Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 498

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Trzynaście godzin - Deon Meyer

"Detektyw Benny Griessel jest uważany przez jednych za legendę, przez innych za pijaka. Przez lata nastąpił na zbyt wiele odcisków, by spodziewać się zawodowego awansu i obecnie musi koncentrować się przede wszystkim na zachowaniu trzeźwości i byciu mentorem kolejnego pokolenia stróżów praworządności, pokolenia stanowiącego mieszankę etniczną charakterystyczną dla społeczeństwa nowego RPA. Gdy w Cape Town znika amerykańska turystka ogarnięte paniką władze zwracają się bez wahania do Griessela: detektyw ma Trzynaście godzin na ocalenie dziewczyny, uratowanie swojej kariery i… zdemaskowanie spisku, który zagraża całemu krajowi. Dynamiczna akcja, mocne sceny, nastrój grozy. Nowa propozycja Deona Meyera – autora kryminałów cieszącego się międzynarodowym uznaniem. „Deon Meyer to niedoceniony mistrz. Ta książka jest naprawdę znakomita”. Michael Conelly"

Opinie o ebooku Trzynaście godzin - Deon Meyer

Fragment ebooka Trzynaście godzin - Deon Meyer

Tytuł oryginału:

THIRTEEN HOURS

Copyright © Deon Meyer 2008

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Zdjęcie autora: © Johan Wilke

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Magdalena Bargłowska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-280-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

5.36 – 7.00

1

Jest 5.36. Po stromym zboczu Lion’s Head zbiega dziewczyna. Słychać chrzęst jej kroków na szerokiej żwirowanej ścieżce.

Pierwsze promienie słońca padają na ciemną górę niczym szperacze. W ich świetle dziewczyna zdaje się uosobieniem beztroskiego wdzięku. Od tyłu patrząc, widać jej ciemny warkocz obijający się o mały plecak. Ma mocno opalony kark, co dodatkowo podkreśla jasnoniebieska koszulka. W rytmicznych ruchach jej nóg w dżinsowych szortach wyczuwa się młodzieńczą energię. Jest kwintesencją młodości – pełna życia, tryskająca zdrowiem i energią.

Wrażenie pryska, kiedy dziewczyna zatrzymuje się i ogląda przez ramię. Na jej twarzy maluje się strach. I krańcowe wyczerpanie.

Nie zwraca uwagi na piękne miasto w dole, skąpane w miękkim świetle wschodzącego słońca – stara się dostrzec jakiś ruch w wysokich zaroślach fynbos wyżej na stoku. Wie, że oni gdzieś tam są, za nią, ale nie wie, jak blisko. Oddycha szybko – nie tylko z powodu wysiłku fizycznego, ale i paniki. Adrenalina, krańcowe przerażenie i wola życia zmuszają ją do podjęcia biegu, pomimo bólu mięśni nóg, palenia w piersi i bezsennej nocy. Czuje się zagubiona w tym obcym mieście, w obcym kraju, na nieprzyjaznym kontynencie.

Ścieżka się rozwidla. Instynkt każe dziewczynie skręcić w prawo, bardziej w górę, bliżej skalistej kopuły Lion’s Head. Nie zastanawia się, nie ma żadnego planu. Biegnie na oślep, jej ręce poruszają się jak tłoki silnika, napędzając całe ciało.

Detektyw inspektor Benny Grissel spał.

Śniło mu się, że prowadzi wielką cysternę po stromym fragmencie drogi N1 pomiędzy Parow a Plattekloof. Zjeżdżał w dół za szybko, nie do końca panując nad kierownicą. Kiedy zadzwoniła komórka, już pierwszy przenikliwy pisk wyrwał go ze snu, czemu towarzyszyło przelotne uczucie ulgi. Otworzył oczy i spojrzał na radiobudzik. Była 5.37.

Spuścił nogi na podłogę i usiadł. Natychmiast zapomniał o śnie. Przez chwilę siedział nieruchomo na skraju jednoosobowego łóżka, jak człowiek nad przepaścią. Potem wstał i potykając się, ruszył do drzwi i dalej, po drewnianych schodach na dół, do pokoju dziennego, gdzie wczoraj wieczorem zostawił komórkę. Jego potargane gęste włosy domagały się strzyżenia. Miał na sobie wyłącznie spłowiałe spodenki piłkarskie. Po głowie krążyła mu tylko jedna myśl: telefon tak wcześnie rano nie wróży niczego dobrego.

Nie rozpoznał numeru na wyświetlaczu komórki.

– Griessel – wychrypiał. Jego struny głosowe wyraźnie odmawiały współpracy.

– Dzień dobry, Benny. Mówi Vusi. Przepraszam, że cię obudziłem.

Skupił się z trudem, wciąż oszołomiony od snu.

– Nie ma sprawy.

– Mamy… ciało.

– Gdzie?

– St. Martini, kościół luterański na Long Street.

– W kościele?

– Nie, denatka leży na zewnątrz.

– Zaraz tam będę.

Rozłączył się i przejechał dłonią po włosach.

„Denatka”, powiedział inspektor Vusumuzi Ndabeni.

Zapewne jakaś bergie. Jeszcze jedna bezdomna, która za dużo wypiła, albo coś podobnego. Odłożył komórkę obok swojego świeżo zakupionego używanego laptopa.

Odwrócił się, wciąż senny, i uderzył się w łydkę o przednie koło roweru, który stał oparty o kanapę kupioną w lombardzie. Zdążył złapać rower, nim się przewrócił, i poszedł na górę. Rower przypomniał mu o kłopotach finansowych, ale nie chciał teraz o tym myśleć.

Kiedy w sypialni zdjął spodenki, wyczuł piżmowy zapach seksu unoszący się z krocza.

Kurwa.

Nagłe przypomnienie wydarzeń poprzedniego wieczora wycisnęło z jego mózgu resztki snu. Co go opętało?

Cisnął ze złością spodenki na łóżko i poszedł do łazienki.

Gwałtownie podniósł klapę sedesu, wycelował i zaczął sikać.

Nagle wybiegła na asfalt Signal Hill Road i po lewej, jakieś sto metrów dalej, zobaczyła kobietę z psem. Otworzyła usta, żeby zawołać o pomoc, ale była zbyt zdyszana, by krzyczeć.

Pobiegła w stronę kobiety i psa, dużego ridgebacka. Biała kobieta wyglądała na jakieś sześćdziesiąt lat, miała duży różowy kapelusz od słońca, laskę i mały plecak.

Pies poruszał się niespokojnie. Być może wyczuł panikę dziewczyny. Kiedy zwalniała, odgłos jej kroków na asfalcie odezwał się głośnym echem w panującej ciszy. Zatrzymała się jakieś trzy metry od kobiety z psem.

– Proszę mi pomóc – wydyszała. Mówiła z silnym akcentem.

– Co się stało? – w oczach kobiety pojawiła się troska. Cofnęła się. Pies zawarczał i napiął smycz, wpatrzony w dziewczynę.

– Chcą mnie zabić!

Kobieta rozejrzała się z przestrachem.

– Ale przecież nikogo tu nie ma?

Dziewczyna obejrzała się przez ramię.

– Gonią mnie.

Spojrzała na kobietę i psa i zrozumiała, że oni jej w niczym nie pomogą. Nie tutaj, na tym nagim zboczu. Tylko niepotrzebnie sprowadzi na nich niebezpieczeństwo.

– Niech pani zadzwoni na policję. Proszę. Tylko tyle. – I znów ruszyła biegiem, najpierw powoli, przełamując opór ciała, potem coraz szybciej. Pies rzucił się naprzód i szczeknął. Starsza kobieta ściągnęła smycz.

– Ale dlaczego?

– Proszę! – zawołała dziewczyna, biegnąc ze znużeniem asfaltową drogą w stronę Góry Stołowej. – Niech pani po prostu zadzwoni na policję!

Obejrzała się jeszcze raz, jakieś siedemdziesiąt kroków dalej. Kobieta nadal stała skonsternowana tam, gdzie ją zostawiła.

Benny Griessel spuścił wodę, zastanawiając się, dlaczego nie przewidział wypadków wczorajszego wieczora. Nie dążył do tego, to się po prostu stało. Jissis, nie powinien czuć się tak strasznie winny, w końcu był tylko człowiekiem.

Ale był również żonaty.

O ile można to jeszcze nazwać małżeństwem. Osobne łóżka, osobne stoły, osobne domy. Do cholery, Anna nie mogła wymagać aż tyle! Nie mogła go wyrzucić z jego własnego domu i oczekiwać, że utrzyma dwa mieszkania i zachowa trzeźwość przez, kurwa, sześć miesięcy. I jeszcze na dodatek celibat.

Ale przynajmniej był trzeźwy. Od stu pięćdziesięciu sześciu dni. Ponad pięć miesięcy walki z butelką, dzień po dniu, godzina po godzinie, aż do teraz.

Boże, Anna nie może się dowiedzieć o wczorajszym. Nie teraz. Nie na miesiąc przed końcem jego wygnania, tej kary za picie. Jeśli ona się dowie, on będzie w czarnej dupie, cała jego walka i cierpienie pójdą się pieprzyć.

Westchnął i stanął przed łazienkową szafką z lustrem, żeby umyć zęby. Przyjrzał się sobie uważnie. Siwiał na skroniach, miał zmarszczki w kącikach oczu i słowiańskie rysy twarzy. Nigdy nie wyglądał jak model z reklam.

Otworzył szafkę i wyjął szczoteczkę i pastę do zębów.

Co ona w nim widziała, ta Bella? Wczoraj wieczorem w pewnej chwili się zastanawiał, czy przypadkiem nie poszła z nim do łóżka z litości, ale był zbyt podniecony, zbyt cholera wdzięczny za ten jej cichy głos i duże piersi, i usta, jissis te usta, zawsze podniecały go usta. Od tego zaczęły się kłopoty. Nie. Zaczęły się od Lize Beekman, ale czy Anna w to uwierzy?

Jissis.

Benny Griessel umył zęby, szybko i energicznie. Potem wskoczył pod prysznic. Odkręcił wodę do samego końca, żeby zmyć z siebie wszystkie obciążające zapachy.

To nie była bergie. Griesselowi aż zamarło serce, kiedy przelazł przez niskie, podmurowane ogrodzenie z ostro zakończonych stalowych prętów i zobaczył dziewczynę. Sportowe buty, szorty khaki, pomarańczowy top, wygląd i kształt kończyn – wszystko wskazywało na to, że była młoda. Skojarzyła mu się z jego córką.

Ruszył wąską asfaltową ścieżką, mijając wysokie palmy i sosny i żółtą tablicę: parking niestrzeżony wyłącznie dla uprawnionych. na odpowiedzialność właściciela. Kierował się w miejsce po lewej stronie ładnego szarego kościoła, gdzie na asfalcie leżały zwłoki.

Rozejrzał się. Poranek był piękny, pogodny, prawie bez wiatru. Czuł tylko lekką bryzę przynoszącą tu na górę zapach morza. To nie był dobry czas na umieranie.

Vusi stał obok ciała, z Długim i Grubym z kryminalistyki, fotografem policyjnym i trzema mężczyznami w mundurach SAPS1. Za plecami Griessela, na chodniku na Long Street, kręciło się więcej mundurowych, przynajmniej czterech w białych koszulach z czarnymi pagonami Policji Miejskiej2. Chociaż zgrywali się na ważniaków, razem z grupką gapiów opierali ręce na ogrodzeniu i wpatrywali się w nieruchome ciało.

– Dzień dobry, Benny – powiedział Vusi Ndabeni z typowym dla siebie spokojem. Był średniego wzrostu, tak jak Griessel, ale wydawał się niższy. Smukły i schludny, w spodniach zaprasowanych w precyzyjny kant, śnieżnobiałej koszuli z krawatem i wypastowanych butach. Czarne, mocno skręcone włosy miał podgolone geometrycznie, jego kozia bródka była równie starannie przystrzyżona. Na dłoniach miał gumowe rękawiczki. Griessel poznał go w czwartek, jego i pięciu innych detektywów, dla których przez następny rok miał być mentorem, jak to określił John Afrika, komendant Okręgowego Wydziału Śledczego i Wywiadu Kryminalnego. Ale wcześniej, kiedy siedzieli sami w gabinecie Afriki, komendant ujął to inaczej.

– Siedzimy po uszy w gównie, Benny. Spieprzyliśmy sprawę Van der Vyver i teraz szefostwo mówi, że to dlatego, że mamy za dobrze tu w Kapsztadzie i czas wziąć się do roboty. Ale co ja mogę? Tracę najlepszych ludzi, a nowi są zupełnie zieloni, nie mają o niczym pojęcia. Czy mogę na ciebie liczyć, Benny?

Godzinę później Griessel towarzyszył komendantowi w wielkiej sali konferencyjnej, gdzie na szarych, przydziałowych krzesłach siedziało nieruchomo sześciu najlepszych „nowych”. Wtedy John Afrika zdecydowanie złagodził przekaz:

– Benny będzie waszym mentorem. Jest w służbie od dwudziestu pięciu lat, pracował w dawnym Wydziale Morderstw i Rozbojów, kiedy większość z was chodziła jeszcze do podstawówki. Wy dopiero musicie się nauczyć tego, co on już zapomniał. Ale pamiętajcie: jego zadanie nie polega na wykonywaniu za was waszej pracy. Ma być waszym doradcą, waszym mentorem. Według słownika – tu komendant zajrzał do notatek – mentor to mądry i zaufany doradca, a także nauczyciel. To dlatego przeniosłem go do Policji Prowincji. Ponieważ Benny jest mądry i możecie mu ufać, ponieważ ja mu ufam. Zbyt wiele wiedzy już utraciliśmy, za dużo jest wśród nas nowych ludzi, a przecież nie musimy za każdym razem od początku wynajdywać koła. Uczcie się od niego. Zostaliście wybrani, a wiedzcie, że niewielu będzie dana taka okazja.

Griessel obserwował twarze zebranych. Czterech szczupłych czarnoskórych mężczyzn, jedna gruba czarnoskóra kobieta i jeden barczysty Kolored, wszyscy tuż po trzydziestce. Na ich twarzach nie malowała się jakaś szczególna wdzięczność, z wyjątkiem jednego Vusumuziego Ndabeniego („ale wszyscy mówią na mnie Vusi”). Kolored, Fransman Dekker, okazywał nawet otwartą wrogość. Ale Griessel zdążył przywyknąć do zakulisowych intryg w nowym SAPS. Stał obok Johna Afriki i powtarzał sobie, że powinien się cieszyć, że nadal ma pracę, mimo rozwiązania Wydziału Ciężkich Przestępstw. Powinien się cieszyć, że on i jego były zwierzchnik, Mat Joubert, nie zostali zesłani na jakiś prowincjonalny komisariat, jak większość ich kolegów. Nowa struktura organizacyjna wcale nie była nowa, była taka jak trzydzieści lat temu, detektywi znów pracowali w komisariatach, ponieważ tak się to teraz robiło za granicą, a SAPS musiało we wszystkim naśladować tamtejsze rozwiązania. Przynajmniej nadal miał pracę, a Joubert przedstawił go do awansu. Jeśli będzie miał szczęście, jeśli przymkną oko na jego picie, akcję afirmatywną i całe to polityczne gówno, być może już dziś awansuje na kapitana.

Kapitan Benny Griessel. Dobrze to brzmiało. No i potrzebował podwyżki.

Bardzo potrzebował.

– …dobry, Vusi – powiedział.

– Hej, Benny – powitał go Jimmy, wysoki, chudy technik kryminalistyki. – Słyszałem, że teraz przezywają cię Wyrocznią.

– Jak tę staruszkę z Władcy pierścieni – powiedział Arnold, drugi technik, niski i gruby. W kręgach policji w Kapsztadzie znani byli jako Długi i Gruby.

– Z Matrixa, ty głupku – poprawił go Jimmy.

– Wszystko jedno – stwierdził Arnold.

– …dobry – przywitał się Griessel. Spojrzał na mundurowych pod drzewem i zaczerpnął tchu. Chciał im powiedzieć: „To jest miejsce zbrodni, więc spadajcie na drugą stronę ogrodzenia”, ale przypomniał sobie, że to sprawa Vusiego, więc powinien się zamknąć i tylko mentorować. Rzucił mundurowym mordercze spojrzenie, które nie odniosło jednak żadnego skutku, i przykucnął, żeby obejrzeć ciało.

Dziewczyna leżała na brzuchu, głowę miała odwróconą od ulicy. Jasne włosy, ostrzyżone bardzo krótko, na łopatkach dwa niewielkie, poziome nacięcia skóry, rozmieszczone symetrycznie, po prawej i lewej stronie. Ale to nie one były przyczyną śmierci. Miała poderżnięte gardło, tak głęboko, że widać było przełyk. Twarz, piersi i ramiona spoczywały w wielkiej kałuży krwi. Znad zwłok unosił się charakterystyczny zapach śmierci, ostry i miedziany.

– Jissis. – Griessel czuł, jak wzbiera w nim strach i obrzydzenie. Zaczął oddychać powoli i spokojnie, jak uczył go doktor Barkhuizen. Musiał się zdystansować, nie wolno mu tego internalizować!

Zamknął na chwilę oczy, a potem spojrzał na drzewa. Musiał zachować obiektywizm, ale to była taka straszna śmierć. Nie mógł nie myśleć o tym, jak to się stało, o błysku noża, który głęboko przecina tkanki.

Wstał szybko, udając, że chce się rozejrzeć. Długi i Gruby jak zwykle sprzeczali się o coś. Spróbował się zorientować o co.

Boże, była taka młoda. Ile mogła mieć lat? Osiemnaście? Dziewiętnaście?

Jakim trzeba być szaleńcem, żeby poderżnąć gardło takiemu dziecku? Jakim zboczeńcem?

Z wysiłkiem oderwał myśli od natrętnych obrazów śmierci i skupił się na faktach, na tym, co się z nimi wiąże. Dziewczyna była biała, a to oznaczało kłopoty, zainteresowanie mediów i nawrót do błędnego koła krytyki, twierdzeń, że zbrodnia wyrywa się spod kontroli. Oznaczało wielką presję i długie godziny pracy, zbyt wielu ludzi wtrącających się do sprawy i próbujących chronić własny tyłek. Nie miał już do tego serca.

– Kłopoty – powiedział cicho do Vusiego.

– Wiem.

– Lepiej by było, gdyby mundurowi zostali na ulicy.

Ndabeni kiwnął głową i ruszył ku grupie policjantów. Poprosił ich, żeby wyszli inną drogą, na tyłach kościoła. Ociągali się wyraźnie, chcieli brać udział w akcji. Ale usłuchali.

Vusi wrócił i stanął obok Griessela, z notatnikiem i długopisem w ręku.

– Obie bramy są zamknięte. Dla samochodów, o tam, koło kancelarii kościoła i główna, przed budynkiem, z tamtej strony. Musiała przejść przez płot, tylko tak mogła się tu dostać. – Vusi mówił za szybko. Wskazał Koloreda stojącego na ulicy, po drugiej stronie płotu. – Ten ou tam… James Dylan Fredericks, on ją znalazł. Jest kierownikiem dziennej zmiany w Kauai, sklepie ze zdrową żywnością na Kloof Street. Mówi, że dojeżdża tu autobusem Golden Arrow z Mitchell’s Plain, a potem idzie tędy od pętli. Przechodził obok i coś zwróciło jego uwagę, więc wspiął się na płot, ale kiedy zobaczył krew, wycofał się i zadzwonił na komisariat Caledon Square, ponieważ ten numer ma zapisany w telefonie, na potrzeby sklepu.

Griessel kiwnął głową. Podejrzewał, że Ndabeni denerwuje się z powodu jego obecności, jakby uważał, że jest tu po to, żeby oceniać jego pracę. Będzie musiał to sobie z nim wyjaśnić.

– Powiem Fredericksowi, że może już iść. Wiemy, gdzie go znaleźć.

– W porządku, Vusi. Nie musisz… Dziękuję, że podajesz mi te wszystkie szczegóły, ale nie chcę, żebyś… no wiesz…

Ndabeni dotknął jego ramienia, jakby chciał mu dodać otuchy.

– Wszystko w porządku, Benny. Chcę się uczyć… – zamilkł na chwilę, a potem dodał: – Zależy mi na tej sprawie. Przez cztery lata pracowałem w Khayelitsha i nie chcę tam wracać. Tylko że to jest moja pierwsza… biała – powiedział to ostrożnie, jakby w tym stwierdzeniu krył się rasistowski podtekst. – To inny świat…

– Masz rację – Griessel nie był dobry w takich sprawach, nigdy nie wiedział, jakie są te właściwe, poprawne politycznie słowa.

Vusi przyszedł mu na ratunek.

– Sprawdziłem kieszenie jej szortów. Szukałem dokumentów, ale nic tam nie ma. Czekamy teraz na patologa.

Wśród drzew zaćwierkał przenikliwie jakiś ptak. Dwa gołębie wylądowały tuż koło nich i zaczęły dziobać ziemię. Griessel się rozejrzał. Na terenie kościoła parkował jeden samochód, biały mikrobus marki Toyota. Stał po południowej stronie, tuż przy dwumetrowym murze z cegły. Na boku miał czerwony napis adventure.

Ndabeni podążył za jego spojrzeniem.

– Zapewne parkują tutaj dla bezpieczeństwa – powiedział, ruchem ręki wskazując wysoki mur i zamkniętą bramę. – Chyba mają biuro przy Long Street.

– Możliwe. – Long Street stanowiła centrum turystyczne Kapsztadu. Młodzi ludzie, studenci z Europy, Australii i Ameryki szukali tam tanich kwater i przygód.

Griessel przykucnął znów obok ciała, ale tym razem w taki sposób, żeby nie widzieć twarzy. Nie chciał patrzeć na tę straszną ranę na szyi ani na delikatne rysy dziewczyny.

Proszę, niech to nie będzie cudzoziemka, pomyślał.

Bo wtedy sprawa naprawdę wymknie się spod kontroli.

2

Dobiegła do Kloofnek Road i zatrzymała się na chwilę, niezdecydowana. Chciała odpocząć, złapać oddech i opanować przerażenie. Musiała podjąć decyzję: czy skręcić w prawo i oddalić się od miasta, czy w lewo, mniej więcej w stronę, z której przybiegła. Instynkt podpowiadał jej, żeby biec w prawo, ku, jak informował drogowskaz, Camps Bay, jak najdalej stąd, jak najdalej od pogoni, od wypadków tej nocy.

Ale tego właśnie będą się spodziewać, a ona znajdzie się na nieznanym terenie, daleko od Erin. Dlatego już bez dalszych rozważań skręciła w lewo. Sportowe buty głośno uderzały o asfalt schodzącej w dół ulicy. Przebiegła około czterystu metrów, trzymając się lewej strony dwupasmowej jezdni, a potem skręciła w prawo na kamieniste zbocze, i dalej przez kawałek veldu ku normalności Higgo Road, terenów mieszkalnych położonych wysoko na stoku, gdzie stały duże drogie domy, otoczone gęsto zarośniętymi ogrodami i ukryte za wysokimi murami. Miała nadzieję, że znajdzie tam kogoś, kto jej pomoże, kto zaoferuje jej schronienie, kto ją obroni.

Wszystkie bramy okazały się zamknięte. Domy przypominały twierdze, a o tej porze, tak wcześnie, ulice były zupełnie wymarłe. Droga wiła się po stromym stoku w górę. Mięśnie nóg dziewczyny zaczęły odmawiać współpracy. Nagle po prawej stronie zobaczyła otwartą bramę. Całe jej ciało krzyczało o odpoczynek. Obejrzała się przez ramię, ale nie dostrzegła pogoni, więc zanurkowała w bramę, za którą znajdował się krótki stromy podjazd, garaż i wiata na samochód. Po prawej widziała gęste zarośla, rosnące pod wysokim murem, po lewej dom ogrodzony wysokim stalowym płotem. Furtka była zamknięta. Dziewczyna wczołgała się głęboko w krzaki, pod sam mur. Nie było jej tu widać z ulicy.

Padła na kolana, oparta plecakiem o mur, opuściła głowę, przymknęła oczy. Potem osunęła się w dół, aż usiadła płasko na ziemi. Wiedziała, że wilgotne cegły i gnijące liście pobrudzą jej niebieskie dżinsowe szorty, ale nie obchodziło jej to zupełnie. Chciała chwilę odpocząć.

Nagle jej umysł odtworzył scenę, która wdrukowała się w jej pamięć ponad sześć godzin temu. Zadrżała pod wpływem wstrząsu, otworzyła gwałtownie oczy. Nie mogła teraz o tym myśleć. To było zbyt… po prostu nie mogła. Przez ciemne liście i wielkie jaskrawoczerwone kwiaty widziała samochód stojący pod wiatą. Skupiła się na nim. Miał niezwykły kształt, był błyszczący i elegancki, ale nie nowy. Jaka to marka? Próbowała to odgadnąć, żeby oderwać myśli od przerażającej rzeczywistości. Stopniowo jej oddech się uspokoił. Czuła ogromne wyczerpanie, ale starała się go do siebie nie dopuszczać. Na ten luksus nie mogła sobie pozwolić.

O 6.27 usłyszała, jak ktoś biegnie ulicą; więcej niż jedna osoba, od strony, z której przybiegła. Serce znów zaczęło jej walić jak oszalałe.

Usłyszała głosy nawołujące się w języku, którego nie rozumiała. Kroki zwolniły, ucichły. Pochyliła się lekko do przodu, szukając prześwitu między listowiem i spojrzała w otwartą bramę. Ktoś tam stał. Chyba czarny mężczyzna.

Zamarła.

Mężczyzna wszedł za bramę, poruszał się cicho w butach na gumowych podeszwach. Wiedziała, że rozważa, gdzie mogła się ukryć. W domu? W samochodzie pod wiatą?

Nagle niewyraźny kształt jakby się przepołowił. Czyżby się pochylił, żeby zajrzeć pod samochód?

Po chwili zrobił się większy. Coraz większy. Zbliżał się. Czy zauważył ją tutaj, pod murem?

– Hej!

Drgnęła, jakby ktoś uderzył ją w pierś.

Ciemna postać zaczęła się oddalać, ale bez pośpiechu.

– Czego tu szukasz? – głos dochodził od strony domu, gdzieś z góry. Ktoś zwracał się do czarnego mężczyzny.

– Niczego.

– No to spieprzaj z mojego terenu!

Cisza. Mężczyzna przez chwilę stał nieruchomo, a potem powoli, niechętnie odszedł, znikając dziewczynie z pola widzenia.

Dwaj detektywi przeszukali teren wokół kościoła, zaczynając od południowej strony, Vusi szedł od frontu, wzdłuż metalowego ogrodzenia ciągnącego się przy Long Street, Griessel od tyłu, gdzie wznosił się wysoki ceglany mur. Nie spieszył się, szedł krok za krokiem, z pochyloną głową, przeczesując wzrokiem ziemię. Zmuszał się do koncentracji na tym zadaniu, ponieważ czuł się niezręcznie, dręczyło go jakieś niejasne, nieuchwytne uczucie. Musiał się skupić na tej nagiej ziemi, na trawie pod drzewami, na asfaltowej ścieżce. Pochylał się od czasu do czasu, żeby coś podnieść, a potem trzymał to przez chwilę w palcach – kapsel od piwa, dwie zawleczki od puszek z napojami, zardzewiała metalowa podkładka, pusta plastikowa torebka.

Kiedy znalazł się na tyłach kościoła, nagle wszystkie odgłosy ulicy przycichły. Spojrzał na wieżę kościelną zwieńczoną krzyżem. Ile razy przejeżdżał tędy obojętnie? Budynek był bardzo ładny, choć Griessel nie potrafił nazwać stylu, w jakim go wzniesiono. Wokół zadbany ogród, wysokie palmy, sosny i oleandry zasadzono wiele lat temu. Przeszedł na tyły niewielkiego budynku kancelarii kościelnej. Znów usłyszał odgłosy ulicy. W północnym narożniku zatrzymał się i rozejrzał po Long Street. Tu zachował się stary Kapsztad, wiktoriańska zabudowa, większość domów była zaledwie dwukondygnacyjna, niektóre pomalowane na jasne, wesołe kolory, zapewne po to, by przyciągać młodych. Co to za uczucie mu doskwiera? Nie dotyczy wczorajszego wieczoru ani tej drugiej sprawy, o której myślenia unikał od dwóch czy trzech tygodni – Anny i powrotu do domu, tego, czy to się uda.

Chodzi o mentorowanie Vusiemu? O to, że jest na miejscu zbrodni i może patrzeć, ale nie dotykać? Nagle pojął, że to będzie dla niego trudne.

A może powinien po prostu coś zjeść?

Spojrzał na południe, w stronę skrzyżowania z Orange Street. Dochodzi siódma rano, jest wtorek i na ulicy panuje już ruch – samochody, autobusy, taksówki, skutery, piesi. Minęła połowa stycznia, wakacje się skończyły. Na chodniku gromadzili się gapie. Zjawili się też dwaj fotoreporterzy; na ramionach mieli torby z aparatami, a długie obiektywy trzymali przed sobą jak lufy pistoletów. Znał jednego z nich, był jego kumplem od kieliszka z czasów, kiedy pił. Facet pracował kiedyś dla „Cape Times”, a teraz szukał sensacji dla brukowców. Pewnego wieczoru, kiedy siedzieli w Fireman’s Arms, powiedział, że gdyby na tydzień zamknąć dziennikarzy i policjantów na wyspie Robben, padłyby wszystkie knajpy w Kapsztadzie. Zobaczył rowerzystę slalomującego z wprawą wśród samochodów. To była wyścigówka na niewiarygodnie cienkich oponach, a rowerzysta miał na sobie obcisłe czarne spodenki, jaskrawą koszulkę i buty, kask rowerowy i nawet, kurwa, rękawiczki! Wzrok detektywa podążał za rowerem aż do świateł przy skrzyżowaniu z Orange Street. Za nic nie ośmieszyłby się takim strojem. Czuł się wystarczająco głupio w tym idiotycznym kasku na głowie. W ogóle by go nie nosił, ale dostał go za darmo, razem z rowerem.

Doktor Barkhuizen, jego sponsor z Anonimowych Alkoholików, zaczął całą sprawę. Sfrustrowany Griessel zwierzył mu się, że jego pociąg do butelki wcale się nie zmniejsza. Minęły pierwsze trzy miesiące, ten tak zwany okres kryzysowy, a mimo to pragnął alkoholu równie mocno jak pierwszego dnia. Doktor wyrecytował mantrę alkoholików: „jeden dzień naraz”, ale Griessel stwierdził, że potrzebuje czegoś więcej.

– Musisz czymś odwrócić uwagę od picia. Co robisz wieczorami? – spytał wtedy doktor.

Wieczorami? Policjanci nie mają „wieczorów”. Kiedy wracał wcześniej do domu, a nie zdarzało się to często, pisał do córki, Carli, albo słuchał na komputerze jednej ze swoich czterech płyt CD i grał do wtóru na gitarze basowej.

– Wieczorami jestem zajęty.

– A rano?

– Czasami chodzę do parku, na spacer. W okolice zbiornika Molteno.

– Jak często?

– Nie wiem, od czasu do czasu. Raz w tygodniu, może rzadziej…

Problem z doktorem polegał na tym, że był elokwentny. I pełen entuzjazmu. We wszystkim. Jeden z tych pozytywnie nastawionych gości, dla których szklanka jest zawsze w połowie pełna i którzy nie spoczną, póki cię nie zainspirują.

– Jakieś pięć lat temu zacząłem jeździć na rowerze. Mam za słabe kolana, żeby biegać, ale rower oszczędza stawy. Zacząłem powoli, pięć czy sześć kilometrów dziennie. Potem złapałem bakcyla, bo to dobra zabawa. Świeże powietrze, zapachy, słońce. Czujesz równocześnie i chłód, i upał, widzisz wszystko z nowej perspektywy, a ponieważ poruszasz się we własnym tempie, masz wrażenie, że w twoim świecie panuje harmonia. Masz czas pomyśleć…

Po trzeciej przemowie doktora Benny dał się porwać jego entuzjazmowi i pod koniec października zaczął się rozglądać za rowerem. W swój zwykły sposób. Benny Griessel, łowca okazji, jak drwił z niego Fritz, jego syn. Najpierw sprawdził ceny nowych rowerów w sklepach i doszedł do dwóch wniosków: że są absurdalnie drogie i że woli przysadziste rowery górskie od tych smukłych, pedalskich wyścigówek. Potem przeszedł się po lombardach, ale mieli tam tylko poobijane rowery z Makro, które nie nadawały się do niczego, nawet kiedy były nowe. Potem przestudiował uważnie „Cape Ads” i znalazł to pieprzone ogłoszenie – kwieciście opisany Giant Alias, dwadzieścia siedem biegów, superlekka aluminiowa rama, przerzutka shimano i hamulce tarczowe, do tego gratis torba na bagażnik z narzędziami i kask. W dodatku rower miał „zaledwie miesiąc, a cena nowego egzemplarza z możliwością upgrade’u do ZD to siedem i pół tysiąca randów”. Właściciel wyjaśnił mu później, że ZD oznacza zjazdówkę. Jakby Griessel wiedział, co to znaczy. Ale pomyślał sobie, że trzy i pół tysiąca randów to jednak cholernie dobra okazja, a co właściwie kupił sobie przez ostatnie pół roku, odkąd żona wykopała go z domu? Kompletnie nic. Tylko kanapę z lombardu Mohammeda „Gorące Wargi” Faizala w Maitland. I lodówkę. I gitarę basową, którą zamierzał podarować Fritzowi na Gwiazdkę. To też była okazja od Faizala, trafił na nią we wrześniu. To wszystko. Same niezbędne rzeczy. Laptop się nie liczy, bo bez niego nie mógłby utrzymywać kontaktu z Carlą.

Potem pomyślał o Gwiazdce i tych wszystkich wydatkach, które go czekają. Stargował jeszcze dwie setki, a potem poszedł po pieniądze i kupił ten rower, i zaczął na nim jeździć. Co rano. Wkładał stare spodenki piłkarskie, podkoszulek i sandały. I ten śmieszny mały kask.

Szybko stwierdził, że mieszka w okolicy niezbyt sprzyjającej jeździe na rowerze – na stoku, w jednej czwartej wysokości Góry Stołowej. Jeśli pojechał w dół, w stronę morza, musiał wracać pod górę. Mógł jechać najpierw w górę, w stronę Kloof Nek, żeby potem wracać w dół, ale stromy podjazd na początek jazdy to było piekło. Po tygodniu omal się nie poddał, ale wtedy doktor Barkhuizen zasugerował mu metodę pięciu minut.

– Ja to robię tak, Benny. Jeśli nie mam nastroju na jazdę, mówię sobie: „Tylko pięć minut. Jeśli nie nabiorę ochoty, wrócę do domu”.

Spróbował tej metody – i ani razu nie zawrócił. Jak się już ruszyło, to jechało się dalej. I nagle, gdzieś pod koniec listopada, jazda na rowerze zmieniła się w przyjemność. Znalazł trasę, która mu się podobała. Tuż po szóstej rano jechał w dół St John’s Street, wbrew przepisom przejeżdżał przez park Company’s Garden, nim rozpoczęli pracę gorliwi strażnicy, a potem skręcał w Adderley i po drodze machał na powitanie kwiaciarzom wyładowującym towar z pick-upów w Golden Acre. Później zjeżdżał na sam dół Duncan Road, na nabrzeże, zobaczyć, jakie statki zawinęły do portu od poprzedniego ranka. Dalej jechał Waterkant do Green Point – cały czas nad morzem, aż do Sea Point. Przyglądał się górze, morzu, ludziom, biegnącym ładnym młodym kobietom o długich opalonych nogach i rozkołysanych piersiach, emerytom z determinacją oddającym się spacerom, matkom z dziećmi w wózkach i innym rowerzystom, pozdrawiającym go mimo jego prymitywnego stroju. Wreszcie zawracał i jechał z powrotem. W sumie robiło się tego szesnaście kilometrów. Dobrze się potem czuł. Był z siebie zadowolony. I z miasta – bo tak długo oglądał tylko jego podbrzusze.

I ze swoich rozsądnych zakupów. Póki na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem nie odwiedził go syn i nie powiedział, że nie ma już serca do basu.

– Gitara prowadząca to jest to. Jissie, tato, w piątek widzieliśmy Zinkplaatów i ten ich gitarzysta, Basson Laubscher, niesamowity jest, nie uwierzyłbyś. Gra zupełnie bez wysiłku. Po prostu geniusz. Takie mam marzenie.

Zinkplaat.

Nie miał pojęcia, że taka grupa w ogóle istnieje.

Griessel ukrywał przed Fritzem gitarę basową od ponad dwóch miesięcy. To miał być prezent gwiazdkowy. No i musiał znów iść do Gorących Warg Faizala, a ponieważ czasu zostało niewiele, Faizal miał tylko jedną gitarę na zbyciu, pieprzonego fendera, praktycznie nowego i koszmarnie drogiego. A ponieważ prezent dla Carli musiał być tej samej klasy, co prezent dla Fritza, finansowo Griessel znalazł się pod kreską, ponieważ Anna zmusiła go do płacenia alimentów, jakby byli po rozwodzie. Jak ona to wszystko kalkuluje, stanowiło dla niego zagadkę. Odnosił wrażenie, że go oskubuje bez litości, chociaż zarabia przecież dobrze jako asystentka w kancelarii adwokackiej. Ale kiedy poruszał ten temat, odpowiadała:

– Miałeś pieniądze na wódę, Benny, to nigdy nie był dla ciebie problem…

Znaczy wstępujemy na grunt wyższości moralnej. Ona ją miała, a on nie. Czyli musi płacić. To część jego kary.

Jednak nie to go dręczyło.

Griessel westchnął i wrócił na miejsce zbrodni. Kiedy patrzył na rosnący tłum gapiów, który trzeba będzie okiełznać, wiedział, że dręczy go coś innego.

Nie miało to nic wspólnego z jego życiem seksualnym, finansami czy tęsknotą za alkoholem. To było przeczucie. Jakby dziś miało go spotkać coś złego.

Potrząsnął głową. Nigdy nie pozwalał sobie na takie bzdury.

Policjanci z Miejskiej z zapałem pomagali przejść przez płot młodej Koloredce. Podniosła z ziemi walizeczkę, podziękowała im skinieniem głowy i podeszła do Griessela i Ndabeniego. Nie znali jej.

– Tiffany October – przedstawiła się, wyciągając małą dłoń w stronę Benny’ego. Zauważył, że ręka trzęsie się jej lekko. Nosiła okulary w cienkiej czarnej oprawce, a pod makijażem ukrywała ślady po trądziku. Była szczupła, w obszernym białym fartuchu wydawała się wręcz krucha.

– Benny Griessel. A to jest inspektor Vusumuzi Ndabeni. On prowadzi sprawę.

– Proszę mi mówić Vusi.

– Miło mi pana poznać – powiedziała i ujęła wyciąg­niętą ku niej czarną dłoń.

Popatrzyli na nią pytająco. Przez chwilę nie rozumiała, o co im chodzi.

– Jestem patologiem – wyjaśniła wreszcie.

– Jest pani nowa? – spytał Vusi po chwili krępującej ciszy.

– To mój pierwszy samodzielny przypadek. – Tiffany October uśmiechnęła się nerwowo. Długi i Gruby podeszli bliżej zaciekawieni. Podała im uprzejmie rękę na powitanie.

– Skończyliście? – zwrócił się do nich ze zniecierpliwieniem Griessel.

– Została nam ścieżka i mur – powiedział Jimmy, Gruby. Rzucił okiem na swego przysadzistego kolegę. – Benny nie należy do rannych ptaszków.

Griessel go zignorował. Wiecznie robili takie uwagi.

Tiffany October spojrzała na ciało.

– Ai – mruknęła.

Detektywi milczeli. Przyglądali się, jak otwiera walizeczkę, wyjmuje lateksowe rękawiczki i klęka przy denatce.

Vusi podszedł bliżej.

– Benny, poprosiłem fotografa, żeby zrobił zdjęcia, na których… nie widać obrażeń. Zdjęcia jej twarzy. Chcę je pokazać tutaj, na Long Street. Musimy ją zidentyfikować. I może przekazać je mediom.

Griessel kiwnął głową.

– Dobry pomysł. Ale będziesz musiał przycisnąć fotografa, żeby się pospieszył. Ci faceci mają własne tempo pracy…

– Przycisnę – Ndabeni pochylił się do patolożki. – Pani doktor, gdyby mogła mi pani podać przybliżony czas zgonu…

Tiffany October nie podniosła wzroku.

– Jeszcze za wcześnie.

Griessel zastanawiał się, gdzie się podział profesor Phil Pagel, główny patolog. Pagel obejrzałby zwłoki i natychmiast podałby im przybliżony czas zgonu; później okazałoby się, że błąd szacunku wynosi nie więcej niż trzydzieści minut. Profesor zanurzyłby palec w kałuży krwi, pomacał tu i tam ciało, wyjaśnił, że małe mięśnie pierwsze wykazują oznaki stężenia pośmiertnego i że jego zdaniem dziewczyna nie żyje od tylu a tylu godzin, co potwierdzi im później. Ale Tiffany October nie miała doświadczenia Pagela.

– Niech pani zgaduje – poprosił Griessel.

– Nie mogę, naprawdę.

Boi się popełnić błąd, pomyślał Griessel. Przysunął się do Vusiego i powiedział cicho, prosto w jego ucho, żeby patolog nie usłyszała.

– Ta dziewczyna leży tu już od pewnego czasu, Vusi. Krew jest czarna.

– Ile czasu minęło?

– Nie wiem. Cztery godziny… może więcej. Pięć.

– OK. Czyli musimy zaczynać.

Griessel kiwnął głową.

– Zdobądź szybko te zdjęcia. I porozmawiaj z Policją Miejską. Mają na ulicach kamery, na Long Street na pewno. Miejmy nadzieję, że działały dziś w nocy. Ich centrum operacyjne mieści się na Wale Street. Może coś nagrali.

– Dzięki, Benny.

Zasnęła, oparta o mur, za krzakami.

Chciała odpocząć, tylko chwilkę. Zamknęła oczy, oparta plecakiem o mur, z wyciągniętymi przed siebie nogami, usiłując choć na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. Wypadki tej nocy prześladowały ją jak demony. Żeby od nich uciec, pomyślała o rodzicach, o tym, która jest u nich godzina, ale obliczanie stref czasowych przekroczyło jej możliwości. Gdyby w Lafayette był wczesny ranek, jej ojciec czytałby przy stole „Journal & Courier” i kręcił głową nad komentarzami Joego Tillera, trenera drużyny Purdue. Matka byłaby jak zwykle spóźniona, jej obcasy stukałyby panicznie na schodach, na ramieniu niosłaby zniszczoną teczkę z brązowej skóry. „Jestem spóźniona, jestem spóźniona, jakim cudem znów jestem spóźniona?” – powtarzałaby, a mąż i córka wymieniliby się uśmiechami nad stołem kuchennym. Ta rutyna, ta bezpieczna przystań, rodzinny dom, wzbudziły w niej ogromną tęsknotę. Chciała do nich zadzwonić, w tej chwili, usłyszeć ich głosy, powiedzieć im, jak bardzo ich kocha. W myślach prowadziła z nimi rozmowę, a ojciec odpowiadał jej cichym spokojnym głosem, aż niepostrzeżenie zmorzył ją sen.

3

– Inspektorze! – zawołała do nich Tiffany October.

– Tak?

– Mogę spróbować trochę pozgadywać.

Griessel zastanawiał się, czy usłyszała ich rozmowę.

– Przyda nam się każda informacja.

– Myślę, że umarła tutaj, w tym miejscu. Po plamach krwi można uznać, że poderżnięto jej gardło, kiedy leżała w tej pozycji. Myślę, że napastnik powalił ją na ziemię. Nie ma rozprysków krwi, które by świadczyły o tym, że stała.

– Och. – Sam już do tego doszedł.

– A te dwie rany… – wskazała na łopatki dziewczyny.

– Tak?

– Wydaje mi się, że zadano je po śmierci.

Kiwnął głową.

– To mi wygląda na włókna… – doktor October ostrożnie wskazała okolice rany małą pęsetą. – Materiał syntetyczny, ciemnego koloru, na pewno nie z jej ubrania.

Ndabeni popatrzył na techników, którzy chodzili wzdłuż ścieżki, przez cały czas gadając.

– Jimmy! – zawołał. – Mamy tu coś dla was!

Przykucnął obok pani patolog.

– Mylę, że sprawca odciął coś z jej pleców – powiedziała. – Może plecak, no wiecie, panowie, dwa paski na ramionach.

Jimmy uklęknął obok niej. Tiffany October pokazała mu włókna. – Zaczekam, aż pan je zbierze.

– W porządku – odparł Jimmy, a Arnold zaczął wyjmować konieczne narzędzia. Ciągnęli przy tym wcześniejszą rozmowę, jakby nic im jej nie przerwało. – Mówię ci, ona nazywa się Amoré.

– Żadne Amoré, tylko Amor – zaprotestował gruby Arnold i wyjął z torby przezroczystą plastikową torebkę. Trzymał ją w pogotowiu.

– O kim rozmawiacie? – spytał Vusi.

– O żonie Joosta.

– Jakiego Joosta?

– Van der Westhuizena.

– A kto to?

– Gracz rugby.

– Był kapitanem Springboków, Vusi.

– Wolę piłkę nożną.

– W każdym razie była wyposażona – Arnold pokazał rękami wielkie piersi. Tiffany October odwróciła wzrok, wyraźnie urażona. – Po prostu stwierdzam fakt – stwierdził Arnold obronnym tonem.

Jimmy ostrożnie zebrał włókna pęsetą.

– Ona się nazywa Amoré – upierał się.

– Amor, mówię ci. Więc ten ou wchodzi do niej na scenę i…

– Jaki ou? – spytał Vusi.

– Nie wiem. Jakiś ou, który przyszedł obejrzeć jeden z jej występów. Złapał mikrofon i powiedział: „Masz najlepsze cycki w tym biznesie”, do Amor, rozumiecie, a Joost był moer in, cholernie wściekły.

– A co ona robiła na scenie? – spytał Griessel.

– Jezu, Benny, nie czytasz „You”? To piosenkarka.

– No więc Joost złapał tego ou po występie i mówi do niego: „Nie wolno ci tak mówić o mojej żonie!”, a ten ou na to: „Ale ona naprawdę ma ładne cycki” – tu Arnold wybuchnął głośnym śmiechem.

Jimmy mu zawtórował. Tiffany October ruszyła w stronę muru, wyraźnie oburzona.

– No co? – zawołał za nią niewinnie niski technik. – To przecież prawdziwa historia.

– Powinieneś był mówić „biust” – wytknął mu Jimmy.

– Ale to ten ou tak powiedział!

– A dlaczego Joost po prostu go nie klap?

– Też chciałbym to wiedzieć. Przywalił Jonahowi Lomu, aż mu zęby zadzwoniły…

– Jakiemu Jonahowi? – spytał Vusi.

– Jezu, Vusi, temu wielkiemu Nowozelandczykowi, skrzydłowemu. No wiesz, Joost potrafi zerwać skobel na bramie, jak jest wkurwiony, na boisku to diabeł wcielony, ale nie przyłożył facetowi, który gadał o… biuście jego żony.

– Zastanów się, jak by się z tego wykręcił przed sędzią pokoju? Wystarczyłoby, żeby prawnik tego gościa wyciągnął parę magazynów „You” i powiedział: „Panie sędzio, proszę spojrzeć, na każdym zdjęciu żona tego pana pokazuje bufory, wielkie jak z Tittendale do Naval Hill”. Więc co w tym dziwnego, że faceci gadają o buforach jego żony, jakby należała do nich?

– Racja. Ale powtarzam ci, ona nazywa się Amor.

– Nigdy w życiu.

– Mylisz ją z Amoré Bekker, didżejką.

– Nic podobnego. Ale powiem ci jedno: nie pozwoliłbym żonie tak się obnosić.

– Twoja żona nie ma najlepszych cycków w tym biznesie. Jak takie masz, to się z nimi obnosisz.

– Skończyliście? – spytał Benny.

– Musimy dokończyć ścieżkę i zrobić mur – odparł Jimmy i wstał. Vusi wezwał fotografa.

– Jak szybko mogę mieć zdjęcia jej twarzy?

Młody, kędzierzawy fotograf tylko wzruszył ramionami.

– Zobaczę, co się da zrobić.

Powiedz mu, że tego nie kupujesz, pomyślał Griessel. Ale Vusi tylko pokiwał głową.

– Nie – zaprotestował Griessel. – Musimy je mieć przed ósmą. To nieprzekraczalny termin.

Fotograf odszedł w kierunku muru, nie kryjąc, co o nim myśli. Griessel popatrzył za nim z niesmakiem.

– Dziękuję, Benny – powiedział Vusi cicho.

– Nie możesz być zbyt miły, Vusi.

– Wiem – odparł Ndabeni, a po chwili niezręcznego milczenia dodał: – Benny, co mi umyka?

– Plecak – stwierdził Griessel cicho. – To musiał być napad rabunkowy, Vusi. Pieniądze, paszport, komórka…

Ndabeni pojął w lot jego słowa.

– Myślisz, że gdzieś porzucił plecak?

Griessel nie mógł dłużej tak sterczeć. Rozejrzał się, popatrzył na chodnik, gdzie tłum gapiów wyraźnie zaczynał wymykać się spod kontroli.

– Ja się tym zajmę, Vusi, damy tym z Miejskiej coś do roboty. – Podszedł do ogrodzenia i zawołał do mundurowych: – Kto tam dowodzi?

Popatrzyli po sobie.

– Ten chodnik należy do nas – oświadczył Kolored w imponującym mundurze składającym się głównie z dystynkcji. Co najmniej marszałek polny, pomyślał Griessel z rozbawieniem.

– Wasz?

– Właśnie.

Benny poczuł, jak wzbiera w nim złość. Nie podobała mu się cała koncepcja Policji Miejskiej, cholernych glin na pokaz, którzy zaniedbywali swoje obowiązki i praktycznie nie pokazywali się na ulicach. Powstrzymał się jednak od uwag i wskazał palcem na posterunkowego z SAPS. – Chcę, żebyś zabezpieczył chodnik, odtąd dotąd. Jeśli ludzie nie zechcą się rozejść, niech stoją po drugiej stronie ulicy.

Posterunkowy pokręcił głową.

– Nie mamy taśmy.

– To idź i ją skombinuj.

Posterunkowemu nie spodobało się, że zrzucono odpowiedzialność na niego, ale posłusznie odwrócił się i poszedł w tłum. Od lewej strony torowała sobie drogę karetka pogotowia.

– To nasz chodnik – powtórzył z uporem marszałek polny z Miejskiej.

– Pan tu dowodzi? – spytał go Benny.

– Tak.

– Jak się pan nazywa?

– Jeremy Oerson.

– I ten chodnik jest pod pańską jurysdykcją?

– Tak.

– Świetnie. W takim razie niech pan dopilnuje, żeby karetka zaparkowała tutaj. O, tutaj. A potem niech pan każe przeszukać teren w odległości sześciu przecznic od tego miejsca. Macie sprawdzić każdy kosz na śmieci, każdy zaułek, rozumie pan?

Mężczyzna rzucił mu przeciągłe spojrzenie. Zapewne zastanawiał się, co mu grozi, jeśli odmówi. Potem z kwaśną miną kiwnął głową i zaczął wydawać wrzaskliwe rozkazy swoim ludziom.

Griessel wrócił do Vusiego.

– Musicie na to spojrzeć – zawołała patolożka, znów kucająca przy ciele.

Podeszli do niej bliżej. Za pomocą pęsety wyjęła metkę spod koszulki dziewczyny.

– Broad Ripple Vintage, Indianapolis – przeczytała i spojrzała na nich wymownie.

– Co to znaczy? – spytał Vusi.

– Myślę, że to Amerykanka – odparła doktor October.

– O kurwa – jęknął Benny Griessel. – Jest pani pewna?

Tiffany October otworzyła szerzej oczy, słysząc jego język.

– W zasadzie tak.

– Kłopoty – stwierdził Ndabeni. – Duże kłopoty.

7.02 – 8.13

4

Przenikliwe krzyki służącej, które rozległy się w bibliotece wielkiego domu na Brownlow Street w Tamboerskloof, wyrwały ze snu Alexandrę Barnard.

To było surrealistyczne przebudzenie. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje, ręce i nogi miała zesztywniałe, a myśli powolne, jakby pływały w melasie. Uniosła głowę i spróbowała skupić wzrok. Ujrzała w progu pulchną kobietę, która wykrzywiała brzydko usta. W pierwszej chwili wzięła jej grymas za wstręt. A potem uszy przeszył jej znów ten krzyk.

Alexandra powoli uświadomiła sobie, że leży na plecach na perskim dywanie. Zastanawiała się, jak się tu znalazła. Sądząc po okropnym niesmaku w ustach, upiła się do nieprzytomności i spędziła całą noc na podłodze w bibliotece. Poszła za spojrzeniem Sylvii Buys. Ktoś leżał obok wielkiego obitego brązową skórą fotela, naprzeciwko niej. Podparła się na rękach, marząc o tym, żeby Sylvia przestała krzyczeć. Miała wrażenie, że piła wczoraj sama. Więc kto to jest? Usiadła prosto i z tej perspektywy rozpoznała leżącego. Adam. Jej mąż. Miał na nogach tylko jeden but, druga stopa uwięzła w zsuniętej skarpetce, jakby przerwał jej zdejmowanie. Czarne spodnie i biała koszula, pobrudzona czymś czarnym na piersi.

A potem, jakby ktoś wyostrzył obiektyw aparatu, uświadomiła sobie, że Adam jest ranny. To czarne na jego koszuli to krew. A koszula jest podarta. Alexandra przycisnęła dłonie do dywanu, żeby wstać. Była ogłupiała, oszołomiona. Na stole zauważyła butelkę i szklankę. Jej palce natrafiły na coś. Obok niej leżał pistolet. Rozpoznała go. Należał do Adama. Co on tu robił?

Podniosła się z podłogi.

– Sylvio… – zaczęła.

Koloredka nie przestawała krzyczeć.

– Sylvio!

Nagła cisza przyniosła jej wielką ulgę. Sylvia stała w progu, zasłaniając usta rękami, wbijała wzrok w pistolet.

Alexandra postąpiła ostrożnie jeden krok i znów się zatrzymała. Adam nie żył. Wskazywała na to jego rana i pozycja ciała. Jednak Alexandra nie mogła tego wszystkiego pojąć. Czy to był sen?

– Dlaczego? – spytała histerycznie Sylvia. Alexandra spojrzała na nią. – Dlaczego go pani zabiła?

Patolożka i dwóch sanitariuszy ostrożnie włożyli ciało do czarnego, zamykanego na suwak worka. Griessel siedział na kamiennym obramowaniu palmy. Vusi Ndabeni rozmawiał przez komórkę z komendantem komisariatu.

– Potrzebuję przynajmniej czterech ludzi do czarnej roboty, panie komendancie… Rozumiem, ale to jest amerykańska turystka… Tak, jesteśmy w zasadzie pewni… Zdaję sobie sprawę, oczywiście. Nie, jeszcze nic… Dziękuję, panie komendancie. Czekamy na nich.

Podszedł do Benny’ego.

– Komendant mówi, że mają dziś jakąś manifestację związkowców pod parlamentem i że może mi wysłać tylko dwóch ludzi.

– Zawsze protestują jakieś związki – stwierdził Griessel i wstał. – Pomogę ci z przesłuchaniami, póki nie dostarczą zdjęć. – Nie mógł tak siedzieć.

– Dzięki, Benny. Napijesz się kawy?

– Poślesz kogoś po nią?

– Tu niedaleko jest kawiarnia. Przyniosę szybko.

– Lepiej ja pójdę.

W poczekalni komisariatu Caledon Square kłębił się tłum ludzi, którzy przyszli złożyć skargi, ofiar, świadków i osób towarzyszących – pokłosie minionej nocy. Ponad panujący hałas wybijał się monotonny dzwonek telefonu. Dyżurna sierżant, zmęczona po dziewięciu godzinach pracy, zignorowała zaperzonego człowieka po drugiej stronie kontuaru recepcji i podniosła słuchawkę.

– Komisariat Caledon Square, sierżant Thanduxolo Nyathi przy telefonie, w czym mogę pomóc?

Cichy kobiecy głos zaszemrał coś w słuchawce.

– Musi pani mówić głośniej, nic nie słyszę.

– Chciałabym coś zgłosić.

– Tak, proszę pani?

– Ta dziewczyna…

– Tak, proszę pani?

– Dziś rano, około szóstej, na Signal Hill. Poprosiła mnie, żebym zadzwoniła na policję, ponieważ ktoś chce ją zabić.

– Chwileczkę, proszę pani – sierżant sięgnęła po formularz i wyjęła z kieszonki na piersi długopis. – Czy mogę poprosić o pani nazwisko?

– Ja tylko chciałam zawiadomić…

– Tak, wiem, proszę pani, ale potrzebne mi pani nazwisko.

– Nazywam się Sybil Gravett.

– Pani adres?

– Naprawdę nie rozumiem, co to ma do rzeczy. Spotkałam na Signal Hill dziewczynę, kiedy spacerowałam z psem.

Sierżant stłumiła westchnienie.

– I co było potem?

– Podbiegła do mnie i powiedziała, że muszę zadzwonić na policję, że ktoś chce ją zabić. I pobiegła dalej.

– Widziała pani, żeby ktoś ją gonił?

– Tak. Nadbiegli kilka minut później.

– Ilu ich było?

– No, nie liczyłam, ale przynajmniej pięciu czy sześciu.

– Może ich pani opisać?

– Byli… no… niektórzy byli biali, a niektórzy czarni. I całkiem młodzi. Zdenerwowałam się, no wie pani, tylu młodych mężczyzn goniących dziewczynę w złych zamiarach…

Drgnęła i obudziła się, kiedy ktoś na nią krzyknął. Spanikowana spróbowała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa i upadła, uderzając barkiem w mur.

– Ty pieprzona narkomanko! – Mężczyzna stał po drugiej stronie krzaków, z rękami na biodrach. To on wcześniej krzyczał przez okno.

– Proszę – załkała. Udało jej się wstać.

– Wynoś się z mojego terenu! – machnął ręką w stronę bramy. – Co jest z wami, ludzie? Żeby spać u mnie w krzakach!

Przedarła się przez zarośla. Mężczyzna, biznesmen w średnim wieku, ubrany był w ciemny garnitur. Gotował się z wściekłości.

– Bardzo pana proszę. Potrzebuję pomocy…

– Nie. Musisz dać sobie w żyłę gdzie indziej. Mam tego dość. Wynoś się!

Zaczęła płakać. Podeszła do niego.

– To nie tak, jak pan myśli. Proszę. Przyjechałam ze Stanów…

Mężczyzna złapał ją za ramię i pociągnął w stronę bramy.

– Gówno mnie obchodzi, skąd przyjechałaś – warknął, wlokąc ją za sobą. – Nie pozwolę, żebyście oddawali się tym swoim brudnym praktykom na moim terenie. – Wypchnął ją na ulicę. – A teraz spieprzaj, nim zadzwonię na policję – powiedział, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu.

– Proszę do nich zadzwonić! – zawołała za nim, szlochając gwałtownie i trzęsąc się na całym ciele. Ale on nawet się nie obejrzał. Otworzył furtkę w ogrodzeniu, zatrzas­nął ją za sobą i zniknął. – O Boże… – stała bezradnie na chodniku, zanosząc się płaczem. – O Boże! – Przez łzy rozejrzała się po ulicy, najpierw w lewo, potem w prawo. Daleko, tam gdzie ulica niknęła za zakrętem, stało ich dwóch. Odległe, czujne postacie, jedna z komórką przy uchu. Przerażona dziewczyna ruszyła w przeciwną stronę, tam skąd przyszła. Nie wiedziała, czy ją zauważyli. Trzymała się lewej strony ulicy, blisko murów posiadłości. Obejrzała się przez ramię. Już nie stali w miejscu. Biegli w jej stronę.

Ogarnęła ją rozpacz. Miała ochotę zatrzymać się, poddać się temu, co nieuniknione. Nie mogła tak dłużej, nie miała już siły. Kusiła ją taka opcja, przez chwilę wydawała jej się idealnym rozwiązaniem, i to ją spowolniło. Ale nagle przed jej oczami odtworzyła się scena z Erin i jej żyłami znów popłynęła czysta adrenalina. Pobiegła dalej, nie przestając szlochać.

Sanitariusze podawali sobie właśnie nad ogrodzeniem nosze z ciałem w worku, kiedy Griessel wrócił z kawą. Gapie zbliżyli się do żółtej taśmy, która odgradzała teraz chodnik. Griessel już dawno przestał się dziwić tej makabrycznej fascynacji śmiercią. Podał koledze styropianowy kubek.

– Dziękuję, Benny.

Zapach kawy przypomniał Griesselowi, że nie jadł jeszcze śniadania. Może nim przyjdą zdjęcia, zdążyłby wpaść do domu na śniadanie, zjeść talerz Weet-Bix? W końcu to tylko kilometr stąd. Mógłby przy okazji sprawdzić, czy Carla napisała do niego. Ponieważ wczoraj wieczorem…

Nie, nie będzie myślał o wczorajszym wieczorze.

Vusi powiedział coś w języku xhosa, czego Griessel nie zrozumiał, był to jakby okrzyk zaskoczenia. Podążył za spojrzeniem detektywa i zobaczył, jak trzech mundurowych przechodzi przez ogrodzenie. Oerson, ten, z którym Griessel starł się wcześniej, niósł niebieski plecak. Podeszli do nich, pękając z dumy.

– uNkulunkula – powiedział Vusi.

– Jezu – mruknął Benny Griessel.

– Znaleźliśmy to – wyjaśnił marszałek polny z wielką pewnością siebie i wyciągnął plecak w stronę Vusiego. Szczupły Xhosa tylko pokręcił głową i wyjął z kieszeni gumowe rękawiczki.

– No co? – zdziwił się Oerson.

– Następnym razem będzie lepiej, jeśli tylko dacie nam znać o znalezisku – powiedział Griessel opanowanym tonem. – Wtedy będziemy mogli ogrodzić teren i wezwać techników, nim ktoś dotknie dowodów.

– Leżał w bramie na Bloem Street, do cholery. Mogły go już dotykać tysiące ludzi. Poza tym w środku i tak nie ma nic interesującego.

– Otwieraliście go? – spytał Vusi, sięgając po plecak. Paski były ucięte, tak jak przewidziała młoda pani patolog.

– W środku mogła być bomba – odparł Oerson obronnym tonem.

– Dotykaliście tych rzeczy? – upewnił się Vusi, wyjmując saszetkę. Przykucnął, żeby ułożyć zawartość plecaka na asfaltowej ścieżce.

– Nie – zaprzeczył Oerson, ale Griessel był pewien, że kłamie.

Vusi wyjął z plecaka serwetkę z fast foodu Steers, małą figurkę hipopotama z ciemnego drewna, białą plastikową łyżeczkę i czołówkę marki Petzl.

– To wszystko?

– To wszystko – przytaknął Oerson.

– Czy możecie coś dla mnie zrobić?

Milczeli.

– Czy możecie wrócić w tamto miejsce i sprawdzić, czy nic nie zostało? Może ktoś coś wyrzucił? Cokolwiek. Potrzebne jest mi coś, co pozwoliłoby mi ją zidentyfikować. Paszport, prawo jazdy…

Oerson nie wykazał zapału.

– Nie możemy wam pomagać przez cały dzień.

– Wiem – odparł Vusi cicho i spokojnie. – Ale byłbym wdzięczny, gdybyście mogli zrobić dla mnie to jedno. Proszę.

– Dobra, wezwę więcej ludzi – mruknął Oerson. Odwrócił się i przelazł z powrotem przez ogrodzenie.

Palce Vusiego badały ostrożnie małe kieszenie po bokach plecaka. Pierwsza była pusta. Wyciągnął coś z dna drugiej – zielona tekturowa wizytówka z czarno-żółtym logo: Hodson’s Bay Company. Poniżej mniejszymi literami: „rowery, siłownia, turystyka piesza, sprzęt wspinaczkowy i profesjonalne stroje sportowe, wszystkie rozmiary i przedziały wiekowe”. I adres: 360 Brown Street, Levee Plaza, West Lafayette, IN 47906. Oraz dwa numery telefonów. Xhosa przyjrzał się wizytówce, a potem podał ją Griesselowi.

– IN oznacza chyba Indianę.

– West Lafayette? – przeczytał Griessel z powątpiewaniem.

– Zapewne jakieś małe miasteczko – powiedział Vusi. – Nigdy o nim nie słyszałem.

– Prześlij im zdjęcie faksem, Vusi. Może będą potrafili ją zidentyfikować.

– Świetny pomysł.

W kieszeni Griessela rozdzwoniła się przenikliwie komórka. Wyjął ją i odebrał połączenie.

– Griessel.

– Benny, mówi Mavis. Dzwonił inspektor Fransman Dekker. Kazał ci przekazać, że ma morderstwo, w Tamboerskloof, Brownlow Street czterdzieści siedem, jeśli chcesz mu mentorować.

– Jeśli chcę?

– Tak się wyraził. Nerwowy człowiek, trochę windgat.

– Dzięki, Mavis. Brownlow czterdzieści siedem?

– Tak.

– Już jadę. – Rozłączył się i spojrzał na Vusiego. – Kolejne morderstwo. W Tamboerskloof. Przepraszam, Vusi, ale…

– Nie ma sprawy. Zadzwonię do ciebie, jeśli coś znajdziemy.

Griessel ruszył w stronę ogrodzenia.

– Benny? – zawołał za nim Ndabeni.

Griessel odwrócił się. Vusi podszedł do niego.

– Chciałem cię zapytać… no wiesz… hm…

– Pytaj, Vusi.

– Ta pani patolog… Ona… Myślisz, że lekarka Koloredka umówiłaby się z czarnym gliną?

Przez chwilę Griessel nie rozumiał, o co chodzi.

– Eee… pytasz niewłaściwego faceta, Vusi, ale tak, czemu nie? Musisz spróbować. Tylko w ten sposób się przekonasz.

– Dzięki, Benny.

Griessel wspiął się na ogrodzenie. Przy bramie stał wysoki, ponury mężczyzna, wyraźnie zaniepokojony. Otwierał kłódkę. Przyjechał pastor, pomyślał Benny. A może luteranie nazywają jakoś inaczej swoich kapłanów?

5

Ruch na ulicach był już duży, więc przez piętnaście minut dojechał ledwie do Buitengracht. Samochody zderzak w zderzak wspinały się powoli w górę Buitensingel. Griessel dopił resztkę słodkiej kawy. Musi mu wystarczyć, póki nie będzie miał okazji zjeść śniadania. Szkoda, że nie może sprawdzić, czy przyszedł mejl od Carli. Będzie z tym musiał zaczekać do wieczora. Przez tego przeklętego laptopa przez tydzień nie miał dostępu do sieci, więc może zaczekać jeszcze kilka godzin. Carla zrozumie – od początku miał kłopoty z tym draństwem. Skąd miał wiedzieć, że są na świecie laptopy bez wbudowanego modemu? Kupił ten komputer za śmiesznie niską cenę na policyjnej aukcji przedmiotów pochodzących z kradzieży, po które nikt się nie zgłosił. Kiedy Carla wyjechała do Londynu, musiał mieć z nią jakąś łączność – ze swoją Carlą, która chciała „za granicą poukładać sobie wszystko w głowie”, nim zdecyduje, co zrobi z resztą swojego życia.

Pięćset randów kosztowało go podłączenie laptopa do sieci. Musiał dokupić cholerny modem i załatwić sobie dostęp do internetu. Potem przez trzy bite godziny konfigurował dostęp, wisząc na infolinii pomocy technicznej, a jeszcze potem przekonał się, że Microsoft Outlook Express to instalacyjny koszmar. Przedarcie się przez tę dżunglę opcji wymagało kolejnej godziny wiszenia na telefonie, ale wreszcie udało mu się wysłać do Carli mejl tej treści:

To ja, jak się miewasz? Tęsknię za Tobą i martwię się o Ciebie. W „Burger” pisali, że południowoafrykańska młodzież w Londynie upija się i wywołuje burdy. Nie pozwól, żeby ktoś Cię namówił.

Przy okazji przekonał się też, że Outlook nie obsługuje afrykanerskich znaków.

Kochany Tato,

dostałam pracę w hotelu Gloucester Terrace koło Marble Arch. To bardzo ładna dzielnica Londynu, w pobliżu Hyde Parku. Jestem sprzątaczką. Pracuję od dziesiątej rano do dziesiątej wieczorem, sześć dni w tygodniu. Poniedziałki mam wolne. Nie wiem, jak długo zdołam tak pracować, to nie jest szczególnie przyjemna praca i niezbyt dobrze płatna, ale przynajmniej mam jakąś pracę. Inne dziewczyny to same Polki. Jak im powiedziałam, że przyjechałam z Afryki Południowej, zdziwiły się i powiedziały: „Ale przecież jesteś biała!”.

Tato, przecież wiesz, że nigdy nie będę piła…

Kiedy przeczytał te słowa, ścisnęło mu się serce. To wszystko jego wina. Carla nigdy nie sięgnie po alkohol, ponieważ jej ojciec jest alkoholikiem i doprowadził do rozpadu rodziny. Może i był trzeźwy od stu pięćdziesięciu sześciu dni, ale nigdy nie zdoła wymazać przeszłości.

Nie wiedział, jak jej odpowiedzieć. Przez to nieczułe głupstwo, jakie palnął, dwa dni zajęło mu komponowanie odpowiedzi. Opowiedział jej o rowerze i o tym, że przeniesiono go do policji prowincji.

Miło wiedzieć, co robisz, Tatusiu. To dużo bardziej interesujące niż to, czym ja się zajmuję. Pracuję i śpię, i jem. Ale w poniedziałek byłam w pałacu Buckingham…

Wkrótce ustalił się rytm, który odpowiadał im obojgu: dwa mejle tygodniowo, cztery lub pięć prostych akapitów. Coraz bardziej ich wyczekiwał – zarówno ich przyjścia, jak i swoich odpowiedzi. Przez cały dzień komponował je sobie w głowie: musi powiedzieć Carli o tym albo o tamtym. Słowa dodawały wagi jego nieważnemu życiu.

Ale tydzień temu jego połączenie z internetem przestało działać. Tajemniczo i nagle, nawet magik od komputerów, który kazał mu robić na laptopie rzeczy jeszcze niedawno dla Griessela niewyobrażalne, nie umiał się przez telefon zorientować, co się stało.

– Musi pan go zanieść do sprzedawcy – brzmiała ostateczna diagnoza. Ale on nie miał pojęcia, kto jest pieprzonym sprzedawcą. Przecież to był kradziony laptop!

W piątek po południu, po pracy, wpadł na klatce schodowej na Charmaine Warson-Smith. Charmaine dawno już przekroczyła siedemdziesiątkę, a mieszkała pod sto szóstym. Miała siwe włosy upięte w kok i babciny wygląd, była bystra, życzliwa i pełna radości życia, znała wszystkich sąsiadów i wiedziała, kto się czym zajmuje.

– Jak się miewa twoja córka? – spytała.

Opowiedział jej o kłopotach z komputerem.

– Och, chyba znam kogoś, kto mógłby ci pomóc – stwierdziła.

– Kogo?

– Daj mi dzień czy dwa.

Wczoraj, w poniedziałek wieczorem, o wpół do szóstej, kiedy właśnie prasował sobie ubrania w kuchni, zapukała do jego drzwi Bella.

– Ciocia Charmaine powiedziała, że powinnam spojrzeć na pański komputer.

Widywał ją wcześniej, mieszkała po drugiej stronie bloku. Młoda kobieta w nieatrakcyjnym służbowym mundurku. Miała krótkie blond włosy, okulary i zawsze wieczorami wyglądała na zmęczoną, kiedy wracała do domu, dźwigając metalową walizeczkę.

Ledwie ją poznał w innym stroju. Wyglądała ładnie. Tylko walizeczka wzbudziła jego niepokój. Miała ją przy sobie.

– Och… proszę wejść – odstawił żelazko.

– Bella van Breda – przedstawiła się. – Mieszkam pod sześćdziesiątym czwartym. – Była równie skrępowana jak on.

Szybko potrząsnął jej wyciągniętą dłonią. Drobną i miękką.

– Benny Griessel.

Bella miała na sobie dżinsy i czerwoną bluzkę, a usta pomalowała czerwoną szminką. W jej ukrytych za okularami oczach czaiła się wielka nieśmiałość. Benny po raz pierwszy zauważył, jakie ma szerokie, pełne usta.

– Ciocia Charmaine jest… – przez chwilę szukał właściwego słowa – …bardzo energiczna.

– O, tak. Ale jest świetna – Bella zauważyła laptopa, którego trzymał w otwartej kuchni, gdyż tu miał jedyny w całym mieszkaniu blat. – To ten?

– A, tak. – Włączył urządzenie. – Połączenie z internetem nagle po prostu przestało działać. Znasz się na komputerach?

Stali blisko siebie, patrząc w ekran uruchamiającego się laptopa.

– Jestem technikiem komputerowym – wyjaśniła i odstawiła walizeczkę.

– O?

– Wiem, że zdaniem większości ludzi to męski zawód.

– Nie, nie, ja… hm… dla każdego, kto rozumie komputery…

– Mam wrażenie, że rozumiem tylko komputery. Mogę? – wskazała laptopa.

– Proszę – podsunął jej stołek barowy. Usiadła.

Uświadomił sobie, że jest szczuplejsza, niż sądził. Zapewne to przez ten służbowy mundurek wydawała się grubsza. Albo przez okrągłą twarz, która zdawała się należeć do znacznie pulchniejszej kobiety.

Zbliżała się do trzydziestki. Mógłby być jej ojcem.

– Tak się łączysz z internetem? – otworzyła menu i wskazała myszką ikonę.

– Tak.

– Mogę stworzyć skrót na pulpicie?

Przez chwilę nie rozumiał, o co jej chodzi.

– Tak, oczywiście.

Przez chwilę klikała i oglądała różne okna.

– Mam wrażenie, że przypadkiem zmieniłeś numer dostępowy – zawyrokowała wreszcie. – Jest o jedną cyfrę za krótki.

– O.

– Masz gdzieś zapisany ten numer?

– Chyba tak – wyciągnął z szafki plastikową torebkę pełną dokumentów i instrukcji obsługi i zaczął przeglądać zawartość. – Tutaj – wskazał palcem.

– Świetnie. Widzisz? Brakuje ósemki, musiałeś ją skasować. Bardzo łatwo to zrobić – wpisała numer i kliknęła. Modem nagle obudził się do życia i zaczął wydawać charakterystyczne jękliwe dźwięki.

– Niech mnie szlag – powiedział z nieudawanym podziwem. Roześmiała się. Tymi ustami. Więc zapytał, czy napiłaby się kawy. Albo herbaty rooibos, którą zawsze piła Carla. – Nic więcej nie mam.

– Kawy, chętnie. Dziękuję.

Wstawił wodę.

– Jesteś detektywem – powiedziała Bella.

– Ciocia Charmaine ci mówiła? – spytał i tak zaczęła się ich rozmowa. Zapewne dlatego, że oboje mieli przed sobą perspektywę samotnego poniedziałkowego wieczoru. Bóg mu świadkiem, nie miał wobec niej żadnych zamiarów. Wiedział, że teoretycznie mógłby być jej ojcem. Ale cały czas myślał o tych jej ustach i jasnej, czystej skórze. I piersiach, które podobnie jak twarz, powinny należeć do tęższej kobiety.

Kiedy zaniósł kawę do pokoju, wywiązała się grzeczna, nieco sztywna rozmowa dwojga obcych ludzi, którzy muszą jakoś przebrnąć przez poniedziałkowy wieczór.

Dwie filiżanki kawy z cukrem i zabielaczem później Benny popełnił wielki błąd. Nic nie myśląc, wziął pierwszą lepszą płytę ze swej liczącej cztery kompakty kolekcji i włożył do odtwarzacza w komputerze, ponieważ to był jego jedyny sprzęt muzyczny, jeśli nie liczyć przenośnego odtwarzacza Sony, który działał tylko na słuchawki.

– Lubisz Lize Beekman? – spytała z zaskoczeniem Bella.

– Bardzo – odparł w przypływie szczerości.

Coś się zmieniło w jej oczach, jakby spojrzała na niego zupełnie inaczej.

Kupił tę płytę, kiedy usłyszał piosenkę Lize Beekman w radiu w samochodzie. My Suikerbos. Uderzył go jej głos, coś się w nim kryło – współczucie? Nie, raczej wrażliwość. A może była to kwestia melancholijnej muzyki? Nie wiedział, ale spodobała mu się aranżacja utworu, ta subtelna instrumentacja, i dlatego kupił płytę. Przesłuchał ją na swoim Sony, zamierzając rozpracować w myślach partie gitary basowej. Ale to tekst przyciągnął jego uwagę. A właściwie połączenie słów i muzyki z tym głosem. Słuchając jej, czuł się szczęśliwy, a równocześnie smutny. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni poczuł się w ten sposób za sprawą muzyki, kiedy czuł taką tęsknotę za czymś nieznanym. Gdy Bella van Breda spytała go, czy lubi Lize Beekman, po raz pierwszy mógł o tym komuś powiedzieć. Dlatego wyrwało mu się z uczuciem to „Bardzo”.

– Chciałabym umieć tak śpiewać – powiedziała Bella, a on nagle zrozumiał, co ma na myśli. Czuł w sobie taką samą tęsknotę, żeby śpiewać o wszelkich aspektach życia z równie głęboką mądrością i wnikliwością i… akceptacją. Żeby śpiewać o dobru i złu do takich pięknych melodii. Nigdy nie czuł w sobie podobnej akceptacji. Odrazę, owszem, ta nie odstępowała go przez całe życie. Nigdy nie potrafił wyjaśnić, dlaczego czuje odrazę do wszystkiego, a przede wszystkim do samego siebie.

– Ja też – odparł i po długiej chwili ciszy zaczęli rozmawiać. O wielu rzeczach. Bella opowiedziała mu o swoim życiu, a on jej o swojej pracy, powtórzył stare, niezawodne anegdoty o ciekawych zatrzymaniach, dziwacznych świadkach i ekscentrycznych kolegach. Bella wyznała, że chciałaby pewnego dnia założyć własną firmę, a w jej oczach zapłonął entuzjazm. Wzbudziła jego podziw, ponieważ miała marzenie. On nie miał nic, ledwie jakąś fantazję czy dwie. Takie, które trzyma się dla siebie, takie, o których myśli się, brzdąkając wieczorami na gitarze. Na przykład o tym, żeby przykuć kajdankami Theunsa Jardaana do mikrofonu i zmusić go, żeby zaśpiewał Hex-vallei, i to nie fragment ze składanki, tylko całą cholerną piosenkę. Z Antonem L’Amourem na gitarze prowadzącej i samym Bennym na basie. I żeby naprawdę dali czadu. Albo żeby choć raz spytać Schalka Jouberta, jak to możliwe, żeby grał na basie, jakby był, kurwa, podłączony prosto do jego mózgu.

Albo o tym, żeby znowu mieć własny zespół. Czteroosobowy. Żeby śpiewać stare bluesy Roberta Johnsona i Johna Lee Hookera albo takiego naprawdę starego rock’­n’rolla – Berry’ego, Domino, Ricky’ego Nelsona, wczesnego Elvisa…

Ale nie zwierzył się z tego, po prostu słuchał. Około dziesiątej Bella wstała, żeby pójść do łazienki, a kiedy wróciła, on właśnie wracał z kuchni na kanapę.

– Jeszcze kawy? – spytał.

Stali tak blisko siebie. Odwróciła wzrok, a na jej ustach błąkał się lekki, ukradkowy uśmiech, który wskazywał, że wie, co się zdarzy i że nie ma nic przeciwko temu.

Więc ją pocałował.

Siedząc w samochodzie, w pogodny letni ranek, uwięziony w korku, przypomniał sobie, że początkowo w tym pocałunku nie było pożądania, wydawał się raczej przedłużeniem rozmowy. Było w nim natomiast wiele współczucia, tęsknoty, łagodnego połączenia, zupełnie jak w muzyce Lize Beekman. Dwoje ludzi, którzy potrzebowali dotyku drugiej osoby.