Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzy panny młode - Cynthia Ellingsen

Ta książka to prawdziwa gratka dla fanów Emily Giffin i Jennifer Weiner.

Ciepła opowieść o trzech kobietach: babce, matce i córce, które na pewnym przyjęciu weselnym złapały bukiet panny młodej. Jak się można było spodziewać, to wydarzenie odmieniło życie każdej z nich. Tematem powieści są pierwsze miłości i drugie szanse, przyglądamy się trzem pokoleniom panien młodych i dowiadujemy się, że miłość zawsze jest lepsza, gdy można się nią dzielić z rodziną.

Opinie o ebooku Trzy panny młode - Cynthia Ellingsen

Fragment ebooka Trzy panny młode - Cynthia Ellingsen

Cyn­thia El­ling­sen

Trzy Pan­ny Młode

Tłuma­cze­nie: Paweł Ro­jew­ski

Tytuł ory­gi­nału: Mar­ria­ge Mat­ters

Out­so­ur­cing wy­daw­ni­czy – Ro­bo­to Trans­la­tion:

Tłuma­cze­nie: Paweł Ro­jew­ski

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ani­ta Wid­man-Drze­wiec­ka

Skład: Ja­cek Go­lia­tow­ski

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Co­py­ri­ght © 2013 by Cyn­thia El­ling­sen

Zdjęcie na okładce © Neu­stoc­ki­ma­ges / Istock­pho­to.com

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal 2014

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2014

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 828 98 08 oraz 22 894 60 54

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-480-1

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

All ri­ghts re­se­rved

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Krzysz­tof Ta­la­rek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Mo­jej mat­ce

Część pierw­sza

Roz­dział 1

Chloe McCal­li­ster nie nosiła się zbyt ele­ganc­ko. Naj­le­piej czuła się w dżin­sach, luźnym t-shir­cie i spor­to­wych bu­tach. Jej mat­ka i bab­ka wie­działy o tym do­sko­na­le, toteż miały niezły ubaw, ob­ser­wując cier­pie­nie dziew­czy­ny, gdy prze­mie­rzała ka­mie­nistą plażę w wy­twor­nej su­kien­ce i bu­tach na wy­so­kim ob­ca­sie.

– Wy­obraź so­bie, że to wy­bieg dla mo­de­lek – krzyknęła do niej bab­cia. – Po­sta­raj się!

– Dasz radę! Je­steśmy już pra­wie na miej­scu! – wtórowała jej mat­ka Chloe.

Dziew­czy­na za­trzy­mała się gwałtow­nie. Jak to pra­wie na miej­scu? Stały nad brze­giem je­zio­ra Mi­chi­gan, a w zasięgu wzro­ku nie dało się za­uważyć nic, co mogłoby su­ge­ro­wać, że gdzieś tu odbędzie się ja­kie­kol­wiek przyjęcie we­sel­ne. Właści­wie poza me­wa­mi, które nur­ko­wały w wo­dzie w po­szu­ki­wa­niu pożywie­nia, nic się tu nie działo. Chloe miała tyl­ko na­dzieję, że pta­szy­ska będą bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ne ry­ba­mi niż jej srebrną spinką, utrzy­mującą jako taki porządek na jej głowie pełnej nie­sfor­nych loków.

Żałowała, że nie spa­ko­wała się wcześniej, za­miast w ostat­niej chwi­li chwy­tać przy­pad­ko­we ubra­nia, które wy­da­wały się od­po­wied­nie na tę okazję, i upy­chać je byle jak w wa­liz­ce. W efek­cie su­kien­ka, którą te­raz miała na so­bie, była o roz­miar za mała i moc­no krępowała jej ru­chy. Do tego wszyst­kie­go za­po­mniała wziąć wy­god­ne buty, dla­te­go mu­siała włożyć szpil­ki bab­ki. Nie­ste­ty, Chloe miała pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­we ob­ca­sy nie­ko­niecz­nie do­da­wały jej uro­ku.

Wes­tchnęła. Nie miała ocho­ty brać udziału w całym tym przed­sta­wie­niu. Od daw­na była zda­nia, że lu­dziom po­prze­sta­wiało się w głowach; wymyślali co­raz to nowe atrak­cje, byle tyl­ko ich ślub był wyjątko­wy. Skut­kiem tego Chloe zna­lazła się dziś na ta­kim pust­ko­wiu. I wca­le jej się to nie po­do­bało.

Ona sama pla­no­wała, gdy­by kie­dyś jed­nak ktoś po­pro­sił ją o rękę, że uro­czy­stość we­sel­na będzie nie­zwy­kle skrom­na. Ślub odbędzie się w małym koście­le, a gośćmi będą naj­bliżsi zna­jo­mi i oczy­wiście ro­dzi­na. Przede wszyst­kim jed­nak na no­gach będzie miała płaskie, wy­god­ne, choć ele­ganc­kie buty. Żad­nych szpi­lek. Tego była pew­na.

Tak, za­pla­no­wała wszyst­ko w naj­drob­niej­szych szczegółach, na­wet to, że kie­dy będzie tańczyć z oj­cem, po­pro­si o jakiśszyb­szy kawałek. Zde­cy­do­wała już na­wet, jaki będzie smak tor­tu we­sel­ne­go.

Lubiła snuć ta­kie wi­zje przyszłości, choć w grun­cie rze­czy do­brze wie­działa, że jej fan­ta­zje nie mają szans na szybką re­ali­zację. Zwłasz­cza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ostat­ni raz szczegóły ana­to­micz­ne mężczy­zny wi­działa na teście z bio­lo­gii jesz­cze w cza­sie stu­diów.

– Chodź, Chloe! – krzyknęła mat­ka. – Ten ślub odbędzie się z nami lub bez nas, a sko­ro do­tarłyśmy aż tu­taj, to może jed­nak war­to się po­spie­szyć.

– Nie zro­bię tego, dopóki nie po­wie­cie, dokąd idzie­my!

Mat­ka i bab­ka spoj­rzały na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czoi Chloe po­czuła dziw­ny nie­pokój, który po krótkiej chwi­li prze­ro­dził się w pa­nikę, gdy bab­cia, ni­czym pro­wadząca te­le­tur­niej, wska­zała na grupę lu­dzi w ko­lo­ro­wych suk­niach i gar­ni­tu­rach kha­ki stojących pod ukwie­co­nym łukiem, który­znaj­do­wał się na sa­mym szczy­cie wy­dmy. Chloe zaczęła żałować, że kawa w ho­te­lu nie była do­pra­wio­na czymś moc­niej­szym niż śmie­tan­ka.

Zdjęła bezużytecz­ne w tej sy­tu­acji buty i ru­szyła przez skały, do­ga­niając ro­dzinę.

– Mamo – wes­tchnęła, chwy­tając roz­grzaną dłoń Kri­sti­ne. – Myślałam, że idzie­my na ślub, a nie na ca­sting do „Roz­bit­ka”.

– Nie ma­rudź. To uro­czy spa­cer. – Kri­sti­ne zajęta była właśnie od­ga­nia­niem ol­brzy­mie­go owa­da, który uparł się, że usiądzie jej na czub­ku nosa. Mimo to nie po­dzie­lała nie­po­ko­ju córki. – Są tu na­wet ka­mie­nie Pe­to­skey. Spójrz. – Wska­zała na po­kry­ty wzor­kiem ka­mień w wo­dzie. – Wzór po­ja­wia się, tyl­ko kie­dy są mo­kre.

– Fa­scy­nujące – po­wie­działa znu­dzo­na Chloe i zadrżała. Do­pie­ro te­raz za­uważyła apa­rat fo­to­gra­ficz­ny na szyi mat­ki oraz eg­zem­plarz „Wiel­kich tras wędrow­nych Północ­ne­go Mi­chi­gan” w jej ręce. – Za­tem tyl­ko my je­steśmy ta­ki­mi fra­jer­ka­mi, że wy­brałyśmy opcję spa­ce­rową? Za­pla­no­wałyście tę trasę spe­cjal­nie! A ja, w prze­ci­wieństwie do was, wca­le nie mam ocho­ty kon­tem­plo­wać piękna przy­ro­dy!

Bab­cia zaśmiała się głośno. June, jak zwy­kle eks­cen­trycz­na, miała na so­bie suk­nię z długi­mi ręka­wa­mi, uszytą z ja­kie­goś błyszczącego ma­te­riału, ogrom­ne oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne i dziw­ny ka­pe­lusz – przy­po­mi­nający trochę psz­cze­lar­ski. Zdjęła go i po­ma­chała nim w stronę córki i wnucz­ki.

– Po­win­niśmy jak naj­szyb­ciej napić się drin­ka. Może le­piej byłoby jed­nak wrócić do ho­te­lu?

– Na­resz­cie – Chloe od­garnęła włosy z prze­po­co­nej szyi – ktoś tu mówi rozsądnie. – Uchwy­ciła spoj­rze­nie mat­ki i sko­men­to­wała:

– Nie patrz tak! Pan młody to jakaś piąta woda po ki­sie­lu, ostat­ni raz wi­działa go, kie­dy miałam dzie­sięć lat. Wca­le nie mam ocho­ty na ten ślub…

– Chloe! Śluby są ta­kie wzru­szające. – Kri­sti­ne uniosła oku­la­ry, ujaw­niając swe ja­sno­nie­bie­skie oczy. – Są ma­gicz­ne. Są…

– Są pra­wie tak strasz­ne, jak wa­len­tyn­ki. – Chloe wska­zała na ser­decz­ny pa­lec, którego oczy­wiście nie zdo­bił żaden pierścio­nek ani obrączka. – I przy­po­mi­nają mi, że umrę sa­mot­na.– Jej głos przy­brał te­raz nie­co iro­niczną barwę.

June pogłaskała ją de­li­kat­nie po ple­cach.

– Nie umrzesz sa­mot­na. Masz nas.

– Za­tem muszę prze­ko­nać ja­kie­goś mężczyznę, żeby nie tyl­ko za­ko­chał się we mnie do sza­leństwa, ale żeby za­ak­cep­to­wał też cie­bie i mamę?

– Oczy­wiście – przy­taknęła June. – Trzy w jed­nym. In­ne­go wyjścia nie prze­wi­duję.

– Nic się nie martw, na pew­no kogoś znaj­dziesz. – Kri­sti­ne po­pra­wiła nie­sfor­ny ko­smyk włosów Chloe. – Mu­sisz się tyl­ko trochę po­sta­rać. Sta­now­czo za dużo pra­cu­jesz. Nie masz cza­su na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi, nie ma się co dzi­wić, że nie po­znałaś ni­ko­go in­te­re­sującego.

Rze­czy­wiście. Stu­dia po­dy­plo­mo­we, staż, pra­ca na pół eta­tu spra­wiły, że Chloe le­d­wo miała chwilę na złapa­nie od­de­chu, a co do­pie­ro na rand­ki. Już zna­le­zie­nie cza­su na wy­jazd na ten ślub było niezłym wy­zwa­niem or­ga­ni­za­cyj­nym.

– Prawdę mówiąc, wca­le mi na tym nie zależy. Lubię spędzać czas tyl­ko z wami – stwier­dziła. – Przy­najm­niej je­steście za­baw­ne. Wątpię, żeby zna­lazł się mężczy­zna, który po­tra­fiłby mnie tak rozśmie­szyć.

– To aku­rat praw­da – skon­sta­to­wała June i, jak­by chcąc to po­twier­dzić, wska­zała na sam szczyt wy­dmy. – Ści­ga­my się– oznaj­miła i nie cze­kając na re­akcję wnucz­ki, puściła się bie­giem. Każdy jej krok wzbi­jał tu­ma­ny pia­chu.

– Da­lej, po­ko­nasz ją. – Kri­sti­ne po­pchnęła córkę.

Chloe po­pra­wiła oku­la­ry. Jakoś nie mogła się zde­cy­do­wać.

– Nie chcę się spo­cić. Niech bie­gnie… Może do­sta­nie zawału i będzie­my miały spokój.

June po­ko­nała spo­ry dy­stans, za­nim się odwróciła. Widząc, że wnucz­ka nie podążyła za nią, za­trzy­mała się, krzycząc coś do córki i wnucz­ki.

– Wątpię, żeby jej coś było – od­parła Kri­sti­ne. Jedną ręką upięła włosy w kok. – Poza tym, o ile mnie słuch nie myli, na­zy­wa cię tchórzem.

Chloe przy­gryzła wargę. Bolały ją sto­py. Pia­sek do­sta­wał się dosłownie wszędzie i czuła ogrom­ne zniechęce­nie. Wca­le nie miała ocho­ty biec za bab­cią.

– No da­lej! – June odwróciła się i po­ma­chała ka­pe­lu­szem.

