Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 360 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzy wiedźmy - Terry Pratchett

Król Verence, władca Lancre, został zamordowany i snuje się teraz jako duch po zamku. Czarownice ocaliły maleńkiego synka Verence'a i oddały go na wychowanie aktorom z wędrownej trupy. W Lancre objął władzę okrutny książę Felmet z jeszcze okrutniejszą małżonką. Poddani nie lubią nowego władcy. Duch Verence'a nieźle musi się nakombinować, aby zawrzeć wreszcie sojusz z wiedźmami. Wspólnie doprowadzą do powrotu prawowitej dynastii na tron.

Opinie o ebooku Trzy wiedźmy - Terry Pratchett

Cytaty z ebooka Trzy wiedźmy - Terry Pratchett

Burza naprawdę dawała z siebie wszystko. Miała swoją wielką szansę. Przez całe lata wędrowała po prowincji, wypełniając pożyteczne prace jako szkwał, nabierała doświadczenia, nawiązywała kontakty, od czasu do czasu zaskakiwała niczego nie podejrzewających pasterzy albo łamała młode dęby. A teraz wolne miejsce w pogodzie dało jej okazję, by się wykazać. Rozbudowywała rolę w nadziei, że zauważy ją któryś z wielkich klimatów.
Większość ludzi jest inna. Przeżywają swoje krótkie życie w rodzaju temporalnego rozmycia wokół punktu, gdzie znajduje się ich ciało: przewidują przyszłość albo nie umieją porzucić przeszłości. Zwykle są tak zajęci myśleniem, co zdarzy się za chwilę, że to, co zdarza się teraz, poznają jedynie drogą wspomnień.

Fragment ebooka Trzy wiedźmy - Terry Pratchett

Ty­tuł ory­gi­na­łu

WYRD SI­STERS

Co­py­ri­ght © Ter­ry and Lyn Prat­chett 1988 First pu­bli­shed by Vic­tor Gol­lancz Ltd, an im­print of the Orion Pu­bli­shing Gro­up Ltd, Lon­don

Pro­jekt okład­ki:

Zom­bie Sput­nik Cor­po­ra­tion

Ilu­stra­cja na okład­ce:

Josh Kir­by/via Tho­mas Schluck Agen­cy

Re­dak­cja:

Łu­cja Gru­dziń­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na:

Anna Trosz­czyń­ska

Ko­rek­ta:

Ja­dwi­ga Prze­czek

Skład kom­pu­te­ro­wy:

Wal­de­mar Ma­ciąg

ISBN 978-83-7648-727-4

Fan­ta­sty­ka

Wy­daw­ca:

Pró­szyń­ski Me­dia Sp. z o.o.

02-651 War­sza­wa, ul. Ga­ra­żo­wa 7

Wer­sja elek­tro­nicz­na

Skłąd: Mi­chał Na­ko­necz­ny

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Wa­cła­wik

Od­wo­ła­nia do dzieł Sha­ke­spe­are’a na pod­sta­wie:

Mak­bet w przekł. Jó­ze­fa Pasz­kow­skie­go

Ham­let w przekł. Jó­ze­fa Pasz­kow­skie­go

Jak wam się po­do­ba w przekł. Jó­ze­fa Ulri­cha

Król Hen­ryk IV w przekł. Le­ona Ulri­cha

Sen nocy let­niej w przekł. Sta­ni­sła­wa Koź­mia­na

Król Lir w przekł. Jó­ze­fa Pasz­kow­skie­go

So­net 18 w przekł. Sta­ni­sła­wa Ba­rań­cza­ka

Osoby: trzy cza­row­ni­ce, a tak­że kró­lo­wie, szty­le­ty, ko­ro­ny, bu­rze, kra­sno­lu­dy, koty, du­chy, wid­ma, mał­py, ban­dy­ci, de­mo­ny, lasy, na­stęp­cy, tref­ni­sie, tor­tu­ry, trol­le, wi­ru­ją­ce sce­ny, ogól­na ra­dość oraz wrza­wy wie­lo­ra­kie.

Hucza­ła wi­chu­ra. Bły­ska­wi­ce raz po raz kłu­ły zie­mię, niby nie­zręcz­ny skry­to­bój­ca. Grom prze­ta­czał się tam i z po­wro­tem po ciem­nych, chło­sta­nych desz­czem wzgó­rzach.

Noc była czar­na jak wnę­trze kota. Moż­na by uwie­rzyć, że wła­śnie w taką noc bo­go­wie prze­su­wa­ją lu­dzi ni­czym pion­ki na sza­chow­ni­cy losu. Po­śród tej bu­rzy ży­wio­łów ogień mi­go­tał pod ocie­ka­ją­cy­mi krze­wa­mi kol­co­li­stu jak obłęd w oczach ła­si­cy. Oświe­tlał trzy przy­gar­bio­ne po­sta­cie. Kie­dy za­bul­go­tał ko­cio­łek, ktoś za­ję­czał prze­raź­li­wie:

– Ry­chłoż się zej­dziem znów?

Za­pa­dło mil­cze­nie.

Aż w koń­cu ktoś inny od­po­wie­dział to­nem o wie­le bar­dziej zwy­czaj­nym:

– My­ślę, że dam radę w przy­szły wto­rek.

Przez bez­den­ną ot­chłań ko­smo­su pły­nie gwiezd­ny żółw Wiel­ki A’Tuin, nio­sąc na grzbie­cie czte­ry ogrom­ne sło­nie, dźwi­ga­ją­ce na bar­kach cię­żar świa­ta Dys­ku. Ma­leń­ki księ­życ i słoń­ce krą­żą wo­kół nich po skom­pli­ko­wa­nych or­bi­tach, po­wo­du­ją­cych zmia­ny pór roku. Nig­dzie in­dziej we wszech­świe­cie nie zda­rza się, by słoń mu­siał prze­su­nąć nogę, zwal­nia­jąc dro­gę dla słoń­ca.

Być może, nig­dy nie uda się wy­ja­śnić, dla­cze­go wła­ści­wie tak jest. Może Stwór­ca wszech­świa­ta znu­dził się ty­po­wy­mi pro­ble­ma­mi na­chy­le­nia osi, al­be­do i pręd­ko­ści ob­ro­to­wych. I po­sta­no­wił cho­ciaż raz się za­ba­wić.

Z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem moż­na przy­pusz­czać, że bo­go­wie tego świa­ta nie gra­ją w sza­chy – i tak jest istot­nie. Nie mają do­sta­tecz­nej wy­obraź­ni. Bo­go­wie wolą pro­ste, okrut­ne gry, gdzie Nie Osią­gasz Trans­cen­den­cji, ale Tra­fiasz Pro­sto w Ot­chłań. Klu­czem do zro­zu­mie­nia wszel­kiej re­li­gii jest fakt, że dla boga naj­lep­szą za­ba­wą są Węże i Dra­bi­ny z na­sma­ro­wa­ny­mi tłusz­czem szcze­bla­mi.

To ma­gia spa­ja świat Dys­ku – ma­gia ge­ne­ro­wa­na jego ob­ro­ta­mi, ma­gia przę­dzo­na jak je­dwab z pier­wot­nej struk­tu­ry eg­zy­sten­cji i zszy­wa­ją­ca rany rze­czy­wi­sto­ści.

Wie­le z tych nici koń­czy się w Ram­to­pach, gó­rach cią­gną­cych się od za­mar­z­nię­tych ziem wo­kół Osi po­przez dłu­gi ar­chi­pe­lag aż do cie­płych mórz, w nie­skoń­czo­ność prze­le­wa­ją­cych się nad Kra­wę­dzią w prze­strzeń.

Pier­wot­na ma­gia strze­la nie­wi­dzial­ny­mi iskra­mi po­mię­dzy jed­nym szczy­tem a dru­gim i uzie­mia się w gó­rach. Ram­to­py do­star­cza­ją świa­tu więk­szo­ści ma­gów i cza­row­nic. W Ram­to­pach li­ście na drze­wach po­ru­sza­ją się, cho­ciaż nie ma wia­tru. Wie­czo­ra­mi gła­zy wy­cho­dzą na prze­chadz­kę.

Cza­sa­mi na­wet zie­mia wy­da­je się żywa.

A cza­sa­mi tak­że nie­bo.

Bu­rza na­praw­dę da­wa­ła z sie­bie wszyst­ko. Mia­ła swo­ją wiel­ką szan­sę. Przez całe lata wę­dro­wa­ła po pro­win­cji, wy­peł­nia­jąc po­ży­tecz­ne pra­ce jako szkwał, na­bie­ra­ła do­świad­cze­nia, na­wią­zy­wa­ła kon­tak­ty, od cza­su do cza­su za­ska­ki­wa­ła ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­ją­cych pa­ste­rzy albo ła­ma­ła mło­de dęby. A te­raz wol­ne miej­sce w po­go­dzie dało jej oka­zję, by się wy­ka­zać. Roz­bu­do­wy­wa­ła rolę w na­dziei, że za­uwa­ży ją któ­ryś z wiel­kich kli­ma­tów.

To była do­bra bu­rza. Ce­cho­wa­ła ją god­na uwa­gi ży­wio­ło­wość i pa­sja. Kry­ty­cy zgod­nie oce­nia­li, że je­śli tyl­ko na­uczy się pa­no­wać nad swy­mi gro­ma­mi, bę­dzie w naj­bliż­szych la­tach bu­rzą war­tą zo­ba­cze­nia.

Lasy hu­cza­ły okla­ska­mi, peł­ne mgieł i ze­rwa­nych li­ści.

W ta­kie noce, jak już wspo­mnia­no, bo­go­wie roz­gry­wa­ją gry inne niż sza­chy. Gra­ją lo­sa­mi lu­dzi i tro­na­mi kró­lów. Nie wol­no za­po­mi­nać, że za­wsze oszu­ku­ją, do sa­me­go koń­ca…

Po wy­bo­istej le­śnej dro­dze pę­dził po­wóz. Pod­ska­ki­wał gwał­tow­nie, gdy koła tra­fia­ły na ko­rze­nie drzew. Woź­ni­ca po­ga­niał za­prząg, a roz­pacz­li­we trza­ski bata zgrab­nie ak­cen­to­wa­ły ryk hu­ra­ga­nu nad gło­wą.

Za nim… bar­dzo bli­sko za nim i co­raz bli­żej… mknę­li trzej za­kap­tu­rze­ni jeźdź­cy.

W ta­kie noce do­ko­nu­ją się złe uczyn­ki. Do­bre rów­nież, ma się ro­zu­mieć. Ale ogól­nie rzecz bio­rąc, głów­nie te złe.

W ta­kie noce cza­row­ni­ce wy­ru­sza­ją w świat.

No, może nie cał­kiem w świat. Nie lu­bią ob­cej kuch­ni, nie są pew­ne wody, a w do­dat­ku sza­ma­ni sta­le zaj­mu­ją im le­ża­ki. Ale dzi­siaj zza po­rwa­nych chmur wy­ła­niał się księ­życ w peł­ni, szar­pa­ne wia­trem po­wie­trze peł­ne było szep­tów i bar­dzo wy­raź­ne­go po­sma­ku ma­gii.

