Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza ebook

Cezary Łazarewicz  

3.42857142857143 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza - Cezary Łazarewicz

Osoby dramatu: nagrodzony policjant, który zakatował trzynastolatka, bezduszny komornik, opętana manią regulaminową dyrektorka szkoły, przez którą jedna z nauczycielek popełnia samobójstwo, seryjny gwałciciel zidentyfikowany na podstawie próbki DNA, strażacy, którzy zamiast gasić – podpalają, księża i rodzice, którzy minęli się z powołaniem, i emerytowani strażnicy więzienni oskarżeni o zbrodnie przeciwko ludzkości. Miejsca: poligon NATO, z którego okolica nie ma żadnych korzyści, sanatoria w Kołobrzegu uwielbiane przez Szwedów. Sprawy: zwłoki topielca, którego nikt nie chce pochować, wojny kibiców z policją, podejrzane układy w mieście, rolnicze protesty. Słowem: Polska po ’89 widziana z Pomorza.

Stąd kraj wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy błyskawicznie rozwijającej się stolicy, a splot zdarzeń i ludzkich losów to materiał na niejeden film . „Biliśmy się za swoje wiejskie krzywdy, oni – za swoje. Za bezrobocie. Za upadłe PGR-y. Za brak zasiłków. Za biedę” – mówi jeden z bohaterów, streszczając historię wielu mieszkańców Polski B, która gorzej niż reszta kraju zareagowała na transformację ustrojowo-ekonomiczną.

Większość tekstów zamieszczonych w tomie powstała pod koniec lat dziewięćdziesiątych, a mimo to ma się wrażenie, że czytamy o sprawach, które dzieją się na naszych oczach. To zasługa znakomitego pióra autora, żywiołowo nakreślonych portretów, ale także porażającej aktualności tematów. Część spraw wciąż odbija się echem, a prawo i instytucje nadal są niewydolne lub bezsilne wobec ludzkich problemów.

Opinie o ebooku Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza - Cezary Łazarewicz

Fragment ebooka Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza - Cezary Łazarewicz

W serii ukazały się ostatnio:

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłupomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

W serii ukażą się m.in.:

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

Cezary Łazarewicz

Tu mówi Polska

Reportaże z Pomorza

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Magdalena Burduk

Copyright © by Cezary Łazarewicz, 2017

Copyright © for the Co się kryje pod kołdrą, Najsłabsze ogniwo, Skargi księdza Piotra, Poskramiacze, Lepperowa saga by POLITYKA sp. z o.o. S.K.A. 2007–2017

Korekta Paulina Orłowska / d2d.pl, Jan Seweryn / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-529-6

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

Miałem osiem lat, gdy na klatce schodowej mojej kamienicy odkryłem zatopiony w betonie pieniążek. Pomyślałem, że przed wielu laty zgubił go budowniczy, który stawiał ten dom. Wiele godzin poświęciłem, by go wydłubać, a gdy się to wreszcie udało, bardzo się zdziwiłem. Wyglądał dziwnie. Nie dlatego, że nie było na rewersie orła, ale dlatego że orzeł był inny. Spłaszczony i strasznie szeroko rozłożył skrzydła. W szponach zaś trzymał laurowy wieniec z hinduskim znakiem szczęścia, jak by to dziś określiła białostocka prokuratora.

Wiedziałem wtedy coś niecoś o wojnie, o Niemcach, o okupacji i o tym, że przepędziliśmy ich aż do Berlina. Ale o wypędzeniach Niemców nie mogłem wiedzieć.

Jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku widziałem w moim miasteczku prześwitujące spod tynku niemieckie napisy, a na cmentarzu stare marmurowe nagrobki z wykutymi na nich niemieckimi nazwiskami.

Przyjmowałem w dobrej wierze to, co sączyło się do mojej głowy od kołyski – że Pomorze Zachodnie to prastare ziemie słowiańskie. O byłych lokatorach mojej kamienicy nie myślałem jak o gospodarzach, lecz jak o okupantach. Z błędu wyprowadziła mnie dopiero babcia, której pokazałem wyskrobaną z betonu monetę.

– To nie wiesz, że to wszystko było niemieckie? – zapytała i wyjaśniła, że niedawno miasteczko nazywało się Rügenwalde. Zacząłem o tym myśleć później, gdy zostałem dziennikarzem. Opisywałem ślady tych, którzy wyjechali, i opowieści tych, którzy przyjechali.

Lubię się przyglądać miejscu swojego urodzenia, mam poczucie jego wyjątkowości i chętnie tam wracam. To osobliwa kraina. Zza jej pleców chichocze historia.

Tu mówi Polska

Biegiem po schodach. Na drugie piętro. Dwie po siódmej. Torba w kąt. Papiery na stół. Słuchawki na uszy.

– Dzień dobry. Jerzy Izdebski talk-show – mówi szorstki głos do mikrofonu, a Słupsk ustawia gałkę radia na częstotliwość 100,9 FM. Gdy pojawia się w Radiu City, na konsolecie zaczyna rytmicznie migać niebieska lampka. Każdy błysk to telefon od słuchacza. – Przez te trzy godziny konfesjonału każdy może na antenie powiedzieć, co tylko zechce – tłumaczy.

Ludzie dzwonią i mówią, że komendant policji to esbek, a prezydent miasta – beton PZPR-owski, że X bierze łapówki, a Y, który pracuje w drogówce, sam jeździ samochodem po pijaku. Ktoś mówi, że prokurator M. wybił mu w stanie wojennym dwa zęby, a posterunkowy K. pobił kogoś bez powodu.

– Cholera wie, kto to dzwoni – mówi Izdebski. – Robotnicy? Pokrzywdzeni? Patrioci? Oszołomy? Moi wrogowie? To mówi Polska. I niech się wygada, skoro tyle lat jej nie pozwalano.