– Dość tego. – Chloe podała buty mat­ce i ru­szyła przed sie­bie, chcąc do­biec do szczy­tu wy­dmy jesz­cze przed babką.

Kie­dy Kri­sti­ne tam do­tarła, Chloe i June sie­działy na krzesłach, ciężko dysząc. Kwar­tet jaz­zo­wy grał ja­kieś ro­man­tycz­ne me­lo­die, a kel­ne­rzy krążyli po oko­li­cy z ta­ca­mi pełnymi szkla­nek z zimną wodą.

Kri­sti­ne rozglądała się do­okoła z po­dzi­wem w oczach.

– Pięknie tu.

Biały pia­sek wydm i je­zio­ro Mi­chi­gan roz­ciągały się aż po ho­ry­zont, tworząc ide­al­ne tło dla uro­czy­stości, która miała się tu za chwilę odbyć. Na skra­ju wzgórza stały rzędy białych krze­seł roz­dzie­lo­ne sa­ty­no­wym dy­wa­nem, który wiódł do łuku ude­ko­ro­wa­ne­go czer­wo­ny­mi, różowy­mi i fioletowy­mi kwia­ta­mi. Rośliny kołysały się na wie­trze, a błękit­ne je­zio­ro błysz­czało w słońcu. Niewątpli­wie było to wy­ma­rzo­ne miej­sce na ślub. Ma­rze­nie każdej pan­ny młodej. Zakładając oczy­wiście, że nie zjadły jej ner­wy.

Kri­sti­ne do­sko­na­le pamiętała, jak czuła się, stojąc przed ołta­rzem w białej suk­ni. Cała drżała z eks­cy­ta­cji, nie­po­ko­ju i wrażeń.

– Je­steś tego pew­na? – spy­tał wte­dy Ke­vin, drocząc sięz nią jesz­cze.

Do­tyk jego dłoni uspo­koił ją jed­nak i po­czuła przypływ miłości, ja­kie­go nig­dy wcześniej nie doświad­czyła.

– Spo­tkałam miłość swo­je­go życia – pomyślała.

Za­ru­mie­niła się na to wspo­mnie­nie. Była wte­dy taka niemądra i dzie­cin­na. Tak, miała szczęście przeżyć z Ke­vi­nem wie­le pięknych, pełnych pa­sji lat, cze­go wie­lu oso­bom nie dane było doświad­czyć. Ale w końcu, jak wszyst­ko, ich małżeństwo utra­ciło swój blask, płomień miłości przy­gasł.

Po­wo­dem nie było wca­le ja­kieś kon­kret­ne wy­da­rze­nie, ra­czej co­dzien­ność, która pod­ko­py­wały fun­da­men­ty małżeństwa. Chloe do­rosła i poszła na stu­dia, miała swo­je życie, Ke­vin stra­cił po­sadę, a ona otwo­rzyła własną firmę. Kie­dy jej mążzna­lazł wresz­cie pracę, oka­zało się, że wy­ma­ga się od nie­go go­to­wości do podróżowa­nia. Co­raz rza­dziej bywał w domu. To oczy­wiście miało ogrom­ny wpływ na ich re­la­cje. Wi­dzie­li się co­raz rza­dziej i, Kri­sti­ne co­raz częściej miała ta­kie wrażenie, od­da­la­li od sie­bie.

Na przykład w ten week­end wy­pa­dała ich dwu­dzie­sta piąta rocz­ni­ca ślubu, a oni na­wet nie pla­no­wa­li spędzić jej ra­zem. Nie była to oczy­wiście ni­czy­ja wina. Po pro­stu tak jakoś wyszło. Kri­sti­ne mu­siała je­chać na ślub, a Ke­vin jak zwy­kle dokądś le­ciał. Tak na­prawdę żadne nie pamiętało, że rocz­ni­ca wy­pa­da w naj­bliższą so­botę. Zo­rien­to­wa­li się, gdy było już za późno. Po­tem mo­gli już tyl­ko uda­wać, że nie sta­no­wi to dla nich pro­ble­mu.

– No tak – stwier­dził Ke­vin. – Nie wia­do­mo kie­dy sta­liśmy się sta­rym, do­brym małżeństwem.

Na wspo­mnie­nie jego słów uśmiechnęła się sztucz­nie. Przy­kro było myśleć, że te dni, kie­dy li­czyło się tyl­ko wspólne ogląda­nie za­chodów słońca i przy­tu­la­nie, minęły bez­pow­rot­nie. Prze­rażeniem na­pa­wała ją myśl, że jeśli nie będą ostrożni, wszyst­ko to, co ra­zem przez lata two­rzy­li, może wkrótce zo­stać spi­sa­ne na stra­ty. W jej oczach po­ja­wiły się łzy.

Chloe na­tych­miast to za­uważyła i trącając de­li­kat­nie June, po­wie­działa:

– Mama zno­wu się wzru­szyła.

Rze­czy­wiście, zda­rzało się jej to bar­dzo często. Od lat cała ro­dzi­na dro­czyła się z Kri­sti­ne, żar­tując, że po­tra­fi płakać z byle po­wo­du. Do ckli­we­go wzru­sze­nia mogły ją do­pro­wa­dzić na­wet re­kla­my. Chloe często wspo­mi­nała chwi­le, gdy mama od­pro­wa­dzała ją do przed­szko­la. Pod­czas gdy ro­dzi­ce jej rówieśników po­cie­sza­li swo­je roz­hi­ste­ry­zo­wa­ne po­cie­chy, ona sama mu­siała po­cie­szać mamę.

– Nie, nie płaczę – od­parła szyb­ko Kri­sti­ne. – Po pro­stu coś wpadło mi do oka. Pew­nie ten pia­sek.

Nie lubiła kłamać, ale też wca­le nie miała za­mia­ru przy­zna­wać, że z jej małżeństwem jest coś nie tak, zwłasz­cza swo­jej mat­ce. June nie spoczęłaby, dopóki nie usta­liłaby pla­nu­na­praw­cze­go, który po­zwo­liłby roz­wiązać pro­blem małżeński jej córki. Tego dnia jed­nak Kri­sti­ne, bar­dziej niż zwy­kle, chciała cie­szyć się piękną po­godą i wspa­niałymi wi­do­ka­mi.Jeśli mu­siała uda­wać, że wszyst­ko gra, to trud­no. Uśmiechnęła się więc i spy­tała:

– Może po­szu­ka­my so­bie miejsc?

June wstała i wska­zała nie­dużą przy­czepę przy par­kin­gu.

– Pro­po­nuję, żebyśmy naj­pierw po­pra­wiły ma­ki­jaż. Te to­a­le­ty wyglądają przy­zwo­icie.

Kri­sti­ne odwróciła się w kie­run­ku wska­zy­wa­nym przez matkę. Do­strzegła przy­czepę gdzieś na końcu wy­zna­czo­ne­go te­re­nu we­sel­ne­go. Zro­biła kil­ka kroków w tę stronę, ale po chwi­li zwątpiła. Tuż obok przy­czepy stała grup­ka dziew­czyn w różowych suk­niach. Roz­ma­wiały z mężczy­zna­mi w gar­ni­tu­rach ozdo­bio­nych szar­fa­mi.

– Mamo, nie. To przy­cze­pa pan­ny młodej – po­wie­działa.– Jeśli chcesz przy­pu­dro­wać nos, mu­sisz to zro­bić tam – wska­zała na rząd prze­nośnych to­a­let. Stały tuż przy par­kin­gu i można było od­nieść wrażenie, że pa­ro­wały.

– O ile do­brze pamiętam – stwier­dziła osten­ta­cyj­nie June – otrzy­małam za­pro­sze­nie na ślub, a nie na kem­ping. Żądam więc łazien­ki z kli­ma­ty­zacją i bieżącą wodą.

Chloe uśmiechnęła się pod no­sem i trąciła bab­cię ra­mie­niem.

– Nie de­ner­wuj się tak bar­dzo, to gro­zi zawałem – wy­szep­tała prze­kor­nie.

W oczach star­szej pani po­ja­wił się po­dej­rza­ny błysk.

– Poza tym źle się czuję. – Mówiąc to, June te­atral­nym ge­stem wa­chlo­wała się swo­im ka­pe­lu­szem. – Chy­ba do­stałam porażenia słonecz­ne­go. A może to stan przed­za­wałowy. Ko­niecz­nie muszę się schłodzić. I to w ja­kichś przy­zwo­itych wa­run­kach!

Kri­sti­ne wes­tchnęła z dez­apro­batą. Do­brze wie­działa, że jej mat­ka uwiel­biała za­cho­wy­wać się tak, jak­by żadne za­sa­dy jej nie do­ty­czyły i, co gor­sza, za­wsze wciągała w to Chloe.

– Przy­kro mi – od­parła Kri­sti­ne – ale muszę być sta­now­cza. Po pro­stu nie możecie…

Nim jed­nak dokończyła zda­nie, jej mat­ka i córka kie­ro­wały się już w tamtą stronę. Wyglądały ra­zem tak śmiesz­nie – jed­na nie­zwy­kle wy­so­ka i szczupła, dru­ga maleńka, ale, jak na swój wiek, zgrab­na i rześka. Obie szły nie­zwy­kle zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, który su­ge­ro­wał, że nie mają za­mia­ru zre­zy­gno­wać z wygód.

– Nie do wia­ry – wy­mam­ro­tała Kri­sti­ne do sie­bie.– To na pew­no skończy się jakąś awan­turą. Stwier­dziw­szy to, ru­szyła na­tych­miast za nimi. Miała na­dzieję, że zdąży je do­go­nić i za­po­biec nieszczęściu.

Gdy June otwo­rzyła drzwi, jej po­licz­ki owiało chłodne, przy­jem­ne po­wie­trze. Od razu po­czuła się le­piej. Na­prawdę za­czy­nała po­dej­rze­wać, że może umrzeć z gorąca. Obej­rzała się, by spraw­dzić, co robią Kri­sti­ne i Chloe. Stały z tyłu w ko­ry­ta­rzu i June pomyślała, że wyglądają, jak­by się cze­goś bały. Nie po­dzie­lała ich obaw. Łazien­ka była po pro­stu uro­cza. No, może trochę za bar­dzo pach­niała la­kie­rem do włosów i per­fu­ma­mi, ale cóż, nie można być zbyt wy­bred­nym.

– Chodźcie! – stwier­dziła wesoło June. – To sta­now­czo le… – urwała na­gle. Wy­da­wało się jej , że ktoś płacze. Zmrużyła oczy, nasłuchując. Do­pie­ro po chwi­li do­strzegła ko­bietę w bie­li.

Pan­na młoda stała, w ręku trzy­mając bu­kiet, i łkała żałośnie, jak gdy­by za chwilę miało jej pęknąć ser­ce. Poza tym wyglądała ide­al­nie. Miała na so­bie piękną, roz­klo­szo­waną suk­nię. Ka­ska­da kręco­nych blond włosów spięta była perłowy­mi grze­by­ka­mi, wpiętymi w fal­ban­ko­wy we­lon. Na­wet jej ma­ki­jaż, który z pew­nością był wo­do­od­por­ny, wyglądał nie­na­gan­nie.

Chloe na­gle wpadła na June.

– Bab­ciu! Co ty… o, nie.

– Mamo! – June po­czuła, że ktoś ciągnie ją za rękę.– Chodźmy stąd… Na­tych­miast!

Ko­bie­ta jed­nak nie za­mie­rzała ustępować. Szyb­ko uznała, że los nie bez po­wo­du po­kie­ro­wał ją właśnie tu­taj. Wy­sunęła się do przo­du. Z pudła przy lu­strze wyjęła kil­ka chu­s­te­czek.

– Pan młody się prze­stra­szył? – spy­tała.

Była już na wie­lu we­se­lach, pod­czas których za­miast młodych po­ja­wia­li się ich ro­dzi­ce bądź świad­ko­wie, oświad­czając, że „młodzi się, nie­ste­ty, roz­myślili”.

Dziew­czy­na aż pod­sko­czyła za­sko­czo­na tym, że ktoś jesz­cze tu jest, zdołała jed­nak od­po­wie­dzieć:

– Nie, nie roz­myślił się… Ale ja chy­ba tak.

June drgnęła. Wy­da­wało jej się nie­wia­ry­god­ne, że ktoś poświęca tyle uwa­gi i ener­gii, aby mieć naj­piękniej­sze przyjęcie ślub­ne, a nie od­po­wie­dział so­bie wcześniej na py­ta­nie, czy na pew­no chce być z drugą osobą.

Nie namyślając się długo, po­wie­działa, co myśli. W tym mo­men­cie do ak­cji wkro­czyła Kri­sti­ne. Na jej pie­go­wa­tej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz zażeno­wa­nia.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa. – Mat­ka źle się po­czuła, ale już so­bie idzie­my. Proszę się nie przej­mo­wać tym, co mówi.

