczenie przekazane w skrytości, sub rosa.1 A książęta Kościoła, chociaż następcy Apostołów, nie byli już dla nich tymi, którym ufa się bezgranicznie.

Grzech się rozpełzł po świecie, rozlał niczym brudne fale powodzi, która wiosną pokrywa rozległe połacie kraju, a z wartkim prądem niesie wszystko, co się jej uda porwać po drodze i piękne przedmioty wymyte z pałaców i liche sprzęty z biednych chat i trumny wypłukane z cmentarzy... I grzesznych ludzi i niewinne zwierzęta...

Wielu było takich, którzy widząc, co się dzieje, zepsucie, rozpustę i każdy rodzaj grzechu, jakiego się dopuszczano, i brak poszanowania dla jakiejkolwiek świętości, wieszczyli, iż Pan Bóg już rychło ześle karę na gorszycieli, na zdeprawowanych, na chciwców, na bluźnierców.

I że powróci, by świat osądzić.

Wróci, jak to młodzieńcy w białe szaty odziani zapowiedzieli uczniom przy wniebowstąpieniu: „Mężowie Galilejscy! Czemu stoicie, patrząc w niebo? Ten Jezus, który wzięty jest od was do nieba, tak przyjdzie, jakoście go widzieli idącego do nieba”2 .

A właśnie zbliżał się schyłek pierwszego tysiąclecia od narodzin Zbawiciela. Data nie tylko okrągła, lecz i symboliczna...

* * *

Już wrzesień roku 989 przyniósł pierwsze ostrzeżenie, w postaci jasnej komety rozświetlającej nieboskłon, a rychło potem przyszedł znak drugi: unicestwienie przez ogień wysuniętego najdalej na zachód ówczesnej oikoumene3 , leżącego na wyspie u wybrzeży Armoryki4 , klasztoru i chramu dedykowanego największemu, po Błogosławionej Maryi Dziewicy, obrońcy chrześcijan, świętemu Michałowi Archaniołowi, co uznano za omen kataklizmu tak czytelny, że czytelniejszy już nie mógł był się zdarzyć.... Pośród ludzi zaczęła tedy szerzyć się histeria, która osiągnęła apogeum u schyłku roku 999.

I był to czas, gdy świat okrywał gęsty, mroczny cień, cień roku tysięcznego od narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa, roku, który w całym chrześcijańskim świecie – przesiąkając też do społeczności Maurów i Żydów – wzbudził popłoch, a ludzie z drżeniem oczekiwali końca świata i rozliczenia podłości, jakich się dopuszczali ich ojcowie, oni sami i ich dzieci. Kiedy to niejednego dotknęło szaleństwo, gdy spoglądał na poukrywane w skarbcach i bezpiecznych schowach kosztowności, wsłuchiwał się w pobrzękiwanie złotych i srebrnych monet, które przesypywał między palcami i zachłannie wpatrywał w blask skrzących się drogich kamieni, jednocześnie uświadamiając sobie, iż wszystko to pójdzie na zmarnowanie i wraz z żywiołami w nieugaszonym ogniu stopnieje...

I był to czas, kiedy bojaźliwi przemodlili i przepościli miesiące, na klęczkach, w błagalnych gestach wyciągając ku niebu ręce i odgniatając kolana, a ciała niektórych spłynęły krwią od zadawanych grzbietom pokutnych samookaleczeń. Nie cichły jęki i zawodzenia, żebranej u Nieba litości i zmiłowania, a dla innych, bluźnierców zuchwałych, tych, którzy do końca Niebu wygrażali pięścią, na odwrót: wzmógł się szał pijacki i rozpustny... I wreszcie nadszedł dzień 1 stycznia roku 1000, który przed jego nastaniem, obwołano mianem dies irae, czyli dniem gniewu.

Nadszedł i... spokojnie przeminął.

A wówczas codzienność popłynęła starym łożyskiem, niczym rzeka, która, po wylewie znów powraca do swego koryta. Lecz był to tylko pozór, bo tak naprawdę rozpoczęła się dla świata nowa epoka. Epoka ocalałych od zagłady, bo za takich się mieli ci, którzy ów straszny rok tysięczny przeżyli, nie postradawszy zmysłów i nie utraciwszy wiary.

Tyle że dla wielu znów na oścież rozwarła się brama ku niepohamowaniu, aby grzeszyć od nowa, więcej jeszcze i bardziej ochoczo, bo nieomal natychmiast zapomnieli o dniach spotniałych od lęku i nocach gęstych od koszmarnych majaków, z których budził ich własny krzyk przerażenia.

Lecz wielu innych wpierw odczuwszy ulgę, zdumiało się, stawiając dręczące, niedające spokoju pytanie: dlaczego?!

Musiał być jakiś błąd w obliczeniach! To pewnie nie ta data! Jasne! Oczywiście! Nie ta data! Więc liczyli i liczyli od nowa i odnowa. I coraz to inne wyznaczali terminy, aż wreszcie ktoś wymyślił, iż ostatnim będzie rok tysięczny, ale nie od narodzin, lecz od śmierci Zbawiciela, a więc rok 1033. Wszakże i ten spokojnie przeminął, a świat trwał...

* * *

W tym czasie, gdy chrześcijanie byli zajęci obliczaniem coraz to nowych dat dnia Sądu Ostatecznego, w Egipcie kalif Al-Hakim bi-Amr Allah zajmował się zgoła czym innym. Początkowo jako pobożny muzułmanin wybudował w Kairze wspaniały meczet noszący po dziś dzień jego imię, później jednak – nie wiadomo czy ogarnięty religijnym obłędem, czy może raczej owładnięty przez demoniczne dżiny, choć początkowo dość wyrozumiały i łagodny dla chrześcijaństwa zaczął je w sposób gwałtowny i bezwzględny zwalczać, choć matkę miał chrześcijankę. Prześladował duchowieństwo i wiernych oraz na ogromną skalę burzył kościoły.

W ciągu dziesięciu lat najdzikszego religijnego terroru, trwającego od roku 1004 do 1014 rozkazał obrabować i spalić ponad trzydzieści tysięcy chrześcijańskich świątyń i monasterów! Szczytowym zaś dokonaniem tegoż kalifa było, w roku 1009, w Jerozolimie, zrównanie z ziemią Bazyliki Grobu Pańskiego, po której nie został kamień na kamieniu.

Szaleństwo Al-Hakima po roku 1014 przybrało jeszcze inną formę. Oto zaczął się skłaniać ku naukom ismailitów, głosicieli i wyznawców ezoterycznych doktryn zawierających pierwiastki filozofii platońskiej wymieszane z gnostyckim mistycyzmem, które były zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Kalif ostatecznie przystał do tegoż ruchu, z którego wyemanowała nowa grupa religijna – druzowie. Była to kulminacja działalności władcy, który już na początku swoich rządów zapowiedział nadejście nowej ery – ery prawdziwego monoteizmu. A sam ogłosił się inkarnacją Boga, który objawił się w ludzkim ciele, po to, aby naprawić wszystko, co zostało wypaczone przez islam, chrześcijaństwo, judaizm i inne religie.

Ostatecznie kalif rozkazał, by Hamza ibn Ali ibn Ahmad, perski ismailita, który w roku 1014 przybył do Egiptu i zaczął tu nauczać, w maju roku 1017 ogłosił rozpoczęcie tejże ery, w której wyznawać się będzie nową religię, al-Muwahhidun – Monoteizm i że Al-Hakim jest Bogiem wcielonym, co zostało potwierdzone stosownym dekretem.

