Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 738 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 21 min Lektor: Marta Klubowicz

Opis ebooka Trzymaj się, Mańka! - Małgorzata Kalicińska

Małgorzata Kalicińska przekonuje, że najlepsze dopiero przed nami!

Romans, który przywraca uśmiech i wiarę w ludzi.

Marianna, lat kilkadziesiąt z lekkim plusem, nie jest specjalnie przebojowa i żadna z niej superbohaterka. Jest za to kobietą, z którą chce się przebywać i towarzyszyć jej w życiowych perypetiach. Bliską. Niemal znajomą.

Po ocknięciu się z żałoby po siostrze Lilce walczy z zalanym mieszkaniem i remontem, jednocześnie poszukuje pracy i próbuje zrozumieć fakt, że w życiu jej ojca pojawiła się nowa kobieta. Jak małe dziecko, Marianna jest o tatę zazdrosna. Sfrustrowana i samotna odnajduje radość w mailowaniu z Antonim – dawnym znajomym, teraz pracującym w Korei Południowej. By uciec od codziennego zgiełku, Mańka przyjmuje zaproszenie na krótki wypad do Korei. Nieoczekiwanie rozmawia z kobietami z różnych stron świata, które zdecydowały się żyć tak, jak chcą, i odnalazły w ten sposób szczęście. Rezultat tego „desperackiego susa” zaskakuje ją samą. Okazuje się, że najlepsze w jej życiu wcale nie minęło, a dopiero się zaczyna.

Od wydawcy:

Czy to wypada, żeby kobieta w pewnym wieku... ? Wypada, bo kto nam zabroni?! Dlatego fajna jest ta Marianna: pracuje, podejmuje ryzyko, podróżuje, kocha, zmienia swoje życie i zaczyna od nowa.

- Dorota Wellman

To ciepła, dodająca otuchy książka ze świetną męską postacią, iniczki będą prosić o adres tego pana.

- Katarzyna Miller

Opinie o ebooku Trzymaj się, Mańka! - Małgorzata Kalicińska

Fragment ebooka Trzymaj się, Mańka! - Małgorzata Kalicińska

Text copyright © by Małgorzata Kalicińska, 2017

Text copyright © by Sales Support Systems Polska Sp. z o.o., 2017

Copyright © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Opieka merytoryczna: Joanna Salak

Redakcja: Renata Bubrowiecka

Korekta: Marzena Kłos, Maria Talar

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcia na okładce: GaudiLab/Shutterstock, Kinga/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-278-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

No!

Czuję się, jakbym wytrzeźwiała, jakbym się nagle wybudziła z komy i dowiedziała, że minęło milion lat. Może nie milion, ale kilka miesięcy mi uciekło, to pewne. Prawie rok. Teraz mam „kupę balu, panno Lalu” i nie pora na zasypianie, zapomnienie i dziwaczną malignę, w której się bezpiecznie schowałam po śmierci Lili. Kiedy Mirek zabrał specjalne łóżko, które wypożyczył na czas choroby, Gala sprzątnęła dom i wyszorowała go tak, że zapachy biologiczne i przykre prawie znikły, zamknęłam za nimi drzwi, wyjęłam wtyczkę z laptopa i tym samym sama się odłączyłam od świata. Chciałam odpocząć, wyciszyć się, oczyścić z emocji wysysających mnie od jakiegoś czasu. I zapadłam w ten swój bezpieczny pół­letarg.

***

A teraz mam mokre stopy, podłogi pokrywają już brzuchate wydmy, mokro wszędzie, ślisko wszędzie, a jeszcze nade mną wisi kilka ton wody w betonowym suficie. Tynk już odpada, strumyczki ciekną sobie po cichu koło scindapsusa zgodnie z grawitacją… Najgorsze jest to, że winnych nie ma. Wyjechali i nie mają pojęcia, co narobili sobie i mnie.

– Muchas gracias, wy cholerni debile! – wrzasnęłam do sufitu.

A może właśnie to jest najlepsze? Może to przywróciło mnie do życia? Tylko po co?

Tak czy inaczej, trzeba coś robić, wymyślić, działać. Nie dam rady chodzić po tych wydmach. Szkoda klepek, takie stare, dębowe, tyle lat było mi z nimi dobrze! I co teraz? Gieniu natychmiast by się tu pojawił i zarządził, co trzeba! Już by mnie pakował, wycieralibyśmy książki i lampy, a potem dałby mi walizkę, wyprawił do ojca, a resztą sam by się zajął. On to lubił! Jutro byłaby ekipa remontowa i pani od ubezpieczeń, jego robocze spodnie i koszula flanelowa, i słowa: „Ja to załatwię. Tylko spływaj mi stąd, Marian!”.

***

Sąsiedzi z góry wreszcie wrócili. Przepraszali oczywiście, co przyjęłam kwaśno i bez entuzjazmu. Wprowadzili się niedawno i ich wycacane mieszkanie też jest do remontu, choć właściwie tylko podłogi, może troszkę meble, ale oni mają jakieś takie metalowe meble i łóżka, więc strat mało. Panele tylko do wymiany.

Młoda lady przyszła obejrzeć straty u mnie, sama też pojękując, co to jej się zepsuło, zalało, zniszczyło. Ale nie chciało mi się jej słuchać. Nie muszę z niej zdejmować poczucia winy, choć też obarczanie jej winą za pękniętą rurkę… Byłam wkurzona i zniecierpliwiona, bo nagle w moje ciche życie, prowadzone na jałowym biegu, chlus­nęła woda i spowodowała równie niemiłe przebudzenie jak w zasikanej pościeli.

– Szczęście, że to nie zima, prawda? – westchnęła, szukając pocieszenia, i poszła do siebie.

Nie chce mi się jej współczuć.

– Włodek, prawda, że nie muszę? – pytam mojego anioła Włodzimierza, który zapewne krąży tu nade mną i pali niebieskiego e-papie­rosa.

– Jasne, mała – mówi, siadając na szafie. – To nie twoja sprawa zamartwiać się innymi. Masz prawo do wkurwu! I tak jesteś grzeczna, bo inna by się wydarła, żeby spuścić sobie emocje, a ty milczysz jak jakaś durnowata święta.

– Daj spokój, a co by to dało, gdybym się wściekła? – pytam go.

– No właśnie twojej złości oczekuję od miesięcy! Jakiegoś otrząś­nięcia się z tej twojej cichej histerii.

– Histerii?! Włodek, to nie histeria. To była taka…

Nie wiem, co to było. Nie kontynuuję mojej wyimaginowanej rozmowy z Włodeczkiem. Niech sobie odfruwa w spokoju. Mam teraz inne problemy na głowie niż analizowanie tego, czemu na kilka miesięcy zamknęłam się w kokonie.

– Oto jak nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi – zacytowałam Boya i zaczęłam się zastanawiać, za co ja mam się wziąć najpierw. Za mop, za telefon do kogoś pomocnego, za pakowanie? Muszę mieć kogoś do pomocy! Sama nie dam rady.

– Mirek? Cześć, czy mógłbyś….

Rozmowa z moim byłym mężem sprawiała, że coraz bardziej się prostowałam. Mirek nie może mi pomóc, ma zaraz trudny zabieg. Mam znaleźć w necie jakąś firmę, która pomoże.

– Marianna, to nie jest trudne! – rzucił zniecierpliwiony tonem przygany.

Niby nie, ale gdy się spało tak długo, organizm nie jest przyzwyczajony do działań, do myślenia, szukania i podejmowania decyzji! Zwykły telefon do Mirka to już był nie lada wyczyn! Czy on tego nie rozumie? Nie rozumie. I co dalej? Najnormalniej w świecie chciałabym zniknąć. Wiem, że istnieją gdzieś poza mną jakieś siły, ludzie, organizacje, które załatwią sprawę zalanego mieszkania, ale poszukanie ich, poproszenie o cokolwiek, wyłuszczenie problemu to nie na moje siły. Gdyby była ze mną Lila w jej dobrych latach, z mety już byłoby wszystko obdzwonione, a ona sama „przyłożyłaby mi do tyłu wektor siły”, czyli dała kopa na rozpęd, jak to kiedyś mówiłam do Grzesia, gdy jeszcze byłam młodą i wesołą matką.

Brzuchy na podłodze nie wyglądają na tymczasowe ani nie wygląda na to, że same znikną. OK, korona z głowy ląduje w koszu na śmieci, zbieram siły i… dzwonię do Juli, obecnej partnerki mojego byłego męża. Chyba zwariowałam.

– Cześć, Jula. Dzwonię, bo… wiesz… zalało mi mieszkanie, znaczy z góry sąsiedzi zalali mi, i jestem w jakimś kompletnym dole… – Milknę i nie wiem, co mam dalej mówić.

– Marianna? Cześć, miałam dzwonić. Mirek mi powiedział. Ale bałam się, że ci się będę narzucać z troską… No ale jak to zalało? A Gala?

Pokrótce opowiadam, co się stało, i informuję, że Galina od pół roku już u mnie nie pracuje, bo nie mam kasy, i że sama właściwie też nie pracuję, tylko haftuję jakieś durnotki na umowy-zlecenie. A miałam być przecież bogatą freelancerką. Fakt, że stare kontakty Włodzimierza dały mi jakieś możliwości i czasem mam telefon z prośbą o jakiś materiał, wywiad. Ale mało tego. Po­woli przejadam oszczędności. Nie ma dla mnie nigdzie etatu. Jestem stara, znam swoje prawa, jest, jak jest… Opowiadam Juli o wydętej podłodze, o zlanych ścianach. Jula współczuje i mówi, że za chwilę oddzwoni. Ma pomysł! Celowo nie dzwonię do ojca. Dzieli nas trzydzieści kilometrów. Co on mi pomoże? Jest stary i to nie jest na jego siły. Ale mogę faktycznie zrobić to, czego domagałby się wujek Gienio: pojechać do taty, jakby tu zaczął się remont.

Jula:

– Marianna? No to pisz. Firma nazywa się Faceci z Wenus.

– Oszalałaś? Nie pomyliły ci się adresy? Ja chcę…

– Uspokój się! To faceci do wszelkich poruczeń! Remonty, przeprowadzki, niesprawny samochód, chory pies, czwarty do brydża… Nigdy nie słyszałaś? Zapisz telefon i zadzwoń bez obaw. Pomogą. A może przyjechać? Wiesz, że nie biegam jeszcze maratonów, ale…

– No właśnie, Jula, a jak biodro po Zurychu? – pytam kurtuazyjnie, bo już się czuję zmęczona tymi dzisiejszymi telefonami i faktem, że mam dzwonić po kolejną pomoc do obcych.

Biodro i Jula mają się dobrze, rehabilitacja w toku, pytania o mnie, jak tam, co tam, i w ogóle miło się rozmawia… Kiedyś może bym była rozmowna, ale teraz męczy mnie ta aktywność, chociaż… dziwne, mimo to rozmawiam! To już kolejny telefon, a ja gadam! OK. Rzutem na taśmę dzwonię do PZU, i tych tam, z Wenus!

Wenus

Powoli dociera do mnie ogrom zniszczeń. Zaczynam się obawiać nawet o meble w kuchni, bo wiem, że cokoły są z płyty paździerzowej i na bank się rozejdą. Jedynym ucieszonym z tej nagłej kąpieli jest scindapsus. Przykro mi, że właściwie nie mam do kogo dzwonić o pomoc. Czekam na kosmitę z Wenus, potykając się o klepki, spod których widać beton i smołę sprzed lat. Ogarniam ogrom zniszczeń i klnę bardzo, bardzo brzydko. Włodek byłby dumny!

Dzwonek do drzwi. Próbuję otworzyć, ale podłoga już się uniosła i lekko nie jest, drzwi się blokują.

– Pan z Wenus? – pytam z nadzieją w głosie.

– Nie, ja z PZU – odpowiada mężczyzna z dziwnym uśmiechem i wciska się przez szparę w drzwiach, zaproszony do środka.

Racja! Likwidator! Polisa! Odszkodowanie! W mózgu zapalają mi się kolejne napisy. Dzwoniłam wszak. Tak? Dzwoniłam?! Jaka ja bywam doprawy zaskakująca!

Oprowadzam go po tym dramacie. Woda jeszcze chlupie pod klepkami, kapie.

– Proszę! Niech pan zobaczy, jaka rujnacja, a to stara… zabytkowa podłoga! – Usiłuję podbić cenę strat.

– No, bez przesady. Stara tak, zabytkowa nie.

– Z czasów… głębokiego PRL-u!

Facet zmroził mnie spojrzeniem i zatrzymał się w pokoju. Notował, pytał o mój cudny regał na książki. Przeleciał palcem, stwierdzając wodę między lampą a posążkiem Buddy. Poszedł do kuchni, łazienki, saloniku i gabinetu, i do byłego pokoju pani Mieci.

– A tu sucho?

– Tak to inny pion. Tu się nie lało wcale.

– Aha. Wycenę szkód wyślę pani na dniach pocztą i na maila. Ma pani maila?

Poszedł. Nie był wcale komunikatywny, współczujący, chociaż się starałam dramatyzować ile wlazło. Po kilkunastu minutach pukanie.

– Dzwonek działa! – mówię, uchylając drzwi. – Pan z Wenus?

– Tak. Dzwonek jest elektryczny, lepiej go odłączyć. Cud, że jeszcze nie ma spięcia! – uświadamia mi.

Znów próbuję mu otworzyć, ale podłoga puchnie chyba z minuty na minutę, bo już niemal blokuje drzwi, więc traktuję je siłą. Wciskam się w szparę i popycham z bodiczka, mężczyzna zaś ciś­nie mocno. Wchodzi i od razu sugeruje usunięcie kilku klepek, bo nas tu może kompletnie zablokować. Nożem z kuchni wyjmuje deszczułkę. Cholera jasna, co za rujnacja! Chodzi jak bocian, wysoko stawiając nogi, choć kałuż właściwie nie ma. Elegancki, pachnący i nieco wyniosły, rozgląda się w koło i pyta mnie, co się jeszcze stało, jakby niczego nie widział. Łazi i zagląda wszędzie, patrząc na mnie z coraz większym współczuciem. Notuje.

– Wiem, wiem – mówię. – Źle to wygląda, ale proszę mi powiedzieć, co ja mam robić.

– Pani?! – pyta niemal rozbawiony. – Pani niech pozbiera rzeczy cenne i osobiste, przepraszam… a te pomieszczenia są suche? – zmienia temat, wchodząc do byłego saloniku pani Mieci, drugiej łazienki, garderoby i małego pokoiku, byłego gabinetu Mirka.

– Bo… to było inne mieszkanie, inny pion… I co dalej? – pytam.

– Dalej? Najlepiej byłoby, gdyby zostawiła nam pani klucze i wyjechała na dwa tygodnie na Majorkę.

Kocham te żarciki. Wyglądam na zamożną wariatkę?

– Dobrze. Jak najszybciej zrobię pani wycenę i zakres prac. Dobrze byłoby, gdyby pani faktycznie dała się…

– …wyprosić z domu? Chyba ma pan rację. OK, wyjadę, ale będę koło Otwocka, no bo zapewne będę potrzebna. Kiedy pan mnie zawiadomi o kosztach, zakresie i terminie? – Odprowadzam go do drzwi, które współpracują niechętnie. – I niech mnie pan nie zrujnuje, bo ja nie śpię na dolarach.

Puszcza tę uwagę mimo uszu. Pewnie, zadzwoniłam, a to znaczy, że liczę się z tym, że to firma, a nie Timur i его команда czy tam zastęp Niewidzialnej Ręki.

– Ma pani łapkę? – pyta.

– Na myszy? – odpowiadam głupkowato.

– Taką do podważania. Zresztą zaraz, proszę mi pomóc.

Mężczyzna dał radę jakoś otworzyć drzwi na tyle, żeby się wymknąć. Wrócił po kilku minutach z małym łomem wygiętym w rozlazłe S.

– To jest łapka! – wyjaśnił.

Powyjmował większość klepek z podłogi w przedpokoju i ułożył w ładny stosik. Mogłam teraz swobodnie zamykać i otwierać drzwi. Tylko co mam zrobić z tymi mokrymi deszczułkami?

***

Następnego dnia wstałam wreszcie wypoczęta, bo przez ostatnie miesiące spałam paskudnie, nerwowo i ciężko. Nie mogłam zasnąć i tłukłam się wieczorami albo drzemałam w ciągu dnia i wtedy już wcale w nocy nie czułam się senna. A noc jednak jest bardziej od spania niż czuwania, więc piłam piwo na sen, potem drugie, koniak… Żeby tylko przysnąć, pokimać. Nie pracując i łażąc tak z kąta w kąt, czułam wciąż okropne zmęczenie i chyba przesadzałam z alko­holem. Na pewno przesadzałam. Ale kogo to? Co komu do tego? Teraz najwidoczniej organizm spracował się solidnie sprzątaniem i przenoszeniem i usypiacze nie były mu potrzebne. Wypiłam wodę mineralną i sok jabłkowy i… zasnęłam jak dziecko! Pierwszy raz od dawna.

Obudziłam się jak dziarski harcerz. Zamazany obraz życia prysł! Trzeba się zabrać za ten remont, ogarnąć to wszystko, a najbardziej siebie. Spakować się i… co on mówił? Cenne rzeczy? Nie mam cennych rzeczy. Pojadę do ojca na ten czas. No bo dokąd?

Wycena powaliła mnie na kolana. Choroba Lilki i moje długaśne wakacje szarpnęły moimi zaskórniakami. Gdy im zapłacę, nie zostanie mi nic! Stałej pracy nie mam. Kurczę, co robić? Grzesiek miał rację, hucząc na mnie. Mirek też dzwonił i delikatnie zahaczał o to, ale go goniłam w cholerę. Nie mam wyjścia. Albo mogę wziąć jakąś tańszą firmę… W sensie: męża dozorczyni. Za dużo jednak o nim wiem, żeby go zatrudniać. Zaufam tym kosmitom i niech mi robią mieszkanie na cacy!

I tak się zbierałam od dwóch lat, żeby tu wszystko nieco odświeżyć.

***

W ramach powrotu do żywych sięgnęłam po laptop i stojąc przy parapecie, pozamiatałam w zaległej korespondencji.

Jedyna jakaś w miarę bliska mi dusza to Antek, więc wyprzepraszałam go za długie milczenie i zakończyłam:

(…) no i Antku, tak to właśnie wygląda. Życie zapukało do mnie dość brutalnie, choć oczywiście wygodniej byłoby nadal użalać się nad sobą, udając, że to odejście Lili mną tak szarpnęło, a de facto to wszystko, co mnie spotkało, przydusiło z mocą słonia. Jej choroba i śmierć, owszem, ale i śmierć Gienia, Włodka i fakt, że Marcin odjechał w siną dal jak jakiś aferzysta, nie walcząc o mnie. Moje kolorowe czasopismo padło, żadne inne się o mnie nie dopomina, rynek jest już wypełniony nikomu niepotrzebnymi dziennikarkami. Jestem na jakimś cholernym zakręcie i chyba mnie to przerosło. Jeśli Ci przykro, że nie odpisywałam na twoje maile, to przepraszam i wybacz. Albo nie odpisuj, bo po licho Ci korespondencja z rozregulowaną babą. Zrozumiem.

M.

Wsadziłam wtyczkę od komputera do prądu, bo wył z powodu pustych baterii. Własną życiową wtyczkę też bym gdzieś włożyła i naładowała się. Trzeba żyć.

Pakuję się: szmatki, bielizna na zmianę, laptop, portret Lilki, zdjęcia mamy, Gieniusia i Tadzia, mojego wnuka, z rodzicami – i jadę do taty. Najpierw jednak przyjechał Mister Wenus z kolegą i pudłami, żeby popakować moje książki, płyty i inne rzeczy na czas remontu. Jak robot! Niby krępy, nawet powiem: grubasek, a śmiga, nie pytając mnie, tylko pakując i opisując kartony. Ja robiłabym to miesiąc, oglądając każdą rzecz, i album ze zdjęciami, i filiżankę od ciotki Jadwigi. Zaraz też przyjedzie pan od malowania ścian z wzornikiem kolorów farb znanej firmy; i omówimy podłogi. Co ja chcę? Na powrót klepkę? Panele? Drewno czy ceramikę? Jechać do miasta?! Oglądać materiały?! Nie, nigdzie nie pojadę. Wiem, czym to się skończy, bo jest tego za dużo! Chcę po amerykańsku – garść informacji, kolor, faktura, materiał i do zobaczenia!

Tak, wiem, będę musiała czasem wpaść… Tak, kosztorys zatwierdzam z gulą w gardle. TYLE pieniędzy!!! Faktycznie przyjechał kolejny pan z próbkami, katalogami podłóg i wzornikiem farb do ścian i sufitów. Nazwy kolorów ocierają się o kabaret. Fantazja z awokado, Mgła nad jeziorem, Puszysty śnieg, Deszcz o poranku, Marokańska bransoletka, Tańcząca Masajka i Świeże mango… Poeta im to układał. Nie podjęłam ostatecznych decyzji – jeszcze mam chwilkę.

Chyba potraktowałam pana obcesowo, bo nie bardzo miałam ochotę na deliberowanie, jakie mają być panele, a jakie ściany. Poszłam po taniości. Choć tu zaoszczędzę.

Jadę zapakowana troskliwie do samochodu wraz z moimi larami i penatami. Zostałam wyekspediowana jak jakaś ich stryjenka. No, miła firma, doprawdy! Ze schodów to ja tylko torebkę zniosłam. Resztę panowie tak ułożyli w samochodzie, że jeszcze zmieściłabym scindapsusa. Ale obiecali, że mu nawet listek nie opadnie!

U taty

Szosa Lubelska zapchana jak zawsze. Drażni mnie to. Odwykłam? Może tak… Muzyka w radiu też nie pomaga. Może Dwójka? O, tak! Poproszę o spokojną muzykę, bo życie mnie wkurza i na razie za nim nie nadążam! Rachmaninow? No… może być! Nareszcie zaczynam czuć, że jest lato. Widzę zieloność łąk i lasów, chociaż Lubelska jest załadowana przy drodze hurtowniami, stacjami benzynowymi i Bóg wie czym jeszcze. Zaraz zjadę do nas za mostek i jak zwykle tam uspokoję się, wyluzuję.

Bardzo się tu zmieniło od czasów, gdy mama nazwała to miejsce Zamościem. Taka to była dziura! A teraz to dość znane rejony, bo gdy się minie tatę i pojedzie dalej wiejską drogą przy Świdrze, dojedzie się do Kopek, które stały się dla kilku osób ze świata sceny łakomym kąskiem, oazą ciszy i spokoju dla wybranych. Miesz­kali tu i mieszkają Artyści, a nie rolnicy jak tatko i Kobyliński. Czyli nie tylko rodzice odkryli czar tego miejsca.

Tatko czeka przy otwartej bramie i zaprasza gestem, machając mi z daleka. Mój kochany! Bieluśkie włosy, jakby mniej przygarbiony niż zazwyczaj, koszula w czerwono-zieloną kratę – jaka twarzowa! No piękny jest!

– Cześć, przystojny panie! – Przytulam go naprawdę bardzo stęsk­niona. Pachnie dobrą wodą kolońską i wiatrem.

– Cześć, Baranku. No nareszcie! Myślałem, że się obraziłaś!

– Na ciebie?

– Na życie! Chodź, chodź! Mam znakomitą zupę z jabłek i lubczyku.

– Już się boję – jęknęłam.

Jest jak dawniej. Ojciec robi sobie przerwę, bo przyjechałam. Daje mi zupę w altanie. Niesie parujący garnek, choć jest ciepło, a ja w samochodzie nie włączałam klimatyzacji i jestem spocona. W alta­nie jest cień. Cała jest porośnięta clematisem, który kwitnie na intensywnie fioletowo. Wkoło mniszek wielkimi kępami z żółtymi półpomponami kwiatów. Co za połączenie! Na stole oczywiście cerata, bo ojciec nie lubi jadać na surowym drewnie. Pewnie kupiła mu na targu córka Kobylińskiego, bo to cerata imitująca koronki. Jak mi tu dobrze! Zupa dziwna, przecierana z warzyw, z wyraźnym aromatem jabłek i posypana obficie tuż przed zdjęciem z ognia lubczykiem i pietruszką z koprem. Do tego ziemniaki z patelni odsmażane na maśle.

– Chcesz śmietany?

– Tatku, nie! Skąd taka zupa?

– A bo ja czasem oglądam tę śliczną panią w telewizji. Ona się pięknie uśmiecha i ma świetne pomysły. I to chyba jej przepis. Albo może tego chłopaka? Nie pamiętam. Ale pyszna jest! Ziemniaki, kwaśne jabłka, seler, biała część pora, bo wszystko ma być białe. I na koniec duuuużo lubczyku i pietruszki. No jedz, jedz. Chcesz jeszcze?

– O, nie. I tak się zatuczyłam. Zobacz! Greenpeace zabrałby mnie do morza z mety.

Ojciec nie rozumie dowcipu, więc nie tłumaczę. Uśmiecha się i widzę, jak mu się świecą oczy na mój widok. Widocznie długo czekał. Dyskretny jest.

– Baranku, no to powiedz, czemu przyjechałaś. Tylko tęskniłaś za ojcem czy jeszcze coś?

Zaprzeczam z pełnymi ustami.

– Oj, pokaż nochal. Nie wydłuża ci się?

Ojciec mnie wypytuje, a ja już teraz mogę mu spokojnie powiedzieć prawdę. O zalaniu, o podłodze, o facetach z Wenus. Dziwi się.

– …z Wenus? I co oni robią? – pyta podejrzliwy jak ja.

– Też sądziłam, że to panowie do towarzystwa, ale widzisz, nie! Kilku facetów się skrzyknęło i są pod telefonem, do wynajęcia do spraw różnych. My, kobiety, no zwłaszcza kobiety, miewamy problemy, o jak ja właśnie z zalanym mieszkaniem, z samochodem czy czymś tam innym i nie mamy, dajmy na to, męskiego ramienia na gwizdek. Mogłabym dzwonić od Annasza do Kajfasza, a oni są, wiesz, no…

– …szampon i odżywka w jednym? – puentuje mój bystrzak.

– No, właśnie. Wiesz, że nie kupuje się kota w worku. Pan przyjechał i go obmierzyłam wzrokiem, i pogadałam, i wydał mi się z sensem. No, tatku, komuś trzeba zaufać!

– Ach, Baranku… Gdyby żył nasz Eugeniusz…! – westchnął ojciec i ja westchnęłam, mówiąc jeszcze:

– Teraz Faceci z Wenus zrobią mi za naszego Gienia. A poza tym, tato, oni kompleksowo całość – podłogi, ściany, kartony… wynoszą wszystko bez mojego udziału i wołają mnie, gdy już jest na błysk!

– A ile?

– Co: ile – udaję, że nie rozumiem. – No, sporo. Ale co mam zrobić? Zadekuję się tu, u ciebie. Mogę?

Siedzimy sobie w tej altanie do wieczora i dopiero teraz widzę, czuję, że przespałam kawał czasu! Toż to lato, a ja zatrzymałam mój film jesienią.

Oganiam się od much, jest ciepło i pachnąco, mimo pory jasno, i powietrze takie miękkie. Po drewnianym starym stelażu łazi pająk kosarz na nogach rodem z obrazów Salvadora Dali. Zupełnie się nie boję kosarzy, a pozostałych pająków – bardzo. Szczególnie od czasu, gdy obudziłam się kiedyś tu, u taty, i na udzie miałam czerwony placek wielkości talerzyka, a w środku dwie dziurki! Obok dwie identyczne. „Tato, co to może być?” – zapytałam go wówczas. Nie wiedział, ale kazał spytać Kobylińskiego, który poczerwieniał po cebulki włosów, widząc moje nogi, bezwstydnie podsuwane mu pod okulary, i ledwo rzucając okiem, mruknął: „Gad ten taki, czarny… Jak to… No, krzyżak chiba!”. Nie wierzyłam mu. Takie dziury?! To jakby mnie skorpion wyssał! Wyobraziłam sobie, jak nocą czarne straszne coś łazi po mnie i wysysa moje soki jak coca-colę przez rurkę! Skandal i ohyda! I od tej pory zawsze miałam dygot na widok pająków, a te szczudlaste kosarze zupełnie mnie nie straszą! Raczej śmieszą.

Pijemy słabą herbatę tak tylko, aby pić, i z cicha sobie rozmawiamy, bo prawdę mówiąc, nie rozmawialiśmy od bardzo dawna.

– Tato, jaki tu jest ruch! Co to się dzieje, że tyle samochodów?

– Pewnie jest jakaś impreza w Kopkach! Bo zazwyczaj, jeśli jeżdżą, to zwyczajne samochody, czasem ciągnik, z rzadka koniem ktoś. A tu, patrz, jakie bryczki. No, no! Impreza. To prawie pewne. Może chcesz, to pojedziemy. Zobaczysz sobie.

– Co? Jaka impreza? W Kopkach? Przecież tam gęstwina i nic więcej. Artyści robią teatrzyk?

– Baranku, chyba tak. Ale to spokojni i normalni artyści, bo pijatyk i hałasu nie robią, wódki mało piją…

– Coś takiego! Artyści bezwódeczni? To niemożliwe.

– Nie mówiłem ci? Skrzyknęli się i zbudowali taką miniestradę koło zielonego mostku, koło figurki Nepomucena. Przedstawienia tam robią.

Często w stronę Kopek chodziłam na spacery czy rowerem nawet jechałam, ale to było jeszcze za Mirka, kiedy Grześ był mały. Z Lilką zaś chodziłyśmy najdalej do krzaków i hydrantu na winklu. Czyli tam dalej jest Nepomucen i scena?! I cywilizacja?

– Zobaczysz, co znalazłem w mamy rzeczach! – powiedział tatko z miną maga. To był stary adapter po Gienku. Odkurzył go i działa! – Kompletnie o tym zapomniałem, a to jest takie piękne, Baranku. Piękne!

Otworzył szeroko kuchenne okno, postawił na parapecie gramofon i położył płytę. Po chwili nawet bez charakterystycznych trzas­ków popłynęła ukochana pieśń mamy Kalitka, śpiewana przez… Nani Bregwadze. Pamiętam! To znaczy ja zapamiętałam ją jako Bret­wadze, ale na płycie napisane jest tak, jak ma być. I piosenkę zapamiętałam całą.

– Tato!

Łzy mi się zakręciły i przytuliłam się do niego.

Mama kochała romanse, dumki, i często je nuciła. Czasem nastawiała tę właśnie płytę, którą dostała kiedyś od kogoś. Chyba od członka wycieczki rosyjskich naukowców. Wspominała mi, że przyjechało dwadzieścia osób ze Związku Radzieckiego, a wśród nich był wyjątkowo piękny chłopiec, Wachtang… Wachtang Szewładze! Albo Szweładze, nie pamiętam dobrze. Byli sobą podobno zauroczeni, ale tydzień to za mało na wybuch uczuć, więc oboje poprzestali na kilku gorących spojrzeniach, jakimś walcu podczas balu na uczelni, szalonym twiście i tej płycie, którą Wachtang ofiarował pięknej Polce. A może mama sama kupiła tę Nani, żeby zapamiętać czarne oczy Wachtanga, a on jej dał ten gruziński chór z nieśmiertelną Suliko na początku?

Mama miała kilka czarnych analogowych płyt, które częściej były prezentami niż celowymi zakupami, dlatego nie ma wśród nich tematu przewodniego, próżno szukać jednorodności muzycznej. O, proszę, jest singiel z Aznavourem, i Domenico Modugno, płyta Nani Bregwadze, jakaś też z gruzińskimi chórami męskimi, dość męcząca, której nie wysłuchałam nigdy do końca. Jest światowa klasyka, czyli Szopen, Czajkowski i kilka innych. Engelbert Humperdinck – angielskie wydanie nie wiadomo skąd – Irena Santor i Filipinki, i kilka moich: Skaldowie, Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, San Remo. I są jeszcze jakieś ramotki nierobiące już takiego wrażenia jak Nani, której głos nakłada mi się na sylwetkę mojej mamy stojącej w kuchni, oblizującej łyżkę po musztardzie i nucącej mormorando Kalitkę razem z Nani.

Komary mimo odstraszającej je świecy wygoniły nas do domu.

– Tato, ale ja stara jestem! – westchnęłam, odkrywszy głębokie pokłady mojej pamięci. 

– A co ja mam powiedzieć, słońce ty moje? Ja pamiętam Marteczkę Lipińską jako wiotką i piękną dziewczynę. Ty wiesz, ona była najpiękniejszą polską aktorką tamtych czasów. I co? Oglądam Ranczo, a moja idolka jest… stara. Czyli co, ja też?!

Rower

Rano zawinszowałam nam śniadanie na zewnątrz. Ta nasza altana jest urokliwa, cienista i widać z niej dom i kawałek sadu przed nim, ścieżkę i jak się wychylić – furtkę. Słońce dzisiaj ostre, mocne i chyba będzie gorąco, ale na razie nie czuje się tego tu, w ogrodzie.

Od ulicy koło ogrodzenia tatko zachował rząd starych drzew. Resztę wyciął, zostawiając blisko altany rozłożystą papierówkę. Trawnik jest praktyczny, kwiecia na nim od dawna nie ma, i jest dzisiaj niezbyt piękny, bo trawa pod koronami drzew ma za mało słońca, więc widać placki gołej ziemi.

– Tatku, nie da się tego jakoś obsiać? – pytam, sącząc herbatę z mlekiem z Gieniowego kubka.

– A, to? No nie wygląda to pięknie, wiem. Obsiewałem to mieszankami do cienia, ale nie wiem czemu, mimo to nie rośnie. Zajmę się tym jesienią. Baranku, a jak z pracą? Przepraszam cię, miałem nie pytać, ale nic nie mówisz. Nie pracujesz, co?

– Nie. Najpierw to był urlop, bo Lila… wiesz… a zimą naszą redakcję właściwie rozwiązali. Jest nowa władza, nowa siedziba… Regina poszła w odstawkę i dla takich starych bab nie ma tam miejsca. W innych… też tato, nie ma co się łudzić. Dziennikarka niezbyt wyspecjalizowana i w moim wieku nie jest potrzebna.

– Nie mów, że wszędzie zatrudniają młodzież.

– Prawie wszędzie. My, takie mamuśki, jeśli w ogóle się utrzymujemy w jakiejś redakcji, to rzadkość. No i ten codzienny lęk przed wywaleniem…

– Co ty mówisz? – Ojciec nawet nie oponuje, tylko się dziwi. Wie, że nie gadam bzdur. Za jego czasów, no i za moich kiedyś też, w poprzednim stuleciu, stare dziennikarki awansowały, były w redakcjach wyroczniami, nauczycielkami. A dzisiaj dostają ochłapy, mod­lą się, żeby nikt ich nie ruszył. Chylą karki! – Ale to chyba nie jest regu­ła? Czy się mylę?

– Tatku, gdyby żył Włodek, mogłabym być forsiastą freelancerką, bo on miał niezwykłe kontakty i ułatwiłby mi dotarcie do ludzi. Ale go nie ma. I nie wszystkie drzwi umiem otworzyć. Znaczy, nie wszyscy mi otwierają. Niby jestem wolna i niezależna, a swoje teksty, oczywiście superrewelacyjne, sprzedaję redakcjom z wolnej stopy, ale to nie jest dostatnie życie. No i dzisiaj moje niektóre rozmowy są, owszem, czytane z wypiekami na twarzy, ale z powodów politycznych „nie wydrukujemy”.

– Taka z ciebie… Oriana Fallaci? – Ojciec mnie ceni. 

– Gdzie mi do Fallaci… – wzdycham i sięgam po miód. – Nie mam jej odwagi. Zresztą w dzisiejszej Polsce trzeba być ostrożnym, żeby się nie narazić. Może i w końcu dojrzałam do otrząśnięcia się i podjęcia jakiegoś zawodowego wyzwania, ale potrzebny byłby mi Włodek! On mnie umiał nakręcić, zmotywować, pchnąć. – Gęsta słodycz spływa z osmalonej chałki na moją dłoń, bo się zamyśliłam. – Bez niego nie dam rady. Nigdzie sobie nie wyrobiłam wejść. A proponował mi! Głupia byłam, wierząc, że Regina jest mocna, że co jak co, ale nasza redakcja przetrwa – albo dostanę list żelazny do innej redakcji. Ale nie przetrwała. Znaczy redakcja tak, Regina nie. Nawet nie wiem, co ona dzisiaj robi. Nie dzwonię. Niezręcznie mi jakoś.

– Mogłabyś zrobić jakiś świetny wywiad rzekę z kimś wartym tego, jak Teresa Torańska. Ten twój Włodek dał ci klucze do ludzi, którzy są zamknięci w swoich światach, grzechach, sprawach, bo nie chcą gadać z tymi dzikimi dziennikarzynami, a mogliby być znakomitym świadectwem swoich czasów.

– No też mnie porównujesz! Gdzie mi do niej! Chociaż… podobnie mówił Włodek… że mogłabym. On też we mnie wierzył. Trzeba się uczyć od najlepszych! Zrobiłabym taki wywiad rzekę na początku z… nim! Tylko jak?

Coś mną szarpnęło. Na moim encefalogramie czy kardiogramie pojawiło się drgnięcie na prostej od kilku miesięcy linii. Muszę coś sobie znaleźć – pracę, nie tylko płacę! Mogłabym być wziętą free­lancerką – skandalistką, dziennikarką śledczą, jak Włodeczek mnie uczył. Tylko dzisiaj poruszać niektóre tematy strach. Kurczę! Co robić? Mogłabym nawet jakieś głupotki, byleby mnie ktoś chciał.

Pół dnia tak przesiedziałam, kombinując… na jałowym biegu. Nie umiem się poderwać, zacząć. Kiedyś to było łatwe, dzisiaj mam betonowe palce i niemoc w głowie. Wiem, że szukanie teraz pracy będzie drogą przez mękę, oberwę jak tysiące innych żebrzących o cokolwiek. Jestem za stara do gazet, chyba że miałabym pióro z dynamitem, a… nie mam. Jestem stara, wypalona, nudna. Dla pięćdziesięciolatek nie ma miejsca w społeczeństwie. To dlatego kobiety tak się wstydzą swojego wieku. Jak w Chłopach Reymonta: Jagusia – z rumieńcami, wyszczekana i z tupetem – jest miss wsi, a starej Agacie pokazano drzwi, bo… stara. Ale przesadzam. Jeszcze nie jestem Agatą! Lecz i Jagną już też nie.

– Tato? Taaato! – zawołałam. – Gdzie są rowery?!

Wyjęcie rowerów z garażu nie było łatwe. Przegrzebaliśmy się przez sterty przydasiów.

– Gienek się odgrażał, że mi tu zrobi porządek – burczy tatko.

– Kiedy?

– No raczej już nie zrobi.

– Tato, to wiem. Chodzi mi raczej o to, czego szukał.

– Nart biegówek.

– A na co mu one były?

– A ja wiem? Teraz nam już nie powie. – Ojciec zamyślił się i skrzywił. – Baranku, dlaczego go nie ma? Kobyliński też teraz u mnie nie bywa. Czuję się tu…

– …samotny?

Milczy.

Wiem o tym, domyślałam się od dawna, ale przecież się nie wprowadzę do niego. Mam swoje życie.

Wreszcie wytaszczyłam moją starą damkę. Sama nie wiem, jak długo na niej nie jeździłam. Po niej mój mąż kupił nam BMX-y i potem je sprzedał. Na tej starowinie kapcie totalne, na starym rowerze Lilki też. Postanowiłam od razu pojechać do Otwocka po nowe koło, oponę czy co tam trzeba, ale zostałam usadzona w fotelu.

– Kobyliński ma złote ręce! Poradzi! – oświadczył ojciec.

I poradził! Pożyczył rower od wnuczki. I to jaki! Damka zupełnie jak moja, ale nowa! Z koszem na zakupy! A do tych naszych staroci, mówi, wpadnie kiedyś i naprawi.

Ojciec wsiadł na swój, ale chwiał się, jechał z wysiłkiem i koło furtki zaniechał.

– Jedź sama. Ja, wiesz… odwykłem czy jak?

Też nie powiem, żebym wskoczyła na rower jak leśna łania, ale dałam radę. Bo i prawda! To jest jak… jazda na rowerze, tego się nie zapomina!

I pojechałam sobie w stronę Kopek.

Pani Ania

– Tato? Wynajmujesz pokoje?

– Nie… Tak! Ale za darmo. Widzisz, mam tu od wiosny znów tych studentów z Akademii Rolniczej, właściwie już magistrantów od tych moich starych odmian jabłoni. Teraz ich nie ma, zrobili sobie krótką przerwę, ale mama Kasi pytała, czy mogłaby tu spędzić wakacje w zamian za drobną pomoc. Nie jest bogata, wręcz przeciwnie.

– A ty jak zwykle zgadzasz się, bo masz gest!

– Kochanie, nie mam pustego konta, choć i milionerem nie jestem. Nie wiedziałem, że ci zaleje mieszkanie, i wiesz…

Wiem. Nie mam prawa tak reagować. To ojca życie, dom, mieszkanie. Smutno mu samemu, więc ma, do licha, prawo wynajmować pokoje i zapraszać tu, kogo chce!

– Znasz ją?

– Była tu, u Kasi, kiedy ona tu była z Łukaszem, wtedy jeszcze narze­czonym. Rok temu. Pamiętasz?

– Nie, nie zwracałam uwagi, tatku. Wtedy Lilka chorowała.

– Ano tak, tak. Więc ona tu przyjechała do Kasi, ta pani Ania, i wydaje się sympatyczną kobietą.

Poczułam jakieś małe zafalowanie. Kasia i Łukasz dobrze, to studenci i z ojcem w tych jabłoniach grzebią, ale jakaś… kobieta? Poszłam po laptop, bo chyba zgłupiałam. Jakieś kretyństwa mi po głowie łażą. To znak, że mam pusty czerep i za dużo kombinuję.

Słońce schowane za koronką liści, ekran nie oślepia, dociągnęłam przedłużacz i mogę tu sobie siedzieć cały dzień!

Maili miliard. Głównie spam i teraz muszę to przebrać jak Kopciuszek mak z popiołu. Zeszło mi ponad godzinę. Od Grześka sześć, ale on telefonicznie się dowiadywał, co się dzieje. Z różnych źródeł mnóstwo, ale żadne ważne. Jeden od mojego byłego kochanka Marcina, krótki i lakoniczny – życzenia na ósmego marca, typowa zaczepka, i trzy od Antka. Wszystkie serdeczne, normalne, ale ostatni zakończony tak:

Skoro nie odpisujesz, to albo jesteś stale podłamana, albo odpadłem po sprzątaniu komputera i wcale się nie dziwię, bo w końcu kim jestem? Trzymaj się.

Antek Emigrant.

PS Próbowałem Cię znaleźć na Facebooku, nawet się tam zalogowałem, ale Ciebie nie ma. A samemu tam być… nudy.

A.E.

No i zrobiło mi się irracjonalnie żal. Nie mnie. Tego Antka. Marcin się nie sprawdził, słabo o mnie walczył, a Antek nie walczy w ogóle. Jest kumplem, a nie amoroso, i paradoksalnie właśnie tego mi brak, kumplowania. Zaloty mi nie są potrzebne. Teraz nie! Odpiszę, nawiążę znów kontakt, bo właściwie nie mam do kogo pyska otworzyć.

Antku,

przepraszam Cię, ale potrzebowałam uciec, zapaść się pod ziemię, wpaść w komę, cholera wie co jeszcze. I chybaby mi się udało, gdyby nie kapanie z sufitu. Zagięty i pęknięty wężyk od pralki mojej sąsiadki przywołał mnie do porządku dziennego i dobrze, bo inaczej pewnie zostałabym alkoholiczką, na dodatek w depresji. Fuj!

Właśnie siedzę u taty w altanie i klikam. Pomieszkam tu, bo w domu mam Facetów z Wenus. Jest lato, a wiosny tego roku nie stwierdziłam. Trochę życia wnoszą tu artyści z osady, a do tatki zaraz przyjedzie pani Ania. I tyle!

Pozdrawiam

Mańka

Ojciec w bejsbolówce, z motyczką idzie koło peonii. Są ogromne. Kłębią się pod siatką, sadzone jeszcze ręką mamy. Jesienią tatko je przerzedza, odmładza i rozdaje kłącza. Znaczy kładzie je w skrzynkach po drugiej stronie ogrodzenia wraz z kartką: „Proszę sobie brać”. I po dwóch dniach kłączy nie ma. U Kobylińskich też cała ich masa i właściwie u każdego, kto ojca zna.

– Tato? Idziesz pielić?

– Tak, słońce. Wymotyczkuję alejkę, bo zarosła. A co?

– Nic.

Chciałam się tylko do niego odezwać, coś powiedzieć, zaczepić. Stęskniłam się czy co? I nagle wypalam:

– Ja bym tę siatkę wywaliła. Okropna jest, a coraz więcej samochodów tu jeździ.

– Baranku… Porozmawiamy później!

Wiem, że nie przeszkodzę mu w pracy. Jeśli coś robi, to robi, a nie planuje. Nie ma podzielnej uwagi. Ale jeszcze wołam:

– A kiedy ta Ania przyjeżdża?!

– Zaraz! Jutro jakoś. Dlatego chciałem, żeby ta baba przyszła ogarnąć górkę, skoro ty jesteś u siebie – dodał.

No u siebie jestem! Mam na parterze od zawsze swój pokój, choć zła jestem, że w pradawnym gościnnym – a potem w jakiś sposób Lilkowym – zalęgli się ci studenci, Kasia i Łukasz. Tatko tłumaczył, że tak wygodniej i… zresztą sami sobie wybrali. Jasne. Czego się czepiam? Dom stał prawie całkiem pusty.

Zadzwoniłam po panią Bożenę, żeby ogarnęła przygórek na glanc. Przyjdzie rano, oczywiście, że przyjdzie do takiego porządnego pana. Ale czy to nie można było zadzwonić wcześniej? A jakby ona miała już zajęte? Jakby miała wizytę u lekarza czy fryzjerki na trwałą?

Taka jest, zawsze zrzędzi, ale kiedy przyjeżdża tu na swoim rowerze, to gdy już odpocznie chwilkę i zawiąże chustkę à la ninja, to jakby wrzucała piąty bieg. Nic nie mówi, jak moja Gala, tylko pracuje jak maszynka, a ja patrzę i podziwiam sumienność, rytm i umiejętności. Mnie zawsze milion rzeczy i spraw rozprasza. Nie umiem tak. Podczas choroby Lilki weszłam w jakieś trybiki i sprzątałam szybko, sprawnie, ale to była konieczność. Miałam głęboką motywację. Teraz zaś wróciłam do normy i ten przygórek sprzątałabym pewnie kilka dni. Nie żeby tam był jakiś totalny bajzel, ale okna od roku niemyte, podłogi też, pościele trzeba powlec.

Zaniosłam jej butlę wody średnio gazowanej i szklankę.

– Za półtorej godzinki pani mi kawy zrobi! – powiedziała mocnym tonem, nie odwracając się. – Sypanej i słodkiej. Dwie łyżeczki!

– Dwie czego?

– Wszystkiego!

Osiołkowi…

W moim mieszkaniu podobno już idzie ostra praca. Nie, nie powinnam przyjeżdżać. Tak, zadbali o meble i oczywiście o kwiatki. Oczywiście, że zdjęli obrazy i zdjęcia! Przecież będą malować ściany! Zabezpieczyli! Za każde pytanie nagradzają mnie zniecierpliwieniem. Nie, to nie jest jeszcze pora na wybieranie kolorów. Zresztą przecież wybrałam. Jutro – tak! Najlepiej jakbym dla uściślenia zanotowała w sklepie z farbami, jakie mi się podobają, i przywiozła próbki. „Próbki czego, białej farby?”, myślę. Biała to biała. Ale okazuje się, że nie. Może być biała z połyskiem, biała perłowa, biała matowa i półmatowa, i satynowa, i śnieżna… Co jeszcze?! No i jest też problem. Pan z Wenus chrząka i wali prawdę: w łazience odpada stary tynk.

– No to zatynkujcie! – Jestem otwarta i rozumna, przecież to jasne!

Chyba powiedziałam coś głupiego, bo słyszę w słuchawce głębokie westchnięcie, które w podtekście ma: „Oesuuuuuu”.

– …ale on odpada razem z kafelkami – rzuca w słuchawkę.

– Jadę! – wołam, ale mnie studzi, że po co. Chyba że mu nie dowierzam.

Odpadły cztery, więc zaraz się sypnie reszta. Fakt, kładzione milion lat temu, w poprzednim stuleciu. Zwykłe, białe. I ja lubiłam tę łazienkę z tą bielą. Tylko nam ją fachowiec przefugował na biało, bo szare fugi z PRL-u piękne nie były.

– Ściana namokła i tynk puszcza. Może pani przyjechać, ale i tak to trzeba skuć.

Zdecydowałam: pojadę. Przy okazji wybiorę tę farbę na ściany!

– O której będziesz? – pyta ojciec.

– Wieczorem, tatku. Pa!

– Nic nie zjesz?! – woła za mną.

No tak, dla rodziców to wydaje się najważniejsze. Czy zjem, czy zjadłam, czy nie jestem głodna…

Wyprowadzam samochód z garażu. Koła skrzypią na żwirze, ojciec jeszcze podchodzi i mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu, że przelał mi trochę kasy na ten remont. I dodaje, że nie chciałam pieniędzy na opiekę nad Lilą i pewnie nadwerężyłam oszczędności, i na dodatek nie pracuję, więc mam zamknąć dziób.

Poczułam się idiotycznie. Znów na utrzymaniu tatusia? Mam jeszcze pieniądze! Jakieś mam. Jest jeszcze jakaś lokata nietykalna. Ile tatko ma? Miał? Czy dużo mu z tych upraw ekologicznych skapuje? Nie pytam, bo nie umiem być taka obcesowa, ale myśląc o pieniądzach i mojej niezbyt świetlanej przyszłości, dojeżdżam do domu.

Z mojego okna wystaje bloczek murarski, a na nim wisi sznur i wiadro. Sąsiedzi zapewne wściekli… Tynk, durny tynk odpada! Tyle lat wytrzymał, stan wojenny, zmiany ustrojowe, a tu zwykła woda go powaliła. Żal mi mojej łazienki, a pan z Wenus pociesza:

– Czy pani wie, jakie dzisiaj są możliwości? Ile kolorów, faktur, materiałów? Kłopot z wybraniem! Musi pani tylko okreś­lić, czego pani chce. Kafelki? Gres w wielkich płytach? Może tylko wodo­odporny tynk, taki rustykalny, z zacierkami? A może tapety wodoodpor­ne? Mała ta łazienka… A może kuchnię zrobić w tamtej części, co pani ma taki jakiś gabinet, tam, gdzie teraz graciarnia… Bo tam jakaś druga łazienka jest. Na licho to? A tu zrobić łuk i połączyć otworem drzwiowym z pokojem. Zrobić tylko małe miejsce na parzenie herbaty albo sypialnię, a w pokoju…

Ojeja, ale plany! Rozmawialiśmy ze dwie godziny. Pan mnie podjudza, że zamiast garderoby w drugiej części mieszkania zrobi mi wielką łazienkę z oknem, a tę zlikwidujemy. I zrobimy dużą kuchnię albo sypialnię. Kwota by urosła zaledwie o… jedno zero. Broniłam się, a diabeł w środku podjudzał, bo plan fantastyczny!

– Po cholerę ci dwie łazienki? – pyta diabeł.

– A jak się objawi jakiś Marcin? To wygodne! – droczy się anioł (czy drugi diabeł? Nie wiem!).

– Tak jest mądrzej! Będzie duża wygodna kuchnia!

– A na licho taka wielka? Dla większego bałaganu? To ma być lodowisko? Hala przylotów? Kuchnie się teraz minimalizuje!

– Tak, ale teraz garderoba niepotrzebna. Gabinet też stoi pusty… Po cholerę to? To może sypialnię tu…? A może na nowo podzielić te mieszkania, jak były, i jedno wynająć? Na diabła taka powierzchnia dla jednej osoby?

Dzielę się z panem tymi myślami. Na razie proszę się zająć pokojem, a mi dać czas na zastanowienie. Muszę pogadać z ojcem, ze sobą…

Jadę do marketu budowlanego i wzywam diabła na pomoc. Czuję się jak Fredrowski osiołek: „Uchem strzyże, głową kręci. I to pachnie, i to nęci”. Za dużo tego wszystkiego! Za kolorowo, za ciekawie. W dziale z farbami zgłupiałam. Za moich czasów była biała, słomkowa, szara, beżowa, groszkowa i błękitna. Szara i groszkowa do zakładów pracy – na korytarze i lamperie. Pozostałe – do domów! W domach biel i ewentualnie ściany słomkowożółte. Kolory, a zwłaszcza jakieś wzorki, to było wsiowe. Potem był czas tapet, ale nie skusiłam się, chociaż widywałam masę pięknych. Brakowało mi czasu i… odwagi. Pozostałam przy białych ścianach i zawiesiłam koło tapczanu wielki dywanik ścienny typu tatarskiego, a na nim zdjęcia mamy, Gienia, Lilki, rodziców w owalu… Niektórzy sarkali, inni byli zachwyceni, że takie to retro.

A tu naraz tylu producentów, kolorów mnóstwo i te nazwy… pretensjonalne i głupie! A przecież to najzwyklejsze kolory! Lekko beżowy, bladofioletowy, piaskowy, bardzo bladobrzoskwiniowy, ciemnobrzoskwiniowy, właściwie ceglasty, beżowo… byle­jaki, z lekka oliwkowy. Nie wiem, o co chodzi z tą poezją. Chciałam zwykłą białą, jak dawniej, ale sprzedawca okazała się diabłem, bo do koszyka wzięłam próbki owej oliwki, która wydaje mi się ohydna, i tę Wieczorną magnolię (oszalałam?!). A i Egipski puder (odbiło mi całkiem) i Suchą gałąź, czyli jakiś dziwaczny szary… Teraz łazienki! Zapewne i tu zobaczę feerię wymysłów zamiast kilkunastu kolorowych kafelków. O, matko! Szkoda, że w ogóle tu weszłam. No i jak ja mam podjąć decyzję, skoro nie wiem, czy likwiduję tę łazienkę, czy… Tak w zasadzie to co ja mam robić?!

Pooglądałam te wszystkie płytki, lusterka, mozaiki, wielkie cienkie płyty, jakby marmurowe, malachitowe, drewnopodobne, starorzymskie i nowoczesne, z możliwością wklejenia własnych zdjęć. Jakich? Jakie pani chce! Z wakacji w Chorwacji albo sylwetki narzeczonego.

– Właśnie zamawialiśmy takie dla jednej pani. – Ekspedient się nachyla i mówi szeptem: – Zdjęcie jej faceta nago, naturalnej wielkości!

Hmmmm, a co będzie, jeśli zmieni faceta? Skuje kafelki?

No, czego tu nie ma?! Wiem! Mojej białej łazienki tu nie ma!

W drodze powrotnej zahaczam o Empik, w którym kupuję pięć czasopism wnętrzarskich, i wracam na Zwycięzców. Pan ochoczo odbiera próbki farb i woła malarza:

– Pan maźnie ściany wedle pani wskazówek!

Tłumaczyłam mu, że nie jestem przekonana, a raczej to mnie usilnie przekonywano do kolorów, ale… bez skutku, bo ja ciągle jestem za bielą. Lecz podczas spaceru po moim zrujnowanym mieszkaniu pokazano mi, jak ładnie może wyglądać lekki kolor potęgujący nasłonecznienie po niesłonecznej stronie i schładzający pokój bardzo słoneczny. No ale jak było biało, to nic nie trzeba było od- albo dosłoneczniać! Pan patrzy na mnie z boleścią w oku. Jak na dinozaura, dinozaurę.

Ze słowami: Jutro zadzwonię – wreszcie pojechałam do taty.

***

Kiedy siedziałam w altanie przy palącej się antykomarowej śmierdziawce i oglądałam czasopisma dizajnerskie, powoli traciłam głowę dla łazienki z oknem. Tak! To genialny pomysł! Spora, naświetlona, z zielenią! Duża wanna, może jacuzzi? Kubły, znaczy takie donice w ozdobnych kubłach z palmami i lustro na całą ścianę! I duża kuchnia. Może nawet da się przy dzisiejszych technologiach połączyć ją z pokojem? Jako open space? A kiedy przeszłam już drogę podziwiania wykończeń ścian w łazience – od malachitowych gresów po marmuropodobne z lustrami, optycznie powiększające przestrzeń – oszalałam. Puściłam wodze fantazji i zakładałam kartki, żeby pokazać moim wykonawcom, co wymyśliłam. Ojciec siedział obok i czytając sobie 1000 lat wkurzania Francuzów Stephena Clarke’a, co jakiś czas się zaśmiewał. Ale nawet gdy mi czytał fragmenty, nie słuchałam go. Na nowo kreśliłam plany mojego dizajnerskiego mieszkania!

W końcu z tego amoku wytrącił nas dźwięk klaksonu i na podwórko zajechał gustowny stary garbus, żółty jak jajko, ze staroświeckim bagażnikiem na tylnej klapie i z walizkami obwiązanymi paskami i gumami. O, mamo…

Kobiety samotne

Z garbusa wysiadła dość niezgrabnie długowłosa i długonoga Kasia, młody i dość nijaki Łukasz w wymiętej koszuli flanelowej i pani – z lekka korpulentna, z gustownie ułożonymi włosami tleniony blond, starsza ode mnie, ale niewiele chyba, i przedstawiła się: – Anna. Uśmiech miły i z lekka nieśmiały, uścisk ręki normalny. Na szczęście nie zimna płetwa zdechłej foki jak u tej Kasi. Łukasz w ogóle ręki nie podaje. Zajmuje go otwieranie bagażnika i odwiązywanie walizek.

Powitania, zanoszenie bagażu i oczywiście startuję z kolacją w altanie – jako nasze tu spécialité, bo mało kto z miastowych jada w ogrodzie. Jest bezwietrzny wieczór, jasno jak w dzień, powietrze ciężkawe, letnie. Muchy latają, komary próbują się zbliżyć, ale świece się palą, i jest milusińsko. Pierwszy raz rozmawiam z Kasią i Łukaszem. Oboje jacyś tacy pszenni, ekologiczni, przeciwni wszelkim udziwnieniom. Lubią, żeby było „jak dawniej”, cokolwiek to miało znaczyć, „zimna nowoczesność” nie dla nich. Kasia mówi bardzo spokojnym głosem Seneki, a raczej wygłasza swoje myśli: że żyjemy niezgodnie z naturą, odżywiamy się fatalnie, że cały ten junk food ją mierzi i ta nadprodukcja jedzenia, i rzeczy, i niszczenie natury, i dalej w tym tonie i duchu. Łukasz potakuje, błądząc gdzieś myślami. Widzę, że właściwie nie mamy kontaktu.

Czy ja w ich wieku też byłam taka… zasadnicza, rozfilozofowana? Kasia niby się uśmiecha, ale raczej do miodu, truskawek i swoich złotych myśli. Pani Ania zaś zachwyca się wszystkim, że pyszne, że smakuje, że ach, jakie powietrze, i że u nich w Garwolinie to żyć się nie daje mimo obwodnicy. W końcu zeszło na moje mieszkanie, bo wyjaśniłam, skąd ja tu, u taty teraz. No i zaraz zrobiło się konsylium. Oczywiście podzielić na dwa mieszkania! Jedno wynająć i mieć z tego pieniądze na czas szukania pracy! Bo po co mi takie duże, skoro jestem sama?

– A jeśli kiedyś nie będę? – rzucam zaczepnie.

Konsternacja, niedowierzanie widzę w ich oczach, no bo przecież jestem stara, po rozwodzie i niepiękna, to co mi w głowie jakieś zajączki się plączą? Facet?! Już pora dziać skarpety pod oknem i wspominać młodość!

– Pani Marianno, jacuzzi trzeba myć i konserwować, a to marnuje masę wody i wymaga specjalnych płynów. No, chemii! No i czy często będzie pani w tych bulgotach się myć? A kwiaty w łazience? Pani mówiła, że to północno-zachodnia strona. Nie utrzymają się, szczególnie palmy, niech Kasia powie!

I Kasia wywołana do tablicy mówi, że to absurd, że w Polsce mamy sporo miesięcy z krótkim dniem, czyli krótkim czasem naświetlania, i że musiałyby to być rośliny cienioznośne, a o takie też trzeba umieć dbać et cetera. No, fakt. U mnie w pokoju rośnie tylko ten scindapsus, inne jakoś zdychały. Wielkie lustro? Pani Ania znów mnie ustawia. To błąd! Ile się go trzeba namyć, żeby było ładne. A poza tym, szczerze, to co ja mam w nim oglądać? W domyśle: moje przywiędłe ciało?! Niechętnie, ale przyznaję rację.

Naklikałam wieczorem do Antka:

Antku Emigrancie!

No i co ja mam robić?!

Pracy za grosz… Niby jeszcze mało szukałam, ale znam ten rynek, wiem, że każda z nas, wywalona z redakcji, a mająca 40+, jest na straconej pozycji. Chyba że ma klucze. Klucze do osób znanych, do ich tajemnic i zaufania. Wtedy może stać się wolnym strzelcem i szukać wydawcy, który zapłaci za wywiad i zdjęcia. Zdjęć robić nie umiem, ale kolega by się znalazł. Włodek zostawił mi jakieś kontakty, więc spróbuję. Ale i kupiec musi być.

Właściwie to zastanawiam się, co z mieszkaniem.

Tu wyłuszczyłam Antkowi dość dokładnie sprawę. Faktycznie, z jednej strony mi samotnej po licho takie wielkie mieszkanie, ale z drugiej strony – przywykłam. Z trzeciej strony zaś masa sprzątania i czynsz wielki. A z czwartej… lepsza kasa, gdybym wynajmowała czy sprzedawała. No i jest tatki dom, wielki i pusty, mogłabym przecież tutaj być tym wolnym strzelcem!

Zasypiałam, mając w głowie bałagan, setki pytań i wątpliwości.

Fajnie było tak zapaść się po śmierci Lilki. O niczym nie myśleć, szlajać się po suchym mieszkaniu w dresach i mieć w nosie cały świat. Popijać koniak i niczego nie czuć! Ale teraz tak się nie da…

Przewracałam się z boku na bok. Pościel była jak z ciepłego aluminium, w powietrzu duszno i w siatce na oknie, dziurawej od lat, otwory wjazdowe dla hordy komarów! Koszmar!

Rano wstałam zła jak osa. Byłam niemiła dla wszystkich i poszłam na leżak pod jabłonią. Siedziałam najeżona, dziwnie pobudzona i skora do pyskówki, tylko nie miałam z kim. Włodek! No przydałbyś się!

Kasia z Łukaszem, oboje w słomkowych kapeluszach, poszli z ojcem do sadu. Pani Ania krzątała się w kuchni. No i bardzo dobrze! Myślę, myślę i jeszcze raz myślę, co mam robić. Bo to właśnie tu i teraz muszę podjąć jakąś decyzję odnośnie do mieszkania! Jak je remontować? Jako całość czy dzielić na dwa? Nie mam fury pieniędzy, teraz nie zarabiam i jakoś nie widzę dla siebie znakomitej i miłej finan­sowo posady. A więc może faktycznie wydzielić to byłe mieszkanie pani Mieci i wynająć? A jeśli zaraz coś znajdę? Szkoda takiego pięknego mieszkania!

Przydałby się Gienio – westchnęłam sobie i zamknęłam oczy, poddając się słońcu. Gieniu, Gieniusiu! Powiedziałbyś coś! Choćby: „Marian, weź się w garść, zdecyduj coś, a nie pitol mi tu bez sensu. Bądź mężczyzną!”.

Przyszła pani Ania z filiżankami i imbryczkiem.

– Napijemy się zielonej herbaty? Trzeba się nawadniać!

Usiadła i powoli nakłania mnie do rozsądku. Siła jej argumentów mnie powala. Wystarczyła godzina, żeby przekonała mnie do tego podziału.

– Mogę być lodowato szczera? – zapytała, ciepło się uśmiechając.

Kiwnęłam głową.

– Nie ma pani, pani Marianno, czarownych dwudziestu kilku lat – powiedziała, kładąc mi dłoń na dłoni – a tylko takie panny z zębami jak piranie, czasem z tupetem, rzadko z doświadczeniem, bo i skąd, dostają pracę dzisiaj. I zapewne w wydawnictwach jest tak samo. Dlatego, życząc pani jak najlepiej, doradzam zabezpieczyć się na najgorszą okoliczność. A nawet jeśli, to i tak dobre rozwiązanie, bo samotnej pani bez dzieci po co tak duże mieszkanie? Prawda? Młode i piękne już byłyśmy! Nie ma co liczyć na rycerza na białym koniu. Pani wybaczy, ale Kasia mi mówiła, że pani jest rozwiedziona. My, kobiety samotne, musimy dbać o siebie, skoro prawdziwych mężczyzn, wiernych towarzyszy życia dzisiaj brakuje. Nie lepiej płacić niższy czynsz i mieć jakieś oszczędności, droga moja?

Nnnno… prawda.

Podział

Wsparta przez miłą skądinąd panią Anię pojechałam pertraktować z Facetami z Wenus. Pan sympatyczny już na mnie czekał, ale uśmiech spełzł z jego twarzy, gdy mu powiedziałam, że chciałabym, o tu, zamurować drzwi. A, o tu, zrobić znów kuchenkę. A graty przenieść do mojego pomniejszonego mieszkania. Kompletnie mnie nie rozumiał i odwrotnie niż pani Ania tłumaczył, że to totalny bezsens.

Zaczynałam podejrzewać spisek. Chcą mnie doprowadzić do ześwirowania, przejąć mieszkanie i podzielić się kasą!

– Pani wie, że ubezpieczeniem pani tego nie opędzi?

O, właśnie. Ubezpieczenie! Zapomniałam, że mi coś skapnie. Dzielimy!

Musiałam użyć mojej miny pod tytułem „jestem ogromnie zdeterminowana”, żeby odpuścił. Mój remont wprawdzie przeistoczył się w absurd, ale ja mam w tym swój cel. A ta Ania jednak ma rację! Nie mam pracy, wynajmę to mieszkanko, będzie super! Poszukam pracy bez napinania się.

Kiedy już przeżyłam długie rozmowy o łazience, o kolorach, o podłodze etc., wracałam do taty spięta i zła. Kurczę, tyle mnie to będzie kosztowało! Ten remont zje wszystko, co mam! Nie zostanie mi nic na czarną godzinę!

***

Nagle spadł deszcz. Siedziałam na ławce pod okapem, czekając na kolację, którą zajęła się pani Ania, i patrzyłam na trawę i drzewa, wystawiałam stopy i pozwalałam deszczowi kapać na nie. Tatko oglądał wiadomości, a Kasia z Łukaszem… nie wiem, co robili. Nie było ich, chyba. Zresztą byli tacy mało widoczni…

Rozpadało się po dość dusznym dniu. Taka ulga! Chyba nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak się uparowałam w mieście, dopóki nie usiadłam tu, spocona, zakurzona, brudna po prostu! Deszcz bębnił o liście łopianów rosnących koło garażu. Bum! Bum! Kapitalnie! Po te rośliny ojciec jeździł gdzieś, nie pamiętam dokąd, ale te ich duże okrągłe liście jak parasole faktycznie są dekoracyjne! W przesmyku za nimi rośnie dziewanna, piękny chwast, jak mówi tatko. Na jej włochatych listkach woda się nie trzyma. Jeszcze nie kwitnie, za wcześnie. Wspina się do słońca, bo ma tu lekki cień. Prawie słyszę, jak ziemia łapczywie pije wodę. Powietrze jest takie pachnące! Szkoda, że to nie burza!

– A ja sobie giczołami, giczołami sobie kiwam!… – zanuciłam.

Pani Ania zawołała mnie na kolację. W kuchni zaniemówiłam – wysprzątane jak w bombonierce, na stole obrus i wszystko na talerzykach ułożone jak do zdjęcia.

– To ja… pójdę się umyć – powiedziałam speszona i ku niezadowoleniu pani Ani pobiegłam do pokoju i łazienki. Nie chciałam siadać do jedzenia taka nieświeża.

Kasia i Łukasz zeszli z przygórka rozświetleni. Ona z warkoczami jak Pippi, on rozczochrany w kolorowej koszulce. Ona ciemnowłosa, on blondyn. Ładna z nich para. Przy nas milkną, zajęci jedzeniem. Dam sobie łeb urwać, że się kochali tam, w krzywym pokoju! W czasie tego deszczu to musiało być… romantyczne. Romantyczne! To romantyzm jeszcze w ogóle funkcjonuje?!

***

Pani Ania okazała się lepsza od pani Bożeny, bo sprząta z zapałem, gotuje z zapałem i, jak widzę, nie jada wędlin. Kasia też. Łukasz…? Nie wiem. Na szczęście nie ma agitacji, więc tatko spokojnie sięgał po serdelki, spore i nienaturalnie różowe w środku, które czasem kupuje w Otwocku w sklepie z własnymi wyrobami. Twierdzi, że te właśnie są prawdziwe, mięsne. Nie polemizuję, skoro lubi. Ania, Kasia i Łukasz jedzą sery i pomidory z ogórkami.

U taty zawsze leniwieję. Cała złość na sąsiadkę i jej wężyk od pralki, wszędobylską wodę i zrujnowane mieszkanie gdzieś odeszła. Jak tu u niego spokojnie! Inna perspektywa! Mam gdzie mieszkać, więc właściwie oba moje mieszkania obecnie powstałe mogę wynająć! Nie martwić się, czy coś sprzedam, czy ktoś zechce moje reportaże, wywiady… O, jeszcze skończyć książkę Gotujemy, jemy, jemy. Gdzie ja ją mam? W którym folderze?

– Tato! – wołam, bo przechodzi obok z koszem pełnym chwastów.

– Co, Baranku?

– Pomieszkam z tobą troszkę, co?

Ojciec wchodzi do altany, stawia obok laptopa kosz i daje mi buziaka.

– Pierwszorzędny pomysł! Choć, jak widzisz, teraz to mamy tu nie lada ruch! Pani Ania szoruje i porządkuje spiżarnię, Kasia i Łukasz pielą młode rozsady i warzywnik.

Pomyślałam sobie, że to miło ze strony pani Ani, że aż tak się odwdzięcza za darmowe wakacje. I zanim to pomyślałam, przyniosła mi dzbanek i kubek.

– Co to?

– Zielona herbata i mięta. Rośnie koło komórki łanami! Trzeba dużo pić! Coś jeszcze pani podać, pani Marianno?

Jest miła, łagodna i taka gospodarna. Żadnych zadęć na wczasowiczkę. Z mety się tu poorientowała, wie, co gdzie jest, i nikomu z nas nie zawraca głowy. Przydałaby się tu na stałe – przeleciało mi przez myśl.

– Pani Aniu! Proszę zaczekać! – Postanawiam się dowiedzieć o niej czegoś więcej. Średnio mnie to interesuje, ale muszę wreszcie przestać siedzieć tylko we własnym wnętrzu! – Proszę siąść na chwilę. Pani tu na wakacje? Nie nudne to miejsce?

– Nie. Pewnie sądzi pani, że ja tak za Kasią? Że wścibska matka, nadopiekuńcza?

– Skąd!

– To może tak wyglądać, ale wie pani, nie jestem rozrzutna. Całe życie coś robiłam, pracowałam i nagle fiu! I nie ma dla mnie miejsca w szkole!

– Nauczycielka?

– Tak. Zlikwidowali nam małą wiejską szkołę, to przeszłam z uczniami do zbiorczej, ale to nie dla mnie. Nerwy mi wysiadły i kiedy poszłam się leczyć, dyrektor… wyekspediował mnie na emeryturę.

– Czego pani nie wytrzymała? Hałasu?

– To może źle o mnie świadczy, ale… nie dawałam już rady wychowywać dzieci, którym dzisiaj wszystko wolno. Ja kiedyś, wie pani, byłam takim natchnionym pedagogiem. Chciałam, żeby dzieci… Idealistka – dodała głucho, może nieco teatralnie, i popatrzyła ponad dach. Zawilgotniały jej oczy, zacięła się. Przeprosiła i poszła po chusteczkę.

Jest naprawdę miła, z pewnością wrażliwa… Niewysoka, zaokrąglona. Wyglądałaby na moją równolatkę, gdyby nie opadające powieki i fałdy pod oczami. Szopka farbowanych blond włosów i szczery, ładny uśmiech. Dzieci lubią takie nauczycielki!

Wróciła już opanowana.

– Ponudzić dalej? – spytała z uśmiechem.

Usłyszałam typowy gazetowy reportaż o dzieciach chamiątkach, o kompletnie ślepych rodzicach i wystraszonej dyrekcji, ale i tak nie dowierzałam. Sądziłam, że to tylko w miastach, w dzielnicach mocno zaniedbanych, z bezrobociem.

– O, tak! Frustracja rodziców ma tu znaczenie, ale i awans społeczny, dobrostan też sprawiają, że ślepną i głuchną. „Mój Aluś jest spokojnym dzieckiem. O czym pani mówi! Aluś nie kłamie!” Ów Aluś zebrał grupę chłopców i dziewczynek, którzy zaczęli być agresywni. Szósta klasa! W szkole padały wyzwiska już nie tylko wobec słabszych kolegów, ale i nas, nauczycieli. Ja się postawiłam, drążyłam i miałam przeciw sobie rodziców, dyrekcję i te dzieciaki. Gdy się wściekli na kogoś z nas, z grona, potrafili nawyzywać od kurew, bladzi, suk… Powoli się rozkręcali. Uwagi w dzienniczku, rodzice – nic! Szkolnej pedagog córkę zastraszyli, że jeśli matka nie przestanie, to ją zgwałcą. Mi wysmarowali drzwi gównem. Kasia, kiedy się dowiedziała, kazała mi natychmiast przestać, ale ja wierzyłam, że do nich trafię. Chodziłam do każdego do domu, rozmawiałam, a oni odgrywali aniołki. Każde z nich! Po takich wizytach miałam kolejne problemy – wybite okno, zniszczone drzwi. Wreszcie rozbili nagrobek mojego męża. Pochorowałam się, pojechałam do sanatorium. Wysłano mnie na emeryturę, że niby jestem konfliktowa. Pracy dla mnie nie ma. Daję korepetycje, ale to doprawdy żadne pieniądze. – Zawiesiła głos i zaraz się uśmiechnęła: – A tu odpoczywam! Ten sad, ogród! Piękna okolica! Jak najlepsze wakacje!

Zamilkła, a ja jej współczułam, jednocześnie myśląc o tym, jak to przekuć na dobry materiał do prasy. Opowiedziała mi jeszcze o ich życiu w Garwolinie i poszła zrobić kolację. Nie chciała pomocy.

Na swoich śmieciach

Pobyt u taty umilałam sobie zaległymi lekturami, no i bywaniem w domu. Zaraz, który to miał być kolor do pokoju? A jak pomalować tu? Jak robimy kuchnię?

Panowie uwijali się aż miło, żadnego papieroska, kawki co pięć minut, i natychmiastowe sprzątanie tego, co mogłoby utrudniać. Ładnie!

– Wie pani, nazwa niektórych elektryzuje – zapewnił mnie pan z Wenus, który okazał się jednak całkiem sympatyczny. – Jakieś komentarze tych, którzy nie czytali Greya, o facetach z Marsa i babkach z Wenus. Mnie dopadło bezrobocie. Firma padła, siedziałem w domu i szlag mnie trafiał. To przynajmniej, myślałem, poczytam. Żona mi wcisnęła tę lekturę, że niby się nasze stosunki wzajemne poprawią. I wie pani co? Poprawiła się moja optyka widzenia was, kobiet, i nas, facetów. A potem, gdy kolejnej sąsiadce zreperowałem odpływ, a innej zmieniłem koła na zimowe, bo mąż wyjechał, to żona powiedziała żartem: „Zacznij brać za to pieniądze przynajmniej, bo co ja z tego mam?”.

– Namówiła pana na założenie nowej firmy?

– No chyba tak. Bo to wy, kobiety, jesteście wbrew pozorom motorem postępu!

– Myyyyyy? – Zdumiało mnie to wyznanie w ustach faceta. Ileż to razy słyszałam, że to faceci budowali cywilizacje, a my tylko rodziłyśmy dzieci i kazałyśmy wynosić śmieci.

– My jesteśmy leniwi z natury! Gdyby nie kobiety stale nas szturchające: „Wymyśl mi sedes!”, „Wykombinuj mi perfumy!”, „Wynalazłbyś koło!” – nadal wisielibyśmy na gałęzi i czochrali po jajach. Ups, sorry, ale to część gadki.

Roześmiałam się, wyobrażając sobie pana z Wenus na gałęzi i jego żonę neandertalkę żądającą perfum. No, coś w tym jest!

– I….? – ponagliłam go.

– I się kręci. Zebrałem kilku kolegów, nie tylko bezrobotnych, bo Jasiu, ten od hydrauliki, ma swoją firmę, ale wpada mi tu porobić w rurach. Rozrosło mi się do kilku facetów do specjalnych poruczeń. Znaczy inżynierowie i rzemieślnicy od prac wszelkich, czyli układanie glazury, podłóg, ale i prace przy samochodach, w ogrodzie. My się żadnej pracy nie boimy!

– E, każdej? Były dziwne zlecenia?

– Jasne! Potrzebny był młody pan z aparycją gwiazdy z Holly­wood dla panny na bal maturalny, bo właśnie zerwała z narzeczonym. A ten narzeczony z tej samej szkoły. I, wie pani, żeby zawył z zazdrości. No takie tam… wyprowadzanie psa podczas czyjegoś wyjazdu, wymiana akumulatora, wycieraczek i założenie anteny w samo­chodzie. O! To lubimy, czwarty do brydża, wożenie dziecka do przedszkola, odśnieżanie posesji i sadzenie kwiatków.

– Ale kokosy to nie są?

– No, żeby wielkie to nie, ale mam co robić, nie wkurzam się na bezrobociu.

– Tworzy pan nowe miejsca pracy. Jakieś dofinansowanie z Unii?

– Kolega już się stara.

– Tani to wy nie jesteście… – sarknęłam na koniec.

– Moja babcia mówiła: „Tanie mięso psy jedzą”. Warto zrobić robotę dobrze i z dobrych materiałów. A skoro chcemy płacić za siebie ZUS, to musi być, jak jest!

Trudno. Musi. Dużo to mi nie zostanie. Może choć połowę pokryje ubezpieczenie? Może… Z tymi ubezpieczeniowcami nigdy nic nie wiadomo.

***

Powoli przyzwyczajałam się do tego, że będą to już dwa mieszkania, tak jak było kiedyś, bo faktycznie wobec tego, że nie mam stałych dochodów, pojawiła się ta opcja jak manna z nieba. Trudno, faktycznie wielkie to mieszkanie i jak na jedną mnie – za wielkie. Muszę tylko zredukować ilość rzeczy i różnych przydasiów. OK! Zrobię to! Za dużo mam, jak to mówiła Lilka, pierduletów. Okroję się jak Japonka! Czas na minimalizm. A durnostojkom i sukienkom z epoki realnego socjalizmu mówimy: NIE.

Żeby być ze sobą w porządku, odwiedziłam kilka redakcji, ale kolejkę chętnych miały imponującą i chociaż słyszałam wiele achów i ochów nad moim CV, to widziałam w oczach redaktorów naczelnych wyrzut: „Czemu nie jesteś młodsza, kobieto?!”. Wciąż się boję zaoferowania współpracy z wolnej stopy, czyli że nie potrzebuję etatu, jedynie bierzcie moje teksty! Ale oni nie zamawiają u obcych. Mają swoich freelancerów.

Mówiłam sobie: „Powoli, Mania, powoli. Coś w końcu zatrybi!”. Nie zatrybiło…