Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 192 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzy razy tak! - Janusz Rudnicki

 

 

Nowy zbiór brawurowych opowieści Janusza Rudnickiego, jednego z najoryginalniejszych pisarzy polskich.

Jeździłem i pisałem. Tłukłem się po Europie jak diabeł po piekle. Jeździłem tyle, że krok mi się zmienił, po chodniku chodzę tak jak w korytarzu pociągu, szeroko, na rozstawionych nogach. Stałem się urządzeniem przenośnym, podłączyć mnie można do każdego gniazda. Tak Rudnicki mówi o swojej nowej książce. I faktycznie, co kilka stron każe jej bohaterowi przenosić się z miasta do miasta, z kraju do kraju, w końcu z kontynentu na kontynent. Gnać od tematu do tematu i od awantury do awantury. A także przeskakiwać z teraźniejszości w przeszłość, do dzieciństwa, które im odleglejsze, tym częściej każe do siebie wracać.

Co z tego wynika? Znakomita literatura. Szalony język i dziki humor idealnie równoważą tu gorycz dojrzałości i samotność. Obrazki z głębin PRL-u nakładają się na kolorowe prospekty Wspólnej Europy. Co i rusz na horyzoncie pojawia się śmierć.

Arcypolski, europejski i ogólnoludzki, wstrząsający i rozbrajający, jedyny w swoim rodzaju: Rudnicki.

 

Magdalena Cielecka: Chciałam go zamordować, jeśli nic nowego nie wyda. I wydał.

Andrzej Chyra: Rudnicki? Jak złapię oddech, to coś wykaszlę.

Krystyna Janda: To drink o nazwie „Zmora z Piekielnym Talentem".

Kora: Kocham go!

Hanna Krall: No cóż... Rozdarta jestem między szczerym podziwem a nieszczerą zazdrością.

Kazimierz Kutz: To jest szaleństwo, co ten facet wyprawia!

Maciej Stuhr: Janusz Rudnicki jest żyjącym pisarzem, co sprawia, że po każdą kolejną książkę sięgam chętnie i z nadzieją. Że będzie lepiej. Oczywiście jeszcze lepiej!

Magda Umer: Nie wierzyłam, że jeszcze komuś ktoś za mojego życia podaruje taki talent!

Robert Więckiewicz: Ten Rudnicki z „Wyborczej"? No to inna rozmowa jest!

Opinie o ebooku Trzy razy tak! - Janusz Rudnicki

Fragment ebooka Trzy razy tak! - Janusz Rudnicki

Ja­nusz Rud­nic­ki

TRZY RAZY TAK!

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Ewie, tej Pierw­szej (żo­nie), i Mi­cha­sio­wi i Ja­ni­ko­wi, na­szym syn­kom

TAK: JEB!

Morze

Go­rą­co. Mo­rze? Skąd mo­rze? I pla­ża, skąd? I ja, na brze­gu, skąd? Z ja­kąś tor­bą na ra­mie­niu, co w niej? Z kurt­ką wo­kół bio­der, dla­cze­go? Ni­ko­go wo­kół, tyl­ko ja, po­je­dyn­czy jak licz­ba po­je­dyn­cza. Jaka ar­ma­ta mnie tu wy­strze­li­ła, kto strze­lał, czy­ją je­stem kulą?

Za­wrót gło­wy. Tyl­ko spo­koj­nie, spo­koj­nie. To ja, dzień do­bry. Otwie­ram tor­bę, parę ksią­żek, sta­rych, parę ze­szy­tów, sta­rych, czy­je? Skąd? Po co?

Na­zy­wam się… Yogi i Bubu, kur­wa, dwa w jed­nym, cena za je­den. Ałła Pu­ga­czo­wa! Sied­miu Wspa­nia­łych je­stem, do usług! Jak ja się na­zy­wam?!

Uro­dzi­łem się… Ale się uro­dzi­łem, ja pier­do­lę, ale się, kur­wa, uro­dzi­łem! Dzień do­bry, ko­cha­ni, uro­dzi­łem się jako śliw­ka i wpa­dłem w kom­pot. Może ktoś ma ocho­tę mnie spró­bo­wać? Ły­czek cho­ciaż­by? Może być przez słom­kę, je­śli się kto brzy­dzi.

Moi ro­dzi­ce? Mam ro­dzi­ców? Oj­ciec? Nie mam ojca, mam pier­dol­ca. Mat­ka? Mam kwiat­ki na Dzień Mat­ki, ale nie mam mat­ki.

Za­wrót gło­wy, pot, ser­ce jak wię­zień w izo­lat­ce. Py­tam jesz­cze raz, py­tam grzecz­nie i de­li­kat­nie pu­kam do sza­now­ne­go mó­zgu, jak się na­zy­wam? Nic, ci­sza, nie ma ni­ko­go.

