Opis

Majka chce uporać się z demonami własnej przeszłości, ale żeby tego dokonać, musi najpierw tę przeszłość poznać. Wskutek wypadku kobieta traci pamięć i dzięki pomocy przypadkowo spotkanego na swojej drodze mężczyzny rozpoczyna tymczasowe życie w obcym miejscu, gdzie po jakimś czasie zaczyna się czuć jak u siebie. Życie "Tu i teraz" - niepewne, ulotne, niestabilne niczym domek z kart - przestaje wystarczać. Przeszłość upomni się jednak o Maję w najmniej oczekiwanym momencie i zmusi ją do podjęcia najtrudniejszych życiowych decyzji.

Do osadzenia akcji utworu w Bieszczadach, autorkę skłoniły wakacje spędzone w tym magicznym zakątku Polski, który od tamtej pory jest dla niej synonimem raju na ziemi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 209

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Aneta Grabowska 2018All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

RedakcjaAneta Grabowska

Projekt okładkiAleksander Szczykutowicz, www.net-world.com.pl

Skład i łamanieWydawnictwo WasPos

Wydanie I

ISBN 978-83-66070-01-1

Wydawnictwo WasPosWarszawa tel. [email protected] www.waspos.pl

Książkę chcę zadedykować moim najbliższym – ukochanej córeczce Zosi, mężowi, rodzicom, całej rodzinie i przyjaciołom, którzy wspierali mnie w trakcie jej powstawania.

PROLOG

Ból głowy. Ten z rodzaju najbardziej parszywych. Ten, co sprawia, że bolą nawet myśli. Nie wie, czy kiedyś coś ją bolało aż tak. Nie pamięta. Ale łatwo przynajmniej odnaleźć źródło, z którego się wydobywa. Dotyka zziębniętą dłonią skóry tuż ponad prawą skronią. Wykrzywia twarz w nieprzyjemnym grymasie i zamyka oczy. Chyba nie należy do tych odpornych. Pewnie nawet nigdy sobie niczego nie złamała. Przecież coś takiego by pamiętała...

Czując pod stopami miękką powierzchnię, szybko otwiera oczy i odbija w lewo, prawie się zataczając. Niewiele brakowało, a znów znalazłaby się w przydrożnym rowie pełnym wilgotnej trawy. Robi to jednak zbyt gwałtownie, nie bardzo panując nad ruchami i swoim ciałem. Lewa noga ześlizguje się z krawężnika, powodując bolesny upadek na kolano. Spodnie w tym miejscu są lekko przetarte i brudne. Woli nie myśleć o tym, jak teraz wygląda.

Rozmasowuje obolałą rękę, którą w ostatniej chwili starała się zamortyzować upadek. Kiedy zaczyna padać, dziewczyna nie wytrzymuje. Bezradnie siada na chodniku i płacze. Z początku ledwo słyszalnie, by po dłuższej chwili zanosić się głośnym szlochem i złorzeczyć wszystkiemu wokół, nawet temu tam u góry. W końcu się uspokaja, próbując zebrać myśli. Coś przecież musi zrobić, podjąć jakąś decyzję. Bezczynne siedzenie na tym odludziu na pewno jej nie pomoże i nie wiadomo, jak może się skończyć. Zrobić coś, zrobić. Tylko co konkretnie?

Ból głowy narasta, tym razem chyba z poczucia bezsilności. Ponownie dotyka pulsującego miejsca. Krew, już zaschnięta. Cokolwiek się stało, musiało się to zdarzyć dobrych kilka godzin temu. Jeśli nie dłużej. To nie ułatwia sprawy, coraz więcej niewiadomych. Potok myśli przerywa dźwięk nadjeżdżającego pojazdu – to autobus. Niewiele myśląc, wyskakuje na drogę i macha rękami. Kierowca z piskiem opon hamuje, wyskakując z przekleństwem na ustach. Widząc jednak przerażenie wymalowane na twarzy młodej dziewczyny, spuszcza nieco z tonu.

– Co jest, kobieto? Życie ci niemiłe?– pyta, nie oczekując tak naprawdę odpowiedzi.

– Ja... ja bardzo przepraszam... Ja po prostu... muszę się dostać... – starała się mówić możliwie składnie, choć brakowało oddechu nawet na jedno nieurwane w połowie zdanie.

– Wsiadaj szybko i nie tłumacz się już, bo przez to oboje mokniemy. No już! Płatne przy wysiadaniu – rzucił oschle na odchodnym i ponownie rozsiadł się za kierownicą.

Być może gdyby nie był zaaferowany spóźnieniem w stosunku do rozkładu jazdy i wyobrażaniem sobie niezadowolonych min moknących na przystankach, byłby zauważył, że coś jest nie w porządku. Że dziewczyna jest w szoku i lekko ranna. Może gdyby nie tylko patrzył, ale starał się widzieć, dostrzegłby strach i cierpienie dziewczyny, zadzwonił na pogotowie lub choćby policję i wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdyby...

Nie zrobił tego jednak. Przyspieszył po prostu i łamiąc przepisy, chciał dotrzeć do następnego przystanku z możliwie najmniejszym opóźnieniem. Nie obejrzał się nawet za siebie, więc nie mógł wiedzieć, że zgarnięta prawie spod kół dziewczyna z wycieńczenia zapada w sen na tylnym siedzeniu.

I ŁUKASZ

Co mu strzeliło do głowy? Od wczoraj bił się z tymi myślami, raz nie rozumiejąc własnego zachowania, to znów je usprawiedliwiając. Nie zabierasz pod swój dach nieznajomych ludzi, którzy w dodatku zachowują się dziwnie i podejrzanie, przecież każdy ci to powie, idioto – karcił sam siebie w duchu. Po chwili jednak dodawał, że może i ta mała zachowywała się wczorajszego wieczoru nietypowo, choć to może za delikatne słowo, ale to jednak dziewczyna. Takie rady odnosiły chyba jednak do mężczyzn, w dodatku rosłych i silnych, którzy mogliby stanowić potencjalny problem dla delikwenta chcącego im pomóc. Ale kobieta?

Trudno wyobrazić sobie, żeby miała być niebezpieczna. Może raczej trochę... niezrównoważona? Ekscentryczna? Mnożył w pamięci wyrazy, którymi mógłby określić nieznajomą i łapał się na tym, że niby pasują wszystkie, a jednak każdemu czegoś brakuje. Żaden z nich nie zawierał w sobie tego, co dostrzegł w jej oczach. Wczorajszą sytuacją wydawała się być zaskoczona nie mniej od niego, a przy tym... bała się panicznie. Kierowcy, ludzkich spojrzeń, a nawet jego, który zaoferował pomoc. Z początku milczała, obserwując go nieufnie, by potem, gdy zostali sami, rzucić się do ucieczki niczym wypłoszone przez człowieka zwierzę. To było tak nierealistyczne, tak nagłe, że w pierwszym odruchu rzucił się w pogoń, a że skrajnie wyczerpana ledwie słaniała się na nogach, w kilka sekund dogonił dziewczynę, zamknął w objęciach i spokojnie czekał, aż szarpiąc się, całkiem opadnie z sił. Stało się tak, jak przewidział – po kilku chwilach osunęła się na ziemię i gdyby jej nie podtrzymał, zaliczyłaby bolesny upadek.

W tamtej chwili nie myślał o jej strachu, o tym, że to właśnie on i jego zachowanie mogą być powodem tej paniki. To dotarło do niego później. Wtedy chciał tylko... no właśnie, czego właściwie oczekiwał? Podziękowań? Wyjaśnień? Wdzięczności? Czy miał prawo czegokolwiek chcieć od tej dziwnej dziewczyny? Choćby nawet jej pomógł, choćby miał dobre zamiary. Przecież nie prosiła o pomoc, a tym bardziej nie musiała się orientować w jego intencjach. Co on tak właściwie sobie wyobrażał? Że skoro obudzona na końcowym przystanku nie miała, czym zapłacić i stała się przez to celem kierowcy furiata, który wrzeszczał na nią przy pozostałych pasażerach – krzycząc o bezczelności i oszustwie, nazywając ją „znajdą”, co myśli, że prawo jej nie dotyczy i strasząc policją, a on zaproponował, że zapłaci za jej bilet, to ona go weźmie za... no właśnie, kogo? Bohatera? Że nagle uśmiechnie sie promiennie, powie, jak ma na imię i że nie wie, jak się odwdzięczy za pomoc?

Nie, nic z tych rzeczy. Nie myślał w ten sposób, chociaż początkowo starał się skarcić samego siebie. To był odruch, odruch bezwarunkowy, bo po raz kolejny w jego życiu pojawiła się myśl, że gdy ktoś potrzebuje pomocy, to nikt nie zapyta „dlaczego”. Jedno cholernie banalne słowo, które nigdy w podobnych sytuacjach nie pada. Ani kierowcy, ani pasażerów nie interesowało, dlaczego dziewczyna nie może zapłacić. Ważny był sam fakt, że nie może tego zrobić, a to przecież wystarczy, żeby oceniać i snuć domysły, żeby się wyżyć za kiepski dzień albo i życie. Nie chciał tego przedłużać, nie mógł już patrzeć, jak inni napawają się widokiem czyjegoś nieszczęścia, zapamiętując każdy szczegół, który później mogą sprzedać w najcenniejszej w tych stronach postaci – plotki.

Później, kiedy gapie już się rozeszli, a on udaremnił ucieczkę nieznajomej, decyzja przyszła do niego szybko – musi ją zabrać ze sobą. Jest wieczór, o tej godzinie i — co ważniejsze — w takim stanie dziewczyna nie znajdzie noclegu, chociaż nie brak go tutaj. Wygląd niedoszłej uciekinierki nie wzbudzał zaufania i najpewniej skończyłoby się na wezwaniu policji, a z tym wolał poczekać. Sam nie wykluczał, że zawiadomi mundurowych o tej dziwacznej istocie, która nagle pojawiła się na jego drodze, ale najpierw chciał się dowiedzieć, co takiego wydarzyło się w jej życiu, przed czym uciekała. Bo że ucieka, nie miał żadnych wątpliwości.

II ONA

– Ile?! Ja nie dam rady, nie mam siły... Tak bardzo nie mam siły – bardziej do siebie niż do Łukasza powiedziała dziewczyna.

– Nie martw się, to wcale nie jest tak dużo. Zresztą, będziemy łapać stopa, sporo tutaj turystów, więc na pewno ktoś się zatrzyma – powiedział, starając się, by zabrzmiało to bardziej wiarygodnie, niż było w istocie.

Że też nie pomyślał o tym wcześniej. Normalnie nic sobie nie robił z ponad dziewiętnastokilometrowego dystansu, który jednak dla wyczerpanej fizycznie i psychicznie kobiety mógł się okazać nie do pokonania. Zastanawiał się, czy po kogoś nie zadzwonić, ale nikt sensowny nie przychodził mu do głowy. Zawsze uważany za samotnika, chodzący własnymi ścieżkami i z natury nieufny, nie miał zbyt wielu znajomych, a już na pewno nie takich, na których pomoc mógłby liczyć w piątkowy wieczór. Jedyną bliską mu osobą była babcia Aniela i gdyby się z nią skontaktował, poruszyłaby niebo i ziemię, a przynajmniej wszystkich sąsiadów, by ktoś po nich przyjechał. Babcia miała jednak swoje lata i nie chciał jej denerwować. Tak to w myślach usprawiedliwiał, choć w rzeczywistości nie mógł sobie po prostu wyobrazić, jak wyjaśni staruszce pobyt nieznajomej dziewczyny w ich domu. Było to nieuniknione, ale wolał je odwlec w czasie, licząc, że może babcia poszła już spać.

Poruszali się wolno, a biorąc po uwagę częstotliwość przerw, szansa na to, żeby dotarli na miejsce przed północą, była znikoma.

– Może wezmę cię na ręce? – zapytał, widząc, ile trudności sprawia jej marsz.

Nawet nie odpowiedziała, posyłając mu gniewne spojrzenie. Cóż, chyba przynajmniej już się go nie bała. Albo nie miała siły na strach, chęć przetrwania była w niej silniejsza. Czasem uśmiechał się pod nosem, widząc jej samozaparcie wymalowane na twarzy. Musi mieć niezły charakterek — pomyślał. Pokonywali kolejne kilometry, nie odzywając się do siebie, aż w końcu usłyszał pierwsze od dawna zdanie z jej ust:

– Przykro mi, nie daję już rady... – po czym usiadła na poboczu i ukryła głowę w kolanach.

Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować, więc po prostu usiadł przy niej, okrył ją swoją bluzą i powiedział to, co pierwsze przyszło mu do głowy.

– Ok, poczekamy, aż ktoś tędy przejedzie i go zatrzymamy. Masz w tym doświadczenie – chciał ją rozbawić, ale nie doczekał się reakcji. Miał wrażenie, że zasnęła na siedząco.

I kiedy już powoli tracił nadzieję, rzeczywiście w oddali zamigotały światła. Szybko podniósł się, wyszedł na środek jezdni i zaczął machać rękami. Chcąc nie chcąc, kierowca musiał go dostrzec i się zatrzymać, choć dobrą chwilę trwało, zanim odsunął szybę, naradzając się wcześniej z kobietą siedzącą obok.

– Czemu stoisz pan na drodze? Ktoś mógłby pana nie zauważyć albo nie zdążyć się zatrzymać, pół dnia padało i jezdnia śliska aż miło!

– Przepraszam, ale naprawdę nie miałem innego wyjścia. Schodziliśmy z siostrą z połoniny, kiedy upadła i trudno jej było iść dalej. Dokąd mogłem, to poniosłem, ale przed nami jeszcze parę kilometrów. Czy moglibyśmy się z państwem zabrać?

Kierowca dopiero teraz spojrzał w kierunku dziewczyny, która nawet nie zaszczyciła ich spojrzeniem.

– Pijana jakaś czy co?

Łukasz przygryzł wargę i opanowanym tonem odpowiedział:

– Nie, zmęczona i obolała. Miastowa, nie przywykła do takich tras i to ją przerosło.

Niezdecydowany mężczyzna spojrzał na swoją pasażerkę.

– Co myślisz?

– Czy ja wiem? Ale chyba nie można ich tak zostawić, przemarzną do rana i jeszcze jutro przeczytamy o tym w gazecie. To nasze wakacje i nie chcę mieć jakichś dzieciaków na sumieniu.

Pomyślał jeszcze przez chwilę.

– Dobra, dokąd?

– Wetlina.

– Niech będzie, po drodze mamy. Zbieraj tę swoją siostrzyczkę – podkreślił to słowo z naciskiem. – Tylko niech mi auta nie zapaskudzi, ja po was nie będę sprzątał.

– Bez obaw, nic takiego się nie zdarzy.

***

Podszedł do niej i chyba coś mówił, takie przynajmniej odniosła wrażenie. Podniosła tylko głowę i zobaczyła, że jakieś auto stoi tuż obok. A auto znaczyło, że nie trzeba już iść, nie trzeba poruszać nogami i w tej chwili to było najważniejsze. To i sen, tak bardzo potrzebowała snu. Pulsowanie w rozbitym miejscu się nasiliło, zastanawiała się nawet, czy nie będzie wymiotować, ale ostatkiem sił powstrzymała się od tego.

Pozwoliła, by pomógł jej wstać i wciąż oparta dała się poprowadzić do auta z kolejnymi obcymi twarzami. Z twarzami znów patrzącymi nieprzychylnie, wrogo. Ale to też było jej obojętne. Zatopiła się w miękkim fotelu, nie mówiąc nawet „dobry wieczór”, a kiedy usiadł obok niej, po prostu oparła głowę o jego ramię i pozwoliła sobie odpłynąć, zasypiając mocnym, choć niespokojnym snem.

I chociaż potem czuła, że ją unosi, że jedna ręka, chyba jej, opada bezwładnie w powietrzu, to nawet nie otworzyła oczu. Nie chciała wiedzieć, gdzie jest. Jeszcze nie teraz. Nie protestowała zatem, gdy położył ją na czymś miękkim, pewnie na łóżku i okrył czymś ciepłym. W tej jednej chwili nie musiała się niczym martwić i było jej dobrze. Jutro pomyśli, co dalej.