15 osób interesuje się tą książką

Opis

Bohaterowie scenariuszy nie znikają, kiedy kończy się film. Oni żyją dalej. Między kolejnymi odcinkami serialu, między poszczególnymi scenami. Coś robią, coś przeżywają, o czymś ze sobą rozmawiają. Tak samo było z bohaterami dwóch kultowych filmów, które weszły na ekrany kin blisko 30 lat temu - „Kogla Mogla” i „Galimatiasu”. Mimo że skończył się drugi film o nich, oni dalej żyli. Co robili przez te trzydzieści lat? Kim są teraz? Jacy są? Odnieśli sukces czy ponieśli porażkę? Są szczęśliwi czy zgorzkniali? Zadowoleni z życia czy przegrani? O tym właśnie jest ta książka. O tym, czego nie zobaczycie w żadnym filmie! Opowieść o nieznanych losach filmowych bohaterów, którzy powracają na ekrany kin w „Miszmaszu, czyli Koglu-moglu 3”, wzbogacają wywiady z aktorami i fotosy ze wszystkich trzech komedii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Wstęp

Bohaterowie scenariuszy nie znikają, kiedy kończy się film. Oni żyją dalej. Między kolejnymi odcinkami serialu, między poszczególnymi scenami. Coś robią, coś przeżywają, o czymś ze sobą rozmawiają. Najgorszy błąd, jaki robią scenarzyści, to ten, że wydaje im się, że z pisząc kolejną scenę, zawsze na nowo tworzą filmowy świat. A on przecież istnieje, żyje, nawet jeśli go nie opisujemy!

Tak samo było z bohaterami „Kogla-mogla” i „Galimatiasu”. Mimo że skończył się drugi film o nich, oni dalej żyli. Tylko poza ekranem, spokojnie, nie podglądani przez nas. Mieszkali dalej w Grabowie czy Brzózkach, w Warszawie i gdzie tam ich jeszcze zawiodły losy.

Kiedy więc postanowiłam napisać scenariusz „Miszmasz, czyli Kogel-mogel 3”, musiałam tylko zastanowić się, co Kasia Solska-Zawada, jej mąż Paweł, jej rodzice i teściowie czy Staszek Kolasa robili przez te trzydzieści lat? No bo coś przecież robili, prawda? A co działo się wtedy u państwa Wolańskich? Czy straszny Piotruś stał się grzecznym nastolatkiem, a potem przykładnym mężem? Czy Barbara Wolańska nadal trzyma pod pantoflem swojego męża, docenta Mariana Wolańskiego?Kim są teraz? Jacy są? Odnieśli sukces czy ponieśli porażkę? Są szczęśliwi czy zgorzkniali? Zadowoleni z życia czy przegrani? Wystarczyło o tym tylko chwilę pomyśleć. Wyobrazić sobie, jak wyglądał następny dzień po tym, kiedy Kasia dowiedziała się, że jest w ciąży. Jak się czuła, co myślała o swojej przyszłości? Potem już lekko poszło dalej samo. No, może jednak nie tak lekko i nie tak całkiem samo – trochę wysiłku i nieco wyobraźni jednak włożyć w to trzeba było… Bo praca nad scenariuszem to nie jest wcale, proszę Państwa, pisanie. To jest myślenie. Pisanie to już tylko efekt końcowy,a właściwie nawet – poza bólem kręgosłupa i coraz silniejszymi okularami – łatwizna po prostu! Ale bez dokładnego wyobrażenia sobie losów bohaterów, bez wiedzy o tym, co działo się u nich przez ostatnie trzydzieści lat, nie byłoby „Miszmaszu”. Bo tak, jak każdego z nas kształtuje mijający czas, to, co się wydarzyło, kogo poznaliśmy i co robiliśmy, tak i filmowi bohaterowie zbierają swoje doświadczenia życiowe. I w tej książce uchylamy właśnie rąbka tajemnicy, co zdarzyło się w życiu Kasi Solskiej i jej bliskich w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Dzięki temu może łatwiej będzie Wam wejść w filmową opowieść „Miszmaszu”, czyli trzeciego „Kogla-mogla”.