Zno­wu pociągnęła June za ramię. Ta aż chwy­ciła się bla­tu stołu, aby utrzy­mać równo­wagę.

– Prze­stań – ode­zwała się, gdy Kri­sti­ne udało się cofnąć ją o dwa kro­ki. – Ja po pro­stu…

– Ma rację – od­parła pan­na młoda. Do­tknęła de­li­kat­nie płatków róż ze ślub­ne­go bu­kie­tu, po czym usiadła na białym, wi­kli­no­wym stołku. – Ma świętą rację.

– Na­prawdę? – Kri­sti­ne puściła matkę.

June prychnęła, pro­stując się. Oczy­wiście, że tak. Nie­ważne, czy jej córka chciała to przy­znać, czy nie, June za­wsze wie­działa le­piej od in­nych, co jest dla nich do­bre.

– Ma­rzyłam o ślu­bie, odkąd byłam dziew­czynką. – Pan­na młoda pociągnęła no­sem. – A te­raz, kie­dy nad­szedł… nie jest tak, jak myślałam.

– Śluby stały się te­raz trochę… inne – ode­zwała się spo­koj­nym to­nem Chloe, ale Kri­sti­ne, na wszel­ki wy­pa­dek, żeby nie palnęła ja­kie­goś głupstwa, spoj­rzała na nią groźnie.

Pan­na młoda uśmiechnęła się.

– Za­wsze myślałam, że wyjdę za… – za­wa­hała się. – Cóż…

– Księcia – pod­po­wie­działa June. – Gwiazdę fil­mową. Pre­zy­den­ta.

– Strażaka. – Spoj­rze­nie pan­ny młodej pełne było bólu.– Wy­cho­wałam się nie­opo­dal re­mi­zy strażac­kiej i co noc słyszałam, jak wozy strażac­kie pędzą lu­dziom na ra­tu­nek. Myślałam, że wyjdę za kogoś ta­kie­go. Kogoś, kto… – po po­licz­ku ściekła jej ko­lej­na łza – mógłby mnie ura­to­wać. – Pan­na młoda pokręciła głową i zno­wu się rozpłakała. – To nie ma sen­su.

– Ma – od­parła June. – To zro­zu­miałe, że masz wątpli­wości. Po pro­stu chcesz się czuć bez­piecz­nie. – Wie­działa, co mówi. Kie­dy żył jej mąż, June za­wsze czuła się bez­piecz­nie. Naj­gor­sze było to, że tracąc go, czuła, że tra­ci je­dyną osobę, która mogła ją chro­nić.

Pan­na młoda potrząsnęła głową.

– Nie wiem, czy dam radę.

W ci­szy, która na chwilę za­padła, słychać było tyl­ko wen­ty­la­tor. W lu­strze June za­uważyła Chloe przy­gry­zającą wargę, jak gdy­by roz­ważała słowa dziew­czy­ny, oraz Kri­sti­ne, wpa­trującą się w swoją obrączkę.

– Każda pan­na młoda przez to prze­cho­dzi – stwier­dziła June. – Czy to pół roku przed ślu­bem, dwa dni wcześniej, czy na­wet w sam wiel­ki dzień za­wsze po­ja­wiają się łzy, żal, wątpli­wości. Uwierz mi, to się zda­rza. Sama też miałam ochotę wy­co­fać się tuż przed swo­im ślu­bem...

– Na­prawdę? – zdzi­wiła się Kri­sti­ne. – Nig­dy o tym nie mówiłaś.

June uśmiechnęła się.

– Pro­siłam na­wet matkę, żeby posłała mnie do za­ko­nu.Ale ta pogłaskała mnie tyl­ko po po­licz­ku i od­parła z uśmie­chem: „To kiep­ski po­mysł”.

Chloe zaśmiała się.

– Miała słuszność.

– Za­miast tego wyszłam za mąż – June wska­zała na córkę i wnuczkę. – I po la­tach muszę przy­znać, że była to naj­lep­sza de­cy­zja w moim życiu.

Pan­na młoda spoj­rzała na pierścio­nek zaręczy­no­wy. Zza drzwi do­bie­gały ich śmie­chy i roz­mo­wy dru­hen.

– Jeśli na­prawdę chcesz odwołać ten ślub – June sta­rała się prze­ma­wiać łagod­nie – nie po­win­naś tego robić sama. Po­wi­nien być przy to­bie ktoś bli­ski. Jakiś przy­ja­ciel.

Chloe przy­taknęła.

– Mam zawołać twoją druhnę?

– Nie – od­parła pan­na młoda. – To właśnie jest naj­gor­sze.

– Dla­cze­go?

– Rob­bie to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Mogę z nim po­roz­ma­wiać o wszyst­kim, za­wsze mnie rozśmie­sza i wie, co po­wie­dzieć, kie­dy czuję się… – dziew­czy­na za­milkła. – No tak – wy­szep­tała.

– Ko­chasz go, praw­da? – spy­tała June.

Źre­ni­ce pan­ny młodej roz­sze­rzyły się.

– Tak.

Wstała i spoj­rzała na ko­bietę, uśmie­chając się szcze­rze.

– Tak!

– „Tak” po­wiesz przy ołta­rzu – zaśmiała się June. – Cze­ka cię za chwilę piękna uro­czy­stość.

– Na pew­no – dodała Kri­sti­ne.

– Po­win­naś za nie­go wyjść – przy­taknęła Chloe. – Jeśli to na­prawdę twój naj­lep­szy przy­ja­ciel.

June chwy­ciła ko­lejną chu­s­teczkę i wy­tarła lek­ko już roz­ma­za­ny tusz na twa­rzy dziew­czy­ny, a po­tem de­li­kat­nie ją po­pchnęła.

– Idź już.

Pan­na młoda ru­szyła ku drzwiom, ciągnąc za sobą białą suk­nię. Na­gle stanęła i chwy­ciła bu­kiet stojący w wa­zo­nie przy lu­strze.

– Miałam to zro­bić na we­se­lu, ale… – uśmiechnęła się do June. – Łap!

Za­nim ta zo­rien­to­wała się, co się dzie­je, bu­kiet le­ciał już w kie­run­ku jej twa­rzy. Wyciągnęła ręce, ra­czej by się osłonić, niż go złapać. Łodyżki ude­rzyły w jej rękę i po­czuła, jak jej pal­ce za­ci­skają się na kwia­tach. Ale na jej dłoniach spoczęły również dłonie Chloe i Kri­sti­ne. Zszo­ko­wa­na June spoj­rzała na bu­kiet różowych i białych róż oto­czo­nych gipsówką.

Pan­na młoda pisnęła.

– Będzie­cie następne! Wszyst­kie trzy!

Chloe za­chi­cho­tała.

– Eee, mam ja­kie­goś chłopa­ka, o którym nie wiem?

Kri­sti­ne potrząsnęła głową.

– Ja… mam już męża.

June uniosła brwi z nie­do­wie­rza­niem.

– To byłaby nie­spo­dzian­ka.

– Dziękuję. To było… – Pan­na młoda opuściła głowę, jak gdy­by zro­zu­miała po­wagę tego, co chciała zro­bić. Po chwi­li wy­pro­sto­wała się, uśmiechnęła do June i powtórzyła.

– Dziękuję.

Dziew­czy­na otwo­rzyła drzwi. Do przy­cze­py wpadło słońce, a na ho­ry­zon­cie ma­ja­czyło je­zio­ro Mi­chi­gan. Druh­ny zo­ba­czyły ją i po­ma­chały, roz­ma­wiając pod­nie­sio­ny­mi głosa­mi.

June wyciągnęła dłoń ni­czym odźwier­ny. Jej córka i wnucz­ka wciąż stały obok, w  rękach trzy­mały bu­kiet.

– Chodźcie – stwier­dziła June. – Do­wie­my się, o co cho­dzi z tymi ślu­ba­mi. I ostrze­gam, że za­mie­rzam się do­brze bawić.

Roz­dział 2

Otwo­rzyła oczy, głośno zie­wając. Wra­cały ze ślubu taksówką, która mknęła te­raz po Ken­ne­dy Expres­sway. June ci­cho po­chra­py­wała, oparłszy się na jej ra­mie­niu, a Kri­sti­ne przeglądała jakąś książkę. Chloe opuściła szybę, po­zwa­lając, by ciepły wiatr owiał jej twarz. Przyglądała się ma­jaczącemu na ho­ry­zon­cie cen­trum. Słońce od­bi­jało się od dra­pa­czy chmur złoty­mi i nie­bie­ski­mi re­flek­sa­mi. Cie­szyła się, że zno­wu jest w domu.

Ko­chała Chi­ca­go. Uwiel­biała gwar Ri­ver Walk, wyjątkową at­mos­ferę mia­sta, ulu­bio­ne klu­by, do których tak chętnie wpa­dała, by posłuchać mu­zy­ki, albo tar­gi sta­ro­ci, na których pra­wie za­wsze znaj­do­wała ja­kieś fan­ta­stycz­ne cuda. Gdy­by kie­dy­kol­wiek chciała opuścić to mia­sto, June i Kri­sti­ne z pew­nością nie po­zwo­liłyby jej na to.

Chloe zerknęła na matkę. Do­pie­ro te­raz do­strzegła, że przegląda prze­wod­nik. Wciąż próbowała do­wie­dzieć się cze­goś o Mi­chi­gan; gdy prze­wra­cała stronę, jej obrączka zalśniła w słońcu.

– Mamo – wy­szep­tała Chloe, sta­rając się nie obu­dzić June. – Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji rocz­ni­cy.

Kri­sti­ne uśmiechnęła się, spoglądając na córkę.

– Dwa­dzieścia pięć lat, dasz wiarę?

Chloe nie miała wątpli­wości, że choć jej ro­dzi­ce byli tak różni, to sta­no­wi­li ide­alną parę.

– Tata za­pro­sił cię na ko­lację?

Kri­sti­ne wygładziła swoją białą ko­szulę, która o dzi­wo, mimo długiej podróży, wciąż wyglądała na świeżą.

– Nie ma go w domu. Wy­le­ciał dziś.

Oj­ciec Chloe zaczął pracę jako me­nedżer re­gio­nal­ny fir­my obsługującej elek­trow­nie słonecz­ne po tym, jak po la­tach utra­cił po­przed­nią po­sadę. Chloe pomyślała, że podróżowa­nie czte­ry dni w ty­go­dniu mu­siało być męczące. Oj­ciec żar­to­wał, że przy­najm­niej ma okazję za­ja­dać się smażony­mi krążkami ce­bu­lo­wy­mi i pić piwo na lot­ni­skach, nie musząc wysłuchi­wać uwag Kri­sti­ne na te­mat złego odżywia­nia.

– Masz ja­kieś pla­ny na dziś? – spy­tała mat­ka.

Chloe zaśmiała się.

– Tak. Będę pra­co­wać.

Mu­siała jak naj­szyb­ciej skończyć dwie pra­ce za­li­cze­nio­we. Łącze­nie stu­diów i pra­cy skut­ko­wało co­raz częściej nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi. Ale nie na­rze­kała, zwłasz­cza że obro­na pra­cy dy­plo­mo­wej zbliżała się wiel­ki­mi kro­ka­mi. Kie­dy jej się to uda, za­cznie żyć nor­mal­nie. Przy­najm­niej miała taką na­dzieję.

Kie­dy taksówka za­trzy­mała się na czer­wo­nym świe­tle, June jęknęła przez sen. Chloe zaśmiała się, łapiąc bab­cię za ko­la­no.

– Żyjesz?

Star­sza pani półprzy­tom­na rozglądała się do­okoła. Po chwi­li przy­wołała ge­stem mężczyznę, który stał przy dro­dze i sprze­da­wał wodę. Po­grze­bała w to­reb­ce, po czym dała mu dwa­dzieścia do­larów.

– Trzy bu­tel­ki – ode­zwała się za­chryp­niętym głosem.– Resz­ta dla pana.

Mężczy­zna błyska­wicz­nym ru­chem podał trzy bu­tel­ki zim­nej wody.

– Och – jęknęła zno­wu June. – Myślałam, że umrę z pra­gnie­nia.

– To kara… Za dużo wypiłaś – stwier­dziła Chloe.

Po ślu­bie większość gości udała się do baru w cen­trum Tra­ver­se City. Chloe, która sama też się nieźle bawiła, jak przez mgłę pamiętała, że June stała na sto­le, wy­ma­chując bu­kie­tem ni­czym różdżką i krzycząc „Kto chce poślubić moją wnuczkę?”.

Dźwięk te­le­fo­nu oznaj­mił jej, że do­stała SMS.

– To twój chłopak? – spy­tała za­cie­ka­wio­na June, zaglądając jej przez ramię.

– Nie, to nie mój chłopak – od­parła Chloe, czy­tając wia­do­mość. – To Ben.

