Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 455 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tu się nie zabija - Anna Bińkowska

Morderstwo w samym sercu zabytkowego kampusu? Tego jeszcze nie było!

Życie sierżant Igi Mirskiej wkroczyło na zupełnie nowe tory. Po pięciu latach spędzonych w komendzie na Bielanach otrzymała przeniesienie do Komendy Stołecznej i to od razu do słynnego „Terroru”. Od teraz, ścigając niebezpiecznych zbrodniarzy, będzie musiała nie tylko wykazać się sprawnością i przenikliwością, ale także zmierzyć się z własnymi lękami. Nie ułatwi jej tego fakt, że komisarz Jacek Budryś wcale nie jest zachwycony nowym nabytkiem w swoim zespole...
Już w pierwszym dniu pracy przed sierżant Mirską stoi nie lada wyzwanie: śledztwo w sprawie zabójstwa Tadeusza Zawistowskiego, dyrektora Instytutu Archeologii. Uczelnia to nie miejsce na zabójstwo, jednak ciało znaleziono na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego, a oględziny i rozmowy z pracownikami niezbicie wskazują na zawodowy motyw zbrodni. W pozornie spokojnym naukowym światku każdy ukrywa swoje ciemne sprawki, o których najwyraźniej wiedział tylko denat...
Debiut Anny Bińkowskiej to znakomity kryminał uniwersytecki, pełen wyrazistych postaci i napisany tak przekonująco, że po jego lekturze spacer Krakowskim Przedmieściem już nigdy nie będzie taki sam. Ale spokojnie, przy jego pisaniu nie ucierpiał żaden archeolog!

Anna Bińkowska (ur. 1987) – absolwentka archeologii na Uniwersytecie Warszawskim ze specjalizacją w zakresie tradycji antycznej w sztukach wizualnych. Dwukrotna laureatka ogólnopolskiego konkursu na opowiadanie kryminalne lub sensacyjne w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, laureatka konkursów literackich „Złoczyńcy w uzdrowisku” oraz na opowiadanie kryminalne pod honorowym patronatem Komendanta Policji Stołecznej; finalistka konkursu „Kurs za recenzje”, zdobyła wyróżnienie na Mistrzowskim Kursie Krytyki Filmowej Studia Munka-SFP. Upodobanie do kryminałów ma prawdopodobnie w genach, po pradziadku policjancie.

Opinie o ebooku Tu się nie zabija - Anna Bińkowska

Fragment ebooka Tu się nie zabija - Anna Bińkowska

ANNA

BIŃKOWSKA

TU SIĘ NIE ZABIJA

Copyright © by Anna Bińkowska, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Wszelkie podobieństwo do opisanych osób i zdarzeń jest przypadkowe, a podczas pisania nie ucierpiał żaden archeolog.

Słowo.

Prolog

Zaczął się śmiać. Głośno i nieprzyjemnie.

Jego śmiech brzmiał nienaturalnie, zupełnie jakby charczał, jakby coś mu w gardle bulgotało. Jakby się dławił.

Jakby zaraz miał umrzeć.

Jeśli o mnie chodzi, to mógł umrzeć, tu i teraz.

Bulgot odbijał się od ciemnych regałów zawalonych zdjęciami i slajdami, wracał ze zdwojoną siłą i rozbijał się w mojej czaszce niemal jak w pustym naczyniu. Naprawdę, co za upiorny dźwięk! Słychać było tylko to, nic więcej.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek śmiał się tak otwarcie przy kimkolwiek. Chyba nie, ale nawet mnie to nie dziwiło. Byleby tylko przestał się śmiać!

Nagle zapadła cisza. Upiorny śmiech zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił.

– Doskonały żart – powiedział jak gdyby nigdy nic, zdejmując okulary w cienkich drucianych oprawkach i teatralnym gestem otarł oczy, że niby taki rozbawiony. Bęcwał. – Naprawdę doskonały żart ci wyszedł! Gratuluję, akurat po tobie nie spodziewałem się takiego poczucia humoru!

– Nie żartuję. – Słowa z trudem wydostały się z mojego zaciśniętego gardła.

– Jasne. – Na powrót wsadził na nos okulary i rzucił mi chłodne spojrzenie. – Nie rozśmieszaj mnie, tylko bierz dupę w troki i zasuwaj do zadanej roboty, słyszysz? Samo się nie zrobi!

Moje dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści. W uszach szumiała krew.

– Nie.

Mój głos zabrzmiał niepewnie i dziecinnie nawet dla mnie.

Skrzywił się, w jego jasnych oczach błysnęło coś niepokojącego. Odruchowo poprawił rękawy fioletowej koszuli, podwinięte mimo panującego chłodu, i zrobił dwa kroki, zatrzymując się tuż przede mną. Był ode mnie nieco niższy, starszy i było w nim coś... demonicznego. Nie wiem co, ale włosy na całym ciele uniosły mi się z przerażenia.

Jemu nie mówiło się „nie”.

Postąpił jeszcze krok, zmuszając mnie do cofnięcia się, ale tuż za mną znajdowało się stare, jeszcze peerelowskie biurko, którego krawędź wbiła mi się w pośladki.

Nachylił się nieco, a całe moje ciało spięło się, jakby w oczekiwaniu na uderzenie.

– Do ro-bo-ty – wycedził przez zaciśnięte zęby. W ostrym jarzeniowym świetle zalewającym pokój widoczne były wszystkie jego zmarszczki, wszystkie bruzdy na czole, a siwe włosy miały żółtawy odcień.

Nie.

„Ty nie wiesz, co to konsekwencja”. Powiedział mi to nie dalej, jak kilka dni temu. „Znasz takie słowo: asertywność? Trudne dla ciebie do pojęcia, nie?” To z kolei sprzed tygodnia. A może z zeszłego miesiąca? Nie miało to już żadnego znaczenia.

– Nie.

To naprawdę mój głos? Bo tym razem zabrzmiało to lepiej. Stanowczo. Z uporem. Jak nie ja.

Zmrużył nieco oczy i wpatrywał się we mnie jak wąż na chwilę przed atakiem.

– Koniec będzie wtedy, kiedy ja na to pozwolę, rozumiesz? – powiedział niskim głosem, od którego ciarki przeszły mi po plecach. Co prawda daleko mi do osób strachliwych, ale w tym na pozór dystyngowanym, dojrzałym facecie było coś upiornego, jakby... jakby zło w czystej postaci.

Moje serce, dotąd i tak bijące niespokojnie, teraz waliło jak oszalałe, a mimo to...

– Nie.

Jego źrenice rozszerzyły się, płatki nosa zadrgały niespokojnie. Otworzył usta – pewnie, żeby powiedzieć, co o mnie sądzi – ale zamiast tego z jego gardła ponownie wydobył się ten dziwny bulgot. Po chwili dźwięk urwał się gwałtownie.

Spojrzał w dół. W jego piersi tkwiło ostrze, które trzymała moja ręka.

Jezu...

Podniósł na mnie wzrok i poruszył ustami jak ryba, którą wyciągnięto z wody, po czym szarpnął się do tyłu. Moja dłoń nie puściła jednak ostrza. Chlusnęła na mnie krew z rozrywanego ciała. Na mnie i na wszystko wokół.

Głupek, przemknęło mi przez głowę. Wykrwawi się.

Moja dłoń wciąż zaciskała się na bezwiednie podniesionym z biurka sztylecie. Mózg nawet nie zarejestrował momentu, kiedy ręka odnalazła go na blacie wśród innych szpargałów.

W uszach szumiało mi coraz głośniej.

On wciąż charczał, na ustach pojawiła się krwawa piana – najwyraźniej ostrze trafiło go w płuco. Chciał rzucić się do drzwi, ale nie dał rady, upadł. Zaczął się czołgać. Dureń, chce wykrwawić się na pustym korytarzu?

Pogotowie.

Muszę zadzwonić po pogotowie. Telefon niby był w mojej kieszeni, ale bateria była rozładowana. Ale Tadeusz przecież też ma komórkę... Będą pytać, co się stało. Muszę wiedzieć... Muszę wiedzieć, co mówić.

Czołgał się nieporadnie jak robak, brocząc krwią, która błyskawicznie wsiąkała w szarą wykładzinę. Podniósł na mnie wzrok, dziki i pełen nienawiści, i wyciągnął rękę, jakby chciał mnie złapać. Dłoń ze sztyletem znów uderzyła, prosto w jego ramię.

A potem jeszcze raz. I ponownie.