Na swej po­la­nie w le­sie roz­ma­wia­ły cza­row­ni­ce.

– We wto­rek mam przy­pil­no­wać dzie­cia­ka – oświad­czy­ła jed­na z nich. Nie no­si­ła ka­pe­lu­sza, a tyl­ko bu­rzę si­wych lo­ków, tak gę­stych, że przy­po­mi­na­ły hełm. – Naj­młod­sze­go na­sze­go Ja­so­na. Ale może być pią­tek. Po­spiesz się z her­ba­tą, skar­bie. Gar­dło mi za­schło na wiór.

Naj­młod­sza z trój­ki wes­tchnę­ła i cho­chlą prze­la­ła tro­chę wrząt­ku z ko­cioł­ka do im­bry­ka.

Trze­cia cza­row­ni­ca po­kle­pa­ła ją przy­jaź­nie po ręku.

– Ład­nie to po­wie­dzia­łaś – za­pew­ni­ła. – Mu­sisz jesz­cze po­pra­co­wać nad zgrzy­ta­niem. Mam ra­cję, Nia­niu Ogg?

– Zgrzy­ta­nie za­wsze się przy­da – zgo­dzi­ła się czym prę­dzej Nia­nia Ogg. – Wi­dzę, że Ma­tecz­ka Whem­per, nie­chod­po­czy­waw­spo­ko­ju, do­brze cię wpra­wi­ła w ze­zie.

– Przy­zwo­ity zez – przy­zna­ła Bab­cia We­ather­wax.

Naj­młod­sza, no­szą­ca imię Ma­grat Gar­lick, uspo­ko­iła się wy­raź­nie. Ży­wi­ła wiel­ki sza­cu­nek dla Bab­ci We­ather­wax. W ca­łych Ram­to­pach było wia­do­me, że pan­na We­ather­wax rzad­ko kie­dy bywa z cze­goś za­do­wo­lo­na. Je­śli stwier­dzi­ła, że to przy­zwo­ity zez, to oczy Ma­grat za­glą­da­ły pew­nie w dziur­ki nosa.

W prze­ci­wień­stwie do ma­gów, któ­rzy naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go lu­bią skom­pli­ko­wa­ną hie­rar­chię, cza­row­ni­ce nie dba­ją o usta­lo­ną struk­tu­rę roz­wo­ju ka­rie­ry za­wo­do­wej. Każ­da z nich sama de­cy­du­je, czy przy­jąć do sie­bie ja­kąś dziew­czy­nę i po śmier­ci prze­ka­zać jej swój te­ren. Cza­row­ni­ce nie są z na­tu­ry to­wa­rzy­skie, przy­najm­niej wo­bec in­nych cza­row­nic, i z pew­no­ścią nie mają żad­nych przy­wód­czyń.

Bab­cia We­ather­wax była naj­bar­dziej sza­no­wa­ną ze wszyt­kich przy­wód­czyń, któ­rych nie mia­ły.

Ma­grat lek­ko drża­ły ręce, kie­dy pa­rzy­ła her­ba­tę. Oczy­wi­ście, czu­ła się za­szczy­co­na, ale i zde­ner­wo­wa­na, że przy­pa­dło jej za­cząć pra­cę wio­sko­wej cza­row­ni­cy po­mię­dzy Bab­cią i – z dru­giej stro­ny lasu – Nia­nią Ogg. Sama wpa­dła na po­mysł, by utwo­rzyć miej­sco­wy sa­bat. Mia­ła wra­że­nie, że tak bę­dzie bar­dziej… no… bar­dziej okul­ty­stycz­nie. Ku jej zdu­mie­niu, dwie cza­row­ni­ce zgo­dzi­ły się, a przy­najm­niej nie od­mó­wi­ły zbyt sta­now­czo.

– Ra­bat? – zdzi­wi­ła się Nia­nia Ogg. – A po co nam wspól­ny ra­bat?

– Jej cho­dzi o sa­bat, Gy­tho – wy­ja­śni­ła Bab­cia We­ather­wax. – No wiesz, jak za daw­nych lat. Spo­tka­nie.

– Po­tu­pie­my? – spy­ta­ła Nia­nia Ogg z na­dzie­ją.

– Żad­nych tań­ców – uprze­dzi­ła Bab­cia. – Nie prze­pa­dam za tań­ca­mi. Ani śpie­wa­mi, ani nad­mier­nym pod­nie­ce­niem, ani za­ba­wą z róż­ny­mi ma­ścia­mi i tym po­dob­nie.

– Do­brze ci zro­bi ta­kie wyj­ście – oświad­czy­ła z za­chwy­tem Nia­nia.

Ma­grat była tro­chę roz­cza­ro­wa­na w kwe­stii tań­ca i za­do­wo­lo­na, że nie zdra­dzi­ła jed­ne­go czy dru­gie­go po­my­słu, któ­ry jej cho­dził po gło­wie. Się­gnę­ła po przy­nie­sio­ne z domu za­wi­niąt­ko. To był jej pierw­szy sa­bat i po­sta­no­wi­ła, że wy­pad­nie jak na­le­ży.

– Może ktoś ma ocho­tę na słod­ką bu­łecz­kę? – za­pro­po­no­wa­ła.

Bab­cia do­brze się przyj­rza­ła, za­nim od­gry­zła pierw­szy kęs. Każ­da bu­łecz­ka mia­ła sym­bol nie­to­pe­rza na wierz­chu. Oczka nie­to­pe­rzy Ma­grat zro­bi­ła z ro­dzy­nek.

Po­wóz prze­bił się mię­dzy drze­wa­mi na skra­ju lasu, wje­chał na ka­mień, przez mo­ment je­chał na dwóch ko­łach, wy­pro­sto­wał się wbrew wszel­kim pra­wom rów­no­wa­gi i po­gnał da­lej. Jed­nak wy­raź­nie zwol­nił. Ha­mo­wa­ło go zbo­cze.

Woź­ni­ca sta­nął na nogi, w sty­lu po­wo­żą­cych ry­dwa­na­mi, od­gar­nął z czo­ła wło­sy i wpa­trzył się w mrok. Nikt nie miesz­kał u pod­nó­ża sa­mych Ram­to­pów, a jed­nak wi­dział przed sobą świa­tło. Dzię­ki wszyst­kie­mu, co ła­ska­we… To na­praw­dę świa­tło.

Za jego ple­ca­mi w dach po­wo­zu wbi­ła się strza­ła.

Tym­cza­sem król Ve­ren­ce, wład­ca Lan­cre, do­ko­ny­wał od­kry­cia.

Jak więk­szość lu­dzi – w każ­dym ra­zie więk­szość lu­dzi w wie­ku po­ni­żej sześć­dzie­siąt­ki – Ve­ren­ce nie drę­czył swe­go umy­słu roz­wa­ża­nia­mi, co się dzie­je z czło­wie­kiem po śmier­ci. Jak więk­szość lu­dzi od sa­me­go za­ra­nia dzie­jów za­kła­dał, że w koń­cu wszyst­ko samo się ja­koś uło­ży.

I – jak więk­szość lu­dzi od za­ra­nia dzie­jów – był te­raz mar­twy. Le­żał u stóp scho­dów w zam­ku Lan­cre, ze szty­le­tem w ple­cach.

Usiadł i stwier­dził ze zdu­mie­niem, że kie­dy ktoś, o kim chciał­by my­śleć jako o so­bie, sie­dział, coś bar­dzo po­dob­ne­go do jego cia­ła po­zo­sta­ło w po­zy­cji le­żą­cej na pod­ło­dze.

To cał­kiem do­bre cia­ło, uznał, po raz pierw­szy oglą­da­jąc je z ze­wnątrz. Za­wsze był do nie­go przy­wią­za­ny, choć mu­siał przy­znać, że w tej chwi­li sy­tu­acja ule­gła zmia­nie. Było po­tęż­nie i do­brze umię­śnio­ne. Dbał o nie. Wy­ho­do­wał mu wąsy i dłu­gie fa­li­ste wło­sy. Pil­no­wał, żeby do­star­czać mu wie­lu zdro­wych ćwi­czeń na świe­żym po­wie­trzu i dużo czer­wo­ne­go mię­sa. A te­raz, kie­dy cia­ło bar­dzo by mu się przy­da­ło, aku­rat go za­wio­dło. A ra­czej opu­ści­ło.

W do­dat­ku mu­siał ja­koś usto­sun­ko­wać się do sto­ją­cej tuż obok wy­so­kiej, chu­dej po­sta­ci. Skry­wa­ła się pod czar­ną sza­tą z kap­tu­rem; jed­na ręka, wy­su­nię­ta spo­mię­dzy fałd i ści­ska­ją­ca wiel­ką kosę, zbu­do­wa­na była z ko­ści.

Kie­dy czło­wiek już umrze, pew­ne rze­czy roz­po­zna­je in­stynk­tow­nie.

WI­TAM.

Ve­ren­ce wy­pro­sto­wał się na peł­ną wy­so­kość, a ra­czej to, co by­ło­by peł­ną wy­so­ko­ścią, gdy­by ta jego część, do któ­rej okre­śle­nie ta­kie mo­gło­by się od­no­sić, nie le­ża­ła te­raz na pod­ło­dze ocze­ku­jąc przy­szło­ści, w któ­rej je­dy­nie sło­wo „głę­bo­kość” by­ło­by na miej­scu.

– Je­stem kró­lem, ze­chciej pa­mię­tać – po­wie­dział.

BY­ŁEŚ, WA­SZA WY­SO­KOŚĆ.

– Co? – wark­nął Ve­ren­ce.

PO­WIE­DZIA­ŁEM: BY­ŁEŚ. NA­ZY­WA SIĘ TO CZA­SEM PRZE­SZŁYM. WKRÓT­CE SIĘ DO NIE­GO PRZY­ZWY­CZA­ISZ.

Wy­so­ka po­stać za­stu­ka­ła ko­ścia­ny­mi pal­ca­mi o drzew­ce kosy. Była wy­raź­nie czymś po­iry­to­wa­na.

Je­śli się za­sta­no­wić, po­my­ślał Ve­ren­ce, to ja też je­stem po­iry­to­wa­ny.

Pew­ne wy­raź­ne, oczy­wi­ste w tej sy­tu­acji su­ge­stie prze­bi­ja­ły się na­wet przez obłą­ka­ną, bra­wu­ro­wą głu­po­tę, sta­no­wią­cą za­sad­ni­czą część kró­lew­skie­go cha­rak­te­ru. Ve­ren­ce uświa­da­miał so­bie po­wo­li, że nie­za­leż­nie od tego, w ja­kim kró­le­stwie się obec­nie zna­lazł, to nie on jest w nim kró­lem.

– Czy je­steś Śmier­cią, przy­ja­cie­lu? – za­py­tał.

MAM WIE­LE IMION.

– A któ­re­go obec­nie uży­wasz? – za­py­tał Ve­ren­ce z nie­co więk­szym sza­cun­kiem.