Pokrzywdzeni, pójdźcie za mną

– W tej audycji chodzi tylko o to, żeby zaszokować słuchacza, i przez to zdobyć tani poklask – tłumaczy Andrzej Pancewicz, komornik ze Słupska (nazwisko fikcyjne), który Izdebskiego nie słucha. Nie lubi. Nie ten poziom. Ale kiedyś włączył radio, gdy jechał z domu do pracy. Szukał Zetki, a znalazł City. Jakaś kobieta skarżyła się, że mąż jej umarł, że ma dwójkę dzieci i nie ma czym płacić za mieszkanie. Mówiła, że jutro przyjdzie komornik, by ją wyrzucić na bruk. Płakała i prosiła o ratunek.

Andrzej Pancewicz słuchał znudzony i pewnie by zmienił stację, ale zorientował się, że mówią właśnie o nim. To on miał w czwartek robić tę eksmisję.

Z głośnika Izdebski pytał: „Czy wyrzucać będą siłą? Czy wykręcą ręce? Czy córeczki będą płakać? Co się z nimi stanie, jak zabraknie im mieszkania?”.

A potem huknął: „Gdyby w Anglii matkę z dziećmi ktoś próbował wyrzucić na bruk, to parlament by płonął. Co wy na to? Jak można pomóc tej kobiecie?”.

I rozdzwoniły się telefony.

Jedna ze słuchaczek radziła, jak najlepiej się bronić przed komornikiem. Kiedy ją próbowano eksmitować, stanęła z siekierą w progu i nikt jej nie ruszył.

Inni wytykali komornikowi, że dręczy ludzi i wtrąca się w nie swoje sprawy. Doradzali, żeby wygarbować mu skórę albo w odwecie spalić mieszkanie. Niektórzy wzywali, żeby przyjść na ulicę Wyspiańskiego i wspólnie bronić kobiety przed eksmisją.

Pancewicz, choć nikt nie wymienił na antenie ani jego nazwiska, ani adresu, poczuł się dotknięty.

– Zawsze ktoś czuje się pokrzywdzony moimi działaniami. A jak pan Izdebski stworzył atmosferę odwetu, to ja tracę rację bytu. Co mam powiedzieć ludziom, którzy chcą sprawiedliwości? Mam ich odesłać do Radia City?

Złożył w prokuraturze doniesienie o przestępstwie. Według niego radio złamało aż trzy artykuły kodeksu karnego: nakłaniało do uniemożliwienia komorniczej działalności, wzywało do nielegalnych zgromadzeń i używało pod jego adresem gróźb karalnych.

– Za mną pójdą dziesiątki innych obrażonych przez to radio – rzuca zza biurka komornik.

– Ale radio okazało się skuteczne, bo eksmisji nie było – zauważam.

– Władze miejskie przestraszyły się i wstrzymały egzekucję. Idą wybory, więc nikt nie chce podkładać głowy.

Ma być szok, a nie show

Jerzy Izdebski wyjechał z Polski w 1974 roku, bo nie lubił komunizmu i fascynował go Zachód. Był nauczycielem fizyki i chemii w zawodówce w Postominie, niedaleko Słupska. Po południu się buntował, czochrał włosy i grał bluesa.

W Londynie też grał i było to na początku jedyne źródło utrzymania. Potem zaczął robić meble. Zbudował małą fabryczkę i kupił dom.

Wrócił, gdy Lech Wałęsa na spotkaniu z Polonią w Londynie powiedział, że Polska czeka na takich jak on. Sprzedał udziały w fabryczce, kupił zdewastowany dwór w Wytownie pod Ustką. Handlował ciężarówkami przywożonymi z Zachodu, kandydował na senatora z Ruchu Odbudowy Polski, ale został tylko radnym w Ustce. Władze Ustki nienawidzą go za niewyparzoną gębę.

Do radia trafił przypadkiem, gdy do jednej z audycji zaprosił go właściciel Radia City Przemysław Kowalski.

Izdebski dał mu do przeczytania książkę Inside Talk Radio, którą przywiózł z Londynu. A tam ze szczegółami, krok po kroku było opisane, jak zrobić interaktywne radio, jak zwiększyć słuchalność i zainteresowanie rozgłośnią.

– To proste – mówi Izdebski. – Jak się zaszokuje słuchacza, to zacznie się interesować radiem. A jak usłyszy w nim coś, co go poruszy, to będzie dzwonił i opowiadał. Wtedy na antenie zaczyna się dyskusja.

Kowalski przeczytał książkę, przyjechał do Wytowna i powiedział:

– Panie Jerzy, ja chcę mieć takie radio.

Panie Jerzy, mówię panu, że…

Od czterech tygodni Izdebski zaczyna dzień tak samo. Pobudka o piątej. („To jest najgorsze. Nigdy tak wcześnie nie wstawałem”). Herbata. Taksówką do Słupska. Gdy realizator bije się z myślą: „zdąży czy nie?”, Izdebski wbiega do studia.

O godzinie siódmej jedenaście czeka w tureckim pulowerze pierwszy gość. Poszkodowany. Ojciec piętnastoosobowej rodziny. Mówi, że jechał żukiem i zatrzymała go słupska policja.

– Popełniłem wielkie przestępstwo, bo wiozłem dzieci na pace – mówi do mikrofonu. „Jak chcesz, chuju, dzieci wozić, to sobie kup autobus” – powiedział policjant i wlepił trzystuzłotowy mandat. Gdy poszkodowany zaczął się skarżyć, że to za dużo, wywlekli go z szoferki i poszarpali.

– Jeśli macie dyktafony albo aparaty fotograficzne, to róbcie z nich użytek – apeluje na antenie Izdebski. – Przyjdą czasy, że wystąpimy przeciwko tej bandzie. W policji jest osiemdziesiąt procent złych policjantów – ciągnie. – Czy możemy się na to godzić? To tak, jakby kupić sto kilo ziemniaków, a osiemdziesiąt będzie zgniłych. Kto chciałby za takie ziemniaki płacić?