Nad wy­raz sza­now­ne­go…

Halo?

Ko­cha­ne­go…

Halo?

If you le­ave me now… To ja­kaś pio­sen­ka, nie pa­mię­tam, śpie­wam do cie­bie, mó­zgu, po­ni­żam się przed tobą, a ty! Pa­dam na ko­la­na, pro­szę bar­dzo, klę­czę, wy­sta­wiam się na po­śmie­wi­sko przed sa­mym sobą… No wła­śnie, przed kim?

Zwa­riu­ję. Halo?! Dłu­go mam tak stać? Ja­kieś wa­go­ny za mną wi­dać? Po­ciąg je­stem? Sto­ję na bocz­ni­cy, ty­łem do uli­cy? Mózg mi od­cze­pi­li, bo ka­pa­ła z nie­go woda? Na szy­ny? Taki mój los? Je­śli tak, to dzię­ku­ję, po­sto­ję!

Do­bra, ła­ski bez. To może cho­ciaż to, skąd się tu wzią­łem? Z lądu przy­sze­dłem czy z mo­rza? Nic? A jak się wkur­wię za­raz i z głów­ki dam, to też nic? A jak kop­nę i w gło­wę będę kop­nię­ty, nic? A jak kulą rzu­cę? Tą u nogi? Spor­tow­cem mia­no­wi­cie je­stem, zło­tym me­da­li­stą, w rzu­cie kulą u nogi. Na pa­ra­olim­pia­dzie.

No więc do­brze. No więc nic. Dzię­ku­ję za po­moc, ty sza­ra, zim­na, nie­czu­ła, ze­psu­ta do szpi­ku ga­la­re­to! „Umiesz, czło­wie­ku, li­czyć, licz na sie­bie” mnie nie do­ty­czy, tak?

Być ta­kim głu­pim sobą to go­rzej niż stać się na­gle kimś in­nym. Stra­ci­łem pa­mięć, za­raz stra­cę cier­pli­wość, już tra­cę. W ja­kim ja sen­sie żyję? I co ja na to? Za­raz sam się ob­gry­zę do ko­ści, a po­tem rzu­cę je wy­głod­nia­łym psom, niech się o nie biją.

Jesz­cze raz ob­ra­cam się za sie­bie, śla­dy. Moje, skądś prze­cież mu­sia­łem tu przyjść. Idę po nich, wra­cam, pro­wa­dzą do chod­ni­ka, ko­niec. Z chod­ni­ka przy­sze­dłem? Uro­dzi­łem się na chod­ni­ku, po czym opu­ści­łem go, wy­emi­gro­wa­łem, przez pla­żę do­tar­łem na brzeg mo­rza i osie­dli­łem się. A je­dy­ny mój są­siad to cień, też mój, bra­wo! Bio­gra­fia na parę opa­słych to­mów. A śla­dy, ja­kie zo­sta­wi­łem, to te na pia­sku. Trwa­łe do pierw­sze­go więk­sze­go wia­tru. Wra­cam po nich, bo je­śli zno­wu za­po­mnę, gdzie by­łem, to nie będę wie­dział, gdzie je­stem.

Przede mną mo­rze, za mną nic. Nic? Za­raz, za­raz, skup się. Idź po ro­zum do gło­wy. Idę. Za­raz umrzesz po dro­dze z gło­du. Idio­to. Mewy nade mną. Wiem, że to mewy, a nie wiem, jaka moja god­ność! Skrzy­pią jak sta­re łóż­ka, re­je­stru­ję coś w ro­dza­ju „idź! Idź!”. Idź, idź, do­kąd? Do wody? Prze­cież nie je­stem rybą, prze­cież nie wy­glą­dam jak coś, co zła­pać moż­na na mały ha­czyk, wy­jąć toto z wody, od­cze­pić, roz­ry­wa­jąc mu pół py­ska, i wrzu­cić do wia­dra sto­ją­ce­go obok ja­kie­goś gu­mow­ca, w któ­rym tkwi ja­kaś żywa noga? Węd­ką też nie je­stem, węd­ki nie mają za­ni­ków pa­mię­ci. Szko­da, naj­chęt­niej na­bił­bym się sam na ha­czyk i wy­rzu­cił hen, ale co da­lej? Je­śli coś się na mnie zła­pie, to źle, co ro­bić w brzu­chu wie­lo­ry­ba, o tra­nie żyć? Je­śli nic, to też źle, bo kto wy­cią­gnie mnie z tej opre­sji na ląd?

