Trzy i pół sekundy - Amanda Prowse - ebook
lub
Opis

Wzruszająca opowieść, która mogłaby zatrzymać bicie serca każdego z nas

Grace i Tom Penderford to zgodne i szczęśliwe małżeństwo, które prowadzi sielankowe życie na angielskiej prowincji, wychowując córeczkę Chloe. Mała dziewczynka jest ich oczkiem w głowie.

Wkrótce po trzecich urodzinach Chloe świat rodziny legnie w gruzach. Dziecko zapada nagle na sepsę, która na zawsze rozbija szczęśliwą rodzinę, odbierając rodzicom ukochaną córeczkę. Co trzy i pół sekundy podstępna choroba zabija jednego człowieka na świecie. Stojąc w obliczu niewyobrażalnej tragedii, Grace i Tom muszą nauczyć się radzić sobie z cierpieniem. Obydwoje za wszelką cenę będą starać się ocalić swoje serca i walczyć o wspólną przyszłość.

___

Poruszająca i istotna książka, której karty przewracają się same. Jest idealna dla ludzi bez medycznego doświadczenia, bo na bazie opowieści uczy jak rozpoznać sepsę i ocalić ludzkie życie.

– Dr Tanj Singh, pediatra i prezenter BBC

___

O autorce:

Amanda Prowse – bestsellerowa autorka książek, takich jak Córka doskonała czy Świąteczna kafejka. Spędziła 10 lat życia, pracując w korporacji jako konsultantka. Po tym czasie odkryła, że jej powołaniem jest pisarstwo. Specjalizuje się w prozie miłosnej, która swoim niepowtarzalnym stylem urzeka niejedną kobietę. Amanda mieszka w West Country z mężem i dwójką nastoletnich synów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 289

Popularność


Dziesięć lat temu spotkałem człowieka, który nie tylko nadał kierunek mojej karierze, ale także zmienił moje życie. Jem nigdy nie dowiedział się, jak wielki miał na mnie wpływ – gdy po raz pierwszy go zobaczyłem, był w stanie śpiączki farmakologicznej. Po silnego trzydziestosiedmiolatka przyszła sepsa, w ciągu kilku godzin zamieniając jego ciało w zbiór rozkładających się narządów.

Jako lekarz na oddziale intensywnej terapii na co dzień mam do czynienia z ofiarami sepsy, więc nie wiem, dlaczego akurat dzięki Jemowi postanowiłem walczyć z tym zajadłym zabójcą, który co roku zbiera żniwo w postaci ośmiu milionów zgonów. Jednak tak się właśnie stało, a w efekcie dziś, dziesięć lat później, ratujemy ludzkie życie.

Poznałem dotąd setki dorosłych i dzieci dotkniętych sepsą oraz ich rodziny. Ci pacjenci to nie tylko cyfry w statystyce. To ludzie, których ktoś kocha. Mają swoją historię, tak jak ja i wy. Historię podobną do zapisanej na kartach tej książki.

Doktor Ron Daniels

DYREKTOR THE UK SEPSIS TRUST AND GLOBAL SEPSIS ALLIANCE

Prolog

Jak daleko sięgała pamięcią, Grace Penderford zawsze pragnęła mieć dziecko. Ta tęsknota przybierała wręcz postać fizycznego bólu u podstawy łona, pulsującego na widok – i zapach – noworodka. Utrzymywała to w tajemnicy, ponieważ wiedziała, że jej rodzice chcą, by kierowała się głosem rozsądku i zadbała o życie zawodowe. W jej głowie nieustannie brzmiały mądre słowa matki: „Grace, najpierw zdobądź dobrą posadę, a potem zajmij się rodzeniem. W pracy zawsze będziesz mogła znaleźć oparcie. Wiesz, dzieci mają to do siebie, że rosną. A kiedy pójdą do szkoły, ty będziesz mogła wrócić do firmy. Poczucie bezpieczeństwa jest najważniejsze”. Grace kiwała głową, przytakując. Wiedziała, że to rozsądne podejście, jednak ta wiedza nie mogła uciszyć jej rozpaczliwego pragnienia, żeby zostać matką. Pięła się po szczeblach kariery w agencji marketingowej, ale nie marzyła o lśniących samochodach czy designerskich gadżetach, choć mogłaby sobie na nie pozwolić. Nie. Grace marzyła o osiągnięciu szczytowego punktu w karierze, by móc spokojnie się zatrzymać i spojrzeć na wszystkie swoje dokonania, trzymając w ramionach malutkie zawiniątko w białym, dzierganym kocyku, z którego wystawałaby maleńka piąstka oplatająca jej palec.