Miga lampka. Telefon.

– Tu Jarek – przedstawia się kolejny słuchacz. – Panie Jerzy, chciałem powiedzieć, że ten policjant, co koło prezydium teraz stoi, złapał kiedyś Niemca. Kazał mu marki wymieniać. I razem z tym komendantem od drogówki, co po pijaku zawsze jeździł, zdarli z niego forsę…

Jerzy Izdebski unosi ręce w górę niczym ksiądz Skarga z obrazu Matejki. To znak, że czas kończyć. Jak zrobi pokłon, realizator przesunie gałkę, wyciszy słuchacza i wpuści na fonię kolejnego.

Od godziny siódmej czterdzieści do ósmej dwadzieścia jest pięć telefonów w sprawie pułkownika Kuklińskiego. Głównie mężczyźni. Na przemian mówią, że bohater albo zdrajca.

O godzinie ósmej dziesięć – pani Krysia. Dzwoni, by podzielić się swoimi przemyśleniami na temat życia partyjnego.

– Uważam – mówi – że w Polsce jest za dużo partii. Zupełnie wystarczyłyby dwie, najwyżej trzy. Na przykład KPN, komuniści i Unia.

O ósmej piętnaście – pani Wiesia – w sprawie brutalności policji. Mówi, że pobili jej syna w trakcie przesłuchania:

– Chciałam powiedzieć, że policjanci są świnie, a nawet chuje – denerwuje się.

Potem telefon od pokrzywdzonego. Krzywdę zrobił mu prezydent słupska M. i jego zastępca W. Następny – w sprawie zbyt dużej liczby zawodowych żołnierzy w Słupsku.

Doktor Judym (tak się przedstawia na antenie) skarży się, że leki dla emerytów są za drogie, a pan Leszek, że telekomunikacja go orżnęła.

Lampa na pulpicie miga jak oszalała, a Izdebski się przeciąga.

Głos z telefonu:

– Komuna to ostatnia kategoria człowieka. Szczególnie ci bolszewicy ze Wschodu.

– Prawda – potwierdza prezenter. – To dzicz. Oni kupę do wanny robili. A jak się przelewało, to deskami grodzili. Ci z czerwoną gwiazdą tacy akrobaci byli, że w Bornem Sulinowie ostatnią kupę zrobili pięć centymetrów od sufitu.

– Kiedy będzie normalny program? – pyta kolejny słuchacz i wbija szpilę prowadzącemu: – Tego oszołoma nie można już słuchać – krzyczy do słuchawki i się rozłącza.

Potem bezrobotna – protestuje przeciwko pozbawieniu jej zasiłku.

I emerytka – skarży się, że odebrano jej dodatek za pracę szkodliwą.

– Dziękujemy pani za to świadectwo hańby – odpowiada jej Jerzy Izdebski.

Stróż z upadłego PGR-u w Karsinie prosi o pomoc, bo właściciel każe mu za darmo pracować w niedzielę i święta. I jeszcze straszy, że wyrzuci.

– Nie może pan być niewolnikiem – podtrzymuje słuchacza na duchu Izdebski. – I niech pan przyśle mi nazwisko tego człowieka. Spotka go kara.

Kochają go pokrzywdzeni, nienawidzą urzędnicy

– To, co robi Izdebski, nie ma nic wspólnego z rzetelnością dziennikarską, ale mieści się w granicach wolności słowa. W żaden sposób nie można sprawdzić tego, co mówią ludzie w jego audycji. Ale porusza też ważne sprawy, o których wszyscy wiedzą, ale nikt dowodu nie ma – mówi Marek Z., jeden ze słupskich dziennikarzy.

Poranny talk-show słychać w taksówce, autobusie, banku, sklepie. W ciągu czterech tygodni Jerzy Izdebski stał się największą gwiazdą lokalnych mediów.

– Kochają go pokrzywdzeni, nienawidzą urzędnicy. Ale wszyscy go słuchają, nawet ci, którzy się tego wypierają – mówi redaktor Z. – Trzy dni temu spacerowałem po słupskim rynku – wspomina. – Wiatr rozrzucił śmieci po ulicy. Słyszałem, jak jakiś nastolatek mówił do drugiego: „Trzeba zadzwonić do Izdebskiego, to zrobi z tym porządek”.

– Wiara w to, że Izdebski wszystko załatwi, jest wielka – mówi dziennikarz. – Wariaci lecą do niego jak ćmy do świecy. Ale są też naprawdę pokrzywdzeni, którzy ścieżki wydeptywali w urzędach i nic. Dzięki Izdebskiemu mogą wszystko opowiedzieć w eterze. I tych najbardziej boi się władza. Nikt nie chce być z nazwiska łajany, zwłaszcza że idą wybory.

Gdy 24 kwietnia, w piątek po południu piętnastu policjantów wpadło do niewielkiego pokoiku redaktora naczelnego Radia City i zażądało taśm z audycjami Jerzego Izdebskiego, większość słupskich dziennikarzy była zgodna: to odwet za to, co się mówiło o policji na antenie Radia City.

– Mogli pójść we dwóch albo trzech. Ale oni chcieli pokazać swoją siłę – mówi Marek Z.

Prokuratura słupska, która miała wyjaśnić, czy stacja radiowa wzy­wało do popełnienia przestępstwa, przekazała sprawę do ­Gdańska.

– Czy to zamach na wolność dziennikarską? – pytam w Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

– Na razie nic się tam nie stało – uspokaja Andrzej Goszczyński, szef Centrum. – Jeśli pojawią się konkretne zarzuty, zajmiemy się sprawą.

Poczet urażonych

– Trudno mówić o tej audycji, nie używając niecenzuralnych słów – irytuje się Marek Dłutowski, rzecznik słupskiej policji. – Nie przypominam sobie, by kiedyś ktoś tam coś dobrego o nas powiedział.

Ostatnio jakiś człowiek opowiadał, że stracił przez milicjantów oko, a Jerzy Izdebski pytał: „Panie Dłutowski, ile kosztuje ludzkie oko?”.

– A ja nawet nie wiedziałem, co to za facet dzwonił – mówi nadkomisarz Dłutowski. – Sens tej audycji polega na tym, że ktoś dzwoni i mówi, że X jest pijakiem albo że ojciec Y umarł z przepicia. Przecież ta obrażona osoba nie może się obronić.

Danuta Jastrzębska, prezes sądu rejonowego, pod którego adresem często sypią się gromy, przekonuje, że radia nie słucha, choć docierają do niej sygnały, że o sędziach nie mówi się tam dobrze.

– Z racji stanowiska nie wypada mi tego komentować – dodaje.

– Urząd miejski przedstawiony jest w negatywnym świetle –żali się Czesław Lejnik, rzecznik słupskiego ratusza. – Do radia dzwonią niezadowoleni, wylewają swoje żale, a pan Izdebski puszcza to w eter.

Władysław Szkop, poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, już w połowie kwietnia poprosił Bolesława Sulika z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, by zbadał, czy audycje Izdebskiego w Radiu City nie łamią obowiązującego prawa. Napisał, że prezenter nawołuje do stosowania przemocy wobec parlamentarzystów, sędziów i prokuratorów i że używa na antenie niewybrednego i niedbałego słownictwa.

– A może najbardziej boli pana to, że Izdebski jest zatwardziałym antykomunistą? – pytam posła Szkopa.

– Mnie to w ogóle nie przeszkadza – zapewnia. – W sejmie spotykam Niesiołowskiego, Kamińskiego, posłów Radia Maryja i nie przeszkadza mi, że oni mają inne poglądy.

Jak magnes

Słupsk oblepiony jest podobiznami Izdebskiego.

Siwy, lekko łysiejący mężczyzna z mikrofonem w dłoni. Ale z daleka widać tylko jego oczy. Wbija wzrok w przechodniów i wierci im dziury jak kiedyś Kaszpirowski.

– Pan Jerzy to niesamowita osobowość – mówi Witold Koźlakiewicz, dyrektor Radia City. – Dzięki niemu na pewno wzrosła nam słuchalność, tylko jeszcze nie wiemy o ile.

Od czasu gdy zjawił się w radiu, prime time (czas najwyższej słuchalności) przesunął się na godziny od siódmej rano do dziesiątej. Za reklamę w tym czasie trzeba zapłacić trzy razy więcej niż o innej porze.

Z początku Izdebski był tylko gościem w programie Piwne rozmowy. Dziennikarze zapraszają do rozmów znanych w Słupsku ludzi, którzy przy kuflu piwa mówią o wszystkim, co tylko ślina na język przyniesie.

– Gdy gościem był pan Jerzy, telefony od słuchaczy dzwoniły. Gdy go zabrakło, nie było programu. Działał jak magnes – mówi Koźlakiewicz.

Radiowcom najbardziej podoba się to, że wali wprost, co myśli. Inni mają o to do niego pretensje i mówią, że jest kontrowersyjny albo że oszołom.

– Komornik czuje się dotknięty – przypominam.

– Komornik to był tylko pretekst, żeby wystąpić przeciw radiu. Oni chcą wojny i będą z nami wojować przez prokuraturę. Byliśmy na to przygotowani, tylko myśleliśmy, że stanie się to po kilku tygodniach, a nie po kilku dniach – mówi jeden z dyrektorów rozgłośni.

Pytam: kto cię skrzywdził?

Po audycji czeka na Izdebskiego przed studiem gromadka wielbicieli.

– Tylko pan mi może pomóc – mówi starszy mężczyzna, gdy widzi prezentera.

Potrzebuje słuchawek i wsparcia sprawy rozwodowej w Opolu.

Natapirowana woźna ściska mu dłoń:

– Bardzo dziękuję za interwencję w mojej sprawie.

Facet w żółtej koszuli klepie go po grzbiecie:

– Gratuluję odwagi.

Nawet kloszard z ławki, zionący wódką, mówi, że słucha każdej audycji. Wyciąga teraz rękę i pyta:

– Pięćdziesiąt groszy pan redaktor da na wino?

Siedzimy na ławce w centrum Słupska. Ciągle ktoś do niego podchodzi na krótką rozmowę, żeby coś załatwić lub pogratulować.

– Nie przychodźcie, bo to nie biuro pisania podań ani ambulatorium, ani konfesjonał, to jest przecież komercyjna stacja – odpowiada im.

– I myśli pan, że to pomaga?

Nie pomaga. Oprócz własnych żali słuchacze przynoszą do radia pomarańcze, wódkę, pieczone babki. A w listach piszą, że psychopata i powinien się leczyć w psychiatryku na Morcinka albo że nieugięty i musi dalej „tak trzymać”. Na antenie czyta listy i przeciwników, i zwolenników.

– Dzwonią do mnie i nie potrafią powiedzieć, co ich boli – tłumaczy. – Słucham ich uważnie, a potem pytam: kto cię skrzywdził? Czasami mówią z nazwiska, nieraz wymienią instytucje, a niekiedy rzucają słuchawką. Jak zaczynają mówić, idę razem z nimi, nakręcam ich, popycham do przodu i zostawiam. „Brońcie się dalej sami”, mówię im.

Gdy zamyka oczy, od razu widzi tych, którzy do niego dzwonią.

– Wiek: jakieś trzydzieści, może czterdzieści lat – tworzy w wyobraźni. – Raczej mężczyzna niż kobieta. Siedzi w stróżówce. Trzyma słuchawkę w ręce i nerwowo patrzy, czy go szef nie przyuważy. Teraz kucnął, żeby mieć pewność, że go nikt nie zobaczy.

– Tak się boją?

– Wczoraj dzwoniła do mnie pani, która do słuchawki przykładała chusteczkę, żeby jej głosu nikt nie rozpoznał. Co to za kraj, że ludzie boją się mówić?