Sto­ję so­bie i sto­ję. Ale so­bie sto­ję. Do­bra, za­kła­dam, za­kła­dam, że je­stem rybą, i co wte­dy ro­bię w tej wo­dzie? Dwa wyj­ścia w niej, albo sa­me­mu stać się po­żyw­ką, albo żreć in­nych. Nie wia­do­mo, co gor­sze. A na­wet gdy­by przy­jąć dru­gą opcję, to co? Co oprócz pły­wa­nia tam i z po­wro­tem i, jako hi­gh­li­ght, wo­kół sa­me­go sie­bie? Seks? Pro­szę was, ryby mają go tyle, ile pro­gram Excel.

Ni­ko­go, tyl­ko mój cień. A cień, bo słoń­ce, a słoń­ce, bo dzień, a cień, bo ja, a ja, bo co? Nie ma pa­mię­ci, nie ma wspo­mnień. Wspo­mnie­nia jak fale, bez nich ta­fla, nic.

Fale ude­rza­ją o brzeg jak wska­zów­ki pra­wiecz­ne­go ze­ga­ra, skąd to zda­nie? Nie wiem. I te bia­łe, ru­cho­me pla­my na wy­po­le­ro­wa­nym sto­le nie­ba: idź! Idź! Idź, a bę­dziesz so­bie wier­ny, skąd to zda­nie? Nie wiem.

Ko­niec, wy­star­czy tego „nie wiem”, wy­star­czy tego sta­nia, idę, pro­szę bar­dzo, vo­ilà! Pój­dę do sa­me­go, nie­wi­docz­ne­go, skut­ku, niech mnie woda za­le­je, lep­sza ona niż krew.

Woda po kost­ki, woda po łyd­ki, woda po ko­la­na, stop! Tor­ba, w ręku mam tor­bę, z tor­bą do mo­rza? Jak do ho­te­lu pod wodą? Wra­cam na brzeg, kła­dę ją na brze­gu, niech coś po mnie zo­sta­nie na brze­gu. Le­piej skoń­czyć pod wodą niż jako ob­ry­so­wa­ny. Przez po­li­cję, po śmier­tel­nym wy­pad­ku. Lep­szy taki ślad niż ślad kre­dy. Idę, woda po kost­ki, woda po kost­ki, woda po kost­ki. Sto­ję, idąc w miej­scu? Je­stem cho­mi­kiem la­ta­ją­cym w kole ob­ro­to­wym? Cho­mi­ki nie no­szą to­reb, a na­wet je­śli, to nie re­flek­tu­ją się i nie od­sta­wia­ją ich na brzeg. Oglą­dam się za sie­bie, wody nie ma, kon­sta­tu­ję jej brak. Na­cho­dzą mnie wąt­pli­wo­ści, zmie­rzam we wła­ści­wym kie­run­ku? No umów­my się, aż tak dużo moż­li­wo­ści nie ma, trzy są. Idę w stro­nę mo­rza, w stro­nę brze­gu lub wzdłuż, to ostat­nie jed­nak wy­klu­czam. Brzeg wi­dzę po uprzed­nim od­wró­ce­niu się, wnio­sek, idę w stro­nę mo­rza. Więc dla­cze­go wody co­raz mniej ? Nie mogę prze­cież scho­dzić w głąb mo­rza, idąc pod górę. Nie mogę też, idąc, stać w miej­scu, nie krę­cę prze­cież zie­mi no­ga­mi. I za­raz jest tak: ja krok do przo­du, woda do tyłu. Walc czy tan­go? I kto pro­wa­dzi? Czy roz­stę­pu­je się? Przede mną? Mo­rze? Cofa na z góry upa­trzo­ne po­zy­cje przed prze­wa­ża­ją­cy­mi si­ła­mi wro­ga?

To od­pływ. Po pro­stu od­pływ. A ten ma to do sie­bie, że wy­stę­pu­je nie tyl­ko w szko­le, lecz i w na­tu­rze. Idę, ale sy­tu­acja sta­je się co­raz bar­dziej idio­tycz­na. Przy­sta­ję, ob­ra­cam się za sie­bie, brzeg da­le­ko tak, że le­d­wo ma­ja­czy, i te­raz rzecz na­stę­pu­ją­ca: wody co­raz wię­cej. Cho­ciaż sto­ję. To przy­pływ.

Za­ska­ku­ją mnie oczy­wi­sto­ści. Był przy­pływ, jest od­pływ. Jest dzień, bę­dzie noc. Jest szczot­ka do zę­bów, są zęby. Ży­cie jest i śmierć, ta dru­ga na­da­je sens temu pierw­sze­mu.

Wra­cam, ple­ca­mi do mo­rza. Cią­gle mewy, jak na­tręt­ne di­da­ska­lia. Chcia­łem koń­ca, ucie­kał, te­raz on mnie goni, więc ucie­kam ja. Mia­łem pe­cha, bo był od­pływ, te­raz mam pe­cha, bo jest przy­pływ.