Odwróciła te­le­fon w stronę bab­ci, po­ka­zując jej treść wia­do­mości: „Kie­dy wra­casz do domu? Je­steś mi po­trzeb­na”.

– „Je­steś mi po­trzeb­na” – June cmoknęła, po­ka­zując te­le­fon Kri­sti­ne. – Wi­dzisz to?

– Czy to… coś ozna­cza? – Głos Kri­sti­ne był prze­pełnio­ny na­dzieją, co tyl­ko po­iry­to­wało Chloe.

Mat­ka za­wsze za­cho­wy­wała się, jak­by chciała, by Chloe za­ko­chała się w swo­im przy­ja­cie­lu z pod­stawówki. Oczy­wiście nie było na to żad­nych szans. Łączyła ich przy­jaźń i żadne z nich ra­czej nie za­mie­rzało tego zmie­niać. Ich kon­takt fi­zycz­ny ogra­ni­czał się więc do po­wi­tal­ne­go pocałunku. Co praw­da kie­dyś zda­rzyło się, że wy­pi­li ra­zem kil­ka piw i w pew­nym mo­men­cie zaczęli się całować, szyb­ko jed­nak opa­miętali się. Nig­dy o tym nie wspo­mnie­li w żad­nej roz­mo­wie, uznając, że nic się nie stało.

– Nie ro­zu­miem – Kri­sti­ne wyciągnęła z to­reb­ki orzesz­ki. – Dla­cze­go nie możecie być ra­zem?

June prychnęła, jak­by chcąc dać do zro­zu­mie­nia, że ro­zu­mie wnuczkę.

– Za­ra­bia na życie ry­so­wa­niem ob­razków. To nie byłaby do­bra par­tia…

– Jest gra­fi­kiem, bab­ciu. Te ob­raz­ki to pro­jek­ty.

– I to niezłe – dodała Kri­sti­ne, przy­ta­kując. – To Ben za­pro­jek­to­wał logo księgar­ni. Jest piękne.

Kie­dy Chloe zaczęła naukę w col­le­ge`u, Kri­sti­ne za­sko­czyła wszyst­kich, ku­pując księgar­nię spe­cja­li­zującą się w książkach podróżni­czych. Chciała mieć ja­kieś zajęcie, sko­ro nie poświęcała już tyle cza­su córce. Chloe, która początko­wo sądziła, że to kiep­ski po­mysł, te­raz nie po­sia­dała się z dumy, że jej mat­ka podjęła taką ini­cja­tywę.

– Bab­cia jest uprze­dzo­na do Bena. Niesłusznie.

– To nie­praw­da – June pokręciła głową. – Po­wie­działam tyl­ko, że to dziw­ne, żeby mężczy­zna za­ra­biał, ry­sując ob­raz­ki. To nie jest ma­te­riał na męża.

Chloe przewróciła ocza­mi.

– To do­brze, bo nie chcę wy­cho­dzić za Bena. Poza tym wszyst­ko wska­zu­je na to, że w naj­bliższej przyszłości nie będę miała cza­su na rand­ki. Za­tem nie ma na ra­zie na co cze­kać.

– Bzdu­ry – od­parła June. – Miłość znaj­dzie cię szyb­ciej, niż myślisz, Chloe. Jakiś szczęśli­wiec cię uwie­dzie, nie­za­leżnie od tego, czy ci się to po­do­ba.

– Uwie­dzie? – Chloe wy­po­wie­działa to słowo nie­mal z po­gardą. – Nie wiem na­wet, co to zna­czy. No i nie mam na to cza­su.

Aby to udo­wod­nić, wyjęła z to­reb­ki pla­ner.

Kri­sti­ne pokręciła głową, przyglądając się har­mo­no­gra­mo­wi.

– Nie wiem, jak so­bie z tym ra­dzisz.

– Dzięki ko­fe­inie – Chloe wrzu­ciła ka­len­darz z po­wro­tem do to­reb­ki. – Dzięki ogrom­nym ilościom ko­fe­iny.

– To nie­zdro­we – sko­men­to­wała Kri­sti­ne, jak­by po­czuła nagłą po­trzebę mat­ko­wa­nia. Jej po­ucze­nia, by jadła dużo wa­rzyw i nie brała nar­ko­tyków po­ja­wiały się jak zwy­kle w naj­mniej od­po­wied­nich mo­men­tach.

– Mamo, ko­fe­ina mnie z pew­nością nie za­bi­je.

– Ale sa­mot­ność może cię zabić – od­parła June. – Dziew­czy­na w two­im wie­ku po­win­na cho­dzić na rand­ki, bawić się. Tak to po­win­no wyglądać. Je­stem prze­ko­na­na, że pew­ne­go dnia kogoś znaj­dziesz.

Kri­sti­ne zaśmiała się, mówiąc.

– A wówczas ty oznaj­misz, że nie zasługu­je na twoją wnuczkę.

Chloe mil­czała. Kie­dy taksówka w końcu za­trzy­mała się przed jej miesz­ka­niem, uśmiechnęła się.

– Było świet­nie – po­wie­działa wesoło. – Do zo­ba­cze­nia.

Po uści­skach, całusach i obiet­ni­cach zdzwo­nie­nia się następne­go dnia Chloe wresz­cie wy­siadła i ru­szyła do swo­je­go miesz­ka­nia.

– Dzięki Bogu – wes­tchnęła pod no­sem. Lubiła spędzać czas z ro­dziną, ale zda­rzało się, że mat­ka i bab­ka często ją swą nad­mierną cie­ka­wością iry­to­wały.

Chloe prze­rzu­ciła torbę przez ramię i zaczęła wcho­dzić po scho­dach. Swo­je miesz­ka­nie, w pew­nym sen­sie, za­wdzięczała Be­no­wi, który za­dzwo­nił do niej, gdy tyl­ko jego sąsiad zde­cy­do­wał się na prze­pro­wadzkę. Może i na klat­ce scho­do­wej pach­niało trochę ce­bulą, a win­da była nie­czyn­na, odkąd się tu wpro­wa­dziła, ale jed­nym z wie­lu plusów miesz­ka­nia był fakt, że miesz­kała tuż obok swo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la.

Nie zdążyła jesz­cze wyjąć klu­czy z to­reb­ki, gdy otwo­rzyły się drzwi miesz­ka­nia Bena. Miał na so­bie fla­ne­lo­we spodnie od piżamy i nie­bie­ski t-shirt.

– Hej! – Chłopak wyglądał na po­de­ner­wo­wa­ne­go. – Pisałem do cie­bie. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin! – De­spe­rac­ko za­ma­chał przed nią bu­telką szam­pa­na i kie­lisz­ka­mi.

– Uro­dzin? – za­py­tała zdzi­wio­na. Jej uro­dzi­ny były prze­cież trzy mie­siące temu.

Do­pie­ro wte­dy za­uważyła, że za chłopa­kiem ktoś stoi. Naj­pierw do­strzegła szczupłe ramię, a po­tem całą po­stać. Dziew­czy­na miała na so­bie ko­szulę Bena. Jej blond włosy były w nieładzie. Za­pew­ne cier­piała na nie­na­tu­ralną fa­scy­nację Tay­lor Swift.

– Hej – ode­zwała się dziew­czy­na lo­do­wa­tym to­nem.

– Chloe, to Sher… Shan­non. Wiem, że obie­całem ci, że ra­zem uczci­my two­je uro­dzi­ny, ale jak wi­dzisz… je­stem bar­dzo zajęty….– Dziew­czy­na uszczypnęła Bena. – Chy­ba że…– spoj­rzał na Chloe wzro­kiem de­spe­ra­ta – chcesz to przełożyć? Wiesz, chciałbym spędzić z nią trochę więcej cza­su. Ale sko­ro obie­całem, że spędzę z tobą uro­dzi­ny…

Słysząc to, dziew­czy­na pocałowała Bena w czoło. Ten za­ma­chał rękami; sce­na przy­po­mi­nała Chloe pro­gram o ry­tuałach go­do­wych mo­dli­szek, który wi­działa na Di­sco­ve­ry. Miała na­dzieję, że Ben to przeżyje. Otwo­rzył oko i zno­wu posłał jej de­spe­rac­kie spoj­rze­nie.

No do­brze. Pomoże mu. Jak za­wsze. Dra­ma­tycz­nie upuściła to­rebkę.

– Nie możemy przełożyć mo­ich uro­dzin! Obie­całeś! Jako… – szyb­ko za­sta­no­wiła się, jaki znak zo­dia­ku pa­su­je – …praw­dzi­wy zo­dia­kal­ny Lew nie mogę się na to zgo­dzić.

Dziew­czy­na prze­stała go całować i spoj­rzała na Chloe.

– Myślałam, że kie­dy człowiek się sta­rze­je, to woli igno­ro­wać swo­je uro­dzi­ny.

„Ze­sta­rze­je? Kto tu niby jest sta­ry?”

– Ile mam według cie­bie lat? – spy­tała obu­rzo­na.

– Nie mam pojęcia, ale… – Dziew­czy­na ob­rzu­ciła ją po­gar­dli­wym spoj­rze­niem. – Czter­dzieści?

Ben zaśmiał się głośno, po czym zaczął głośno kasz­leć.

– Za­raz będzie­my świętować. Daj mi chwilę.

– Miło było cię po­znać – po­wie­działa Chloe do dziew­czy­ny. – Pew­nie będzie­my się częściej wi­dy­wać – na­chy­liła się i wy­szep­tała:

– Ben jest nieśmiały, jeśli do cie­bie nie za­dzwo­ni, ty to zrób ko­niecz­nie. Dzwoń, póki nie od­bie­rze.

Uśmiechnęła się do nie­go trium­fal­nie i weszła do miesz­ka­nia, za­my­kając drzwi.

„Czter­dzieści! Ja­sna cho­le­ra” – myślała. Miała do­pie­ro dwa­dzieścia pięć lat! Wyciągnęła lu­ster­ko z to­reb­ki. Przyj­rzała się so­bie i po chwi­li doj­rzała drobną linię między brwia­mi; no do­brze, pew­nie mogłaby bar­dziej o sie­bie dbać, ale bez prze­sa­dy. Z pew­nością nie wyglądała na tyle lat!

Usłyszała dźwięk dzwo­necz­ka i po chwi­li o jej nogi otarła się Whi­skers. Chloe wzięła kotkę na ręce, spoglądając zamyślona przez okno.

Wi­dok na tory ko­lei miej­skiej za­wsze spra­wiał na niej przy­kre wrażenie. Żeby nie mu­sieć na to pa­trzeć, po­wie­siła w oknie białe zasłony. Do­da­wały uro­ku białym półkom, pełnym książek o sztu­ce, cza­so­pism i roślin. Na środ­ku po­ko­ju stała tur­ku­so­wa ka­na­pa i sto­lik do kawy, który wie­lo­krot­nie już zmie­niał ko­lor.

„Może i wyglądam na czter­dziestkę – po­wie­działa do Whi­skers. – Ale przy­najm­niej mam faj­ne miesz­ka­nie”.

Na­gle otwo­rzyły się drzwi i Ben wpadł do środ­ka. Sta­ran­nie za­mknął je za sobą i za­sunął za­suwę; dla pew­ności użył jesz­cze łańcu­cha.

– Poszła so­bie – osunął się na podłogę. – Dzięki Bogu.– Ukrył twarz w dłoniach.

– Wróci – skon­sta­to­wała Chloe. – Po­wie­działam, żeby dzwo­niła, dopóki nie od­bie­rzesz.

– To zupełnie nowy po­ziom okru­cieństwa. – Oczy Bena zro­biły się ogrom­ne. – Będę mu­siał zmie­nić nu­mer. – Wstał szyb­kim ru­chem, prze­szedł przez pokój, za­brał Whi­skers z rąk Chloe i wtu­lił twarz w jej miękkie fu­ter­ko.

– Cześć, Whisk. Cieszę się, że żyjesz. To nie­co dziw­ne, zważyw­szy, że za­po­mniałem cię na­kar­mić.

Chloe za­machnęła się, by rzu­cić w nie­go po­duszką.Na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Wy­da­wało się, że nie­za­leżnie od sy­tu­acji ciągle się uśmie­chał.

– Coś mnie ominęło? – spy­tała, wyj­mując napój z lodówki.

Pusz­ka nie dawała się otwo­rzyć, więc Ben za­brał ją i zro­bił to za Chloe. Napiła się i podała mu po­jem­nik.

– Nic wiel­kie­go – od­parł. – Spędziłem week­end z Sal­ly i resztą pacz­ki. Tęsknią za tobą i grożą, że zgłoszą two­je za­gi­nięcie na po­licję.

Chloe po­czuła wy­rzu­ty su­mie­nia. Sal­ly była jej naj­lepszą przy­ja­ciółką ze stu­diów. Nie wi­działy się od bar­dzo daw­na.