Przyznam szczerze, że pisałam tę książkę z wielką przyjemnością. Czułam się tak, jakbym wróciła do miejsca, które kiedyś dobrze znałam, i do ludzi, którzy byli mi bliscy. Jakbym znowu zanurzyła się w klimat nieco może zapomniany, ale tak łatwy przecież do przypomnienia… No i do tego wiedziałam, że mam jedyną i być może niepowtarzalną okazję połączyć trzy części filmu nietypową, bo książkową klamrą.

A więc przypomnijcie sobie Państwo ostatnią scenę z filmu „Galimatias, czyli Kogel-mogel 2”. Kasia zapłakana przyjeżdża z Warszawy. Była u lekarze i dowiedziała się, że jest w ciąży. Zrozpaczona mówi o tym mężowi i rodzicom… No i co było potem?

O tym właśnie jest ta książka… O tym, czego nie zobaczycie w żadnym filmie. W pierwszym, drugim ani trzecim. No a Wy, w odróżnieniu ode mnie, nie musicie sobie tego wyobrażać – bo spisałam to specjalnie dla Was!

Ilona Łepkowska

Od Galimatiasu do Miszmaszu

Od Galimatiasudo Miszmaszu

To było naprawdę pełne zaskoczenie. Totalny szok. Po prostu katastrofa. Ciąża? To niemożliwe! Niech to będzie fałszywy alarm! – prosiła w myślach Kasia. Ale zaklinanie rzeczywistości nic nie dało – lekarz nie zostawił miejsca dla najmniejszych nawet wątpliwości. Była w trzecim miesiącu ciąży…

Kasia miała pretensje przede wszystkim do siebie – choć przecież tak się pilnowała! Kalendarzyk, w którym miała zaznaczone „bezpieczne” dni, trzymała zawsze pod poduszką, co wieczór sprawdzała zapiski… Więc jak to się mogło stać?! I to teraz, właśnie teraz, kiedy miała wrócić na studia? Czyżby się jednak kiedyś zapomniała… Cholera jasna! Chciała mieć dzieci, ale jeszcze nie teraz!

Najgorsze jednak było to, że wszyscy wokół byli z tego powodu zachwyceni i szczęśliwi. Rodzice, teściowie a przede wszystkim Paweł. Chodził dumny, jak paw, co Kasię dodatkowo wkurzało – było dla niej jasne, że nie myślał w ogóle o niej, o jej marzeniach i planach, tylko o sobie. Rozpierała go duma, że będzie ojcem. No i że postawił na swoim! Jego żona nie pójdzie na studiach, tylko będzie musiała zamknąć się w domu. Na wieki wieków, amen.

Stałym punktem programu każdego tygodnia był teraz obowiązkowy obiad, na który Solscy zapraszali Pawła i Kasię w niedzielę, po sumie, do siebie. Po to, żeby Kasia mogła sobie odpocząć od gotowania. Czasem dołączali do nich rodzice Pawła. Wtedy trzej panowie zasiadali przy stole i pili za zdrowie wnuka. No bo oczywiście wszyscy trzej byli pewni, że to będzie syn!

– Ja bynajmniej i wnuczkę będę kochał, ale wiem, że pierwszy musowo będzie syn! – informował Solski.

– No chyba nie tak musowo, Józiu, bo u nas to jednak córka się urodziła… – próbowała polemizować Solska, ale mąż zgromił ją tylko spojrzeniem, więc już się nie odezwała…

Kasię te rozważania przy wódeczce niepomiernie wkurzały.

– Zobaczysz, zrobię ci na złość i urodzę córkę! – odgrażała się Kasia. – I do tego nazwę ją Eleonora. Albo Wincenta. Albo Klemensa!