Zabrało to trzydzieści sześć lat, trzy miesiące i sześć dni, ale ta chwila wreszcie nadeszła. W dniu, w którym miało spełnić się jej marzenie, Grace wdychała tlen, głaszcząc swój brzuch schowany pod cienką bawełnianą koszulą, podczas gdy dziecko kręciło się lekko, szukając dla siebie wygodnej pozycji. Dłonią gładziła naciągniętą skórę, gruchając: „Wszystko dobrze. Nie bój się. Już prawie tu jesteś, czekam na ciebie. Nie mój się, maleństwo. Jestem tuż obok”.

Była podekscytowana, wiedząc, że wreszcie zobaczy swoje dziecko, ale miała też wrażenie, że coś traci. Wiedziała, że ten ich cudowny, niepowtarzalny czas spędzony tylko we dwoje dobiega końca. Jakby instynktownie czuła, że to było najlepsze miejsce dla jej córki: bezpieczna kryjówka w jej ciele.

Chloe na nią spojrzała. Wszystkie podręczniki i wszyscy eksperci z dziedziny położnictwa utrzymywali, że to niemożliwe, przecież tuż po porodzie noworodek jest zbyt zajęty zaczerpywaniem swojego pierwszego oddechu i przystosowywaniem oczu do światła. Grace słuchała tych medycznych mądrości, ale jako matka wiedziała swoje. Wiedziała, że córka spojrzała jej w oczy, kiedy była przenoszona nad jej głową, i że w tym ułamku sekundy w umyśle dziecka wyrył się obraz matki. Chloe ją zobaczyła i zapamiętała, jakby porozumiewając się z Grace, wysyłając jej wiadomość.

Gdy wzięła swoje dziecko w ramiona, poczuła jego szczególny zapach przypominający świeżo upieczony chleb. Grace wdychała go, całowała drobniutką buzię małej i płakała, przyglądając się temu najwspanialszemu darowi, jaki kiedykolwiek otrzymała. Darowi tak cennemu, że będzie go chronić za wszelką cenę, póki starczy sił.

– Witaj, Chloe! Patrzcie państwo, mała dziewczynka! – Radością było dla niej wypowiedzenie na głos imienia córki. – Widzisz, mówiłam, że wszystko będzie dobrze. Jak ci minęła podróż? Nieźle? To wspaniale. Witaj na świecie, maleńka. Jestem Grace, jestem twoją mamą i cię kocham.

1

U LUDZI DOTKNIĘTYCH SEPSĄ MOWA MOŻE STAĆ SIĘ BEŁKOTLIWA, TAK JAK W PRZYPADKU UDARU MÓZGU

Grace wyskoczyła ze swoich zamszowych wedgesów, ustawiła je schludnie obok szpilek pod biurkiem, przy koszu na śmieci i włożyła tenisówki. Oparła stopę o krawędź biurka, jak to miała w zwyczaju, pozwalając, by jej spódnica podciągnęła się za wysoko, i licząc, że nikt nie będzie patrzył, więc zdąży zawiązać sznurówki na podwójną kokardę. Nikt, a zwłaszcza Jason Jordan, ten podstępny szczur – z łatwością mogła sobie wyobrazić, jak zagląda jej pod spódnicę. To by do niego pasowało. Wciąż nie mogła mu darować, że przejął jej kampanię reklamową, utrzymując, że włączenie go do projektu leży w interesie klienta. Grace wiedziała, że chciał po prostu zabłysnąć. No i zabłysnął. Rywalizowali ze sobą latami. Za każdym razem gdy spotykali się we foyer, widziała, jak taksuje jej obuwie, zastanawiając się, czy da radę prześcignąć ją w drodze na górę.

