Trzy tygodnie z Lady X - Eloisa James - ebook
Opis

Thorn Dautry zbił książęcą fortunę, ale salony wciąż pamiętają, że jest nieprawym synem księcia. Potrzebuje żony, i to żony z towarzystwa. Lecz żeby poślubić damę, musi poszczycić się godną jej rezydencją. A podupadła wiejska posiadłość, którą kupił, wymaga odnowienia.
To specjalność lady Xenobii Indii. Słynna dekoratorka arystokratycznych siedzib jest niezrównana, jeśli chodzi o gust i smak. Przyrzeka, że urządzi dom Thorna w trzy tygodnie.
Trzy tygodnie… To zbyt krótko, by Thorn i India zrealizowali swe plany.
I wystarczająco długo, by całkowicie je zmienili…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Kamila Skotnicka

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© razzdazzstock/Dreamstime.com

Tytuł oryginału

Three Weeks with Lady X

Copyright © 2014 by Eloisa James

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6184-3

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

14 czerwca 1799 roku Charles Street, numer 22 Londyńska rezydencja rodziny Dibbleshire

Lady Xenobio, uwielbiam panią!

Brwi lorda Dibbleshire’a pokrywały gęste krople potu, ręce mu drżały.

– Walczyłem z tym, ale na próżno. Nie jestem w stanie już dłużej trzymać na wodzy moich płomiennych uczuć, muszę to pani wyznać… nie, nie wyznać, objaśnić pani głębię moich emocji!

India musiała włożyć sporo wysiłku, aby nie zrobić kroku do tyłu. Za wszelką cenę starała się zmusić do doskonałego w jej mniemaniu uśmiechu – miłego, ale nie zanadto zachęcającego.

Co prawda nie była pewna, czy taki uśmiech w ogóle istnieje.

Cokolwiek z tego wyszło, na pewno było lepsze od zdecydowanie niewłaściwej reakcji, na przykład wrzasku w stylu: „Do jasnej cholery! Byle nie to! Znowu!” Córki markizów – nawet nieżyjących i prawdopodobnie zwariowanych, ale jednak markizów – nie wrzeszczą.

Szkoda.

Ponieważ jednak uśmiech nie zadziałał, uciekła się do standardowej odpowiedzi:

– Czyni mi pan doprawdy zbyt wielki zaszczyt, lordzie Dibbleshire, ale…

– Wiem – odpowiedział dosyć niespodziewanie i zaraz potem zmarszczył brwi. – To znaczy, chciałem powiedzieć… nie! Żaden zaszczyt nie jest zbyt wielki dla pani. Walczyłem z własnym zdrowym rozsądkiem i chociaż zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy uważają, że pani… fach może splamić pani reputację, ja znam prawdę. I ta prawda zatriumfuje!

Cóż, to już było coś. Zanim jednak India zdołała wyrazić swoje zdanie na temat prawdy (lub jej braku), lord padł na kolana.

– Ożenię się z panią, lady Indio Xenobio St. Clair! – ryknął i szeroko otworzył oczy, sam zaszokowany własną deklaracją. – Ja, baron Dibbleshire, ożenię się z panią!

– Proszę, niech pan wstanie – rzekła, usiłując pohamować jęk rozpaczy.

– Och, wiem, że mi pani odmówi: to ta pani niezwykła skromność! Ale ja już postanowiłem, lady Xenobio. Mój tytuł – i naturalnie również tytuł pani – zdołają zrekompensować przykre skutki pani niefortunnego zajęcia. A trudne położenie, w którym się pani znalazła… z tym sobie poradzimy. Towarzystwo nas zaakceptuje. Zaakceptuje panią dzięki temu, że będzie pani już baronową Dibbleshire.

India czuła, jakby po krzyżu przebiegł jej oddział solidnie uzbrojonych żołnierzy. To prawda, jej reputację plamił fakt, że zamiast siedzieć w domu i robić na drutach, zapragnęła czegoś innego. Nadal jednak pozostawała córką markiza i taki Dibbleshire powinien być szczęśliwy, mogąc z nią chociaż zatańczyć!

Co nie znaczyło, że jej na czymś takim zależało. Matka chrzestna Indii towarzyszyła jej wszędzie – nawet w tej chwili lady Adelaide Swift znajdowała się tuż obok – zatem już choćby ta stała opieka gwarantowała, że India pozostawała bielsza niż śnieg, pomimo swojego niefortunnego zajęcia.

Kto mógłby przypuścić, że podejmowanie się przez nią zadań urządzania ludziom domów może splamić jej białe jak lilie skrzydełka?

Drzwi do saloniku otworzyły się i stanęła w nich matka konkurenta Indii.

India poczuła szum w głowie. Nigdy nie powinna się była zgodzić na prośby lady Dibbleshire, by urządzić na nowo jej salon, chociaż dziewczynę naprawdę nęciła możliwość obdarcia tego pomieszczenia z jego egipskich ozdóbek.

– Howardzie! Co robisz, na litość boską? – wykrzyknęła dama, co sprawiło, że cała sytuacja zaczęła jeszcze bardziej przypominać farsę.

Dibbleshire zerwał się na nogi z zaskakującą łatwością, zwłaszcza że jego środek ciężkości był umieszczony raczej nisko, gdzieś w okolicy bryczesów.

– Właśnie powiedziałem lady Xenobii, że ją kocham, a ona się zgodziła zostać moją żoną!

Spojrzenie Indii napotkało – na szczęście – błysk współczucia w oczach lady Dibbleshire.

– Jego Lordowska Mość mnie źle zrozumiał – zwróciła się do damy.

– Oczywiście! Co do tego nie mam cienia wątpliwości. Moje dziecko – zwróciła się matka do Howarda – za każdym razem, kiedy okazujesz tak wielkie podobieństwo do swego ojca, jednak mnie to zaskakuje.

Dibbleshire skrzywił się i zerknął na Indię z miną zbitego spaniela.

– Nie pozwolę pani na odrzucenie moich oświadczyn. Od dwóch nocy nie śpię, nie mogę myśleć o niczym poza panią! Postanowiłem panią wyrwać z tego życia, z tej harówki, za wszelką cenę!

Wyciągnął w jej stronę rękę, India jednak zwinnie się cofnęła.

– Lordzie Dibbleshire…

– Wędruje pani od domu do domu i bez przerwy tylko pracuje! – Jego bladoniebieskie oczy wpatrywały się w nią z oddaniem.