Doktryna, której wyznawcy ostatecznie zostali nazwani druzami, przypisująca sobie pochodzenie od Abrahama, w rzeczywistości jest systemem synkretycznym zawierającym w sobie elementy najrozmaitszych filozofii i religii – gnostycyzmu, neoplatonizmu, pitagoreizmu, ismailizmu, judaizmu rabinicznego, heterodoksyjnego chrześcijaństwa, hinduizmu, buddyzmu, monoteizmu egipskiego sięgającego – być może – czasów Echnatona, zaratusztrianizmu, manicheizmu i oryginalnej myśli samego Hamzy, a może i kalifa al-Hakima także. Na ich bazie powstała odrębna i częściowo tajna teologia, interpretująca święte księgi – Koran, Pismo Święte Nowego Testamentu i własne dzieło Kitab al-Hikma – na sposób i egzo- i ezoteryczny, podkreślająca znaczenie roli umysłu i wiedzy, a nie wiary, dzięki czemu człowiek może ostatecznie osiągnąć stan przebóstwienia. Ponieważ nie jesteśmy jednak doskonali, to aby owo osiągnąć, musimy przejść przez cykl licznych narodzin i śmierci, odradzając się w coraz to nowych ciałach. Dopiero po zakończeniu tej wędrówki dusza dotrze do końca cyklu narodzin i zjednoczy się z Al-aqal al kulli – Umysłem Kosmicznym.

To jest wiedza egzoteryczna, jawna, dostępna dla wszystkich. Jest jednak jeszcze inna wiedza, znana wyłącznie wtajemniczonym, bo druzowie podzielili się na dwie klasy – nieświadomych profanów dżuhhal i wtajemniczonych oświeconych – ukkal. Tyle że na jej temat nic nie wiadomo. Owszem są różne domysły, przypuszczenia, hipotezy, ale... od XI wieku aż po dziś dzień nie znalazł się nikt, kto zdradziłby tajemnicę... Aż trudno w to uwierzyć, niemniej takie są fakty.

Hamza ibn Ali ibn Ahmad, początkowo popierany przez kalifa, w końcu stracił jego zaufanie. Przyczyną tego była chęć wprowadzenia zbyt radykalnych reform – bezwzględnej walki z dawną tradycją, postulowanie wprowadzenia zakazu wielożeństwa, rozwodów, powtórnych małżeństw i innych zwyczajów, do których ludzie byli przywiązani.

Hamza był też atakowany przez innych teologów, w tym również swojego bliskiego współpracownika, któremu na imię było Ad-Darazi. Ostatecznie został przepędzony i nie tylko ślad po nim zaginął, ale został praktycznie zapomniany.

Nie minęło wiele czasu, a podobny los spotkał kalifa.

Al-Hakim uwielbiał samotne nocne wędrówki i z jednej z nich, na którą się wybrał w środę, 13 lutego, 1021 roku, już nie wrócił. Poszukiwania nic nie dały. Bóg i zarazem kalif, czyli władca wiernych, przepadł bez wieści... Co się z nim stało? Czy spotkał go jakiś wypadek? A może został porwany i uwięziony? Być może stracił pamięć? A może został zamordowany? Cóż, wszystkie te przyczyny są prawdopodobne, druzowie jednak wierzą, iż wstąpił do nieba...

Po zniknięciu Hamzy i Al-Hakima przywództwo nad druzami objął Baha’uddin Ali ibn Ahmad ibn ad Dayf5 , który przed śmiercią, w roku 1043 zakazał głoszenia nowej wiary, a przyjmowanie nowych członków do społeczności druzów zostało zabronione, w oczekiwaniu na powrót Al-Hakima, na Dzień Sądu Ostatecznego, na złoty wiek, i na Nowy Porządek Świata, który ma nastać.

Na Dzień Sądu i Nową Ziemię czekali także i chrześcijanie. Lecz to trzeba było odłożyć na później, najpierw bowiem należało odzyskać Jerozolimę i Grób Pański.

Zachód ruszył tedy na wojenną wyprawę przeciw Saracenom... Co też się i udało. Grób Pański odzyskano, a Bazylikę wnoszącą się nad nim odbudowano... Teraz trzeba było już tylko strzec zdobyczy. Stróżami Grobu zostali król jerozolimski oraz świeccy i zakonni rycerze... Do czasu...

Lecz i to odeszło w mroki przeszłości... królowie... kalifowie... rycerze... mnisi... wojny... zwycięstwa... klęski... łupy... krew... łzy... kary zsyłane przez niebiosa... głód... swary i waśnie... i śmierć czarna... i upadek dawnych autorytetów... a potem – Stary Świat uległ transformacji, ale za to Świat Nowy otworzył swe bramy dla tego, co w Starym Świecie zaczęło przemijać... i odtąd nic już nie było tak jak wcześniej... bo odwieczny ład kruszał i butwiał, świat zaś i ludzkość dryfowały w stronę ładu nowego... czy lepszego, jak ludziom wmawiano?...

A jakiż to był jego początek? Nader prozaiczny... Bunt i sprzeciw wobec zastanego porządku... Bo po co naprawiać? Lepiej zniszczyć i... zastąpić swoim porządkiem, według własnych prywatnych wyobrażeń... A może... a może podszeptów diabelskich?...

* * *

Szczególny to był rok, ów rok 1517. Jakiś dziwny i jednocześnie tragiczny, bo rozsiewający zarazki rozłamu w Kościele i buntu przeciw papieżowi rzymskiemu i to na taką skalę, na jaką nigdy jeszcze dotąd się przeciw następcy Piotra nie buntowano. I to ledwie kilka miesięcy potem jak Leon X uroczyście potwierdził na Soborze Laterańskim V to, co ogłosił jego poprzednik Bonifacy VIII w bulli Unam Sanctam6 , zawierającej takie między innymi rewelacje: ...oznajmujemy, utrzymujemy, określamy i ogłaszamy, iż dla osiągnięcia zbawienia konieczne jest posłuszeństwo każdej istoty ludzkiej Biskupowi Rzymskiemu...

A ludzie myśleli, że przede wszystkim trzeba przestrzegać tych dwóch przykazań, na których zawisło całe Prawo i Prorocy: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej... Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.7

Tak więc ledwo co minęło owe siedem miesięcy od zamknięcia obrad Lateranense Quintum8 , a przeciw papieżowi, oskarżając go o to, iż jest Antychrystem i diabłem wcielonym, wystąpił sławny augustiański mnich rzymskokatolicki, wielebny ojciec Marcin Luter, człek uczony, doktór.

Luter – pokorny, ubogi, pobożny – rycerz prawdy i gołąbek pokoju, nieumiejący pogodzić się tylko z niegodziwością apostolską.

Zachwycił lud. Szczególnie niemiecki.

Zachwycił władców i szlachtę.

Nie brakowało jednakowoż takich, którzy dostrzegli w nim coś z węża...

Nienawistnicy, zazdrośnicy?

Ba! Nie inaczej.

A może jednak nie?

Niemożebne! Wszak chciał nareperować gmach Kościoła, który sypał się i szedł w ruinę... pokorny, ubogi, pobożny mnich...

„– Och – powiadali jedni – jego wystąpienie przeciw Rzymowi... to nic osobistego, on niczego dla siebie nie chce!”.

„– Wąż, chytry, przebiegły, podstępny i samolubny – dowodzili inni – zresztą zobaczycie, maluczko a zmieni skórę, jak to u wężów jest w naturze”.

A naprawa Kościoła, którą Luter rozpoczął od młotka, czterech gwoździ i karki papieru z dziewięćdziesięcioma pięcioma tezami przeciw papieskim naukom, którą przybił o poranku 31 października 1517 roku na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze, a których sens najważniejszy można by streścić w jedynym zdaniu: „Czemuż to papież, skoro taką władzę posiada, nie uwolni z czyśćca wszystkich dusz, miłością się kierując i miłosierdziem względem nich, a jeno niektóre i to na dodatek za pieniądze?”

Zatem, jako się rzekło, naprawa Kościoła szła już teraz pełną parą!

Przy pomocy siły umysłów i siły mięśni, siły władców i siły ich mieczy!

„– Zobaczycie, że zmieni skórę, jak to u wężów jest w naturze!” – upierali się nienawistnicy.

„– A cóż on może? – mnich-biedaczyna wyniszczony ascezą, o czymże mówicie?!” – oburzali się obrońcy.