Przestał się ruszać. Ale serce wciąż biło, jeszcze nie było za późno...

Nie, było o wiele za późno. Nawet jeśli wezwę pogotowie, pojawi się i policja. I pytania. Będą chcieli odpowiedzi, których nie mogę im dać.

Nie.

Nagle uderzyła mnie fala gorąca, w oczach pociemniało.

Leżał u moich stóp, z siwą czupryną, w jasnych spodniach i fioletowej koszuli pokrytej szkarłatnymi plamami.

Jakoś tak... symbolicznie.

I wtedy przyszło to skojarzenie.

Leżał jak Cezar.

Jak Gajusz Juliusz Cezar zasztyletowany przez swoich współobywateli, współpracowników, przyjaciół.

Takich jak ja.

Rozdział 1

Ósma rano to nie jest dobra pora do nauki. Co prawda na terenie należącym do Uniwersytetu Warszawskiego znajdowało się całkiem sporo ludzi, jednak na ogół były to jednostki niespecjalne zadowolone ze swojego losu. Nic zresztą dziwnego, bo i aura listopadowego poranka nie zachęcała do porzucenia ciepłego łóżka i wyjścia z domu.

W klasycystycznym gmachu dawnej Szkoły Głównej, znajdującym się nieco na uboczu akademickiego terenu przy Krakowskim Przedmieściu, panowała senna atmosfera. Mieszczący się tu Instytut Archeologii prowadził życie zdecydowanie popołudniowe i wieczorne. W poniedziałek o ósmej rano zajęcia dopiero się zaczynały, na razie tylko w dwóch salach na parterze i jednym pomieszczeniu w piwnicy zaadaptowanej do celów użytkowych. Na korytarzach pogrążonych w miękkim półmroku było cicho, pusto i zaskakująco zimno.

Pod zamkniętą na głucho salą wykładową na pierwszym piętrze tkwiła grupka studentów zerkających co chwila na zegarki i wyświetlacze telefonów.

– Dwadzieścia po – mruknęła niewyraźnie jedna ze studentek, Majka. – Chyba nie obchodzi mnie, czy on przyjdzie, czy nie.

Stojący obok Jureczek Szaniawski rzucił jej niedowierzające spojrzenie. Jureczek miał wygląd grzecznego chłopca i kujona, który to wygląd zresztą starannie pielęgnował. Niezbyt wysoki, raczej szczupły, z gładko zaczesanymi włosami i w okularach, które przecierał regularnie co pół godziny, zawsze nosił starannie odprasowane koszule i spodnie w kancik. Zimą wzbogacał swój wygląd o wełniany sweter z obowiązkowo wyłożonym kołnierzykiem koszuli. Wygląd ten zupełnie nie szedł w parze z opinią nałogowca – Jureczek, wyrwawszy się spod rodzicielskich skrzydeł, z radością upadlał się przy każdej możliwej okazji. Znał większość knajp i barów w mieście, uparcie utrzymując, że to tak naprawdę jego eksperyment socjologiczny. Ludzie, którzy po raz pierwszy patrzyli na jego niewinną postać i rozbiegane oczka, a jednocześnie czuli zapach alkoholu, uznawali go nie za alkoholika, ale za dobrego chłopca, który odkrywa uroki życia. Jureczek oczywiście bezwstydnie to wykorzystywał. Gorzej mu szło z tymi, którzy już go znali. Trzeba jednak przyznać, że pod zaledwie lekkim wpływem alkoholu umysł Jurka i jego zdolności percepcji wspinały się na zdumiewające poziomy. Dostrzegał detale i wysnuwał trafne wnioski, tyle że milczał, przemyślenia zachowując dla siebie.

Grupa tkwiąca pod zamkniętymi drzwiami składała się ze studentów trzeciego roku oczekujących na zajęcia ze sztuki wczesnochrześcijańskiej z doktorem Pawłem Matejką. Mieli ponad dwa lata studiów i dwa sezony obowiązkowych wykopalisk na to, żeby poznać się wzajemnie, zawrzeć przyjaźnie i się znielubić. Jureczek miał czas – i niejedną sposobność – by w koleżance Mai rozpoznać osobę, która nie miała nic przeciwko zacieśnianiu kontaktów z kadrą.

– Dwadzieścia minut! Dwadzieścia minut to kpina w żywe oczy! – burzyli się studenci, a Jureczek przysiadł obok Majki na niskiej ławie.

– Ty – powiedział półgłosem, nachylając się w jej kierunku. Maja obrzuciła go nieprzyjemnym spojrzeniem i odsunęła się nieco. Ona i Jureczek nigdy nie należeli do tego samego kręgu towarzyskiego.

– Spadaj, pijaku – rzuciła z odrazą w głosie.

– Może byś tak zadzwoniła do szanownego doktora Matejki, co? – zaproponował Jureczek, nie zważając na jej słowa.

– Że co? – Majka rzuciła mu w półmroku spojrzenie pełne niedowierzania.

– Ej, piętnaście minut już dawno minęło, kwadrans akademicki is over, Matejko może go sobie teraz wsadzić! Spadamy! – Przyszli adepci archeologii zaczynali mówić coraz głośniej; Jureczek skrzywił się nieznacznie. Nie lubił krzyków z samego rana. Ba, w ogóle ich nie lubił, jego psychika była na nie zbyt delikatna, jak sobie zawsze tłumaczył.

– Elementarna przyzwoitość nakazuje uprzedzanie mniej uświadomionych kolegów, że zajęć nie będzie – powiedział cicho z lekką naganą w głosie, ściągając okulary i przecierając szkła brzegiem swetra.

– Co ty chrzanisz? – zdziwiła się Majka.

– Nic nie chrzanię, nie lubię chrzanu. – Jureczek wzruszył ramionami i włożył na nos okulary. – Stwierdzam tylko fakty. Że jeśli wiedziałaś, że facet się spóźni, to mogłaś uprzedzić kolegów z grupy, nie?

Majka przypatrywała mu się przez chwilę.

– Wiem, że tego pożałuję... – mruknęła. – Ale skąd niby miałabym wiedzieć, że Matejko się spóźni? Nie jestem wróżką, nie? – Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła paczkę gumy do żucia, którą podała Jureczkowi.

– Och, nie, dzięki, ja mam słabe zęby, wiesz, plomby od tego gubię.

– A jednak nalegam. – Podetknęła Jureczkowi gumę pod nos, musiał poczęstować się miętowym listkiem. – Śmierdzisz jak gorzelnia.

– Lepiej śmierdzieć jak gorzelnia niż jak latryna. – Jurek uśmiechnął się i demonstracyjnie wsadził gumę do ust.

Majka z westchnieniem schowała pozostałe listki do kieszeni.

– Powinniśmy się stąd zbierać – rzucił ktoś.

To, że tkwili wciąż pod zamkniętą salą, nie oznaczało bynajmniej ich szczególnej obowiązkowości. Po prostu pora dnia i jesienny chłód nikogo nie nastrajały do wychodzenia na zewnątrz. O ósmej rano w poniedziałek nawet instytutowy bufet był jeszcze zamknięty i opcje spędzenia niespodziewanego okienka były mocno ograniczone.

– No pewnie, że powinniśmy! Napiszmy mu tylko listę obecności, żeby nie było – zaproponował ktoś inny.

– Tak, i zostawimy w jego przegródce na listy!

– Albo mogłabyś po prostu zadzwonić do niego i dowiedzieć się, czy jaśnie pan doktor w ogóle zamierza się pojawić. – Jureczek posłał Majce szeroki uśmiech i mrugnął okiem, w jego mniemaniu znacząco.

Majka popatrzyła na niego z politowaniem i postukała się w czoło. Dobrze wiedziała, że Jurek jest jakiś dziwny. Od samego początku był dziwny, od pierwszych zajęć. Nie głupi, co to to nie. Wręcz przeciwnie – nie miał problemów z nauką, kolokwia zaliczał, egzaminy zdawał, nawet nieco lepiej niż inni. Ale dla nikogo nie było tajemnicą, że sporo pił, nawet jak na standardy studenckie i archeologiczne, które i tak były zawyżone. A mimo to oczka błyskały mu zza tych okularków jakoś tak zbyt inteligentnie. Czasem trafiał w punkt. Skąd w ogóle wziął mu się temat Matejki? Kosmos jakiś! Jak mu jeszcze przyjdzie do tej zamarynowanej w alkoholu łepetyny, żeby podzielić się głupimi sugestiami przy kielichu z kochanymi kolegami z różnych lat, albo i z kadrą, to dopiero będzie... Przecież tu wszyscy plotkują na potęgę.