Współpraca: Krzysztof Nałęcz

PS Radio City zostało zamknięte rok po ukazaniu się tego tekstu w „Gazecie Wyborczej”, głównie z powodu audycji Jerzego Izdebskiego, któremu wytoczono kilkanaście procesów karnych. Izdebski nie zrezygnował. Codziennie rano przywoził swoją ciężarówką wielkie kolumny głośnikowe, rozstawiał je przy przystanku autobusowym w centrum miasta i z mikrofonem w ręku prowadził dalej swój show, tylko że na ulicy. Potem założył Polską Partię Biednych i stał się trybunem ludowym. Systematycznie przyprowadzał pod słupski ratusz zbuntowane tłumy, które domagały się ustąpienia SLD-owskich władz miasta.

Był schorowany, bez grosza przy duszy, a za nazwanie Aleksandra Kwaśniewskiego pijakiem groził mu wyrok więzienia za obrazę urzędującego Prezydenta RP. Do Anglii wrócił, gdy po raz kolejny okradziono jego dom w Wytownie.

Po powrocie do Londynu rozpoczął studia informatyczne. Mówił, że jak komuna się skończy, to wróci do Polski. Próbował, ale polski konsulat w Londynie nie chciał wydać mu paszportu.

Zmarł na raka w 2010 roku w jednym z londyńskich hospicjów. Miał sześćdziesiąt trzy lata. Do końca życia był ścigany przez Polskę europejskim listem gończym.

Część I

W nowej Polsce

Gdy eksmituję, sensu nie szukam

Nie miał nazwiska ani imienia.

– Jak ktoś dzwonił do radia, żeby się na niego poskarżyć, mówił o nim po prostu „komornik” – wspomina Jerzy Izdebski, dziennikarz słupskiego Radia City. W ciągu ostatniego roku wysłuchał o nim setek historii. Zapamiętał tę o kolczykach.

Jesienią zadzwoniła jakaś kobieta i zapytała, czy komornik może zabrać dziecku pamiątkę komunijną. Bo ten, który u niej był, wyjął ośmioletniej córce kolczyki z uszu.

– Wtedy pierwszy raz padło na antenie jego nazwisko – mówi redaktor Izdebski.

I rozwiązał się worek. Dziesiątki telefonów. Każdy chciał opowiedzieć o swojej krzywdzie. Za każdym razem to samo nazwisko: Ciemnoczołowski.

– Jakby w Słupsku był tylko jeden komornik.

*

Ani Elżbieta Murawska, ani jej mąż Edward nie pamiętają, jak komornik wyglądał. Wszystko trwało chwilkę: wyłamane drzwi, tłum obcych w domu, ciężarówka odjeżdżająca z dobytkiem.

Poszli na skargę do Anny Boguckiej-Skowrońskiej, senator Unii Wolności i adwokatki (w stanie wojennym broniła działaczy Solidarności). Nie na komornika. Chodziło im o to, że w trakcie eksmisji zginęły im meble i telewizor.

– Byłam przekonana, że zagubiła to gdzieś spółdzielnia mieszkaniowa – opowiada senator Bogucka-Skowrońska. – Ale prezes spółdzielni Czyn zaprzeczył i pokazał mi protokół z licytacji z podpisem komornika Andrzeja Ciemnoczołowskiego. Pomyślałam, że ktoś się pomylił, bo w miejscu cen za licytowane przedmioty były same jedynki.

Jedynki były przy lodówce, segmencie, radiu, ławie, łóżku dwuosobowym, biurku i kanapie z dwoma fotelami. I nie była to pomyłka. Komornik sprzedał wszystko, co było w mieszkaniu Murawskich, za osiemnaście złotych. Swoją pracę wycenił natomiast na dwieście pięć złotych.

– To mi się w głowie nie mieściło. Jak można sprzedać każdą rzecz po złotówce! – mówi Bogucka-Skowrońska.

W listopadzie ubiegłego roku ogłosiła na konferencji prasowej, że w Słupskiem nagminnie licytuje się dłużników za złotówkę. Następnego dnia nazwisko komornika Ciemnoczołowskiego pojawiło się w lokalnych gazetach i fala pokrzywdzonych zaczęła płynąć do biura senatorskiego.

*

Kto przychodzi do Anny Boguckiej-Skowrońskiej? Bezrobotni, bezdomni, emeryci, upadli biznesmeni, sprzątaczki, salowe albo woźni. Żadni tam cwaniacy czy pieniacze. Przychodzą ci, którzy nie płacili czynszu, zalegają z kredytem, nie mają grosza, a spółdzielnia mieszkaniowa żąda pieniędzy.

– Zjawiają się, gdy są już w naprawdę ciężkiej sytuacji. Wyrzucono ich z domu. Kołaczą w poszukiwaniu ratunku.

– Dlaczego nie przyszli wcześniej?

– Bo w obliczu zagrożenia nieruchomieją. Zamiast walczyć, chowają głowę w piasek. Nie chodzą do sądu, bo się boją. Wezwań od komornika nie przyjmują, myśląc, że o nich zapomni. Wobec takich ludzi prawo działa z całą bezwzględnością.

Skargi na komornika piszą dopiero, gdy tracą mieszkanie. Trafiają one do policji, sądu i prokuratury.

– Policja przepytuje wtedy komornika. Ten zawsze zapewnia, że działał zgodnie z prawem. Prokurator już z nikim nie rozmawia, tylko przystawia pieczątkę pod umorzeniem – dodaje senator Anna Bogucka-Skowrońska.

Najbardziej wytrwali skarżą się do posłów, senatorów, premiera i prezydenta. Listy wędrują do Warszawy, a potem wracają niżej i niżej, aż trafią znów do Słupska. I koło niemożności się zamyka.

„Komornik Ciemnoczołowski” to oddzielny segregator w biurze senatorskim. Łatwo go znaleźć na półce, bo jest najgrubszy. Każda kartka to osobna historia z własnym numerem.

