Wydawca: Albatros Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzy tygodnie z moim bratem - Nicholas Sparks

Pewnego dnia słynny autor romantycznych bestsellerów, Nicholas Sparks, otrzymuje pocztą prospekt wycieczki dookoła świata. Wraz ze swoim bratem Micahem wyrusza w podróż, która zawsze była jego marzeniem.

Wspólnie zwiedzają ruiny Majów w Gwatemali, Inków w Peru, kamienne giganty na Wyspie Wielkanocnej, wyspy Cooka w Polinezji, świątynie Angkor Wat w Kambodży, Tadż Mahal w Indiach i wiele innych miejsc, Jednocześnie odbywają sentymentalną podróż w przeszłość. Z łezką i humorem wspominają dzieciństwo i młodość, sukcesy i niepowodzenia, rodziców i własne rodzinym swoje różne drogi życiowe. Zacieśniają więzy braterskie. Wspólna podróż staje się dla nich wielką afirmacją życia

Opinie o ebooku Trzy tygodnie z moim bratem - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Trzy tygodnie z moim bratem - Nicholas Sparks

Wydanie elektroniczne

Ni­cho­las Sparks

(ur. 1965)

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski wy­da­wa­ny w mi­lio­no­wych na­kła­dach i po­nad 30 ję­zy­kach. Ser­ca czy­tel­ni­ków pod­bił swo­im de­biu­tem, opu­bli­ko­wa­ną w 1997 po­wie­ścią Pa­mięt­nik. Ko­lej­ne – m.in. Noce w Ro­dan­the, Anioł Stróż, kon­ty­nu­acja Pa­mięt­ni­ka za­ty­tu­ło­wa­na Ślub, Praw­dzi­wy cud, I wciąż ją ko­cham, Wy­bór, Szczę­ściarz, Ostat­nia pio­sen­ka oraz Bez­piecz­na przy­stań – pla­so­wa­ły się przez wie­le mie­się­cy w czo­łów­ce świa­to­wych ran­kin­gów sprze­da­ży. Naj­now­szy be­st­sel­ler pi­sa­rza nosi ty­tuł The Lon­gest Ride. Po twór­czość Spark­sa chęt­nie się­ga­ją pro­du­cen­ci fil­mo­wi. Na ekra­nach kin za­go­ści­ły ad­ap­ta­cje Li­stu w bu­tel­ce (z Ke­vi­nem Cost­ne­rem i Ro­bin Penn Wri­ght), Je­sien­nej mi­łości (z Man­dy Mo­ore), Nocy w Ro­dan­the (z Ri­char­dem Gere i Dia­ne Lane), Pa­mięt­ni­ka (z Ra­chel McA­dams), I wciąż ją ko­cham (z Aman­dą Sey­fried), Ostat­niej pio­sen­ki (z Mi­ley Cy­rus), Szczę­ścia­rza (z Za­ckiem Efro­nem) oraz Bez­piecz­nej przy­sta­ni (z Jo­shem Du­ha­me­lem).

www.ni­cho­las­sparks.com

Tego au­to­ra

PA­MIĘT­NIK

ŚLUB LIST W BU­TEL­CE

JE­SIEN­NA MI­ŁOŚĆ

NOCE W RO­DAN­THE

NA RA­TU­NEK

NA ZA­KRĘ­CIE

ANIOŁ STRÓŻ

TRZY TY­GO­DNIE Z MOIM BRA­TEM

PRAW­DZI­WY CUD

OD PIERW­SZE­GO WEJ­RZE­NIA

SZCZĘ­ŚCIARZ

WY­BÓR

I WCIĄŻ JĄ KO­CHAM

OSTAT­NIA PIO­SEN­KA

BEZ­PIECZ­NA PRZY­STAŃ

DLA CIE­BIE WSZYST­KO

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THREE WE­EKS WITH MY BRO­THER

Co­py­ri­ght © Ni­cho­las Sparks & Mi­cha­el Sparks 2004

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2005

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Elż­bie­ta Zy­cho­wicz 2005

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Ilu­stra­cja na okład­ce: Mi­kha­il Du­da­rev/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-128-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Na­szej ro­dzi­nie – z mi­ło­ścią

Przy­ja­ciel ko­cha w każ­dym cza­sie, a bra­tem sta­je się w nie­szczę­ściu

Księ­ga Przy­słów, 17, 17

Podziękowania

Przy oka­zji pi­sa­nia książ­ki za­wsze ma się do czy­nie­nia z bar­dzo wie­lo­ma oso­ba­mi, któ­rym na­le­żą się po­dzię­ko­wa­nia, i jak zwy­kle na­zwi­ska się po­wta­rza­ją.

Przede wszyst­kim mu­si­my po­dzię­ko­wać na­szym żo­nom, Ca­thy i Chri­sti­ne, bez któ­rych nig­dy nie po­wsta­ła­by ta książ­ka.

Oraz na­szym dzie­ciom – Mi­le­so­wi, Ry­ano­wi, Lan­do­no­wi, Le­xie i Sa­van­nah (Ni­cho­la­sa) oraz Alli i Pey­ton (Mi­ca­ha). Nie po­tra­fi­li­by­śmy wy­obra­zić so­bie ży­cia bez nich.

Nie mniej wdzięcz­ni je­ste­śmy The­re­sie Park z San­ford Gre­en­bur­ger i Ja­mie­mu Ra­abo­wi z War­ner Bo­oks, na­szej agent­ce i re­dak­to­ro­wi. Pra­ca z nimi jest praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią.

Lar­ry Kir­sh­baum i Mau­re­en Egen, dy­rek­tor na­czel­ny oraz pre­zes War­ner Bo­oks, byli na tyle uprzej­mi, by uwie­rzyć w nasz pro­jekt, za co rów­nież skła­da­my im dzię­ki.

Jen­ni­fer Ro­ma­nel­lo, Edna Far­ley, Emi Bat­ta­glia, Ju­lie Ba­rer, Shan­non O’Ke­efe, Pe­ter McGu­igan, Scott Schwi­mer, Ho­wie San­ders, Ri­chard Gre­en, Flag, De­ni­se Di­No­vi, Lynn Har­ris, Mark John­son, Co­ur­te­nay Va­len­ti i cała resz­ta za­słu­gu­ją na na­sze ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia za roz­ma­ite role, ja­kie ode­gra­li w na­szym pro­jek­cie.

I wresz­cie dzię­ku­je­my pra­cow­ni­kom TCS, jak rów­nież na­szym to­wa­rzy­szom po­dró­ży, a zwłasz­cza wspa­nia­łym Bo­bo­wi i Kate De­vli­nom. Wy­ciecz­ka z wami była na­praw­dę fan­ta­stycz­na.

Prolog

Przy­czy­ną po­wsta­nia tej książ­ki był pro­spekt tu­ry­stycz­ny, któ­ry otrzy­ma­łem pocz­tą wio­sną dwa ty­sią­ce dru­gie­go roku.

W domu Spark­sów był to zwy­kły dzień. Lwią część po­ran­ka i wcze­sne­go po­po­łu­dnia spę­dzi­łem, pra­cu­jąc nad po­wie­ścią Noce w Ro­dan­the, ale pi­sa­nie nie szło mi do­brze i pró­bo­wa­łem ja­koś prze­brnąć przez ten dzień. Nie uda­ło mi się na­pi­sać tyle, ile za­pla­no­wa­łem, i nie mia­łem po­ję­cia, co na­pi­szę ju­tro, nie by­łem więc w naj­lep­szym na­stro­ju, gdy w koń­cu wy­łą­czy­łem kom­pu­ter, mó­wiąc so­bie, że na dziś do­syć.

Ży­cie z pi­sa­rzem nie jest ła­twe. Zda­ję so­bie z tego spra­wę, po­nie­waż żona nie­jed­no­krot­nie mnie o tym in­for­mo­wa­ła i uczy­ni­ła to po raz ko­lej­ny tam­te­go dnia. Szcze­rze mó­wiąc, wy­słu­chi­wa­nie ta­kich rze­czy nie na­le­ży do przy­jem­no­ści i choć ła­two by­ło­by mi przejść do de­fen­sy­wy, wie­dzia­łem, że kłót­nia z żoną nig­dy ni­cze­go nie roz­wią­zy­wa­ła. To­też za­miast się z nią spie­rać, na­uczy­łem się brać ją za ręce, za­glą­dać głę­bo­ko w oczy, i wy­po­wia­dać te trzy ma­gicz­ne sło­wa, któ­re każ­da ko­bie­ta pra­gnie usły­szeć:

– Masz ra­cję, ko­cha­nie.

*

Nie­któ­rzy lu­dzie uwa­ża­ją, że sko­ro od­nio­słem względ­ny suk­ces jako au­tor po­wie­ści, pi­sa­nie musi przy­cho­dzić mi bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku. Wie­le osób wy­obra­ża so­bie, że co­dzien­nie przez kil­ka go­dzin „za­pi­su­ję po­my­sły, któ­re wpa­da­ją mi do gło­wy”, a na­stęp­nie spę­dzam resz­tę dnia, by­cząc się przy ba­se­nie z żoną i pla­nu­jąc ko­lej­ne eg­zo­tycz­ne wa­ka­cje.

W rze­czy­wi­sto­ści na­sze ży­cie nie­wie­le róż­ni się od ży­cia prze­cięt­nej ro­dzi­ny kla­sy śred­niej. Nie za­trud­nia­my słu­żą­cych, nie po­dró­żu­je­my wie­le i cho­ciaż w na­szym ogro­dzie jest ba­sen, oto­czo­ny ogro­do­wy­mi krze­sła­mi, nie pa­mię­tam, kie­dy na nich od­po­czy­wa­li­śmy z tej pro­stej przy­czy­ny, że ani moja żona, ani ja nie mamy cza­su, by usiąść w cią­gu dnia i od­da­wać się słod­kie­mu le­ni­stwu. Mnie nie po­zwa­la na to moja pra­ca. Mo­jej żo­nie – ro­dzi­na. A ści­ślej mó­wiąc, dzie­ci.

A mamy ich pię­cio­ro. Nie by­ło­by to dużo, gdy­by­śmy byli pio­nie­ra­mi, ale w dzi­siej­szych cza­sach to dość, by nie­któ­rzy uno­si­li ze zdzi­wie­niem brwi. W ze­szłym roku, kie­dy by­li­śmy z żoną w po­dró­ży, wda­li­śmy się w roz­mo­wę z in­nym mło­dym mał­żeń­stwem. Roz­ma­wia­li­śmy o wie­lu spra­wach, aż wresz­cie wy­pły­nął te­mat dzie­ci. Owa para mia­ła dwój­kę, wy­mie­ni­li ich imio­na. Moja żona wy­traj­ko­ta­ła ciur­kiem imio­na na­szych.

Na chwi­lę za­pa­dło mil­cze­nie. Tam­ta ko­bie­ta pró­bo­wa­ła się po­ła­pać, czy do­brze nas zro­zu­mia­ła.

– Ma­cie pię­cio­ro dzie­ci? – spy­ta­ła w koń­cu.

– Tak.

Ko­bie­ta po­ło­ży­ła ze współ­czu­ciem dłoń na ra­mie­niu mo­jej żony.

– Zwa­rio­wa­łaś?

Nasi sy­no­wie mają dwa­na­ście, dzie­sięć i czte­ry lata, na­sze cór­ki bliź­niacz­ki nie­dłu­go skoń­czą trzy, i choć jest wie­le rze­czy, któ­rych jesz­cze nie wiem o świe­cie, jed­no wiem z całą pew­no­ścią, a mia­no­wi­cie to, że dzie­ci w oso­bli­wy spo­sób po­ma­ga­ją czło­wie­ko­wi pa­trzeć na wszyst­ko z wła­ści­wej per­spek­ty­wy. Star­sze dzie­cia­ki już się orien­tu­ją, że za­ra­biam na utrzy­ma­nie pi­sa­niem po­wie­ści, mimo że cza­sa­mi mam wąt­pli­wo­ści, czy któ­re­kol­wiek z nich ro­zu­mie, co ozna­cza two­rze­nie li­te­ra­tu­ry. Kie­dy spy­ta­no mo­je­go dzie­się­cio­let­nie­go syna pod­czas pre­zen­ta­cji w kla­sie, w jaki spo­sób oj­ciec za­ra­bia na ży­cie, wy­piął dum­nie pierś i oznaj­mił: „Mój ta­tuś gra na kom­pu­te­rze przez cały dzień!”. Na­to­miast mój naj­star­szy syn czę­sto mówi mi z ab­so­lut­ną po­wa­gą: „Pi­sa­nie ksią­żek jest ła­twe. Trud­ne jest tyl­ko stu­ka­nie w kla­wia­tu­rę”.

Po­dob­nie jak wie­lu au­to­rów pra­cu­ję w domu, ale na tym koń­czą się wszel­kie po­do­bień­stwa. Mój ga­bi­net nie jest ustron­nym sank­tu­arium gdzieś wy­so­ko na pię­trze, są­sia­du­je z sa­lo­nem. Kie­dy czy­tam, że nie­któ­rzy pi­sa­rze mu­szą mieć ab­so­lut­ny spo­kój, żeby móc się skon­cen­tro­wać, cie­szę się, że nig­dy nie po­trze­bo­wa­łem ci­szy do pra­cy. Całe szczę­ście, w prze­ciw­nym ra­zie nie na­pi­sał­bym chy­ba ani sło­wa. Mu­si­cie zro­zu­mieć, że w na­szym domu pa­nu­je nie­ustan­ny rej­wach, od chwi­li gdy rano wsta­je­my, aż do mo­men­tu kie­dy wie­czo­rem pa­da­my na nie do cna wy­koń­cze­ni. Je­den dzień w na­szym domu dał­by się we zna­ki nie­mal każ­de­mu. Po pierw­sze, na­sze dzie­ci roz­pie­ra ener­gia. Ogrom­na ener­gia. Wręcz nie­sa­mo­wi­ta ener­gia. Po­mno­żo­na przez pięć, wy­star­czy­ła­by do oświe­tle­nia Cle­ve­lan­du. I dzie­cia­ki ja­kimś cu­dow­nym spo­so­bem kar­mią się na­wza­jem swo­ją ener­gią, każ­de z nich po­chła­nia i od­bi­ja ener­gię dru­gie­go. Na­sze trzy psy też ją wy­ko­rzy­stu­ją, chy­ba żywi się nią cały dom. Na zwy­kły dzień skła­da­ją się: przy­najm­niej jed­no cho­re dziec­ko, po­nie­wie­ra­ją­ce się po ką­tach sa­lo­nu za­baw­ki, któ­re w ta­jem­ni­czy spo­sób po­ja­wia­ją się z po­wro­tem, choć przed chwi­lą zo­sta­ły odło­żo­ne na miej­sce, szcze­ka­nie psów, śmiech dzie­ci, dzwo­nią­cy raz po raz te­le­fon, prze­sył­ki do­star­cza­ne oraz wy­sy­ła­ne za po­śred­nic­twem Fe­dE­xu i UPS, dzie­cię­ce ma­ru­dze­nie, nie­odro­bio­ne za­da­nia, ze­psu­ty sprzęt go­spo­dar­stwa do­mo­we­go, szkol­ne wy­pra­co­wa­nia na ju­tro, o któ­rych dzie­ci przy­po­mnia­ły so­bie w ostat­niej chwi­li, tre­ning ba­se­bal­lu, tre­ning pił­kar­ski, tre­ning gim­na­stycz­ny, tre­ning ta­ekwon­do, przy­cho­dzą­cy i wy­cho­dzą­cy me­cha­ni­cy do­ko­nu­ją­cy na­praw, trza­ska­nie drzwia­mi, dzie­ci ga­nia­ją­ce się po ko­ry­ta­rzu, dzie­ci gu­bią­ce rze­czy, dzie­ci do­ku­cza­ją­ce so­bie na­wza­jem, dzie­ci pro­szą­ce o coś do je­dze­nia, dzie­ci ma­zga­ją­ce się, po­nie­waż upa­dły i się po­tłu­kły, dzie­ci zwi­nię­te w kłę­bek na two­ich ko­la­nach albo dzie­ci pła­czą­ce, bo po­trze­bu­ją cię DO­KŁAD­NIE W TEJ CHWI­LI! Kie­dy moi te­ścio­wie wy­jeż­dża­ją po ty­go­dnio­wej wi­zy­cie, nig­dy nie uda­je im się zdą­żyć na sa­mo­lot. Mają pod­krą­żo­ne oczy i oszo­ło­mio­ne miny cier­pią­cych na ner­wi­cę fron­to­wą we­te­ra­nów, któ­rzy wy­szli cało z lą­do­wa­nia na pla­ży w Oma­ha. Za­miast po­że­gna­nia mój teść krę­ci gło­wą i mówi szep­tem:

– Po­wo­dze­nia. Bę­dzie wam po­trzeb­ne.