Wo­kół nich kłę­bi­li się lu­dzie. Co gor­sza, spo­ro osób kłę­bi­ło się tak­że przez nich, jak du­chy.

– A więc to Fel­met – do­dał król, spo­glą­da­jąc na po­stać przy­cza­jo­ną na szczy­cie scho­dów i ob­sce­nicz­nie za­do­wo­lo­ną. – Oj­ciec za­wsze mi po­wta­rzał, że nie po­wi­nie­nem od­wra­cać się do nie­go ple­ca­mi. Dla­cze­go nie je­stem wście­kły?

GRU­CZO­ŁY, wy­ja­śnił krót­ko Śmierć. AD­RE­NA­LI­NA I TAK DA­LEJ. I EMO­CJE. NIE MASZ ICH. JE­DY­NE, CO CI PO­ZO­STA­ŁO, TO MYŚL.

Wy­raź­nie pod­jął ja­kąś de­cy­zję.

TO WBREW RE­GU­ŁOM, mó­wił da­lej, jak­by do sie­bie. ALE KIM JA JE­STEM, ŻEBY SIĘ SPIE­RAĆ?

– Kim, istot­nie.

SŁU­CHAM?

– Po­wie­dzia­łem: kim, istot­nie.

CI­CHO BĄDŹ.

Śmierć prze­chy­lił czasz­kę na bok, jak­by wsłu­chi­wał się w we­wnętrz­ny głos. Opadł mu kap­tur i mar­twy król za­uwa­żył, że Śmierć przy­po­mi­na gład­ki szkie­let pod każ­dym wzglę­dem prócz jed­ne­go: oczo­do­ły pło­nę­ły mu błę­ki­tem nie­ba. Ve­ren­ce nie czuł stra­chu – trud­no czuć strach, je­śli ele­men­ty do nie­go nie­zbęd­ne sty­gną wła­śnie o kil­ka stóp obok, a w do­dat­ku nig­dy w ży­ciu ni­cze­go się nie bał i nie miał ocho­ty za­czy­nać w tej chwi­li. Po czę­ści z po­wo­du bra­ku wy­obraź­ni, ale też dla­te­go że był jed­nym z tych rzad­kich osob­ni­ków cał­ko­wi­cie zo­gni­sko­wa­nych w cza­sie.

Więk­szość lu­dzi jest inna. Prze­ży­wa­ją swo­je krót­kie ży­cie w ro­dza­ju tem­po­ral­ne­go roz­my­cia wo­kół punk­tu, gdzie znaj­du­je się ich cia­ło: prze­wi­du­ją przy­szłość albo nie umie­ją po­rzu­cić prze­szło­ści. Zwy­kle są tak za­ję­ci my­śle­niem, co zda­rzy się za chwi­lę, że to, co zda­rza się te­raz, po­zna­ją je­dy­nie dro­gą wspo­mnień. Taka jest więk­szość. Uczą się stra­chu, po­nie­waż po­tra­fią na­praw­dę prze­wi­dzieć – da­le­ko po­ni­żej po­zio­mu świa­do­mo­ści – co się wy­da­rzy. Dla nich to już się wy­da­rza.

Ve­ren­ce za­wsze żył tyl­ko w te­raź­niej­szo­ści. To zna­czy aż do te­raz.

Śmierć wes­tchnął.

PEW­NIE NIKT CIĘ O NI­CZYM NIE UPRZE­DZIŁ, rzekł znie­chę­co­ny.

– Słu­cham?

ŻAD­NYCH PRZE­CZUĆ? NIE­ZWY­KŁYCH SNÓW? SZA­LO­NYCH WIESZ­CZÓW WY­KRZY­KU­JĄ­CYCH RÓŻ­NE RZE­CZY NA ULI­CY?

– O czym? O umie­ra­niu?

NIE, RA­CZEJ NIE. ZBYT WIE­LE OCZE­KU­JĘ, mruk­nął zgryź­li­wie Śmierć. WSZYST­KO ZRZU­CA­JĄ NA MNIE.

– Kto zrzu­ca? – zdu­miał się Ve­ren­ce.

LOS. PRZE­ZNA­CZE­NIE. I CAŁA RESZ­TA. Śmierć po­ło­żył kró­lo­wi dłoń na ra­mie­niu. RZECZ W TYM, OBA­WIAM SIĘ, ŻE MASZ ZO­STAĆ DU­CHEM.

– Aha… – Król spoj­rzał na swo­je cia­ło, któ­re wy­da­ło mu się dość trwa­łe. A po­tem ktoś przez nie prze­szedł.

NIE DE­NER­WUJ SIĘ TYM.

Ve­ren­ce przy­glą­dał się, jak słu­dzy z sza­cun­kiem wy­no­szą z holu jego sztyw­ne zwło­ki.

– Spró­bu­ję – mruk­nął.

ZUCH.

– Ale oba­wiam się, że nic mi nie wyj­dzie z bia­łych prze­ście­ra­deł i dzwo­nie­nia łań­cu­cha­mi – do­dał. – Czy mu­szę snuć się bez celu, ję­czeć i wrzesz­czeć?

Śmierć wzru­szył ra­mio­na­mi.

A CHCESZ? za­py­tał.

– Nie.

W TA­KIM RA­ZIE NA TWO­IM MIEJ­SCU BYM SIĘ TYM NIE PRZEJ­MO­WAŁ.

Z głę­bin swej ciem­nej sza­ty wy­jął klep­sy­drę i przyj­rzał się jej uważ­nie.

NA­PRAW­DĘ MU­SZĘ JUŻ LE­CIEĆ, oświad­czył.

Od­wró­cił się na pię­cie, za­rzu­cił kosę na ra­mię i ru­szył przez ścia­nę holu.

– Chwi­lecz­kę! Za­cze­kaj! – krzyk­nął Ve­ren­ce i po­biegł za nim.

Śmierć nie obej­rzał się. Ve­ren­ce ru­szył za nim przez mur; przy­po­mi­na­ło to wę­drów­kę we mgle.

– Czy to wszyst­ko? – za­py­tał. – Chcę wie­dzieć, jak dłu­go mam być du­chem. Dla­cze­go je­stem du­chem? – Za­trzy­mał się i wzniósł wład­czo nie­co prze­świ­tu­ją­cy pa­lec. – Stój! Roz­ka­zu­ję ci!

Śmierć smęt­nie po­krę­cił gło­wą i prze­szedł przez ko­lej­ną ścia­nę. Król po­spie­szył w jego śla­dy, za­cho­wu­jąc tyle god­no­ści, ile zdo­łał. Zna­lazł Śmierć po­pra­wia­ją­ce­go uprząż na wiel­kim bia­łym ko­niu, sto­ją­cym na blan­kach. Koń miał na py­sku wo­rek z ob­ro­kiem.

– Nie mo­żesz mnie tak zo­sta­wić – rzekł król wi­dząc, że wła­śnie to wkrót­ce się sta­nie.

Śmierć od­wró­cił się do nie­go.

MOGĘ, oświad­czył. JE­STEŚ UPIO­REM. DU­CHY ZA­MIESZ­KU­JĄ ŚWIAT PO­MIĘ­DZY KRA­INĄ ŻY­WYCH I KRA­INĄ UMAR­ŁYCH. NIE JA ZA NIE OD­PO­WIA­DAM. Po­kle­pał kró­la po ra­mie­niu. NIE MARTW SIĘ. TO NIE PO­TRWA WIECZ­NIE.

– To do­brze.

ALE MOŻE SIĘ WY­DA­WAĆ WIECZ­NO­ŚCIĄ.

– A jak dłu­go po­trwa na­praw­dę?

DO­PÓ­KI NIE WY­PEŁ­NISZ SWE­GO PRZE­ZNA­CZE­NIA, JAK SĄ­DZĘ.

– A skąd się do­wiem, ja­kie to prze­zna­cze­nie? – wy­py­ty­wał zroz­pa­czo­ny król.

PRZY­KRO MI, ALE W TYM NIE MOGĘ CI PO­MÓC.

– Jak mogę to od­kryć?

JAK RO­ZU­MIEM, TA­KIE SPRA­WY ZWY­KLE SAME STA­JĄ SIĘ OCZY­WI­STE, od­parł Śmierć i wsko­czył na sio­dło.

– A do tego cza­su mu­szę na­wie­dzać to miej­sce… – Ve­ren­ce ro­zej­rzał się po mu­rze obron­nym. – I pew­nie cał­kiem sam. Czy ktoś może mnie zo­ba­czyć?

TAK… CI O PSY­CHICZ­NYCH SKŁON­NO­ŚCIACH. BLI­SCY KREW­NI. I KOTY, OCZY­WI­ŚCIE.

– Nie zno­szę ko­tów.

Śmierć ze­sztyw­niał lek­ko, o ile to moż­li­we. Błę­kit­ne pło­my­ki w jego oczach na mo­ment za­mi­go­ta­ły czer­wie­nią.

RO­ZU­MIEM, rzekł. Ton su­ge­ro­wał, że zgon jest zbyt do­bry dla wro­gów ko­tów. PRZY­PUSZ­CZAM, ŻE LU­BISZ WIEL­KIE, GROŹ­NE PSY.

– Szcze­rze mó­wiąc, tak. – Król spo­glą­dał po­sęp­nie na wscho­dzą­ce słoń­ce. Psy… Bę­dzie mu ich bra­ko­wa­ło. A wła­śnie za­po­wia­dał się świet­ny dzień na po­lo­wa­nie.

Cie­ka­we, czy du­chy po­lu­ją. Pra­wie na pew­no nie, uznał. I pew­nie też nie je­dzą ani nie piją, a to już na­praw­dę przy­kre. Lu­bił tłum­ne, gwar­ne przy­ję­cia i wy­żło­pał1 w ży­ciu wie­le kwart do­bre­go piwa. Zresz­tą złe­go rów­nież. Nig­dy ich nie roz­róż­niał; do­pie­ro na­stęp­ne­go ran­ka.

Po­nu­ro kop­nął ka­mień i za­uwa­żył znie­chę­co­ny, że sto­pa prze­szła na wy­lot. Żad­nych po­lo­wań, pi­jań­stwa, uczt, to­a­stów, so­ko­łów… Za­czy­nał so­bie uświa­da­miać, że bez cia­ła trud­no o cie­le­sne roz­ko­sze. I na­gle ży­cie wy­da­ło mu się war­te prze­ży­wa­nia. A fakt, że go nie prze­ży­wa, wca­le nie po­pra­wił mu hu­mo­ru.

NIE­KTÓ­RZY LU­BIĄ BYĆ DU­CHA­MI, za­uwa­żył Śmierć.

– Hm – mruk­nął smęt­nie Ve­ren­ce.

SŁY­SZA­ŁEM, ŻE TO NIE TA­KIE STRASZ­NE. MOGĄ OB­SER­WO­WAĆ, JAK SO­BIE RA­DZĄ ICH PO­TOM­KO­WIE… PRZE­PRA­SZAM, O CO CHO­DZI?

Ale Ve­ren­ce znik­nął już w mu­rze.

NIE ZWRA­CAJ NA MNIE UWA­GI, rzu­cił ura­żo­ny Śmierć. Ro­zej­rzał się wo­kół wzro­kiem spo­glą­da­ją­cym po­przez czas, prze­strzeń i du­sze ludz­kich istot. Za­uwa­żył la­wi­nę w da­le­kim Klat­chu, hu­ra­gan w Ho­wan­da­lan­dzie i za­ra­zę w Her­gen.

PRA­CA, PRA­CA, wy­mru­czał i spiął ko­nia, któ­ry sko­czył w nie­bo.

Ve­ren­ce pę­dził przez ścia­ny wła­sne­go zam­ku. Jego sto­py le­d­wie do­ty­ka­ły pod­ło­gi; co wię­cej, nie­rów­no­ści owej pod­ło­gi po­wo­do­wa­ły, że chwi­la­mi sto­py w ogó­le nie do­ty­ka­ły pod­ło­ża.

Bę­dąc kró­lem, Ve­ren­ce przy­zwy­cza­ił się trak­to­wać słu­żą­cych, jak­by nie ist­nie­li. Prze­ni­ka­nie przez nich w roli du­cha było pra­wie tym sa­mym. Je­dy­na róż­ni­ca, to że nie ustę­po­wa­li mu z dro­gi.

Do­tarł do kom­na­ty dzie­cin­nej, spo­strzegł wy­ła­ma­ne drzwi, roz­rzu­co­ną po­ściel…

Usły­szał tę­tent ko­pyt. Sko­czył do okna, zo­ba­czył wła­sne­go ko­nia ga­lo­pu­ją­ce­go przez bra­mę mię­dzy dy­sz­la­mi ka­ro­cy. Po kil­ku se­kun­dach wy­je­cha­li za nim trzej jeźdź­cy. Echo stu­ko­tu ko­pyt uno­si­ło się przez mo­ment na dzie­dziń­cu i za­mar­ło.

Król wal­nął pię­ścią w pa­ra­pet; dłoń za­nu­rzy­ła się na kil­ka cali w ka­mień.

Po­tem sko­czył przez okno, nie dba­jąc o wy­so­kość, i na wpół prze­fru­nął, na wpół prze­biegł do staj­ni.

Za­le­d­wie dwa­dzie­ścia se­kund za­ję­ło mu od­kry­cie, że do wie­lu rze­czy, któ­rych du­chy nie mogą ro­bić, na­le­ży do­dać do­sia­da­nie wierz­chow­ca. Uda­ło mu się wsiąść na sio­dło, a przy­najm­niej za­wi­snąć okra­kiem w po­wie­trzu o cal nad nim, ale kie­dy koń wresz­cie się spło­szył, prze­ra­żo­ny dziw­nym zja­wi­skiem poza usza­mi, Ve­ren­ce zo­stał na miej­scu, do­sia­da­jąc pię­ciu stóp świe­że­go po­wie­trza.

Spró­bo­wał po­biec i do­tarł aż do bra­my, ale tu po­wie­trze wo­kół nie­go zgęst­nia­ło jak smo­ła.

– Nie wyj­dziesz – za­brzmiał smut­ny, star­czy głos tuż za nim. – Mu­sisz zo­stać tu, gdzie zo­sta­łeś za­bi­ty. To wła­śnie ozna­cza na­wie­dza­nie. Mo­żesz mi wie­rzyć. Wiem do­brze.

Bab­cia We­ather­wax znie­ru­cho­mia­ła z unie­sio­ną do ust dru­gą słod­ką bu­łecz­ką.

– Coś się zbli­ża – oznaj­mi­ła.

– Zga­du­jesz po świerz­bie­niu pal­ca? – za­py­ta­ła pod­nie­co­na Ma­grat. Wszyst­kie­go o ma­gii na­uczy­ła się z ksią­żek.

– Świerz­bie­niu uszu – od­par­ła Bab­cia. Unio­sła brew i zer­k­nę­ła na Nia­nię Ogg. Sta­ra Ma­tecz­ka Whem­per była na swój spo­sób cza­row­ni­cą wspa­nia­łą, ale na­zbyt ma­rzy­ciel­ską. Za dużo kwia­tów, ro­man­tycz­nych unie­sień i tak da­lej.

Co ja­kiś czas bły­ska­wi­ca roz­świe­tla­ła cią­gną­ce się do skra­ju pusz­czy wrzo­so­wi­ska. Deszcz, pa­da­ją­cy na cie­płą la­tem zie­mię, wy­peł­niał po­wie­trze smu­ga­mi mgły.

– Ko­py­ta? – zdzi­wi­ła się Nia­nia Ogg. – Nikt chy­ba by tędy nie prze­jeż­dżał tak póź­ną nocą.

Ma­grat ro­zej­rza­ła się lę­kli­wie. Tu i tam wśród wrzo­so­wisk wy­ra­sta­ły wiel­kie gła­zy. Ich po­cząt­ki gi­nę­ły w po­mro­ce dzie­jów, ale po­dob­no pro­wa­dzi­ły ru­chli­we i ta­jem­ne ży­cie. Za­drża­ła.

– Cze­go tu moż­na się bać? – wy­szep­ta­ła nie­pew­nie.

– Nas – od­par­ła z dumą Bab­cia We­ather­wax.

Tę­tent ko­pyt zbli­żył się i zwol­nił. A po­tem ka­re­ta za­dud­ni­ła mię­dzy krze­wa­mi kol­co­li­stu; ko­nie zwi­sa­ły nie­mal w uprzę­ży. Woź­ni­ca ze­sko­czył, pod­biegł do drzwi, wy­jął z po­wo­zu duże za­wi­niąt­ko i ru­szył w stro­nę trzech cza­row­nic.

Był już w po­ło­wie dro­gi, kie­dy za­trzy­mał się i wbił w Bab­cię We­ather­wax wzrok pe­łen gro­zy.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – szep­nę­ła. Ci­chy głos prze­bił się przez po­mruk bu­rzy, czy­sty jak dzwon.

Po­stą­pi­ła kil­ka kro­ków w kie­run­ku męż­czy­zny. Usłuż­na bły­ska­wi­ca po­zwo­li­ła spoj­rzeć pro­sto w jego oczy. Były sku­pio­ne w ten szcze­gól­ny spo­sób, któ­ry tym, co Wie­dzą, mó­wił wy­raź­nie, że ich wła­ści­ciel nie pa­trzy już na ten świat.

Ostat­nim wy­sił­kiem wci­snął za­wi­niąt­ko w ręce Bab­ci i ru­nął na twarz; pió­ra beł­tu z ku­szy ster­cza­ły mu z ple­ców.

Trzy po­sta­cie wstą­pi­ły w krąg świa­tła ognia. Bab­cia spoj­rza­ła w inne oczy – oczy lo­do­wa­te jak zbo­cza Pie­kła.

Ich po­sia­dacz od­rzu­cił na bok ku­szę. Kie­dy wy­cią­gał miecz, pod jego prze­mo­czo­nym płasz­czem bły­snę­ła kol­czu­ga.

Nie za­krę­cił młyn­ka ostrzem. Oczy, wciąż wpa­tru­ją­ce się w twarz Bab­ci, nie na­le­ża­ły do czło­wie­ka, któ­ry lubi krę­cić młyn­ki. Na­le­ża­ły do ko­goś, kto do­sko­na­le wie, do cze­go słu­żą mie­cze.

Wy­cią­gnął rękę.

– Od­dasz mi to – rzekł.

Bab­cia od­chy­li­ła koc z za­wi­niąt­ka i spoj­rza­ła na małą twa­rzycz­kę spo­wi­tą w sen.

Pod­nio­sła gło­wę.

– Nie – oświad­czy­ła dla za­sa­dy.

Żoł­nierz zmie­rzył wzro­kiem ją, a po­tem Ma­grat i Nia­nię Ogg, sto­ją­ce nie­ru­cho­mo jak gła­zy na wrzo­so­wi­skach.

– Je­ste­ście cza­row­ni­ca­mi? – za­py­tał.

Bab­cia przy­tak­nę­ła. Bły­ska­wi­ca prze­szy­ła nie­bo i pięć­dzie­siąt sąż­ni od Bab­ci krzak roz­bły­snął pło­mie­niem. Dwaj żoł­nie­rze za do­wód­cą za­mru­cze­li coś, ale on uśmiech­nął się tyl­ko i uniósł okry­tą kol­czu­gą dłoń.

– Czy skó­ra cza­row­nic od­bi­ja stal?

– Nic o tym nie wiem – od­par­ła chłod­no Bab­cia We­ather­wax. – Chcesz spraw­dzić?

Je­den z żoł­nie­rzy pod­szedł i ostroż­nie stuk­nął do­wód­cę w ra­mię.

– Z ca­łym sza­cun­kiem sir, to nie jest do­bry po­mysł…

– Za­milcz.

– Ale to spro­wa­dza strasz­ne nie­szczę­ście…

– Czy mu­szę cię pro­sić po raz dru­gi?

– Sir…

Bab­cia przez chwi­lę pa­trzy­ła mu w oczy, od­bi­ja­ją­ce bez­na­dziej­ne prze­ra­że­nie.

Do­wód­ca uśmiech­nął się do niej.

– Wa­sza wsio­wa ma­gia jest do­bra dla głup­ców, mat­ko nocy. Mogę cię za­bić na miej­scu.

– Więc ude­rzaj, mło­dzień­cze. – Bab­cia spo­glą­da­ła po­nad jego ra­mie­niem. – Sko­ro tak dyk­tu­je ci ser­ce, ude­rzaj, je­śli się ośmie­lisz.

Męż­czy­zna wzniósł miecz. Bły­ska­wi­ca ude­rzy­ła zno­wu i o kil­ka stóp od nie­go roz­łu­pa­ła ka­mień, wy­peł­nia­jąc po­wie­trze dy­mem i za­pa­chem pa­lo­ne­go krze­mu.

– Pu­dło – stwier­dził wzgar­dli­wie.

Bab­cia spo­strze­gła, że na­pi­na mię­śnie, go­tów do cio­su.

Na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz nie­zmier­ne­go zdu­mie­nia. Prze­chy­lił gło­wę w bok i otwo­rzył usta, jak­by pró­bo­wał po­jąć nową ideę. Miecz wy­padł mu z pal­ców i wy­lą­do­wał ostrzem w dół w zie­mi. Po­tem męż­czy­zna wes­tchnął i po­wo­li osu­nął się do stóp Bab­ci.

De­li­kat­nie trą­ci­ła go czub­kiem buta.

– Może nie wie­dzia­łeś, w co ce­lu­ję – szep­nę­ła. – Mat­ka nocy, też mi coś…

Żoł­nierz, któ­ry pró­bo­wał po­wstrzy­mać do­wód­cę, pa­trzył ze zgro­zą na za­krwa­wio­ny szty­let w dło­ni. Cof­nął się.

– Ja… ja… nie mo­głem po­zwo­lić… Nie po­wi­nien… To… to nie­wła­ści­we… – ją­kał się.

– Po­cho­dzisz z tych oko­lic, mło­dy czło­wie­ku? – spy­ta­ła Bab­cia.

Osu­nął się na ko­la­na.

– Z Wście­kłe­go Wil­ka, psze pani – od­parł. Nie od­ry­wał spoj­rze­nia od mar­twe­go do­wód­cy. – Za­bi­ją mnie te­raz! – za­ję­czał.

– Ale uczy­ni­łeś to, co uwa­ża­łeś za słusz­ne – przy­po­mnia­ła Bab­cia.

– Nie po to zo­sta­łem żoł­nie­rzem. Nie żeby bie­gać po le­sie i za­bi­jać lu­dzi.

– Bar­dzo słusz­nie. Na two­im miej­scu zo­sta­ła­bym ma­ry­na­rzem – stwier­dzi­ła w za­du­mie Bab­cia. – Tak, mor­ska ka­rie­ra. Za­czę­ła­bym jak naj­szyb­ciej. A na­wet na­tych­miast. Ucie­kaj, mło­dzień­cze. Ucie­kaj na mo­rze, gdzie nie zo­sta­ją śla­dy. Cze­ka cię dłu­gie i uda­ne ży­cie, obie­cu­ję. – Za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę i do­da­ła: – A w każ­dym ra­zie dłuż­sze niż bę­dzie tu­taj, je­śli zo­sta­niesz w po­bli­żu.

Pod­niósł się, ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem peł­nym wdzięcz­no­ści i lęku, po czym od­biegł i znik­nął we mgle.

– A te­raz może ktoś nam wy­ja­śni, o co tu cho­dzi – rzu­ci­ła Bab­cia, zwra­ca­jąc się do trze­cie­go z męż­czyzn.

Do miej­sca, gdzie był przed chwi­lą.

Za­brzmiał jesz­cze stłu­mio­ny tę­tent ko­pyt po tra­wie, a po­tem ci­sza.

Nia­nia Ogg przy­kuś­ty­ka­ła bli­żej.

– Mo­gła­bym go zła­pać – oświad­czy­ła. – Jak my­ślisz?

Bab­cia po­trzą­snę­ła gło­wą. Usia­dła na ka­mie­niu i obej­rza­ła trzy­ma­ne na rę­kach dziec­ko. Był to mniej wię­cej rocz­ny chło­piec, cał­kiem nagi pod ko­cem. Ko­ły­sa­ła go od­ru­cho­wo, wpa­trzo­na w pust­kę.

Nia­nia Ogg zba­da­ła oba cia­ła z miną ko­goś, w kim ob­co­wa­nie z umar­ły­mi nie bu­dzi żad­ne­go lęku.

– Może to ban­dy­ci… – szep­nę­ła drżą­ca Ma­grat.

Nia­nia po­krę­ci­ła gło­wą.

– To dziw­ne – za­uwa­ży­ła. – Obaj no­szą ten sam herb. Dwa niedź­wie­dzie na czar­no-zło­tej tar­czy. Ktoś wie, co to ozna­cza?

– To herb kró­la Ve­ren­ce’a – wy­ja­śni­ła Ma­grat.

– A kto to taki? – spy­ta­ła Bab­cia We­ather­wax.

– Rzą­dzi tą kra­iną.

– Ach… to ten król – mruk­nę­ła Bab­cia, jak­by do­praw­dy nie było o czym mó­wić.

– Żoł­nie­rze wal­czą­cy ze sobą na­wza­jem… To nie ma sen­su – stwier­dzi­ła Nia­nia Ogg. – Ma­grat, zaj­rzyj do ka­re­ty.

Naj­młod­sza cza­row­ni­ca zba­da­ła po­wóz i wró­ci­ła z wor­kiem. Po­trzą­snę­ła nim; coś wy­pa­dło na tra­wę.

Bu­rza prze­to­czy­ła się na dru­gą stro­nę gór, a wod­ni­sty księ­życ za­lał wil­got­ne wrzo­so­wi­ska rzad­ką zupą świa­tła. Od­bi­ja­ło się od cze­goś, co bez wąt­pie­nia było bar­dzo waż­ną ko­ro­ną.

– To ko­ro­na – szep­nę­ła Ma­grat. – Ma ta­kie spi­cza­ste koń­ce.

– Ojej… – wes­tchnę­ła Bab­cia.

Dziec­ko za­mru­cza­ło przez sen. Bab­cia We­ather­wax nie lu­bi­ła za­glą­dać w przy­szłość, ale te­raz czu­ła, że przy­szłość gapi się na nią.

I Bab­ci wca­le się nie po­do­ba­ła jej mina.

Król Ve­ren­ce spo­glą­dał na prze­szłość i do­cho­dził do mniej wię­cej tych sa­mych wnio­sków.

– Wi­dzisz mnie? – spy­tał.

– Owszem. Na­wet cał­kiem wy­raź­nie – od­parł przy­bysz.

Ve­ren­ce zmarsz­czył brwi. Byt du­cha wy­ma­ga o wie­le wię­cej umy­sło­we­go wy­sił­ku niż byt ży­we­go. Przez czter­dzie­ści lat król ra­dził so­bie cał­kiem do­brze, nie my­śląc czę­ściej niż raz czy dwa razy dzien­nie. A te­raz ro­bił to bez prze­rwy.

– Aha… – stwier­dził. – Też je­steś du­chem.

– Do­myśl­ny je­steś.

– To ta gło­wa, któ­rą trzy­masz pod pa­chą – wy­ja­śnił Ve­ren­ce, cał­kiem z sie­bie za­do­wo­lo­ny. – Pod­po­wie­dzia­ła mi roz­wią­za­nie.

– Prze­szka­dza ci? Je­śli tak, mogę ją wło­żyć z po­wro­tem – za­pro­po­no­wał duch uprzej­mie. Wy­cią­gnął wol­ną rękę. – Miło mi cię po­znać. Je­stem Cham­pot, król Lan­cre.

– Ve­ren­ce. Rów­nież. – Zer­k­nął w dół, na twarz sta­re­go wład­cy. – Chy­ba nie przy­po­mi­nam so­bie two­je­go por­tre­tu w Dłu­giej Ga­le­rii… – do­dał.

– To było już po mnie – wy­ja­śnił nie­dba­le Cham­pot.

– A jak dłu­go tu je­steś?

Cham­pot się­gnął w dół i po­dra­pał się po no­sie.

– Z ty­siąc lat – od­parł. W jego gło­sie za­brzmiał od­cień dumy. – Od czło­wie­ka do du­cha.

– Ty­siąc lat!

– Praw­dę mó­wiąc, sam zbu­do­wa­łem ten za­mek. Wła­śnie wy­po­sa­ży­łem go ład­nie od we­wnątrz, kie­dy bra­ta­nek uciął mi we śnie gło­wę. Nie masz na­wet po­ję­cia, jak mnie to zi­ry­to­wa­ło.

– Ale… ty­siąc lat… – po­wtó­rzył nie­pew­nie Ve­ren­ce.

Cham­pot ujął go pod ra­mię.

– Nie jest tak źle – zwie­rzył się, cią­gnąc nie sta­wia­ją­ce­go opo­ru kró­la przez dzie­dzi­niec. – W pew­nym sen­sie na­wet le­piej niż być ży­wym.

– To musi być wście­kle dzi­wacz­ny sens – burk­nął Ve­ren­ce. – Ja tam lu­bi­łem być ży­wym.

Cham­pot uśmiech­nął się po­cie­sza­ją­co.

– Przy­zwy­cza­isz się wkrót­ce – za­pew­nił.

– Ale ja nie chcę się przy­zwy­cza­jać!

– Masz sil­ne pole mor­fo­ge­ne­tycz­ne – za­uwa­żył Cham­pot. – Mo­żesz mi wie­rzyć. Znam się na tym. Tak. Po­wiem wręcz, że bar­dzo sil­ne.

– A co to ta­kie­go?

– Wiesz, nig­dy nie by­łem moc­ny w sło­wach. Za­wsze ła­twiej mi przy­cho­dzi­ło wa­lić czymś lu­dzi. Ale, je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, wszyst­ko spro­wa­dza się do tego, jak bar­dzo by­łeś żywy. Na­zy­wa się to… – Cham­pot za­sta­no­wił się. – Zwie­rzę­ca ży­wot­ność. Tak, to było to. Zwie­rzę­ca ży­wot­ność. Im wię­cej jej mia­łeś, tym bar­dziej zo­sta­jesz sobą, kie­dy już je­steś du­chem. Przy­pusz­czam, że kie­dy by­łeś żywy, by­łeś żywy w stu pro­cen­tach.

Ve­ren­ce po­czuł, że mu to po­chle­bia.

– Sta­ra­łem się mieć za­wsze coś do ro­bo­ty – wy­znał skrom­nie.

Spa­cer­kiem prze­szli przez mur do głów­ne­go holu, w tej chwi­li pu­ste­go. Wi­dok pro­stych sto­łów wzbu­dził u kró­la od­ru­cho­wą re­ak­cję.

– Jak za­pew­ni­my so­bie śnia­da­nie? – za­py­tał.

Gło­wa Cham­po­ta zro­bi­ła zdzi­wio­ną minę.

– Ni­jak. Je­ste­śmy du­cha­mi.

– Ale ja je­stem głod­ny!

– Nie, wca­le nie. To tyl­ko wy­obraź­nia.

Od stro­ny kuch­ni do­bie­gał brzęk garn­ków. Ku­cha­rze wsta­li już do pra­cy, a wo­bec bra­ku in­struk­cji, szy­ko­wa­li nor­mal­ne zam­ko­we śnia­da­nie. Z mrocz­ne­go ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­ce­go do kuch­ni są­czy­ły się zna­jo­me aro­ma­ty.

Ve­ren­ce po­cią­gnął no­sem.

– Kieł­ba­sa – wes­tchnął roz­ma­rzo­ny. – Be­kon. Jaj­ka. Wę­dzo­na ryba. – Zer­k­nął na Cham­po­ta. – Sal­ce­son – wy­szep­tał.

– Prze­cież nie masz żo­łąd­ka – przy­po­mniał mu sta­ry duch. – To zwy­kła siła przy­zwy­cza­je­nia. My­ślisz tyl­ko, że je­steś głod­ny.

– My­ślę, że mógł­bym zjeść ko­nia z ko­py­ta­mi.

– Owszem, ale tak na­praw­dę ni­cze­go nie mo­żesz do­tknąć. Ro­zu­miesz? – tłu­ma­czył ła­god­nie Cham­pot. – Zu­peł­nie ni­cze­go.

Ve­ren­ce opadł na ławę, ostroż­nie, żeby przez nią nie prze­nik­nąć, i ukrył twarz w dło­niach. Sły­szał, że śmierć bywa nie­przy­jem­na. Po pro­stu nie uświa­da­miał so­bie, jak bar­dzo.

Chciał ze­msty. Chciał się wy­do­stać z tego na­gle obrzy­dli­we­go zam­ku i od­szu­kać syna. Ale jesz­cze bar­dziej prze­ra­zi­ło go od­kry­cie, że tak na­praw­dę w tej chwi­li chce przede wszyst­kim ta­le­rza cy­na­de­rek.

Mo­kry świt pły­nął przez kraj, po­ko­nał mury obron­ne zam­ku Lan­cre, sztur­mem zdo­był twier­dzę i wresz­cie prze­bił się przez okna po­ko­ju na wie­ży.

Ksią­żę Fel­met spo­glą­dał po­nu­ro na ocie­ka­ją­cy desz­czem las. Było go strasz­nie dużo. Ksią­żę nie miał nic prze­ciw­ko drze­wom jako ta­kim, je­dy­nie wi­dok tak wie­lu ich w jed­nym miej­scu wpę­dzał go w de­pre­sję. Cią­gle miał ocho­tę je li­czyć.

– W sa­mej rze­czy, ko­cha­nie – po­wie­dział.

Tym, któ­rzy go zna­li, ksią­żę przy­wo­dził na myśl ro­dzaj jasz­czur­ki, moż­li­we że z ga­tun­ku, któ­ry żyje na wy­spach wul­ka­nicz­nych, po­ru­sza się raz dzien­nie, ma śla­do­we trze­cie oko i mru­ga parę razy w mie­sią­cu. On sam uwa­żał się za czło­wie­ka cy­wi­li­zo­wa­ne­go, prze­zna­czo­ne­go do ży­cia w su­chym po­wie­trzu i ja­snym słoń­cu po­rząd­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne­go kli­ma­tu.

Z dru­giej stro­ny, my­ślał, ta­kie­mu drze­wu to do­brze. Drze­wa nie mają uszu; był tego pra­wie pe­wien. I ja­koś so­bie ra­dzą bez bło­go­sła­wio­ne­go sta­nu mał­żeń­skie­go. Dąb sa­miec – musi gdzieś to spraw­dzić – dąb sa­miec po pro­stu wy­sy­pu­je swój py­łek na wiatr, a cała ta spra­wa z żo­łę­dzia­mi… chy­ba że to dę­bo­we jabł­ka, nie, ra­czej na pew­no żo­łę­dzie… od­by­wa się gdzie in­dziej…

– Tak, mój skar­bie – po­wie­dział.

Tak, drze­wa do­brze to so­bie wy­my­śli­ły. Ksią­żę Fel­met spoj­rzał gniew­nie na skle­pie­nie li­ści. Sa­mo­lub­ne dra­nie.

– Z całą pew­no­ścią, naj­droż­sza – po­wie­dział.

– Co? – wark­nę­ła księż­na.

Ksią­żę za­wa­hał się, roz­pacz­li­wie usi­łu­jąc od­two­rzyć ostat­nie pięć mi­nut mo­no­lo­gu. Cho­dzi­ło chy­ba o nie­go, o to, że jest tyl­ko w po­ło­wie męż­czy­zną i… ka­le­ką w du­chu? Był też prze­ko­na­ny, że sły­szał skar­gę na chłód w zam­ku. Tak, za­pew­ne o to wła­śnie cho­dzi. No cóż, te prze­klę­te drze­wa przy­najm­niej raz mogą się na coś przy­dać.

– Każę ściąć je i na­tych­miast tu przy­nieść, umi­ło­wa­na – obie­cał.

Lady Fel­met na mo­ment za­nie­mó­wi­ła, a ta­kie wy­da­rze­nie god­ne jest od­no­to­wa­nia w ka­len­da­rzu. Była ko­bie­tą po­tęż­ną i wład­czą. Lu­dzie spo­ty­ka­ją­cy ją po raz pierw­szy mie­li wra­że­nie, że sta­ją przed dzio­bem ga­le­onu pod peł­ny­mi ża­gla­mi. Efekt ten zwięk­sza­ło jesz­cze błęd­ne prze­ko­na­nie lady Fel­met, że do twa­rzy jej w czer­wo­nym ak­sa­mi­cie. W każ­dym ra­zie nie kon­tra­sto­wał on z jej cerą, ale wręcz pa­so­wał do niej do­sko­na­le.

Ksią­żę czę­sto my­ślał o swo­im szczę­ściu, któ­re ka­za­ło mu ją po­ślu­bić. Gdy­by nie po­tęż­ny na­pęd jej am­bi­cji, był­by te­raz zwy­kłym miej­sco­wym wiel­mo­żą; nie miał­by nic do ro­bo­ty prócz po­lo­wa­nia, pi­jań­stwa i ko­rzy­sta­nia ze swe­go dro­it de se­igneur2. Tym­cza­sem te­raz zna­lazł się tyl­ko o je­den sto­pień od tro­nu i wkrót­ce bę­dzie wład­cą wszyst­kie­go, co wi­dzi.

W tej chwi­li wi­dział je­dy­nie drze­wa.

Wes­tchnął.

– Co ściąć? – spy­ta­ła lo­do­wa­tym to­nem lady Fel­met.

– Drze­wa, na­tu­ral­nie – wy­ja­śnił ksią­żę.

– A co drze­wa mają z tym wspól­ne­go?

– No wiesz… Jest ich tak strasz­nie dużo – oznaj­mił z uczu­ciem.

– Nie zmie­niaj te­ma­tu!

– Prze­pra­szam, moja naj­słod­sza.

– Za­sta­na­wia­łam się wła­śnie, jak mo­głeś być ta­kim głup­cem i po­zwo­lić im uciec? Mó­wi­łam ci, że ten słu­ga jest o wie­le za lo­jal­ny. Ko­muś ta­kie­mu nie moż­na ufać.

– Nie, moja uko­cha­na.

– I pew­nie nie wpa­dło ci do gło­wy, żeby ko­goś za nimi po­słać?

– Bent­ze­na, moja naj­droż­sza. I dwóch gwar­dzi­stów.

– Aha…

Księż­na urwa­ła. Bent­zen, do­wód­ca oso­bi­stej gwar­dii ksią­żę­cej, był za­bój­cą tak sku­tecz­nym, jak psy­cho­tycz­na man­gu­sta. Sama by go wy­bra­ła. Przez mo­ment po­czu­ła iry­ta­cję, gdyż stra­ci­ła szan­sę kry­ty­ko­wa­nia męża. Szyb­ko jed­nak od­zy­ska­ła pa­no­wa­nie nad sobą.

– W ogó­le nie mu­siał­by je­chać, gdy­byś mnie po­słu­chał. Ale nie, nig­dy.

– Co nig­dy, moja na­mięt­no­ści?

Ksią­żę ziew­nął. Miał za sobą dłu­gą noc. Sza­la­ła bu­rza z pio­ru­na­mi o cał­kiem zbęd­nie dra­ma­tycz­nych efek­tach. Była też ta nie­przy­jem­na spra­wa z no­ża­mi.

Wspo­mnia­no już, że ksią­żę Fel­met zna­lazł się o je­den sto­pień od tro­nu. Sto­pień, o któ­rym mowa, tkwił u szczy­tu scho­dów pro­wa­dzą­cych do głów­ne­go holu. Z tych scho­dów sto­czył się w ciem­no­ści król Ve­ren­ce, by wy­lą­do­wać – wbrew wszel­kie­mu praw­do­po­do­bień­stwu – na wła­snym szty­le­cie.

Jed­nak­że jego oso­bi­sty le­karz wy­ja­śnił, że jest to śmierć z przy­czyn na­tu­ral­nych. Bent­zen od­wie­dził księ­cia i wy­tłu­ma­czył, że upa­dek ze scho­dów ze szty­le­tem w ple­cach to cho­ro­ba wy­wo­ła­na przez nie­roz­sąd­ne mie­le­nie ję­zy­kiem.

Za­ra­zi­ło się nią już kil­ku człon­ków kró­lew­skiej gwar­dii, któ­rzy mie­li kło­po­ty ze słu­chem. Wy­bu­chła nie­wiel­ka epi­de­mia.

Ksią­żę za­drżał. Pew­ne szcze­gó­ły mi­nio­nej nocy wy­da­wa­ły mu się rów­no­cze­śnie za­mglo­ne i okrop­ne.

Pró­bo­wał się uspo­ko­ić, że wszel­kie nie­przy­jem­no­ści do­bie­gły koń­ca i że ma już kró­le­stwo. Nie­wiel­kie, co praw­da, i skła­da­ją­ce się głów­nie z drzew, ale jed­nak kró­le­stwo. Ra­zem z ko­ro­ną.

Je­śli tyl­ko uda się ją zna­leźć.

Za­mek Lan­cre zo­stał wznie­sio­ny na ska­le przez ar­chi­tek­ta, któ­ry sły­szał o Gor­men­gha­ście, ale nie dys­po­no­wał od­po­wied­nim bu­dże­tem. Po­ra­dził so­bie nie­źle z drob­ną kon­fek­cją bar­ba­ka­nów z wy­prze­da­ży i prze­ce­nio­nych piw­nic, przy­pór, blan­ków, masz­ka­ro­nów, wież, dzie­dziń­ców, for­tec i lo­chów. Wła­ści­wie zna­lazł wszyst­ko, cze­go trze­ba zam­ko­wi, z wy­jąt­kiem może po­rząd­nych fun­da­men­tów i za­pra­wy mu­rar­skiej, któ­rej nie wy­płu­ku­je lek­ki deszcz.

Za­mek wzno­sił się na za­wrot­nej wy­so­ko­ści ty­sią­ca stóp po­nad spie­nio­nym nur­tem rze­ki Lan­cre. Co ja­kiś czas od­pa­da­ły od nie­go ja­kieś ka­wał­ki.

Choć był nie­wiel­ki, mie­ścił ty­sią­ce schow­ków, gdzie moż­na by ukryć ko­ro­nę.

Księż­na wy­szła z god­no­ścią, by zna­leźć ko­goś in­ne­go, kogo mo­gła­by kar­cić. Fel­met po­zo­stał sam, smęt­nie wpa­trzo­ny w pej­zaż za oknem. Za­czy­na­ło pa­dać.

Jak­by deszcz był zna­kiem, roz­le­gło się po­tęż­ne stu­ka­nie do bra­my. Po­waż­nie za­nie­po­ko­iło zam­ko­we­go lo­ka­ja, któ­ry w cie­płej kuch­ni grał w Oka­lecz Pana Ce­bu­lę z zam­ko­wym ku­cha­rzem i zam­ko­wym Bła­znem.

Burk­nął coś nie­chęt­nie i wstał.

– Sły­chać głu­che stu­ka­nie – oznaj­mił.

– Ja­kie? – zdzi­wił się Bła­zen.

– Głu­che, idio­to.

Bła­zen przyj­rzał mu się z nie­po­ko­jem.

– Głu­che i sły­chać? To ja­kiś ro­dzaj zen, praw­da?

Kie­dy lo­kaj po­czła­pał w stro­nę wej­ścio­wej bra­my, ku­charz rzu­cił do puli ko­lej­ne­go mie­dzia­ka i po­nad kar­ta­mi su­ro­wo spoj­rzał na Bła­zna.

– Co to jest zen? – za­py­tał.

Brzęk­nę­ły dzwon­ki na czap­ce.

– No wiesz – od­parł Bła­zen bez na­my­słu. – To pod­sek­ta sys­te­mu fi­lo­zo­ficz­ne­go sum­ti­na z ob­ro­to­we­go Klat­chu. Cha­rak­te­ry­zu­je ją pro­sto­ta i su­ro­wość, a ofe­ru­je adep­tom oso­bi­ste uko­je­nie i ze­spo­le­nie osią­gnię­te dro­gą me­dy­ta­cji i ćwi­czeń od­de­cho­wych. In­te­re­su­ją­cym aspek­tem tego sys­te­mu jest sta­wia­nie po­zor­nie bez­sen­sow­nych py­tań w celu po­sze­rze­nia bram per­cep­cji.

– Mo­żesz po­wtó­rzyć? – spy­tał po­dejrz­li­wie ku­charz.

Był zi­ry­to­wa­ny. Kie­dy za­niósł do głów­ne­go holu śnia­da­nie, miał uczu­cie, że coś pró­bu­je wy­rwać mu tacę z rąk. A jak­by tego było mało, ksią­żę po­słał go z po­wro­tem po… Ku­charz za­drżał. Po owsian­kę! I jaj­ko na mięk­ko! Był już za sta­ry na ta­kie fa­na­be­rie. Miał swo­je przy­zwy­cza­je­nia. Był ku­cha­rzem wier­nym praw­dzi­wej feu­dal­nej tra­dy­cji. Je­śli coś nie mia­ło jabł­ka w py­sku i nie dało się upiec, on nie chciał tego po­da­wać.

Bła­zen za­wa­hał się z kar­tą w ręku, stłu­mił pa­ni­kę i za­sta­no­wił się szyb­ko.

– Wi­dzę, wu­jasz­ku – za­pisz­czał – że masz dziś tyle py­tań co ża­gli na mo­rzu.

Ku­charz od­prę­żył się wy­raź­nie.

– Niech bę­dzie – mruk­nął, nie do koń­ca prze­ko­na­ny.

Na wszel­ki wy­pa­dek Bła­zen prze­grał jesz­cze trzy ko­lej­ne roz­da­nia.

Lo­kaj tym­cza­sem od­su­nął sko­bel wi­kli­no­wej furt­ki i wyj­rzał na ze­wnątrz.

– Kto tam stu­ka głu­cho? – za­hu­czał.

Prze­mo­czo­ny i prze­ra­żo­ny żoł­nierz za­wa­hał się.

– Je­śli głu­cho, to jak usły­sza­łeś?

– Je­śli masz za­miar tyle ga­dać, to mo­żesz so­bie tam zo­stać na cały dzień – od­parł spo­koj­nie lo­kaj.

– Nie! Mu­szę na­tych­miast zo­ba­czyć się z księ­ciem! – wy­krzyk­nął gwar­dzi­sta. – Cza­row­ni­ce wę­dru­ją po świe­cie!

Lo­kaj miał już od­po­wie­dzieć: „Wy­bra­ły do­brą porę” albo „Sam bym chęt­nie gdzieś wy­je­chał”; urwał jed­nak, gdy spoj­rzał w twarz przy­by­sza. Zro­zu­miał, że nie war­to się wy­si­lać. Ten czło­wiek wy­raź­nie zo­ba­czył rze­czy, któ­rych przy­zwo­ici lu­dzie nie oglą­da­ją…

– Cza­row­ni­ce? – po­wtó­rzył lord Fel­met.

– Cza­row­ni­ce! – mruk­nę­ła księż­na.

W peł­nym prze­cią­gów ko­ry­ta­rzu ja­kiś głos, ci­chy jak wiatr w od­le­głych dziur­kach od klu­czy, za­wo­łał z nutą na­dziei:

– Cza­row­ni­ce!

Ci o psy­chicz­nych skłon­no­ściach…

– To jest wtrą­ca­nie się i tyle – oświad­czy­ła Bab­cia We­ather­wax. – Nic do­bre­go z tego nie wyj­dzie.

– To bar­dzo ro­man­tycz­ne – stwier­dzi­ła z uczu­ciem Ma­grat i wes­tchnę­ła.

– Gu gu gu – po­wie­dzia­ła Nia­nia Ogg.

– W każ­dym ra­zie – rze­kła Ma­grat – za­bi­łaś tego okrop­ne­go czło­wie­ka.

– Nig­dy w ży­ciu. Po pro­stu za­chę­ci­łam… spra­wy, żeby po­to­czy­ły się wła­ści­wym kur­sem. – Bab­cia We­ather­wax zmarsz­czy­ła czo­ło. – Nie miał ani krzty sza­cun­ku. Kie­dy lu­dzie prze­sta­ją oka­zy­wać sza­cu­nek, zbli­ża­ją się kło­po­ty.

– Izi wizi wazi pim.

– Ten dru­gi przy­je­chał tu­taj, żeby go ra­to­wać! – krzyk­nę­ła Ma­grat. – Chciał, że­by­śmy go ukry­ły! To oczy­wi­ste! To prze­zna­cze­nie!

– Tak, oczy­wi­ste… – mruk­nę­ła Bab­cia. – Przy­zna­ję, to oczy­wi­ste. Ale to, że coś jest oczy­wi­ste, nie ozna­cza jesz­cze, że jest praw­dą.

Zwa­ży­ła w dło­niach ko­ro­nę. Wy­da­wa­ła się bar­dzo cięż­ka w spo­sób, któ­ry wy­kra­cza poza fun­ty i un­cje.

– Tak, ale rzecz w tym… – za­czę­ła Ma­grat.

– Rzecz w tym – prze­rwa­ła Bab­cia – że lu­dzie będą go szu­kać. Po­waż­ni lu­dzie. I będą szu­kać na po­waż­nie. W sty­lu „roz­wa­lić ścia­ny i pod­pa­lić strze­chę”. I…

– Jak tam mój ma­lu­si?

– …I, Gy­tho, je­stem pew­na, że wszyst­kie po­czu­je­my się le­piej, je­śli prze­sta­niesz tak gru­chać – wark­nę­ła Bab­cia. Ner­wy za­czy­na­ły ją za­wo­dzić. Za­wsze to ro­bi­ły, kie­dy nie była pew­na, co po­cząć. Poza tym wszyst­kie trzy schro­ni­ły się w dom­ku Ma­grat i wy­strój też źle na nią dzia­łał. Ma­grat wie­rzy­ła w mą­drość Na­tu­ry, w elfy, w uzdra­wia­ją­cą moc ko­lo­rów i wie­le in­nych rze­czy, z któ­ry­mi Bab­cia We­ather­wax wo­la­ła nie mieć do czy­nie­nia.

– Nie bę­dziesz mnie chy­ba uczyć, jak się opie­ko­wać dziec­kiem – od­par­ła gniew­nie Nia­nia Ogg. – Mnie, któ­ra ma pięt­nast­kę wła­snych.

– Po­wie­dzia­łam tyl­ko, że mu­si­my się nad tym za­sta­no­wić.

Przez chwi­lę obie spo­glą­da­ły na sie­bie groź­nie.

– I co? – spy­ta­ła Ma­grat.

Bab­cia za­stu­ka­ła o brzeg ko­ro­ny. Zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Po pierw­sze, mu­si­my go stąd za­brać – oświad­czy­ła. Unio­sła rękę. – Nie, Gy­tho. Je­stem pew­na, że twój do­mek jest ide­al­ny i w ogó­le, ale nie jest bez­piecz­ny. On musi się zna­leźć da­le­ko stąd, bar­dzo da­le­ko, gdzie nikt nie bę­dzie wie­dział, kim jest. I jesz­cze mamy to… – Prze­rzu­ci­ła ko­ro­nę z ręki do ręki.

– Ach, dro­biazg – uspo­ko­iła ją Ma­grat. – Po pro­stu scho­waj ją pod ka­mie­niem albo gdzieś. To ła­twe. O wie­le ła­twiej­sze niż ukry­cie dziec­ka.

– Wca­le nie – za­prze­czy­ła Bab­cia. – Kraj jest pe­łen dzie­ci i wszyst­kie wy­glą­da­ją tak samo, ale ra­czej nie ma tu wie­lu ko­ron. A one mają spo­so­by, żeby ktoś je zna­lazł. Tak jak­by przy­zy­wa­ły ludz­kie my­śli. Je­śli we­pchniesz ją pod ka­mień, w cią­gu ty­go­dnia da się przy­pad­kiem od­na­leźć. Za­pa­mię­taj moje sło­wa.

– To praw­da. Rze­czy­wi­ście – przy­tak­nę­ła z za­pa­łem Nia­nia Ogg. – Ile to razy rzu­ca­łaś ma­gicz­ny pier­ścień do mo­rza, po­tem wra­ca­łaś do domu, szy­ko­wa­łaś ka­wa­łek ryby na pod­wie­czo­rek i mia­łaś go z po­wro­tem…

Za­sta­na­wia­ły się w mil­cze­niu.

– Nig­dy – rze­kła z iry­ta­cją Bab­cia. – I ty też nie. W każ­dym ra­zie on może ze­chce kie­dyś ją ode­brać. Praw­nie na­le­ży do nie­go. Kró­lom bar­dzo za­le­ży na ko­ro­nach. Do­praw­dy, Gy­tho, cza­sem opo­wia­dasz ta­kie…

– Zro­bię her­ba­tę, do­brze? – prze­rwa­ła jej we­so­ło Ma­grat i wy­bie­gła do kuch­ni.

Dwie sta­re cza­row­ni­ce sie­dzia­ły po dwóch stro­nach sto­łu w uprzej­mym i peł­nym na­pię­cia mil­cze­niu. Wresz­cie ode­zwa­ła się Nia­nia Ogg.

– Ład­nie się tu urzą­dzi­ła, praw­da? Kwia­ty i w ogó­le. Co to jest, co wisi na ścia­nach?

– Amu­le­ty – od­par­ła kwa­śno Bab­cia. – Albo coś po­dob­ne­go.

– Miłe – przy­zna­ła grzecz­nie Nia­nia Ogg. – I te wszyst­kie sza­ty, różdż­ki…

– No­wo­cze­sność! – par­sk­nę­ła Bab­cia We­ather­wax. – Kie­dy ja by­łam mło­da, mia­ły­śmy bry­łę wo­sku i parę spi­nek. I mu­sia­ły­śmy się z tego cie­szyć. Za tam­tych lat same przy­go­to­wy­wa­ły­śmy za­klę­cia.

– No tak… Ale od tego cza­su wie­le wody przez nas prze­pły­nę­ło – oznaj­mi­ła z mą­drą miną Nia­nia Ogg.

Uspo­ka­ja­ją­co ko­ły­sa­ła dziec­ko.

Bab­cia We­ather­wax po­cią­gnę­ła no­sem. Nia­nia Ogg trzy razy wy­cho­dzi­ła za mąż i rzą­dzi­ła ple­mie­niem dzie­ci i wnu­ków roz­rzu­co­nych po ca­łym kró­le­stwie. To fakt, cza­row­ni­com wol­no za­wie­rać mał­żeń­stwa. Bab­cia mu­sia­ła to przy­znać, cho­ciaż nie­chęt­nie. Bar­dzo nie­chęt­nie. Raz jesz­cze z dez­apro­ba­tą po­cią­gnę­ła no­sem. To był błąd.

– Co to za za­pach? – spy­ta­ła gniew­nie.

– Ach… – Nia­nia Ogg pod­nio­sła się ostroż­nie. – Pój­dę i zo­ba­czę, czy Ma­grat nie ma ja­kichś czy­stych ście­re­czek. Do­brze?

Bab­cia zo­sta­ła sama. Czu­ła się za­kło­po­ta­na, jak każ­dy, kto zo­sta­je sam w cu­dzym po­ko­ju i wal­czy z chę­cią, by wstać i obej­rzeć książ­ki na pół­ce nad kre­den­sem albo spraw­dzić, czy nie ma ku­rzu nad ko­min­kiem.

Ob­ró­ci­ła w dło­niach ko­ro­nę. I zno­wu wy­war­ła na niej wra­że­nie więk­szej i cięż­szej niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Bab­cia za­uwa­ży­ła lu­stro nad ko­min­kiem. Raz jesz­cze spoj­rza­ła na ko­ro­nę: ku­si­ła ją. Pra­wie bła­ga­ła, żeby przy­mie­rzyć. A wła­ści­wie dla­cze­go nie? Spraw­dzi­ła jesz­cze, czy nie ma w po­bli­żu ko­le­ża­nek, po czym szyb­kim ru­chem zdję­ła ka­pe­lusz i wsa­dzi­ła ko­ro­nę na gło­wę.

Wy­da­wa­ło się, że pa­su­je. Bab­cia wy­pro­sto­wa­ła się z dumą i wład­czym ge­stem mach­nę­ła dło­nią w stro­nę ko­min­ka.

– A po­spiesz się z tym – po­le­ci­ła. Ski­nę­ła aro­ganc­ko na szaf­ko­wy ze­gar. – Ściąć mu gło­wę i tyle – roz­ka­za­ła.

Uśmiech­nę­ła się po­sęp­nie.

I za­mar­ła. Usły­sza­ła krzy­ki, tę­tent koni, śmier­tel­ny szept strzał i głu­chy, zdu­szo­ny od­głos włócz­ni prze­bi­ja­ją­cych cia­ło. Szar­ża za szar­żą od­bi­ja­ła się echem w jej gło­wie. Miecz ude­rzał o miecz, o tar­czę albo o kość… bez ustan­ku. Lata prze­my­ka­ły w my­ślach w cią­gu za­le­d­wie se­kun­dy. Chwi­la­mi le­ża­ła po­śród za­bi­tych albo wi­sia­ła na ga­łę­zi drze­wa; za­wsze jed­nak zna­la­zły się ręce, któ­re pod­no­si­ły ją zno­wu i ukła­da­ły na ak­sa­mit­nej po­dusz­ce…

Bab­cia bar­dzo ostroż­nie zdję­ła z gło­wy ko­ro­nę… Wy­si­łek ten wca­le nie przy­szedł jej ła­two. Po­ło­ży­ła ją na sto­le.

– Więc tyle zna­czy dla cie­bie być kró­lem – szep­nę­ła. – Za­sta­na­wiam się, dla­cze­go tak im za­le­ży na tym sta­no­wi­sku.

– Sło­dzisz? – ode­zwa­ła się Ma­grat od drzwi.

– Trze­ba uro­dzić się bła­znem, żeby zo­stać kró­lem – do­da­ła Bab­cia.

– Słu­cham?

Bab­cia obej­rza­ła się.

– Nie za­uwa­ży­łam, kie­dy we­szłaś. O co py­ta­łaś?

– Cu­kru do her­ba­ty?

– Trzy ły­żecz­ki.

Była to jed­na z nie­licz­nych zgry­zot w ży­ciu Bab­ci We­ather­wax: mimo wszel­kich wy­sił­ków, osią­gnę­ła szczyt swej ka­rie­ry z cerą ni­czym jabł­ko i ze wszyst­ki­mi zę­ba­mi. Żad­ne uro­ki nie po­tra­fi­ły zmu­sić ku­rzaj­ki, by za­pu­ści­ła ko­rze­nie na jej uro­dzi­wej, choć odro­bi­nę koń­skiej twa­rzy. Ogrom­ne daw­ki cu­kru da­wa­ły tyl­ko nie­wy­czer­pa­ną ener­gię. Raz na­wet od­wie­dzi­ła w tej spra­wie maga, a ten wy­ja­śnił, że to sku­tek me­ta­bo­li­zmu. W pe­wien nie­wy­ja­śnio­ny spo­sób po­czu­ła się wte­dy waż­niej­sza od Nia­ni Ogg, któ­ra – jak po­dej­rze­wa­ła – nig­dy w ży­ciu nie wi­dzia­ła me­ta­bo­li­zmu.

Ma­grat po­słusz­nie wsy­pa­ła trzy czu­ba­te ły­żecz­ki. By­ło­by miło, po­my­śla­ła, gdy­by ktoś cza­sem dla od­mia­ny po­wie­dział „dzię­ku­ję”.

I na­gle uświa­do­mi­ła so­bie, że ko­ro­na ją ob­ser­wu­je.

– Czu­jesz to, praw­da? – spy­ta­ła Bab­cia. – Gy­tha prze­cież mó­wi­ła. Ko­ro­ny przy­zy­wa­ją do sie­bie.

– Jest okrop­na.

– Nie. Jest tyl­ko tym, czym jest. Nic nie może na to po­ra­dzić.

– Prze­cież to ma­gia!

– Jest tyl­ko tym, czym jest – po­wtó­rzy­ła Bab­cia.

– Chce mnie zmu­sić, że­bym ją przy­mie­rzy­ła – oznaj­mi­ła Ma­grat. Jej dłoń za­wi­sła nad ko­ro­ną.

– Sta­ra się, owszem.

– Ale ja będę sil­na.

– Mam na­dzie­ję – rze­kła Bab­cia z na­gle stę­ża­łą twa­rzą. – Co robi Gy­tha?

– Myje dziec­ko w zle­wie – wy­ja­śni­ła nie­zbyt pre­cy­zyj­nie Ma­grat. – Jak zdo­ła­my ukryć coś ta­kie­go? Co by się sta­ło, gdy­by­śmy ją gdzieś głę­bo­ko za­ko­pa­ły?

– Bor­suk by ją wy­ko­pał. Albo ktoś aku­rat szu­kał­by zło­ta czy cze­goś in­ne­go… Albo drze­wo wplo­tło­by w nią ko­rze­nie, po­tem bu­rza by je prze­wró­ci­ła, a ktoś by ją pod­niósł i wło­żył…

– Chy­ba że był­by tak opa­no­wa­ny jak my – za­uwa­ży­ła Ma­grat.

– Chy­ba żeby był. Na­tu­ral­nie – przy­zna­ła Bab­cia, przy­glą­da­jąc się swo­im pa­znok­ciom. – Cho­ciaż z ko­ro­na­mi pro­blem nie po­le­ga na wkła­da­niu, tyl­ko na zdej­mo­wa­niu.

Ma­grat pod­nio­sła ko­ro­nę i ob­ró­ci­ła w dło­niach.

– Na­wet nie wy­glą­da na ko­ro­nę – stwier­dzi­ła.

– Na pew­no wie­le ich już wi­dzia­łaś. I oczy­wi­ście je­steś eks­per­tem.

– Wi­dzia­łam kil­ka. Mają wię­cej klej­no­tów i taki ka­wa­łek ma­te­ria­łu w środ­ku – od­par­ła wy­zy­wa­ją­co Ma­grat. – A to tyl­ko cien­ki pa­sek…

– Ma­grat Gar­lick!

– Wi­dzia­łam! Kie­dy uczy­łam się u Ma­tecz­ki Whem­per.

– …nie­chod­po­czy­waw­spo­ko­ju…

– …nie­chod­po­czy­waw­spo­ko­ju. Czę­sto za­bie­ra­ła mnie do Ostre­go Grzbie­tu albo do Lan­cre, jak tyl­ko do mia­stecz­ka tra­fia­ła wę­drow­na tru­pa i gra­li ak­to­rzy. Bar­dzo lu­bi­ła te­atr. Mie­li tam tyle ko­ron, że wszyst­kim nie po­gro­zi­ła­byś la­ską… Cho­ciaż… – za­sta­no­wi­ła się. – Ma­tecz­ka mó­wi­ła, że są zro­bio­ne z bla­chy i pa­pie­ru. A za­miast klej­no­tów mają ka­wał­ki szkła. Ale wy­glą­da­ły bar­dziej praw­dzi­wie niż ta. To dziw­ne, praw­da?

– Rze­czy, któ­re pró­bu­ją wy­glą­dać jak rze­czy, czę­sto wy­glą­da­ją bar­dziej jak rze­czy niż same rze­czy. To po­wszech­nie zna­ny fakt. Ale nie po­wiem, żeby mi się to po­do­ba­ło. Więc oni wę­dro­wa­li i gra­li coś w tych ko­ro­nach, tak?

– Nie wiesz, co to te­atr? – zdzi­wi­ła się Ma­grat.

Bab­cia We­ather­wax, któ­ra nig­dy nie przy­zna­ła się do igno­ran­cji w ja­kiej­kol­wiek dzie­dzi­nie, nie wa­ha­ła się ani chwi­li.

– A tak – po­wie­dzia­ła. – To jed­na z tych no­wo­mod­nych rze­czy, co?

– Ma­tecz­ka Whem­per mó­wi­ła, że jest zwier­cia­dłem ży­cia – wy­ja­śni­ła Ma­grat. – I że za­wsze po­tem ma lep­szy na­strój.

– Nie dzi­wię się – stwier­dzi­ła Bab­cia We­ather­wax. – Pod wa­run­kiem że gra­ją od­po­wied­nio. Czy to do­brzy lu­dzie, ci te­atral­ni gra­cze?

– Chy­ba tak.

– I wę­dru­ją po kra­ju, mó­wisz? – Bab­cia za­my­śli­ła się, wpa­trzo­na w drzwi spi­żar­ni.

– Cały czas. Te­raz też jest w Lan­cre jed­na tru­pa. Tak sły­sza­łam. Nie wi­dzia­łam ich, po­nie­waż… no wiesz… – Ma­grat spu­ści­ła gło­wę. – Ko­bie­ta nie po­win­na sa­mot­nie by­wać w ta­kich miej­scach.

Bab­cia po­ki­wa­ła gło­wą. Po­chwa­la­ła ta­kie zwy­cza­je, przy­najm­niej do­pó­ki nikt nie su­ge­ro­wał, że sama po­win­na się do nich sto­so­wać.

Za­bęb­ni­ła pal­ca­mi po ob­ru­sie Ma­grat.

– Pew­no – mruk­nę­ła. – Dla­cze­go nie? Idź, po­wiedz Gy­cie, żeby do­brze opa­tu­li­ła dziec­ko. Daw­no już nie sły­sza­łam, jak gra te­atr. Od­po­wied­nio.