IIKM 774/98 to emeryci eksmitowani na bruk, choć powinni dostać mieszkanie zastępcze, a IIKM 702/98 to meble wycenione na trzysta złotych, choć warte były dziesięć razy więcej. II KM 316/98 to „chamskie zachowanie komornika” plus zaniżona wartość telewizora i kuchenki mikrofalowej, II KM 617/98 – zajęcie węgla, a IIKM 371/98 – ukaranie schorowanego rencisty pięćsetzłotową grzywną za odmowę udzielenia informacji na temat dłużnika („A przecież mówiłem mu, że syn jest w wojsku, tylko ten słuchać nie chciał”).

*

Przypadek IIKM 774/98 leży na wersalce i ogląda telewizję.

On: siedemdziesięciojednoletni stolarz. Ona: siedemdziesięcioczteroletnia gospodyni domowa. W roku 1952 spotkali się w Słupsku i zakochali.

Leżą razem na leżance i opowiadają.

– O mieszkanie było łatwo, bo Niemce zostawili – mówi ona i wyciąga spod poduszki torebkę. A tam wyblakłe zdjęcie ślubne i wszystkie dokumenty.

Mieszkali w trzech pokojach w centrum. Czynsz płacili systematycznie. Halina G., która wykupiła dom z lokatorami, wystąpiła do sądu o ich eksmisję. Starsi państwo w wyroku mieli zagwarantowane mieszkanie socjalne.

– Ciągle nas ta Halinka przynaglała, że nas w końcu wyrzuci. A gdzie mieliśmy iść, jak nam żadnej chałupy nie dali?

– Gdy zajechał komornik, babka z dziadkiem zamknęli się w domu i wleźli pod kołdrę – opowiada ich syn – bo oni, głupie, myśleli, że jak drzwi zamkną, to on se pójdzie.

A ten kazał rozbić drzwi i zapakować graty na samochody. Gdy mieszkanie było już puste, wynieśli kołdrę, której ­babka z dziadkiem się uczepili. I zostali przed domem na tej kołdrze.

Potem komornik przysłał im przekazem trzydzieści pięć złotych za zlicytowane rzeczy i dołączył rachunek za swoje usługi na trzy tysiące siedemset dziesięć złotych siedemdziesiąt groszy. Napisał, że tyle kosztowała eksmisja i wszystko potrąci im z renty.

Do sprawy IIKM 774/98 dołączone są wycinki z gazet o tułaczce bezdomnych staruszków, którym nikt nie chce pomóc.

– Ktoś ważny musiał to przeczytać i znalazł im pokój w tym socjalnym czworaku – mówi syn.

Mieszkają teraz na obrzeżach miastach w betonowym bunkrze, z długimi, ciemnymi korytarzami, jedną wspólną ubikacją na piętrze, gdzie śmierdzi mydlinami i gotowaną kapustą. W ­ciemnej norze starsza pani ociera łzy po kolejnym odcinku Klanu:

– My żali do nikogo nie mieli, a skargi na komornika pisała nasza córka.

*

Trzy pokoje dalej przypadek IIKM 719/98 szykuje kolację dla dzieci. Ilona K. najpierw straciła pracę, a potem mieszkanie w bloku. W październiku 1998 roku sama dobrowolnie oddała w spółdzielni klucze od zadłużonego mieszkania i przeniosła się do bunkra.

Do komornika ma żal, że chciał ją wyrzucić na ulicę, choć pokazywała mu dokument, że sąd przyznał jej mieszkanie zastępcze, na które czeka.

– Nawet nie chciał go czytać – mówi.

Poskarżyła się w sądzie.

– I sąd przyznał mi rację – dodaje. – A gdy dostałam ten pokój, przeniosłam się bez szemrania. Komornik jednak wycenił koszty swojej pracy na dwa tysiące sześćset dziewięćdziesiąt siedem złotych trzydzieści osiem. Poniósł je, gdy chciał mnie bezprawnie wyeksmitować.

*

Nowy telewizor – sto złotych, wideo – pięćdziesiąt, lodówka – dwadzieścia. Ceny są atrakcyjne, ale o komorniczych licytacjach wiedzą nieliczni. Co Andrzej Ciemnoczołowski sprzedaje, gdzie i za ile, to najbardziej strzeżony sekret.

Nie mogła go poznać także senator Bogucka-Skowrońska, choć powoływała się na autorytet Senatu i ustawę, z której wynika, że licytacja komornicza musi być jawna. Na początku stycznia zjawiła się więc nieproszona w magazynie komornika.

– Pierwszy raz widzę, że licytacja odbywa się w ciemnym korytarzu. Nie dziwi mnie, że w takich warunkach można sprzedać za złotówkę dorobek czyjegoś życia. – To głos pani senator nagrany przez słupskich dziennikarzy na filmie z licytacji.

Potem słychać krzyki ludzi komornika:

– Mamy polecenie, żebyście opuścili pomieszczenie.

– Jak nie będą chcieli wyjść, to siłą!

Andrzeja Ciemnoczołowskiego na filmie nie widać. Nie było go na licytacji, ale instruował przez telefon swoich ludzi, co mają robić.

„Obserwacja licytacji w dniu 5 stycznia pozwala mi na sugestię, że była tam grupa zajmująca się handlem sprzętem elektronicznym, której moja obecność wyraźnie popsuła interes” – napisała w raporcie do Ministerstwa Sprawiedliwości senator Bogucka-Skowrońska. Na dziesięciu stronach maszynopisu przedstawiła też dwadzieścia trzy inne przypadki naruszenia prawa przez Andrzeja Ciemnoczołowskiego.

Pracownicy ministerstwa, którzy niedawno kontrolowali jego kancelarię, napisali w raporcie, że skuteczność egzekucji nie może oznaczać naruszania prawa, i skierowali do Krajowej Rady Komorniczej wniosek o jego ukaranie.

*

Andrzej Ciemnoczołowski nie rozmawia z dziennikarzami. ­Zanim odłoży słuchawkę telefonu, mówi, że na wszystkie pytania odpowie rzecznik sądu.

Ale rzecznik Janusz Blicharski nie wie nawet, ile komornik ma lat, jak długo pracuje i jakie studia ukończył. Nie wie też, czy ktoś się na niego kiedyś skarżył.

– Pewnie tak, bo na komorników ludzie zawsze się skarżą. Taka praca – mówi sędzia Blicharski. O Andrzeju Ciemnoczołowskim może z całą pewnością powiedzieć tylko tyle, że ma co najmniej dwadzieścia pięć lat, jest po studiach prawniczych i ma niekonfliktowy charakter (bo tak wynika z ustawy o komornikach). Musiał też złożyć ślubowanie, że będzie postępował honorowo, zgodnie z prawem i sumieniem.

Psycholog Ewa Danielak zapamiętała, że komornik był łobuziakiem. Ale sympatycznym. Przesiadywał w świetlicy terapeutycznej, w której prowadziła zajęcia z trudną młodzieżą. Dwadzieścia lat później zrobił się nieprzystępny. Gdy w grudniu 1998 roku zjawił się pod jej domem, nawet nie zapukał. Kazał swoim ludziom rozwiercić zamek i wyrwać drzwi. Spacerował po pokojach i pokazywał palcem, co mają zabrać.

– Nawet się zdziwiłam, że po tylu latach go poznałam – mówi jego dawna nauczycielka.

– Zaproponowałam, że wyjaśnię wszystko nazajutrz w jego biurze: „Przecież na tyle się znamy, panie Ciemnoczołowski” – powiedziałam. A on na to: „Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Później dowiedziałam się, że mówią na niego „Kat Słupska” i że z dłużnikami zazwyczaj nie rozmawia.

Tylko raz udzielił wywiadu lokalnej gazecie – gdy senator Bogucka-Skowrońska ogłosiła raport o łamaniu przez niego prawa. Dziennikarz wytknął mu wtedy, że nie miał litości nawet dla siedemdziesięciolatków, których wyrzucił z domu na bruk.

– Dla mnie okoliczności eksmisji nie mają znaczenia – wyjaśnił. – Jeżeli ktoś ma wyrok, moim obowiązkiem jest go wykonać, a nie rozważać, czy to jest słuszne.

*

– Komornik jest pierwsza klasa – mówi o nim Zenobiusz Wójtowicz, prezes słupskiej spółdzielni Czyn. W ubiegłym roku z jego pomocą wyrzucił na bruk dwanaście rodzin (sześć innych oddało klucze dobrowolnie). Trochę się oburzył, gdy usłyszał, że senator Bogucka-Skowrońska broni eksmitowanych: „To prawo jest złe, a nie komornik”.

Leszek Orkisz, prezes spółdzielni Dom nad Słupią i radny SLD, o komorniku Ciemnoczołowskim też nic złego powiedzieć nie może:

– Rzetelny, obowiązkowy, sumienny…

– I bezwzględny – podpowiadam.

– Od moralności jest ksiądz, a od opieki pomoc społeczna – twierdzi.

Z poprzedniego komornika prezes był bardzo niezadowolony.

– Kazał sobie dużo płacić, a ludzi z mieszkania nie umiał wyrzucić – mówi.

Nawet takich, którzy od lat zalegali z czynszem, byli winni spółdzielni pięć albo nawet i dwanaście tysięcy złotych. Chodził od drzwi do drzwi i prosił: zapłaćcie, ile możecie. Płacili więc po dwadzieścia–trzydzieści złotych miesięcznie.

– Przestali się bać. Myśleli, że tych pieniędzy nikt od nich nie wyegzekwuje – tłumaczy Lech Orkisz.

Dlatego gdy w zeszłym roku Andrzej Ciemnoczołowski przysłał do spółdzielni ofertę współpracy, prezes Orkisz długo się nie zastanawiał:

– Obiecał, że przeprowadzi każdą eksmisję. I słowa dotrzymał.

Gdy się tylko zjawił, wszystko ruszyło z miejsca. W ciągu roku wyrzucił dwanaście rodzin na bruk. I teraz każdy z siedmiuset dziesięciu członków spółdzielni Dom nad Słupią ma pewność, że gdy tylko przestanie płacić, Ciemnoczołowski zastuka do jego drzwi.

Dlatego Leszek Orkisz napisał list otwarty w obronie komornika: „W naszej polskiej mentalności zwykle stajemy po stronie »skrzywdzonych« […], nie bacząc na to, że »krzywda« niejednokrotnie jest taką w ich subiektywnej ocenie”.

– Sprawiedliwość społeczna to utopia – tłumaczy prezes. – A pani Skowrońska niech walczy ze skutkiem, a nie z przyczyną. Nie będzie eksmisji, gdy państwo zacznie dopłacać biednym ludziom do mieszkań. Wrażliwość to ja mam jako człowiek, a jako prezes jestem bezwzględny.

*

W ostatnich latach słupską prokuraturę pięć razy zawiadamiano o popełnieniu przestępstwa przez komorników.

– Wszystkie skargi dotyczą Andrzeja Ciemnoczołowskiego – mówi Beata Szafrańska, rzecznik prokuratury.

Zarzuty się powtarzają: działał bezprawnie, podczas egzekucji niszczył sprzęt, wyceniał go za nisko, był wulgarny.

Wszystkie sprawy umorzono.

– My badamy tylko, czy komornik nie złamał prawa – tłumaczy Beata Szafrańska. – Kwestia poniżania i niekulturalnego zachowania nie mieści się w ramach prokuratorskiego postępowania. Tym powinna się zająć Izba Komornicza.

Ale Jan Treder, przewodniczący gdańskiej Rady Izby Komorniczej, mówi, że nie może oceniać kolegi ze Słupska, póki nie będzie miał protokołów z wizytacji kancelarii.