– Za­dzwo­nię do niej – obie­cała so­bie głośno.

Whi­skers po­deszła do szaf­ki z przy­sma­ka­mi i zaczęła miałczeć. Ben rzu­cił kotu kil­ka kawałków be­ko­nu.

– Jak było na we­se­lu? – Powąchał puszkę z je­dze­niem dla kota, po czym spoj­rzał scep­tycz­nie na Chloe i za­py­tał:

– Myślisz, że na­prawdę sma­kują jak be­kon?

– Nie – od­parła Chloe, wciąż po­pi­jając napój. – Proszę, nie jedz tego, żeby się prze­ko­nać. – Ben od­sta­wił puszkę do szaf­ki.– We­se­le jak każde inne. Stra­ta cza­su. – Do­pie­ro po chwi­li od­po­wie­działa na py­ta­nie.

– Stra­ta cza­su? – Ben uda­wał za­sko­czo­ne­go. – Czy­li nie tańczyłaś ma­ka­re­ny? Nie całowałaś się z bar­ma­nem? Nie złapałaś bu­kie­tu?

– Właści­wie to… – Chloe zaczęła nucić mar­sza we­sel­ne­go i szpe­rać w to­reb­ce. Po chwi­li udało jej się zna­leźć różę ze wstążką, którą zwinęła z bu­kie­tu we­sel­ne­go. – Ta da!

– Ukradłaś bu­to­nierkę? – Ben uniósł brwi.

– Złapałam bu­kiet! Cóż, na spółkę z mamą i June. Bab­cia za­cho­wała większość, ale udało mi się zwinąć kwia­tek.

– Świet­nie. – Ben przyj­rzał się przez chwilę róży, po czym zdjął srebr­ny ma­gnes z lodówki. Obwiązał wstążką łodygę i przy­cze­pił ją za po­mocą ma­gnesu do lodówki, by usu­szyć kwiat.

– Proszę – stwier­dził, opie­rając się o blat. – Może prze­trwa do cza­su two­je­go ślubu.

– Hej, na­prawdę sądzisz… – za­wa­hała się – że wyglądam na czter­dziestkę?

Chłopak wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– No coś ty! Je­steśmy prze­cież w tym sa­mym wie­ku.

Przy­jaźnili się od pod­stawówki. Kie­dyś Chloe wsta­wiła się za nim na pla­cu za­baw. Star­szy chłopak przy­parł wówczas Bena do siat­ki. Unosząc pięść, Ger­ry Su­ther­land stwier­dził, że Ben ma krzywą gębę i za­raz obe­rwie. Ten tyl­ko zdjął oku­la­ry i za­mknął oczy. Nie mogąc pa­trzeć na krzywdę, jaka spo­tkała chłopca, Chloe walnęła ple­ca­kiem w głowę Ger­ry`ego.

Później, w biu­rze dy­rek­to­ra, Ben przy­znał się, że nie wal­czył z ważnego po­wo­du:

– Jeśli wdam się w bójkę, tata sprze­da Su­per Nin­ten­do1.

Słysząc jego wyjaśnie­nia, Chloe od­pa­ro­wała:

– W ta­kim ra­zie przyjdę w ten week­end do cie­bie po­grać w Ma­rio Bros.

Od tego cza­su sta­li się nie­rozłączni.

– Poza tym – dodał Ben – sta­rze­nie się jest do­bre. Je­steśmy bar­dziej doj­rza­li. Dorośli. Mądrzej­si.

– No nie wiem – Chloe przy­gryzła wargę. – Z ko­bie­ta­mi jest in­a­czej. Nie chcę być jak kar­ton ja­jek, które ktoś we­pchnął na tył lodówki i za­po­mniał o nich.

Ben wzdrygnął się.

– Nie lubię, kie­dy używasz ta­kich słów jak „jaj­ka”.

– Prze­pra­szam, ale taka jest praw­da.

– Cóż, masz jesz­cze mnóstwo cza­su – spoj­rzał na nią.– Dla­cze­go na­gle o tym myślisz?

Chloe spoj­rzała na zwiędnięty kwiat. Dziw­ne. Odkąd zaczęła stu­dia po­dy­plo­mo­we, nie myślała o małżeństwie, ro­dzi­nie, po­sia­da­niu dzie­ci. Jed­nak na we­se­lu coś w niej drgnęło. Pan i pan­na młoda wyglądali na bar­dzo szczęśli­wych.

– Nie wiem – od­sta­wiła puszkę na­po­ju i za­plotła swój ku­cyk na pa­lec. – June ma­ru­dziła, twierdząc, że po­win­nam wresz­cie zacząć o tym myśleć.

Ben zaśmiał się.

– Nie mu­sisz słuchać wszyst­kie­go, co mówi two­ja bab­ka.

Chloe wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Trud­no zlek­ce­ważyć June.

Chłopak pokręcił głową i otwo­rzył bu­telkę szam­pa­na, którą mie­li uczcić jej pseu­do­uro­dzi­ny. Z gracją, którą nabył, kie­dy pra­co­wał jesz­cze jako kel­ner na Mi­chi­gan Ave­nue, nalał al­ko­hol do kie­liszków.

– Co dziś obej­rzy­my?

Sam za­pach al­ko­ho­lu spra­wił, że Chloe roz­bo­lała głowa.

– Nic. Muszę oddać ju­tro pracę za­li­cze­niową.

– Dla­cze­go ciągle tyle pi­szesz? O ile wiem, nie stu­diu­jesz li­te­ra­tu­ry, tyl­ko te­ra­pię przez sztukę. Po­win­naś ra­czej ry­so­wać, nie pisać – Ben przyj­rzał się kie­lisz­ko­wi pod światło. – Chy­ba że to wymówka. Przy­znaj się, chcesz się mnie po­zbyć?

– Mu­siałabym być sza­lo­na, żeby za­prze­paścić taką szansę. Być z tobą sam na sam. Tyl­ko idiot­ka by zre­zy­gno­wała. Nie­ste­ty, moja przyszłość wzy­wa. – Prze­ciągnęła się i po­czuła ból w szyi spo­wo­do­wa­ny lo­tem. Albo ma­ka­reną.

Ben zda­wał się lek­ce­ważyć jej su­ge­stie. Wziął „Star” ze sto­su cza­so­pism i zaczął przeglądać.

– Tyl­ko nie zniszcz! – Prze­strzegła Chloe, która nie zdążyła jesz­cze przej­rzeć uważnie całego nu­me­ru. – Chcę te­raz zre­lak­so­wać się w wan­nie, za­nim za­biorę się za pi­sa­nie.

– Cie­kaw je­stem, czy ktoś z two­ich zna­jo­mych wie, że lu­bisz ta­kie bru­kow­ce?

– Zwa­rio­wałeś – od­parła, sor­tując pocztę.

– Jeśli się nie mylę, po­wie­działaś, że będziesz to czy­tać w wan­nie? – spoj­rzał na nią, od­gar­niając nie­sfor­ny ko­smyk włosów. – Od kie­dy to się kąpiesz?

– Od za­wsze. Co w tym nad­zwy­czaj­ne­go?

– Nie wiem – Ben uśmiechnął się ta­jem­ni­czo. – Nig­dy tak o to­bie nie myślałem.

Chloe spoj­rzała na nie­go uważnie.

– Jak?

– Nie wiem, ale za­wsze sądziłem, że… wo­lisz brać prysz­nic.

– Hm, to dziw­ne, że w ogóle wy­obrażałeś so­bie mnie pod prysz­ni­cem.

Ben wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Wy­obrażam so­bie wszyst­kie ko­bie­ty pod prysz­ni­cem. No pra­wie wszyst­kie.

Chloe pokręciła głową.

– Dzięki, że zająłeś się Whi­skers. – Włożyła te­le­fon do tyl­nej kie­sze­ni dżinsów i wzięła puszkę die­te­tycz­ne­go na­po­ju. – Od­wdzięczę się jakoś, mam na­dzieję.

– Nie mu­sisz – od­parł bez­tro­sko Ben, przeglądając da­lej pi­smo. – Prze­cież je­steśmy przy­ja­ciółmi.

Chloe weszła do łazien­ki, za­tkała odpływ i odkręciła kran. W łazien­ce na­wet la­tem było chłodno, podkręciła więc grzej­nik i za­pa­liła kil­ka świec. Następnie wlała trochę la­wen­do­we­go płynu do kąpie­li.

– No do­brze – krzyknęła. – Będę się roz­bie­rać, idź już. Za­mknij drzwi, żeby nikt się tu nie za­kradł i mnie nie zabił.

– Jesz­cze się nie roz­bie­raj. – Głowa Bena po­ja­wiła się na­gle w drzwiach. Za­cie­ka­wie­niem rozglądał się po po­miesz­cze­niu.– Fa­scy­nujące. Kąpiel. Świe­ce. Jak ro­man­tycz­nie.

Pod ręką trzy­mał pi­smo Chloe.

– Od­daj mi „Sta­ra” – stwier­dziła, wyciągając rękę.

– Czy­tam.

Chloe nie za­mie­rzała re­zy­gno­wać.

– Szyb­ciej!

Ben oddał jej posłusznie cza­so­pi­smo, po czym ru­szył w kie­run­ku drzwi. Z ja­kie­goś po­wo­du za­trzy­mał się jed­nak.

– Dziękuję – odwrócił się. – Po­zwo­liłaś mi spoj­rzeć na sie­bie z zupełnie no­wej per­spek­ty­wy. – Wziął łyk szam­pa­na, cały czas patrząc jej w oczy. Miał ja­sno­nie­bie­skie oczy, a Chloe na­gle po­czuła, że w łazien­ce jest zbyt gorąco i par­no.

Coś było nie tak. O co mu…

Zro­bił krok w jej kie­run­ku.

– Wiedz, że będę o to­bie myśleć – po­wie­dział, od­sta­wiając kie­li­szek i de­li­kat­nie do­tknął jej dłoni. – Siedzącej tak w wo­dzie, po­marsz­czo­nej… – uśmiechnął się. – Wiesz, jak to u czter­dzie­sto­lat­ki.

– Ty dup­ku!

Ben zaśmiał się. Ucie­kając, prze­drzeźniał ją jesz­cze: „Dzwoń, dopóki nie od­bie­rze”!

– Pa­su­je­cie do sie­bie! – krzyknęła za nim Chloe – Do zo­ba­cze­nia na two­im ślu­bie!

Zdej­mując ubra­nie, z ulgą za­nu­rzyła się w wo­dzie. Przez chwilę myślała, że Ben na­prawdę ją pod­ry­wa. Na szczęście się myliła.

Roz­dział 3

Kri­sti­ne zde­cy­do­wała się zjeść w swo­jej ulu­bio­nej fran­cu­skiej wi­niar­ni przed pójściem do księgar­ni. Po kil­ku­dnio­wej prze­rwie miała mnóstwo rze­czy do zro­bie­nia, poza tym Ke­vin był już w pra­cy, a ona nie miała ocho­ty sie­dzieć sama w domu.

Prze­kro­czyw­szy próg re­stau­ra­cji, uśmiechnęła się do zna­jo­mej ho­stes­sy.

– Bon­jo­ur, Mi­chel.

– Bon­jo­ur, Kri­sti­ne. – Ko­bie­ta jak za­wsze uma­lo­wa­na była ja­sno­czer­woną szminką i wyglądała, jak­by prze­niosła się tu z lat trzy­dzie­stych. – Dziś sto­lik dla jed­nej oso­by?

– Tak – od­parła Kri­sti­ne i z nie­wy­jaśnio­ne­go po­wo­du dodała: – To moja rocz­ni­ca.

Mi­chel uniosła brew.

– Rocz­ni­ca ist­nie­nia księgar­ni?

– Nie.

Po­czuła, że się czer­wie­ni. Był to je­den z pro­blemów, ja­kie wy­ni­kały z fak­tu by­cia rudą. Do in­nych należała ten­den­cja do szyb­kie­go de­ner­wo­wa­nia się, po­pa­rzeń i nie­możność no­sze­nia różowych ubrań.

– Rocz­ni­ca mo­je­go ślubu.

Mi­chel spoj­rzała za nią, jak­by cze­goś nie ro­zu­miała.

– A gdzie pani…

– W podróży. – Kri­sti­ne uśmiechnęła się, by dać znać, że to nie pro­blem. – Jego pra­ca wiąże się z częsty­mi wy­jaz­da­mi. – Widząc minę Mi­chel, dodała: – To na­prawdę nie pro­blem. Kie­dy jest się małżeństwem tak długo…

– Kel­ner przy­nie­sie wyjątko­we­go szam­pa­na – skon­sta­to­wała po­ru­szo­na Mi­chel.