Moja żona trak­tu­je całą tę krzą­ta­ni­nę jako coś ab­so­lut­nie nor­mal­ne­go. Jest cier­pli­wa i rzad­ko się de­ner­wu­je. Praw­dę mó­wiąc, naj­czę­ściej wy­glą­da tak, jak gdy­by znaj­do­wa­ła w tym przy­jem­ność. Moja żona, po­zwo­lę so­bie do­dać, jest świę­ta.

Albo też fak­tycz­nie jest nie­speł­na ro­zu­mu.

*

W na­szym domu wyj­mo­wa­nie pocz­ty ze skrzyn­ki na­le­ży do mo­ich obo­wiąz­ków. W koń­cu ktoś musi się tym zaj­mo­wać, za­tem od po­cząt­ku na­sze­go mał­żeń­stwa jest to jed­no z tych drob­nych za­dań, któ­re przy­pa­dły mi w udzia­le.

Dzień, w któ­rym otrzy­ma­łem pocz­tą pro­spekt, nie róż­nił się ni­czym od in­nych. Sze­ścio­mie­sięcz­na wów­czas Le­xie była prze­zię­bio­na i nie po­zwa­la­ła, by moja żona po­ło­ży­ła ją do łó­żecz­ka. Mi­les po­ma­lo­wał psu ogon flu­ore­scen­cyj­ną far­bą i gło­śno się tym po­pi­sy­wał. Ryan po­wi­nien był uczyć się do spraw­dzia­nu, lecz zo­sta­wił w szko­le pod­ręcz­nik i po­sta­no­wił „roz­wią­zać” pro­blem, spraw­dza­jąc, jaka ilość pa­pie­ru to­a­le­to­we­go da się spłu­kać w musz­li klo­ze­to­wej. Lan­don ma­lo­wał po ścia­nach – zno­wu – i nie mogę przy­po­mnieć so­bie, co ro­bi­ła Sa­van­nah, ale bez wąt­pie­nia było to coś nie­po­ko­ją­ce­go, jako że już w wie­ku sze­ściu mie­się­cy zdą­ży­ła wie­le się na­uczyć od swe­go ro­dzeń­stwa. Do­daj­my do tego, że te­le­wi­zor był włą­czo­ny na peł­ny re­gu­la­tor, go­to­wał się obiad, psy szcze­ka­ły, te­le­fon dzwo­nił i cały ten har­mi­der się­gał ze­ni­tu. Przy­pusz­cza­łem, że na­wet moja aniel­ska żona goni reszt­ka­mi sił. Od­su­ną­łem się od kom­pu­te­ra, wzią­łem głę­bo­ki od­dech i wsta­łem od biur­ka. Wszedł­szy do sa­lo­nu, ob­ją­łem spoj­rze­niem świat, któ­ry wy­raź­nie osza­lał, i in­stynkt – wła­ści­wy wy­łącz­nie męż­czy­znom – pod­po­wie­dział mi, co mam ro­bić. Od­chrząk­ną­łem, czu­jąc, że uwa­ga wszyst­kich chwi­lo­wo kon­cen­tru­je się na mnie, i oznaj­mi­łem spo­koj­nie:

– Idę spraw­dzić, czy był już li­sto­nosz.

Chwi­lę póź­niej zna­la­złem się za drzwia­mi.

*

Po­nie­waż nasz dom znaj­du­je się z dala od szo­sy, przej­ście do skrzyn­ki i z po­wro­tem zaj­mu­je mi zwy­kle pięć mi­nut.

W mo­men­cie gdy za­mkną­łem za sobą drzwi, pan­de­mo­nium prze­sta­ło ist­nieć. Sze­dłem po­wo­li, roz­ko­szu­jąc się ci­szą.

Kie­dy zna­la­złem się z po­wro­tem w domu, spo­strze­głem, że moja żona pró­bu­je sczy­ścić za­śli­nio­ne okrusz­ki her­bat­ni­ków z bluz­ki, trzy­ma­jąc na rę­kach obie bliź­niacz­ki. Lan­don stał u jej stóp, cią­gnąc ją za spodnie i pró­bu­jąc zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Rów­no­cze­śnie po­ma­ga­ła star­szym chłop­com w od­ra­bia­niu lek­cji. Ser­ce wez­bra­ło mi dumą z po­wo­du jej zdol­no­ści do wy­ko­ny­wa­niu tak wie­lu za­dań na­raz, i to tak spraw­nie, pod­nio­słem więc do góry plik li­stów, żeby mo­gła je zo­ba­czyć.

– Wy­ją­łem li­sty ze skrzyn­ki – po­wie­dzia­łem.

Pod­nio­sła na mnie wzrok.

– Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­bi­ła – od­par­ła.

– Je­steś na­praw­dę ogrom­nie po­moc­ny.

– Po pro­stu ro­bię to, co do mnie na­le­ży – za­uwa­ży­łem, ki­wa­jąc gło­wą. – Nie masz mi za co dzię­ko­wać.

Po­dob­nie jak wszy­scy do­sta­ję bzdur­ne prze­sył­ki, od­dzie­li­łem więc waż­ną ko­re­spon­den­cję od nie­waż­nej. Za­pła­ci­łem ra­chun­ki, przej­rza­łem ar­ty­ku­ły w kil­ku cza­so­pi­smach i za­mie­rza­łem wła­śnie wpiąć resz­tę do se­gre­ga­to­ra na ulot­ki re­kla­mo­we, gdy mój wzrok padł na pro­spekt, któ­ry odło­ży­łem w pierw­szej chwi­li na ster­tę prze­zna­czo­ną do wy­rzu­ce­nia. Miał na­druk Uni­wer­sy­te­tu No­tre Dame i re­kla­mo­wał „Po­dróż do kra­iny czci­cie­li nie­ba”. Wy­ciecz­ka no­si­ła na­zwę Nie­bo i Zie­mia i obej­mo­wa­ła trzy­ty­go­dnio­wą po­dróż do­oko­ła świa­ta na prze­ło­mie stycz­nia i lu­te­go dwa ty­sią­ce trze­cie­go roku.

In­te­re­su­ją­ce, po­my­śla­łem, i za­czą­łem czy­tać uważ­nie. Pro­gram wy­ciecz­ki – ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko pry­wat­nym od­rzu­tow­cem – obej­mo­wał ru­iny Ma­jów w Gwa­te­ma­li, ru­iny In­ków w Peru, ka­mien­ne gi­gan­ty na Wy­spie Wiel­ka­noc­nej oraz po­li­ne­zyj­skie Wy­spy Co­oka. Prze­wi­dy­wał rów­nież zwie­dza­nie góry wy­spo­wej Ay­ers Rock w Par­ku Na­ro­do­wym Ulu­ru w Au­stra­lii, świą­ty­ni Ang­kor Wat, Pól Śmier­ci i Mu­zeum Lu­do­bój­stwa w Phnom Penh w Kam­bo­dży; gro­bow­ca Tadż Ma­hal i for­te­cy Am­ber w Dżaj­pu­rze w In­diach; ze­spo­łu ko­ścio­łów wy­ku­tych w ska­le w La­li­be­li w Etio­pii; ko­mo­ry gro­bo­wej hi­po­geum na Mal­cie, a tak­że in­nych sta­ro­żyt­nych sank­tu­ariów; i wresz­cie – je­śli po­go­da bę­dzie sprzy­ja­ła – moż­li­wość obej­rze­nia zo­rzy po­lar­nej w Nor­we­gii, w Trom­sø – mie­ście po­ło­żo­nym ja­kieś pięć­set ki­lo­me­trów za pół­noc­nym krę­giem po­lar­nym.

Kie­dy by­łem dziec­kiem, za­wsze fa­scy­no­wa­ły mnie sta­ro­żyt­ne kul­tu­ry i da­le­kie kra­je, to­też czy­ta­jąc opi­sy każ­de­go z pro­po­no­wa­nych po­sto­jów, my­śla­łem: Za­wsze chcia­łem to zo­ba­czyć. Nada­rza­ła się oka­zja od­by­cia naj­wspa­nial­szej w ży­ciu po­dró­ży do miejsc, któ­re od dzie­ciń­stwa po­ru­sza­ły moją wy­obraź­nię. Kie­dy skoń­czy­łem prze­glą­dać pro­spekt, wes­tchną­łem. Może pew­ne­go dnia…

Te­raz zwy­czaj­nie nie mia­łem cza­su. Trzy ty­go­dnie z dala od dzie­ci? Od żony? Od pra­cy?

Nie­moż­li­we. Idio­tycz­ne, to­też nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak za­po­mnieć o tym. Wsu­ną­łem pro­spekt na spód ster­ty.

*

Trud­ność po­le­ga­ła na tym, że w ża­den spo­sób nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć o wy­ciecz­ce.

Wi­dzi­cie, je­stem re­ali­stą i li­czy­łem się z tym, że Cat (zdrob­nie­nie od Ca­thy) i ja bę­dzie­my mie­li w przy­szło­ści oka­zję wy­ru­szyć ra­zem w ja­kąś po­dróż. Wie­dzia­łem, że być może kie­dyś uda mi się prze­ko­nać żonę, by po­je­cha­ła ze mną zo­ba­czyć Tadż Ma­hal czy Ang­kor Wat, lecz Wy­spa Wiel­ka­noc­na, Etio­pia lub gwa­te­mal­ska dżun­gla nie wcho­dzi­ły w grę. Leżą bo­wiem tak da­le­ko i jest tak wie­le in­nych rze­czy do zo­ba­cze­nia i miejsc na świe­cie, któ­re chcia­ło­by się od­wie­dzić, że po­dróż do tak od­da­lo­nych re­jo­nów za­wsze bę­dzie na­le­ża­ła do ka­te­go­rii „Może pew­ne­go dnia…”. By­łem nie­mal ab­so­lut­nie prze­ko­na­ny, że to „pew­ne­go dnia” nig­dy nie na­stą­pi.

A tu nada­rza­ła się szan­sa obej­rze­nia tego wszyst­kie­go za jed­nym za­ma­chem, to­też dzie­sięć mi­nut póź­niej – kie­dy ka­ko­fo­nia w sa­lo­nie uci­chła rów­nie ta­jem­ni­czo, jak wy­bu­chła – sta­łem w kuch­ni z żoną, otwar­ty pro­spekt le­żał na bu­fe­cie. Wy­li­cza­łem głów­ne atrak­cje, ni­czym dziec­ko opi­su­ją­ce po­byt na let­nim obo­zie, a Ca­thy, któ­ra daw­no już przy­wy­kła do mo­ich fan­ta­stycz­nych po­my­słów, po pro­stu słu­cha­ła, gdy plo­tłem bez ładu i skła­du. Kie­dy skoń­czy­łem, po­ki­wa­ła gło­wą.

– Hmm… – mruk­nę­ła.

– Czy to jest do­bre hmm czy złe hmm?

– Ani ta­kie, ani ta­kie. Zwy­czaj­nie za­sta­na­wiam się, po co mi to po­ka­zu­jesz. Prze­cież nie mo­że­my wy­je­chać.

– Ja­sne – od­par­łem. – Po­my­śla­łem tyl­ko, że może chcia­ła­byś rzu­cić na to okiem.

Moja żona, któ­ra zna mnie le­piej niż kto­kol­wiek inny, wie­dzia­ła, że kry­je się za tym coś wię­cej.

– Hmm – po­wtó­rzy­ła.

*

Dwa dni póź­niej spa­ce­ro­wa­li­śmy z żoną po oko­li­cy. Nasi naj­star­si sy­no­wie bie­gli przed nami, my pcha­li­śmy w wóz­kach po­zo­sta­łą trój­kę dzie­cia­ków, kie­dy wró­ci­łem do te­ma­tu.

– My­śla­łem o tam­tej po­dró­ży – po­wie­dzia­łem niby od nie­chce­nia.

– Ja­kiej po­dró­ży?

– Tej do­oko­ła świa­ta. Opi­sa­nej w pro­spek­cie, któ­ry ci po­ka­zy­wa­łem.

– Dla­cze­go?

– Cóż… – Wzią­łem głę­bo­ki od­dech. – Chcia­ła­byś po­je­chać?

Prze­szła kil­ka kro­ków, za­nim mi od­po­wie­dzia­ła.

– Oczy­wi­ście, że bym chcia­ła. Z pew­no­ścią to wspa­nia­ła eska­pa­da, ale nie­ste­ty nie­re­al­na. Jak mo­gła­bym zo­sta­wić dzie­ci na trzy ty­go­dnie? A gdy­by tak coś się sta­ło? Nie ma mowy, by­śmy zdą­ży­li wró­cić w ra­zie ja­kie­goś wy­pad­ku. Ile jest rej­sów na­wet do ta­kie­go miej­sca jak Wy­spa Wiel­ka­noc­na? Le­xie i Sa­van­nah to cią­gle jesz­cze ma­leń­stwa i po­trze­bu­ją mnie. Zresz­tą wszyst­kie dzie­cia­ki mnie po­trze­bu­ją…

– Umil­kła na chwi­lę. – Może inne mat­ki zde­cy­do­wa­ły­by się na taki wy­jazd, ale nie ja.

Ski­ną­łem gło­wą. Zna­łem z góry jej od­po­wiedź.

– A czy mia­ła­byś coś prze­ciw­ko temu, gdy­bym ja po­je­chał?

Przyj­rza­ła mi się bacz­nie. Już i tak po­dró­żo­wa­łem wie­le w związ­ku z moją pra­cą i z pro­mo­cją ksią­żek. Zaj­mo­wa­ło mi to dwa, a na­wet trzy mie­sią­ce w roku i moje wy­jaz­dy za­wsze były trud­ne dla ro­dzi­ny. Mimo że cza­sem nie je­stem zbyt sko­ry, by rzu­cać się na łeb na szy­ję w roz­sza­la­łe pan­de­mo­nium, nie je­stem też w domu kom­plet­nie nie­przy­dat­ny. Zgod­nie z roz­kła­dem swe­go dnia Cat czę­sto bywa poza do­mem – jada od cza­su do cza­su śnia­da­nie z przy­ja­ciół­ka­mi, re­gu­lar­nie udzie­la się w szko­le, ćwi­czy w si­łow­ni, gry­wa w kar­ty z grup­ką pań i za­ła­twia roz­ma­ite spra­wy. Obo­je zda­je­my so­bie spra­wę, że musi wy­rwać się z domu, żeby cał­kiem nie zwa­rio­wać. W ta­kich chwi­lach od­gry­wam rolę sa­mot­ne­go ojca. Kie­dy jed­nak wy­jeż­dżam, ro­bie­nie cze­go­kol­wiek poza do­mem na­strę­cza jej trud­no­ści, je­śli nie sta­je się w ogó­le nie­moż­li­we. Nie wpły­wa to naj­le­piej na sa­mo­po­czu­cie mo­jej żony.

W do­dat­ku na­sze dzie­ci lu­bią mieć koło sie­bie obo­je ro­dzi­ców. Mo­że­cie so­bie wy­obra­zić, że kie­dy wy­jeż­dżam, roz­gar­diasz w na­szym domu po­tę­gu­je się, jak­by miał za­peł­nić lukę wy­wo­ła­ną moją nie­obec­no­ścią. Wy­star­czy po­wie­dzieć, że Ca­thy za­czy­na mieć dość tych po­dró­ży. Ro­zu­mie, że są nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne z moją pra­cą, nie ozna­cza to jed­nak, że je lubi.

Dla­te­go py­ta­nie było nie­bez­piecz­ne.

– To dla cie­bie na­praw­dę tak bar­dzo waż­ne? – spy­ta­ła w koń­cu.

– Nie – od­po­wie­dzia­łem szcze­rze. – Je­śli nie chcesz, że­bym po­je­chał, to nie po­ja­dę. Ale mam ocho­tę.

– I po­je­chał­byś sam?

Po­krę­ci­łem prze­czą­co gło­wą.

– Praw­dę mó­wiąc, my­śla­łem o tym, żeby wy­brać się tam z Mi­ca­hem – od­par­łem, ma­jąc na my­śli mo­je­go bra­ta.

Szli­śmy parę kro­ków w mil­cze­niu, po czym Cat spoj­rza­ła mi w oczy.

– My­ślę – po­wie­dzia­ła – że to na­praw­dę wspa­nia­ły po­mysł.

*

Gdy wró­ci­li­śmy ze spa­ce­ru – ja w sta­nie oszo­ło­mie­nia po­mie­sza­ne­go z nie­do­wie­rza­niem – uda­łem się do ga­bi­ne­tu, żeby za­dzwo­nić do Ka­li­for­nii, do mo­je­go bra­ta.

Sły­sza­łem sy­gnał w słu­chaw­ce te­le­fo­nu, dźwięk bar­dziej od­le­gły niż na li­nii na­ziem­nej. Mi­cah nig­dy nie od­bie­rał te­le­fo­nu sta­cjo­nar­ne­go. Je­śli chcia­łem z nim po­roz­ma­wiać, mu­sia­łem dzwo­nić na ko­mór­kę.

– Cześć, Nic­ky – za­ćwier­kał. – Co się dzie­je?

Mo­je­mu bra­tu wy­świe­tla się nu­mer dzwo­nią­ce­go, poza tym wciąż ma w zwy­cza­ju zdrab­niać moje imię jak w dzie­ciń­stwie. Je­śli cho­dzi o ści­słość, prze­sta­no na­zy­wać mnie Nic­kym w pią­tej kla­sie.

– Mam coś, co, jak są­dzę, cię za­in­te­re­su­je.

– No to ga­daj.

– Przy­sła­no mi pocz­tą pe­wien pro­spekt i… w każ­dym ra­zie, krót­ko mó­wiąc, je­stem cie­kaw, czy miał­byś ocho­tę wy­brać się ze mną w po­dróż do­oko­ła świa­ta. W stycz­niu.

– Jaką po­dróż?

Przez na­stęp­ne kil­ka mi­nut opi­sy­wa­łem głów­ne atrak­cje, prze­rzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie pro­spekt. Gdy skoń­czy­łem, po dru­giej stro­nie pa­no­wa­ło mil­cze­nie.

– Do­praw­dy? – spy­tał. – I Cat za­mie­rza cię pu­ścić?

– Po­wie­dzia­ła, że tak. – Za­wa­ha­łem się. – Po­słu­chaj, wiem, że to po­waż­na de­cy­zja, to­też nie wy­ma­gam od cie­bie na­tych­mia­sto­wej od­po­wie­dzi. Mamy mnó­stwo cza­su, za­nim bę­dzie­my mu­sie­li po­twier­dzić re­zer­wa­cję. Chcia­łem tyl­ko, że­byś to prze­my­ślał. To zna­czy, je­stem pe­wien, że mu­sisz uzgod­nić wszyst­ko z Chri­sti­ne. Trzy ty­go­dnie to dużo cza­su.

Chri­sti­ne jest żoną mo­je­go bra­ta. W tle sły­szę ci­chy płacz ich nowo na­ro­dzo­nej có­recz­ki Pey­ton.

– Je­stem pe­wien, że Chri­sti­ne nie bę­dzie mia­ła nic prze­ciw­ko temu. Ale spy­tam ją i od­dzwo­nię.

– Chcesz, że­bym wy­słał ci pro­spekt?

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dział. – Chy­ba po­wi­nie­nem wie­dzieć, do­kąd się wy­bie­ra­my, praw­da?

– Wy­ślę go dzi­siaj Fe­dE­xem – obie­ca­łem. – I wiesz co, Mi­cah?

– Tak?

– To bę­dzie naj­wspa­nial­sza po­dróż w na­szym ży­ciu.

– Je­stem tego pe­wien, bra­cisz­ku. – Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łem, jak Mi­cah uśmie­cha się po dru­giej stro­nie li­nii.

– Je­stem tego pe­wien.

Po­że­gna­li­śmy się, po czym, gdy odło­ży­łem słu­chaw­kę, za­czą­łem przy­glą­dać się ro­dzin­nym fo­to­gra­fiom, sto­ją­cym na pół­kach w moim ga­bi­ne­cie. Prze­waż­nie są to zdję­cia dzie­ci – kie­dy jesz­cze były nie­mow­lę­ta­mi, i póź­niej­sze – kie­dy uczy­ły się cho­dzić. Było wśród nich zdję­cie wszyst­kich pię­cior­ga, zro­bio­ne pod­czas ostat­niej Gwiazd­ki, za­le­d­wie dwa mie­sią­ce wcze­śniej. Obok sta­ła fo­to­gra­fia Ca­thy. Pod wpły­wem im­pul­su wzią­łem ram­kę do ręki, my­śląc o po­świę­ce­niu, na ja­kie się zdo­by­ła.

Nie, by­najm­niej nie za­chwy­ci­ła jej per­spek­ty­wa mo­je­go wy­jaz­du na trzy ty­go­dnie; nie bę­dzie mnie pod ręką do po­mo­cy przy pię­cior­gu dzie­ciach. Na jej bar­ki spad­nie cały ten cię­żar, pod­czas gdy ja będę po­dró­żo­wał so­bie po świe­cie.

Dla­cze­go wo­bec tego tak ła­two się zgo­dzi­ła?

Jak już po­wie­dzia­łem, żona ro­zu­mie mnie le­piej niż kto­kol­wiek inny i do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że moje gwał­tow­ne pra­gnie­nie wy­jaz­du mniej się wią­że z samą po­dró­żą, a bar­dziej z chę­cią spę­dze­nia cza­su z moim bra­tem.

I dla­te­go jest to opo­wieść o bra­ter­skich uczu­ciach.

Jest to opo­wieść o Mi­ca­hu i o mnie, jak rów­nież o ca­łej na­szej ro­dzi­nie. Opo­wieść o tra­ge­dii i ra­do­ści, na­dziei i wza­jem­nym wspie­ra­niu się. Opo­wieść o tym, jak obaj doj­rze­wa­li­śmy, zmie­nia­li­śmy się i wy­bra­li­śmy róż­ne ży­cio­we dro­gi, ale ja­kimś spo­so­bem sta­li­śmy się so­bie jesz­cze bliż­si. In­ny­mi sło­wy, jest to opo­wieść o dwóch po­dró­żach. Tej, któ­ra za­pro­wa­dzi­ła bra­ta i mnie do eg­zo­tycz­nych miejsc na świe­cie, i dru­giej, w za­ło­że­niu naj­wspa­nial­szej w ży­ciu, któ­ra spra­wi­ła, że sta­li­śmy się naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi.

Rozdział 1

Wie­le hi­sto­rii roz­po­czy­na się od pro­stej lek­cji, na­sza opo­wieść ro­dzin­na nie sta­no­wi wy­jąt­ku. Gwo­li zwię­zło­ści, stresz­czę ją.

Na po­cząt­ku zo­sta­ły po­czę­te dzie­ci – my. A pły­ną­ca z tego na­ucz­ka – przy­najm­niej we­dług mo­jej ka­to­lic­kiej mat­ki – brzmi:

– Za­wsze pa­mię­taj, że nie­za­leż­nie od tego, co mówi Ko­ściół, na­tu­ral­na me­to­da an­ty­kon­cep­cji nie zda­je eg­za­mi­nu.

Spoj­rza­łem na nią, w tam­tym cza­sie dwu­na­sto­let­ni chło­piec.

– Chcesz przez to po­wie­dzieć, że my wszy­scy je­ste­śmy dzie­łem przy­pad­ku?

– Tak, do­kład­nie wszy­scy.

– Ale szczę­śli­we­go przy­pad­ku, praw­da?

– Naj­szczę­śliw­sze­go – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

Mimo to, wy­słu­chaw­szy tej opo­wie­ści, nie by­łem cał­kiem pew­ny, co my­śleć. Z jed­nej stro­ny było oczy­wi­ste, że mama nie ża­łu­je, iż nas ma, z dru­giej stro­ny na­to­miast moje ego cier­pia­ło, gdy my­śla­łem o so­bie jako o czymś przy­pad­ko­wym lub za­sta­na­wia­łem się, czy moje po­ja­wie­nie się na świe­cie nie było skut­kiem wy­pi­cia jed­ne­go za dużo kie­lisz­ka szam­pa­na. Po­słu­ży­ło to jed­nak wy­ja­śnie­niu pew­nych spraw, po­nie­waż za­wsze cie­ka­wi­ło mnie, dla­cze­go nasi ro­dzi­ce nie od­cze­ka­li tro­chę, za­nim zde­cy­do­wa­li się na dzie­ci. Z pew­no­ścią nie byli jesz­cze go­to­wi na nas, ale też nie wy­da­je mi się, żeby byli już go­to­wi na mał­żeń­stwo.

I mat­ka, i oj­ciec uro­dzi­li się w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym dru­gim roku, a obaj dziad­ko­wie słu­ży­li w woj­sku we wcze­snym okre­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Dzia­dek ze stro­ny ojca był za­wo­do­wym ofi­ce­rem. Mój tata, Pa­trick Mi­cha­el Sparks, spę­dził dzie­ciń­stwo, prze­no­sząc się z jed­nej bazy woj­sko­wej do dru­giej i wy­cho­wu­jąc się głów­nie pod opie­ką mat­ki. Był naj­star­szy z pię­cior­ga ro­dzeń­stwa, bar­dzo in­te­li­gent­ny. Uczył się w szko­le z in­ter­na­tem w An­glii, za­nim przy­ję­to go na Uni­wer­sy­tet Cre­igh­ton w Oma­ha, w Ne­bra­sce. Tam wła­śnie po­znał moją mamę, Jill Emmę Ma­rie Tho­ene.

Po­dob­nie jak oj­ciec mama była naj­star­sza z ro­dzeń­stwa. Mia­ła trój­kę młod­szych bra­ci i sióstr. Do­ra­sta­ła w Ne­bra­sce, gdzie na całe ży­cie po­ko­cha­ła ko­nie. Jej oj­ciec był przed­się­bior­cą, któ­ry pro­wa­dził roz­ma­ite fir­my. Kie­dy mama mia­ła kil­ka­na­ście lat, był wła­ści­cie­lem kina w Lyons, ma­łym mia­stecz­ku li­czą­cym kil­ku­set miesz­kań­ców, po­ło­żo­nym w bok od au­to­stra­dy, po­śród pól upraw­nych. Mama twier­dzi­ła, że kino sta­ło się w pew­nym stop­niu przy­czy­ną jej wy­jaz­du do szko­ły z in­ter­na­tem. Po­dob­no wy­sła­no ją tam, po­nie­waż zo­sta­ła przy­ła­pa­na na ca­ło­wa­niu się z chło­pa­kiem, cho­ciaż gdy spy­ta­łem o to moją bab­cię, sta­now­czo temu za­prze­czy­ła.

– Two­ja mat­ka za­wsze lu­bi­ła opo­wia­dać nie­stwo­rzo­ne rze­czy – po­in­for­mo­wa­ła mnie bab­cia. – Plo­tła, co jej śli­na na ję­zyk przy­nio­sła, żeby zo­ba­czyć wa­szą re­ak­cję, dzie­cia­ki.

– Dla­cze­go więc wy­sła­li­ście ją do szko­ły z in­ter­na­tem?

– Z po­wo­du wszyst­kich tych mor­derstw – wy­ja­śni­ła bab­cia. – W tam­tym cza­sie za­mor­do­wa­no wie­le dziew­cząt w Lyons.

Ro­zu­miem.

Tak czy owak, po ukoń­cze­niu szko­ły mama, po­dob­nie jak oj­ciec, stu­dio­wa­ła na Uni­wer­sy­te­cie Cre­igh­ton, i przy­pusz­czam, że to po­do­bień­stwo lo­sów mo­ich ro­dzi­ców wzbu­dzi­ło ich wza­jem­ne za­in­te­re­so­wa­nie. Obo­jęt­ne, jaki był po­wód, za­czę­li uma­wiać się na rand­ki na dru­gim roku stu­diów i stop­nio­wo za­ko­cha­li się w so­bie. Cho­dzi­li ze sobą nie­co po­nad rok i mie­li obo­je po dwa­dzie­ścia je­den lat, kie­dy po­bra­li się trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go trze­cie­go roku, przed roz­po­czę­ciem ostat­nie­go roku na uczel­ni.

Po upły­wie kil­ku mie­się­cy za­wio­dła na­tu­ral­na me­to­da re­gu­la­cji uro­dzin i mama do­sta­ła swo­ją pierw­szą na­ucz­kę ze wszyst­kich trzech. Pierw­sze­go grud­nia ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go czwar­te­go roku uro­dził się Mi­cah. Wio­sną oka­za­ło się, że mama zno­wu jest w cią­ży i trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go grud­nia ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go pią­te­go roku uro­dzi­łem się ja. Ko­lej­nej wio­sny zno­wu oka­za­ło się, że jest w bło­go­sła­wio­nym sta­nie z moją sio­strą Daną i od tej chwi­li wzię­ła kwe­stię za­po­bie­ga­nia cią­ży w swo­je ręce.

Po uzy­ska­niu li­cen­cja­tu tata po­sta­no­wił zro­bić ma­gi­ste­rium w dzie­dzi­nie za­rzą­dza­nia na Uni­wer­sy­te­cie Min­ne­so­ta i cała ro­dzi­na prze­nio­sła się je­sie­nią ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku w oko­li­ce Wa­ter­town. Moja sio­stra Dana uro­dzi­ła się, po­dob­nie jak ja, trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go grud­nia, a mama zo­sta­ła w domu, po­świę­ca­jąc się wy­cho­wy­wa­niu nas, tym­cza­sem oj­ciec w cią­gu dnia cho­dził na za­ję­cia, a wie­czo­ra­mi pra­co­wał jako bar­man.

Po­nie­waż mo­ich ro­dzi­ców nie było stać na pła­ce­nie wy­so­kie­go czyn­szu, miesz­ka­li­śmy spo­ro ki­lo­me­trów za mia­stem, w sta­rym wiej­skim domu. Mat­ka przy­się­ga­ła, że w nim stra­szy. Po wie­lu la­tach po­wie­dzia­ła mi, że wi­dzia­ła i sły­sza­ła póź­no w nocy róż­ne rze­czy – płacz, śmiech i ci­che roz­mo­wy – ale gdy tyl­ko wsta­wa­ła, żeby zaj­rzeć do nas, od­gło­sy ci­chły.

Bar­dziej praw­do­po­dob­nym wy­ja­śnie­niem jest to, że ule­gła ha­lu­cy­na­cjom. Nie dla­te­go, że była wa­riat­ką – moja mama na­le­ża­ła chy­ba do naj­bar­dziej opa­no­wa­nych ze wszyst­kich zna­nych mi osób – lecz dla­te­go, że mu­sia­ła przez pierw­sze kil­ka lat żyć w ab­so­lut­nym sko­ło­wa­niu i wy­czer­pa­niu. I nie mam tu na my­śli zmę­cze­nia, któ­re­mu moż­na ła­two za­ra­dzić, śpiąc dłu­żej przez parę dni. Mó­wię o ro­dza­ju nie­koń­czą­ce­go się fi­zycz­ne­go, umy­sło­we­go i emo­cjo­nal­ne­go prze­mę­cze­nia, któ­re spra­wia, że czło­wiek czu­je się, jak gdy­by krę­cił się w kół­ko, po­cią­ga­ny za uszy, za­nim pad­nie na ku­chen­ny stół. Jej ży­cie mu­sia­ło przy­po­mi­nać ab­so­lut­ne pie­kło. Roz­po­czy­na­jąc je z trój­ką ma­lu­chów, za­wi­nię­tych w pie­lu­chy z te­try, była kom­plet­nie wy­ob­co­wa­na – z wy­jąt­kiem chwil, kie­dy przy­jeż­dża­ła z wi­zy­tą bab­cia – przez ko­lej­ne dwa lata. Nie było w po­bli­żu ro­dzi­ny, któ­ra słu­ży­ła­by po­mo­cą. By­li­śmy bied­ni jak my­szy ko­ściel­ne i miesz­ka­li­śmy tam, gdzie dia­beł mówi do­bra­noc. Mama nie mo­gła na­wet wy­brać się do naj­bliż­sze­go mia­stecz­ka, po­nie­waż oj­ciec jeź­dził sa­mo­cho­dem za­rów­no na uczel­nię, jak i do pra­cy. Je­śli do­dać do tego parę zim w Min­ne­so­cie, gdzie śnieg się­gał do­słow­nie po dach, od­jąć od rów­na­nia wiecz­nie za­ję­te­go ojca i do­rzu­cić nie­koń­czą­ce się ma­ru­dze­nie i płacz nie­mow­lę­cia oraz nie­wie­le star­szych brzdą­ców, to na­wet wte­dy nie je­stem pe­wien, czy moż­na so­bie wy­obra­zić, jak mu­sia­ła być nie­szczę­śli­wa. Mój tata nie był szcze­gól­nie po­moc­ny – w tym mo­men­cie swe­go ży­cia po pro­stu nie mógł. Czę­sto za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go nie pod­jął sta­łej pra­cy, ale nie zro­bił tego. Wszyst­ko, na co go było stać, to do­ryw­cza pra­ca i cho­dze­nie na za­ję­cia. Wy­cho­dził z domu wcze­śnie rano i wra­cał, gdy wszy­scy daw­no już le­że­li w łóż­kach. To­też, poza trój­ką ma­łych dzie­ci, mama nie mia­ła w ogó­le z kim roz­ma­wiać. Mi­ja­ły dni, a na­wet ty­go­dnie bez po­ga­węd­ki z kimś do­ro­słym.

Po­nie­waż Mi­cah był naj­star­szy, mama obar­czy­ła go obo­wiąz­ka­mi, któ­re znacz­nie wy­kra­cza­ły poza moż­li­wo­ści dziec­ka w jego wie­ku – z pew­no­ścią więk­szy­mi niż kie­dy­kol­wiek po­wie­rzył­bym moim dzie­ciom. Od ma­leń­kie­go wbi­ja­ła nam do gło­wy sta­ro­świec­kie, ty­po­we dla Środ­ko­we­go Za­cho­du war­to­ści, i w krót­kim cza­sie mój brat otrzy­mał po­le­ce­nie: „Two­im za­da­niem jest zaj­mo­wa­nie się bra­tem i sio­strą, bez wzglę­du na to, co się bę­dzie dzia­ło”. I ro­bił to, kie­dy miał trzy lat­ka. Po­ma­gał kar­mić mnie i moją sio­strzycz­kę, ką­pał nas, za­ba­wiał, pil­no­wał, gdy drep­ta­li­śmy nie­pew­nie po po­dwór­ku. W na­szych ro­dzin­nych al­bu­mach są zdję­cia Mi­ca­ha ko­ły­szą­ce­go sio­strę do snu i jed­no­cze­śnie kar­mią­ce­go ją z bu­tel­ki, choć był nie­wie­le od niej więk­szy. Póź­niej zro­zu­mia­łem, że było to dla nie­go do­bre, po­nie­waż czło­wiek musi na­uczyć się po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści. Nie po­ja­wia się ono jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki pew­ne­go dnia tyl­ko dla­te­go, że na­gle jest czło­wie­ko­wi po­trzeb­ne. Ale ja są­dzę, że sko­ro czę­sto trak­to­wa­no Mi­ca­ha jak do­ro­słe­go, na­praw­dę uwie­rzył, że jest do­ro­sły i na­le­żą mu się pew­ne pra­wa. Chy­ba to wła­śnie spra­wi­ło, że po­czuł się do­ro­sły na dłu­go przed­tem, za­nim po­szedł do szko­ły.

Praw­dę mó­wiąc, moje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia zwią­za­ne są z bra­tem. Mia­łem dwa i pół roku, a Mi­cah trzy i pół. Był week­end pod ko­niec lata, tra­wa wy­ro­sła na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Tata za­mie­rzał ją sko­sić, wy­cią­gnął ko­siar­kę z szo­py. Mi­cah uwiel­biał ko­siar­kę, pa­mię­tam jak przez mgłę, że mój brat bła­gał ojca, by po­zwo­lił mu ko­sić, cho­ciaż nie był dość sil­ny, by ją pchać. Oj­ciec, rzecz ja­sna, nie po­zwo­lił, ale mój brat – któ­ry wa­żył za­le­d­wie pięt­na­ście ki­lo­gra­mów – nie po­tra­fił zro­zu­mieć lo­gi­ki sy­tu­acji. Ani, jak po­wie­dział mi póź­niej, nie za­mie­rzał po­go­dzić się z ta­kim non­sen­sem.

Przy­ta­czam jego wła­sne sło­wa: „Po­sta­no­wi­łem uciec”.

Wiem, co te­raz my­śli­cie. Miał za­le­d­wie trzy i pół roku – jak da­le­ko mógł uciec? Mój naj­star­szy syn Mi­les za­gro­ził, że uciek­nie, bę­dąc w tym sa­mym wie­ku.

– Pro­szę bar­dzo – po­wie­dzie­li­śmy z żoną. – Tyl­ko pa­mię­taj, żeby nie pójść da­lej niż za róg.

Mi­les, któ­ry był ła­god­nym i nie­śmia­łym chłop­cem, na­praw­dę nie wy­pu­ścił­by się da­lej niż za róg, no i Ca­thy i ja ob­ser­wo­wa­li­by­śmy go z ku­chen­ne­go okna.

Ale mój brat był in­nym dziec­kiem Jego tok my­śle­nia był na­stę­pu­ją­cy: Uciek­nę da­le­ko, a po­nie­waż mam się za­wsze zaj­mo­wać bra­tem i sio­strą, wo­bec tego mu­szę chy­ba za­brać ich ze sobą.

Tak też uczy­nił. Za­ła­do­wał na­szą osiem­na­sto­mie­sięcz­ną sio­strzycz­kę do wóz­ka, wziął mnie za rękę i skra­da­jąc się za ży­wo­pło­tem, żeby ro­dzi­ce nas nie za­uwa­ży­li, ru­szył z nami w stro­nę mia­stecz­ka. Na­wia­sem mó­wiąc, do mia­stecz­ka były trzy ki­lo­me­try i trze­ba było przejść na dru­gą stro­nę ru­chli­wej dwu­pa­smo­wej szo­sy.

Pra­wie nam się uda­ło uciec. Pa­mię­tam, że ma­sze­ro­wa­li­śmy przez pola za­ro­śnię­te ziel­skiem nie­mal mo­je­go wzro­stu, przy­glą­da­jąc się mo­ty­lom, któ­re wzbi­ja­ły się w kie­run­ku bez­chmur­ne­go nie­ba. Mie­li­śmy wra­że­nie, że mi­nę­ła cała wiecz­ność, za­nim do­tar­li­śmy do szo­sy. Sta­li­śmy na po­bo­czu – trój­ka dzie­cia­ków po­ni­żej czte­rech lat, jed­no z pie­lu­chą – zma­ga­jąc się z sil­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru, gdy tym­cza­sem ogrom­ne cię­ża­rów­ki i sa­mo­cho­dy oso­bo­we prze­my­ka­ły obok nas z pręd­ko­ścią stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, w od­le­gło­ści nie więk­szej niż pół me­tra. Pa­mię­tam, jak brat przy­ka­zy­wał mi: „Kie­dy ci po­wiem, masz biec bar­dzo szyb­ko!”, jak rów­nież dźwięk klak­so­nów i pisk opon po tym, gdy krzyk­nął: „Bie­gnij!”, a ja po­drep­ta­łem przez dro­gę, sta­ra­jąc się do­trzy­mać mu kro­ku.

Póź­niej pa­mię­tam wszyst­ko jak przez mgłę – zmę­czy­łem się, zgłod­nia­łem, aż w koń­cu wgra­mo­li­łem się do wóz­ka, w któ­rym sie­dzia­ła moja sio­stra, a brat cią­gnął nas ni­czym za­przę­go­wy hu­sky. Ale pa­mię­tam rów­nież, że by­łem z nie­go dum­ny. To była fraj­da, to była przy­go­da. I po­mi­mo wszyst­ko czu­łem się bez­piecz­ny. Opie­ko­wał się mną Mi­cah, a prze­cież mama po­wta­rza­ła mi za­wsze: „Rób, co ci każe twój brat”.

Na­wet wte­dy uczy­ni­łem, co mi ka­za­no. W prze­ci­wień­stwie do mo­je­go bra­ta w dzie­ciń­stwie po­słusz­nie wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia.

Pa­mię­tam też, że po ja­kimś cza­sie szli­śmy wia­duk­tem ku szczy­to­wi wzgó­rza. Gdy już się tam zna­leź­li­śmy, przed nami roz­po­star­ła się pa­no­ra­ma mia­sta w do­li­nie. Wie­le lat póź­niej zro­zu­mia­łem, że mu­sie­li­śmy znik­nąć na kil­ka go­dzin – małe nóż­ki mo­gły po­ko­nać w ta­kim tem­pie za­le­d­wie ja­kieś trzy ki­lo­me­try – i przy­po­mi­nam so­bie jak przez mgłę, że brat obie­cy­wał nam lody. Wła­śnie w tym mo­men­cie usły­sze­li­śmy krzyk i gdy obej­rza­łem się przez ra­mię, zo­ba­czy­łem mat­kę bie­gną­cą jak sza­lo­na dro­gą za nami. Wo­ła­ła, że­by­śmy się za­trzy­ma­li, wy­ma­chu­jąc dzi­ko nad gło­wą pac­ką na mu­chy.

Przy spo­sob­no­ści do­dam, że był to jej spo­sób ka­ra­nia nas. Pac­ka na mu­chy.

Mój brat nie­na­wi­dził pac­ki na mu­chy.

*

Mi­cah bez­sprzecz­nie był naj­czę­ściej z nas ka­ra­ny pac­ką. Mama lu­bi­ła ją, bo mimo że ude­rze­nie nią pie­kło, tak na­praw­dę nie bo­la­ło, poza tym roz­le­gał się gło­śny dźwięk, gdy pac­ka sty­ka­ła się z pie­lu­chą lub spoden­ka­mi. Wra­że­nie ro­bił przede wszyst­kim sam dźwięk – przy­po­mi­na­ją­cy pę­ka­nie ba­lo­ni­ka – i po dziś dzień czu­ję dziw­ny ro­dzaj pod­nie­ce­nia, kie­dy uży­wam pac­ki, tłu­kąc owa­dy w moim domu.

Nie mi­nę­ło od tego wy­da­rze­nia wie­le cza­su, gdy Mi­cah po­now­nie uciekł z domu. Z ja­kie­goś po­wo­du – nie­waż­ne ja­kie­go – po­padł w ta­ra­pa­ty i tym ra­zem to mój oj­ciec po­szedł po pac­kę. Do tej pory Mi­ca­ho­wi znu­dził się kom­plet­nie ten spo­sób wy­mie­rza­nia kary, to­też gdy zo­ba­czył, że oj­ciec się­ga po pac­kę, oznaj­mił z mocą:

– Nie trzep­niesz mnie tym.

Tata od­wró­cił się z pac­ką w ręku i wła­śnie wte­dy Mi­cah wy­star­to­wał. Sie­dząc w sa­lo­nie, przy­glą­da­łem się, jak mój czte­ro­let­ni brat wy­strze­lił z kuch­ni jak z ka­ta­pul­ty, prze­mknął obok mnie i po­biegł po scho­dach na górę; oj­ciec dep­tał mu po pię­tach. Sły­sza­łem gło­śne tu­pa­nie na gó­rze, gdy mój brat wy­ko­ny­wał w sy­pial­ni roz­ma­ite akro­ba­cje, a na­stęp­nie śmi­gnął z po­wro­tem na dół po scho­dach, zno­wu mnie mi­nął i wy­padł przez drzwi ku­chen­ne, po­ru­sza­jąc się szyb­ciej, niż kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem.

Tata, cięż­ko dy­sząc – przez całe ży­cie był na­ło­go­wym pa­la­czem – zbiegł z ło­sko­tem po scho­dach i ru­szył za nim. Nie wi­dzia­łem żad­ne­go z nich przez kil­ka go­dzin. Gdy za­padł zmierzch, a ja le­ża­łem już w łóż­ku, pod­nio­słem wzrok i zo­ba­czy­łem mamę, któ­ra przy­pro­wa­dzi­ła do na­sze­go po­ko­ju Mi­ca­ha. Otu­li­ła go do snu i po­ca­ło­wa­ła w po­li­czek. Mimo ciem­no­ści wi­dzia­łem, że jest brud­ny. Wy­sma­ro­wa­ny bło­tem, wy­glą­dał, jak gdy­by spę­dził ostat­nie kil­ka go­dzin pod zie­mią. Gdy tyl­ko mama wy­szła, spy­ta­łem Mi­ca­ha, co się sta­ło.

– Po­wie­dzia­łem mu, że nie bę­dzie mnie bił pac­ką – od­parł.

– I co, zbił cię?

– Nie. Nie mógł mnie zła­pać. A po­tem nie mógł mnie zna­leźć.

Uśmiech­ną­łem się, my­śląc: Wie­dzia­łem, że ci się uda.

Rozdział 2

Po upły­wie dwóch dni, od chwi­li gdy wy­sła­łem Mi­ca­ho­wi in­for­ma­cję o wy­ciecz­ce, za­dzwo­nił te­le­fon. Sie­dzia­łem przy biur­ku w moim ga­bi­ne­cie, brnąc przez ko­lej­ny trud­ny dzień pi­sa­nia. Kie­dy pod­nio­słem słu­chaw­kę, Mi­cah za­czął nie­mal na­tych­miast traj­ko­tać:

– Ta po­dróż jest… fan­ta­stycz­na – po­wie­dział. – Czy wi­dzia­łeś, do­kąd po­je­dzie­my? Na Wy­spę Wiel­ka­noc­ną i do Kam­bo­dży! Zo­ba­czy­my Tadż Ma­hal! Bę­dzie­my w au­stra­lij­skim bu­szu!

– Wiem – wtrą­ci­łem – czy to nie brzmi wspa­nia­le?

– To wię­cej niż wspa­nia­łe. Po pro­stu nie­sa­mo­wi­te! Za­uwa­ży­łeś, że w Nor­we­gii cze­ka nas prze­jażdż­ka sa­nia­mi z psim za­przę­giem?!

– Tak, wiem…

– A w In­diach bę­dzie­my jeź­dzi­li na grzbie­tach sło­ni!

– Wiem…

– Cze­ka­ją nas nie­za­po­mnia­ne prze­ży­cia!

– A więc Chri­sti­ne zgo­dzi­ła się na twój wy­jazd?

– Mó­wi­łem ci, że jadę.

– Wiem. Ale czy Chri­sti­ne nie ma nic prze­ciw­ko temu?

– Skła­mał­bym, mó­wiąc, że jest za­chwy­co­na, ale do­sta­łem po­zwo­le­nie. To zna­czy… Afry­ka! In­die! Kam­bo­dża! Z moim bra­tem? Co mia­ła po­wie­dzieć?

Mo­gła po­wie­dzieć, że się nie zga­dza, po­my­śla­łem. Mają dwie có­recz­ki – za­le­d­wie dwu­mie­sięcz­ną Pey­ton i dzie­wię­cio­let­nią Alli – a Mi­cah za­mie­rzał wy­je­chać tuż po pierw­szych uro­dzi­nach Pey­ton. By­łem jed­nak pe­wien, że Chri­sti­ne, po­dob­nie jak Ca­thy, ro­zu­mia­ła, że Mi­ca­ho­wi po­trzeb­ny jest kon­takt ze mną, w rów­nym stop­niu jak mnie jest po­trzeb­ny kon­takt z nim, acz­kol­wiek z in­nych przy­czyn. Jako bra­cia za­czę­li­śmy po­le­gać na so­bie w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych, a to za­ufa­nie po­głę­bi­ło się jesz­cze, gdy do­ro­śli­śmy. Wspie­ra­li­śmy się wza­jem­nie w bo­ry­ka­niu z oso­bi­sty­mi i uczu­cio­wy­mi pro­ble­ma­mi, prze­ży­wa­li­śmy swo­je wzlo­ty i upad­ki. Na­uczy­li­śmy się wie­le, wspo­ma­ga­jąc się wza­jem­nie, i pod­czas gdy ro­dzeń­stwo czę­sto bywa so­bie z na­tu­ry bli­skie, w przy­pad­ku Mi­ca­ha i mnie było to coś wię­cej. Jego głos za­wsze spra­wiał, że wra­ca­łem pa­mię­cią do na­sze­go wspól­ne­go dzie­ciń­stwa, jego śmiech nie­uchron­nie przy­wo­ły­wał od­le­głe wspo­mnie­nia, daw­no za­po­mnia­ne ob­ra­zy, roz­wi­ja­ją­ce się bez ostrze­że­nia ni­czym fla­gi w wietrz­ny dzień.

– Halo? Nick? Je­steś tam?

– Tak, je­stem. Za­my­śli­łem się.

– O czym? O wy­ciecz­ce?

– Nie – od­po­wie­dzia­łem. – My­śla­łem o przy­go­dach, ja­kie nam się przy­tra­fia­ły, kie­dy by­li­śmy ma­ły­mi dzieć­mi.

– W Min­ne­so­cie?

– Nie. W Los An­ge­les.

– Dla­cze­go przy­szło ci to na myśl?

– Nie je­stem cał­kiem pew­ny – przy­zna­łem. – Cza­sa­mi tak po pro­stu bywa.

*

W ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do In­gle­wo­od w Ka­li­for­nii, zo­sta­wia­jąc za sobą mroź­ne zimy w Min­ne­so­cie. Mo­je­go ojca przy­ję­to na pro­gram dok­to­ranc­ki na Uni­wer­sy­te­cie Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii i za­miesz­ka­li­śmy w osie­dlu ko­mu­nal­nym dla bie­do­ty, przy­najm­niej nie­któ­rzy je za ta­kie uwa­ża­li. Do­kład­nie w sa­mym środ­ku Los An­ge­les, gdzie spo­łecz­ność, wśród któ­rej miesz­ka­li­śmy, wciąż żyła gniew­ny­mi wspo­mnie­nia­mi za­mie­szek w Watts. By­li­śmy jed­ną z nie­wie­lu bia­łych ro­dzin w za­nie­dba­nym bu­dyn­ku miesz­kal­nym, któ­ry na­zy­wa­li­śmy do­mem, a na­szy­mi naj­bliż­szy­mi są­sia­da­mi były pro­sty­tut­ki, han­dla­rze nar­ko­ty­ków i człon­ko­wie gan­gów.

Miesz­ka­nie było ma­lut­kie – dwie sy­pial­nie, sa­lon i kuch­nia – ale je­stem pe­wien, że mama uwa­ża­ła to za ogrom­ny po­stęp w sto­sun­ku do ży­cia, ja­kie wio­dła w Min­ne­so­cie. Mimo że w dal­szym cią­gu nie mo­gła li­czyć na po­moc ro­dzi­ny, po raz pierw­szy od dwóch lat mia­ła są­sia­dów, z któ­ry­mi mo­gła po­roz­ma­wiać, na­wet je­śli róż­ni­li się od lu­dzi, wśród któ­rych do­ra­sta­ła w Ne­bra­sce. Mo­gła też wy­brać się do skle­pu spo­żyw­cze­go na za­ku­py albo przy­najm­niej wyjść na dwór i wi­dzieć lu­dzi.

Na ogół dzie­ci my­ślą z czcią o swo­ich ro­dzi­cach i w moim wy­pad­ku nie było in­a­czej. Ciem­no­wło­sa, ciem­no­oka, o mlecz­nej kar­na­cji, mama wy­da­wa­ła mi się pięk­na. Mimo tru­dów na­sze­go wcze­sne­go ży­cia nie pa­mię­tam, by kie­dy­kol­wiek wy­ła­do­wy­wa­ła na nas swo­ją fru­stra­cję. Była jed­ną z tych ko­biet, któ­re są stwo­rzo­ne do tego, by być mat­ka­mi, i ko­cha­ła nas bez­wa­run­ko­wo. To my by­li­śmy jej ży­ciem, na wie­le spo­so­bów. Uśmie­cha­ła się czę­ściej niż ja­ka­kol­wiek zna­jo­ma mi oso­ba. Jej uśmiech nig­dy nie był fał­szy­wy, w ro­dza­ju tych wy­mu­szo­nych, któ­re spra­wia­ją, że skó­ra na to­bie cierp­nie. To były nie­zmien­nie szcze­re uśmie­chy, na któ­rych wi­dok mie­li­śmy ocho­tę pod­biec do niej i rzu­cić się w ra­mio­na, za­wsze dla nas otwar­te.

Tata na­to­miast sta­no­wił dla mnie na ogół za­gad­kę. Miał ru­do­blond wło­sy, pie­gi i był po­dat­ny na opa­rze­nia sło­necz­ne. Z nas wszyst­kich tyl­ko on miał mu­zycz­ne upodo­ba­nia. Grał na har­mo­nij­ce ust­nej i na gi­ta­rze, gwiz­dał w nie­opa­no­wa­ny spo­sób, kie­dy był ze­stre­so­wa­ny, czy­li we­dle na­szych ob­ser­wa­cji – za­wsze. Nie cho­dzi o to, że­by­śmy mie­li do nie­go pre­ten­sje. W Los An­ge­les po­padł w tę samą wy­czer­pu­ją­cą ru­ty­nę, co w Min­ne­so­cie – za­ję­cia, na­uka i wie­czor­na pra­ca w cha­rak­te­rze do­zor­cy i bar­ma­na, by za­spo­ko­ić na­sze pod­sta­wo­we po­trze­by ży­cio­we. Na­wet wte­dy był zmu­szo­ny li­czyć na po­moc swo­ich ro­dzi­ców oraz te­ściów, żeby zwią­zać ja­koś ko­niec z koń­cem.

Kie­dy prze­by­wał w domu, czę­sto był tak za­ab­sor­bo­wa­ny, że wy­glą­dał na nie­obec­ne­go du­chem. Ta­kie jest moje nie­zmien­ne wspo­mnie­nie o ojcu – sie­dzi przy sto­le, z gło­wą po­chy­lo­ną nad książ­ką. Praw­dzi­wy in­te­lek­tu­ali­sta, nie na­le­żał do ta­tu­siów, któ­rzy gra­li z dzieć­mi w pił­kę, jeź­dzi­li na ro­we­rze czy cho­dzi­li na pie­sze wy­ciecz­ki, nie spra­wia­ło nam to jed­nak przy­kro­ści, po­nie­waż nig­dy nie do­świad­czy­li­śmy cze­goś ta­kie­go. Od­gry­wał na­to­miast rolę – w każ­dym ra­zie wo­bec nas, dzie­ci – ży­wi­cie­la ro­dzi­ny i ojca służ­bi­sty. Je­śli wy­my­ka­li­śmy się spod kon­tro­li – co zda­rza­ło nam się z nie­po­ko­ją­cą czę­sto­tli­wo­ścią – mama gro­zi­ła, że po­wie o wszyst­kim ta­cie, gdy tyl­ko wró­ci do domu. Nie mam po­ję­cia, dla­cze­go samo to stwier­dze­nie tak bar­dzo nas prze­ra­ża­ło, bo tata nie był agre­syw­ny w każ­dym ra­zie mama zna­la­zła sku­tecz­ną me­to­dę.

Lata spę­dzo­ne w Min­ne­so­cie zbli­ży­ły nas do sie­bie. Mi­cah, Dana i ja by­li­śmy dla sie­bie je­dy­ny­mi ko­le­ga­mi, w Los An­ge­les też było tak samo. Mie­li­śmy wspól­ną sy­pial­nię, ba­wi­li­śmy się tymi sa­my­mi za­baw­ka­mi, nie­mal za­wsze prze­by­wa­li­śmy w swo­im to­wa­rzy­stwie. W so­bot­nie po­ran­ki oglą­da­li­śmy przy­tu­le­ni do sie­bie kre­sków­ki w te­le­wi­zji i go­dzi­na­mi ba­wi­li­śmy się fi­gur­ka­mi z nie­ist­nie­ją­cej już kow­boj­skiej se­rii John­ny West. Po­dob­nie jak w se­rii G. I. Joe, były tam fi­gur­ki te­ma­tycz­ne – kow­bo­je (ro­dzi­na We­stów – John­ny, Jane oraz dzie­cia­ki), żoł­nie­rze (ge­ne­rał Cu­ster i ka­pi­tan Mad­dox), bun­tow­nik (Sam Co­bra) oraz In­dia­nie (Ge­ro­ni­mo, wódz Che­ro­kee i Wa­lecz­ny Orzeł), jak rów­nież re­kwi­zy­ty, wśród któ­rych znaj­do­wa­ły się for­ty, kry­te wozy, ko­nie i sta­da by­dła. Przez lata mu­sie­li­śmy ze­brać każ­dy ele­ment ze­sta­wu co naj­mniej trzy – lub czte­ro­krot­nie. Ba­wi­li­śmy się fi­gur­ka­mi, wy­cza­ro­wy­wa­li­śmy jed­ną przy­go­dę za dru­gą, aż w koń­cu wy­eks­plo­ato­wa­li­śmy za­baw­ki tak, że do­słow­nie się roz­pa­dły.

Po­nie­waż moja sio­stra była naj­młod­sza, wo­la­ła spę­dzać czas w domu z mamą, gdy tym­cza­sem mój brat i ja za­czę­li­śmy stop­nio­wo od­kry­wać świat ze­wnętrz­ny. Moi ro­dzi­ce wie­rzy­li chy­ba – te­raz my­ślę, że dość na­iw­nie – iż ra­zem bę­dzie­my bez­piecz­ni, bez wzglę­du na to, jak nie­bez­piecz­ne są uli­ce, i po­zwa­la­li nam bez ogra­ni­czeń pe­ne­tro­wać sa­mo­dziel­nie oko­li­cę, za­nim jesz­cze skoń­czy­łem pięć lat. Je­dy­ny wa­ru­nek, jaki nam sta­wia­li, to że­by­śmy wró­ci­li do domu przed ko­la­cją. Ani oj­ciec, ani mat­ka nig­dy nie za­wra­ca­li so­bie gło­wy usta­la­niem, jak da­le­ko wol­no nam się wy­pu­ścić, do­pó­ki do­trzy­my­wa­li­śmy umo­wy, my zaś z Mi­ca­hem wy­ko­rzy­sty­wa­li­śmy tę swo­bo­dę do osta­tecz­nych gra­nic. Do­kąd­kol­wiek szedł mój brat, ja cho­dzi­łem za nim z gwał­tow­nie ro­sną­cym uczu­ciem uwiel­bie­nia dla bo­ha­te­ra. Spę­dza­li­śmy po­po­łu­dnia, zwie­dza­jąc za­pusz­czo­ne miesz­ka­nia albo przy­glą­da­jąc się na­szym do­ro­słym są­siad­kom, któ­re sta­ły wzdłuż bul­wa­ru i na­ga­by­wa­ły klien­tów. Mo­gli­śmy bez koń­ca ga­pić się na na­sto­lat­ków na­pra­wia­ją­cych sa­mo­cho­dy na par­kin­gu, cza­sa­mi sia­dy­wa­li­śmy na schod­kach z róż­ny­mi gan­ga­mi, gdy chłop­cy pili piwo i ob­ści­ski­wa­li się ze swo­imi dziew­czy­na­mi. Ba­wi­li­śmy się fan­ta­stycz­nie – za­wsze mie­li­śmy coś do zo­ba­cze­nia i do zro­bie­nia – i na­wet kie­dy w od­da­li roz­le­ga­ły się spo­ra­dycz­ne strza­ły, nie pa­mię­tam, żeby Mi­ca­ha lub mnie ob­la­ty­wał strach.

Obo­jęt­ne z ja­kiej przy­czy­ny, by­li­śmy tam bez­piecz­ni. Chy­ba dla­te­go, że każ­dy, na­wet człon­ko­wie gan­gu, wie­dzie­li, że nie tyl­ko nie sta­no­wi­my za­gro­że­nia, lecz praw­do­po­dob­nie je­ste­śmy bied­niej­si od nich. By­li­śmy roz­pacz­li­wie bied­ni. Kar­mio­no nas mle­kiem w prosz­ku, kar­to­fla­mi i owsian­ką –  nie wie­dzia­łem, że mle­ko ma płyn­ną po­stać, do­pó­ki nie po­sze­dłem do szko­ły. Nig­dy nie ja­da­li­śmy w re­stau­ra­cjach, nie zwie­dza­li­śmy mu­ze­ów, nie cho­dzi­li­śmy na me­cze ba­se­bal­lo­we ani na­wet do kina. Sa­mo­chód, któ­ry ku­pił mój tata, żeby do­jeż­dżać do pra­cy i na uni­wer­sy­tet, kosz­to­wał nie­ca­łe sto do­la­rów. Gdy za­czę­li­śmy uczęsz­czać do szko­ły, do­sta­wa­li­śmy jed­ną parę bu­tów i jed­ne spodnie na rok. Je­śli się po­dar­ły, mat­ka na­szy­wa­ła łaty i roz­pra­so­wy­wa­ła je do­pó­ty, do­pó­ki na­sze dżin­sy nie wy­glą­da­ły, jak gdy­by były ory­gi­nal­nie za­pro­jek­to­wa­ne z ła­ta­mi na ko­la­nach. Nie­licz­ne za­baw­ki – głów­nie kloc­ki oraz wspo­mnia­ne wcze­śniej fi­gur­ki ro­dzi­ny We­stów – były pre­zen­ta­mi, któ­re otrzy­ma­li­śmy na Gwiazd­kę lub na uro­dzi­ny. Na­wet nie na­przy­krza­li­śmy się o wszyst­ko, co zo­ba­czy­li­śmy w skle­pie, kie­dy wcho­dzi­li­śmy tam z mamą.

Do­pie­ro dzi­siaj uświa­da­miam so­bie, że praw­do­po­dob­nie ży­li­śmy znacz­nie po­ni­żej mi­ni­mum so­cjal­ne­go. Z pew­no­ścią wte­dy nie zda­wa­li­śmy so­bie z tego spra­wy ani, szcze­rze mó­wiąc, nas to nie ob­cho­dzi­ło. A mama nie zno­si­ła na­sze­go na­rze­ka­nia, je­śli w ogó­le to ro­bi­li­śmy. Była zde­cy­do­wa­ną zwo­len­nicz­ką twar­de­go cha­rak­te­ru. Nie­na­wi­dzi­ła ma­ru­dze­nia, nie­na­wi­dzi­ła roz­czu­la­nia się nad sobą, nie­na­wi­dzi­ła wy­krę­tów i była zde­cy­do­wa­na wy­ple­nić te ce­chy u swo­ich dzie­ci. Je­śli kie­dy­kol­wiek po­wie­dzie­li­śmy coś w sty­lu: „Ale ja to chcę!”, re­ak­cja mamy była za­wsze taka sama. Wzru­sza­ła ra­mio­na­mi i od­po­wia­da­ła spo­koj­nie:

– A to pech, skar­bie. To, cze­go się pra­gnie, i to, co się otrzy­mu­je, to zwy­kle dwie cał­kiem róż­ne rze­czy.

Jej po­glą­dy na twar­dy cha­rak­ter przy­pra­wi­ły­by dzi­siej­szych ro­dzi­ców o dreszcz prze­ra­że­nia. Na przy­kład gdy Mi­cah za­czy­nał cho­dzić do szko­ły, dzia­ła­ła in­sty­tu­cja au­to­bu­su szkol­ne­go, ma­ją­ca na celu wy­mu­sze­nie więk­szej in­te­gra­cji szkół ubo­giej czę­ści śród­mie­ścia. W re­zul­ta­cie mój brat nie mógł uczęsz­czać do szko­ły na na­szej uli­cy, lecz mu­siał iść pie­cho­tą po­nad ki­lo­metr do przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go – ru­chli­wy­mi ale­ja­mi, przez nie­bez­piecz­ną dziel­ni­cę, na skrót przez zło­mo­wi­sko. Pierw­sze­go dnia ze­rów­ki mama od­pro­wa­dzi­ła go na przy­sta­nek; na­za­jutrz po­szedł tam już sam. Przed upły­wem ty­go­dnia po­wie­dział ma­mie, że kil­ka star­szych dziew­czy­nek, może z siód­mej kla­sy, ale wiel­kich dla przed­szko­la­ka, przy­par­ło go do muru na zło­mo­wi­sku. Za­bra­ły mu pie­nią­dze na mle­ko i za­gro­zi­ły, że je­śli nie bę­dzie im co­dzien­nie przy­no­sił pię­cio­cen­tów­ki, zro­bią mu krzyw­dę.

– Po­wie­dzia­ły, że mnie stłu­ką na kwa­śne jabł­ko – pła­kał Mi­cah.

Ro­dzi­ce mo­gli za­ra­dzić tej sy­tu­acji na kil­ka spo­so­bów. Mama mo­gła, na przy­kład, za­cząć od­pro­wa­dzać go co­dzien­nie do szko­ły albo pójść z nim raz, sta­wić czo­ło dziew­czy­nom i po­stra­szyć je, że je­śli sy­tu­acja się po­wtó­rzy, we­zwie po­li­cję. Mo­gła też za­pew­ne do­wie­dzieć się, kim są ich ro­dzi­ce i po­roz­ma­wiać z nimi, albo zna­leźć ko­goś, kto ja­dąc do pra­cy, pod­wo­ził­by po dro­dze Mi­ca­ha do szko­ły.

Ale nie na­sza mama. Kie­dy Mi­cah opo­wie­dział tę hi­sto­rię, wsta­ła od sto­łu i wy­szła z po­ko­ju na kil­ka mi­nut. Wró­ci­ła, trzy­ma­jąc w ręku sta­ry po­jem­nik na dru­gie śnia­da­nie z wi­ze­run­kiem Roya Ro­ger­sa; za­rdze­wia­ły i po­wgnia­ta­ny, na­le­żał wie­le lat temu do jej młod­sze­go bra­ta.

– Ju­tro wło­ży­my do tego two­je dru­gie śnia­da­nie, za­miast do pa­pie­ro­wej tor­by – po­wie­dzia­ła. – Je­śli spró­bu­ją za­brać ci pie­nią­dze, po pro­stu za­mach­nij się i wal­nij je pu­deł­kiem. O tak…

Pod­no­sząc rękę ni­czym po­grom­ca lwów, za­czę­ła de­mon­stro­wać mu, jak ma to ro­bić, wy­ma­chu­jąc pu­deł­kiem sze­ro­ki­mi łu­ka­mi, a Mi­cah sie­dział przy sto­le, przy­glą­da­jąc się.

Na­za­jutrz mój sze­ścio­let­ni brat po­ma­sze­ro­wał do szko­ły z me­ta­lo­wym po­jem­ni­kiem na dru­gie śnia­da­nie. Tak jak obie­ca­ły, dziew­czy­ny oto­czy­ły go, gdy nie zgo­dził się dać im pię­cio­cen­tów­ki. Kie­dy pierw­sza z nich go za­ata­ko­wa­ła, zro­bił do­kład­nie to, co ka­za­ła mu mama.

Wie­czo­rem w na­szej sy­pial­ni Mi­cah zdał mi do­kład­ną re­la­cję z tego, co się sta­ło.

– Wy­wi­ja­łem wszyst­kim, czym się dało – po­wie­dział.

– I nie ba­łeś się?

Po­ki­wał gło­wą, za­ci­ska­jąc moc­no war­gi.

– Ba­łem się, ale nie prze­sta­wa­łem wy­ma­chi­wać pu­deł­kiem i tłu­kłem je, do­pó­ki nie ucie­kły z pła­czem.

Do­dam, że dziew­czy­ny nig­dy wię­cej mu się nie na­przy­krza­ły.

*

W ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym pierw­szym roku prze­pro­wa­dzi­li­śmy się zno­wu, tym ra­zem do Playa del Rey – ko­lej­nej dziel­ni­cy Los An­ge­les. Z oczy­wi­stych przy­czyn (te­raz noc­na strze­la­ni­na roz­le­ga­ła się prze­ra­ża­ją­co bli­sko) nasi ro­dzi­ce uwa­ża­li, że bę­dzie tam bez­piecz­niej niż w In­gle­wo­od.

Za­czą­łem już wte­dy cho­dzić do ze­rów­ki, ale wziąw­szy pod uwa­gę to, że róż­ni­ca wie­ku mię­dzy nami wy­no­si­ła rok oraz że Los An­ge­les w dal­szym cią­gu do­wo­zi­ło mo­je­go bra­ta do szko­ły, Mi­cah i ja zna­leź­li­śmy się w róż­nych pla­ców­kach. Moi ko­le­dzy szkol­ni przy­po­mi­na­li uczniów, ja­kich moż­na spo­tkać na przed­mie­ściach Iowa, ale Mi­cah do­jeż­dżał do szko­ły w ubo­giej czę­ści śród­mie­ścia i był je­dy­nym bia­łym dziec­kiem w kla­sie.

Mimo to po­po­łu­dnia spę­dza­li­śmy ra­zem, i to po sta­re­mu w In­gle­wo­od, dwa małe dzie­cia­ki nie­oba­wia­ją­ce się świa­ta. Wy­cho­dzi­li­śmy z na­szej ka­mie­ni­cy i go­dzi­na­mi włó­czy­li­śmy się wszę­dzie tam, gdzie nas nogi po­nio­sły – szli­śmy kil­ka ki­lo­me­trów, przy­glą­da­li­śmy się stat­kom przy­cu­mo­wa­nym do na­brze­ża albo wdra­py­wa­li­śmy się pod spodnią część wia­duk­tów lub słu­pów trak­cyj­nych w po­szu­ki­wa­niu pta­sich jaj, ewen­tu­al­nie mysz­ko­wa­li­śmy po opusz­czo­nych, nisz­cze­ją­cych czy też spa­lo­nych do­mach, ma­jąc na­dzie­ję zna­leźć coś in­te­re­su­ją­ce­go, co mo­gło tam po­zo­stać po daw­nych lo­ka­to­rach. Kie­dy in­dziej zno­wu wy­my­ka­li­śmy się na tyły na­sze­go bu­dyn­ku, prze­cho­dzi­li­śmy przez kil­ka ulic i prze­ska­ki­wa­li­śmy kil­ka pło­tów, by od­wie­dzić szko­łę śred­nią. Póź­nym po­po­łu­dniem była zwy­kle pu­sta, a my uwiel­bia­li­śmy jej otwar­te bo­iska, któ­re były znacz­nie więk­sze niż w na­szych pod­sta­wów­kach. Ści­ga­li­śmy się albo ba­wi­li­śmy w cho­wa­ne­go, cza­sa­mi po pro­stu spa­ce­ro­wa­li­śmy po ko­ry­ta­rzach, za­glą­da­jąc do sal lek­cyj­nych. Pew­ne­go dnia do­strze­gli­śmy kru­ka, któ­ry nas na­tych­miast za­fa­scy­no­wał. Za­czę­li­śmy bie­gać za nim, gdy prze­fru­wał z drze­wa na drze­wo. Póź­niej, ile­kroć tam przy­cho­dzi­li­śmy, wy­pa­try­wa­li­śmy go i, o dzi­wo, nie­mal za­wsze znaj­do­wa­li­śmy. Wo­ła­li­śmy go przez chwi­lę, po czym zaj­mo­wa­li­śmy się czymś in­nym. Po pew­nym cza­sie kruk się po­ja­wiał na jed­nym z drzew opo­dal miej­sca na­szej za­ba­wy. Wkrót­ce nie mo­gli­śmy zro­bić kro­ku w są­siedz­twie szko­ły, by nie zo­ba­czyć kru­ka. Za­wsze był w po­bli­żu. Nie­ba­wem zda­li­śmy so­bie spra­wę, że nas śle­dzi.

Za­czę­li­śmy go kar­mić. Rzu­ca­li­śmy na zie­mię ka­wał­ki chle­ba. Kruk sfru­wał z ga­łę­zi i zja­dał go, po czym od­la­ty­wał. Stop­nio­wo zo­sta­wał dłu­żej, po­zwa­la­jąc nam się zbli­żyć. Od tego cza­su prze­szli­śmy na kar­mie­nie go śliw­ka­mi i kruk czuł się z nami co­raz swo­bod­niej. Do­tar­li­śmy do punk­tu, kie­dy mo­gli­śmy trzy­mać śliw­kę w wy­cią­gnię­tej dło­ni, a kruk bez wa­ha­nia pod­fru­wał bli­sko i za­czy­nał jeść. Ude­rzy­ło nas, że sta­wał się czymś w ro­dza­ju zwie­rzę­cia do­mo­we­go, i tak to za­czę­li­śmy trak­to­wać. Po­ży­cza­li­śmy na­wet apa­rat fo­to­gra­ficz­ny od mamy i ro­bi­li­śmy mu zdję­cia z bli­ska, po czym dum­nie się nimi po­pi­sy­wa­li­śmy po wy­wo­ła­niu. Na­zwa­li­śmy kru­ka Blac­kie. Blac­kie był wspa­nia­ły. Blac­kie był su­per. Blac­kie, jak się w re­zul­ta­cie oka­za­ło, był po­two­rem.

Od­kry­li­śmy, że ptak za­in­te­re­so­wał się nami na­wet dużo bar­dziej niż my nim. Zwłasz­cza na­szy­mi wło­sa­mi. Po­nie­waż obaj by­li­śmy blon­dy­na­mi, na­sze wło­sy lśni­ły w słoń­cu, a kru­ki po­dob­no lu­bią błysz­czą­ce przed­mio­ty. Poza tym bu­du­ją gniaz­da. Je­śli do­da­cie obie te ce­chy, mo­że­cie wy­obra­zić so­bie, co się sta­ło.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia by­li­śmy w szko­le, gdy Blac­kie za­czął na­gle zbli­żać się ku nam lo­tem nur­ko­wym, pi­ku­jąc pro­sto na na­sze gło­wy, wie­lo­krot­nie, ni­czym my­śli­wiec ata­ku­ją­cy okręt. Kra­kał na nas, rzu­ci­li­śmy się więc do uciecz­ki. Blac­kie za nami. Mie­li­śmy wra­że­nie, że roz­pię­tość jego skrzy­deł znacz­nie zwięk­szy­ła się przez noc, i po chwi­li bie­gli­śmy, krzy­cząc wnie­bo­gło­sy, a kruk śmi­gał lo­tem ko­szą­cym nad na­szy­mi gło­wa­mi. Ukry­li­śmy się w po­bli­żu po­jem­ni­ków na śmie­ci, pró­bu­jąc wy­my­ślić spo­sób po­wro­tu do domu. W koń­cu od­wa­ży­li­śmy się wy­chy­nąć zza kon­te­ne­rów. Wi­dząc, że dro­ga wol­na, pu­ści­li­śmy się pę­dem.

Nie mo­głem do­trzy­mać kro­ku Mi­ca­ho­wi, stop­nio­wo zwal­nia­łem co­raz bar­dziej. W tym sa­mym mo­men­cie Blac­kie spadł na mnie z nie­ba, lą­du­jąc na mo­jej gło­wie, co było naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cą rze­czą, jaka mi się przy­tra­fi­ła w moim krót­kim ży­ciu. Spa­ni­ko­wa­łem, nie mo­gąc od­dy­chać, nie mo­gąc po­ru­szyć ręką ani nogą. Czu­łem, jak szpo­ny Blac­kie­go wbi­ja­ją mi się w gło­wę, i na­gle ptak – chy­ba po to, by jesz­cze bar­dziej spo­tę­go­wać moje prze­ra­że­nie – za­czął mnie moc­no dzio­bać, jego łe­bek pod­ska­ki­wał w górę i w dół jak ki­wak pom­po­wy w szy­bie naf­to­wym w Okla­ho­mie. Wrza­sną­łem. Blac­kie dziob­nął mnie moc­niej. I tak to się od­by­wa­ło. Dziob­nię­cie, wrzask. Dziob­nię­cie, wrzask. Dziob­nię­cie, wrzask. Dziob­nię­cie, wrzask. Moż­na by po­my­śleć, że kruk ro­bił wszyst­ko, co w jego mocy, by wy­wier­cić dziu­rę w mo­jej czasz­ce i wy­ssać mózg.

Pa­mię­tam jak przez mgłę, że mój brat zni­kał w od­da­li – był nie­świa­dom, że Blac­kie wró­cił – aż do mo­je­go pierw­sze­go prze­raź­li­we­go krzy­ku. Za­wró­ciw­szy, Mi­cah ru­szył z po­wro­tem w moją stro­nę, wo­ła­jąc, że­bym ode­pchnął pta­ka. Ale ja mia­łem kom­plet­ną pust­kę w gło­wie, za­mie­ni­łem się w słup soli. Mo­głem tyl­ko stać, gdy tym­cza­sem Blac­kie za­bi­jał mnie, dzio­biąc co ja­kiś czas.

Mi­cah, rzecz ja­sna, wie­dział, co ro­bić. Krzy­cząc i wy­ma­chu­jąc jak sza­lo­ny rę­ka­mi, zdo­łał w koń­cu prze­pę­dzić roz­wście­czo­ne­go dia­bel­skie­go pta­ka z mo­jej gło­wy. Na­stęp­nie, gdy Blac­kie zno­wu pi­ko­wał na nas, Mi­cah zdjął ko­szu­lę i ma­chał nią ni­czym fla­gą. Wresz­cie kruk wy­co­fał się w bez­piecz­ne schro­nie­nie drzew.

W dro­dze po­wrot­nej do domu było mi wstyd, że tak bar­dzo się prze­ra­zi­łem. Mi­cah sta­wił czo­ło Blac­kie­mu, gdy tym­cza­sem ja umie­ra­łem ze stra­chu. Mi­cah wal­czył, gdy tym­cza­sem ja sta­łem jak wry­ty. Za­czą­łem wie­rzyć, że Mi­ca­ha, w od­róż­nie­niu ode mnie, stać na wszyst­ko. I sta­ra­jąc się mu do­rów­nać, pra­gną­łem bar­dziej niż cze­go­kol­wiek po pro­stu być taki jak on.

Rozdział 3

Gdy już za­re­zer­wo­wa­li­śmy miej­sca na wy­ciecz­kę do­oko­ła świa­ta, za­czę­li­śmy czy­nić nie­zbęd­ne przy­go­to­wa­nia. Mię­dzy in­ny­mi mu­sie­li­śmy pod­dać się kil­ku szcze­pie­niom, na przy­kład prze­ciw­ko żół­tej fe­brze i wi­ru­so­we­mu za­pa­le­niu wą­tro­by typu A i B, jak rów­nież za­ła­twić wizy do In­dii, Etio­pii i Kam­bo­dży.

Na prze­ło­mie wio­sny i lata czę­sto roz­ma­wia­li­śmy z bra­tem o eska­pa­dzie, lecz dziw­na rzecz, im wię­cej o niej mó­wi­li­śmy, tym bar­dziej róż­ni­ły się na­sze re­ak­cje na myśl o zbli­ża­ją­cej się przy­go­dzie. O ile Mi­cah co­raz bar­dziej eks­cy­to­wał się my­ślą o miej­scach, któ­re zo­ba­czy­my, o tyle mnie ta myśl co­raz bar­dziej nie­po­ko­iła. Kie­dy dzwo­nił, chcąc po­roz­ma­wiać o po­dró­ży, zła­pa­łem się na tym, że uni­kam tego te­ma­tu.

Na­zwij­cie to wy­rzu­ta­mi su­mie­nia po fak­cie, ale stop­nio­wo za­czy­na­łem mieć uczu­cie, że moja de­cy­zja była błę­dem. Cho­ciaż po­mysł był pod­nie­ca­ją­cy, cho­ciaż bar­dzo pra­gną­łem od­wie­dzić te wszyst­kie miej­sca, nie po­tra­fi­łem so­bie wy­obra­zić, że po­świę­cę na po­dróż aż trzy ty­go­dnie. Od wie­ków nie mia­łem nig­dy dość wol­ne­go cza­su, dzie­ląc go mię­dzy pra­cę a ro­dzi­nę. W domu był wiecz­ny kie­rat i mnó­stwo obo­wiąz­ków, a pra­cy za­wo­do­wej mia­łem jesz­cze wię­cej, i myśl o po­dró­żo­wa­niu dla przy­jem­no­ści nie tyl­ko po­tę­go­wa­ła mój nie­po­kój, lecz w do­dat­ku nę­ka­ło mnie po­czu­cie winy. Gdy­bym przez mie­siąc nie miał pra­cy, czy nie po­wi­nie­nem go spę­dzić z dzieć­mi? Albo z żoną? Sko­ro już w tej chwi­li bra­ku­je mi na wszyst­ko cza­su, jak, u li­cha, mogę na­wet my­śleć o mie­sięcz­nej wy­ciecz­ce dla przy­jem­no­ści?

Wszyst­ko, co było zwią­za­ne z po­dró­żą, wy­da­wa­ło mi się nie­wła­ści­we. Ale z dru­giej stro­ny, sko­ro już wie­cie, w ja­kim sta­nie znaj­do­wa­łem się w dwa ty­sią­ce dru­gim roku, zro­zu­mie­cie dla­cze­go.

Lu­bię my­śleć o ży­ciu w ka­te­go­riach stru­mie­nia, by­strzy, wo­do­spa­dów. W ży­ciu każ­de­go czło­wie­ka są okre­sy, kie­dy wy­da­je się, że wszyst­ko pły­nie gład­ko. Je­steś w ka­ja­ku, wio­słu­jesz le­ni­wie, po­dzi­wia­jąc wi­do­ki. Dzień prze­mi­ja za dniem, wszyst­ko jest zro­bio­ne i ja­kimś cu­dem nie bra­ku­je cza­su na od­po­czy­nek. Po­tem le­ni­wy stru­mień za­czy­na przy­spie­szać; w dal­szym cią­gu uda­je nam się ra­dzić so­bie ze wszyst­kim, ale wy­ma­ga to tro­chę wię­cej wy­sił­ku. Na­stęp­nie wpa­da­my na by­strza i ni stąd, ni zo­wąd wszyst­ko sta­je się więk­szym wy­zwa­niem. Może to być ja­kieś nowe przed­się­wzię­cie w pra­cy, może za­cho­ro­wać ktoś w ro­dzi­nie, może zda­rzyć się prze­pro­wadz­ka, mogą zwol­nić cię z pra­cy. Nie­waż­ne z ja­kie­go po­wo­du, w tych okre­sach ste­ru­jesz ka­ja­kiem, usi­łu­jąc utrzy­mać się na wo­dzie. Co rano bu­dzisz się z uczu­ciem, że już masz za­le­gło­ści, i każ­dy dzień sta­je się sza­leń­czym wy­ści­giem z cza­sem, żeby zdą­żyć ze wszyst­kim. A po­tem by­strza za­czy­na­ją ko­tło­wać się co­raz bar­dziej i da­jesz się im uno­sić. „Mu­sisz”, „ko­niecz­nie po­trze­bu­jesz”, „nie masz in­ne­go wy­bo­ru”. Pę­dzisz, pę­dzisz, pę­dzisz.

W od­da­li sły­szysz huk wo­do­spa­du i prze­ko­nu­jesz sam sie­bie, że je­dy­nym wyj­ściem jest jesz­cze ener­gicz­niej­sze wio­sło­wa­nie. Mu­sisz prze­drzeć się przez by­strza i ja­kimś spo­so­bem do­trzeć do bez­piecz­ne­go miej­sca, w prze­ciw­nym ra­zie po­rwie cię woda.

W ta­kiej wła­śnie sy­tu­acji znaj­do­wa­łem się przez cały dwa ty­sią­ce dru­gi rok – w sa­mym środ­ku by­strzy wio­sło­wa­łem sza­leń­czo, sły­sząc co­raz gło­śniej­szy huk wo­do­spa­du. Umy­sło­wo. Fi­zycz­nie. Emo­cjo­nal­nie. I tak też było przez ubie­głe trzy lata.

Nie je­stem z tego dum­ny. Nie jest to ozna­ką suk­ce­su. Ta­kie ży­cie po­zba­wio­ne jest ja­kiej­kol­wiek rów­no­wa­gi i w koń­cu wo­do­spad cię po­rwie. Wiem to te­raz. Pro­blem po­le­ga na tym, że wte­dy nie zda­wa­łem so­bie z tego spra­wy.

Moja żona na­to­miast wie­dzia­ła. Cat na­le­ży do tych rzad­kich osób, któ­re umie­ją pa­trzeć na wszyst­ko z wła­ści­wej per­spek­ty­wy. Jest nie tyl­ko tro­skli­wą mat­ką, lecz ma dzie­siąt­ki przy­ja­ció­łek, z któ­ry­mi re­gu­lar­nie roz­ma­wia. Utrzy­mu­je bli­skie kon­tak­ty ze swo­ją ro­dzi­ną i cho­ciaż jest tak bar­dzo za­ję­ta (pię­cio­ro dzie­ci, w tym tro­je po­ni­żej dwóch lat, do­star­czy­ło­by dość za­ję­cia każ­dej ma­mie), nie po­zwa­la so­bie na taki go­rącz­ko­wy po­śpiech, ja­kie­go ja naj­wy­raź­niej nie po­tra­fię unik­nąć. To­też le­piej niż kto­kol­wiek inny ro­zu­mie, jak bar­dzo jest mi po­trzeb­ne ode­rwa­nie się. Wie rów­nież, że mam na­tu­ral­ną skłon­ność do ne­go­wa­nia tej po­trze­by i że za­cznę na­gle szu­kać pre­tek­stu, by nie po­je­chać na wy­ciecz­kę. Albo, co gor­sza, je­śli na­wet po­ja­dę, nie będę umiał się nią cie­szyć i od­po­czy­wać.

Pew­nej nocy, gdy już le­że­li­śmy w łóż­ku, spy­ta­ła mnie o wy­jazd, ja zaś wy­mam­ro­ta­łem, że chy­ba się roz­my­śli­łem.

Prze­wró­ci­ła się na bok i po­pa­trzy­ła mi w oczy.

– Bę­dziesz się świet­nie ba­wił – na­ma­wia­ła mnie. – Poza tym jest ci to po­trzeb­ne. Nig­dy nie zro­bi­łeś cze­goś ta­kie­go.

– Wiem. Ale to na­praw­dę nie naj­lep­sza pora.

– Nig­dy nie bę­dzie naj­lep­szej pory. Za­wsze bę­dziesz miał mnó­stwo pra­cy. To część two­jej na­tu­ry.

– Wca­le nie.

– Wła­śnie że tak. Praw­da jest taka, że nig­dy nie po­zwa­lasz so­bie na to, żeby nie być za­ję­tym.

– Tyl­ko przez ostat­nie dwa lata.

Ca­thy po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie, ko­cha­nie. Je­steś za­ha­ro­wa­ny od chwi­li, gdy cię po­zna­łam. Nie po­tra­fisz się od­prę­żyć.

– Do­praw­dy?

– Do­praw­dy.

Za­sta­no­wi­łem się nad jej sło­wa­mi.

– Przez naj­bliż­sze dwa lata będę za­wa­lo­ny ro­bo­tą, ale po­tem zwol­nię tem­po. Je­stem pe­wien, że za dwa lata będę miał czas na po­dob­ną eska­pa­dę.

– Dwa lata temu mó­wi­łeś to samo.

– Czyż­by?

– Tak.

– Wo­bec tego chy­ba się my­li­łem – po­wie­dzia­łem po chwi­li mil­cze­nia. – Ale tym ra­zem je­stem pe­wien, że mam ra­cję.

Usły­sza­łem głę­bo­kie wes­tchnie­nie le­żą­cej obok mnie żony.

Mimo jej słów im bar­dziej zbli­ża­ła się je­sień, tym nie­po­kój z po­wo­du wy­ciecz­ki sta­wał się więk­szy. Mój brat, po­dob­nie jak żona, wy­czuł pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej, że tar­ga­ją mną mie­sza­ne uczu­cia i za­czął dzwo­nić czę­ściej, sta­ra­jąc się ze wszyst­kich sił pod­sy­cić moje za­in­te­re­so­wa­nie.

– Część, Nic­ky – po­wie­dział. – Czy do­sta­łeś już pacz­kę, któ­rą wy­sła­ło nam TCS?

TCS, czy­li Trans­fer and Ca­re­er Se­rvi­ces, to in­sty­tu­cja, któ­ra or­ga­ni­zo­wa­ła na­szą wy­ciecz­kę. Sie­dzia­łem przy biur­ku w ga­bi­ne­cie, pra­cu­jąc nad moją nową po­wie­ścią Anioł stróż. W rogu sta­ły dwa duże pu­dła, któ­rych nie do­tkną­łem od dwóch ty­go­dni.

– Tak, do­sta­łem, ale jesz­cze nie otwo­rzy­łem.

– Dla­cze­go?

– Nie mia­łem cza­su.

– No to je otwórz – rzekł nie­cier­pli­wie. – Przy­sła­li nam mnó­stwo ka­pi­tal­nych rze­czy. Jest tam kurt­ka, ple­cak i wa­liz­ka… jak rów­nież inne ga­dże­ty. Poza tym jest też plan po­dró­ży…

– Za­bio­rę się do tego pod­czas week­en­du.

– Po­wi­nie­neś otwo­rzyć to te­raz – na­le­gał. – Je­śli cho­dzi o ści­słość, po­wi­nie­neś do­star­czyć im już ko­niecz­nie świa­dec­two zdro­wia. I zde­cy­do­wać się, co chcesz zo­ba­czyć w Gwa­te­ma­li. Masz do wy­bo­ru ru­iny albo targ w śród­mie­ściu. Od­po­wiedź mu­sisz wy­słać do koń­ca ty­go­dnia.

Za­mkną­łem oczy, tra­piąc się, że do­da­no mi wła­śnie ko­lej­ną spra­wę do za­ła­twie­nia.

– Do­brze – od­rze­kłem. – Zro­bię to dzi­siaj wie­czo­rem, je­śli mi się uda.

Przez dłu­gą chwi­lę w słu­chaw­ce pa­no­wa­ła ci­sza.

– Co jest z tobą? – spy­tał w koń­cu Mi­cah.

– Nic – od­par­łem.

– Nie wy­da­jesz się cie­szyć per­spek­ty­wą po­dró­ży.

– Będę się cie­szył. To zna­czy, kie­dy na­dej­dzie pora wy­jaz­du. Na ra­zie je­stem tak za­wa­lo­ny ro­bo­tą, że nie mia­łem cza­su o tym my­śleć. Będę się emo­cjo­no­wał przed sa­mym wy­jaz­dem. W tej chwi­li ugi­nam się pod na­wa­łem pra­cy.

Mi­cah wes­tchnął gło­śno.

– Po­peł­niasz błąd – po­wie­dział.

– O co ci cho­dzi?

– Jesz­cze się tego nie na­uczy­łeś? – spy­tał.

– Ocze­ki­wa­nie to naj­waż­niej­sza i naj­przy­jem­niej­sza część ca­łej tej po­dró­ży. Pod­nie­ce­nie na myśl o miej­scach, któ­re od­wie­dzi­my, o lu­dziach, któ­rych po­zna­my. To wiel­ka fraj­da w ca­łej eska­pa­dzie.

– Wiem, ale…

– Nie słu­chasz mnie, bra­cisz­ku – prze­rwał mi Mi­cah.

– Nig­dy nie za­po­mi­naj, że w ży­ciu ogrom­nie waż­ne jest ocze­ki­wa­nie. Pra­ca jest waż­na, ro­dzi­na jest waż­na, ale bez emo­cji nie masz nic. Oszu­ku­jesz się, je­śli od­ma­wiasz so­bie ra­do­ści z tego, co na­dej­dzie.

Zno­wu za­mkną­łem oczy, zda­jąc so­bie spra­wę, że mój brat ma ra­cję, lecz gu­bi­łem się we wszyst­kim, co mu­szę zro­bić.

– Po pro­stu w tej chwi­li inne spra­wy są dla mnie waż­niej­sze.

– To wła­śnie jest w du­żej mie­rze twój pro­blem – po­wie­dział spo­koj­nie Mi­cah. – Za­wsze masz inne prio­ry­te­ty.

*

O ile Mi­cah we wcze­snym okre­sie szko­ły by­wał re­gu­lar­nie za­wie­sza­ny, o tyle ja za szko­łą wprost prze­pa­da­łem. W pierw­szej kla­sie wszyst­ko było ta­kie ła­twe – na­uczy­ciel­ka uro­cza, dzie­ci miłe, nic nie wy­da­wa­ło mi się trud­ne. A jed­nak Mi­cah, star­szy ode mnie o rok, był bar­dziej za­awan­so­wa­ny w więk­szo­ści przed­mio­tów. Przy­najm­niej tak przy­pusz­cza­łem.

Nasi ro­dzi­ce za­pi­sa­li nas do or­ga­ni­za­cji skau­tow­skiej Wil­czę­ta. Jed­nym z na­szych za­dań było zbu­do­wa­nie drew­nia­nej ra­kie­ty, na­pę­dza­nej kar­tu­szem wy­peł­nio­nym dwu­tlen­kiem wę­gla. Do ra­kie­ty była umo­co­wa­na lin­ka, bo póź­niej ści­ga­li­śmy się z in­ny­mi skau­ta­mi, któ­rzy rów­nież mie­li po­dob­ne za­da­nie. Prze­szli­śmy z Mi­ca­hem sami kil­ka ki­lo­me­trów do cen­trum re­kre­acji, obaj zde­ner­wo­wa­ni, jak też nam pój­dzie. Moja ra­kie­ta prze­gra­ła w pierw­szej run­dzie. Ra­kie­ta Mi­ca­ha wy­gra­ła i wy­gry­wa­ła w ko­lej­nych run­dach. Osta­tecz­nie za­ję­ła dru­gie miej­sce. By­łem jed­no­cze­śnie dum­ny z nie­go i za­zdro­sny. Wte­dy po raz pierw­szy do­świad­czy­łem za­zdro­ści wo­bec mo­je­go bra­ta, spo­tę­go­wa­nej tym, że otrzy­mał wśród okla­sków czer­wo­ną wstąż­kę. Zda­łem so­bie spra­wę, że nie tyl­ko po­tra­fi zro­bić wszyst­ko, ale robi wszyst­ko le­piej ode mnie. Tym­cza­sem wstą­żecz­ka, któ­rą ja do­sta­łem – a któ­rą da­wa­no wszyst­kim prze­gra­nym – spra­wi­ła wkrót­ce, że po­czu­łem się jesz­cze go­rzej. Wła­śnie uczy­łem się li­ter – umia­łem już czy­tać krót­kie sło­wa, ale dłuż­sze były dla mnie czę­sto nie­zro­zu­mia­łe. Nie mia­łem po­ję­cia, co jest na wstą­żecz­ce na­pi­sa­ne, wie­dzia­łem wy­łącz­nie, że otrzy­my­wa­li ją wszy­scy, któ­rym się nie po­wio­dło.

Mimo to sta­ra­łem się ze wszyst­kich sił, żeby od­czy­tać na­pis. Skła­dał się z dwóch wy­ra­zów, a dru­gim z nich było „wy­róż­nie­nie”. Tyle wie­dzia­łem od razu, ale pierw­sze sło­wo nie mia­ło dla mnie żad­ne­go sen­su, to­też pró­bo­wa­łem je roz­gryźć. Za­czy­na­ło się na ZA po­tem było S, a koń­czy­ło się na NE… Moje war­gi za­czę­ły ukła­dać sło­wo, gdy na­gle zbla­dłem.

Och nie, po­my­śla­łem. To nie może być…

Wpa­try­wa­łem się w to sło­wo, mru­ga­jąc i sta­ra­jąc się usu­nąć je siłą woli. Ono jed­nak nie zni­ka­ło, każ­dy mógł je zo­ba­czyć.

Gdy w koń­cu po­ją­łem, co ozna­cza, świat wo­kół mnie za­wi­ro­wał. Ja­sne, że ma sens, po­my­śla­łem. Po­czu­łem ści­ska­nie w żo­łąd­ku, chcia­ło mi się pła­kać. Wi­dzia­łem w od­da­li mo­je­go bra­ta. Stał po­śród osób, któ­rym się po­wio­dło, dum­nie chwa­ląc się ra­kie­tą i wstąż­ką. Tym­cza­sem tacy jak ja byli do­kład­nie tym, o czym mó­wił na­pis na wstąż­ce.

Za­smar­kań­ca­mi. Do­sta­łem wstąż­kę z na­pi­sem: „Za­smar­ka­ne wy­róż­nie­nie”.

Nie pa­mię­tam, jak stam­tąd wy­sze­dłem, pa­mię­tam na­to­miast moją dro­gę do domu. Mi­cah wi­dział, że je­stem przy­gnę­bio­ny, ale krę­ci­łem upar­cie gło­wą, kie­dy py­tał mnie o po­wód. Wresz­cie, gdy uczu­cia zbyt mnie przy­tło­czy­ły, we­tkną­łem mu do rąk wstą­żecz­kę.

– Wi­dzisz! – wy­krzyk­ną­łem. – Moja ra­kie­ta jest za­smar­ka­na. To wła­śnie jest na­pi­sa­ne na wstąż­ce.

– Wca­le nie.

– Spójrz tyl­ko na to!

Mi­cah ga­pił się na wstąż­kę, pró­bu­jąc po­dob­nie jak ja roz­szy­fro­wać sło­wo, po czym po­wo­li spoj­rzał na mnie z miną, jak gdy­by sam rów­nież był bli­ski pła­czu.

– To nie jest zbyt miłe – wy­mam­ro­tał.

Och… nie… mia­łem ra­cję. Uświa­do­mi­łem so­bie, że w ci­cho­ści du­cha ży­wi­łem na­dzie­ję, iż źle od­cy­fro­wa­łem na­pis. Że od­czy­ta­łem go opacz­nie. Że po­peł­ni­łem błąd. Oka­za­ło się jed­nak, że wca­le nie, i po­czu­łem, jak tama po­wstrzy­mu­ją­ca moje emo­cje za­czy­na pę­kać.

– Tak bar­dzo się sta­ra­łem… na­praw­dę się sta­ra­łem… – wy­mam­ro­ta­łem, po­chli­pu­jąc, i na­tych­miast wy­buch­ną­łem pła­czem. Trzą­słem się jak osi­ka i Mi­cah oto­czył mnie ra­mio­na­mi, przy­tu­la­jąc do sie­bie.

– Wiem. I two­ja ra­kie­ta nie była za­smar­ka­na.

– Ale oni uwa­ża­ją, że tak.

– A co cię ob­cho­dzą oni? Ja uwa­żam, że two­ja ra­kie­ta była jed­ną z naj­lep­szych.

– Wca­le tak nie my­ślisz.

– Wła­śnie, że tak. Świet­nie so­bie po­ra­dzi­łeś. Je­stem dum­ny z two­jej ra­kie­ty. I nig­dy wię­cej nie wró­cę do Wil­cząt. Nie ma mowy, sko­ro ro­bią coś ta­kie­go.

Nie je­stem pe­wien, czy jego sło­wa po­pra­wi­ły mi sa­mo­po­czu­cie, czy je po­gor­szy­ły. Wie­dzia­łem na­to­miast, że go po­trze­bu­ję.

Wte­dy chcia­łem za­po­mnieć o wszyst­kim, ale Mi­cah nie za­mie­rzał da­ro­wać.

– Nie mogę uwie­rzyć, że na­zwa­li cię za­smar­kań­cem – mru­czał pod no­sem z nie­do­wie­rza­niem. Za każ­dym ra­zem gdy to mó­wił, ra­mio­na opa­da­ły mi co­raz bar­dziej.

Gdy wresz­cie do­tar­li­śmy do domu, za­sta­li­śmy mamę w kuch­ni przy szy­ko­wa­niu obia­du. Od­wró­ci­ła się do nas.

– Cześć, chłop­cy! Jak wam po­szło?

Przez dłu­gą chwi­lę ża­den z nas nie od­po­wia­dał. Mi­cah wy­cią­gnął do niej swo­ją wstąż­kę, trzy­ma­jąc ją w dole, nie­mal jak gdy­by się wsty­dził.

– Za­ją­łem dru­gie miej­sce – po­wie­dział.

Mama wzię­ła ją od nie­go i pod­nio­sła do góry.

– Jej­ku! Moje gra­tu­la­cje! Dru­gie, tak?

– Mało bra­ko­wa­ło, a wy­grał­bym – do­dał mój brat.

– Cóż, dru­gie miej­sce jest świet­ne. A to­bie jak po­szło, Nick?

Za­miast od­po­wie­dzi wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, po­ły­ka­jąc łzy.

Twarz jej zła­god­nia­ła.

– Nie do­sta­łeś wstą­żecz­ki?

Kiw­ną­łem gło­wą.

– Do­sta­łeś wstą­żecz­kę?

Zno­wu kiw­ną­łem gło­wą, mó­wiąc:

– Ale to nie­waż­ne.

– Oczy­wi­ście, że waż­ne. Mogę ją zo­ba­czyć?

Bez sło­wa po­krę­ci­łem gło­wą.

– Dla­cze­go, sło­necz­ko?

– Po­nie­waż – wy­zna­łem w koń­cu, za­czy­na­jąc się za­ła­my­wać – jest na niej na­pi­sa­ne, że je­stem za­smar­ka­ny!

– Łzy po­pły­nę­ły mi stru­mie­niem, za­ci­sną­łem po­wie­ki, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać się od pła­czu.

– Na pew­no nic ta­kie­go tam nie ma – po­wie­dzia­ła mama.

– Wła­śnie, że jest – po­parłm­nie Mi­cah. –Za­smar­ka­ny.

Wy­buch­ną­łem jesz­cze roz­pacz­liw­szym pła­czem i mama ob­ję­ła mnie moc­no.

– Mogę ją zo­ba­czyć.

Może spra­wi­ło to po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ja­kie ogar­nę­ło mnie w ra­mio­nach mamy, w każ­dym ra­zie zdo­by­łem się na od­wa­gę i wy­cią­gną­łem z kie­sze­ni wy­mię­tą wstą­żecz­kę. Mama pa­trzy­ła na nią przez chwi­lę, po czym uję­ła mnie pal­cem pod bro­dę i od­wró­ci­ła ku so­bie moją twarz.

– Tam nie ma sło­wa „za­smar­ka­ny” – wy­ja­śni­ła – lecz „za­szczyt­ny”. To do­bra rzecz, ko­cha­nie. Za­szczyt­ne wy­róż­nie­nie mówi o tym, że są dum­ni z pra­cy, jaką wy­ko­na­łeś. To jest po­chwa­ła.

W pierw­szym mo­men­cie nie by­łem pe­wien, czy do­brze usły­sza­łem, a po chwi­li, gdy mama wy­ja­śni­ła mi zna­cze­nie sło­wa, po­czu­łem się odro­bi­nę le­piej. Mimo wszyst­ko w głę­bi du­cha wo­lał­bym nie do­stać w ogó­le żad­nej wstąż­ki.

*

W ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym pierw­szym roku Los An­ge­les na­wie­dzi­ła se­ria trzę­sień zie­mi. Pierw­sze na­stą­pi­ło w sa­mym środ­ku nocy i pa­mię­tam, że obu­dzi­łem się, czu­jąc, iż łóż­ko trzę­sie się gwał­tow­nie, jak gdy­by ktoś usi­ło­wał mnie z nie­go zrzu­cić.