Idę, ale szyb­ko, co­raz szyb­ciej. Po­nie­waż woda co­raz wy­żej. Po­nie­waż się­ga mi już po łyd­ki. Uda­ję jesz­cze przed sobą, że nie bie­gnę, ale już bie­gnę. Jak de­zer­ter. Po­wą­chał pierw­szą li­nię fron­tu i ucie­ka do ży­wych. A goni go nie tyl­ko woda, ale i skrzek. Mew, coś jak­by „tchórz! Tchórz!”.

Woda po­wy­żej ko­lan, trud­no biec, ale pró­bu­ję. Za wszel­ką cenę utrzy­mać się w po­zy­cji pio­no­wej, żeby jako god­ny re­pre­zen­tant swo­je­go ga­tun­ku w niej wła­śnie do­biec do brze­gu. Nogi uno­szę, jak mogę, efekt: wy­glą­dam, jak­bym po­ru­szał się za po­mo­cą ło­pa­tek ro­we­ru wod­ne­go. Jak­by moje nogi prze­sta­ły nimi być, a sta­ły się ha­ken­kreu­za­mi. Rę­ka­mi pró­bu­ję unieść się w po­wie­trze, efekt: zni­ko­my. Wy­glą­dam jak żu­raw, któ­ry na próż­no uczy się star­to­wa­nia do lotu z wody i któ­ry ma tego dość, i któ­ry w tym wzglę­dzie ma ab­so­lut­ną ra­cję.

Pierw­szy atak pa­ni­ki. Wody co­raz wię­cej. Dru­gi atak pa­ni­ki. Mo­je­go cia­ła nad nią co­raz mniej.

Oko­licz­no­ści zmu­sza­ją mnie do po­ni­że­nia się przed na­tu­rą, za wszel­ką cenę chcę utrzy­mać się na po­wierzch­ni wody, sło­wem: pły­nę. Brzeg? O, brze­gu, gdzie je­steś? Brzeg też ma od­pływ? Może wszyst­ko ma od­pływ, a po­tem przy­pływ, gdzie tyl­ko po­sta­wię nogę? Pły­nę i mok­nę. Pada coś na mnie z góry, deszcz. Nie lu­bię, nie zno­szę, gło­wę co chwi­lę cho­wam pod wodę. Za­nu­rzam się i wy­nu­rzam.

Bu­tel­ka, wi­dzę bu­tel­kę. Pu­sta, bez li­stu, to do­brze, nie mam dzi­siaj gło­wy do czy­ta­nia. Bu­tel­ka? Błysk, pio­run w gło­wie! W świe­tle re­flek­to­ra ośro­dek zdro­wia i bu­tel­ka. Tak, wiem, jest ryba w sie­ci mo­jej pu­stej pa­mię­ci, na­resz­cie! Pierw­sza mi­łość, nie za­po­mi­na się pierw­szej mi­ło­ści!

Mu­nia. Ósma kla­sa, czter­na­ście lat. Mu­nia? Skąd Mu­nia? Dla­cze­go? Wiem, wiem, mia­ła pta­ki w klat­ce, ja­kieś mu­nie, fio­ła mia­ła na ich punk­cie, i tak sama ka­za­ła się na­zy­wać. Mu­nia, Mu­nia… Kuku! Kuku to ja! Tak nas na­zy­wa­li, Kuku na Mu­niu! Sie­dzia­łem za nią i nie wi­dzia­łem nic, sie­dzia­łem za nią i nie sły­sza­łem nic. Wy­cho­waw­czy­ni tra­ci­ła cier­pli­wość.

– Kuku! Czy ja po­wie­dzia­łam „ro­zejść się”? Kuku, czy ja po­wie­dzia­łam, „spo­cznij”? Nie, Kuku, ja mó­wię „bacz­ność”! Stan taki obo­wią­zu­je przez czter­dzie­ści pięć mi­nut!

Nie po­ma­ga­ło, tra­ci­ła cier­pli­wość i mó­wi­ła do Muni:

– Mu­nia, po­wiedz temu za tobą, temu, co ma na to­bie kuku, że bez­sku­tecz­nie pró­bu­ję się z nim skon­tak­to­wać.

„Kuku” pa­mię­tam, a praw­dzi­we­go na­zwi­ska nie? No do­brze, przy­najm­niej tyle, Kuku. Nie brzmi to dum­nie, ale lep­szy prze­cież je­den ćwier­ka­ją­cy wró­bel w gło­wie niż pie­czo­ne go­łąb­ki.