Nie będzie miała życia.

Zanim studenci znaleźli pustą kartkę i piszący długopis, zanim stworzyli listę obecności na zajęciach, których nie było, w ciemnawym dotąd wnętrzu rozbłysło światło. Oczy wszystkich skierowały się w stronę włączników lamp na końcu korytarza. Nie było tam jednak doktora Matejki – wysokiego, przystojnego, z fryzurą na Presleya – tylko Tadeusz Borówka w jasnym prochowcu i żółtym szaliku, którego końce wetknął pod skórzany pasek listonoszki przewieszonej przez pierś.

– Czołem młodzieży – powiedział raźno; jego głos odbił się echem w pustym korytarzu.

– Dzień dobry – odezwało się kilka ugrzecznionych głosów.

Borówka był doktorantem i prowadził zajęcia z pierwszym rokiem archeologii, ale sam wyglądał na początkującego studenta. Mocno zbudowany, ciemnowłosy i ciemnooki, sprawiał wrażenie młodszego, niż był naprawdę. Tego dnia wyglądał po prostu na niewyspanego.

– Na zajęcia czekamy? – zapytał, idąc w stronę studentów. Stali przy schodach prowadzących na drugie piętro, gdzie znajdowały się gabinety wykładowców.

– Kto czeka, ten czeka – rzucił ktoś zza pleców kolegów.

– No to już nikt nie czeka. – Borówka pokiwał głową, zatrzymując się na moment przed studentami. – Doktor Grunwald właśnie do mnie dzwonił – zażartował, nawiązując do zbieżności nazwisk wykładowcy i sławnego malarza. – Zajęcia macie dzisiaj odwołane. Tylko nie mówić o tym głośno! – Mrugnął porozumiewawczo, zasalutował i ruszył schodami na górę.

– No i poniedziałek z dupy – skomentował ktoś ponuro, kiedy Borówka zniknął za zakrętem schodów. – A mogłem się wyspać...

Majka podeszła do Jureczka.

– Ty się znasz z Borówką poza instytutem? – zapytała, stając przed nim z hardą miną. – Bo on wygląda, jakbyście weekend spędzali wspólnie na piciu.

Jureczek wzruszył ramionami.

Była ósma dwadzieścia pięć.

O ósmej trzydzieści jeden doktor Paweł Matejko wciąż tkwił w korku na moście. Dokładniej rzecz ujmując, tkwił za pomarańczowym cinquecento na poznańskich numerach przy wjeździe na most Grota-Roweckiego, zamierzając przedostać się na drugą stronę Wisły. Kiepsko mu szło, bo na moście zdarzył się wypadek i ruch został wstrzymany. Nie miał żadnej szansy na zjechanie z trasy i wybór innej drogi.

Westchnął ciężko, zabębnił palcami po kierownicy. No to szlag trafił zajęcia ze sztuki wczesnochrześcijańskiej. Wiedział, wiedział od samego początku, że zajęcia o ósmej rano w poniedziałek to nie jest dobry pomysł. Ale oczywiście Tadeusz się uparł, a on, Matejko, nie miał zbyt wiele do gadania. Tadeusz Zawistowski był szefem, alfą i omegą, głową i szyją, a może i całą resztą Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, mówiąc krótko – pełnił funkcję dyrektora. Mało tego, był jakby podwójnym szefem Matejki, bo kierował także Zakładem Archeologii Wczesnochrześcijańskiej, w którym Paweł był adiunktem.

Przy okazji – Zawistowski był też sukinsynem jakich mało.

Ileż to razy Matejko słyszał, że kiepsko się stara i że chyba jednak nie zależy mu na pracy, że od myślenia to jest tu on, Zawistowski, że studentki to można sobie podrywać na bibliotekoznawstwie, a nie tutaj... Chyba upatrzył sobie Matejkę do gnębienia. Czemu – tego nikt nie wiedział. Może już taki miał charakter. Dlatego też Paweł nieraz zastanawiał się, czemu Zawistowski przyjął go do kierowanego przez siebie zakładu, i za każdym razem dochodził do mniej więcej tego samego wniosku: Zawistowski był po prostu sadystą.

Matejko miał już serdecznie dość atmosfery, jaką wytwarzał szef. Przez weekend przemyślał parę spraw i postanowił zaryzykować, wziąć przykład z Tadeusza Mazowieckiego i odciąć się od tego wszystkiego grubą kreską. Raz na zawsze. A jego pierwszym krokiem będzie spotkanie z kumplem z Muzeum Narodowego. Zamierzał go wybadać, czy nie potrzebują specjalisty od sztuki wczesnochrześcijańskiej i sepulkralnej. Na pewno przydałby im się ktoś taki, bo akurat te dziedziny mają zaniedbane. Dla nich sztuka zaczyna się od średniowiecza.

Włączył radio. Niestety na antenie ktoś ględził i ględził. No tak, wpół do dziewiątej, pora gadanych audycji, żeby ludzie jadący do pracy zorientowali się w wydarzeniach z kraju i ze świata i żeby mogli potem brylować przy ekspresie do kawy albo biurowym zasobniku z wodą. Tym razem kolejny ekspert roztrząsał psychikę Katarzyny W., matki Madzi z Sosnowca. Matejko westchnął i z niejakim poczuciem winy przełączył stację. To była, rzecz jasna, wielka tragedia, że zginęła taka mała dziewczynka, ale ten temat nie schodził z pierwszych stron gazet niemal od początku roku, no ile można! Paweł miał już serdecznie dosyć słuchania o wybrykach pani W., miał swoje własne problemy, wielkie dzięki.

Nawet dobrze, że szlag trafił te poranne zajęcia. Tadek Borówka zdjął mu z głowy problem poinformowania studentów bez angażowania sekretariatu, i świetnie, bo o dziesiątej miał być w Muzeum Narodowym. Wszystko powinno się jakoś ułożyć. W końcu. Bo ostatnio szło jak po grudzie. Zawistowski stał się nie do wytrzymania i przekraczał wszelkie granice.

Wszystko miało szansę się ułożyć, pod warunkiem jednak że w końcu uda mu się wydostać z tego pieprzonego korka. Ogarnąłby się, owszem, i przygotował do spotkania, gdyby nie musiał stać w tym zatorze. Dzisiaj też wszystko będzie do dupy, nawet jeszcze bardziej niż zwykle, pomyślał ponuro, stukając nerwowo palcami po kierownicy i kompletnie ignorując rytm, który w radiu wybijał teraz Maleńczuk.

Westchnął i znowu spojrzał na zegarek. Samochody przed nim nie ruszyły się nawet o metr.

– Kurwa, no – rzucił głośno, choć na ogół raczej nie przeklinał. Zapragnął napić się kawy.

Maleńczuk zdążył wyśpiewać, co miał do wyśpiewania o ciężkiej nocce, zastąpiła go Kasia Kowalska z utworem o pieprzu i soli, potem prowadzący audycję nabijali się z nagłówków gazet, a samochody wciąż stały.

Była ósma czterdzieści cztery.

Dzień zaczynał się rewelacyjnie.

O dziewiątej piętnaście Irena Parys miała zdecydowanie dość swojego życia. Źle je sobie zaplanowała. Nikt przecież nie kazał jej robić kariery naukowej, bronić doktoratu i pisać habilitacji! Mogła zostać w domu i mieć święty spokój – gotować obiady, prać, sprzątać i robić mężowi awantury o pieniądze. Ale nie. Uparła się zostać drugim Kazimierzem Michałowskim, Indianą Jonesem w spódnicy, krótko mówiąc: kimś. W rezultacie nie tylko miała etat w domu, wykonując za friko całą czarną robotę przy przeciętnie funkcjonującej czteroosobowej rodzinie plus kot, lecz także musiała użerać się z administracją i studentami. Czasami naprawdę przeklinała dzień, w którym podpisała umowę o pracę, to był cyrograf diabła, a nie umowa. I przeklinała Zawistowskiego, który ją w to wszystko wciągnął. To była jego wina. Nie jej. Jego.

Na przykład dzisiaj. Od rana tkwiła w gabinecie dyrektorskim przy stole konferencyjnym zasłanym dokumentami, z Teofilem Kwaśnym wiszącym nad nią i trującym o podziale środków finansowych. Kwaśny zajmował się obsługą administracyjną instytutu i bywał nieznośny, zwłaszcza jeśli w grę wchodziło terminowe rozliczenie i składanie papierów. A w perspektywie Irena miała jeszcze zajęcia ze studentami z grecko-rzymskiej mitologii oraz trzy spotkania, w tym jedno z dziekanem wydziału i jedno z potencjalnym sponsorem, Bóg jeden wie po co. Plus pięć milionów papierów do przeczytania i podpisania.