„– Wyniszczony? Czym wyniszczony?! – rechotali przeciwnicy – Toż to opój i żarłok o ile jeszcze nie co gorszego. Ledwo mu się tłuste dupsko w ten przyciasny habit mieści!”

„– Och bluźniercy! Każden papież – ten to ci jest dopiero opój, żarłok i rozpustnik!” – ciskali się oponenci.

„– Który? Medici? Leon X?9 Brednie! Człek spokojny i pobożny był”.

„– Jakie znów brednie? To był żarłok, pamiętacie tę jego spasioną gębę. A na dodatek jawny ateusz i sodomita!”

„– Łgarstwa! Ateusz? Przenigdy, on w Boga wierzył głęboko! Sodomita? Też coś! Co najwyżej na sodomię kardynałów oko przymykał. Może to i niechwalebne... może... Na ten przykład kardynał Bibbiena10 odkrytym sodomitą był, i owszem, zaprzeczyć się nie da, ale Ojciec Święty?! – przenigdy!”

„– No właśnie – rechotali przeciwnicy – przez ścianę nieomal mieszkał z tym Bibbieną. Jak brat z siostrą żyli, nie inaczej! Jak brat z siostrą! A żywili się prażonym grochem bez omasty i źródlaną wodą zapijali”.

„– Czego się czepiacie? I jeden i drugi już pomarli!”

„– A co? Papież Boeyens, Hadrian VI?11 Ten był lepszy?”

„– A co mu zarzucacie? Uczciwość? Zresztą też już mu się zmarło, czym niebywale uradował niewdzięcznych rzymian!”

„– No to nam się w komplecie ostał jeszcze Giuliano Medici Klemensem VII12 zwany, sam bękart i ojciec bękarta, co to go na dodatek z czarną murzynką spłodził! Ten ci dopiero wzór świętości! A doktor Luter dwóch już przeżył. I to w dobrym zdrowiu. A dozwoli Pan Jezus to i Klemensa przeżyje!13 To, komu Pan Bóg błogosławi? Hę?”

„– A my was ostrzegamy, że ów cały Luter to wąż chytry i prędzej, czy później zrzuci skórę. Najpierw wszelako uwiedzie z was, ilu się tylko da. Pomnicie nasze słowa!”

„– Zakładać się nie będziemy”.

„– Pewnie. Czas pokaże. Już rychło”.

* * *

Rankiem 9 października 1524 roku przyodziany w czarny habit z kapturem augustiańskiego mnicha, ściągnięty takiejże samej barwy skórzanym pasem i przełożonym przez głowę szkaplerzem, zakrywającym barki, plecy i piersi, z kapłańską stułą zwisającą z ramion, chociaż już w żadne tradycyjnie pojmowane kapłaństwo nie wierzył, ale stuła przydawała mu powagi, stanął na kazalnicy podziwiany przez wielu, a znany już w całym chyba cywilizowanym świecie, słynny reformator Kościoła wielebny doktor Marcin Luter. Słowa, które wypowiadał, układały się w zdania, a zdania hipnotyzowały słuchaczy.

Gdyby jednak zacząć tych ostatnich dopytywać co tak naprawdę ze słów Lutra zrozumieli, większość zapewne nie umiałaby odpowiedzieć. Luter kazał i to im wystarczało.

Większość zrozumiała z tego całego szumu i zamieszania, z głoszonych przez niego nauk, tylko tyle, że wszystko, co było, należy zmienić, unicestwić i na gruzach budować nowy świat, nowy ład, nową sprawiedliwość i głosić też nową... prawdę.

I niektórzy wzięli to sobie do serca. Myśleli, że on tak na poważnie. Kim byli ci naiwni? Otóż chłopami, którzy zaryzykowali, by przeciwstawić się swoim panom. I w tymże, 1524 roku, pierwsi powstańcy chwycili za broń – za widły, kosy, grabie, co tam kto miał, paląc, rabując, na odlew waląc, kogo popadło. W pierwszych dniach października rewolta rozgorzała na całego.

Teraz czekano już tylko na to, jakie stanowisko zajmie Wielki Reformator, którego chłopscy powstańcy mieli nieomal za boga i mieli też nadzieję, że się wykreuje na ichniego przywódcę.

* * *

Kościół był przepełniony po brzegi. Widziało się ludzi wszystkich stanów: i chłopów i mieszczan i szlachciców i duchownych. A Luter mówił... i mówił... i ręce wznosił i opuszczał i gestykulował. Jego pospolita, nalana twarz nie wyrażała wszakże żadnych uczuć. Lecz nie mówił beznamiętnie. Bynajmniej. A to jedno z drugim trudno jest pogodzić, mistrzem tedy musiał być nie lada.

W końcu jednak ten i ów pojął, że to, co słyszy, nijak nie pasuje do tego, co kaznodzieja wygłaszał wcześniej, a czego na domiar nie powinna nauczać osoba duchowna, a za taką doktor Luter wszak przecie ciągle uchodził.

Oto bowiem ni mniej, ni więcej, tylko zwrócił się do książąt, iżby zabijali buntujących się chłopów, z góry rozgrzeszając ich z tych uczynków i pouczając, iż ręka, która kieruje mieczem, nie jest ręką człowieka, lecz ręką samego Boga i to nie człowiek wiesza, łamie kołem, ścina, morduje i prowadzi wojnę, lecz Bóg. Bo jeśli ciało chorzeje i członki dotyka gangrena, to trzeba je amputować, iżby uratować życie człowieka i lekarze tak czynią. Podobnie tedy trzeba spojrzeć na żołnierzy, którzy chociaż zabijają, to przecież nie z okrucieństwa, bo to, co czynią, jest konieczne dla świata i nieodzowne niczym jedzenie i picie dla ciała. I tak właśnie – mieczem – trzeba bunt chłopski uśmierzyć.

W kościele dało się słyszeć najpierw szum, a potem wyraźny pomruk niezadowolenia. Ktoś splunął w kierunku kazalnicy, ktoś pogroził pięścią. Znaczna gromada dotychczasowych słuchaczy rozpychając się łokciami, wzburzona ruszyła ku wyjściu.

Doktor Luter zdążał ku końcowi przemowy. Widząc, co się dzieje, nie zamierzał dalej ciągnąć tego tematu.

Zszedłszy z ambony, skierował się w stronę prezbiterium, ocierając rękawem habitu czoło zroszone potem. Chciał, minąwszy ołtarz, skryć się w zakrystii, ale naraz, jakby wyrastając spod ziemi, zastąpił mu drogę jakiś mężczyzna o smagłej cerze i żółtych oczach z pionowymi pustymi źrenicami, ubrany wedle hiszpańskiej mody.

– Witaj doktorze! Gratuluję wyśmienitego kazania – uśmiechnął się szeroko.

Luter bacznie mu się przyjrzał, mierząc od stóp do głów i głęboko zajrzał w te jego osobliwe oczy.

– Wiem, kim jesteś, Atanasie... apage!14 Nie chcę już więcej twoich rad ni sugestii.

– Jakoś ci wcześniej moje rady nie wadziły... ale teraz akurat nie mam żadnej. Chcę ci tylko pogratulować, zrobiłeś dziś wspaniałą robotę, piękne ona wyda owoce!

– Apage!

– Doktorze!

– Czego?

– Hm... jakby tu rzec... i śmiesznie i żałośnie wyglądasz w tym habicie. Wszak żaden już z ciebie mnich! Śluby połamałeś, Kościół rzymski cię wypluł, rzucając anatemę...

Luter spojrzał na rozmówcę spode łba i mruknął:

– Nie sposób nie zgodzić się z tym, co mówisz. Ale nie wszystko to prawda, co mówisz.

– W sprawie czego?

– Połamania ślubów. Przynajmniej jawnie i oficjalnie. Żony nie mam.

– Kwestia czasu. Ale w tym habicie jej nie znajdziesz, co najwyżej gromadkę konkubin, a te przecie już, zdaje się, przytulasz! – dziwny mężczyzna parsknął śmiechem.

Luter machnął dłonią, opędzając się od natręta.