– Nie trze­ba. – Kri­sti­ne po­czuła się zażeno­wa­na. Dla­cze­go w ogóle się od­zy­wała? June, owszem, lubiła pleść, co jej ślina na język przy­nie­sie, ale prze­cież ona bar­dzo ceniła so­bie pry­wat­ność. Zwie­rza­nie się w żad­nym ra­zie nie było w jej sty­lu.– To nic nad­zwy­czaj­ne­go. Dzień jak co dzień.

– Oczy­wiście – od­parła Mi­chel, sięgając po menu. – Za­pro­wadzę panią do sto­li­ka.

Kri­sti­ne uwiel­biała at­mos­ferę tej re­stau­ra­cji. Po­miesz­cze­nie wypełnio­ne za­le­d­wie kil­ko­ma sto­li­ka­mi i bar, wzdłuż którego stały ko­lo­ro­we ni­czym klej­no­ty szla­chet­ne bu­tel­ki wina. Wszyst­ko, od drew­nia­nych podłóg po żyran­do­le, wyglądało, jak­by zo­stało wy­po­le­ro­wa­ne chwilę wcześniej.

– Tu­taj po­win­no być pani wy­god­nie. – Mi­chel za­trzy­mała się przed sto­li­kiem dla dwóch osób. Po­kry­ty był białym ob­ru­sem, na którym stała por­ce­la­no­wa waza wypełnio­na kwia­ta­mi.

– Ide­al­nie – stwier­dziła Kri­sti­ne. – Dziękuję, Mi­chel.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go – po­wie­działa ko­bie­ta, od­chodząc od sto­li­ka.

Kri­sti­ne wes­tchnęła ci­cho. Wyciągnęła te­le­fon z to­reb­ki i za­dzwo­niła do męża. Ke­vin ode­brał od razu.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go.

Kri­sti­ne uśmiechnęła się i przy­cisnęła te­le­fon do ucha, jak­by w ten sposób chciała się przy­tu­lić do męża:

– Gdzie je­steś? – W tle słyszała ruch ulicz­ny. Pomyślała, że jej mąż stoi gdzieś przy głównej uli­cy, może cze­ka na taksówkę.

– W Kan­sas. O dzi­wo, jest piękna po­go­da.

– Szko­da, że nie mogę tam być z tobą.

– Prawdę mówiąc, nic nie tra­cisz – zaśmiał się. – W tej chwi­li gapię się na śmiet­nik.

Kri­sti­ne po­czuła współczu­cie dla męża. Kie­dy stra­cił pracę, był zdru­zgo­ta­ny. Po­tem po­czuł gniew. Zaczął za­cie­kle szu­kać cze­goś lep­sze­go. Po­nie­waż miał po­nad dwa­dzieścia lat doświad­cze­nia i li­czył na przy­zwo­itą pensję, prze­gry­wał z mającymi mniej­sze wy­ma­ga­nia kon­ku­ren­ta­mi świeżo po szko­le.Po roku i czte­rech mie­siącach za­pro­po­no­wa­no mu wresz­cie pracę w no­wej branży. Wy­ma­gała ona spędza­nia „do 90 pro­cent cza­su w podróży”, ale wte­dy nie miał już wy­bo­ru.

Zbliżył się do niej kel­ner w oku­la­rach. Jedną ręką nalał jej wodę, a drugą po­sta­wił przed nią ko­szyk ze świeżym pie­czy­wem.

– Mer­ci – bąknęła Kri­sti­ne.

Kel­ner kiwnął głową i od­szedł.

– A ty gdzie je­steś? – spy­tał Ke­vin.

– We fran­cu­skiej re­stau­ra­cji. Wiesz, tej obok księgar­ni – po­wie­działa, marszcząc brwi. Właśnie zdała so­bie sprawę, że spędzają z mężem ostat­nio tak mało cza­su, że Ke­vin może nie wie­dzieć, o której re­stau­ra­cji mówi. – Muszę dziś trochę po­pra­co­wać.

– Pomyśl tyl­ko – zaśmiał się Ke­vin. – Dwa­dzieścia pięć lat temu June… ob­ra­ziła nas na własnym we­se­lu.

– Nie prze­sa­dzaj – przełamała na pół kawałek chle­ba, od­dając się wspo­mnie­niom. – Choć przy­znaję, że jej przemówie­nie… – Kri­sti­ne urwała, przy­po­mi­nając so­bie słowa mat­ki. Dała jej za to po­tem niezłą burę.

– Szko­da, że nie je­stem tam z tobą – Głos Ke­vi­na wy­da­wał się bar­dzo zmęczo­ny. – Ale nie martw się, zbliża się na­sza pięćdzie­siąta rocz­ni­ca. To już za… dwa­dzieścia pięć lat? Wte­dy będzie­my świętować.

Kri­sti­ne sięgnęła ku stojącemu na sto­le bo­dzisz­ko­wi, do­ty­kając jed­ne­go z płatków. Ten opadł na ob­rus.

– Tak – od­parła, strze­pując płatek. – Za­piszę to so­bie w ka­len­da­rzu.

Otwie­rając menu, przyj­rzała się da­niom. Co zamówiłby Ke­vin? Pew­nie stek z ziem­nia­ka­mi w roz­ma­ry­nie.

– Ko­cham cię.

– Ja cie­bie też.

* * *

Kri­sti­ne i Ke­vin po­zna­li się pod­czas pro­gra­mu „Se­mestr na mo­rzu”, jesz­cze w col­le­ge`u. Dzięki nie­mu stu­den­ci mo­gli od­by­wać zajęcia na stat­ku, cu­mując po dro­dze w różnych kra­jach. Był to chy­ba naj­bar­dziej eks­cy­tujący roz­dział w życiu Kri­sti­ne. Mogła zwie­dzić kawał świa­ta.

Kie­dy była dziec­kiem, ma­rzyła o ta­kich podróżach. Uwiel­biała oglądać w te­le­wi­zji pro­gra­my o Yuen Tsu­en w Chi­nach, re­zer­wa­tach żółwi mor­skich w Tur­cji czy fe­sti­wa­lach święta żniw w Taj­lan­dii. Pod­czas gdy jej koleżanki ma­rzyły, by zo­stać gwiaz­da­mi kina bądź le­kar­ka­mi, ona pragnęła zo­stać an­tro­po­lo­giem, ba­da­czem nie­zna­nych lądów, podróżni­kiem. Jed­no­cześnie wie­działa, że nig­dy nie będzie miała dość od­wa­gi, by spełnić swo­je ma­rze­nia.

Kri­sti­ne nie należała do odważnych. Na to po­zwa­lała so­bie tyl­ko w wy­obraźni. Spo­ro od­wa­gi wy­ma­gało od niej już pójście do col­le­ge`u poza sta­nem, a nie zo­sta­nie w Chi­ca­go, tak jak chciała June. Kie­dy za­pi­sała się na ten kurs, już po jed­nej roz­mo­wie z matką go­to­wa była się wy­co­fać. Jed­nak oj­ciec prze­ko­nał ją, że po­win­na podjąć wy­zwa­nie. Za­dzwo­nił do niej w mo­men­cie, gdy już po­sta­no­wiła, że się wy­co­fu­je.

– Wiem, że ko­chasz matkę, ale nie możesz po­zwo­lić,by żyła za cie­bie. Po­win­naś zo­bacz świat, Kri­sti­ne. Prze­cież tego właśnie chcesz.

Przez chwilę mil­czała kom­plet­nie za­sko­czo­na, by po chwi­li skon­sta­to­wać:

– Boję się tak da­le­kiej podróży. Ni­ko­go tam nie znam.

– Nie ma się cze­go bać – po­wie­dział łagod­nie oj­ciec.– Mu­sisz się tyl­ko do­brze przy­go­to­wać. To może być przy­go­da two­je­go życia.

Kri­sti­ne zro­biła tak, jak su­ge­ro­wał jej oj­ciec. Naj­pierw na­uczyła się mówić „Je­stem stu­dentką i po­trze­buję po­mo­cy” w pięciu różnych języ­kach. Po­tem wy­pchała wa­lizkę wszel­ki­mi dostępny­mi bez re­cep­ty le­kar­stwa­mi. Wzięła na­wet bu­telkę, w którą włożyła li­sty do ro­dziców na wy­pa­dek, gdy­by sta­tek miał za­tonąć.

Pierw­sze­go dnia rej­su żołądek Kri­sti­ne sza­lał. Za­mknęła się w ka­ju­cie, pod­czas gdy inni uda­li się do stołówki. Tam skon­cen­tro­wało się całe życie to­wa­rzy­skie. Ale jej nie było smut­no, nie czuła się źle, będąc sama. Po­wo­li za­wro­ty głowy mijały, wy­ci­szał się też żołądek i wresz­cie mogła wyjść na pokład. W myślach dziękowała ojcu za po­moc w podjęciu de­cy­zji.

– Nie wiem jak ty – usłyszała zza sie­bie głęboki głos – ale­ja nie je­stem pe­wien.

Kri­sti­ne nie­mal pod­sko­czyła ze stra­chu. Chwy­ciła za ba­lu­stradę, po czym odwróciła się i spoj­rzała w twarz chłopa­ka, którego ko­ja­rzyła ze wspólnych wykładów z po­li­to­lo­gii. Miał za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki i kil­ka piegów na no­sie. Mie­rzył po­nad dwa me­try i ważył około stu ki­lo­gramów.

– Nie je­steś pe­wien… cze­go? – Sy­re­na okrętowa wydała głośny dźwięk, a Kri­sti­ne oplotła się zwi­sającymi luźno ręka­wa­mi blu­zy.

– Wszyst­kie­go – pokręcił głową, jak­by był zde­ner­wo­wa­ny. – Nie lubię wody, łodzi, wy­cie­czek. Prawdę mówiąc, w ogóle nie po­win­no mnie tu być. Żaden związek nie jest wart ta­kich tor­tur. – Kri­sti­ne otwo­rzyła już usta, żeby za­pro­te­sto­wać, lecz chłopak kon­ty­nu­ował. – Oddałbym wszyst­ko, żeby się tam zna­leźć – wska­zał dłonią na za­rys lądu.

Jego twarz po­kry­ta była kro­pel­ka­mi potu. Kri­sti­ne pomyślała, że może nie czu­je się do­brze i z troską w głosie za­py­tała:

– Je­steś cho­ry? Mam le­kar­stwa na każdą do­le­gli­wość.

Chłopak uśmiechnął się za­cie­ka­wio­ny, a Kri­sti­ne zdała so­bie sprawę, że jest bar­dzo przy­stoj­ny i za­wsty­dziła się.

– Nie czuję się źle – od­parł. – Ja… po pro­stu lubię mieć zie­mię pod sto­pa­mi.

Sta­tek tra­fił właśnie na sporą falę, a chłopak krzyknął, chwy­tając ba­lu­stradę, jak­by tyl­ko od jego siły zależało to, czy wy­pad­nie za burtę. Zaśmiała się, widząc jego prze­rażenie.

Przy­brał urażony wy­raz twa­rzy. Przy­po­mi­nało jej to ilu­strację z książki dla dzie­ci, którą czy­ty­wała jej June, w której niedźwie­dzio­wi wbił się cierń w łapę.

– To nie jest za­baw­ne – warknął. – Wca­le nie chciałemtu być. To pra­wie jak po­rwa­nie.

Kri­sti­ne uniosła dłonie.

– Zo­bacz. Na­wet się nie trzy­mam.

– Je­steś niemądra. – Za­nim zdążyła się ob­ra­zić, chłopak uśmiechnął się. Sta­li w mil­cze­niu. Nad ich głowa­mi od cza­su do cza­su prze­la­ty­wały mewy, wy­dając głośne dźwięki. Z wnętrza stat­ku do­cho­dził ich śmiech.

– Dla­cze­go za­tem tu je­steś? – spy­tała Kri­sti­ne. – Dziew­czy­na cię zmu­siła?

– Tak – spuścił głowę. – Sie­dzi w środ­ku i do­brze się bawi. Wniosła na pokład bu­telkę rumu. Jeśli zro­bi jej się niedo­brze, nie będę jej ra­to­wał. Nie ma mowy.

Kri­sti­ne czuła jed­nak, że gdy­by ta dziew­czy­na po­trze­bo­wała po­mo­cy, chłopak z pew­nością nie wahałby się. Jego nie­bie­skie, wrażliwe oczy i przy­ja­zna twarz spra­wiały, że wyglądał jak wiel­ki plu­szo­wy miś. Za­sta­na­wiała się, kim była jego dziew­czy­na. Pew­nie należała do brac­twa, które or­ga­ni­zo­wało wy­jazd.

– Masz dwie możliwości – stwier­dziła Kri­sti­ne. – Możesz cho­dzić w ka­mi­zel­ce ra­tun­ko­wej…

Chłopak kiwnął głową, mówiąc nie­pew­nie:

– Za­sta­na­wiałem się nad tym.