– Po co Heńkowi pięćdziesiąt tysięcy? – zapytała lekko rozdrażniona. Podział i rozliczanie środków finansowych, których zawsze było za mało, zdecydowanie nie należały do jej ulubionych zajęć. Właściwie powinien zajmować się tym Zawistowski, który na ogół przychodził pierwszy i wychodził ostatni. Ona była tylko jego zastępcą; niestety, dysponowała upoważnieniem do podpisywania zobowiązań finansowych, a terminy były nieugięte. Szlag by to trafił, było się nie zgadzać...

– Heńkowi po nic, ale jego Zakład Archeologii Dalekiego Wschodu wysyła ludzi do Delhi – wyjaśnił Teofil ze stoickim spokojem, podsuwając jej stosowny papier. – Na konferencję. W przyszłym roku.

– Ilu wysyła tych ludzi, pół instytutu? Niech wyślą dwie osoby, dam im dziesięć tysięcy na wszystko.

– Heniek się nie ucieszy – przepowiedział ponuro Teofil.

– Ja też się nie cieszę – odparła stanowczo. – Jak chcą więcej, to niech sobie sponsora znajdą! Jak dam Heńkowi pięćdziesiąt tysięcy, to będziemy musieli obciąć pieniądze na jubileuszową publikację Wyciszka, a wtedy dziekan urządzi piekło. Dlaczego tu jest tak zimno? – Odłożyła długopis i sięgnęła po wełniany szalik, który następnie starannie omotała wokół szyi.

– Pewnie centralne poszło. Ale nie narzekaj, zimno konserwuje. Namiestnikowa Zajączkowa sypiała na lodzie, żeby zatrzymać młodość. – Teofil wzruszył chudymi ramionami, zręcznie zgarniając podpisane papiery do odpowiedniej teczki. – Poza tym Wyciszek i piekło? Masz jednak dziwne poczucie humoru. – Strzelił głośno gumką teczki. – Wyciszek nigdy w życiu nie urządził nikomu awantury i nie poleciał na skargę, bo za bardzo się boi!

– No i to nie Wyciszek poskarży się dziekanowi, tylko tych dwóch bubków z jego pracowni.

Struktura wydziałowa przewidywała podział na instytuty. Te z kolei już we własnym zakresie dzieliły się na zakłady i pracownie, w których zatrudnieni byli pracownicy naukowi i dydaktyczni. Rzeczony profesor Wyciszek kierował właśnie jedną z takich pracowni – Sztuki Starożytnej – w której zatrudniał dwóch młodych ludzi. Teraz na warsztacie naukowym mieli jubileuszową – pięćdziesiąt lat istnienia pracowni – publikację dotyczącą rekonstrukcji antycznych rzeźb.

– Racja. – Teofil skinął głową. – Tym dwóm hienom wydaje się, że mogą wszystko, bo są z dziekanem na ty. Czyli Heniek dziesięć tysięcy.

– Dziesięć – przyświadczyła Parys i złożyła we właściwym miejscu zamaszysty podpis. – A tak właściwie dlaczego ja to robię? To Tadeusz powinien się pod tym wszystkim podpisywać! Widziałam, że jego samochód stoi przed instytutem, dzwoniłam do niego chyba z pięć razy. Dlaczego nie odbiera? Teofil!

Zawistowski istotnie powinien od bladego świtu rezydować w swoim gabinecie, nazywanym przez pracowników Jaskinią Minotaura Rozrywającego Swoje Ofiary na Strzępy. Tadeusz jak nikt rozeznawał się w nieprzebranym morzu papierów, rozliczeń, wniosków, petycji i projektów, nadzorując czujnym okiem życie całego instytutu i wszystkich jego członków, zarówno pracowników, jak i studentów.

Zanim jednak Teofil zdążył odpowiedzieć, do drzwi gabinetu ktoś zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.

– Nie ma Tadeusza? – zdziwił się profesor Wyciszek, rozglądając się po gabinecie. Był mały, okrągły i miał brodę jak krasnoludek z bajki Konopnickiej.

– Nie, skąd, jest, chowa się pod biurkiem – warknął Teofil. Nie żeby nie lubił profesora Wyciszka. Po prostu miał zły dzień. Jak zawsze od pięćdziesięciu jeden lat, od dnia swoich narodzin.

– Nie ma – odpowiedziała równocześnie Parys, rzucając ostrzegawcze spojrzenie sekretarzowi. – Też się zastanawialiśmy...

– O nie, ja się nie zastanawiałem! – zaprotestował Teofil, unosząc ręce w geście sprzeciwu.

– Zastanawialiśmy się – powtórzyła Parys z nieco większym naciskiem w głosie – gdzie się podziewa. Telefonu też nie odbiera. Ale jeśli to coś pilnego, to może zajrzyj do Matejki, ma teraz zajęcia w sto dziesięć. On może wiedzieć, gdzie jest Tadeusz. Na ogół wie.

– Taaak... – Profesor Wyciszek skubnął krasnoludzią brodę z lekkim zakłopotaniem. – Tylko że Matejki też nie ma – wyjawił ze skruchą. Brak Matejki na zajęciach w żadnym razie nie był jego winą, ale Wyciszek miał tendencję do odpowiadania za usterki całego świata. – To znaczy nie ma go w sali, w której powinien być. Ani jego studentów. Sprawdziłem.

– No to może zabrał ich na zajęcia do Muzeum Narodowego. Nie wiem. – Parys zniecierpliwiła się lekko. Lubiła Wyciszka, ale czasami działał jej na nerwy. Prawdę mówiąc, sama nie wierzyła w to muzeum. Bardziej prawdopodobne było, że studenci nie przyszli, a Matejko zaspał.

– W poniedziałek rano do muzeum? – prychnął Teofil. – Nie wpuściliby go, w poniedziałki Narodowe jest zamknięte, a gdzie indziej miałby pójść!

– O – poparł go Wyciszek.

Parys poczuła, że opuszczają ją resztki cierpliwości. Poprawiła nerwowo szalik.

– Są jeszcze inne muzea w tym mieście – mruknęła i zwróciła się do Wyciszka: – To sprawdź na górze, w jego zakładowym gabinecie.

Wyciszek zawahał się. Sprawdzał już na górze. Zakład Archeologii Wczesnochrześcijańskiej zastał zamknięty na cztery spusty, nie było ani Zawistowskiego, ani jego adiunkta Matejki, ani tego dzieciaka, doktoranta Jagody czy tam Porzeczki... nie, Borówki! Właściwie dyrektor nie był mu aż tak bardzo potrzebny, mógł go złapać przy innej okazji.

Wymamrotał coś na kształt pożegnania i z ulgą wycofał się z gabinetu. Kwaśny zawsze wprowadzał jakąś dziwną atmosferę, zupełnie jak Zawistowski. Choć może to była wina samego gabinetu, jakieś cieki wodne czy coś.

Parys westchnęła ciężko i wsunęła dłonie w krótkie rude włosy. Dzień się dopiero zaczął, a ona już miała dosyć. Zwłaszcza że Teofil podsuwał jej kolejny druk. Sama chciałaś, mogłaś się nie zgadzać na dyrektorowanie, nikt cię z siekierą nie ganiał, westchnęła w duchu, patrząc z niechęcią na stos dokumentów. Czy jej się zdawało, czy ilość papierów wcale nie malała?

– Zrób coś z tymi kaloryferami – powiedziała z rezygnacją w głosie.

– Zaraz. Teraz to, kosztorys konferencji sprawozdawczej do zatwierdzenia. Czytaj.

Zanim jednak zdążyła zagłębić się w pozycje kosztorysu, ponownie rozległo się energiczne stukanie i drzwi się otworzyły. Następny gość, który nie czekał na zaproszenie.

Teofil poczuł, jak ogarnia go kolejna fala irytacji.

Choć była naukowcem, Joanna Masztalerz wierzyła w przesądy i zabobony. Jakże bowiem inaczej mogłaby wytłumaczyć sobie pasmo pechowych wydarzeń, które spotkały ją w ciągu ostatnich kilku dni? Złamała klucz w zamku mieszkania, na osiedlu była awaria wodociągów i wzięcie prysznica nie wchodziło w rachubę, nie mówiąc już o zrobieniu prania. Na domiar złego właśnie tego poranka zaspała, w autobusie trafiło jej się miejsce obok niemiłosiernie śmierdzącego typa, a w instytucie panował ziąb – widać awarie chodziły stadami. To zły urok z pewnością.