* * *

Popołudnie 9 października 1524 roku było w miarę ciepłe i pogodne. Doktor Luter postanowił udać się na przechadzkę, aby zażyć powietrza. Kiedy pojawił się na ulicy, jego widok wzbudził niemałą sensację. Oto bowiem nie miał już na sobie augustiańskiego habitu, lecz długą do ziemi czarną spodnią suknię, po wierzchu okrytą fałdzistym, tej samej długości i tejże samej barwy płaszczem, na stopach nie widać było mniszych sandałów, lecz bogate skórzane buty, głowy zaś nie okrywał mu mniszy kaptur, lecz doktorski beret, który całkowicie zakrywał zarastającą już tonsurę.

Jakiś przechodzień, najwyraźniej niebędący zwolennikiem nauk reformatora na jego widok w nowym przyodziewku parsknął śmiechem i z szyderstwem zakrzyknął:

– I oto wąż zmienił skórę!

* * *

Tajemniczy mąż w hiszpańskim stroju, który rozmawiał z Lutrem w świątyni, wolnym krokiem podążał za dwoma mnichami, najwyraźniej zwolennikami reformy Kościoła i świata, chociaż... chociaż... nie do końca może jeszcze do tego przekonanych...

Nadstawiał ucha i słuchał, jak młodszy z zakonników składał swojemu mentorowi relację z tego, co się działo w Niemczech:

– Ojcze, w okresie od października 1524 do października 1525 roku po licznych krwawych i wyniszczających kraj potyczkach i bitwach, śmierć poniosło ponad sto tysięcy niemieckich chłopów. Tych, którzy dali wiarę, że reformacja ich wyzwoli.

– No przecież wyzwoliła.

– A to z czego?

– Z życia, głupcze, z życia! Ach! Jakaż to piękna ofiara w zacnej sprawie złożona. Ten zapach krwi... czujesz go bracie? Czujesz? Słodkożelazisty zapach chłopskiej juchy...

– Niczego nie czuję. Jeśli jednak owa ofiara przyniosła ci, ojcze, aż takie zadowolenie, cieszę się razem z tobą.

– O tak!... Na jednym froncie się traci, na innym zyskuje... Przeczuwam, iż takich ofiar będzie tu jeszcze więcej... dużo, dużo więcej... I wtedy wszystko się zmieni... Kościół się zmieni... cały świat się zmieni... Niemcy zmienią świat! To z Niemiec wyjdzie płomień, który świat podpali!

– Pewnie. Tyle że na razie kraj wyniszczony, masy chłopów bez środków utrzymania. A brzuchy domagają się strawy. Niejeden w rozpaczy targnie się na własne życie, a może zadusi czy zarąbie też dziadki i żonę, aby nie cierpiały? Ale inny czmychnie do kniei, gdzie sobie urządzi kryjówkę, dogada z drugim, piątym, dziesiątym i po gościńcach będą rabować podróżnych. Strach będzie wędrować przez niemieckie kraje. Do tej pory rabunkiem trudnili się tylko nasi wspaniali rycerze, teraz wyprodukowali sobie konkurencję spośród gminu. Dawniej wiedziało się, który zamek omijać, teraz już nigdzie nie będzie się pewnym swego losu.

* * *

Gdy protestantyzm w Niemczech okrzepł, gdy Kościół luterski formalne się ukonstytuował w roku 1530 na sejmie w Augsburgu, gdzie opracowano dokument znany pod nazwą Confessio Augustana, czyli Wyznanie Augsburskie wiadomo już było, iż katolicyzm znalazł się w defensywie i chociaż może nie śmiertelnie, ale bardzo ciężko został poraniony.

A kiedy prócz Lutra wystąpili inni jeszcze naprawiacze świata – Melanchton, Zwingli, Kalwin, Knox, czy król Anglii Henryk VIII15 , wymieniając tylko tych główniejszych, protestantyzm jął się roznosić niczym potężny pożar po całej Europie.

Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok narastał konflikt między katolikami a zwolennikami reformacji. Kościół katolicki tracił wiernych i to zarówno w zastraszających ilościach, jak i w zastraszającym tempie. Odpadało od niego albo dobrowolnie, albo pod przymusem tysiące i tysiące ludzi.

Wypowiedziano tedy protestantom wojnę. Ci jednak tak urośli w siłę, a szczególnie w Niemczech, że niektóre państwa i miasta Rzeszy 27 lutego 1531 utworzyły związek protestanckich księstw i miast16 , aby wspólnie się bronić przed katolikami. Razem reprezentowali taką moc, iż cesarz Karol V musiał się przed nim ugiąć i zawarł z nimi już w rok później upokarzający dumnego władcę pokój. I to bynajmniej nie na jego warunkach.

Cóż... widać tak się miały potoczyć losy świata...

Nadeszło nowe?

Zasadne pytanie.

Poniekąd. Ale bardziej nadszedł niesłychany zamęt, dla niepoznaki nazwany Odrodzeniem czy tam Renesansem. Tak, rozkwitło odrodzenie, potężne, ale starożytnego zabobonu, okultyzmu, magi białej, czarnej i jakiej tam jeszcze, alchemii, hermetyzmu, wróżbiarstwa we wszelkich jego odmianach, a przede wszystkim satanicznego gnostycyzmu...

I we wspaniałych pałacach i na uroczyskach odprawiano czarne msze, a Europę rozświetlały niezliczone stosy, w zdecydowanej większości rozpalane przez postępowych reformatorów, u których zacofani katoliccy inkwizytorzy mogliby co najwyżej terminować...

I tak się owo toczyło.

Dziś te zdarzenia mocno wyblakły bądź wręcz pokrył je mrok niepamięci, ale przecież ciągle wydają owoce. A czy zdrowe, czy trujące niechaj już każdy sam w sercu osądzi...

Tak czy inaczej, dzień 27 lutego 1531 roku już ostatecznie rozpoczął czas nieubłaganego postępu... i z Niemiec wyszedł płomień, który świat podpalił. Ten był pierwszy, bo potem pojawiały się kolejne płomienie, które sprawiały, iż świat gorzał coraz mocniej, na coraz większym obszarze, iżby w końcu go spopielić... ale o tym później...

* * *

W zimowy grudniowy wieczór roku Pańskiego 1717, za oknami monarszych komnat wersalskiego pałacu rozlegało się nienaturalnie upiorne wycie wichury pędzącej od północy ku murom wspaniałej rezydencji, która się rozsiadła wpośród niemniej wspaniałych ogrodów, teraz jednak skrywających swą krasę, bo przyprószonych śniegiem.

Dziesięć lat liczący król Francji Ludwik XV17 na wpół leżał na szezlongu obitym błękitną materią przetykaną w fantazyjne wzory złotą nicią i z powagą malującą się na dziecięcej twarzyczce, starając się ukryć lęk, wsłuchiwał się w opowieść, którą snuł marszałek Villeroy18.

Prócz niego w komnacie znajdował się regent, znany z niebywałej wprost rozpusty książę Philippe d’Orléans19, który swoje życie erotyczne rozpoczął w wieku lat czternastu, gdy to po raz pierwszy zniewolił dziewczynę imieniem – co pamiętał znakomicie – Eleonora, córkę prostej dozorczyni w zamku, w którym wówczas przebywał.

Obok, wpatrzona w ojca rozkochanym wzrokiem siedziała dwadzieścia dwa lata licząca jego piękna córka, Marie Louise Élisabeth d’Orléans, księżna de Berry20 nazywana Joufflotte, z którą, jak szeptano w Paryżu, utrzymywał kazirodczy związek, i to wcale nie w wielkiej skrytości, lecz nieomal jawnie, kiedy to się oddawał orgiom podczas słynnych kolacyjek, na które spraszał zwykle kilka starannie dobranych osób, w tym i tę swoją śliczną córeczkę o twarzy niewiniątka, ale reputacji Messaliny.21

Marszałek mówił zajmująco, opowiadając młodziutkiemu królowi o niezwykłym i wciąż niewyjaśnionym zdarzeniu, które miało miejsce w Paryżu w roku 1700. A umiał to robić znakomicie, budując nastrój grozy i nerwowe napięcie w słuchaczu.

– Otóż, Sire, żył tu niegdyś, przy rue de l’Hirondelle22, pewien człowiek, zwany mistrzem Dumasem, niegdyś prokurator w Chatelet, ale w tamtym czasie już niepełniący obowiązków. Wraz z nim mieszkali, chociaż dorośli już byli – syn i córka. Miał też i żonę, a jakże. I służącą. Żyli skromnie, bo nadmiarem pieniędzy nie grzeszyli i liczyć się musieli z każdym sou.

Gdy człek ów osiągnął wiek około sześćdziesięciu lat, zaczął się jakoś inaczej niż wprzódy zachowywać – zbudował sobie bowiem na poddaszu domu, w którym mieszkał, izbę, w której przesiadując w pogodne noce śledził bieg gwiazd i kreślił horoskopy. I gdybyż tylko to! Nie, on parał się tam również czarami, podpisawszy wprzódy uroczyście pakt z diabłem! A przynajmniej tak wokoło szeptano. Tenże diabeł zaś sprawił, że mistrz Dumas nieomal z dnia na dzień z nędzarza zamienił się w bogacza! Ten, który liczył miedziaki przed wyprawą do rzeźnika po mięso na skromny niedzielny obiad, teraz jadał na złocie!

Mistrz Dumas zaprzestał chodzenia do kościoła, a o księżach, sakramentach, nabożeństwach nawet słyszeć nie chciał. Natomiast przez lat trzydzieści, regularnie, w każdy piątek, o trzeciej po południu, udawał się do swojej tajemnej komnatki na poddaszu gdzie oczekiwał na niezwykłego gościa. Kim zaś był ów gość – nikt nie wiedział. Był to jakiś bardzo postawny mężczyzna, który na rosłym czarnym mule zajeżdżał tuż przed drzwi domu mistrza Dumasa. A kto ich zobaczył ze zgrozą odwracał wzrok, bowiem obaj i wierzchowiec i ten, który go dosiadał byli pokryci okropnymi otwierającymi się i przez to krwawiącymi bliznami. I to tak potwornymi, tak szpetnymi, że sam ich widok mógł sprawić, że ów, kto je ujrzał mógł z przestrachu omdleć, albo i co gorszego.

Tajemniczy jeździec, zeskoczywszy z siodła szedł wprost do owej górnej izby, gdzie, za zamkniętymi drzwiami, przez jakiś czas przesiadywał ze starcem. Co tam robili, o czym rozmawiali? – nikt nie wiedział.

I nadszedł dzień 31 grudnia 1700 roku. Nie było jeszcze południa, może jakaś dziesiąta, może kwadrans na jedenastą, na pewno nie później. Starzec jak zwykle przebywał w swoim tajemnym pokoju, oddając się sobie tylko znanym zajęciom.

I oto naraz... nie tak jak zwykle o trzeciej po południu, a o owej dziesiątej przed południem, chociaż także w piątek, na ulicy rozległ się stukot kopyt muła uderzających o bruk.

Ten sam okropny tajemniczy mąż, na tym samym mule stanął przed drzwiami starca. Zeskoczywszy z siodła pobiegł wprost na górę, do owej tajemnej komnaty. Wpadł tam i drzwi za sobą zatrzasnął. Mistrz zaś na jego widok przeraził się okrutnie co można było wnieść ze straszliwego krzyku przesyconego lękiem i grozą, jaki wydał z siebie i to tak gromko, że rozległ się on w całym budynku, budząc przerażenie w tych, który go usłyszeli. Żona i dzieci czym prędzej pośpieszyli mu zatem na ratunek, ale starzec nie otwierając zaryglowanych drzwi oświadczył, by się nie lękali, bo musi teraz odbyć nader ważną rozmowę ze swoim gościem. Uspokojeni zeszli więc na dół.

Lecz nie była to rozmowa spokojna, ponieważ uszu domowników dolatywały odgłosy zażartej kłótni. Co jednak było jej powodem? Z tego wzajemnego przekrzykiwania się przybysza i mistrza Dumasa, zmiarkować nie mogli. Wreszcie jednak dziwny gość opuścił tajny pokój i pędem zbiegłszy po schodach, dosiadł muła i galopem odjechał.

W ślad za nim powoli, słaniając się na nogach, zszedł na dół także i wiekowy czarownik, bo jakże inaczej można tego starca celniej nazywać, skoro się już dowiedzieliśmy, czym się w swym odosobnieniu parał?

Przybywszy zatem do salonu, w którym znajdowali się jego najbliżsi, bezwładnie osunął na podłogę i zdało się, iż za chwil parę wyzionie ducha.

Był straszliwie zmieniony – wyglądał niczym trup: twarz jego była woskowosina, oczy zgasłe, drżące ręce, płuca z trudem łapiące oddech, usta rozwierające się i przymykające jak u ryby, z których wydobywało się rzężenie.

Żona z córką chciały go zaprowadzić do sypialni, iżby odpoczął w pościeli, lecz on zjawił się tu wyłącznie po to, by oświadczyć, że tego dnia nie będzie mógł zjeść z nimi obiadu. Następnie, z trudem podźwignąwszy się na nogi chciał wracać do izby pod dachem. Nie mając jednakowoż siły, aby dotrzeć tam samemu, prosił, by mu pomóc wejść.

Dzieci, acz niechętnie, spełniły polecenie ojca. Nim się zamknął w swojej samotni, poprosił, iżby wieczorem przyszły po niego, bo wątpi, czy uda mu się samodzielnie zejść na dół. I tym razem, po raz pierwszy i jedyny, starzec nie zamknął się od wewnątrz, lecz dał klucz synowi i nakazał, by to on go zamknął od zewnątrz i zjawił się przed wieczorem.

A skoro nastała wyznaczona przez ojca pora, domownicy udali się po niego. Syn, poruczonym mu przez ojca kluczem, otwarł drzwi tajemnej komnaty, ale... ta była pusta! Mistrz Dumas zniknął!

Wyjść nie mógł, bowiem jedyny klucz od zawartych starannie drzwi wejściowych posiadał syn, a w pomieszczeniu starca nie znaleziono.

Przerażeni małżonka i dzieci Dumasa, zaniepokojeni by nie padło na nich podejrzenie, iż zamordowali męża i ojca a zwłok się pozbyli, mając pewność, iż żadną miarą bez ich wiedzy nie mógł on opuścić pokoju przy dachu, chyba, że co najwyżej jakowymś tajnym przejściem, po ukrytych schodach, sprowadzili specjalistów od budownictwa, aby gruntownie spenetrowali i zbadali pomieszczenie. Nie wykryto wszelako, mimo nader drobiazgowych badań, ani ukrytych drzwi, ani żadnej innej możliwości, by zamknięte od zewnątrz lokum można było opuścić!

I wtedy zaczął się ich koszmar. Władze śledcze uznały bowiem, iż jedynym racjonalnym wyjaśnieniem owej zagadki nie jest nic innego jak mord na starcu i ukrycie zwłok. Tyle, że jakichkolwiek śladów zbrodni nigdzie nie zauważono.23

Syn i córka przez lata całe usiłowali uwolnić się od podejrzeń, co im się jednakowoż nie powiodło. Zniknięcie mistrza Dumasa zaś pozostaje nierozwikłaną tajemnicą aż do tej pory, Sire. I to już koniec mojej opowieści.

Marszałek umilkł.

Ludwik zadrżał i jeszcze bardziej skulił się w sobie.

Marie Louise podniósłszy się z fotela podeszła do króla.

– Sire, nie lękaj się, z nami nic ci nie grozi – powiedziała i objąwszy go ramionami, przytuliła do piersi, a potem namiętnie ucałowała tego dziesięciolatka w usta, jednocześnie obrzucając go pożądliwym spojrzeniem.

– Nie popadaj w przesadę – zwrócił się do niej ojciec, książę Filip Orleański. – Zachowaj choć trochę umiaru, Joufflotte!