– Boże drogi, Howardzie! – wykrzyknęła lady Dibbleshire. – Gdybyś kiedykolwiek stracił majątek, byłabym szczęśliwa, mając świadomość, że nam pomożesz, na przykład występując na scenie. Jednak moim matczynym obowiązkiem jest wytknąć ci, że w tej chwili zachowujesz się raczej… wulgarnie.

Jego Lordowska Mość najwyraźniej pomylił wulgarność z honorem; w każdym razie obrzucił matkę wściekłym spojrzeniem.

– Lady Xenobia jest naszym drogim i cennym gościem – ciągnęła lady. – Była tak dobra, że pomaga mi w renowacji naszego salonu, nie mówiąc już o tym, że przekonała nieocenioną panią Flushing, by przyjęła u nas miejsce kucharki! Za to – tu się zwróciła do Indii – będę jej dozgonnie wdzięczna.

India miała prawdziwy talent wyszukiwania znakomitej służby do domów, w których mogła ona zostać doceniona i dobrze opłacana. Pani Flushing od dawna marnowała swoje zdolności, pracując u cierpiącego na żołądek starego generała; teraz czuła się o wiele szczęśliwsza, gotując dla Dibbleshire’a i jego matki.

– Howardzie, ty przecież też na pewno z przyjemnością korzystasz z kuchni pani Flushing… wystarczy spojrzeć na twój brzuszek.

Howard skrzywił się ponownie i obciągnął kamizelkę.

India już otwierała usta, by powiedzieć mu coś pocieszającego, kiedy do pokoju wpadła jej chrzestna matka, a wraz z nią potok słów.

– Kochani! – wołała lady Adelaide. – Ten cudowny pan Sheraton przysłał właśnie rozkoszny mahoniowy stolik! Jane, będziesz zachwycona, po prostu go pokochasz!

Ona i lady Dibbleshire chodziły razem na pensję; niemal wszyscy klienci Indii byli bliskimi i drogimi znajomymi jej matki chrzestnej.

– Wspaniale! – stwierdziła lady Dibbleshire. – Gdzie go pani ustawi, lady Xenobio?

India zyskała sławę dzięki projektowaniu pokojów, w których meble stały gdziekolwiek, bez pomysłu, bez zachowania symetrii pomiędzy miejscami do siedzenia.

– Żeby być pewną, muszę ten stolik zobaczyć, ale myślę, że raczej wśród mebli pod południowym oknem.

– Doskonale! – zawołała Adelaide, klaszcząc w dłonie. – O twoim salonie cały Londyn będzie mówił! Zobaczysz, Jane! Wspomnisz moje słowa!

– Zaraz go obejrzymy – odparła lady Dibbleshire. – Wytłumaczę tylko mojemu beznadziejnemu synkowi, że twoja chrześniaczka ma coś lepszego do roboty, niż wychodzić za kogoś takiego jak on.

– Och, kochanie, nie bądź taka szorstka dla naszego słodkiego Howarda! – Adelaide podeszła do Dibbleshire’a i wzięła go za rękę. – Pewna jestem, że India byłaby zachwycona, mogąc cię poślubić, gdyby nie te… okoliczności…

– Nigdy nie obarczyłabym pańskiego nazwiska społecznym odium, wynikłym z tego, jaką drogę obrałam w życiu – stwierdziła India z uśmiechem i spojrzeniem, wyraźnie wskazującym na jej odwagę i poświęcenie. – Zresztą zeszłego wieczoru widziałam, jak patrzy na pana panna Winifred Landel… Choć był pan tak taktowny i udawał, że nie dostrzega, jak bardzo jest w panu zakochana… Kimże ja jestem, by stawać na drodze tak korzystnemu związkowi?

Lord Dibbleshire spojrzał na nią, mrugając powiekami, i odezwał się niepewnie:

– Bo… ja panią kocham?

– Och, panu się tylko wydaje, że mnie kocha – zapewniła go. – Naturalnie z powodu pańskiego życzliwego mi serca. Ale zapewniam, że nie musi się pan martwić moim trudnym położeniem. Prawdę powiedziawszy, postanowiłam się wycofać z zawodu.

– Naprawdę? – Tym razem odezwała się lady Dibbleshire, otwierając szeroko usta ze zdumienia. – Czy zdajesz sobie sprawę, że w tej chwili damy z całej Anglii błagają po prostu swoich małżonków, by się starali o twoje usługi?

Ale India i jej chrzestna matka działały jak dobrze naoliwiona maszyna, kiedy szło o wyperswadowanie mężczyznom wyznawania miłości.

Adelaide ochoczo poklepała lorda Dibbleshire po ramieniu.

– Powinieneś się oświadczyć pannie Landel – stwierdziła. – India teraz musi rozpatrzyć trzy, a może nawet cztery propozycje małżeństwa… w tym jedno hrabiego Fitzroy… a także pana Nugenta, wiesz, tego z Colleton, nie tego z Bettleshanger. Tego, który pewnego dnia zostanie wicehrabią.

Wobec tych informacji ramiona lorda opadły bezradnie.

Tymczasem Adelaide zerknęła na Indię z iskierką w oku, po czym znów się zwróciła do Howarda.

– Zresztą… nie jestem przekonana, że wy dwoje pasowalibyście do siebie, kochany Howardzie! Moja droga chrześniaczka ma niezły temperamencik. No, i oczywiście wiesz, że i Fitzroy, i Nugent są jednak od ciebie starsi… zresztą India też. Ma już dwadzieścia sześć lat, a ty jesteś jeszcze taki młodziutki!

Głowa Dibbleshire’a uniosła się w górę i wpatrzył się w twarz Indii.

– Panna Landel dopiero co skończyła szkołę – wtrąciła lady Dibbleshire, zręcznie przejmując pałeczkę. – Mógłbyś ją poprowadzić ku dojrzałości… co, Howardzie?

Na tę myśl zamrugał gwałtownie, najwyraźniej rozważając problem różnicy wieku – obiekt jego adoracji był od niego starszy o całe cztery lata.

India powstrzymała chęć opukania sobie kącików oczu z powodu zmarszczek, po czym ułożyła twarz na modłę „starszej pani”. Niemal osoby w podeszłym wieku. Przypuszczalnie jej włosy, tak jasne, że niemal białe, mogły w tym pomóc; Adelaide nagabywała ją bez przerwy, żeby je ufarbowała na taki czy inny kolor.