– Proszę bardzo, może być Klemensa. Będę kochał tak samo, jak gdyby miała na imię Zosia… – i uśmiechnął się serdecznie. Bo Pawła nie można było teraz niczym zdenerwować – nawet, jeśli bardzo się starała…

Kasia próbowała jeszcze negocjować, że przecież ciąża to nie choroba i może skończyć przynajmniej pierwszy semestr, tym bardziej że miała zaliczone część przedmiotów, ale tu oczywiście znów odezwał się Kasiny pech. Lekarz po kolejnym badaniu zalecił jej całkowity spokój i odpoczynek, by chronić zagrożoną, jego zdaniem, ciążę… No, teraz to już naprawdę nie miała życia! Rodzina kompletnie ją ubezwłasnowolniła! Kasia czekała tylko na to, aż ją przywiążą pasami do łóżka i będą odwiązywać tylko po to, żeby wstała do toalety albo na posiłki… Mama gotowała jej obiady, a Paweł przywoził je od teściów. To było nawet miłe, taka troska, ale jednak nie poprawiało jej zbytnio nastroju… Bo Kasia nie miała teraz nic, absolutnie nic do roboty. Czytała, oglądała telewizję, spała i nudziła się śmiertelnie. I co najgorsze, taka perspektywa czekała ją przez najbliższe kilka miesięcy…

– Odpoczywaj, córciu, odpoczywaj… – przekonywała ją matka. – Jeszcze się nabiegasz wokół dzieciaka… I śpij. Dużo śpij. Bo będziesz miała potem noce nieprzespane…

– Nie można się wyspać na zapas, mamo!

– Może i nie można, ale spanie ci na pewno nie zaszkodzi. I jedz! Za dwoje jedz!

– Jasne! A potem dziecko będzie ważyło po urodzeniu trzy kilo, a dwadzieścia, które przytyję, zostanie mi do końca życia…

– Kochanego ciała nigdy nie jest za wiele, córciu… – odpowiedziała na to mama Kasi.

– Pewnie! No i jestem już mężatką, więc nie muszę o siebie dbać… – dodała Kasia.

– Właśnie! – radośnie potwierdziła Solska.

– Mamo, to było ironiczne stwierdzenie!

– Iro… co?

Kasia tylko machnęła ręką. Nikt jej tu nie rozumiał. Po prostu nikt. Czasami miała wrażenie, że jedyną osobą na świecie, która ją kiedykolwiek rozumiała był… docent Wolański!

Zrozpaczona i pozostawiona sama sobie Kasia postanowiła więc zrobić coś, żeby nie myśleć za wiele o tym, co ją czeka oraz co przez tę niespodziewaną ciążę straciła. Pod pretekstem kontrolnej wizyty w ośrodku zdrowia poszła na pocztę i wysłała list do docenta Wolańskiego. Wiedział już o jej ciąży, bo nie zjawiła się pierwszego października na inauguracji roku akademickiego. Napisała do niego wtedy, że przeprasza i że jest załamana swoją sytuacją. Że tak liczyła na te studia… Odpisał, że kiedy tylko będzie chciała i mogła, on pomoże jej wrócić na uczelnię. I że jak chce, to w każdej chwili może do niego napisać albo zadzwonić. Na docenta Wolańskiego można było liczyć, ale panią docentową po ostatniej aferze, gdy nakryła męża w ich szklarni podrywającego roznegliżowaną Paulinę, lepiej było omijać szerokim łukiem… Kasia więc nie dzwoniła, choć miała ochotę, tylko w drugim liście poprosiła go, by przysłał książki, które są obowiązkowymi lekturami na pierwszym i drugim roku pedagogiki. Podała adres swojej koleżanki Wandy (oczywiście wcześniej ją o tym uprzedzając), prosząc, żeby podręczniki wysłał jej właśnie tam. Wolała uniknąć niepotrzebnych, a i bez wątpienia irytujących rozmów z Pawłem na ten temat…

I po tygodniu przyszły pierwsze podręczniki! Kochany docent Wolański! Kasia aż popłakała się ze wzruszenia. On jedyny rozumiał i doceniał jej ambicje…

I teraz czytała po kolei opasłe tomiszcza, robiąc z nich dokładne notatki. Oczywiście w tajemnicy przed rodziną, a szczególnie przed Pawłem. Chowała książki i bruliony z zapiskami w swojej szafie z ubraniami, pod stertą rzeczy, które robiły się na nią z dnia na dzień za ciasne…

– Nudzisz się, kochanie? – pytał troskliwy mąż. A Kasia odpowiadała, że śmiertelnie i prosiła, żeby przywoził jej z biblioteki kolejne grube powieści.