– Czyż nie byłoby to, mój ojcze interesującym doświadczeniem? – uśmiechnęła się zalotnie. – Wszak ja nie byłam wiele starsza.

– Och! Daj już temu pokój, daj pokój! To odrobinę niesmaczne.

Marszałek Villeroy obrzucił oboje nienawistnym spojrzeniem, ale ani regent, ani jego córka nie zauważyli tego.

Wichura za oknem przybrała na sile, budząc przyprawiające o dreszcz niepokoju pojękiwanie i wycie w pałacowych kominach...

* * *

Tegoż to roku, roku 1717, kiedy arystokraci – choć nie wszyscy przecie – bez jakichkolwiek, najmniejszych nawet hamulców, nieustannie obrażali Boga najwyuzdańszą rozpustą, zbrodniami i brakiem miłosierdzia, gdy pospólstwo – choć nie całe przecie – od Stwórcy się odwracało, Jemu przypisując wszelkie zło, jakie świat dotykało, to inni, skryci w mroku swoich tajnych schowów, oświeceni, jak sami o sobie mówili, potajemnie rozpoczęli systematycznie, celowo i w sposób przemyślany podkopywać fundamenty Civitas Christiana, iżby ostatecznie doprowadzić do transmutacji człowieka w boga...

* * *

Tenże jednak rok 1717, rok sławny, bo rozpoczynający 24 czerwca, w dzień św. Jana Chrzciela, w londyńskiej gospodzie Goose and Gridiron Ale House24, erę oświecenia i postępu nie zakończył się jednak szczęśliwie. Oto bowiem w samo Boże Narodzenie w nocy z piątku na sobotę, z 24 na 25 grudnia, potężny sztorm uderzywszy od północy w wybrzeża Holandii, Niemiec i Skandynawii, wywołał potworne powodzie, w których zginęło naraz, w parę godzin zaledwie, aż czternaście tysięcy osób a może i więcej!

Było to straszliwe memento dla buntującej się ludzkości... Na nikim jednakowoż nie zrobiło ono większego wrażenia, jedyne czym zaowocowało to natężeniem złorzeczeń i wygrażania Bogu pięścią...

Ludzkość z coraz większą prędkością staczała się ku przepaści... i nic już nie mogło tego pędu zatrzymać... a w mrocznej głębi czaiły się nieubłagane oświecenie i postęp nieubłagany...

Magowie, awanturnicy, ladacznice...

Ptak odfruwa...

W spokojnym i cichym gnieździe hrabiów d’Urgel y d’Osona, na szczycie jednej z pirenejskich gór, w odrestaurowanej zamkowej wieży wiedli cichy żywot państwo Białeccy – Mikołaj, Florine i syn ich jedynak – Jacob Pere Joan25, który przyszedł na świat w 1735 roku.

Czas upływał im powoli, niezwykle powoli, że aż zdawać by się mogło, iż tak naprawdę to żyją poza nim, jakby zamknięci w nieruchomej przejrzystej bańce sformowanej z krystalicznego zestalonego powietrza.

Przesycał ich niebiański nieomal spokój otulający góry, i to zarówno ten płynący od lodowośnieżnych szczytów, jak i nagich kamienistych zboczy, na których tu i ówdzie widać było kępy pirenejskich skalnic nazywanych przez Kastylijczyków corona de rey – koroną króla, o drobnych gęsto pokrywających delikatne pędy białych kwiatuszkach, gdzieniegdzie sąsiadujących z szarotkami, ostami cardo azul, czyli mikołajkami błękitnymi o żywoniebieskich kwiatach i skarlałymi czarnymi sosnami pino negro trzymającymi się kurczowo obnażonymi korzeniami szczelin i spękań skalistych ścian.

I płynął ów spokój także i od zielonych dolin pełnych ziół wonnych i różnobarwnych krzewów, krzewinek i kwiatów – błękitnych orlików, ostróżek rycerskich espuela de caballero o delikatnych rozgałęzionych łodyżkach, złocistych dziurawców, i bladofiołkowych lub białych, o nieomal przezroczystych płatkach, hiacyntów – jacintos blancos, które lubiły się też wspinać na osypujące się rumowiska, od gęstych połaci różowo kwitnących geraniów, żywoliliowych ramondów – fiołków szorstkich, fioletowych irysów i ostów, bladoróżowych posłonków, złocistych żarnowców i kolcolistów-espinillo, błękitnych goryczników, białych rumiankolistnych krwawników i starców-jakobelli, i cudownych, choć cuchnących, lilii pirenejskich o złotych płatkach i czerwonych pylnikach, czy wreszcie śmiertelnie trujących liliowobłękitnych tojadów-anapelli, spośród których tu i ówdzie wyrastały pokrzywione pnie stareńkich encin – dębów carrasca albo chaparra pierwszych o liściach podługowatych i jakby srebrzyście omszonych, u drugich zaś lśniących, kształtem zbliżonych trochę do liści wawrzynu a trochę do ostrokrzewu.

I płynął ów spokój od leśnych też połaci – od cisów, od sosen, jodeł, jesionów, dębów, buków i brzóz podszytych jarzębinami, rododendronami, leszczynami, jałowcami, paprociami i runem mącznic, borówek i bladofioletowych urdzików-soldanelli o krągłych liściach i postrzępionych dzwonkowatych płatkach.

I dnie mijały i tygodnie i pory roku... A oni, szczęśliwi, szczęśliwi nad miarę, dziękowali niebiosom za dar serc spokojnych i myśli czystych.

Ale nic nie trwa wiecznie i kiedyś musi nadejść dzień przesycony mrokiem i oparami szatańskości...

* * *

Lipiec roku 1757 przyniósł Europie, falę straszliwych upałów. Ludzie nieopisanie cierpieli i to nie tylko z powodu trudnych do zniesienia temperatur, ale również i dlatego, że towarzyszyły im jakieś dziwne i nieprzyjemne dolegliwości. Między innymi częste i obfite krwotoki z nosa tak u kobiet, jak i mężczyzn, a u kobiet dodatkowo też i z narządów rodnych. Ludzie byli wyczerpani, odczuwali silne bóle i zawroty głowy, dotykało ich wielkie osłabienie i zlewne poty, ale także dławiące duszności. Co ciekawe mocz wielu osób był bardzo gęsty i miał niezwykle ciemną, nieomal brunatną, barwę...

Z powodu tych niebywałych cierpień wielu pragnęło śmierci i wielu też zmarło... Upał, jak nietrudno się domyślić, przyniósł suszę, a susza spadek plonów... więc nastał głód... a z głodem nędza dla wielu...

* * *

Białeccy nie skąpili i wspomagali okolicznych wieśniaków, nie żałując grosza. Do czasu jednak.

Koniec października, kiedy słoneczne dnie przeplatają się z pochmurnymi, a wiatr niesie ze sobą dojmujący chłód, a nie orzeźwienie, pani Florine zaczęła niedomagać.

Któregoś jesiennego wyjątkowo pogodnego poranka, kiedy przez szybki okien zajrzało słońce, rzucając do wnętrza snop bajkowego nieomal światła, Mikołaj, spojrzawszy na żonę, zauważył, że z nosa zaczyna się jej sączyć krew. Najpierw wykwitła na jej górnej wardze rubinowa kropla, potem druga, trzecia, aż wreszcie, czerwona struga wypłynęła obficie...

* * *

Pani Białecka słabła z dnia na dzień. Nieustanne nieomal krwawienia straszliwie ją bowiem wyniszczały, ale cierpiała w milczeniu, aż nareszcie pewnego grudniowego wieczora, gdy za oknem szalała przepełniona poświstami i chichotami wichura, nieomal gnąc drzewa i z trzaskiem łamiąc ich gałęzie, zgasła, niczym świeca, która się dopaliła do samego końca...

Miała pięćdziesiąt jeden lat... i zdawać by się mogło, iż szmat życia jeszcze przed nią... Cóż niezbadane są wyroki Boskie...

Pan Mikołaj, chociaż we wszystkie dni choroby małżonki starał się nie okazywać uczuć, teraz całkiem się wzruszył i rozszlochał. Drżał cały, a obfite łzy płynęły mu po policzkach.

Rzucił się do łoża, na którym spoczywała umarła, runął na kolana i obsypał pocałunkami stygnące dłonie, a potem tak jak stał – bez kurty i bez czapki pędem wybiegł z wieży i pognał gdzieś hen, w stronę grani.

Jacob rzucił się za nim, wołając:

– Ojcze! Ojcze! Wstrzymaj się, wracaj!

Lecz stary Białecki albo w odgłosach wiatru go nie słyszał, albo słyszeć nie chciał.

Młodzieniec nie mógł dopędzić ojca, który gnał przed siebie, jakby nie skończył sześćdziesięciu sześciu lat, a miał ich co najwyżej ze szesnaście. Jacob nie dawał rady, ostre powietrze aż go dławiło. Zatrzymał się tedy i zawrócił.

Tej nocy nie zmrużył oka. Szlochał przy łożu martwej matki i drżał z niepokoju o ojca. Gdy tylko na dworze się rozjaśniło, skrzyknął okolicznych pasterzy i ruszył na poszukiwania pana Mikołaja.

I nawet nie zajęło to wiele czasu, oto bowiem jeden z mężczyzn, biorący udział w poszukiwaniach, wypatrzył ciało hrabiego w głębokiej szczelinie skalnej, dobre pięćdziesiąt metrów poniżej krawędzi zbocza, z której spadł.

Jacob spoglądał pytająco na każdego z pasterzy, ale oni tylko spuszczali głowy i milcząc, odsuwali się na bok. Nareszcie jeden z nich rzekł:

– Senyor26 Don Jacob... jest jeden śmiałek, który być może odważyłby się zejść w tę przepaść i opasawszy ciało pana hrabiego linami, pomóc je nam wyciągnąć tutaj, na powierzchnię.

– Przyzwij go tedy, zapłacę dobrze.

– Tak, panie, ale nim tu przybędzie, zejdzie ze dwa dni...

– Zatem będziemy czekać.

Ledwo jednak wypowiedział te słowa, posypały się z chmur białosiwych, które zasnuły niebo, grube śniegowe płatki. Opad intensywniał, by po godzinie przemienić się w zadymkę.

Śnieżyca szalała, miotana gwałtownymi podmuchami wichru, przez cały tydzień bez ustanku.

Ciało hrabiego przykryła gruba puchowa warstwa, która po lekkiej odwilży, gdy mróz powrócił, rychło powlokła się zlodowaciałą skorupą. I nie było już żadnej szansy na wydobycie zwłok ze skalnego grobowca...

* * *

Pogrzeb pani Florine był skromny i cichy. Do krypty hrabiów d’Urgel y d’Osona, gdzie wniesiono trumnę, prócz księdza i świątnika-zakrystiana, wszedł tylko młody pan Białecki z prostym wieńcem uwitym z gałązek ostrokrzewu przez miejscowych zwanego grèvol...

* * *

Chociaż zima w górach usadowiła się na dobre, to młody hrabia Jacob postanowił, nie czekając lepszej pogody, jak najprędzej wyruszyć w świat. I mimo, iż odradzano mu to, z troski o bezpieczeństwo panicza, który powszechnie był lubiany. Bo – podobnie jak świętej pamięci rodzice – nie zadzierał nosa i życzliwy był dla nierównych sobie stanem czy majątkiem i dla biedoty serce miał czułe (chociaż się z nią bynajmniej nie bratał).

On się jednak uparł i razem z pachołkiem wyruszył w dwa konie, obrawszy drogę mającą może nie od razu, ale ostatecznie zaprowadzić go do Paryża – owego miasta znakomitego, które pretendowało do miana stolicy świata.

Wiedli ze sobą również i muła, którego objuczyli tobołami z zapasami, garderobą i... co najważniejsze złotem, które paniczowi zostało po rodzicach, a było go całkiem, całkiem sporo... Cóż – brak roztropności jest młodości przywilejem... Chociaż... niektórzy powiadają, iż to nie żaden tam przywilej, a czysta głupota. Tyle, że powiadają również, iż głupcom los sprzyja.

Pachołek zaś ów, podróżujący z hrabią, mający na imię Josep, na nazwisko zaś Giménez, był to towarzysz dziecięcych i młodzieńczych zabaw panicza, jego pierwszych wypraw w tajemnicze górskie ostępy, jego polowań na dzikie kozy, jego wspinaczek na niedostępne szczyty, był to też świadek jego marzeń i planów na przyszłość. Słowem – bardziej zaufany przyjaciel, niźli sługa, chociaż od kiedy stali się mężczyznami, Josep już nie odważyłby się na najmniejszą nawet poufałość względem pana Białeckiego. Lecz nadal przecie byli sobie bardzo bliscy, a sługa tak był oddany młodemu arystokracie, iż gdyby zaszła taka potrzeba, bez wahania oddałby za niego życie.

* * *

Białecki nie skierował się bezpośrednio ku granicy francuskiej, udając się na północ, ponieważ nie odważył się o tej porze roku i przy niesprzyjającej pogodzie aż tak ryzykować. Zjechał więc z pirenejskich stromizn do Garrigi, a potem ruszył przez Granollers i Mollet del Vallès do Barcelony, gdzie planował załadować się na statek płynący do Marsylii będącej wówczas okiem Francji spozierającym na świat śródziemnomorski, a i nawet patrzącym szerzej – wręcz na świat cały także.

Ale nie było mu do owej Marsylii nazbyt śpieszno. Miał pieniądze, gwarne iberyjskie portowe miasto go zaciekawiło, więc zwiedzał je nader gruntownie. Młodzieniec, codziennie wędrował ulicami Barcelony, odkrywając co krok rzeczy i miejsca, o jakich dotąd nie miał nawet wyobrażenia.

Początkowo hrabicz, rzec by można półdziki wychowanek gór, obeznany bardziej ze stadami pasącymi się na wysoko położonych łąkach zwanych przez miejscowych prats, lękał się nieco nieznanego, bo cały świat, jaki znał to była zaledwie najbliższa okolica, a o szerszej dziedzinie wiedział tyle tylko ile dowiedział się z książek, na które ojciec nieboszczyk nie skąpił grosza i których w siedzibie rodu nie brakowało. Ciekawość jednakowoż wzięła górę nad obawami. Zresztą – powtarzał sobie w myślach: „Jeśli Barcelony się wystraszę, to jakże będę żył w Paryżu?”. A w rodzinne góry, nie miał już zamiaru wracać... bo po co by miał tam wracać i do kogo?...

Tak więc, odwlekając udanie się w dalszą drogę, ponieważ – jako się rzekło – zachwyciwszy się Barceloną żal mu ją było opuszczać, dotrwał w owym mieście aż do wiosny.

Natłok wrażeń odrobinę stępił już ból po stracie rodziców, chociaż go przecie z duszy chłopaka nie wyrugował... ponieważ mógł tego dokonać tylko czas... czas żałoby... trwający około roku... więc serce wciąż mu jeszcze krwawiło...

W Barcelonie zawarł też kilka znajomości z ludźmi mu przyjaznymi, szlachcicami, którzy – chociaż ów niezbyt okrzesany młodzieniec początkowo był dla nich jedynie pewną osobliwością, po bliższym poznaniu polubiwszy go, udzielili mu kilku wartościowych rad, a w szczególności jednej.

Otóż bowiem, gdy naiwnie zwierzył się, iż posiada w jukach znaczny zapas złota, pewien podstarzały dobroduszny i życzliwy chłopakowi hidalgo27, któremu zdradził ów sekret, schwyciwszy się za głowę, zakrzyknął:

– Senyor Don Jacob! Czym prędzej się owego złota pozbądź!

– Jakże to, senyor? I dla jakiej przyczyny?

– Dla bezpieczeństwa?

– Więc co mam uczynić?

– Powierzyć szlachetny kruszec bankierom i otwórz sobie u nich rachunek. Zostaw sobie jednakowoż oczywiście tyle gotówki, byś mógł żyć na odpowiednim poziomie, a jeśli chcesz mieć przy sobie coś więcej nad to, zakup nieco kamieni szlachetnych – raczej średniej niż znacznej wartości – i zaszyj je w ubraniu... To w miarę najbezpieczniejsze i w miarę wygodne, chociaż złotem możesz płacić od ręki, kamieniami zaś nie, bo wpierw musisz je spieniężyć, co nie zawsze może być proste i nie zawsze korzystne... tak czy inaczej jednak jakąś gotowiznę zawsze będziesz mieć na podorędziu.

– Skoro tak uważacie senyor, to wdzięczny za radę, nie pogardzę także i pańską w tej kwestii pomocą.

– Z całą przyjemnością – hidalgo potakująco skłonił głowę – z całą przyjemnością usłużę panu, senyor comte28, swoim doświadczeniem...

Marsylski przystanek

Młody hrabia Jacob Pere Joan, teraz, gdy zawitał do Francji, zmienił się w Jacques’a Pierre’a Jean’a, bo nie chciał się odróżniać od Francuzów, a zachowując katalońskie brzmienie imion mógłby zostać uznany za marsylskiego Katalończyka, czego absolutnie by nie chciał, albowiem niewielka społeczność tych ostatnich, zamieszkująca obrzeża owego wielkiego portowego miasta bynajmniej nie miała w swych żyłach szlachetnej, błękitnej krwi, lecz pospolitą, czerwoną juchę, ponieważ byli oni przeważnie zwykłymi rybakami.

Co prawda wygląd Jacques’a – jego jasna płeć, włosy i oczy błękitne niczym chabry rosnące śród łanu złocistej pszenicy zaprzeczałyby takiemu przypuszczeniu... ale... ludziom starczy pozór czy pretekst bodaj jaki, by o bliźnim móc rozgłaszać niepochlebne opinie czy sądy. Chociaż... i samego owego imienia wolałby nie mieć, bowiem we francuskim brzmieniu, tyle że użyte jako epitet i małą zapisane literą, jacques29, mogło być obraźliwym, ponieważ tak to, pogardliwie, szlachta nazywała chłopów...

Lecz cóż... całkowicie imion pan Białecki d’Urgel y d’Osona zmienić nie mógł, bo takie mu nadano na chrzcie świętym i takie też zapisano w kościelnych księgach... Ale już kombinacja imion francuskich z cudzoziemskimi nazwiskami i hrabiowską koroną wieńczącą jego tarczę herbową, powinny zamknąć usta potencjalnym szydercom. Jeśli zaś dodać do tego jeszcze i napęczniałą od złota sakiewkę... to... któż by się odważył?

Zresztą... młody hrabia miał teraz czym innym zajętą głowę. Póki był w podróży, myślał o jednym, aby dotrzeć do jakiegoś znaczniejszego miasta, osiąść w nim na trochę, rozpatrzyć się we francuskich stosunkach i obyczajach i dopiero potem zdecydować co dalej – czy ruszać do Paryża, czy też może w dalsze jeszcze strony, na przykład do Italii, albo nawet w odleglejsze krainy.

I zdało mu się, że Marsylia będzie po temu w sam raz. Bo to i miasto niemałe i na dodatek portowe, gdzie spotkać można nie tylko miejscowych, lecz i tłumy przybyszów z różnych stron świata.

* * *

Gdy pan Białecki dotarł do Marsylii miasto podźwignęło się już po straszliwej pladze czarnej śmierci, która w latach 1720-1721, przywleczona najpewniej z Lewantu30 tak dalece zdziesiątkowała mieszkańców, iż z pierwotnej liczby ostała się ich mniej niż połowa.

Teraz jednakowoż Marsylia kwitła! I aż podziw brał jak kwitła!

Pana Białeckiego miasto przytłoczyło, bynajmniej nie robiąc na nim dobrego wrażenia. A w szczególności jego mieszkańcy, których ocenił jako zarozumiałych pyszałków niechętnych przybyszom. Poczuł się więc tam bardzo, ale to bardzo obco dlatego też powziął decyzję, iż nie zabawi tu długo. Tydzień... dwa... najwyżej.

Musiał jednakowoż zastanowić się co dalej, czy od razu ruszać, co koń wyskoczy, prosto do Paryża, czy może raczej podróżując nieśpiesznie, przyjrzeć się bliżej ojczystej ziemi swojej zmarłej matki... Pamiętać bowiem musimy, iż hrabia Jacob po matce był Francuzem, po ojcu natomiast Polakiem, zaś nazwisko i hiszpański tytuł arystokratyczny jakimś dziwnym trafem tylko dostały jego rodowi, o czym się jednak w domu, nie wiedzieć czemu, nie mówiło...

Ezidkhan

Nad doliną Lalish w Krainie Ezidkhan31 zachodziło słońce. Ziemia wydychała ciepło i jakąś niedookreśloną miłą woń, sycącą niczym świeżo upieczony chleb. Na stoku mocno kamienistego wzgórza dosyć rzadko porośniętego niewysokimi drzewami i niziutkimi krzewami siedziało dwóch mężczyzn.

Jeden z nich, dość wiekowy tubylec, o twarzy ogorzałej, ozdobionej brodą siwą, długą, niezbyt jednak gęstą, przyodziany był w białą suknię przepasaną czarnym jedwabnym pasem szerokim prawie na dwie dłonie dorosłego mężczyzny. Spod pokaźnego wycięcia owej sukni wyglądała takiej samej barwy koszula bez kołnierzyka zapinana na guziki po wierzchu obciągnięte białymi lśniącymi nićmi. Na wierzch zaś miał nałożony luźny biały żakiet z szerokimi rękawami bez klap, kieszeni i guzików, sięgający mniej więcej do pół uda. Głowę wreszcie wieńczyło mu białe nakrycie będące czymś pośrednim między turbanem a toczkiem, a przynajmniej tak to wyglądało z daleka.

Drugi z mężczyzn, z wyglądu sądząc nietutejszy, na oko licząc mający nie więcej niż lat czterdzieści, góra czterdzieści pięć, odziany był w jakiś dziwaczny kostium będący połączeniem stroju perskiego i polskiego szlachcica. Zamiast kontusza przyodziany był w długi prawie do kostek sięgający kaftan jedwabny barwy pąsowej zahaftowany w roślinne wzory nicią złotą, spod niego jednakowoż wyglądał klasyczny polski żupan uszyty ze złotogłowu, zapinany na niewielkie guziki wyrobione ze srebra i drogich kamuszków. Szeroki, tkany srebrną nicią pas, kilkakrotnie otaczał mu kibić. Założony był on jednak nie na kaftan, który nie będąc zapięty luźno zwisał, lecz wprost na żupan. Spod żupana zaś wyłaniały się obszerne bufiaste spodnie barwy ciemnoniebieskiej, wpuszczone w żółte baczmagi32 od góry luźno opadające na cholewy. Przy pasie na rzemiennych rapciach zwieszała się polska znakomitej roboty szabla husarka, a nie wschodni kindżał, szabla turecka, ordynka, czy też czeczuga33. Na głowie wreszcie miał kołpak po wierzchu obszyty sobolowym futrem, z drogocenną broszą nad czołem, przytrzymującą kitę z sześciu piór pawich.

Pierwszy z mężczyzn monotonnym głosem snuł jakąś opowieść, drugi zaś, zasłuchany, od czasu do czasu tylko spoglądał przenikliwe na swojego towarzysza. Ten zaś mówił:

– Pytałeś efendi czy my, duchowe potomstwo szejka Adi ibn Musafira al-Umawiego 34 naprawdę znamy swoje pochodzenie?... A jakże, znamy. Nie wątp w to i posłuchaj. Powiadają, iż pierwsi ludzie, Adam i Ewa poróżnili się o to, które z nich dostarczy doskonalszego twórczego elementu, który da