Fakt, że budynek był po prostu stary i najzwyczajniej w świecie miał prawo do usterek, w ogóle nie przyszedł jej do głowy.

Kończyła się kawa, co Joanna stwierdziła, wsypując resztkę rozpuszczalnych granulek do swojego kubka. Nie zdejmując jasnego płaszcza, zalała tę pseudokofeinę wrzątkiem z elektrycznego czajnika, usiadła przy służbowym komputerze i zabrała się do sprawdzania poczty. Klik, klik, spam, spam, spam. Świetnie.

Zamyśliła się. Miała na głowie grant z Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Obcięli jej kosztorys o dwie trzecie, jak ona miała się ogarnąć z takimi groszami? Wszyscy dookoła powtarzali co prawda, że powinna się cieszyć, że w ogóle jej wniosek przeszedł. Humaniści generalnie mieli problem z dofinansowaniami, mnóstwo zgłoszeń, każde z innej bajki i każde, rzecz jasna, wyjątkowe. A archeologia miała jeszcze trudniej, bo tak naprawdę mało w niej było typowej humanistyki, a dużo techniki, chemii, sprzętów, analiz... Więc niby dobrze, że coś dostała, tylko co z tego, skoro nie mogła zrealizować wszystkiego, a ważne było przecież wszystko. Jak domek z kart: wyjmiesz jedną kartę, posypie się wszystko. Odwołanie co prawda poszło, ale żadne odwołanie nie da brakujących dwóch trzecich kosztów. Jedną trzecią może jeszcze jakoś wyżebrze – spróbuje dowiedzieć się, kto jest w komisji, może jakieś kwiaty, umówi się może z kierownikiem komórki w ministerstwie. I może udałoby się wyciągnąć jakieś pieniądze od instytutu. Nawet nie to, że pełną sumę, to niemożliwe, wiadomo, ale instytut mógł się dołożyć w większym stopniu, niż dotąd deklarował. Będzie musiała pogadać z Tadeuszem. Nie, nie, nie z Tadeuszem. Już nie; wiedziała, jakie chodzą plotki. Było za późno na rozmowy z Tadeuszem. A ona chciała mieć czyste konto, przynajmniej tak długo, jak długo da się je utrzymać. Trudno, pójdzie od razu do dziekana, pogada z panią Bożenką, sekretarką, i...

Drzwi trzasnęły głośno, co wyrywało Masztalerz z zamyślenia. Drgnęła nerwowo i część zawartości kubka, który trzymała w ręku, znalazła się na jej płaszczu i dżinsach.

– Ja pierrrr... – warknęła pod nosem, zrywając się z miejsca i odstawiając na biurko opróżniony do połowy kubek.

– O, zalałaś się – zauważył Tadek Borówka, wchodząc do pokoju jak do siebie.

Tak się składało, że dyrektor i jego doktorant nosili to samo imię. Na Borówkę jednak nikt nigdy nie mówił „Tadeusz”, podobnie jak do Zawistowskiego nikt nigdy nie powiedział „Tadku”.

– Tadek, do cholery! – Masztalerz łypnęła na niego złym wzrokiem, macając się po kieszeniach w poszukiwaniu chusteczek.

– Strasznie nerwowa jesteś – zauważył Borówka, podając jej paczkę swoich. – I lepiej zdejmij ten płaszcz i zapierz go od razu, bo ci plama zostanie.

Masztalerz posłusznie zrzuciła okrycie, popatrzyła bezradnie na zalane dżinsy i poszła do łazienki, by spróbować choć trochę zaprać ślady po kawie na jasnej wełnie. Woda w kranie była lodowata, co dodatkowo źle nastroiło Joannę. Kiedy wróciła do pokoju, Borówka zdążył się już rozsiąść wygodnie przy sąsiednim biurku w towarzystwie gazety i świeżo zaparzonej herbaty.

– A ty nie pomyliłeś przypadkiem drzwi? – zapytała, rozkładając starannie płaszcz na oparciu fotela. Wątpiła, żeby wysechł w tym chłodzie, ale trudno. – Tu jest Zakład Archeologii Klasycznej, wczesnochrześcijańska jest trzy pokoje dalej.

– Może i jest – Borówka przełożył stronę gazety – ale tam jest zamknięte i nie chciało mi się schodzić po klucz. Pomyślałem, że poczekam u was, aż Matejko dotrze. Zajęcia mu odwoływałem.

– Jezu, ale z ciebie leń. – Masztalerz pokręciła głową i ponownie usiadła za swoim biurkiem. Poruszyła myszką i otworzyła folder z plikami do prezentacji na konferencję. – Czasem się zastanawiam, co ty właściwie robisz na studiach doktoranckich.

– Jeśli cię to pocieszy, ja też się nad tym zastanawiam. – Borówka posłał jej uśmiech znad gazety. Wstał, zdjął płaszcz, a następnie sweter, który podał Masztalerz.

– Weź, jakoś tu chłodno, jeszcze się zaziębisz czy coś – powiedział. – A to dobra wełna jest. Ciepła. No, już.

Joanna wahała się przez chwilę, ale przyjęła sweter. Bez płaszcza faktycznie było jej zimno. Poza tym to w końcu przez Borówkę się zalała. Wciągnęła sweter przez głowę. Był zdecydowanie za duży, ale rzeczywiście ciepły.

– A jak wasza konferencja? – zapytała, podwijając rękawy.

– W porządku – odparł. – Dopiero wczoraj wróciłem. Wiesz, fajnie tak poprzebywać wśród ludzi, którzy zajmują się tym samym – dodał z ożywieniem.

– No to świetnie, pogadaliśmy trochę... – Odwróciła się do komputera. Limit uprzejmości na dziś został wyczerpany. – Mam do zrobienia prezentację na konferencję sprawozdawczą – postukała palcem w myszkę – więc jeśli nie masz nic przeciwko...

Borówka skinął głową i wrócił do swojej gazety, a Masztalerz próbowała skupić się nad referatem. Problematyka konserwacji zabytków archeologicznych in situ, stara piękna polska szkoła archeologii, jak to mówią. Tekst miała, to nie był problem. Ale potrzebowała jeszcze do niego ilustracji – w końcu większość ludzi to wzrokowcy. Musiała mieć do referatu prezentację multimedialną i koniecznie potrzebowała zdjęć z Sudanu z lat sześćdziesiątych, kiedy profesor Michałowski ratował freski w Faras. Widziała kiedyś takie zdjęcia, mało popularne, bo niezbyt atrakcyjne dla laików. Na pewno nikt ich nie publikował, więc gdzie mogła je widzieć... No jasne, slajdoteka! Nie, teraz to pokój doktorantów, choć żaden doktorant tam nie bywał. Braki lokalowe i rosnąca liczba doktorantów zmusiły dyrekcję instytutu do pewnych przemianowań. Z rzadka wykorzystywana slajdoteka stała się oficjalnie pomieszczeniem przeznaczonym dla przyszłej elity archeologii, elita jednak wolała przebywać w dotychczasowych gabinetach zakładowych. Ciemne regały zastawione pudłami z archaicznymi slajdami, którymi niegdyś ilustrowano wykłady, najwyraźniej nie nastrajały do wytężonej pracy naukowej. W każdym razie jeśli gdzieś w instytucie miały znajdować się mało znane ilustracje, to tylko tam.

– Tadek – Masztalerz wstała – pilnuj dobytku. Zaraz wracam.

Borówka nawet nie podniósł na nią wzroku, tylko pokiwał ręką. Kątem oka zauważyła, że wciąż czyta tę samą sekcję sportową. Musiała być fascynująca. Nie wnikała. Nie znała się na sporcie.

Zeszła na parter bocznymi schodami i przeszła obok gablotek ze średniowiecznymi artefaktami wykopanymi w trakcie badań instytutowych. Kilkoro mijanych studentów powiedziało jej „dzień dobry”. Była prawie dziesiąta, instytut powoli budził się do życia.

– Panie Edziu – powiedziała głośno, wkraczając na portiernię.

Stary portier siedzący za wysoką ladą miał na uszach słuchawki i wpatrywał się w ekran laptopa, na którym migały postaci z jakiegoś brytyjskiego sitcomu. Pan Edzio był miłośnikiem wszystkiego, co wyspiarskie. Teoretycznie przyjmował od ludzi odzież wierzchnią i wydawał na nią numerki, dzierżył także wszystkie klucze do sal, jednak kiedy zanurzał się w swój anglosaski świat, można było spokojnie wynieść z portierni wszystko, łącznie z panem Edziem i jego laptopem.