Pły­nie­my. Ja i pierw­sza de­ska mo­je­go ra­tun­ku, Kuku. „Dzień do­bry, Kuku, pły­niesz w moją stro­nę? Po­pły­nie­my ra­zem?”. Mu­nia. Od­pro­wa­dza­łem ją do szko­ły i ze szko­ły do domu, kil­ka­dzie­siąt me­trów za nią, tak żeby mnie nie wi­dzia­ła. Sze­dłem za nią jak koń, któ­ry cią­gnie za sobą furę uczuć. Jej wło­sy przede mną, spa­da­ją­ce na ple­cy, Jej pro­fil, kie­dy do ko­goś się ob­ra­ca­ła. Jej twarz, jej rzę­sy na brwiach, kie­dy ob­ra­ca­ła się do mnie, żeby coś po­ży­czyć, ja tra­fio­ny, a po­tem, żeby to od­dać, ja za­to­pio­ny. Mu­nia, jej cia­ło, kie­dy wsta­wa­ła, jak klep­sy­dra, a ja go­rą­cy, pa­rzą­cy pia­sek w jej ży­łach. I jej cia­ło, kie­dy sia­da­ła, po­pra­wia­jąc far­tu­szek, i sze­lest jej raj­tuz przy do­ty­ka­ją­cych się udach, ja w sa­mym środ­ku bu­rzy zmy­słów, bez pa­ra­so­la, mo­kry do su­chej nit­ki, po­wódź cia­ła i po­żar gło­wy. Chcia­łem za­mie­nić się w gumę do żu­cia, uży­wa­ną choć­by i przez woź­ne­go, i taki sku­lo­ny, taki skun­dlo­ny do, do, do ta­kiej kul­ki ja­kiejś głu­piej, przy­siąść… No nie przy­siąść, przy­cup­nąć… też nie, za­cza­ić się, przy­cza­ić na jej krze­śle. I cze­kać, aż na­dej­dzie, przyj­dzie i usią­dzie na mnie. A po­tem, kie­dy dzwo­nek, wsta­nie, a ja z nią. A po­tem pój­dzie do domu, a ja z nią. A po­tem od­kry­je mnie jej mat­ka lub oj­ciec, a ona po­wie „ojej, ojej” i za­czną mnie usu­wać. Po­ło­żą mnie na de­skę do pra­so­wa­nia, po­kry­ją ręcz­ni­kiem i prze­ja­dą się po mnie roz­pa­lo­nym że­laz­kiem, na nic, nie dam się wy­kru­szyć, nie ma że­laz­ka tak roz­pa­lo­ne­go jak ja! A po­tem wsa­dzą mnie do za­mra­żar­ki, na dwie go­dzi­ny, wyj­mą i za­czną mnie ze­skro­by­wać, mogą jesz­cze po­cie­rać mnie ka­wał­kiem lodu, na nic, nie ma ta­kie­go lodu, któ­ry ostu­dził­by mój żar! Mogą pró­bo­wać zmy­wa­czem do pa­znok­ci, al­ko­ho­lem me­ty­lo­wym lub in­nym stu­pro­cen­to­wym roz­pusz­czal­ni­kiem, na nic, sto pro­cent to mało.

I te­raz pe­wien dzień, dzień klę­ski mo­jej pierw­szej mi­ło­ści. Mamy wszy­scy przyjść do ośrod­ka zdro­wia, na ba­da­nia, i każ­dy przy­nieść ma ze sobą mocz. Swój wła­sny, nie cu­dzy, i pod­pi­sać na­zwi­skiem, swo­im, nie cu­dzym, nie wie­dzia­łem w czym, do cze­go ten mocz, wy­la­łem mle­ko z du­żej bu­tel­ki, wy­płu­ka­łem, jak umia­łem, na­si­ka­łem, ile umia­łem, za­tka­łem złot­kiem, jak umia­łem, przy­kle­iłem kart­kę z na­zwi­skiem wła­snym, ale ja­kim?! Oraz imie­niem, ale ja­kim?! Po czym wy­ru­szy­łem w dro­gę do ośrod­ka. Przy­sze­dłem ostat­ni, cała kla­sa sta­ła przed wej­ściem, dzi­wi­łem się, że nikt nie trzy­ma ni­cze­go w ręku, tyl­ko ja, prze­cież tak duża bu­tel­ka nie wej­dzie do kie­sze­ni, i wte­dy wy­cho­waw­czy­ni za­py­ta­ła:

– Co ty masz w tej bu­tel­ce, Kuku?

I wte­dy jak­by ktoś chlu­snął we mnie wia­drem z far­bą, taki zro­bi­łem się czer­wo­ny, i po­wie­dzia­łem „mle­ko”, ale za ci­cho, po­wie­dzia­łem tyl­ko usta­mi, nie an­ga­żu­jąc w to gar­dła, ka­za­ła mi po­wtó­rzyć, po­wtó­rzy­łem, a ona po­wie­dzia­ła:

– Tak? Żół­te? Wy­do­iłeś chiń­ską kro­wę, Kuku? I pod­pi­sa­łeś wła­snym na­zwi­skiem, żeby nikt ci tego nie wy­pił?