Przypominali dwoje uczniów rywalizujących o pierwsze miejsce w wyścigu. Żałosne. Wiedziała, że jeśli zacznie myśleć o jego ostatnich wyczynach, znowu się rozzłości, ale fakt pozostawał faktem: był teraz jej szefem, stał na czele działu i odpowiadał bezpośrednio przed radą nadzorczą. Poczuła, jak znowu skacze jej ciśnienie, kiedy wyobraziła go sobie przybijającego piątki ze wszystkimi w zasięgu ręki. Gnojek.

Zawiązała buty trochę za mocno, ale stwierdziła, że gdy przemierzy chodniki w swoim tradycyjnym żwawym tempie, mieszając się z grupkami turystów, lawirując między irytującymi parami kochanków oraz nieśpiesznymi przechodniami, którzy mieli czasu jak wody, sznurówki rozluźnią się i będą w sam raz. Rzuciwszy okiem w stronę biura Jasona, ucieszyła się, że poszedł już do domu. Nie żeby szczególnie go unikała, ale jeśli było to możliwe, lubiła zjawiać się w pracy przed nim i wychodzić po nim. Musiała coś mu udowodnić i tylko czekała, aż powinie mu się noga, a wtedy ona skoczy do przodu!

Wyprostowała się, podniosła słuchawkę telefonu, przyłożyła ją do ucha, przytrzymując ramieniem, i wcisnęła trzycyfrowe szybkie wybieranie, które jej palec znał na pamięć.

– Cześć, właśnie wychodzę. Co tam mała kombinuje? – mówiła szybko, licząc, że mąż dostosuje się do jej tempa. Nigdy nie zwalniała! Czekając na jego odpowiedź, zebrała wydrukowane arkusze reklamowe do zaaprobowania, opasły notes i makiety do sesji fotograficznej, którą musiała zorganizować, a następnie wszystko to wrzuciła do torby razem z kompletem swoich ulubionych długopisów, porannym wydaniem „Metra”, którego wciąż nie miała okazji przejrzeć, oraz połówką banana, o której losie jeszcze nie zdecydowała. Może zje ją w pociągu, może wyrzuci do kosza…

Tom zaczerpnął powietrza. Jego nieśpieszna odpowiedź sprawiła, że mięśnie jej szczęki napięły się lekko.

– Miała superdzień. Starałem się nie wspominać… Wiesz o czym… O naszej nadchodzącej małej przygodzie. Czytaliśmy książeczkę o tygrysie, który musiał iść do szpitala, i zapytała tylko, czy tata tygrysa został tam razem z nim, więc chyba możemy się domyślać, czym się martwi.

„Nic o mamie tygrysa?”

– No cóż, myślę, że sobie z tym poradzimy. Wychodzę dosłownie w tej sekundzie…

„Pa!”, rzuciła bezgłośnie, machając Jayney, która też właśnie kończyła dzień roboczy. Asystentka była dla niej kimś między współpracownicą a przyjaciółką – klasyczne zjawisko wśród osób spędzających w pracy zbyt dużo czasu.

Zanim zebrała się do wyjścia, Jayney podskoczyła do biurka Grace i przykleiła do jej torby różową karteczkę. Jak zwykle zignorowała toczącą się konwersację – bez względu na to, czy Grace rozmawiała z klientem, czy ustalała z Tomem, co na kolację, Jayney zawsze wyglądała na cudnie niezainteresowaną szczegółami.

Grace spojrzała na wiadomość. „Miłego weekendu. Powiedz Chloe: powodzenia w poniedziałek. Do zob. we wtorek!” Mrugnęła do swojej powierniczki.

Tom zaczął temat kolacji. Przerwała mu.

– Przekąszę coś, jak wrócę. Nie martw się. W biurze jadłam późny lunch. Słuchaj, muszę kończyć, bo spóźnię się na pociąg. – Rzuciła okiem na zegar ścienny. – