Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 506 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tu byłem. Tony Halik - Mirosław Wlekły

Setki przygód, tysiące anegdot od Alaski po Australię. Trudno zliczyć, ile razy Halik otarł się o śmierć.
Pamiętamy go z programu „Pieprz i wanilia”, w którym opowiadał o swoich egzotycznych podróżach. Zanim jednak urodzony w Toruniu Mieczysław Sędzimir został Tonym Halikiem, przeżył kilka różnych życiorysów. Był Polakiem i Argentyńczykiem. Czasem Indianinem. Francuskim partyzantem, autorem pierwszego wywiadu dla NBC z Fidelem Castro, laureatem Pulitzera, pilotem Juana Perona i odkrywcą ukrytej stolicy Inków. Albo nie był żadnym z nich. Z całą pewnością jednak wybierał się na Księżyc.
Kim był naprawdę? Odpowiedź – w trakcie podróży po Francji, Meksyku, Stanach Zjednoczonych, Argentynie i Polsce – znalazł jeden z najlepszych polskich reporterów młodej generacji – Mirosław Wlekły.

„Zrazu bałam się tej książki. Myślałam, że ujawnienie sekretów życia Toniego, tajemnic, których ja nawet nie znałam, w pogoni za dziennikarską sensacją przekładającą się na sprzedaż książki może zrobić Toniemu krzywdę. Mirosław Wlekły podszedł jednak uczciwie do życia swego wyjątkowego bohatera, starał się zrozumieć motywy jego postępowania, pokazał jego – a czasem nie były to jego – wybory w kontekście czasu i wydarzeń politycznych. Dziękuję mu za to” – Elżbieta Dzikowska

„To wielka radość móc wędrować jeszcze raz z Tonym i Elżbietą przez świat i strony książki, której są bohaterami. Ale to znacznie więcej niż sentymentalna podróż przez świat pachnący wanilią” – Jerzy Stuhr

„Nie istniały dla niego zadania niemożliwe do wykonania. Wpychał się wszędzie tam, gdzie innym brakowało odwagi.
Oto opowieść o sympatycznym szaleńcu, któremu nikt nie był w stanie odmówić uroku. Nawet gdy nieco przeinaczał fakty i zbytnio koloryzował swój życiorys. Był tu i teraz. Cały Halik” – Michał Nogaś

Opinie o ebooku Tu byłem. Tony Halik - Mirosław Wlekły

Fragment ebooka Tu byłem. Tony Halik - Mirosław Wlekły

Redakcja: Karolina Oponowicz, Paweł Goźliński

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Projekt graficzny makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Maciej Murański

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Zdjęcie na okładce: Archiwum Elżbiety Dzikowskiej

Źródła zdjęć: Archwium Elżbiety Dzikowskiej, Mirosławy Halik, Dariusza Kosińskiego i Janusza Kosińskiego; Muzeum Podróżników im. Tone’go Halika w Toruniu; Mirosław Wlekły

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Mirosław Wlekły 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1966-7 (epub), 978-83-268-1967-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Patrycji i Przemkowi

No to w drogę!

Żeby się oburzać i podziwiać, zdumiewać i wzruszać ramionami, śmiać się i smucić, wybrzydzać i zachwycać.

Żeby się poddać urokom, ale nie ulec.

Żeby się pocić, cierpieć, pozwolić żreć się moskitom.

Żeby przemieszczać się tysiące kilometrów z otwartymi oczami, ale z językiem na wierzchu.

Żeby potem tęsknić.

Olgierd Budrewicz „Pozłacana dżungla”

Prolog
SZALONY JANKES

Łysawy chudzielec z kępkami blond włosów po bokach i krzaczastymi jasnymi brwiami wskakuje z kamerą na parapet. Jest wilgotno jak cholera i upał taki, że trudno sięgnąć po szklankę z wodą. Zlani potem reporterzy z całego świata dogorywają w kilku rzędach krzeseł. Sapią za kamerami, na bok odkładają długopisy, bo nie chce im się notować. Nikt nie pozwala sobie na T-shirt czy sandały. Wszyscy są w garniturach, choć w Panamie czują się w nich jak w piecu. Tylko łysawy blondyn wystroił się jak na safari: w spodnie i koszulę w kolorze khaki; szuka skomplikowanych ujęć, balansuje na starych fotelach, przykuwa uwagę pozostałych.

Siedziba kongresu w mieście Panama. Koniec lat sześćdziesiątych. Zaraz po przewrocie, który wojskowi nazywają rewolucją. W ścianach jakieś dziury, chyba po pociskach. Przed krajem kilkanaście lat wojskowej dyktatury. W pierwszym rzędzie siedzą Polacy: Jolanta Klimowicz, dziennikarka Polskiego Radia, i jej mąż Edmund Osmańczyk, korespondent PAP.

Blondyn schodzi z parapetu i z kamerą przysiada na plecach polskiej dziennikarki, w drugim rzędzie loży prasowej.

– I kapie mu na mnie, kapie. Nie wiem, czy z nosa, czy z brody. Jestem cała mokra od jego potu. Już chcę mu powiedzieć: „Panie, niech pan tak na mnie nie kapie”. Ale uprzejmy jest bardzo. Daję spokój.

Tak pamięta tę scenę Jolanta Klimowicz.

Reporter kapie na polską korespondentkę i denerwuje agentów ochrony. Bo zrywa się znów i szuka nowego ujęcia. Czy zaraz zawiśnie na lampie? Nie, wchodzi na parapet z kamerą, chce mieć najazd z góry, przytrzymuje się zasłony, zrywa ją. Leci z zasłoną i kamerą na ziemię. Omar Torrijos Herrera zastyga. Przerywa wywód o świetlanej przyszłości swojego kraju. Osowiali reporterzy przytomnieją. Przywódca junty wojskowej i rewolucji, przyszły premier przeczesuje palcami gęste czarne włosy, marszczy brwi.

– Quien es este loco yanqui? (Kim jest ten szalony jankes?).

Blondyn zrywa się, podnosi kamerę z ziemi i odpowiada:

– Yo no soy yanqui, soy polaco! (Nie jestem jankesem, jestem Polakiem).

Edmund Osmańczyk po powrocie do Polski opowiada o nim Ryszardowi Badowskiemu, autorowi programu „Klub sześciu kontynentów”. Wieści o „loco yanqui” przywozi też z Meksyku Ryszard Kapuściński: że jest tam przewodniczącym klubu korespondentów zagranicznych, że ma argentyński paszport, że pracuje dla amerykańskiej telewizji NBC, że w czasie wojny był pilotem brytyjskim, że walczył we francuskiej partyzantce, że jest honorowym członkiem jakiegoś plemienia.

Kilka lat później, wiosną 1972 roku, gdy do Polski przyleci prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon, na redakcyjnym biurku Badowskiego zadzwoni telefon. Głos powie po polsku z hiszpańskim akcentem:

– Mówi Tony Halik. Słyszałem o tobie w Meksyku. Chciałbym cię poznać.

Skoczkowie z Acapulco

Pedro odrzuca z czoła kosmyki włosów, bo spadają mu na oczy. Stoi na szczycie La Quebrady i patrzy trzydzieści metrów w dół, na rozbijające się pod jego stopami fale. Przed chwilą odmówił modlitwę przed ołtarzykiem Najświętszej Panienki. Z tarasu hotelowego i ze schodów na ścianie wąwozu setki, a może tysiące oczu podziwiają jego atletyczne ciało. „To dla ciebie, dziewczyno z Acapulco”, myśli. Chwila skupienia, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, skok i leci. Operator amerykańskiej telewizji odprowadza go do wody długim ujęciem kamery. Skoczek na wiele sekund niknie pod powierzchnią oceanu.

Film z tą sceną wyemitował na początku lat siedemdziesiątych Program 1 Telewizji Polskiej w cyklu „180 tysięcy kilometrów przygód”. Po filmie łysawy reporter z dziwnym akcentem opowiadał o zwyczaju skoków ze skały La Quebrada w Acapulco.

Przed telewizorem w swoim mieszkaniu w Warszawie siedziała trzydziestoparoletnia dziennikarka miesięcznika „Kontynenty” Elżbieta Dzikowska.

– To wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy – uśmiecha się.

Do Acapulco, śladem Tony’ego Halika wyruszam ponad czterdzieści lat później. Od półtora roku usiłuję odkryć prawdę ukrywającą się pod legendą, którą Halik stworzył na swój temat. Byłem już we Francji, Stanach Zjednoczonych, zjechałem kawał Polski, czeka mnie jeszcze podróż przez Meksyk, a potem wyjazd do Argentyny, przeszukiwanie polskich, niemieckich i brytyjskich archiwów i przede wszystkim rozmowy. To nie jest zbieranie materiału do książki. To jest szalona przygoda, w której trzeba uważać, żeby samemu się nie zgubić między fikcją i rzeczywistością.

– Skaczą, jak skakali. Od dziesięcioleci tak samo. Tylko jedna rzecz się zmieniła. Wiesz, co? Kąpielówki. Wtedy mieli męskie, dzisiaj noszą mocno wcięte. Jak geje – próbuje mnie uświadomić Genaro, taksówkarz. Jedziemy biało-granatowym garbusem, jakie od lat kursują po ulicach Acapulco. Nadmorską promenadę otaczają kilkunastopiętrowe hotele i rzędy palm. Docieramy nią do La Quebrady.

Z klifu nad zatoką Acapulco pierwszy skoczył w 1933 roku Rigoberto Apac Ríos. Namówili go przyjaciele. Gdy spadał w kipiel z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, świadkowie przecierali oczy ze zdumienia. Skok był udany, ale Rigoberto nie miał zamiaru go powtarzać – wystarczy, że raz wykazał się odwagą. Będą robić to inni. Zazwyczaj rybacy po udanych połowach, aby rzucić morzu jeszcze jedno wyzwanie.

Sześć lat przed skokiem Rigoberta powstała bita droga z Acapulco do stolicy Meksyku. W mieście przybywało turystów. Na organizowany od 1958 roku festiwal filmowy zjeżdżały gwiazdy światowego kina. To najsłynniejszy kurort świata, ulubione miejsce bogaczy i gwiazd. Gdzie – jak pisał Halik w 1967 roku w magazynie „Life” – „pod pięknem miasta ukrywały się znaki grzesznej Gomory”[1]. Gdzie wzdłuż turkusowej zatoki królowały seks, hazard i narkotyki. La Quebrada, skała nad zachodnim krańcem zatoki, stała się ikoną miasta. Skoczków podziwiały gwiazdy Hollywoodu i zwykli turyści. Od 1934 roku urządzano tu oficjalny „show de clavadistas”, pokaz skoczków, który ściągał na wzgórze coraz więcej ciekawskich.

Najsłynniejszy z nich to Raúl Arturo García Bravo (1928-2004). Mówili na niego „El Chupetas”. Wymyślił nocne skoki z pochodniami, które odbywają się do dzisiaj: skoczek staje nad przepaścią, rozpalone pochodnie trzyma w obu rękach, nie widzi przypływu ani odpływu wody w dole, skacze na wyczucie. „El Chupetas” występował w filmach u boku sław: Elvisa Presleya, Maria Moreno „Cantinflasa”, Pedra Armendáriza, Germána Valdésa „Tin-Tana”. W „Tarzanie” dublował Johnny’ego Weismullera. Ustanowił rekord Guinnessa: 37 tysięcy 399 skoków. Właściwie o jeden więcej, bo w 1998 roku, w wieku 70 lat, po dwunastu latach od zakończenia kariery, skoczył jeszcze raz. Inni skoczkowie zazwyczaj zaczynają karierę w wieku 17 lat, kończą, kiedy mają 45. W tym czasie skaczą jakieś piętnaście tysięcy razy.

Ponad pół wieku po wizycie Halika na La Quebradzie na tarasie przy stolikach hotelowej restauracji siedzi kilka osób. Na wijących się jak ślimak schodach i tarasikach ściany wąwozu stoi ze sto pięćdziesiąt. Czekają na skoczków.

Tony Halik filmuje zatokę Acapulco. Połowa lat siedemdziesiątych.

– Nigdy żaden się nie zabił. Nieraz za to spadali ze skał nieostrożni turyści. Ile razy skakałem? Trzeba by policzyć. Przez dwadzieścia lat dwa, trzy razy dziennie. Chociaż ostatnio skaczę mniej. Co trzy, cztery dni. Jestem już weteranem, robię miejsce młodym. Teraz to oni skaczą codziennie – opowiada mi na La Quebradzie w oczekiwaniu na skoki José Luis Álvarez Bello. Ma czterdzieści pięć lat, ale wcale nie myśli o zakończeniu kariery. Śniady, niski, krępy. Siedzimy na zadaszonym tarasie z widokiem na klif. Za chwilę wdrapie się na niego z pięcioma młodymi skoczkami: José, Genaro, Ernestem, Alexisem i Ulisesem. Pomodlą się przed figurą Najświętszej Panienki, jak robił to Elvis Presley w filmie „Zabawa w Acapulco”, niektórzy nawet ją pocałują.

– Dzisiaj to już nie jest obowiązkowe. Ale lepiej się pomodlić. Bo kiedy wspinasz się po skałach i wiesz, że zaraz masz skoczyć, adrenalina szybko rośnie. Więc gdy stajesz przed Matką Boską, to nieważne, czy jesteś wierzący czy nie, głęboki oddech przed kapliczką pomaga się zrelaksować – Álvarez Bello nie przestaje mówić, ale nie odrywa oczu od skały. Za chwilę stanie z innymi na krawędzi. Na chwilę zamknie oczy. Mocno odbije się od klifu. I zniknie w wąskiej rozpadlinie pomiędzy ostrymi skałami.

Tnie muzyka disco. W drewnianej budce sprzedają zmrożone piwo. Na skale, tuż pod kapliczką Panienki z Guadalupe, skoczkowie powiesili wielki baner z okazji przyjazdu do Meksyku papieża Franciszka. W Acapulco odbędzie się specjalne nabożeństwo i skoki na cześć Ojca Świętego. Oglądam więc skoki do wody z machającym ręką papieżem w tle. Disco, kąpielówki, Matka Boska z Guadalupe, piwo, skoki, Franciszek – latynoski miszmasz.

Zagraniczne turystki proszą o wspólne zdjęcie ze skoczkami i odjeżdżają garbusami do luksusowych hoteli. A skoczkowie, aby dorobić do marnych groszy z biletów, ustawiają się przy wyjściu w rzędzie i zbierają datki do przezroczystych worków.

U Halika było bardziej romantycznie: pierwszy w życiu skok pozwolił Pedrowi zdobyć sławę i miłość. Nie chciał pieniędzy, a swój debiut ofiarował dziewczynie o wielkich czarnych oczach.

W czarno-białym telewizorze Wisła Acapulco nie wyglądało tak imponująco jak w rzeczywistości. W dodatku ten Halik!

– Jaki śmieszny facet – pomyślała Elżbieta Dzikowska. I wyłączyła go.

– Okazało się, że tylko z ekranu, bo nieświadomie włączyłam go w życie – mówi.

Barszczyk

W połowie 1974 roku Elżbieta Dzikowska, którą magazyn „Kontynenty” wysyłał właśnie do Meksyku, dostała nieoczekiwaną propozycję: miała przeprowadzić wywiad z Tonym Halikiem. Tym śmiesznym facetem, którego niedawno widziała w czarno-białym telewizorze.

Zadanie powierzył jej Ryszard Badowski, pierwszy Polak, który postawił nogę na wszystkich kontynentach, filmowiec. I autor pierwszego programu podróżniczego w polskiej telewizji: „Klubu sześciu kontynentów. Kawiarenki pod globusem”. 23 sierpnia Badowski wręczył Elżbiecie instrukcję spisaną na maszynie.

Nagłówek: Temat dokrętki filmowej o Haliku.

Poniżej plan dokrętki w sześciu punktach:

1. Wręczenie Halikowi przez emisariuszkę „K6K” listów z Polski (to musi skręcić ktoś trzeci).

2. Halik czytający listy.

3. Halik odpisujący na listy, składający autografy na fotografiach, dedykujący autorom listów swoje książki.

4. Jego wypowiedź 100 proc. (lub off – na magnetofon, do wykorzystania zza kadru)

a) podziękowanie za listy

b) ustna odpowiedź autorom

c) garść informacji o sobie – co robił po powrocie z Polski, co robi obecnie, co planuje.

5. Dom Halika, jego ogród, trofea podróżnicze, polonika w domu, jego książki, jego zdjęcia z podróży.

6. Rodzina Halika – żona, syn (temat ma ten rozwinąć – pokazać ich przy zajęciach – sortowaniu zdjęć?, pamiątek?, przygotowaniu nowej wyprawy?, przy domowych i ogrodowych zajęciach?)

– oraz wszystko, co się okaże ciekawe.

W programie Badowskiego Elżbieta Dzikowska gościła już w 1968 roku. Odcinek z 15 grudnia nosił tytuł „Oblicze Trzeciego Świata”. 31-letnia dziennikarka opowiadała w nim o swoich podróżach po Ameryce Łacińskiej. Potem w „Klubie sześciu kontynentów” pokazywała inne swoje filmy. Do programu Badowski zapraszał polskich podróżników, himalaistów, żeglarzy, odkrywców. Wyliczył (na podstawie danych Ośrodka Badania Opinii Publicznej), że przez dziewiętnaście lat emisji „Klub” obejrzało cztery i pół miliarda widzów. Miał minimalny budżet. Korzystał z filmów, które nakręcili jego goście. Halik spadł mu więc z nieba.

Usłyszał o nim już pod koniec lat sześćdziesiątych od Edmunda Osmańczyka i Ryszarda Kapuścińskiego. Spotkał w 1972 roku, gdy Halik przyjechał do Polski w świcie prezydenta USA Richarda Nixona i przywiózł torbę filmów, które nakręcił dla Amerykanów.

– Nikt wówczas nic sobie nie robił z praw autorskich. Amerykańska telewizja wciąż miała prawa do tamtych filmów, ale my zrobiliśmy kopie i przemontowywaliśmy je, wplatając tak zwane duble, odrzuty, czyli powtórki nakręconych kilkakrotnie tych samych scen lub wątków – wspomina Badowski. Mówiąc „my”, ma na myśli siebie i realizatora Tadeusza Kurka. – To już były zupełnie inne filmy, można powiedzieć, że w dużej części sklejone z odrzutów. Nasza telewizja miała je prawie za darmo.

W 1972 roku Program 2 Telewizji Polskiej wyemitował w ramach „Klubu sześciu kontynentów” sześcioodcinkową serię Halika pod tytułem „180 tysięcy kilometrów przygód”. Rok później powtórzył ją Program 1.

Wkrótce potem Tony przywiózł zaświadczenie, że amerykański właściciel nie rości sobie praw do nakręconych przez niego materiałów. Mógł je więc sprzedać Telewizji Polskiej. Zaczęły powstawać krótkie serie, po sześć, osiem odcinków. Nie trzeba było już uciekać się do sztuczek montażowych, materiał był właściwie gotowy do emisji.

Podczas kręcenia filmu dla NBC o meksykańskim rękodziele. Lata siedemdziesiąte.

W studiu, gdzie nagrywano „Tam, gdzie pieprz rośnie”, „Tam, gdzie rośnie wanilia” i „Pieprz i wanilia”. Elżbieta Dzikowska i Tony Halik z pomysłodawcą cyklu Ryszardem Badowskim.

– My go tylko trochę czyściliśmy z powtórek, wycinaliśmy jakieś fragmenty pod amerykańską publiczkę, dla nas niezrozumiałe, niesmaczne nawet. Bo Halik miewał zagrywki w stylu jedzenie mózgu małpy. My tego w programie nie chcieliśmy, ale poza tym to była rewelacja! Tony był pełen poświęcenia: próbował przelecieć balonem nad Atlantykiem, walczył z dzikimi zwierzętami, z grzbietu pędzącego byka filmował meksykańską corridę i Bóg wie co jeszcze wymyślał, żeby zadziwić widza.

Współpraca układała się znakomicie, ale przed Badowskim pojawił się problem – jak zapłacić Halikowi za materiały i udział w programach? Jako cudzoziemiec nie miał prawa dostawać polskich złotówek. A możliwości płacenia autorom w dewizach w PRL-u nie było. Halik zażyczył więc sobie, aby jego honoraria telewizja przelewała na konto Badowskiego. Załatwił, aby księgowość TVP trzymała je w depozycie do czasu jego kolejnego przyjazdu do Polski.

Wszyscy starali się iść Halikowi na rękę. Ale Badowski znalazł inne rozwiązanie. W liście do Tony’ego napisał: „Za parę dni wyślę ci do podpisu umowy, na podstawie których otrzymasz honorarium z telewizji, oraz upoważnienie na odbiór pieniędzy przez jednego z mych sąsiadów. Wezmę je z depozytu i położę na książeczkę oszczędnościową na twoje nazwisko”.

Badowski opowiada: – Nieraz wypytywali Tony’ego, ile zarabia. I w jednym z wywiadów prasowych odpowiedział: „Dla mnie nie jest ważne, ile zarabiam, ale ile godzin jestem na antenie. Sam chętnie bym płacił, żeby mnie pokazywano”. Bardzo mądre! Amerykański sposób myślenia. Wtedy my tego jeszcze w Polsce nie rozumieliśmy.

– Po wznowieniu cyklu Halika dostałem mnóstwo listów z prośbą o kolejne powtórzenia – ciągnie Badowski. Ludzie czuli niedosyt. Wypytywali o niego. Na przykład: dlaczego mieszka pod takim dziwnym adresem: Calzada Desierto de los Leones, Pustynia Lwów? Pytali głównie młodzi, bo to działało na wyobraźnię.

Właśnie wtedy dowiedział się, że Elżbieta Dzikowska akurat wybierała się do Meksyku.

– Wypisałem jej dokładnie, jakie pytania ma zadać, kamerę wypożyczyła z agencji Tele-AR, późniejszego Interpress-Film – tłumaczy Badowski.

– Elżbieta pojechała z moją rekomendacją, o Haliku wiedziała tylko z moich programów. Zadanie było takie: Halik miał swojego operatora, ona miała położyć te listy na stół, a Halik miał w swoim domu stół wielki, listów zmieściłyby się tam setki, i on na te listy telewidzów odpowiadałby do kamery. A ja znów powtarzałbym jego programy, ale ubogacałbym je jego wypowiedziami i powtórki zyskałyby sens.

– I nagle stałem się na polskiej antenie znanym poszukiwaczem przygód. Więc on wysłał do mnie reporterkę, żeby w tym Meksyku zrobiła ze mną wywiad – powie trzydzieści lat później na antenie Telewizji Polskiej Tony Halik.

Tego samego dnia, kiedy Badowski wydał instrukcje Elżbiecie Dzikowskiej, wyposażył ją w listę pytań do Halika. I list:

„Nie mam Ci za złe Twego milczenia – wiem, że nie należysz do ludzi, którzy zapominają przyjaciół, a brak listów jest dowodem, że intensywnie pracujesz i że nosi Cię pewnie znów gdzieś po świecie [...]. Myślę, że wiadomość ta i Tobie sprawi satysfakcję. Nie wiesz zapewne, że po projekcji w II Programie TVP sześciu odcinków cyklu »180 tysięcy kilometrów przygód« w październiku-grudniu 1972 Telewizja Polska na życzenie widzów, wyrażone w licznych listach, wznowiła ten cykl w I Programie w sierpniu-październiku 1973. Posyłam Ci garść anonsów prasowych z tego okresu – nie wszystkie zachowałem. Posyłam Ci także część listów, te, które odnalazłem obecnie, gdy dowiedziałem się, że zaprzyjaźniona ze mną red. Elżbieta Dzikowska jedzie do Meksyku.

Prosiłem Elę, by Cię odnalazła, wręczyła mój list, wycinki i listy telewidzów, a ponadto, aby nakręciła mały reportaż o Tobie, Twojej rodzinie i Twoim domu w Meksyku...”.

Elżbieta Dzikowska znała już Meksyk i prawie całą Amerykę Łacińską. Na początku lat sześćdziesiątych, gdy zamknięto miesięcznik „Chiny”, w którym pracowała, nowy etat dostała w tworzonej właśnie redakcji „Kontynentów”. Chociaż była sinolożką, zaproponowano jej prowadzenie działu Ameryki Łacińskiej. Nie miała o tej części świata zielonego pojęcia, nie znała hiszpańskiego. Szybko zapisała się na kurs języka i już po pół roku pracy wyruszyła przez Kubę do Meksyku.

Kabinę w handlowym statku „Transportowiec” dzieliła wtedy z Meksykanką Elią Ramírez Bautistą i uczyła się przy niej hiszpańskiego. Długie wieczory na Atlantyku umilał śpiewak operowy z Odessy i spirytystka, która w seansie dla wtajemniczonych wywoływała ducha Józefa Piłsudskiego: stłumionym barytonem przestrzegała podróżnych przed zasadzkami komunizmu. Na Kubie Elżbieta Dzikowska zjadła lody w największej lodziarni świata „Coppelia”, obejrzała balet w „Tropicanie”, wypiła kawę w „La Bodeguita del Medio”, ulubionym barze Hemingwaya...

Tym razem Elżbieta Dzikowska wybierała się na roczne stypendium do Peru, ale w drodze postanowiła zatrzymać się ponownie w mieście Meksyk. Zamierzała tam odwiedzić swoich znajomych z poprzedniego pobytu, artystów. Pierwszym, do którego kiedyś, jeszcze w latach sześćdziesiątych, ośmieliła się zadzwonić i rozmawiać po hiszpańsku, był José Luis Cuevas. Tematem jego rysunków była śmierć, zbrodnia, obłęd, a także erotyka. Elżbieta Dzikowska zastała go leżącego na XIX-wiecznym angielskim łożu, Cuevas umierał. Opisała to w „Kontynentach”: „Skoro już miał umrzeć – postanowił, kiedy pokazywali mu lekarze wyniki elektrokardiogramu – niechaj to umieranie zamieni się w sztukę. Niech to będzie happening. Codziennie robiono mu zdjęcia, filmowano, przeprowadzano wywiady telewizyjne. Wszystko, co mówił, było nagrywane na magnetofony. Kiedy lekarz zabronił mu rysować – co dzień hiszpański malarz José Luis Paredes malował jego portrety. Rozwieszone na ścianach elektrokardiogramy pokazywały, że jest źle, ale on nie umierał”[2].

Dziesięć lat później Cuevas żył nadal i zmienił życie Elżbiety Dzikowskiej.

W Meksyku nie zastała Tony’ego Halika, bo wyjechał do Gujany Francuskiej. To nie koniec pecha: w ostatniej chwili odwołano jej stypendium w Peru. Spakowała się więc, chciała wracać do Polski. Nie zamierzała czekać na Halika.

„Nie zależy mi na tym wywiadzie specjalnie, mam dość zajęć, a on jest dziesiątym obiektem zainteresowania”, pomyślała. Ale na pożegnanie skorzystała jeszcze z zaproszenia Cuevasa i jego żony Berty. Pojechała do nich na obiad.

Skoro przyjęcie miało się odbyć w ogrodzie, pomyślała, wystarczą spodnie i biała bluzka. Okazało się jednak, że między Meksykankami wyglądała jak Kopciuszek. Wcale się tym nie przejęła. Gospodarze przedstawiali jej kolejnych ważnych gości. Między innymi mężczyznę średniego wzrostu o delikatnych, zupełnie nieindiańskich – jak u większości Meksykanów – rysach twarzy. Był to prezydent Meksyku Luis Echeverría Álvarez. Elżbiecie Dzikowskiej wydał się wrażliwym na punkcie swojej męskości macho, któremu schlebiał podziw młodej Polki. Podczas obiadu u Cuevasów opowiedziała mu o odwołanym peruwiańskim stypendium. I że na dniach musi wracać do Polski.

– Dlaczego? – dziwił się prezydent. – Przecież my możemy dać pani stypendium. Proszę przyjść jutro na przyjęcie, oto adres, będzie tam mój szef prasowy Mauro Jiménez Lazcano i wszystko załatwi.

(– Dzikowska i Halik to więksi odkrywcy Meksyku niż Kolumb, Kortez i Humboldt razem wzięci – mówi mi czterdzieści lat później z patosem i łzami w oczach Mauro Jiménez Lazcano).

– Po tym obiedzie w naszym domu prezydent Echeverría zaprosił Elżbietę na objazd po Meksyku. Przypadła mu do gustu. Nazywał ją po meksykańsku: Chabelita – opowiada mi Cuevas. Jest jednym z najbardziej znanych meksykańskich artystów. Jego muzeum w samym centrum miasta, przy calle Academía 13, odwiedzam w 2016 roku. Oglądam Salę Erotyczną, a w niej grafiki z poskręcanymi nagimi postaciami.

Elżbieta Dzikowska za namową prezydenta Echeverríi została w Meksyku na rok. Ale już dzień po planowanym powrocie do Polski oddzwonił do niej Halik.

„Gdyby nie Cuevas – nie zostałabym dłużej w Meksyku i mój los ułożyłby się zapewne zupełnie inaczej. Nie byłoby »Pieprzu i wanilii«...”[3] – zanotowała po latach.

Z Halikiem i jego żoną umówiła się na kongresie Światowego Stowarzyszenia Latynoamerykanistów. Mieli się spotkać w holu Narodowego Muzeum Antropologicznego przy automacie telefonicznym. Pierwsza pojawiła się Pierrette Halik. Miała niebieską sukienkę, była elegancka i bardzo zainteresowana kulturą Meksyku. Panie rozmawiały przez chwilę. Zaraz nadjechał Tony swoim nowym sportowym samochodem – czerwonym fordem pinto.

– Dopiero go kupił i niewątpliwie chciał zaimponować biednej Polce z PRL-u – wspomina Elżbieta Dzikowska. – Zaprosił mnie do domu na kolację, w kominku przygotował befsztyk. Ze świetnego mięsa, które przysyłał mu gubernator stanu Sinaloa. Hodowało się tam zwierzęta na doskonałą cielęcinę na eksport do Stanów. Wzruszył mnie, bo oprócz wina podał też czerwony barszczyk z torebki. Przywiózł go z Polski. Tony uwielbiał barszczyk, a wszystko, co z Polski, uważał za najlepsze. I odjął go sobie od ust, żeby mnie ugościć. Jego żona też była w domu. Ale ponieważ rozmawialiśmy po polsku i ona nie rozumiała, zostawiła nas samych. Po kolacji oprowadzili mnie jeszcze po domu. W sypialni przy ich łóżku stał dziwny posążek. Jakiś symbol. Później dowiedziałam się, że żona Tony’ego należała do różokrzyżowców. Zaczęliśmy wywiad. Zadawałam po prostu pytania, jakie mi przychodziły do głowy. Nie pamiętam, żebym miała je spisane na kartce. Badowski chciał mieć pretekst do powtórzenia programów Tony’ego i wierzył, że dam sobie radę.

Pierwsze zdanie, które Elżbieta Dzikowska powiedziała po powrocie z Meksyku siostrze Teresie Wojtczak, brzmiało:

– Wiesz, poznałam Tony’ego Halika![4]

Prezydent Echeverría

Jej uroda w Meksyku robiła furorę. Miała 37 lat, uśmiech od ucha do ucha i długie blond włosy. Spinała je w kok albo zaplatała warkocz. Na zdjęciu z tamtych lat idzie w białej sukience z czerwonymi wzorami, takiej, jakie noszą kobiety w stanie Veracruz, a roześmiany prezydent Echeverría trzyma ją za rękę.

Mężczyźni adorowali ją tu już podczas pierwszego przyjazdu do Meksyku w latach sześćdziesiątych. Na kolacji u krewnych Elii, współpasażerki z „Transportowca”, jej wujek w towarzystwie orkiestry mariachi śpiewał Elżbiecie Dzikowskiej miłosne serenady. Prosił, żeby została z nim w Veracruz. „Ślub?” – pomyślała. „Skądże ślub, on przecież ma żonę!”. Musieli jej tłumaczyć, że w Meksyku każdy szanujący się mężczyzna ma casa grande – „duży dom”, gdzie mieszka żona i jej dzieci, a także casa chica – „mały dom”, mieszkanie oficjalnej konkubiny z potomstwem. Dawniej nie mieć małego domu oznaczało wstyd przed znajomymi, to znak ubóstwa, braku urody i niezaradności mężczyzn. Bywało, że Meksykanki pomagały mężom zdobywać kochanki.

Elżbieta Dzikowska nie chciała mieszkać w casa chica. Ale jej znajomi w Warszawie i tak szeptali, że prezydent Meksyku stracił dla niej głowę. O ich zażyłych kontaktach plotkowali nawet pracownicy polskiej ambasady. Kiedy Luis Echeverría Álvarez wręczył Elżbiecie Dzikowskiej album o sztuce ludowej z dedykacją, ówczesny polski ambasador, aby odciążyć jej bagaż, zaproponował, że prześle go pocztą dyplomatyczną. Album do mieszkania Dzikowskich nie dotarł. Po powrocie Elżbieta musiała osobiście odebrać go w ministerstwie. Czekał na nią w szafie pancernej. Tłumaczyli jej, że to z obawy, iż żartobliwa dedykacja prezydenta w albumie mogłaby wydać się Andrzejowi Dzikowskiemu, mężowi Elżbiety, zbyt czuła.

W Meksyku była rozrywana. Czas spędzała na zmianę – z meksykańskim prezydentem lub o rok od niego starszym argentyńskim korespondentem NBC. Obaj byli od Polki starsi o kilkanaście lat.

Z Echeverríą jeździła po świecie, dzięki niemu ważne osobistości spotykała też w Meksyku. Poznała szacha Iranu Rezę Pahlaviego („był malutki, ale nadzwyczaj elegancki i uprzejmy”)[5]. Zetknęła się z Raulem Castro. Złapała w bliskim kadrze rozmawiających z Echeverríą Geralda Forda i Henry’ego Kissingera. („W takich chwilach działa się instynktownie: zobaczyłam, że Kissinger ma szeroko rozstawione nogi, nachyliłam się, szybko przeczołgałam między nimi i stanęłam w środku trójkąta, energicznie naciskając spust aparatu. Ochroniarze byli wściekli, ale od prezydentów dostałam brawa, więc mi się upiekło”)[6].

Tuż po ich pierwszym spotkaniu zgodnie z obietnicą Echeverría przyznał Elżbiecie stypendium, żeby mogła poznać Meksyk. Przy okazji miała również wstęp do pałacu Los Pinos. Salutowała jej gwardia prezydencka.

Mauro Jiménez Lazcano, rzecznik Echeverríi, zdradza mi po latach: – Prezydent lubił się otaczać dziennikarzami. I to o różnych poglądach, z zupełnie różnych środowisk. Chciał mieć w kolekcji również kogoś z Europy Wschodniej.

– Tak okazywał swoją otwartość: nie tylko dla zachodnich dziennikarzy, ale też dla dziennikarki z socjalistycznego PRL-u – domyśla się Elżbieta Dzikowska. – Raz nawet przysłał po mnie helikopter. Bez żadnych podtekstów. Po prostu mnie lubił.

A było tak:

– Prezydent zauważył, że nie ma cię na zwiedzaniu odrestaurowanego miasteczka kolonialnego. Prosi, żebyś natychmiast przyjechała, specjalnie wstrzymał inaugurację – Elżbieta Dzikowska usłyszała w słuchawce telefonu głos Jiméneza Lazcano.

– Jak? Jestem w stolicy, dwieście kilometrów dalej.

– Nie ma problemu, już wysłałem samochód, który zawiezie cię do parku Chapultepec, gdzie czeka na ciebie helikopter.

Z Halikiem było równie ciekawie.

– Zabawne, zapewniał mnie, że ma 50 lat, ale naprawdę miał wtedy 52. Do dziś nie mogę pojąć, dlaczego odmładzał się tylko o dwa. Z jego temperamentem mógłby powiedzieć, że znacznie mniej i przecież bym uwierzyła – śmieje się Elżbieta Dzikowska.

Zaprosił ją na drinka, umówili się w hotelu Presidente Hilton, gdzie miało siedzibę Stowarzyszenie Korespondentów Zagranicznych. Halik był jego przewodniczącym. Spytał, czy pojechałaby z nim do Tijuany. Dodał, że jeszcze nie jest pewien, czy będzie to możliwe. Twierdził, że spróbuje namówić jakiegoś korespondenta, żeby zrezygnował z wyjazdu i wtedy w samolocie znalazłoby się miejsce dla niej. Zatelefonował z sąsiedniego pokoju. Drzwi były niedomknięte, a głos miał dość doniosły, więc wszystko było słychać. Rozmawiał po polsku z jakąś Krysią. „Halo, kochanie, mam nadzieję, że zmieniłaś zdanie i polecisz ze mną do Tijuany. Przecież lubisz strefę bezcłową”. Bardzo tę Krysię na wyjazd namawiał, ale ona nie miała ochoty. Poprosiła tylko, żeby w Tijuanie kupił jej krem żółwiowy. Tony wrócił z pokoju i powiedział Elżbiecie Dzikowskiej: „Udało mi się! Jest wolne miejsce! Z wielkim trudem namówiłem korespondenta rosyjskiego, żeby został w domu”.

– Była to podróż z innymi dziennikarzami – pamięta Elżbieta Dzikowska. – Odwiedziliśmy machiladores, amerykańskie fabryki, w których zatrudniano Meksykanów jako tanią siłę roboczą. Tony zrobił o nich reportaż dla NBC, a ja mu towarzyszyłam, poznając Meksyk niekoniecznie spod znaku sombrero i tańców ludowych. Dopilnowałam, żeby kupił krem żółwiowy dla Krysi.

Później jeździli też we troje: Elżbieta Dzikowska, prezydent i korespondent NBC. A zaczęło się tak:

Spotkania prezydenckie z udziałem dziennikarzy odbywały się o różnych porach. Do jednego – ze studentami prawa i urzędnikami ministerstwa sprawiedliwości – doszło po północy. Około drugiej Echeverría zwrócił się do Polki:

– Czy miałaby pani ochotę polecieć dziś na Islas Marías? Właśnie zaproponowałem to studentom i ministrowi.

Elżbieta Dzikowska i prezydent Meksyku Luis Echeverría Álvarez. Rok 1974.

Na Islas Marías, wyspach na Pacyfiku niedaleko półwyspu Dolna Kalifornia, mieściło się więzienie dla groźnych przestępców. Eksperymentalne: bez krat, osadzonych pilnowały rekiny. Elżbieta Dzikowska bardzo chciała polecieć – to wielka gratka dla młodej dziennikarki z Polski – ale była już umówiona.

– Z kim? – dopytywał prezydent.

– Z Tonym Halikiem, korespondentem NBC.

– Jego też możemy zaprosić, zadzwońmy do niego.

Prezydent wykręcił numer.

– Halo, czy pan Halik? Mówi prezydent...

– Co takiego? O drugiej w nocy? Nie strój sobie żartów, pacanie. Zjeżdżaj i daj mi spać!

Elżbieta Dzikowska zbladła.

– Panie prezydencie, przepraszam, pozwoli pan, że ja zadzwonię...

Zadzwoniła i wytłumaczyła Halikowi, że naprawdę rozmawiał z prezydentem. Echeverría nie czuł się urażony, przejął słuchawkę, ponowił zaproszenie. A Halik zrobił na Islas Marías reportaż, którego podobno zazdrościli mu wszyscy zagraniczni korespondenci.

Prezydent Echeverría wciąż mieszka w mieście Meksyk. Ma jednak 94 lata, lekarze odradzają mu spotkania z dziennikarzami. Rozmawiam więc z jego dawnym rzecznikiem prasowym Mauro Jiménezem Lazcano.

– Wcale mnie nie dziwi ta opowieść. Dla Echeverríi protokół dyplomatyczny nie istniał. Jako prezydent był bardzo bezpośredni, w stosunku do każdego. Wie pan, jak powołał nowego szefa Petróleos Mexicanos, narodowego koncernu paliwowego? Ktoś opowiedział mu o mądrym inżynierze, którego w ogóle nie znał. Chwycił za telefon: „Synu, czy zgodziłbyś się zostać szefem Paliw?”. Wprost. Nigdy nie widząc faceta na oczy. Szybko się dogadali. A jak było z Elżbietą i Antonio? Po prostu polecieliśmy na Islas Marías dwoma F-27, po jakieś trzydzieści osób w każdym. Wylądowaliśmy na Isla María Madre, na pasie startowym z ubitej ziemi. Pamiętam, jak Elżbieta z Tonym fotografowali olbrzymiego węża napotkanego gdzieś po drodze.

Prezydent za każdym razem kontaktował się z polską dziennikarką przez swojego rzecznika i proponował różne wyjazdy. Podróżowali autokarami, Elżbieta Dzikowska – z dziennikarzami meksykańskimi, Tony Halik – z zagranicznymi. W autokarach w pojemnikach z lodem zawsze była coca-cola. Elżbieta Dzikowska, spragniona kapitalizmu, piła dziesięć butelek dziennie. Echeverría nie mógł się nadziwić, że codziennie chodzi w tych samych pantoflach z przewiewnego materiału. Przysłał jej sandały: trzy pary jednego fasonu w różnych rozmiarach, bo nie znał jej numeru stopy.

W grudniu 1974 roku Elżbieta Dzikowska towarzyszyła Halikowi w podróży na Jamajkę i Haiti. Była jego dźwiękowcem. Halik wyprowadził się z domu przy Calzada Desierto de Los Leones (jego żona Pierrette została w nim z 16-letnim synem Ozaną). Z Elżbietą zamieszkali w apartamencie hotelu Mi Casa przy ulicy Generała Prima 106, tuż przy skrzyżowaniu dwóch najdłuższych arterii miasta Meksyk: Avenida de los Insurgentes i Paseo de la Reforma, w pobliżu pomnika indiańskiego wodza Cuauhtémoca.

Hotel zbudowano pięć lat wcześniej, w 1970 roku. Kiedy odwiedzam go w 2016 roku, dowiaduję się, że od otwarcia nie zmieniono tu umeblowania. Niegdyś ekskluzywne miejsce znacznie obniżyło standard. Dziś noc w takim apartamencie kosztuje 560 pesos, niewiele ponad sto złotych. Na drugie piętro prowadzi mnie Victor Rodriguez. Otwiera: dwa pokoje, aneks kuchenny, duże łoże małżeńskie, stoliki i fotele z jasnego drewna, szafki z ciemniejszego, czerwony dywan, białe ściany. Tylko telewizor i telefon nowsze niż wtedy – na oko z lat dziewięćdziesiątych.

Po roku spędzonym w Meksyku Echeverría zaproponował Elżbiecie Dzikowskiej meksykańskie obywatelstwo i stałe zajęcie. Zdziwił się, że odmówiła i zdecydowała się na powrót do PRL-u. Wybrała pracę w „Kontynentach”. Poza tym nie chciała się rozstawać ze swoim mężem korespondencyjnie. Halik towarzyszył jej w samolocie do Panamy, skąd przez Peru miała wracać do Polski. Na pożegnanie zagrali w kasynie hotelu Continental.

Tony do Limy zadzwonił już pierwszej nocy, nie wiadomo, skąd miał numer telefonu przyjaciół Elżbiety Dzikowskiej, u których się zatrzymała. Powiedział, że zaraz do niej przylatuje. Wynajęli na tydzień samochód, wyruszyli w podróż po Peru.

Tony Halik udzielił w Meksyku wywiadu Elżbiecie Dzikowskiej, wywołał go i pocztą dyplomatyczną wysłał Ryszardowi Badowskiemu.

– Był szalony – opowiada Elżbieta Dzikowska – jak miałam się nie zakochać w takim wariacie?! Kiedy się żegnaliśmy, powiedziałam mu, że jeżeli będzie chciał ze mną być, to tylko w Polsce. I już przeczuwałam, że przyjedzie. Tym bardziej że za Polską tęsknił. To jeszcze jeden impuls, który pomógł mu podjąć decyzję.

Po powrocie Elżbieta Dzikowska opowiedziała o Haliku swojemu mężowi Andrzejowi Dzikowskiemu. Potem napisała list do Tony’ego: może przyjechać do Warszawy.

W liście z 23 sierpnia 1974 roku, który Elżbieta Dzikowska przywiozła od Badowskiego wraz z kamerą Bolex Reflex, Halik przeczytał:

„Ela Dzikowska nie może kręcić tematów synchronicznych dźwiękowych, a więc gdybyś Ty nie mógł pożyczyć synchronicznej kamery i udzielić jej wywiadu dla »Klubu sześciu kontynentów« przed kamerą, zapisz tylko swój głos na taśmie magnetycznej, puścimy go »zza kadru« – a Ela pokaże Ciebie, jak przeglądasz listy...”.

Po pół roku, 6 stycznia 1974, Halik odpisał:

„Drogi Ryszardzie.

Bardzo Ci dziękuję, że mi za złe mego milczenia nie bierzesz. Zawsze jestem Twoim serdecznym przyjacielem, ale niestety listy do Ciebie muszę pisać osobiście na maszynie, bo moja sekretarka nie zna polskiego [...]. Zrobiłem Ci o naszym domu cały wywiad w kolorze z Panią Dzikowską. Nawet go wywołałem”.

I trzy tygodnie później:

„Jak nie pisałem, to nie pisałem, a teraz piszę do Ciebie co parę dni. Myślę, żeś już otrzymał taśmy i film z WYWIADU PANI DZIKOWSKIEJ w moim domu. Kurierzy z MSZ je zabrali i mają Ci je doręczyć czy też zadzwonią, żebyś po nie przyszedł do ministerstwa. Filmy są wywołane. Na taśmie dźwiękowej masz nagraną relację moją i pytania Dzikowskiej. Możesz je ciąć, jak chcesz [...]. Jeżeli mi możesz powiedzieć, to bym chciał wiedzieć, kiedy to pójdzie w powietrze, żeby zawiadomić rodzinę i znajomych. Co Ci przywieźć z Meksyku? Pozdrów wszystkich znajomych. Do szybkiego zobaczenia.

Twój przyjaciel”.

– Dostałem paczkę z Meksyku pocztą dyplomatyczną przez MSZ – opowiada po latach Ryszard Badowski. – Wyjąłem film. W domu go przejrzeć nie mogłem, bo nie miałem na czym. Ale dźwięk mogłem przesłuchać. Przesłuchuję i myślę: „Coś się dzieje”. Bo Halik we wszystkich programach adorował swoją żonę Pierrette, wciąż o niej mówił. A tu ani słowa o Pierrette nie było! Pomyślałem: „Oj, coś, kurczę, pęknie w tym małżeństwie”. I po jakimś czasie rzeczywiście. Nagle dowiedziałem się, że Halik mieszka w Warszawie. Zaprosił mnie na Inflancką, a tam spotkałem Elżbietę Dzikowską.

– No cóż, Badowski nas jakby zeswatał – przyznaje Elżbieta Dzikowska.

Przeprowadzka

List napisany jest na maszynie na papierze firmowym NBC. Czerwonym atramentem. Halik wybrał go specjalnie, dla żartu, wcześniej takim samym pisał do niego Ryszard Badowski z Moskwy. Relacjonował stamtąd rosyjsko-amerykański lot Sojuz-Apollo.

4 września 1975 roku, Halik do Badowskiego z Meksyku:

„Ja jak zawsze zawalony pracą. Byłem ostatnio na miesiąc na Kubie i miałem bardzo specjalny wywiad z Castro. Potem w Panamie z Torrijosem, w Kolumbii na zjeździe czarowników i szybko musiałem lecieć do Peru w związku ze zmianami w rządzie, no i Ekwador też mi się zaczyna burzyć. W Argentynie moc zmian i prawdopodobnie rządy Pani Peronowej już niedługo się skończą”.

Halik dziękował Badowskiemu za „czerwony list” z Moskwy, pogratulował Medalu Towarzystwa „Polonia” i Złotego Krzyża Zasługi („W naszym kapitalistycznym świecie o takich rzeczach się nie mówi”). Zaprosił go też do swojego domu w Meksyku („lodówka zawsze jest mniej więcej pełna, więc z głodu nie umrzesz”) i obiecał, że może nawet znajdzie czas, by razem wyrwać się „na jakąś mniejszą awanturę”.

Snuł plany: do Polski przyjedzie w październiku. Zostanie na dwa, trzy tygodnie. Na dłuższy urlop nie ma szans. Przywiezie trochę filmów, które będzie musiał zabrać z powrotem. Na przykład o przygodach z Indianami. Niestety, część materiału jest czarno-biała, za to bardzo interesująca: obrzędy plemienia Karajá, życie Halika w ich wiosce, opowieść o Jívara, zmniejszaczach ludzkich głów.

„Wszystko to masz opisane w książce – pisał Halik do Badowskiego – więc nie potrzebujesz szczegółów”.

Dwie książki Halika w 1975 roku wydało w jednym tomie wydawnictwo Iskry. Część pierwsza: „Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso”, część druga: „180.000 kilometrów przygody”. Z hiszpańskiego przetłumaczyła Zofia Wasitowa. Nakład 40 tysięcy egzemplarzy rozszedł się natychmiast. Nawet Ryszard Badowski miał problem ze zdobyciem książki Halika. Jedną udało mu się wyrwać spod lady. Wysłał ją autorowi.

W dalszej części listu Halik zaproponował kilka tytułów do nowego cyklu jego półgodzinnych filmów: „Tam, gdzie się kończy cywilizacja”, „Biały Indianin” albo „Między szczepami wolnych Indian”. Obiecał przywieźć też inne filmy o bezkrwawych walkach z bykami, o Haiti, o Indianach Tarahumaras.

Pod koniec listu dawał instrukcje: „Jeżeli przypadkowo wyjedziesz, zostaw wszystkie dane, jak postępować, u Pani Elżbiety Dzikowskiej z Kontynentów, tel. redakcji 27-71-71, dom 32-65-64. Pieniądze możesz też u niej zdeponować z całym spokojem. Będę z nią w kontakcie i czasami dzwonię do niej [...]. Elżbieta Dzikowska to wspaniała kobieta i niezmordowany reporter. Kręci kupę filmów w Meksyku i w paru podróżach, które odbyliśmy razem – to hity. Na pewno Ci opowie ze szczegółami o Meksyku, który zna doskonale. Nawet napisała książkę o Meksyku, która ukaże się w Polsce”.

Wiosną 1976 roku Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch” wydała książkę Elżbiety Dzikowskiej pod tytułem „Niełatwo być Indianinem”.

Badowski pokazał w telewizji pięcioodcinkowy cykl Halika. W końcu wybrał tytuł: „Ostatni wolni Indianie”. Z opisu filmów w archiwum Telewizji Polskiej: Manaus, osady poszukiwaczy diamentów w górnym dorzeczu Amazonki, wioska Indian ze szczepu Bororos, łodzie na Amazonce, ptaki i zwierzęta w dżungli Mato Grosso, kąpiący się Indianie, plemiona mieszkające w głębi dżungli, tańce rytualne, uroczystości i obrzędy związane z zaręczynami: taniec zaręczynowy, walki konkurentów, zabawa, skoki przez ogień; rzeka Araguaia, żółwie, ptaki, ryby, wąż dusiciel, wioska plemienia Karajá – miejscowe wyroby: broń, maty, strzały; zajęcia gospodarskie mieszkańców, spreparowane głowy ludzkie, wulkan Sangay, północna Kolumbia – plemię Sinu, młode małżeństwo buduje chatę na palach, wyprawa poszukująca szczepu Szawantów – spotkanie w dżungli, wioska Szawantów – budowanie szałasu przez pierwszą żonę wodza, obrzędy miłosne Indian z Meksyku...

Tony Halik wyrusza w kolejną podróż.

– Pierwszy odcinek otrzymał nazwę „Byli władcami kontynentu” – opowiada Ryszard Badowski. – Na antenę trafił 1 kwietnia 1976 roku. Ja w tym czasie zdążyłem wziąć udział w I Polskiej Morskiej Wyprawie do Antarktyki, która trwała kilka miesięcy. Dopiero po powrocie do kraju, nic nie wiedząc o dalszych planach Halika, z gazet dowiedziałem się, że w sierpniu 1976 roku brał udział wraz z Dzikowską w polsko-peruwiańskiej ekspedycji w poszukiwaniu inkaskiej stolicy. Była to ich pierwsza ujawniona publicznie wspólna podróż. Nie miałem wątpliwości, że przywiozą z niej pierwszy razem zrealizowany film Tony. Nie wspomniał mi ani słowa, że zamierza wrócić dla niej do Polski i razem z nią zamieszkać w Warszawie.

Andrzej Dzikowski, mąż Elżbiety, koniecznie chciał poznać swojego następcę. Urządził kolację. Był dobrym kucharzem, a tamtego dnia, jak zapamiętała Elżbieta Dzikowska, starał się szczególnie. Były polskie dania: czerwony barszcz, który Tony bardzo lubił, pierogi z mięsem, kapustą i grzybami, sernik, wino. Panowie byli spięci, ale zachowywali się wobec siebie elegancko.

– Tony za pośrednictwem Spółdzielni Mieszkaniowej „Locum” kupił za dolary niewielkie mieszkanie przy ulicy Inflanckiej. Ja swoje mieszkanie zostawiłam byłemu mężowi – wspomina Elżbieta Dzikowska.

Wkrótce Andrzej Dzikowski ożenił się z inną kobietą.

Pierrette, żona Tony’ego Halika, została w Meksyku.

[...]

Przypisy
CZĘŚĆ I
[1] Antonio Halik, La sierpiente en el paraiso, „Life”, 25 września 1967
[2] Elżbieta Dzikowska, Tam, gdzie byłam, Bernardinum 2013, s. 53
[3] Elżbieta Dzikowska, Tam, gdzie byłam, Bernardinum 2013, s. 60
[4] „Taka miłość się nie zdarza”, TVN Style, reż. Ewa Bysiec
[5] Elżbieta Dzikowska, Tam, gdzie byłam, Bernardinum 2013, s. 85
[6] Elżbieta Dzikowska, Tam, gdzie byłam, Bernardinum 2013, s. 85