Dru­gie wia­dro na twarz, choć nie­po­trzeb­nie, pierw­sze jesz­cze nie spły­nę­ło. Kla­sa za­mie­ni­ła się w ar­ma­tę i za­czę­ła strze­lać we mnie sal­wa­mi, śmie­chu, tak, ale śmiech gor­szy od kul. Mu­nia też, wal­czy­ła ze sobą he­ro­icz­nie, od­wra­ca­ła się, za­ty­ka­ła usta rę­ka­mi, ale na dar­mo, ko­rek nie wy­trzy­mał i po raz trze­ci w jed­nym dniu zo­sta­łem ob­la­ny, tym ra­zem jej per­li­stym śmie­chem. Sta­łem i ma­rzy­łem o tym, żeby w bu­tel­ce była ben­zy­na, że­bym mógł się nią ob­lać i pod­pa­lić. Nie wie­dzia­łem, że wy­star­czy tro­chę, parę kro­pel, my­śla­łem, że mocz bada się cały, bo co za sens ba­dać go w jed­nym miej­scu, kie­dy coś złe­go może być w dru­gim. Ucie­kłem z miej­sca wy­pad­ku i roz­trza­ska­łem bu­tel­kę o mur. I to był ko­niec, ko­niec Kuku i Muni, ko­niec i krop­ka, bez wie­lo­krop­ka.

Pły­nę, brzeg? Ma­ja­czy. Sa­mot­ność pły­wa­ka w oce­anie nudy. Uto­pię się w niej za­raz. Czło­wie­ko­wi trud­no o czymś my­śleć, je­śli czło­wiek po­ru­sza się do przo­du, na­śla­du­jąc ru­chy żaby. Wła­śnie, żaby. No­ga­mi od­bi­jam się od tego, co było, rę­ka­mi za­gar­niam to, co ma być. Co było? Nic pra­wie, Mu­nia, resz­ty nie pa­mię­tam. Co bę­dzie, nie wia­do­mo, jest tyl­ko czas te­raź­niej­szy, po któ­rym krą­żę jak pan­te­ra w klat­ce. Nic pra­wie za mną, to je­den tu­nel, nic przede mną, to dru­gi tu­nel, a ja mały prze­smyk mię­dzy nimi. Idę, pły­nę z pu­stym wor­kiem tego, co było, i pcham do przo­du czo­łem wiel­ką nie­wia­do­mą tego, co ma przyjść. Za­nu­rzam się i wy­nu­rzam, ja, ko­rek, któ­ry nie wie, w ja­kiej tkwił bu­tel­ce. Mu­szę so­bie coś wy­obra­zić. Wy­obraź so­bie coś. Że ktoś cze­ka na cie­bie na brze­gu, kto? Chodź, pa­wiu, roz­łóż przede mną ogon moż­li­wo­ści, cze­kam… Wy­pchaj się i wsadź do ga­blo­ty, ścier­wo jed­no, Mu­nia, Mu­nia lub Mu­nia! No do­brze, do­brze, niech bę­dzie, Mu­nia. Niech więc ona, cze­ka. W mun­dur­ku, taka jak wte­dy, za­trzy­ma­na w tam­tym ka­drze, dźwi­giem ja­kimś zła­pa­na i prze­nie­sio­na do te­raz. Czar­ny mun­du­rek, bia­ły koł­nie­rzyk. Pada, więc trzy­ma w ręku pa­ra­sol, też czar­ny. Już brzeg, na wy­cią­gnię­cie rąk, zbli­żam się do za­to­ki le­żą­cej w cie­niu jej ud. Lek­ko roz­chy­lo­nych? Niech bę­dzie, że lek­ko roz­chy­lo­nych. Ciem­ne łono, bia­łe zęby? No trud­no, żeby było od­wrot­nie, co się z tobą dzie­je? Już czoł­gam się po pia­sku, ja, sta­ry krab, ser­ce bije mi na alarm prze­ciw­po­ża­ro­wy, już je­stem w niej, cu­mu­ję? Czy roz­wi­jam ża­gle i że­glu­ję w niej, od brze­gu do brze­gu, po miej­scach, któ­rych nie do­tknę­ła jesz­cze ludz­ka sto­pa?

Zie­mia pod sto­pa­mi, do­tar­łem, je­stem. Wy­cho­dzę z wody i pa­dam na twarz. Czu­ję się jak wo­rek z mo­krą mąką. Ob­ra­cam się na ple­cy, czu­ję się jak ze­bra, po któ­rej prze­szła piel­grzym­ka. Zie­mio, ile cię trze­ba ce­nić, tyl­ko ten się do­wie, kto cię pod no­ga­mi stra­cił. Skąd to? Nie­waż­ne skąd, waż­ne, że czło­wiek nie musi ma­chać koń­czy­na­mi, żeby się na to­bie utrzy­mać.