Joanna chrząknęła i sięgnęła po grubo oprawiony zeszyt wpisów.

– Panie Edziu! – Walnęła zeszytem o kontuar. Ten nieco drastyczny sposób zwrócenia na siebie uwagi podziałał.

– Tak, tak, wiem, kaloryfery zimne, trudno, a teraz sio! – Pan Edzio podniósł oczy znad laptopa i zmierzył ją nieprzychylnym wzrokiem.

– Klucz chcę. – Masztalerz otworzyła zeszyt wpisów, który przed chwilą tak brutalnie potraktowała, i przechyliła się przez ladę, sięgając po długopis. Przy pobieraniu klucza należało wpisać w odpowiedniej rubryczce swoje nazwisko oraz godzinę. Zawsze tego skrupulatnie pilnowała. – Do pokoju doktorantów poproszę.

Pan Edzio z westchnieniem zapauzował serial, odsunął fotel, wstał i szurając nogami, podszedł do szafki z kluczami. Otworzył ją i przez chwilę wpatrywał się w jej wnętrze.

– Pokój doktorantów – powtórzyła Masztalerz, wpisując się w rubryczce. – Slajdoteka. To chyba... trzysta trzydzieści pięć jest. Jak zwał, tak zwał.

– No, kiedy nie ma klucza. – Wpatrzony w szafkę pan Edzio drapał się po głowie. – Wszystkie są, a tego nie ma.

– Jak to nie ma? – zdziwiła się Joanna i spojrzała na rubryczki w zeszycie.

– No nie ma – powtórzył pan Edzio. – Co ja poradzę.

Popatrzyli na siebie nieco skonsternowani.

Portier, wciąż szurając nogami, podszedł do lady, przysunął sobie zeszyt pobrań i przerzucił go, szukając ostatniej osoby, która była zainteresowana slajdoteką, ale nikt nie brał klucza do tego konkretnego pokoju od początku zeszytu, to znaczy od pierwszego października. Nie było to dziwne, bo żaden z doktorantów nie korzystał z przysługującego mu pomieszczenia, mało kto również interesował się starymi slajdami w dobie internetu, skanerów i aparatów cyfrowych.

Masztalerz poczuła się zaintrygowana. Opuściła portiernię, zamierzając powiadomić wyższą instancję o niepokojącym braku. Pod drzwiami dyrektorskiego gabinetu minęła się z okrągłym profesorem Wyciszkiem.

– Dzień dobry, panie profesorze. Jest ktoś w środku? – zapytała uprzejmie. Profesor spojrzał na nią rozkojarzony.

– Co? A, tak, tak...

Masztalerz zapukała energicznie do drzwi, po czym, nie czekając na zaproszenie, otworzyła je. Normalnie w gabinecie powinna zastać Tadeusza w towarzystwie nieodłącznego Teofila. Tym razem była tam nieco inna konfiguracja – Kwaśnemu zamiast dyrektora towarzyszyła Irena Parys.

– Czego? – Na widok Joanny Teofil trzasnął teczką o stół konferencyjny. – Czy to jest sklep mięsny, do cholery?!

– Teofil! – Profesor Parys rzuciła sekretarzowi karcące spojrzenie. Parys zawsze próbowała wszystkich wokół wychowywać. Matka Polka. Święta Irena od Archeologii.

Masztalerz oparła się o framugę i objęła ramionami, bo stanąwszy w przeciągu, marzła w mokrych spodniach.

– Nie, spoko. Chciałam tylko zapytać, czy macie może klucz do pokoju doktorantów.

Kwaśny wzniósł oczy do sufitu, ale nic nie powiedział. Parys za to błysnęła pomysłowością:

– Sprawdź na portierni. Ciężki weekend, Joasiu? – Spojrzała wymownie na za duży sweter i mokre dżinsy.

– Gdyby tam był, tobym nie pytała – odparła sucho Joanna, ignorując pytanie Ireny. – Potrzebuję starych slajdów, ale na portierni nie ma klucza.

– To popytaj innych doktorantów, może ktoś jednak ma – poradziła Parys. Masztalerz rzuciła jej pełne politowania spojrzenie, którego szefowa jednak nie zauważyła. Jasne, inni doktoranci... Inni doktoranci nawet nie wiedzieli, że przysługiwało im osobne pomieszczenie. – A jak nie, to powiedz panu Edziowi, żeby wezwał ślusarzy. Niech otworzą, tylko tak, żeby nie trzeba było od razu wymieniać całych drzwi.

– A może od razu wręczysz jej wytrych? – zaproponował Kwaśny i Masztalerz miała ochotę się uśmiechnąć. Po raz pierwszy tego poranka.

Znowu zawiało, co przypomniało jej o awarii ciepłowniczej.

– A, właśnie. Ogrzewanie wysiadło – rzuciła.

– Tak, wiemy – odpowiedzieli równocześnie Kwaśny i Parys.

Joanna skinęła głową i wycofała się z gabinetu. Ponownie zeszła na dół, zastanawiając się, ile razy jeszcze będzie musiała biegać po tych cholernych schodach. Na jej widok pan Edzio podniósł się, wzdychając ciężko.

– Dobra, panie Edwardzie. – Masztalerz oparła się łokciem o ladę. – Sprawa wygląda tak, że potrzebuję ślusarzy. Parys powiedziała, że mogę rozwalić drzwi. Znaczy dostać się do środka w brutalny sposób.

– Pani Parys tak powiedziała? – Pan Edzio przyjrzał się jej podejrzliwie.

– Aha.

– Teraz zaraz?

– Teraz zaraz – potwierdziła. – No już, już, dzwonimy!

Pan Edzio sięgnął po telefon z wyraźnym niezadowoleniem, ale Masztalerz nic sobie z tego nie robiła. Nie przyszło jej do głowy, żeby scedować to na kogoś innego. Nie lubiła porzucać spraw w trakcie. Dlatego dotąd stała z uporem nad głową starego portiera, odpowiadając na „dzień dobry” studentów zaglądających do szatni, póki nie doczekała się wezwanego w trybie pilnym ślusarza. Co prawda sprawiał wrażenie, jakby przebywał we własnym świecie, ale Masztalerz nie zamierzała przecież dyskutować z nim o sensie życia. We trójkę z panem Edziem, który starannie zamknął portiernię na klucz, udali się na drugie piętro.

Pan Edzio oparł się o barierkę schodów tuż obok slajdoteki i pociągnął nosem.

– Coś jakby czuć chyba – zauważył.

Masztalerz skrzyżowała ramiona i stanęła obok niego.

– Ja nic nie czuję – powiedziała.

Pan Edzio jeszcze raz pociągnął nosem.

– No to chyba pani Joanna katar ma – stwierdził. – Bo coś wisi w powietrzu!

Masztalerz powstrzymała się od komentarza. Panu Edziowi zapewne zajeżdżała woń ślusarza, który wydzielał dość specyficzny odór, ale nie zamierzała mówić tego głośno.

Ślusarz tymczasem na klęczkach wyciągał z pietyzmem ze swojej skórzanej torby różne utensylia: pilniki, wytrychy, piłki do metalu. Rozkładał je wszystkie dookoła siebie z pedanterią godną podziwu.

Z pokoju archeologii klasycznej w głębi korytarza wyjrzał Borówka. Dostrzegł Joannę w towarzystwie pana Edzia.

– Co jest? – zapytał, podchodząc.

– A, pani Joanna do slajdoteki koniecznie chce wejść, a klucz nam jakoś zaginął – odparł pan Edzio.

– I co, od razu ślusarza? – zdziwił się Borówka.

Masztalerz przygryzła kciuk i z niecierpliwością przypatrywała się działaniom ślusarza. Chyba nareszcie wyjął wszystko z torby, bo wstał, otrzepał kolana, ujął klamkę i zapukał. Joannie stanęła przed oczami scena z serialu Barei.

– Panie, co pan, tu trzeba zamek wywalić, a nie pukać! Co pan, Duch Święty ma panu otworzyć? – nie wytrzymała.

Ślusarz najwyraźniej naprawdę przebywał we własnym świecie, bo uwaga Masztalerz nie wzbudziła w nim żadnej reakcji. Albo był głuchy. W każdym razie nie zważając na osoby za swoimi plecami, nacisnął klamkę i pchnął lekko drzwi, które uchyliły się bez najmniejszego oporu.