– A wizytacja będzie na pewno, bo są na niego skargi – zapewnia Treder, który nazwisko Andrzeja Ciemnoczołowskiego zna z trójmiejskich gazet.

*

Sprawa IIKM 266/98 to wychuchany domek Jana S., słupskiego krawca. Z dokumentów wynika, że w styczniu 1998 roku jego mieszkańców postawiło na nogi walenie do drzwi i okrzyki: „Otwieraj, ty dupo, bo wejdziemy z drzwiami”.

Jan S. opowiada:

– Komornik zabrał zegar, rozbił tuner, wlazł butami na wersalkę, ale nie powiedział, dlaczego przyszedł. Gdy następnego dnia żona poszła rano do jego kancelarii i zażądała wyjaśnień, pokazał jej palcem drzwi i powiedział: „Wynoś się, bo cię ochrona wyrzuci”.

Pan S. dzięki znajomościom w sądzie dowiedział się, że prawdopodobnie chodziło o zaległe koszta sądowe sprzed czterech lat w wysokości dziewięćdziesięciu złotych.

– Tylko że ja dawno to zapłaciłem – opowiada. – Znalazłem pokwitowanie i popędziłem do sądu, by to wyjaśnić.

Powiedziano mu: „Dla świętego spokoju zapłać pan raz jeszcze”. Zapłacił, ale poszedł poskarżyć się prezes sądu Iwonie Krzeczkowskiej-Lasoń. Obiecała wszystko zbadać. Kilka dni później przysłała list: „Z wyjaśnień komornika wynika, że zachowanie zarówno jego, jak i pracowników kancelarii komorniczej było nienaganne”.

W marcu komornik zjawił się ponownie z sześcioosobową asystą policjantów i ochroniarzy. Krawiec otworzył drzwi, ale nie chciał ich wpuścić za próg, więc przycisnęli go kolanem do podłogi i zakuli w kajdanki.

– Przecież wszystko zapłaciłem – krzyczał.

– A kto zapłaci trzysta pięćdziesiąt złotych za naszą ostatnią wizytę? – odpowiedział Ciemnoczołowski. Na tyle bowiem wycenił koszty styczniowej interwencji, bo zarekwirowany zegar wycenił na pięćdziesiąt złotych.

– Żona przyniosła mu brakujące pieniądze i poprosiła, żeby już sobie poszli. Wtedy komornik powiedział, że za dzisiejszą wizytę też trzeba zapłacić. Nie mieliśmy przy sobie dwustu siedemdziesięciu ośmiu złotych, więc zabrał telewizor i magnetowid.

Jan S. zgłosił pobicie i kradzież w prokuraturze, ale sprawa przeciwko komornikowi została umorzona. Prokurator Jan Zborowski ze słupskiej prokuratury ustalił jednak, że przestępstwo zostało popełnione, ale przez Jana S., który nie chciał wpuścić komornika do domu, a nawet krzyczał do niego: „złodziej”, „skurw…” i „bandyta”. Prokurator oskarżył więc krawca o utrudnianie czynności komorniczych, a słupski sąd wymierzył mu pięćset złotych grzywny. Jeśli nie zapłaci, to znów odwiedzi go Ciemnoczołowski.

*

We wtorek kolejka ustawia się na korytarzu. To u komornika dzień otwartych drzwi. Staję na końcu, razem z petentami. Wchodzi się pojedynczo.

Siedzi za biurkiem. Trzydziestka na oko, twarz chłopca, bez uśmiechu. Pod ręką notebook, równo ułożone długopisy, sterylna czystość.

Zgodził się odpowiedzieć tylko na jedno pytanie. Zapytałem o Murawskich, których cały dobytek wyprzedał po złotówce za sztukę:

– Jaki sens miała ta licytacja?

– Komornik nie szuka sensu, tylko rozpatruje wniosek wierzyciela.

Co się kryje pod kołdrą?

W połowie wykładu domowy konsultant do spraw zdrowotnych powinien klientów przestraszyć. Zygmunt Zielonka każe wtedy wyprowadzić z pokoju dzieci. Nie lubi, gdy zaczynają łkać.

– To, co teraz pokażę, jest straszne – mówi i z czarnej aktówki wyjmuje wielkie zdjęcie: – W naszych łóżkach nie śpimy sami. Półtora miliona takich przyjemniaków żywimy naszym potem, naskórkiem i solami mineralnymi.

Fotografia trzysta razy powiększonego roztocza jest jednym z podstawowych narzędzi obwoźnego sprzedawcy kołder. Bez wizualizacji zagrożenia mieszkańcy wsi Stawno, Gronowo czy Darskowo, położonych koło Złocieńca na Pomorzu, nie zdecydują się na podniesienie estetyki swoich łóżek.

Zygmunt Zielonka reprezentuje spółkę cywilną S. z Goleniowa. W ramach propagowania zdrowego snu jeździ z wykładami po wsiach i miasteczkach, podpowiadając, jak przy niewielkim nakładzie finansowym (nie większym niż cztery tysiące złotych) zapewnić sobie fantastyczny komfort spania.

Dziś pokonał dwieście kilometrów, by przyjechać do Koszalina, wtargał wielkie wory na trzecie piętro w bloku, usadowił się na kuchennym taborecie i prowadzi wykład o myśleniu w kierunku natury.

– Każdy z nas borykał się nocą z syndromem zimnej stopy, który występuje po wysunięciu nogi spod kołdry. Skóra podczas snu potrzebuje mikromasażu, który zapewnić może tylko wełna. Pod kołdrą firmy S. nie będziecie mieli zimnych nóg, przestaniecie chrapać, pozbędziecie się zmęczenia i migreny – mówi pewnym głosem, otwierając wory, z których wypływają puszyste bałwany.

– Przedstawiam państwu diament wśród pościeli – powiedział.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.