Wy­star­czy, po­wstań! Wsta­ję i da­lej, co na­stę­pu­je: bio­rę tor­bę, mo­krą, idę pod drze­wo nie­opo­dal, wy­cią­gam z tor­by sta­re książ­ki i ze­szy­ty, pod­mo­czo­ne, z roz­ma­za­nym pi­smem, roz­kła­dam na słoń­cu, roz­bie­ram się, do naga, chcę roz­wie­sić rze­czy. Na ga­łę­ziach, lecz ga­łę­zie za wy­so­ko, więc mu­szę wejść na drze­wo. Więc ubie­ram się zno­wu, bo jak wejść z rze­cza­mi w rę­kach? Na gó­rze się roz­bio­rę. Je­stem na gó­rze, roz­bie­ram się, idzie mi jak po gru­dzie, nie mogę zdjąć spodni­przez buty. Więc zdej­mu­ję buty, ale gdzie je odło­żyć? Przez szy­ję prze­wie­sić, na­tu­ra do­brze to wy­my­śli­ła, z tą szy­ją, wią­żę je ze sobą sznu­rów­ka­mi i prze­wie­szam. Zdej­mu­ję spodnie, jed­ną no­gaw­kę, dru­gą, kar­ko­łom­ne za­ję­cie na drze­wie. Zdej­mu­ję spoden­ki, chcę górę, ale prze­szka­dza­ją mi buty, gdzie z nimi? Za­ło­żę je, i tak mu­szę, bo jak zej­dę? Nie umiem po drze­wie boso. Ścią­gam je z szyi i mam pro­blem, nie mogę roz­wią­zać sznu­ró­wek, mo­kre są. Wę­zeł się zro­bił taki, że mu­szę po­cze­kać, aż wy­schnie. Więc zdej­mu­ję górę, roz­wie­szam i cze­kam. Na sznu­rów­ki, ale je­śli na nie, to i na resz­tę, nie opła­ca mi się scho­dzić nago w bu­tach, a po­tem zno­wu wcho­dzić. Nie mó­wiąc już o tym, że sznu­rów­ki schną co naj­mniej tak dłu­go jak ubra­nie. Więc sie­dzę. Sie­dzę na drze­wie ro­ze­bra­ny jak kura do ro­so­łu i ga­pię się na pra­nie. Za­ję­cie god­ne uwa­gi psy­chia­trów. Roz­glą­dam się, sko­ro już sie­dzę. Z jed­nej stro­ny woda, woda, na koń­cu ho­ry­zont, coś na nim ma­ja­czy. Też mi atrak­cja. Słoń­ce chy­ba za­cho­dzi, ale ocią­ga się z tym tak, że się od­wra­cam. Świt, mgła. Coś niby wi­dać, ale nie do koń­ca. Coś z cze­goś wy­sta­je, ale nie na tyle, żeby wia­do­mo było, co i z cze­go. De­ko­ra­cje, mon­stru­al­ne, jak po wy­strza­ło­wym syl­we­strze. Ludz­kość śpi, ale nie­ca­ła. Jej część sie­dzi na drze­wie i cze­ka, aż jej wy­schnie bie­li­zna, ubra­nie i obu­wie. Wte­dy ludz­kość się ubie­rze, zej­dzie z drze­wa i pój­dzie ja­kąś dro­gą, do ja­kie­goś ni­kąd.

Spać się chce. Za­snę, to spad­nę. Nie za­snę, to nie spad­nę, ale będę tak śpią­cy, że też spad­nę, prę­dzej czy póź­niej. Więc co, spaść od razu czy nie­co póź­niej? Wy­obra­żam so­bie, że są lu­dzie, któ­rzy mają lep­sze dy­le­ma­ty. Nie jęcz, nie ma­rudź, na drze­wie wy­god­niej niż na la­tar­ni. Skąd la­tar­nia? Błysk, pio­run w gło­wie. W świe­tle re­flek­to­ra la­tar­nia i dru­ga mi­łość! Nie za­po­mi­na się dru­giej mi­ło­ści. Wspią­łem się na la­tar­nię, bo koło jej okna nie było drze­wa. Chcia­łem jej po­ma­chać, za­sko­czyć ją jak świa­tła dro­go­we sar­nę i tak zo­sta­wić, bez szans na naj­mniej­szy ruch. Chcia­łem roz­je­chać ją moim uczu­ciem, tak żeby nie po­mo­gła jej żad­na re­ani­ma­cja i żeby nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak tyl­ko ścią­gnąć ją z dro­gi na po­bo­cze. Wsze­dłem na la­tar­nię, by­łem zręcz­ny, pod samą ża­rów­kę, na wy­so­kość dru­gie­go pię­tra, wspią­łem się bez tru­du. I cze­ka­łem. Cze­ka­łem, aż mnie zo­ba­czy. Za­pa­li­ło się świa­tło w kuch­ni, we­szła… Mu­nia?! Zno­wu? Pierw­sza mi­łość Mu­nia, dru­ga mi­łość Mu­nia?! Czy ten po­je­dyn­czy, uskrzy­dlo­ny owad mo­jej pa­mię­ci musi la­tać cią­gle nad tą samą łąką? Wcho­dzi więc do kuch­ni, krzą­ta się, ale przez okno nie pa­trzy. Prze­cho­dzi do swe­go po­ko­ju, za­pa­la świa­tło, przez okno nie pa­trzy. Sia­da przy biur­ku, coś robi, do po­ko­ju wcho­dzi jej oj­ciec, coś mówi, wy­cho­dzi. Cierp­nie mi cia­ło. Wsta­je, wy­cho­dzi, gasi świa­tło, za­pa­la w kuch­ni, otwie­ra lo­dów­kę, wyj­mu­je coś, coś je, co? Obo­jęt­ne co, wszyst­ko bym zjadł. Wcho­dzi jej mat­ka, je­dzą ra­zem, wra­ca do po­ko­ju, włą­cza ra­dio. Cierp­nie mi cia­ło. Roz­bie­ra się. Ruch jej gło­wy, jej spo­sób po­pra­wia­nia wło­sów po zdję­ciu swe­tra. Ruch jej bio­der przy zdej­mo­wa­niu wą­skich spodni. Jej ro­dzaj po­chy­le­nia przy zdej­mo­wa­niu maj­tek, i spo­sób, w jaki je od­kła­da, jak­by drze­wo po­zby­wa­ło się ła­god­nie i le­ni­wie ostat­nie­go li­ścia. Wkła­da pi­dża­mę, nur­ku­je w niej, wy­cho­dzi górą przez de­kolt, wy­cią­ga wło­sy, kła­dzie się, uno­si nogi i wcią­ga spodnie, na koń­cu uno­sząc bio­dra. Wsta­je, gasi świa­tło, zni­ka. Jak leży? Na ple­cach, brzu­chu czy na boku? A je­śli na boku, to na któ­rym? Obo­jęt­ne, też bym chciał. A małe anioł­ki? La­ta­ją nad jej ocza­mi i pil­nu­ją, żeby przy­pad­kiem ich nie otwo­rzy­ła? Przed mo­imi la­ta­ją ćmy, któ­rych peł­no, bo prze­cież naj­ja­śniej jest pod la­tar­nią.

Zjeż­dżać? Zjeż­dżam, za­trzy­mu­ję się, a może się prze­bu­dzi? Wsta­nie, pój­dzie do ła­zien­ki i wró­ci? I wra­ca­jąc, spoj­rzy w okno? Wspi­nam się, tkwię, nie, to nie ma sen­su, zjeż­dżam. A je­śli za­pa­li świa­tło, zo­ba­czy, któ­ra go­dzi­na, i zga­si? I spoj­rzy w okno, a mnie już nie bę­dzie? Nie, będę, wspi­nam się, i tkwię. Fakt, że na­gle otwie­ram oczy, świad­czy o tym, że mu­sia­łem je za­mknąć. W po­ko­ju wi­dzę świa­tło! Star­sza pani ście­li łóż­ko, klę­ka, mo­dli się i kła­dzie, za­sną­łem, ale na kil­ka­dzie­siąt lat?! Śpiąc, opu­ści­łem się nie­co, je­stem na wy­so­ko­ści pierw­sze­go pię­tra, Mu­nia prze­cież na dru­gim. Wspi­nam się, tkwię, my­śli la­ta­ją mi w gło­wie jak ćmy wo­kół niej.

– Co ty tu ro­bisz?

To jej głos. Stoi nade mną, w ręku trzy­ma tor­bę z książ­ka­mi. Leżę na zie­mi wo­kół la­tar­ni jak wąż stra­żac­ki. Pod­no­szę się, pro­stu­ję, za­da­nie wca­le nie ta­kie pro­ste, cia­ło nie chce.

– Za wcze­śnie wy­sze­dłem do szko­ły – to mój głos – i spać mi się po dro­dze za­chcia­ło – to też mój głos – no i po­ło­ży­łem się.

– No to chodź, idzie­my, bo póź­no – to jej głos, i py­ta­nie też jej: – A two­ja tor­ba?

Po­wie­dzia­łem, że za­po­mnia­łem, że wró­cę po nią do domu. Było póź­no, za póź­no.

– Mam nowy ze­szyt, po­ży­czę ci, chodź.

Chodź, jak