Były otwarte.

– No – odezwał się po raz pierwszy ślusarz, a następnie pochylił się i zaczął wkładać swój kram z powrotem do torby. – To działa.

– Nie sprawdziła pani najpierw, czy jest otwarte? – Pan Edzio posłał Joannie zbolałe spojrzenie. – A ja panią miałem za inteligentną.

Masztalerz przestąpiła z nogi na nogę i pociągnęła nosem. Faktycznie, nie wpadła na to. Ale przecież naprawdę nikt w slajdotece nie bywał... Ślusarz zebrał się już i ruszył schodami w dół, podeszła więc do drzwi, pchnęła je i zajrzała do środka.

Przez chwilę nie była pewna, czy dobrze widzi, może tylko jej się zdawało... Joannie zrobiło się jakoś nieswojo. Może to studencki żart? Młodzi ludzie miewali głupie pomysły... Zrobiło jej się niedobrze. Wycofała się z pomieszczenia, nadeptując przy okazji na czyjąś nogę. 
– Oj – powiedział profesor Wyciszek, odsuwając Joannę na bok. – Jest tam Zawistowski?

– Jest – odparła oszołomiona Masztalerz. – Chyba jest... Znaczy nie, nie, nie ma, proszę nie wchodzić! – zreflektowała się i rzuciła, by zasłonić drzwi, ku niepomiernemu zdumieniu pozostałych. Było jednak za późno.

– Puk, puk! – wykrzyknął radośnie profesor Wyciszek, dając nura pod uniesionym ramieniem Masztalerz. – Jeeezuuu...!

W pokoju, obok ciemnych regałów, na szarej wykładzinie leżał w kałuży sczerniałej krwi dyrektor Tadeusz Zawistowski.

Martwy na amen.

O jedenastej czterdzieści komisarz Jacek Budryś pił kawę w pokoju Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji.

Była to jego trzecia kawa tego dnia, ale Budryś był odporny na kofeinę. Wolałby pić co prawda herbatę malinową, bo zdrowsza, ale kawę mieli przynajmniej służbową. No i nie była wcale taka najgorsza.

Komisarz Budryś miał niespełna czterdzieści lat i opinię gwiazdy, a przynajmniej za takową miały go wpatrzone w niego panie ze służby cywilnej. Do policji wstąpił zaraz po maturze. Potem trafił do sochaczewskiej komendy, ale dość szybko przeniesiono go do stołecznej, zresztą w raczej ponurych okolicznościach. We właściwym czasie odrobił swoje w Szczytnie i brylował wśród śledczych z terroru kryminalnego i zabójstw. Na komendzie mówiono, że miał nosa, co było dwuznaczne, bo garbaty nos komisarza faktycznie zwracał uwagę. Budryś był szefem niewielkiego, ale skutecznego zespołu, od lat tkwił jednak na tym samym stanowisku i wszelkie awanse w ostatniej chwili jakoś go omijały. Inna rzecz, że sam Budryś często usilnie pracował na to, żeby promocji nie dostać.

– Czy mnie patrzały mylą, czy nie masz nic do roboty? – odezwał się komisarz Artur Madyjak, zwany przez wszystkich nie wiadomo dlaczego Marylką. Od dłuższej chwili obserwował Budrysia znad komputera i jego niespieszne delektowanie się kawą bardzo go irytowało, bo zawsze było coś do roboty, zwłaszcza teraz, jesienią i wczesną zimą, kiedy ludzie zaczynali wariować, jak co roku zresztą.

Budryś odwrócił się do niego na skrzypiącym krześle.

– No jakbyś zgadł – powiedział z satysfakcją i siorbnął kawy z kubka w koci deseń. – Poza tym od rana mówiłem, że zamykam sprawę Malewicza, zdałem akta, koniec.

Marylka odepchnął się lekko od swojego biurka.

– A ty nie masz przypadkowo ze dwadzieścia innych spraw? – zainteresował się.

Budryś uśmiechnął się pod nosem i znów łyknął kawy.

– Dwadzieścia trzy, nie dwadzieścia – poprawił spokojnie. – Inne wciąż stoją, więc daj człowiekowi skorzystać z okazji i trochę się ponudzić. Chociaż przez chwilę.

– Tsk! – syknął Marylka i poruszył zabawnie ryżymi wąsami. Był o kilka lat starszy od Budrysia, rude włosy nosił obcięte po wojskowemu, co przy okazji maskowało wczesną łysinę; gęsty, wypielęgnowany sarmacki wąs był jego prawdziwą dumą. – Takich rzeczy się nie monologuje głośno, bo można zapeszyć! – Budryś spojrzał na niego z rozbawieniem, ale Marylka był wyjątkowo poważny. Zerwał się z miejsca i zaczął krążyć po pokoju, wymachując rękami. – Co ty za jemioł jesteś! To nie żaden kit, za każdym razem, jak mi do bańki wpadnie coś głośno wyćwierkać, to zaraz trzeba anulować!

Madyjak wychował się na robotniczej Woli i mówił z lekka „po warsiawsku”. Gwarą posługiwał się jego ojciec, robotnik w Zakładach Róży Luksemburg, gwarą mówiło się na podwórkach kamienic i z gwarą Marylka poszedł w świat. Zorientował się szybko, że nie wszystkim to pasuje – od razu przypinano mu łatkę „stolycy” – ale nic sobie z tego nie robił. Nie zamierzał wygładzać swojej mowy po to, żeby się komuś przypodobać. Ani teściowi, surowemu wojskowemu, ani szefostwu. Zwłaszcza że gwara stała się modna i Marylka niespodziewanie dla samego siebie stał się prawdziwym trendsetterem czy też „hipersterem”, jak sam żartował. Wszyscy wiedzieli, że styl mówienia Madyjaka był już tylko na pokaz, ale nikomu to nie przeszkadzało. Marylkę albo się lubiło i kupowało z jego „Poniatoszczakiem”, sałatą oznaczającą dorożkarza czy kiziorami na określenie pijaków, albo nie.

– Dobra, dobra. – Budryś uniósł dłonie. – Już nic nie mówię. Nie zapeszam.

– No. – Marylka pogroził mu palcem i usiadł za komputerem. – Bo wisz, dowojujesz się, a potem jojczyć tu będziesz!

– Dobra, ty lepiej szukaj powiązań między Robolem a Mamertami, bo naczelnik się czepnie, że zlewamy sprawę.

Marylka pokręcił głową, a Budryś wyciągnął się na krześle. Popatrzył na zdjęcie córki stojące obok monitora i pomyślał, że niedługo Boże Narodzenie, miesiąc z ogonkiem, musi małej jakiś prezent wymyślić. Taki z przytupem. Zanim jednak zdążył oddać się rozmyślaniom na tematy zupełnie niesłużbowe, drzwi pokoju uchyliły się i do środka zajrzał podinspektor Różny, naczelnik wydziału. 

– Czołem pracy – mruknął, rozglądając się po niewielkim pokoju zapchanym niezbędnym meblami. – Wegnera nie ma? – zapytał, mając na myśli trzecią osobę w zespole Budrysia, podkomisarza Marcina Wegnera, i zerwał kilka kartek z wewnętrznej strony drzwi.

Jakiś czas temu komenda zainwestowała w nowoczesność. Znaczna część pałacu Mostowskich została porządnie wyremontowana, ale nie starczyło funduszy na wszystko. Na przykład na wymianę drzwi. Większość była przedpotopowa, częściowo oszklona. Mało komu dobrze pracowało się w zasięgu wzroku przechodzących korytarzem i zaglądających do wnętrza pokoju, więc prześwity na drzwiach zawsze były zalepione kalendarzami i plakatami, rzecz jasna, służbowymi. Zespół Budrysia postawił sobie za punkt honoru nie pozostawić nawet centymetra prześwitu i jakoś mu się to udawało, mimo ciągłych upomnień góry. Z drugiej strony w ich pokoju panował taki bajzel, że faktycznie ukrycie go przed światem było lepszym pomysłem.

– Wegner zaraz powinien być, próbuje nakłonić kobitę Zbynia do zmiany zeznań, bo to w końcu podobne teczki są – powiedział Marylka zza komputera przy drzwiach. Zbynio nie było ksywą, tylko prawdziwym nazwiskiem. Facet, obdarzony w dodatku przez rodziców z poczuciem humoru imieniem Zbigniew, był podstarzałym gangsterem średniej kategorii, dawno poza obiegiem. Dorobił się swego czasu na dopalaczach, a teraz ktoś postanowił oskubać go z kasy w mało wyrafinowany sposób – perswazję zaczął od obcinania palców. W zespole szybko skojarzyli to z inną prowadzoną sprawą, ale żona Zbigniewa Zbynia z uporem składała fałszywe zeznania. Doskonale o tym wiedzieli, ale na razie nie mogli tego udowodnić.