– Albo… – Kri­sti­ne przy­po­mniały się słowa ojca. – Wy­lu­zu­jesz się i za­czniesz do­brze bawić. To wiel­ka szan­sa.

Sta­tek przy­spie­szył, a wiatr roz­wie­wał jej włosy. Szyb­ko spięła je w ku­cyk.

– Szan­sa? – Uniósł brew zdzi­wio­ny. – Prawdę po­wie­dziaw­szy, nie widzę nic nad­zwy­czaj­ne­go w upi­ja­niu się na pokładzie stat­ku. Cho­robę morską mam i bez tego.

– Miałam na myśli coś zupełnie in­ne­go. Dla mnie to przede wszyst­kim szan­sa na po­zna­nie świa­ta.

Wzdrygnął się, słysząc jej słowa.

– O nie, tyl­ko nie to! Należysz do tych wa­ria­tek, które znają kil­ka języków ob­cych i umie­rają z pra­gnie­nia, by po­zna­wać zwy­cza­je tu­bylców. Wca­le się nie zdzi­wię, kie­dy zo­baczę, że po­bie­rasz próbki gle­by albo do­wiem się, że prze­my­ciłaś na pokład kozę, tyl­ko dla­te­go, że była rdzen­nym zwierzęciem.

– Nie­praw­da! – wy­krzyknęła Kri­sti­ne. Była obu­rzo­na jego słowa­mi. Zro­zu­miała, że ma do czy­nie­nia z typ­kiem, który cały rejs spędzi, nudząc się. Spoj­rzała na nie­go, a ku­cyk prze­sunął jej się na ramię. – Możesz myśleć o mnie, co chcesz, nie in­te­re­su­je mnie to, i tak wolałabym być taką, jak mnie opi­sałeś, niż ta­kim przemądrzałym dup­kiem jak ty.

Chłopak pa­trzył na nią zdu­mio­ny. Otwo­rzył usta, ale nic nie po­wie­dział.

Miała go dość.

– Do zo­ba­cze­nia.

Za­nim jed­nak zdążyła odejść, chłopak chwy­cił ją za rękę i de­li­kat­nie, ale sta­now­czo przy­ciągnął do sie­bie. Kri­sti­ne zakręciło się w głowie. Był tak bli­sko, że czuła ciepło jego ciała i za­pach.

– Nie mu­sisz mnie od razu nie­na­wi­dzić. – Spoj­rze­nie jego nie­bie­skich oczu spra­wiło, że po­czuła dresz­cze. – Nie wiem na­wet, jak masz na imię.

– Kri­sti­ne. – To słowo wy­po­wie­działa szep­tem. Przy­po­mniała so­bie o jego dziew­czy­nie. „Czy będzie zła, jeśli zo­ba­czy ich stojących tak bli­sko sie­bie?”

– Cześć, Kri­sti­ne – po­wie­dział. – Je­stem Ke­vin.

Mówiąc to, chłopak zno­wu chwy­cił jej dłoń. Kri­sti­ne, jak za­cza­ro­wa­na, pa­trzyła na swą rękę, która w uści­sku jego dłoni przy­po­mi­nała kroplę w oce­anie. Nie po­tra­fiła po­zbyć się zakłopo­ta­nia, w ja­kie wpra­wiła ją jego bli­skość. Cofnęła się o krok.

– Chy­ba będę na cie­bie mówił: Ogni­ku – uśmiechnął się. – To dla­te­go, że masz bar­dzo ogni­sty, wręcz wy­bu­cho­wy, tem­pe­ra­ment.

Za­czer­wie­niła się.

– Muszę wra­cać…

– Nie od­chodź – po­pro­sił Ke­vin. – Zo­stań ze mną, proszę. Miałem na­dzieję, że patrząc na wodę, przy­zwy­czaję się do niej. Może two­ja obec­ność mi w tym pomoże. – Puścił jej rękę. – Nie mu­si­my nic mówić. Po pro­stu po­siedźmy tu­taj ra­zem.

Skinęła głową na znak zgo­dy. Przez chwilę trwa­li w mil­cze­niu, patrząc so­bie w oczy. Po­tem na­gle zaczęli roz­ma­wiać, jak­by byli sta­ry­mi zna­jo­my­mi, którzy daw­no się nie wi­dzie­li i te­raz mają so­bie mnóstwo rze­czy do opo­wie­dze­nia. Roz­ma­wia­li więc o swych ro­dzi­nach, mieście, dziel­ni­cach, w których się wy­cho­wa­li, o stu­diach. Szyb­ko oka­zało się, że Ke­vin wca­le nie jest ta­kim gbu­rem, jak początko­wo sądziła.

Chłopak za­sko­czył ją po­czu­ciem hu­mo­ru, błysko­tli­wością i au­to­iro­niczną po­stawą. Za­czy­nała go lubić. Właści­wie mo­gli­by tak jesz­cze sie­dzieć i sie­dzieć, gdy­by na­gle nie po­ja­wiła się ładna blon­dyn­ka, która rzu­ciła się Ke­vi­no­wi w ra­mio­na. Pocałowała go namiętnie i Kri­sti­ne aż przełknęła ślinę. Z przy­krością zdała so­bie sprawę, że chłopak zaczął jej się po­do­bać. Wi­dok tej pary wpra­wił ją w przygnębie­nie, więc pożegnała się i po­spiesz­nie udała do swo­jej ka­ju­ty.

Spo­tka­li się dwa dni później. Ke­vin przy­siadł się do jej sto­li­ka w trak­cie ko­la­cji. Na tac­ce miał ja­kieś ta­jem­ni­cze mięso, ziem­nia­ki i dwie cze­ko­la­do­we ba­becz­ki.

– Cześć, Ogni­ku – przy­wi­tał się, po­dając jej ba­beczkę.– Przy­niosłem ci de­ser.

Za­sko­czo­na Kri­sti­ne odłożyła wi­de­lec.

– Gdzie two­ja dziew­czy­na?

Ke­vin spoj­rzał na nią z uko­sa.

– Wy­rzu­ciłem ją za burtę.

Była za­sko­czo­na. Nie miała pew­ności, czy do­brze go zro­zu­miała. On jed­nak pa­trzył na nią tak, by nie miała żad­nych wątpli­wości. Od tego mo­men­tu byli nie­rozłączni. Każdą noc spędza­li na pokładzie, nie mogąc się na­ga­dać. Ale pierw­szy raz pocałowa­li się do­pie­ro nad Ca­nal Gran­de w We­ne­cji. Którejś nocy, gdy sta­tek kołysał się de­li­kat­nie na fa­lach, Ke­vin za­pro­sił ją do swo­jej ka­ju­ty i za­mknął drzwi. Stała, drżąc z pod­nie­ce­nia. Chłopak po­wo­li zdej­mo­wał każdą część jej ubra­na, roz­ko­szując się jej ciałem, w końcu pociągnął za sobą do łóżka.

Lata później, kie­dy święto­wa­li rocz­nicę pik­ni­kiem nad wodą, Ke­vin stwier­dził:

– Wie­działem, że się z tobą ożenię już po na­szej pierw­szej roz­mo­wie.

Kri­sti­ne była za­sko­czo­na.

– Jak to?

Ona oczy­wiście nie­mal na­tych­miast po­lu­biła chłopa­ka, który zma­gał się z cho­robą morską i własny­mi lękami, z pew­nością jed­nak nie myślała wówczas o zamążpójściu.

– Pamiętam na­wet mo­ment, w którym się za­ko­chałem – wy­znał roz­ma­rzo­ny. – To było wte­dy, gdy za­pro­po­no­wałaś mi po­moc. Po­wie­działaś, że masz le­kar­stwa… Tak mnie to roz­czu­liło.

Kri­sti­ne roześmiała się.

– Miałam w po­ko­ju całą ap­teczkę. To wca­le nie było ta­kie ro­man­tycz­ne, jak to te­raz przed­sta­wiasz.

– Moim zda­niem było. – Ke­vin wziął jej dłoń i pocałował. – Byłaś pierwszą znaną mi osobą, która przy­go­to­wa­na była na wy­zwa­nia większe niż te, które przed nami stały. To było cu­dow­ne.

– Cóż… – Kri­sti­ne zaczęła mówić, ale Ke­vin jej prze­rwał.

– Wie­działem też, że jeśli wpad­niesz do wody, wskoczę za tobą. W ka­mi­zel­ce czy bez.

– Ja­sne – od­parła, śmiejąc się. – Byłeś prze­rażony.

– Nie­ważne. I tak bym to zro­bił.

* * *

Kri­sit­ne zamówiła kie­li­szek wina oraz pie­czoną kurę. Następnie wyjęła cza­so­pi­smo, które kupiła na lot­ni­sku.Na okładce wid­niało zdjęcie No­wej Ka­le­do­nii. Przyglądała się przez chwilę, po­dzi­wiając kry­sta­licz­nie czystą wodę i po­kry­te rośli­na­mi skały. Czy­ta­nie tak ją pochłonęło, że nie zwra­cała uwa­gi na nic do­okoła. Na­gle po­czuła ciepły do­tyk dłoni na ra­mie­niu.

– Kri­sti­ne? – ode­zwał się ni­ski głos. – Mogę się przyłączyć?

Był to Ethan, jej współpra­cow­nik. Kie­dyś pra­co­wał jako fo­to­graf dla „Na­tio­nal Geo­gra­phic” i „Red­bo­oka”; te­raz fo­to­grafowanie trak­to­wał jako hob­by.

Ethan wciąż stał przy sto­le, więc wska­zała mu ge­stem krzesło na­prze­ciw­ko.

– Usiądź, proszę. – Miała jed­nak na­dzieję, że nie zo­sta­nie tu na dłużej.

– Cieszę się, że cię widzę. – Ethan prze­tarł oczy i prze­ciągnął się. – Kil­ka go­dzin sie­działem w ciem­ni. Do­brze jest wresz­cie wrócić do rze­czy­wi­stości.

Kri­sti­ne napiła się wody, rozglądając się po re­stau­ra­cji. Nie chciała, by przyłączył się do niej na ko­lację, nie wie­działa jed­nak, jak się go po­zbyć. Miała jesz­cze na­dzieję, że był z kimś umówio­ny i za chwilę zo­sta­wi ją samą.

– Pew­nie robiłeś coś cie­ka­we­go.

– Owszem – od­parł. – Przy pra­cy za­wsze tracę po­czu­cie cza­su. Ale pew­nie do­sko­na­le mnie ro­zu­miesz. Pew­nie, że ro­zu­miała. Pro­wa­dze­nie skle­pu zaj­mo­wało jej mnóstwo cza­su. Kri­sti­ne często ze zdzi­wie­niem od­kry­wała, że przy pra­cy minęło jej o kil­ka go­dzin więcej, niż myślała.

– Po­uil­ly-Fumé. – Kel­ner po­sta­wił przed Kri­sti­ne kie­li­szek wina. Po­wie­trze wypełnił za­pach grejp­fru­ta i jabłek. – Mon­sieur, czy mogę panu coś podać?

– Hmm… – za­wa­hał się Ethan. – Czy nie prze­szka­dzam?

Oczy­wiście, że prze­szka­dzał. Co po­wie­działby Ke­vin, gdy­by wie­dział, że pije wino z in­nym mężczyzną w ich rocz­nicę? Zwłasz­cza z kimś ta­kim jak Ethan? Nie wie­działa jed­nak,jak grzecz­nie odmówić.

– To samo proszę – Ethan wska­zał kie­li­szek Kri­sti­ne. – Uwiel­biam tę re­stau­rację – dodał po chwi­li. Przyszło jej do głowy, że wca­le go nie zna. Tym­cza­sem Ethan ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. – Można się tu po­czuć nie­mal jak w Paryżu.

– Nie­ste­ty, nie mam od­nie­sie­nia – przy­znała tęsknym to­nem, jak za­wsze, gdy mówiła o podróżach. – Nig­dy tam nie byłam.

Ethan uniósł ciem­ne brwi. Przez lewą biegła bli­zna uwy­raźnio­na zdzi­wie­niem. Kri­sti­ne pomyślała, że mężczy­zna równie do­brze jak fo­to­gra­fem mógł być szpie­giem.

– Nig­dy nie byłaś w Paryżu? Ktoś taki, jak ty po­wi­nien tam po­je­chać. O tej po­rze roku jest tam ide­al­nie. Lato się kończy, za­czy­nają się wy­prze­daże, raj dla ko­biet…

– Jak to „ktoś taki jak ty”? – Kri­sti­ne zaśmiała się.

Uśmiechnął się.

– Cho­dziło mi o two­je zamiłowa­nie do podróży, o tęsknotę za przy­godą i za ro­man­ty­zmem oczy­wiście.

Zdzi­wiło ją to, co mówi, nie spo­dzie­wała się, że tak do­brze ją znał.

– Jeśli ktoś ko­cha podróżować, to ko­cha też przy­go­dy– dodał Ethan, jak­by czy­tając jej w myślach. – Mam to samo.

– Masz jakiś ulu­bio­ny kraj?

Było to ru­ty­no­we py­ta­nie, które za­da­wała set­ki razy w skle­pie.

Wokół oczu Etha­na do­strzegła drob­ne zmarszcz­ki. Mężczy­zna zmrużył oczy, jak­by próbował coś so­bie przy­po­mnieć.

– Nie wiem. To jak­by pytać o to, które dziec­ko jest ulu­bio­ne.

– Masz dzie­ci? – Z ja­kie­goś po­wo­du nie wy­obrażałago so­bie z dziec­kiem.

– Nie. – W jego ciem­nych oczach po­ja­wił się ból. – Byłem na tyle prze­zor­ny, żeby trzy­mać się z dala od całego tego za­mie­sza­nia ze ślu­bem i ro­dziną.

– Zupełnie z dala? – spy­tała. – Nig­dy nie byłeś żona­ty?

– Uważam, że miłość to naj­wspa­nial­sza rzecz na świe­cie.– Uniósł wzrok, a ich spoj­rze­nia spo­tkały się. – Ale każdy musi cza­sem do­ko­nać wy­bo­ru. – Sięgnął po kie­li­szek, kie­dy kel­ner po­sta­wił go na sto­le. – Kie­dyś ciągle podróżowałem. To nie sprzy­ja związko­wi.

Kri­sti­ne drgnęła. Cie­ka­we, co po­wie­działby Ethan, gdy­by wie­dział, że to jej dwu­dzie­sta piąta rocz­ni­ca ślubu, a jej mąż jest set­ki ki­lo­metrów stąd…

Za­padło chwi­lo­we mil­cze­nie. Jej to­wa­rzysz do­pie­ro wte­dy do­strzegł cza­so­pi­smo, które czy­tała.

– O! – wy­rwało mu się.

– To Nowa Ka­le­do­nia – Kri­sti­ne po­ka­zała mu zdjęcie.– Byłeś tam?

Nieśmiało wska­zał na pod­pis au­to­ra zdjęcia.

– Tak. To moje zdjęcie.

– Co? – wy­krzyknęła Kri­sti­ne, przyglądając się zdjęciom. Błękit­na woda, białe żagle, tro­pi­kal­ne ryby. Ciężko było wy­obra­zić so­bie, że mężczy­zna siedzący z nią uchwy­cił toza po­mocą apa­ra­tu. – To świet­ne zdjęcia. Wie­działam oczy­wiście, że je­steś zdol­nym fo­to­gra­fem, nie spo­dzie­wałam się jed­nak cze­goś ta­kie­go. Nie mogę zro­zu­mieć, jak ktoś taki jak ty, może pra­co­wać w mo­jej księgar­ni.

– Sta­rzeję się już. Wiesz, co mam na myśli?

Kri­sti­ne pokręciła głową.

– Nie. Do­pie­ro skończyłam trzy­dziestkę.

Usta drgnęły mu lek­ko w uśmie­chu.

– Ob­sta­wiałem dwa­dzieścia je­den.

Kri­sti­ne stuknęła się z nim kie­lisz­kiem.

– Punkt dla cie­bie.

Ethan prze­cze­sał ręką swo­je gęste, czar­ne włosy. Na skro­niach miał kil­ka srebr­nych pasm, co bar­dzo jej się po­do­bało. Lubiła taką na­tu­ralną doj­rzałość.

– Sta­rze­nie się jest za­baw­ne. Spra­wiło, że po­czułem po­trzebę osie­dle­nia się, sta­nia częścią społecz­ności. Uwiel­biam twoją księgar­nię. Uważam, że stwo­rzyłaś wspa­niałe miej­sce. To coś więcej niż tyl­ko miej­sce, w którym można kupić książki…

– Dziękuję – od­parła ci­cho po­ru­szo­na jego słowa­mi. Miło było to słyszeć. Księgar­nia wy­ma­gała od niej spo­ro wysiłku i cza­sem za­sta­na­wiała się, czy kto­kol­wiek to za­uważa. – Wiesz, za­zdroszczę ci – po­wie­działa po chwi­li, do­ty­kając okład­ki­cza­so­pi­sma. – Kie­dy byłam młod­sza, bar­dzo chciałam po­zna­wać świat.

– Ale tego nie zro­biłaś…?

– Nie. Za­miast tego wyszłam za mąż. – Le­d­wie to po­wie­działa, do­padło ją po­czu­cie winy. – Źle to ujęłam – próbowała wyjaśnić.

– Wciąż masz czas – Ethan uniósł szklankę. – Za­wsze­jest czas.

W tym mo­men­cie po­ja­wił się kel­ner i po­sta­wił na sto­le ide­al­nie za­ru­mie­nioną kurę. Z ta­le­rza uno­sił się aro­mat czosn­ku i roz­ma­ry­nu. Kri­sti­ne za­sko­czyła samą sie­bie, na­ma­wiając Etha­na, żeby jej to­wa­rzy­szył.

– Po­wi­nie­neś coś zamówić. W prze­ciw­nym wy­pad­ku będę miała wy­rzu­ty su­mie­nia, jedząc to sama.

– Po­proszę małże i tru­flo­we fryt­ki – Ethan zamówił, nie spoglądając na­wet do menu. – Mu­sisz spróbować fry­tek– stwier­dził, mru­gając do niej. – Po­win­ny ci wy­na­gro­dzićfakt, że nig­dy nie byłaś w Paryżu.

– Jadłam je już – Kri­sti­ne ro­zej­rzała się po zna­jo­mym wnętrzu. – Dość często tu by­wam, to moja ulu­bio­na re­stau­ra­cja.

– Moja też. To dziw­ne, że nie spo­tka­liśmy się tu wcześniej – stwier­dził Ethan.

Uśmiechnęli się do sie­bie. Na sce­nie po­ja­wił się zespół jaz­zo­wy. Per­ku­sja zaczęła wy­bi­jać rytm, a wo­ka­list­ka zaśpie­wała ni­skim głosem po fran­cu­sku. Przez okna wiał de­li­kat­ny wiatr, a Kri­sti­ne po raz pierw­szy od daw­na po­czuła się ra­do­sna. Życie do­praw­dy było za­baw­ne.

Roz­dział 4

Jedno krótkie spoj­rze­nie na ze­gar stojący na ko­min­ku uspo­koił June; była do­pie­ro dzie­wiąta. Spała dziś dłużej niż zwy­kle, bo do późna czy­tała kry­mi­nał. Co praw­da za­gadkę roz­wiązała już na trzy­dzie­stej szóstej stro­nie, ale oczy­wiście mu­siała się do­wie­dzieć, czy na pew­no ma rację.

Przez zasłony zaglądało słońce, rozświe­tlając orien­tal­ne dy­wa­ny i sta­re me­ble. Światło padało jej na twarz, zachęcając do wsta­nia z łóżka. June prze­ciągnęła się i ener­gicz­nie wy­sko­czyła spod kołdry. Za­mie­rzała spędzić ten dzień w ogródku. Wypiła szyb­ko kawę, ubrała się w pośpie­chu i wyszła na zewnątrz. Nie mogła się do­cze­kać, by zo­ba­czyć, jak roz­wi­jają się jej rośliny, przede wszyst­kim jed­nak in­te­re­so­wały ją doj­rze­wające po­mi­do­ry. Le­d­wie prze­kro­czyła próg domu, po­ra­ziło ją ostre słońce. Zasłoniła oczy ręką, ale nie prze­szko­dziło jej to do­strzec Char­leya Mont­go­me­ry`ego, który pra­co­wał już w swo­im ogródku.

– Co za człowiek – po­wie­działa do sie­bie June.

Odwróciła się na pięcie, po­ma­sze­ro­wała do środ­ka domu, przy oka­zji trza­skając drzwia­mi, i zna­lazłszy oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne, zno­wu wyszła przed dom. Dziar­skim kro­kiem minęła maleńką fon­tannę w swo­im ogródku, machnęła ener­gicz­nie ręką, by od­go­nić bzyczące psz­czoły i po­deszła do płotu.

– Mont­go­me­ry! – krzyknęła. – Na­tych­miast tu po­dejdź!

Głowa sąsia­da wyłoniła się zza płotu.

– Dzień do­bry June! – Char­ley wy­tarł ręce o swo­je spodnie i posłał jej uśmiech. – Czyżby za­brakło ci cu­kru? – Mężczy­zna pa­trzył na nią wesoło, uśmie­chając się pod no­sem.

Za­cisnęła war­gi i zmarsz­czyła czoło. Dzi­wiła się, że ko­bie­ty w jej kółku ogrod­ni­czym uważały go za przy­stoj­ne­go. Kie­dy pierw­szy raz o tym usłyszała, stwier­dziła krótko: „Jeśli lubi się lisy”. Taki właśnie, jej zda­niem, był Char­ley Mont­go­me­ry. Szczwa­ny lis.

Kie­dy dzie­sięć lat temu wraz z żoną wpro­wa­dzi­li się do domu obok, June uznała go za prze­miłego mężczyznę. Wi­dy­wałago cza­sem z żoną, jak spa­ce­ro­wa­li po oko­li­cy opa­tu­le­ni w swe­try, trzy­mając się za ręce. Char­ley wte­dy nie pra­co­wał w ogródku. Cza­sem tyl­ko gra­bił liście lub przy­ci­nał gałęzie drzew. Od­zy­wał się rzad­ko, za­zwy­czaj kom­ple­men­tując jej ro­do­den­dro­ny. Jed­nak po śmier­ci jego żony…

Cóż!

To było mniej więcej rok po jej śmier­ci. June wy­ry­wała aku­rat chwa­sty, gdy usłyszała dźwięk łopa­ty ude­rzającej w glebę. Odwróciła się i zo­ba­czyła swe­go sąsia­da kopiącego w zie­mi z taką zaciętością, jak­by za­mie­rzał do­ko­pać się do Chin. Prze­rwała wy­ry­wanie i przyglądała się, gdyż za­im­po­no­wała jej prędkość, z jaką pra­co­wał. Zwłasz­cza że nie był już najmłod­szy.

Kie­dy za­uważył, że June mu się przygląda, za­czer­wie­niła się. Nie chciała, żeby pomyślał, że jest wścib­ska, więc po­ma­chała mu tyl­ko na pożegna­nie i poszła do domu, napić się chłod­zo­nej her­ba­ty. A jed­nak po­czy­na­nia sąsia­da nie dawały jej spo­ko­ju.

Od­szu­kała nieużywaną od lat lor­netkę i przyglądała się uważnie, co robi. Char­ley Mont­go­me­ry pra­co­wał do późnego wie­czo­ra, nie­mal nie od­po­czy­wając. June poszła spać, trochę się śmiejąc, że się zamęczy, a i tak nie uda mu się po­ko­nać jałowości swo­je­go ogródka.

Następne­go dnia był z po­wro­tem w ogro­dzie, za­nim jesz­cze zdążyła wypić po­ranną kawę. Głośno sapał i prze­kli­nał, użyźniając glebę, jak­by od tego, czy się uda, zależeć miała cała jego przyszłość. June właści­wie nie wie­działa, co o tym sądzić. Co­raz chętniej jed­nak przyglądała się jego zma­ga­niom i oczy­wiście ko­men­to­wała je pod­czas wie­czor­nych rozmów z Kri­sti­ne.

– On się w ogóle na tym nie zna. Kupił ja­kieś dziw­ne na­sio­na kwiatów – stwier­dziła po­gar­dli­wie June, przyj­rzaw­szy się wcześniej wszyst­kie­mu przez lor­netkę. – Nie ma pojęcia o ogrod­nic­twie. To od razu widać.

– Mamo, daj mu spokój… – Łago­dziła jej emo­cje Kri­sti­ne. – Sta­ra się po­go­dzić ze stratą, tak jak ty kie­dyś.

– Do­brze już, do­brze. W końcu to nie moja spra­wa,co on tam wy­czy­nia. Mam jed­nak prze­czu­cie, że to nie skończy się do­brze. Cie­ka­wa je­stem, co mu z tego wyrośnie, zakładając w ogóle, że ja­ka­kol­wiek roślina po­ja­wi się w tym ogródku.

June wy­trzy­mała kil­ka dni, nie zwra­cając sąsia­do­wi uwa­gi. Kie­dy jed­nak uj­rzała, że pod­le­wa kwia­ty w środ­ku dnia, puściły jej ner­wy. Po pro­stu mu­siała in­ter­we­nio­wać! Po­pra­wiła włosy i po­ma­sze­ro­wała do ogro­du.