– Lordzie Dibbleshire! Zachowam pańskie oświadczyny w pamięci jako najdroższy skarb, zapewniam pana! – oświadczyła i wstrzymała oddech.

Pierś Dibbleshire’a uniosła się, kiedy mówił:

– Pochwalam pani zamiar porzucenia tej niewdzięcznej profesji, jak ktoś ją mógłby nazwać, lady Xenobio. I oczywiście życzę wszystkiego, co najlepsze.

Jego miłość do niej umarła.

Chwała Bogu!

Po kilku chwilach India już wchodziła na piętro. Padła na krzesło przy toaletce i pochyliła się do przodu, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście w kącikach jej oczu nie ma czasem zmarszczek. Nie dostrzegła ani jednej. Prawdę mówiąc, w wieku dwudziestu sześciu lat wyglądała właściwie tak samo, jak kiedy miała szesnaście: za dużo włosów, zbyt wydatna dolna warga, za duży biust…

Na szczęście wielki węzeł, jaki czuła w piersiach, zaciskający się za każdym razem, kiedy myślała o przyjęciu czyichś oświadczyn, nie był widoczny na zewnątrz.

Umiała odmawiać mężczyznom, była w tym naprawdę dobra. To myśl o przyjęciu przez nią oświadczyn sprawiała, że brakło jej tchu.

Ale przecież kiedyś będzie musiała wyjść za mąż. Nie powinna do śmierci żyć tak jak teraz, przechodząc od domu do domu, w dodatku ciągnąc ze sobą matkę chrzestną.

Kiedy w wieku piętnastu lat została sierotą i wysłano ją do pełnego bałaganu i chaosu domu lady Adelaide, India szybko zdała sobie sprawę, że jeżeli ona nie zorganizuje i nie urządzi domu chrzestnej matki, jak należy, to nikt inny tego nie zrobi. A po gorących pochwałach lady Adelaide, włącznie z peanami, jakie wyśpiewała jednej z przyjaciółek, mówiąc, że przyjadą do niej latem z wizytą i „wszystko doprowadzą do porządku”, India rozprawiła się także z domem przyjaciółki. I tak od jednej sprawy do drugiej. W końcu przez ostatnie dziesięć lat razem z Adelaide składały dwie, trzy takie wizyty w roku.

Tworzenie porządku z chaosu było zresztą naprawdę emocjonujące. Dokonywała renowacji jednego czy dwóch pokojów, kompletnie zmieniała cały personel, po czym wyjeżdżała, wiedząc, że gospodarstwo będzie teraz szło jak w zegarku – przynajmniej do czasu, aż właściciel znowu wszystko zaprzepaści. Każdy kolejny dom stanowił dla Indii odmienne, fascynujące zadanie.

Teraz jednak nadszedł czas, by przystopować. I wyjść za mąż. Problemem było jednak to, że mając sposobność obserwowania wielu domostw, poznała z bliska życie małżeńskie, i nie dostrzegła nic, co by szczególnie zachęcało ją do tego stanu… z wyjątkiem dzieci.

Wyszukiwanie niań i urządzanie pomieszczeń dla dzieci młodych kobiet w jej wieku było najtrudniejszą częścią jej pracy. Do podjęcia decyzji o wyjściu za mąż przyczyniło się przede wszystkim jej marzenie o posiadaniu własnego maleństwa.

Pozostawało pytanie, kto to ma być.

A może należało zapytać: „Za kogo ma wyjść?”

Nigdy nie była zupełnie pewna, czy mówi i myśli gramatycznie; była to wina ojca, który się nie zdobył na przyjęcie do domu guwernantki. Cóż, służba raczej nie lubi pracować bez zapłaty… Poza tym bogobojnym angielskim służącym zdecydowanie się nie podobało, że ich państwo tańczą nago w świetle księżyca.

India aż się skrzywiła na samo wspomnienie.

Rodzice kochali ją – i to było dobre. Tańczyli taniec dziękczynny dla Księżyca, a nie dla Królowej Anglii – co było niewłaściwe.

Czasem zapominali ją nakarmić. To było najgorsze.

Bez wątpienia jej strach przed małżeństwem pochodził z czasów dzieciństwa. Małżeństwo oznaczało powierzenie opieki nad nią mężowi: nie będzie już mogła liczyć na samą siebie. Oznaczało też akceptację, że mąż będzie się zajmować wszystkimi wydatkami. Sama myśl o mężczyźnie w rodzaju Dibbleshire’a, rozmawiającego z zarządcą posiadłości, przyprawiała Indię o dreszcze.

Z trudem przełknęła ślinę. Pomyślała, że być może się jednak przyzwyczai do życia z mężczyzną. Ale czy potrafi być mu posłuszna?

Jej ojciec był bardzo kochany, ale majątek zwyczajnie go nie obchodził. Systematycznie zapominał też o istnieniu swojego jedynego dziecka. Wreszcie umarł w trakcie wyprawy powozem do Londynu, chociaż nie miał pieniędzy na taką wycieczkę.

Nic dziwnego, że żołądek Indii kurczył się na samą myśl o oddaniu się w ręce jakiegokolwiek mężczyzny.

Niemniej mogłaby to zrobić… pod pewnym warunkiem.

Po prostu musiałaby znaleźć mężczyznę, który będzie łagodny i dobry, a przy tym dostatecznie bystry, żeby zrozumieć, że to ona będzie prowadziła ich dom.

Gdyby ona, Xenobia India St. Clair, prawdziwy ekspert w zmianie chaosu w porządek, naprawdę się tym zajęła, to czy to byłoby bardzo trudne?

2

Ten sam dzień Hanover Square 40 Londyńska rezydencja pana Tobiasa Dautry’ego, Esq

Zgodnie z zasadami urodzenia, najstarszy syn księcia powinien być gładki, lśniący i zadowolony z siebie, mieć zapewniony majątek ziemski i tytuły dzięki angielskiemu prawu pierworództwa. Nie powinien mieć żadnych zmartwień, a przynajmniej większych niż strach, że rozedrze bryczesy, jeżdżąc konno na polowanie z psami, albo że kochanka porzuci go dla markiza, lepiej władającego swoim narzędziem.

Tak… ale to wszystko dotyczy syna urodzonego w małżeństwie.

Sprawa przedstawia się zupełnie inaczej, jeśli rzeczony syn jest nieślubny, urodzony przez zachwycającą, ale wciąż wędrującą z miasta do miasta śpiewaczkę operową, kobietę, która zatrzymała się w wiejskiej posiadłości księcia de Villiers na tyle długo, by urodzić mu syna i zaraz potem powędrować dalej, jak skowronek szukający cieplejszych stron.

Thorn Dautry nie był ani gładki, ani zadowolony z siebie. Nawet kiedy robił wrażenie rozluźnionego, w każdej chwili był gotów stawić czoło ewentualnemu niebezpieczeństwu – i nic dziwnego, bo lata kształtujące charakter spędził głównie na unikaniu nagłej śmierci.

Takie dzieciństwo naprawdę kształtuje charakter, myślał Thorn, siedząc naprzeciw przyjaciela, który jako dziecko przeżył równie skuteczną lekcję.

Już jako dojrzały mężczyzna Thorn Dautry stał się człowiekiem, który kontroluje swój świat oraz wszystko i wszystkich na tym świecie – i nie zadawał sobie trudu, by udawać, że nie wie dlaczego. Nie teraz, kiedy siedział vis-à-vis swego przyjaciela, lorda Vandera, którego dzieciństwo odcisnęło na nim równie potężne piętno.

Ciszę biblioteki przerwał jego niski głos:

– Nie, Thorn, nie zgadzam się. Choćby Laetitia Rainsford była nawet dla kogoś niezłą partią na żonę, dla ciebie się nie nadaje. Dlaczego, u Boga Ojca, właśnie ją sobie wybrałeś?

Evander Septimus Brody, przyszły książę Pindar, wyciągnął się wygodnie w fotelu naprzeciw przyjaciela. Kieliszek brandy chybotał się na jego brzuchu.

Vander był najbliższym przyjacielem Thorna od czasów Eton, kiedy obaj, stojąc naprzeciw siebie, udowadniali sobie nawzajem wszystko pięściami. Przylgnęli do siebie na całe życie, bo żadnemu nie udało się ostatecznie pobić drugiego.

Czasami Thorn miał wrażenie, że on i Vander to dwie strony tej samej monety: on, jako nieprawy syn księcia, musiał sobie wywalczyć opinię otoczenia; Vander zaś, choć prawy syn księcia, nie przystawał do ustalonego modelu: był zbyt bezpośredni, zanadto męski, zbyt gwałtowny, żeby pasować do subtelności angielskiej socjety.

Thorn uniósł jedną brew. Laetitia była ogólnie uważana za jedną z najdoskonalszych istot na małżeńskim targu. Niewątpliwie pełną uroku.

– Naprawdę się nie domyślasz? – zapytał z odrobiną kpiny w głosie.

– Och, wiem, że jest bardzo ładna. A ty chcesz ją wykraść tym wszystkim młodym bubkom, którzy piszą sonety na cześć jej nosa! Tak czy siak, ona nie jest dla ciebie.

– Skąd ty to możesz wiedzieć?

Thorn był autentycznie zainteresowany. Vander nie wyglądał na przyszłego księcia – włosy miał zmierzwione, szczękę bardziej boksera niż szlachcica – poza tym nie zachowywał się jak szlachcic. Nie bywał nigdy na balach, więc jak, u diabła, mógłby poznać tak cnotliwą młodą damę, jak panna Laetitia Rainsford?

– Siedziałem obok niej na przyjęciu u mojego wuja. Naprawdę śliczna. Ale… jako twoja żona?

– Vander, już postanowiłem. Tylko ona. – Thorn przełknął drinka, po czym odstawił kieliszek dokładnie na to samo miejsce na bocznym stoliku. – Jest piękna, dobrze urodzona i doskonale wychowana. Czego można chcieć więcej?

– Rozumu – stwierdził Vander, nie spuszczając wzroku z Thorna.

– Nie szukam inteligencji w łóżku – odparł sucho Thorn. Jego zdaniem Laetitia miała wszystkie niezbędne zalety przydatne w łóżku i macierzyństwie, i nie musiało wśród nich być wybitnej inteligencji. – Uważam, że jednym z powodów, dla którego moje fabryki doskonale się rozwijają, jest to, że dopasowuję talent do stanowiska. A naprawdę nie widzę pomiędzy tymi dwiema sprawami znaczącej różnicy.

Vander parsknął.

– Uważasz, że jestem szorstki? Ale to ty będziesz musiał żyć z tą kobietą!

– To prawda, ale przecież żyję też w jednym domu ze swoim kamerdynerem – podkreślił Thorn. – Co to za różnica, oczywiście poza faktem, że z Iffleyem nie muszę spać w jednym łóżku? Laetitia ma być matką moich dzieci i mam wrażenie, że będzie doskonałą karmicielką. Spotkałem ją kiedyś na spacerze w Ogrodach Kensington… wyobraź sobie, że przyglądała się chłopcom, puszczającym na wodę malutkie żaglowce.

Jego wybranka prawdopodobnie nie byłaby zachwycona tym porównaniem, ale Thorn miał wrażenie, że Laetitia jest jakby uratowanym od śmierci pieskiem, który z radością pobiegnie za swoim nowym panem w podziękowaniu za okazanie odrobiny dobroci. Było to absurdalne, biorąc pod uwagę jej urodę, ale zauważył w jej oczach rozpacz; robiła wrażenie, jakby szukała ratunku. W jego rozumieniu był to uczciwy interes. Jej uroda w zamian za jego opiekę.

Nie mówiąc o tym, że była niewątpliwie urocza, piękna jak dzika różyczka, o włosach aniołka z obrazu Botticellego.

– Więc zamierzasz wrzucić swoją żonę do tej swojej nowej posiadłości z całym stadkiem dzieci?

– Nie widzę powodu, żeby mieszkać z nią stale w Starberry Court.

Własny ojciec nauczył go, jak się separować, i sfinansował jego pierwszą fabrykę. Thorn planował być dokładnie takim samym ojcem, jak jego własny, wobec czego uważał, że nie będzie musiał stale siedzieć na wsi.

– Matka robi więcej, nie tylko karmi własną rodzinę – zaprotestował Vander, wciągając na siebie jedną z lnianych koszul, które lokaj Thorna ułożył przedtem w stosie na filigranowym krzesełku. – Słyszałem, że naukowcy obliczają, iż dziecko dziedziczy po połowie intelektu po każdym z rodziców.

Thorn ledwie na niego spojrzał. Jego dzieci będą jego dziećmi, tak jak dzieci jego ojca były tylko jego! On i książę de Villiers byli jak wyrzeźbieni z tego samego bloku marmuru. Nie tylko z powodu białego pasma włosów, które się pojawiło w jego włosach i we włosach jego ojca, kiedy każdy z nich kończył dziewiętnaście lat. Był to też zarys szczęki, a także sposób, w jaki Villiers obliczał skutki wszystkiego… ba, nawet sposób, w jaki oddychał.

Gdyby ktoś chciał znaleźć jeszcze więcej dowodów, mógłby to być fakt, że książę spłodził dzieci z pięcioma różnymi matkami i każde z nich było – na swój własny sposób – kopią ojca.

– Naturalnie mam nadzieję, że będą podobne do matki – dodał Thorn niechętnie.

– Do jasnej cholery! – burknął Vander z oburzeniem. – Podejrzewam, że będziesz wychowywał te biedne dzieciaki jak stadko wilcząt.

Thorn wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Lepiej znajdź sobie sam kandydatkę do małżeństwa. Nie chcesz chyba, żeby twoje wilczki były słabsze niż moje!

– To nie takie proste… – odparł Vander i łyknął brandy, po czym osunął się głębiej na fotel.

Thorn nie mógł nie przyznać mu racji. Aby zdobyć Laetitię, musiał kupić tę wiejską posiadłość, mimo że całkowicie wystarczał mu dom w Londynie. Co więcej, brał żonę, mając już dwadzieścia trzy osoby służby, nie mówiąc o ludziach pracujących w fabrykach, w biurze prawnym i tak dalej.

Ale pragnął mieć dzieci – i po to właśnie potrzebna mu była żona.

Bardzo lubił dzieci. Nieważne, chłopców czy dziewczynki. Wszystkie były niezwykłe. Uwielbiały zadawać pytania, chciały zrozumieć, jak wszystko działa…

– Skoro nie planujesz zmian w swoim życiu, przypuszczam, że nadal zatrzymasz swoją kochankę? – Vander odchylił się na oparcie fotela, uważając jednak, żeby nie rozlać brandy.

– Rozstałem się z nią następnego dnia po poznaniu Laetitii.

– Wobec tego powiem ci coś oczywistego. Zobowiązujesz się nie spać z żadną inną kobietą oprócz Laetitii Rainsford do końca swoich nieszczęsnych dni!

Thorn wzruszył ramionami.

– Jest piękna. Da mi dzieci. I bez wątpienia będzie mi wierna, wobec tego ja będę jej winien to samo.

– Lojalność to jedna z twoich niewielu cnót – przyznał Vander. – Cóż, niemałym problemem – dodał, wpatrując się z namysłem w zawartość kieliszka – jest twoje piekielne dzieciństwo.

Thorn wiedział, że to prawda.

Ukształtowało go dzieciństwo spędzone na ulicy, bez grosza, te lata, kiedy pracował jako „błotołaz”, nurkując do Tamizy w poszukiwaniu czegokolwiek cennego w błotnistym dnie rzeki… Nauczył się żyć ze świadomością, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, nawet tam, gdzie go nie można zobaczyć.

– Nie ufasz nikomu – ciągnął Vander filozoficznie. – Ojciec powinien był bardziej na ciebie uważać. Niech mnie diabli porwą, jeżeli stracę z oczu któreś z moich dzieci, nawet gdyby były nieślubne… a takich nie planuję.

– Dzieciństwo zrobiło mnie takim, jakim jestem. Z chęcią bym je przehandlował w zamian za bycie rozpieszczonym synkiem księcia.

Vander obrzucił go sardonicznym spojrzeniem.

Jeden Thorn wiedział, jakie okropności odbywały się w wiejskiej siedzibie księcia Pindar…

– Ufam ojcu, ufam Eleanor, ufam swojemu rodzeństwu – stwierdził Thorn. – I tobie. To chyba wystarczy?

Mówiąc otwarcie, nie tracił wiele czasu na myślenie o zaufaniu do kobiet. Nawet szacunek dla nich uważał za coś dziwacznego. Jego życie kręciło się wokół pracy, a większość pań z dobrych domów nie wydawała się robić nic poza swoim uczestnictwem w zabawach w łóżku – chociaż i tam to on wykonywał większość czynności. Ale tak to już widać musiało być. Nie należał do mężczyzn, którzy pozwoliliby kobiecie na rządzenie się w pościeli.

– Myślisz, że się spodobasz Laetitii? – spytał Vander.

– Że się spodobam? Co masz na myśli?

– No… twój wygląd. Czy poczuje do ciebie… pociąg?

Thorn zerknął w dół na siebie. Długie pasma mięśni pokrywały całe ciało, tworząc twarde linie na napiętym brzuchu. Utrzymywał ciało w formie i żadna kobieta nie miała dotąd powodu się uskarżać.

– Mówisz o tych bliznach?

Jak każdy „błotołaz”, który dożył dorosłego wieku, całe ciało miał nimi pokryte.

– Nigdy nie bywasz w towarzystwie, więc nie możesz o tym wiedzieć, ale Laetitia ostatni sezon spędziła na tańcach z całym tłumem chudych jak patyki szczupaków, co to nie muszą się jeszcze golić! Ty jesteś… za potężny, poza tym my obaj po jednym dniu mielibyśmy już brody, gdybyśmy tylko sobie na to pozwolili.

– Wszyscy ci mężczyźni byli z nami w szkole – odparł Thorn, wzruszając ramionami. – Zbyt poważnie bierzesz małżeństwo. To transakcja, jak każda inna. Daję rezydencję na wsi i to powinno jej zrekompensować moje zwierzęce kształty!

– Nie potrafię sobie ciebie wyobrazić jako ziemianina.

Thorn też nie potrafił; rozumiał jednak, że dzieciom potrzeba świeżego powietrza i otwartej przestrzeni. Jego nowa posiadłość leżała zresztą niedaleko Londynu, tak że łatwo mógłby tam wpadać z wizytami.

– Co ty tam ze sobą zrobisz? – Vander parsknął śmiechem. – Będziesz łowił ryby? Mogę sobie wyobrazić, że wymyślisz nowy rodzaj wędki i sprzedasz projekt za sto funtów, ale łowienie pstrąga na kołowrotek? Nie!

Thorn ostatnio nabył fabrykę gumy, która szybko traciła na wartości. Od jakiegoś czasu obmyślał nowy rodzaj wędki – musiał zaprojektować coś, co fabryka mogłaby robić z zyskiem – ale potem to porzucił.

– Nie będę tam często. Łowienie pstrągów zostawiam idiotom, co mają ochotę suszyć jaja po wymoczeniu ich w bieżącej wodzie!

Był do głębi londyńczykiem z East Endu: pstrąga mógłby łapać tylko z głodu. Poza tym czasy łowienia „skarbów” w Tamizie sprawiły, że nie znosił rzek w ogóle. Gdyby mógł, nigdy by nie wszedł do żadnej, a już na pewno nie nurkowałby na dno!

– Ja tam lubię wędkować – zauważył Vander.

– To bardzo dobrze, bo chcę zaprosić Laetitię z rodzicami na wieś, mniej więcej za dwa tygodnie. Mógłbyś przyjechać, złowisz sobie rybę na kolację. Muszę przecież jakoś przekonać matkę Laetitii, żeby zaakceptowała moją nieszlachetną krew, a ty byłbyś żywym dowodem na to, że mam odpowiednie znajomości. Mam tylko nadzieję, że nigdy się nie spotkaliście.

Vander parsknął i odstawił whisky.

– Masz szczęście.

3

India przeprosiła i nie przyłączyła się do rodziny Dibbleshire podczas poobiedniej herbaty; nie było sensu ryzykować kolejnego namiętnego wyznania miłości przez Jego Lordowską Mość. Zamiast tego obie z matką chrzestną schroniły się w niewielkim saloniku i India zaczęła przeglądać pocztę, przyniesioną przez kamerdynera z domu Adelaide.

W każdym liście błagano ją o pomoc: proszono o doprowadzenie do porządku kompletnie zdezorganizowanego domu, o unowocześnienie zbyt niemodnej jadalni, a nawet (w zakamuflowanej formie) o małżeństwo.

Odpowiadała na wszystko odmownie, pomna swojej decyzji wyjścia za mąż. Odpowiedziała odmownie nawet na ofertę sekretarza księcia regenta, który prosił o odnowienie swojej prywatnej rezydencji w Brighton.

Jedynym naprawdę kuszącym był list od księżnej de Villiers. Eleanor, nieco starsza od Indii, była matką ośmioletniego chłopca, ale mimo tych różnic łączyła je serdeczna przyjaźń. Eleanor była błyskotliwa, oczytana i dowcipna bez złośliwości: India ją podziwiała, wręcz uwielbiała.

W gruncie rzeczy Eleanor przedstawiała sobą to wszystko, czym India chciała się stać, kiedy już będzie miała czas na czytanie książek, których nie zdołała przeczytać w dzieciństwie. Marzyła o tym, że kiedyś zaprosi Eleanor z innymi przyjaciółkami do własnego domu na wsi. Spędzałyby dni na leniwym wylegiwaniu się pod wierzbami i rozmowach o literaturze. Wtedy już będzie umiała mówić gramatycznie, nie będzie się musiała martwić, czy powinna powiedzieć „tego” czy „to”, nie mówiąc już o różnicy pomiędzy „spać” a „śnić”.

Ale w tym liście Eleanor prosiła ją o szczególną przysługę.

– Adelaide, czy kiedy byłyśmy z wizytą u księcia de Villiers, poznałyśmy Tobiasa Dautry’ego?

Matka chrzestna odstawiła filiżankę.

– Nie, był wtedy chyba w Szkocji. Ale musiałaś o nim słyszeć. Jest najstarszym z bękartów Villiersa, poza tym wszyscy mówią, że to właściciel pięciu fabryk, bogatszy od króla Midasa.

– Czy to nie on wynalazł wielki piec, czy coś w tym rodzaju?

– Tak, to on; sprzedał go jakiemuś magnatowi węglowemu za dziesięć tysięcy funtów. Muszę przyznać, że mam jakąś sympatię do tych „lewych” Villiersów. To musi być naprawdę trudne, być wychowywanym na lorda czy lady, z nadziejami na znakomite małżeństwo. Tymczasem… kto wybierze na męża czy żonę kogoś z nieprawego łoża? Co prawda słyszałam, że Jego Książęca Wysokość dał wszystkim dziewczętom wprost niebotycznie wielkie posagi.

India wiedziała, że jest cyniczna, ale zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że owe dziewczyny mogłyby istotnie pozawierać doskonałe małżeństwa.

– Dautry jest inny niż oni wszyscy – ciągnęła Adelaide. – Bardziej szorstki. Zdaje się, że był ulicznikiem, kiedy Villiers go odnalazł; a że miał już wtedy ze dwanaście lat, Eleanor nigdy nie zdołała go ucywilizować.

– Dlaczego go dotychczas nie spotkałam? – zastanawiała się India.

No tak, przy tylu zajęciach… w ciągu ostatnich paru lat India była obecna w Londynie na setkach towarzyskich spotkań, chociaż nigdy nie miała oficjalnego „debiutu”. Zdaniem Indii królowa była zainteresowana jej poznaniem nie bardziej niż India poznaniem królowej.

– To człowiek interesu. Przypuszczam, że zna swoje miejsce.

– Ale przecież to niemożliwe, żeby zupełnie nie bywał w towarzystwie – stwierdziła India – bo Eleanor mi pisze, że w tej chwili pan Dautry stara się o względy Laetitii Rainsford.

– Naprawdę? – Usta Adelaide przybrały kształt doskonałego kółka. – Ciekawe, jak mu się udało poznać Lalę? To taka śliczna dziewczyna, że chyba jej rodzice mogli dla niej znaleźć coś lepszego… Lady Rainsford, zanim wyszła za mąż, była jedną z dam dworu Królowej!

– Pieniądze…? – zasugerowała India.

– Pieniądze to nie wszystko.

Adelaide mogła tak mówić, bo jej nigdy pieniędzy nie brakowało. Tymczasem India dorastała, kiedy majątek rodziców popadał w ruinę. W jej mniemaniu pieniądze były wszystkim.

No, w każdym razie prawie wszystkim.

– Przeczytasz mi, co pisze?

India znowu zajrzała do listu.

– Zaczyna od opowiadania, jak mały Theodor pierwszy raz pobił ojca w grze w szachy, co oczywiście uszczęśliwiło ich obu…

– Na Boga, ten mały ma przecież dopiero osiem lat, prawda?

India kiwnęła głową.

– A dalej pisze tak: Wiem, jaka jesteś rozrywana, więc mam tylko słabą nadzieję, że może jednak znajdziesz czas. Najstarszy syn Jego Książęcej Wysokości, Tobias Dautry, kupił ostatnio wiejską posiadłość tuż pod Londynem. Nazywa się Starberry Court. Najwyraźniej wymaga pewnych renowacji, chociaż kupił ją z całym, nietkniętym wyposażeniem. Tobias stara się o względy panny Laetitii Rainsford i chce być pewien, że dom będzie odpowiednio przygotowany, zanim zaprosi do siebie rodziców panny. Naturalnie powiedziałam mu, że jesteś jedyną osobą, której powierzyłabym takie zadanie.

– Eleanor nie robi wrażenia zadowolonej z tego związku – stwierdziła Adelaide. – Ciekawe! Przypuszczam, że to oznacza, że książę też nie jest nim zachwycony.

– Skąd u ciebie takie wrażenie, u licha?

– Gdyby Eleanor była zadowolona z konkurów pasierba, to by to po prostu powiedziała. Doskonale wiesz, jak nie lubi używać oficjalnych tytułów, a mówi o dziewczynie „Laetitia”. Najwyraźniej nie lubi Lali.

– Tylko raz ją widziałam, ale myślę, że to naprawdę bardzo miła dziewczyna.

– Tak… jest piękna… no, bystra nie jest – stwierdziła Adelaide z nutką goryczy. – Przypuszczam, że właśnie dlatego książę i księżna nie pochwalają tego związku. Widocznie jej rodzice uznali, że brak rozumu u ich córki zrównoważy fatalne urodzenie narzeczonego. Jak się nazywa ten majątek, który kupił?

– Starberry Court.

– Wiejska posiadłość hrabiego Juppa! – wykrzyknęła Adelaide. – Wieść głosi, że pokrył ściany czerwonym adamaszkiem i zaprosił do siebie czternaście młodych Włoszek! Wiadomo, jakich Włoszek… Urządzał słynne przyjęcia… wszyscy o tym mówili. Nikt z moich znajomych nie przyjął od niego zaproszenia na takie przyjęcie, ale jakoś dziwnym trafem wszyscy znali każdy ich szczegół.

Śledząc głupoty, które rozbijały każde źle prowadzone domostwo, India dawno przestała być naiwną gąską, zatem spytała, bynajmniej bez zaskoczenia:

– Starberry Court stało się domem schadzek?

– No, może to nie był taki prawdziwy burdel, bo usług udzielano tam gratis – stwierdziła Adelaide. – Jupp umarł w zeszłym roku w listopadzie… tak, chyba tak. Wszyscy mówili, że to z powodu tej… francuskiej choroby. Podejrzewam, że umeblowanie jest w stanie opłakanym.

– O, ten adamaszek można zerwać w ciągu jednego, najwyżej dwóch dni. – Po plecach Indii przebiegł lekki dreszcz podniecenia na myśl o podjęciu się tak wielkiego zadania.

Naturalnie sprawa znalezienia męża nadal pozostawała aktualna, ale to przecież może poczekać! Wykona jeszcze jedną pracę. Teraz na jej rozkazy będzie oczekiwać cała armia rzemieślników. Już za kilka dni mogłaby zaangażować malarza, jakiegoś dobrego snycerza, wreszcie kamieniarza!

– Ty pewnie mogłabyś zrobić z tego domu coś sensownego – przyznała Adelaide. – Tyle że nie wiem, co Dautry myślał, kupując akurat ten majątek! W jego sytuacji… przy jego urodzeniu, po co kupować posiadłość o tak spapranej opinii?

– Pewnie zrobił na tym dobry interes…

– Chyba lord Rainsford nie śmierdzi groszem… Jego żona jest i złośliwa, i ogromnie ekstrawagancka. Pewnie tę biedną Lalę poświęcono… jako ofiarę na ołtarzu rodzicielskich wybryków.

– Eleanor dalej pisze, że i ona, i książę przyjadą, kiedy pan Dautry będzie podejmował Rainsfordów w swoim nowym domu – dodała India. – Oczywiście nas obie też zaprasza. Nie przypuszczam, żeby przyjęcie oświadczyn syna księcia, w dodatku bogatego jak król Midas, nawet z nieprawego łoża, można było nazwać „poświęceniem”.

– Mylisz się. Lady Rainsford to jedna z najbardziej aroganckich kobiet na tym bożym świecie, w dodatku ma obsesję na punkcie swoich powiązań z królewskim dworem. Możesz być pewna, że jest śmiertelnie zawstydzona faktem, iż jedna z jej córek mogłaby rozważać małżeństwo z bękartem! Poza tym znam Eleanor. Nie chciałaby, żeby którekolwiek z dzieci jej ukochanego Villiersa nie zostało uznane! Jest nieprzytomnie lojalna i opiekuńcza wobec całej progenitury swojego męża.

India złożyła z powrotem list.

– Ale skoro Villiers jest orędownikiem tego małżeństwa, a chyba tak, skoro Eleanor ma być gospodynią tego przyjęcia, to z pewnością do niego dojdzie.

Była pewna – i słusznie – że książę zawsze dostanie to, czego chce, czy chodzi o ożenek swego nieślubnego syna z damą, czy nawet z królewną. Był tego rodzaju mężczyzną.

– Powinnyśmy to zrobić! – wykrzyknęła Adelaide. – Lala jest tak tępa, że mogłaby spędzić całe życie, tylko usługując matce. A Eleanor potrzebuje naszej pomocy. Ten dom potrzebuje naszej pomocy! I ta dziewczyna jej potrzebuje… niech jej Bóg sprzyja!

– Mówisz tak, jakby Lala była niedorozwinięta – sprzeciwiła się India. – Myślę, że opinia na temat jej braku rozumu jest przesadzona.

– Nie umie czytać… – poufnie szepnęła Adelaide. – Sama mi o tym powiedziała.

– Nie będzie musiała czytać, kiedy poślubi Midasa: trzy sekretarki będą jej czytały na głos! Co prawda uważam, że jej guwernantka mogłaby być trochę bardziej wymagająca.

India miała zdecydowaną opinię na temat niedostatecznego wykształcenia.

– Podobno próbowały… wszystkie! Ostatnio nawet miała nauczyciela, ale ona tego po prostu nie pojmuje. To musi być prawdziwa przyczyna, dla której Rainsfordowie myślą o tym małżeństwie. Przecież jeśli nie umie czytać, nie będzie też potrafiła prowadzić domu! – Tu Adelaide się zawahała. – Ciekawe, czy Dautry o tym wie?

Było coś w tym planowanym małżeństwie, co się Indii nie podobało. Jego kupiecki charakter denerwował ją.

Ale przecież…

Jej rodzice pobrali się z miłości – a skutek był katastrofalny. Ojciec zdecydował, że pożądany zastrzyk finansowy w postaci posagu uda się zastąpić szczęściem. Nie miał racji, okazało się jednak, że szczęśliwa miłość nie była wystarczająco mocnym fundamentem w ich związku. Miłość była fatalnym powodem do małżeństwa… przynajmniej w opinii Indii.

– Co więcej – ciągnęła Adelaide wyraźnie radosnym głosem – zaręczyny sprawią, że lady Rainsford trochę spuści z tonu. Nie jestem ci w stanie powiedzieć, ile razy mi mówiła, że jej rodzina służyła u dworu już od czasów Henryka VIII!

– Eleanor prosi, żebyśmy spędziły w Starberry najbliższe dwa tygodnie, urządzając na nowo ten dom, a potem oni do nas dołączą – poinformowała India.

Adelaide się rozjaśniła.

– Doskonały pomysł! Poza tym to ci pozwoli na zrobienie czegoś z włosami, zanim wrócimy do Londynu.

Włosy Indii były gęste i trudne do opanowania, poza tym miały niezwykły kolor, raczej srebrny niż złoty. Adelaide ciągle rzucała nowe pomysły: a to, żeby je płukać w wywarze z rozmarynu, a to, żeby w żółtkach… A najlepiej pomalować na żółto.

India tylko polecała pokojówce upinanie ich najlepiej, jak się da. Wiedziała z doświadczenia, że kobiety uważały, iż jej włosy powinny być „rozjaśnione”, natomiast mężczyźni chyba lubili je takimi, jakie były. Sama India uważała, że jest ich po prostu za dużo.

– Dobrze – rzekła zdecydowanie. – Pożegnamy się z lady Dibbleshire i powiadomimy pana Dautry’ego, że mu pomożemy w renowacji domu. I w usidleniu kobiety swoich marzeń.

– Znakomity plan! – przytaknęła Adelaide. – Ale Indio, kochanie, muszę ci przypomnieć, że… czas ucieka. Ten dom nie powinien być twoją kolejną wymówką od decyzji na temat małżeństwa.

Dobry humor Indii ulotnił się. Zmusiła się do uśmiechu.

– Ten dom nie zajmie mi dużo czasu. Kiedy tylko pomożemy panu Dautry’emu, zacznę o tym myśleć poważnie.

– Musisz wybrać spośród twoich konkurentów, kochanie – Adelajda poklepała Indię po ramieniu. – Nie będą wiecznie na ciebie czekali!

– Tak zrobię – rzekła India cicho. – Myślę o znalezieniu doskonałego męża, Adelaide. Jak tylko będę miała chwilkę czasu.

4

17 czerwca Hanover Street 40, Londyn

India była zadowolona, widząc, że najstarszy syn księcia de Villiers mieszka w obszernym londyńskim domu z białego marmuru; kolumny podtrzymujące ganek były odpowiedniej wielkości i kształtu. Nic nie cieszyło jej bardziej niż zapewnienie, że podczas renowacji będzie miała całkowicie wolną rękę, a sądząc z tego, co zobaczyła, jej klient miał do tego odpowiednie fundusze.

Jednak, kiedy razem z lady Adelaide weszły do jego biblioteki i pan Dautry podniósł się zza biurka, żeby je przywitać, zrozumiała, że najwyraźniej się przeliczyła.

Podszedł do nich z niewymuszoną pewnością siebie mężczyzny, który pod każdym względem uważa się za doskonałość, chociaż nie miał na sobie ani surduta, ani halsztuka; był tylko w białej lnianej koszuli i bryczesach, które obciskały mu ściśle mięśnie ud. Szczękę ocieniał mu zarost, a włosów nie miał ani ściągniętych do tyłu w warkoczyk, ani zakrytych peruką.

Wyglądał jak farmer.

Albo jak król.

India z łatwością mogła sobie wyobrazić, że kiedy ten mężczyzna znajdzie się w jakiejkolwiek grupie, natychmiast obejmie nad nią władzę. Hierarchię urodzenia zastąpił (bardziej pierwotną) hierarchią męskości. Czuło się wokół niego aurę siły zrodzonej z męskości i inteligencji, nie z tego, co przypadkowo odziedziczył.

A jednak… jego kości miały delikatne wiązania, które przypominały ojca, księcia de Villiers. Naprawdę, pan Dautry każdym rysem przypominał księcia: wysokimi kośćmi policzkowymi, twardym zarysem szczęki, a nawet białym pasmem włosów w kruczoczarnej czuprynie.

Ku swemu przerażeniu India zdała sobie sprawę, że ta ucieleśniona męskość sprawia, że jej brzuch jakby się napełniał gorącem, a serce zaczyna bić gwałtownie, erotycznie. Ta fizyczna reakcja zaskoczyła ją i oszołomiła. Z pewnością nie należała do kobiet, którym na widok mężczyzny kolana się uginają!

Jednak to uczucie z pewnością nie było obopólne. Mężczyzna spojrzał na nią obojętnie i zwrócił się do jej matki chrzestnej.

– Lady Xenobio – powiedział do Adelaide z ukłonem – jakże mi miło panią poznać!

Adelaide zachichotała jak mała dziewczynka; India słyszała u niej taki chichot raz, najwyżej dwa razy!

– Panie Dautry, obawiam się, że się pan omylił. Jestem lady Adelaide Swift. Pozwoli pan, że pana przedstawię mojej chrześniaczce, lady Xenobii?

Zaskoczenie na obliczu mężczyzny zniknęło równie nagle, jak się pojawiło.

– Będę zaszczycony, lady Adelaide – powiedział gładko. Następnie zwrócił się do Indii: – Proszę mi wybaczyć, lady Xenobio. Myślałem, że jest pani towarzyszką lady Adelaide, bo sądziłem, że jest pani o wiele za młoda, by umieć robić te wszystkie cuda, które opowiadała mi księżna de Villiers.