– Mam nadzieję, że nie będzie próbował jej zastraszyć. – Różny westchnął i rzucił zerwane z drzwi kartki na najbliższe biurko. Marylka i Budryś wymienili się spojrzeniami.

– Cinek? Nieee, skąd – mruknął Madyjak bez większego przekonania. Cinek był postawnym facetem, szerokim w barach, elegancko wygolonym; preferował styl „na eleganckiego dresiarza”. Z powodzeniem mógł zastraszać karki z grupy mokotowskiej, a co dopiero żony dawnych lokalnych gangsterów.

– Nie słyszałem tego, panie komisarzu – rzucił Różny. – Jacku, masz chwilę?

– Dla ciebie zawsze. – Wstając z trzeszczącego krzesła, Budryś przeciągnął się, aż chrupnęło mu w stawach. Zasalutował Madyjakowi i podążył za szefem do jego gabinetu, równie bezosobowego jak jego właściciel, przynajmniej w opinii komisarza.

Różny usiadł za biurkiem i splótł dłonie, kładąc je na blacie. Spędził w służbie osiemnaście lat, ostatnie cztery na stanowisku naczelnika. Od pracy za biurkiem zaokrąglił się i mocno sflaczał, choć wciąż udawał, że jest tym samym twardym gliną co kiedyś.

Sflaczały twardy glina przyglądał się teraz uważnie swojemu podwładnemu, który usiadł po drugiej stronie biurka. Różnili się od siebie mocno, także pod względem wyglądu – o ile Różny się zaokrąglił, o tyle Budryś był chodzącą szczapą o zaskakującej sile i równie zaskakującej intuicji, która nie raz uratowała jego chudy tyłek. Był naprawdę niezłym gliną, tyle że ostatnio pochwałom coraz częściej towarzyszyły upomnienia za nieprzestrzeganie regulaminu i agresywne zachowanie; zdarzyło się i zawieszenie w czynnościach. Owszem, Budryś miał trudny okres w życiu prywatnym, ale zdaniem Różnego trwało to już za długo.

– Jacku, jest sprawa – powiedział, rozplatając palce.

Budryś uśmiechnął się pod nosem. Nie przepadał za swoim szefem, uważał go za oportunistycznego buca, który bał się wyjść zza biurka. I nawet się specjalnie nie krył z tymi poglądami, co zresztą było jedną z przyczyn, dla których wciąż tkwił na stanowisku marnego komisarza zamiast piąć się w górę.

– I dyżurni najpierw informują ciebie. Ciekawe, kogo utłukli, że od razu o tym wiesz.

– Trup na uniwersytecie. – Różny westchnął tak dramatycznie, jakby to był co najmniej trup w Parlamencie Europejskim. – Mało, że profesor, to jeszcze dyrektor instytutu naukowego, rozumiesz, ważna figura w pewnych kręgach, uniwersytet to ważny teren, dużo ludzi na stanowiskach jest z nim związanych, nie ma co się rozmieniać na drobne, wchodzimy. Znaczy ty wchodzisz. Udział osób trzecich na bank, medyk i technicy już wezwani, więc jest szansa, że nie trzeba będzie na nich czekać.

– Który prokurator się tym zajmuje? – zapytał komisarz, bujając się lekko na krześle. – Albo nie, nie mów, sam zgadnę: od razu wszyscy święci wezwali Tarnowskiego?

– Tarnowskiego.

– No i super. – Budryś wzruszył ramionami. – To wezmę Marylkę do towarzystwa i jedziemy.

– Nie, Marylkę nie, nie ma mowy – zaprotestował Różny. – Marylka siedzi w sprawie Mamerta, nie możemy tego odłożyć na półkę. Znaczy wy nie możecie tego odłożyć – zreflektował się.

– Skoro tak, mogę wziąć Marcina, polata sobie, choć to chyba nie jego środowisko. – Budrysiowi było wszystko jedno, czy do nowej sprawy uda się z Wegnerem, czy z Madyjakiem. Ktoś jednak zdecydowanie by mu się przydał, przynajmniej na początku. Zresztą i tak stanie na tym, że zaangażują się w to wszyscy. Zawsze tak było.

– Wegnerowi też daj spokój – powiedział stanowczo Różny. – Musi dokończyć sprawę Zbynia, niedługo mija termin i dupa z tego wyjdzie, jak tego nie przyciśnie, będziemy się bujać od początku.

– Okej, zrozumiałem, poradzę sobie sam, nie musisz tak kluczyć. – Budryś zaczął się podnosić, ale podinspektor zatrzymał go gestem.

– Nie, nie sam – powiedział spokojnie. – Masz nową w zespole.

Budryś opadł z powrotem na krzesło, patrząc na przełożonego z niedowierzaniem.

– Nową co? Drukarkę? Bo chyba nie osobę.

– Posłuchaj. – Różny ponownie splótł dłonie. – Dziewczyna jest młoda, zdolna, ambitna, sprawdziła się podczas Euro...

– Euro sreuro! – prychnął Budryś pogardliwie. – To było pół roku temu, będziemy to wspominać do końca świata? Baba się sprawdziła, bo nic się nie stało! Wiesz, mam pomysł, może zaproś do pracy tutaj każdego krawężnika z miasta! – Budryś zerwał się z miejsca i w dwóch dużych krokach znalazł się koło okna. Pomacał się po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów, ale nie znalazł ich. – Bo przecież też się sprawdzili! A ona wczoraj się przypadkiem nie sprawdziła, podczas burd narodowców?! Jedenasty listopada to przecież gratka dla takich wzorowych, nie?

– Komisarzu Budryś – Różny podniósł nieco głos – jak pan tu będzie szefem, to pan sobie będzie grymasił jak primadonna, ale póki co to ja podejmuję decyzje!

Naczelnika wcale nie zdziwiła gwałtowna reakcja Budrysia. Do niedawna zespół liczył cztery osoby, ale starszy aspirant Świderski odszedł z firmy, uznając, że musi poświęcić się nowo założonej rodzinie. Problem polegał na tym, że Świderski, oprócz bycia całkiem niezłym operacyjnym, był jednocześnie kumplem Budrysia i komisarz wyjątkowo niechętnie podchodził do wszelkich sugestii, by przyjąć kogoś na jego miejsce. Dwóch ewentualnych kandydatów skutecznie odstraszył. Różny dał mu czas na oswojenie się z nową sytuacją, tamci może faktycznie byli nie najlepiej dobrani, ale teraz nadeszła pora na zmiany. Poza tym Budryś najwyraźniej zaczął uważać siebie za alfę i omegę, czas było go postawić do pionu, koniec z gwiazdorzeniem.

– Tak jest – odparł komisarz z wyraźną niechęcią w głosie. Rozkaz to rozkaz, choć swoje zdanie na ten temat Budryś miał, i to zdecydowane. Sądził, że pomysł jest zwyczajnie chujowy. – To kto to właściwie jest? Ta nowa baba?

Podinspektor odprężył się nieco. Prawdę mówiąc, spodziewał się, że Budryś będzie bardziej protestował i namawiał do trzymania miejsca dla Świderskiego, ale widać nawet i jemu sensowne argumenty się skończyły. Bardzo dobrze.

– Sierżant Iga Mirska z komendy rejonowej na Bielanach. – Różny przesunął po blacie biurka teczkę, na której dotąd trzymał ręce. Budryś sięgnął po nią i zaczął przerzucać karty bez większego entuzjazmu. – Prawie pięć lat w służbie. Żadnych wykroczeń ani zażaleń. Robiła w prewencji, potem w wydziale kryminalnym. Jest ogarnięta. Nada się.

– Taaa, prawie pięć lat wlepiała mandaty za złe parkowanie i rozbijała szajki złodziei torebek i słoików z ogórkami z osiedlowych piwnic – mruknął Budryś, zamykając teczkę. – Nie mogłeś tu chociaż jakiegoś aspiranta ściągnąć? Jak już tak koniecznie chcesz zespół powiększać... – Chciał jeszcze dodać, że parytety ma w dupie, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Jednak. Jeszcze by mu później podinspektor wywlekał mizoginizm jako pretekst do obcięcia premii.

– Potraktuj to