– Będziesz mogła niedługo startować w „Wielkiej grze” z literatury – żartował Paweł, wypakowując z torby kilka kolejnych książek w szarych, papierowych okładkach.

– Nie sądzę, żebyś mi na to pozwolił – ironicznie odpowiadała Kasia. – Przecież to mogłoby mi zaszkodzić, a najważniejsze jest, żebym urodziła ci syna i nic mnie od wykonania tej ważnej misji nie może odciągać…

Paweł jednak zdawał się nie zauważać ironii w jej głosie, cmokał ją w policzek i mówił, że ją kocha, po czym wracał do swoich szklarni. Bo postawił już dwie duże szklarnie na ziemi ojca Kasi i właśnie wybierał się do Holandii po sadzonki warzyw, które zamierzał w nich posadzić… Jechał do Holandii oczywiście z Pauliną, co Kasię nastrajało wyjątkowo źle. Niby była dziewczyną Van Dorna, holenderskiego kooperanta Pawła, ale jak wszyscy widzieli, nie przeszkodziło jej to we flirtowaniu z docentem Wolańskim. Nie wiadomo więc, co mogło się wydarzyć w drodze do Amsterdamu… Mama Kasi też była pełna niepokoju.

– Córcia, a czemu Pawełek nie może pojechać sam po te sadzonki? Na co ze sobą tę latawicę ciągnie?

– Mamusia go o to sama spyta.

– Ty sobie córcia z tego nie żartuj… To jest twój mąż, ojciec twojego dziecka!

– No to chyba wróci! – odpowiadała Kasia, przykrywając żartami zdenerwowanie.

– Nie żartuj, nie żartuj, bo sobie jeszcze wyżartujesz jakieś kłopoty… – krakała Solska.

Za to ojciec Kasi postawił sprawę jasno i zdecydowanie, jak to on. Posadził Pawła za stołem, nalał mu kieliszek nalewki porzeczkowej na własnej roboty bimbrze i powiedział groźnie brzmiącym głosem:

– Ja zawsze mówię bez ogródków, tylko na prosto, tak, jak jest. I jemu też tak powiem. Jak on moją córkę skrzywdzi, to za siebie nie ręczę! Ta chuda mietła, co do was kiedyś przyjechała…

– O Paulinę tacie chodzi? – dopytał się Paweł.

– Dla mnie ona się może nazywać byle jak, ja tylko wiem, że jej z oczu nie najlepiej patrzy. Strzela oczami za chłopami, powiem wprost! Za tobą też! Widziałem!

– Ale tato, co tata mówi, ona ma narzeczonego w Holandii!

– Czyli nie tu, prawda? Jak mówię, to mówię, a jak mówię – to wiem. Jak dziewucha nie jest leniwa do chłopów, to diabli wiedzą, co jej do głowy może przyjść, jak jej własnego chłopa nie ma w pobliżu. A ona nie wygląda mi na leniwą do chłopów… Więc ja uprzedzam go, że jak on moje dziecko skrzywdzi…

– Może tata być spokojny! Nie skrzywdzę! Ja Kasię kocham i nie wyobrażam sobie bez niej życia! – zapewniał Paweł, bardziej żarliwie z każdym kolejnym kieliszkiem.

– No i niech tak trzyma! – zakończył ojciec i łyknął kolejny kieliszek. – Ma być dobry dla mojej córki, jedną ją mam!

– Ma tata na to moje słowo! – zapewniał coraz bardziej bełkotliwym tonem Paweł.

– No! To teraz on może do tej Hulandii jechać…

Potem Kasia bardzo często myślała, co by było, gdyby Paweł nie pojechał wtedy do tej Holandii? Choć przecież wcale nie było powodów, żeby coś już podejrzewać… Więc nie wiedziała, co się tam wydarzyło… I nie miała się nigdy dowiedzieć, kiedy to się między jej mężem a Pauliną zaczęło…

* * *

Kiedy minął szósty miesiąc, lekarz pozwolił Kasi wychodzić z domu na spacery, więc czas mijał jej szybciej, a w bieliźniarce przybywało kolejnych brulionów… Kasia chodziła często do Wandy, niby na przechadzkę, odnosiła wtedy przeczytane już podręczniki, a przyjaciółka odsyłała je Wolańskiemu. Ten przysyłał za to kolejne. I któregoś dnia z grubego tomu podstaw psychologii dziecięcej wypadła kartka pocztowa z różami po jednej, a ręcznym dopiskiem po drugiej stronie: „Pani Kasiu, myślę często o Pani…”. Obok było dorysowane małe serduszko.

Kasia nie wierzyła w to, co widziała. Docent Wolański? Róże? Serduszko? Myślę o Pani? Gdyby nie jej imię, byłaby pewna, że było to napisane do kogoś innego i zupełnym przypadkiem znalazło się w przysłanym podręczniku. Może jakaś jego asystentka ma na imię tak samo jak ona? Bo przecież to niemożliwe, żeby napisał to do niej. Nic więc nie odpisała, no bo niby co miałaby odpisać? Też o nim często myślała, ale tylko, że tak powiem, naukowo. Był bardzo mądry, wykładał na uniwersytecie… Po prostu był dla Kasi wielkim zawodowym autorytetem! No, ale musiała przyznać, że był też bardzo miły… I taki, taki… kulturalny. Pawłowi nie można było niby niczego zarzucić. W końcu przecież, jak się poznali, to przez myśl jej nie przeszło, że może być rolnikiem i mieszkać na wsi! Tak różnił się zachowaniem i strojem od znanych jej mężczyzn z Grabowa i okolic. Bo taki choćby Staszek Kolasa – jak by można porównywać go z Pawłem! I oczywiście nie chodziło o wzrost, choć tym też jej mąż znacznie górował nad jej niedoszłym mężem… Więc przy każdej bytności w kościele Kasia dziękowała Panu Bogu za to, że znalazła w sobie tyle odwagi i desperacji, by w noc przed ślubem ze Staszkiem zwiać przez okno i uciec do Warszawy… Kiedy myślała, że mogłaby być teraz panią Kolasową, to mrowie przechodziło ją po krzyżu… Kolasa, kiedy ją tylko widział, demonstracyjnie odwracał głowę.Kasi było trochę przykro z tego powodu, ale tylko trochę. Może mu z czasem przejdzie? A nawet, jak nie, to trudno.Mała strata, krótki żal… Bała się trochę, że rodzice będą mieli jakieś nieprzyjemności za sprawą Staszka Kolasy, ale ojciec nosił głowę wysoko i mówił głośno i wyraźnie, szczególnie wtedy, gdy Kolasa mógł słyszeć…

– Mój zięć, znaczy się mąż Kasi ma znajomości za granicą! W obcych językach mówi! Szanują go! No i zna się na nowoczesnej gospodarce! On takie warzywa będzie produkował, że wy nawet nie wiecie, jak się nazywają!

– A na co komu takie warzywo, co nawet nie wiadomo, jak się nazywa? Przecież człowiek nie będzie wiedział, jak toto jeść… – mówiła za to mama Kasi, gdy byli sami.

– Ty kobieto całkiem nie myślisz postępowo – grzmiał ojciec, jak zwykle nerwowy. – Człowiek nauczył się pisać i czytać, to się nie nauczy jeść tych tam… barakułów?

– Nauczyć to się może człowiek nauczy, tylko po co, ja się pytam? Co to, ogórki, kapusta i buraki nie starczają? Albo pomidor, jak ktoś już musi koniecznie być postępowy?

– Kobieto, postępu nie da się zatrzymać! Pomidory to już nie jest żaden postęp!

– A coś ty się, Zenuś nagle taki postępowy zrobił?

– Przecież miałem z Kolasą dżdżownice hodować, to mnie chyba o brak postępowości nie można posądzić! – z dumą stwierdził ojciec Kasi.

* * *

No więc Paweł pojechał do Holandii i wrócił z sadzonkami oraz wózkiem dla dziecka, śpioszkami, butelkami i śliczną sukienką ciążową dla Kasi. Ale spóźniony nieco wrócił… Kasia zapytała więc, czy droga była taka ciężka, czy kontrola na granicach szczególnie dokładna? Odpowiedź Pawła ją nieco zmroziła. Okazało się, że spóźnił się, bo… musiał odwieźć do Warszawy Paulinę, z którą wracali z Holandii razem. Jednym samochodem! Paweł oznajmił to Kasi, wypakowując sadzonki z przyczepy. Właściwie to powiedział to tak mimochodem, w przelocie, bo najwięcej mówił o sadzonkach oczywiście. Jednak Kasia bezbłędnie wychwyciła ten element opowieści.

– Wróciliście razem? Dziwne… Przecież Paulina ma swój samochód – dopytywała się zaniepokojona Kasia. – I to dużo lepszy od twojego…

– No widzisz, a tak narzekałaś na naszego starego Golfa… A tymczasem on jest w świetnej formie, a limuzyna Pauli się zepsuła i musiała ją zostawić w Holandii, Van Dorn jej go odwiezie przy najbliższej okazji…

– To nie mogła zostać u narzeczonego jakiś czas? Poczekać, aż jej naprawią auto? – Kasia drążyła temat.

– Nie chciała. Zdaje się, że coś między nimi się psuje. Wiesz, Van Horn jest od niej starszy, chyba chciałby mieć wreszcie żonę, dzieci, a Paula jeszcze o tym nie myśli…

– Ja też o tym nie myślałam… – mruknęła ponuro pod nosem Kasia, ale Paweł tego nie usłyszał.

Może i dobrze, że nie, bo znowu zaczęłaby się niemiła dyskusja o tym, co jest w życiu ważniejsze – wyższe studia czy macierzyństwo. Tak, jak gdyby stało to w sprzeczności! W jej wypadku wystarczyło zmienić kolejność i wszyscy byliby szczęśliwi! A tymczasem teraz ona ugrzęzła w domu, a Paweł podróżował do Holandii i z powrotem i to z Pauliną!

Kasia – może to była wina hormonów – czuła się więc oszukana, pozostawiona sama sobie, niezrozumiana i ogólnie nieszczęśliwa. Czasami myślała, że zwyczajnie dała się nabrać – Paweł wyglądał jak miastowy, mówił jak miastowy, ale okazuje się, nie do końca myślał jak miastowy. Kobieta według niego miała siedzieć w domu i rodzić dzieci! A on sobie jeździł do Holandii i Bóg jeden wie, dokąd i z kim!

Zaraz, zaraz! – Kasi coś się skojarzyło…

– No ale wracałeś przecież dwa dni, z noclegiem po drodze… To co, spaliście oboje w samochodzie? – zapytała męża.

– No co ty! Wyobrażasz sobie Paulinę śpiącą w aucie na parkingu? A jak się umyć, jak umalować? – zaśmiał się Paweł. – Zatrzymaliśmy się w zajeździe zaraz po przejechaniu polskiej granicy.

– Więc Paulina spała w pokoju, a ty w aucie, jak zwykle?

– Nie, nie… Paulina powiedziała, że za to, że ją zabrałem – funduje mi nocleg.

– To ładnie z jej strony. Dwa pokoje… To musiało sporo kosztować…

– No pewnie! I dlatego spaliśmy w jednym!

* * *

Kasia siedziała za stołem u Wandy i zanosiła się płaczem.

– Zdradza mnie! Teraz jestem już tego pewna! Będę samotną matką z dzieckiem!

Wanda usiłowała dopytać się, o co chodzi, bo Kaśka przybiegła do niej tak zaryczana, że nie można było zrozumieć, co wywołało u niej taki napad rozpaczy.

– Uspokój się i powiedz, co się stało.

– Mówię ci przecież!

– Mówisz! Tylko że cię zrozumieć nie można!

– Ty też mnie nie rozumiesz!

– Ja ciebie rozumiem, tylko nie rozumiem, co mówisz…

– Paweł… Z Pauliną… W jednym pokoju… W jednym łóżku…

– Jezus Maria! Nakryłaś ich?

– No coś ty! On sam mi powiedział!

– Powiedział ci, że się przespał z Pauliną?!

– Tak! Spali w zajeździe przy granicy! W jednym pokoju!

– Spali ze sobą czy spali tylko razem w pokoju?

– Mówił, że tylko w pokoju… Ale czy ja mu mogę wierzyć? Ona jest taka ładna… Zgrabna… I mają tyle wspólnych tematów… A ja co?

I znowu zaniosła się płaczem. Wanda jednak odetchnęła z ulgą – to tylko ciążowa histeria, a nie prawdziwa zdrada. Ale oczywiście nie mogła tego powiedzieć przyjaciółce, bo ta uznałaby, że już na nikogo nie może liczyć. Musiała to przeprowadzić delikatnie.

– No ale może to rzeczywiście było tylko spanie… No wiesz, normalne spanie… Zmęczeni pewnie byli drogą… Pogadali i zasnęli…

– A jak nie?

– Kaśka, Paweł cię kocha…

– Może już przestał?

– No co ty! A poza tym pomyśl sama – czy gdyby coś między nimi zaszło, to by ci tak lekko o tym opowiadał? Szedłby w zaparte! Kłamał! A skoro sam ci powiedział o tym wspólnym noclegu, to znaczy, że ma czyste sumienie!

Kasia spojrzała na nią i otarła oczy.

– Tak myślisz? Naprawdę?

– Absolutnie!

Kasia wyjęła chusteczkę, wysmarkała nos i powiedziała spokojniejszym już tonem.

– Chyba masz rację… Nie byłby taki głupi…

– Pewnie.

Kasia rozejrzała się po pokoju.

– Masz coś słodkiego?

– Lody.

– Jakie?

– Bakaliowe i czekoladowe.

– Dawaj!

– Które?

– Co się pytasz? Oba smaki! Po dwie kulki.

Wanda odetchnęła z ulgą. Kryzys zażegnany. Ale po prawdzie była na Pawła wściekła. Czy ten baran nie rozumie, że kobieta w ciąży jest szczególnie wrażliwa i trzeba mieć to na uwadze? Nocleg z Pauliną w jednym pokoju… No, gdyby mój mąż tak zrobił… Ale na szczęście Wanda nie miała jeszcze męża, a jedynie narzeczonego, Piotrka, który już przed ślubem był pod takim pantoflem, że nie odważyłby się spojrzeć na żadną dziewczynę, a co dopiero spać z nią w hotelu w jednym pokoju…

Wanda patrzyła na Kasię wcinającą z apetytem lody i jakoś tak pomyślała, że przyjaciółka urodzi syna i będzie miała z nim kłopoty. A potem zostanie sama. Nie wiedziała, dlaczego tak pomyślała, ale ta wizja była bardzo, ale to bardzo realistyczna… Próbowała odgonić natrętne myśli, wyobrazić sobie szczęśliwą Kasię z trójką dzieciaków w różnym wieku, ale ciągle widziała ją oczyma duszy smutną i siedzącą samą w dużym pokoju, do którego wpadał jak po ogień ciemnowłosy chłopak, na oko dziesięciolatek zabłocony i brudny na twarzy, wykrzykujący coś i wybiegający znowu mimo nawoływań matki, żeby się zatrzymał… Ale tego, co widziała, na pewno nie mogła powiedzieć przyjaciółce, która miała za miesiąc termin porodu i która musiała przecież wierzyć, że będzie miała szczęśliwą rodzinę…

* * *

Solska stała przed swoją córką z wyrazem zdumienia na twarzy.

– Córciu, ty tego nie mówisz chyba poważnie?

– Mówię, mamo. I my nawet już to załatwiliśmy, bo dyrektor szpitala jest dobrym znajomym rodziców Pawła.

– Ale takie załatwienie to można chyba jeszcze odwołać? – zapytała Solska z nadzieją w głosie.

– Pewnie można, ale my nie zamierzamy niczego odwoływać. Będziemy rodzić razem.

– Rodzić razem? W życiu nie słyszałam czegoś głupszego! – stwierdziła Solska. – Tego to nawet twój nowoczesny mąż nie potrafi. Rodzić to ty będziesz. Sama!

– Ale tak się teraz mówi: „Rodzimy razem”. Czytałam w jednym miesięczniku dla kobiet.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki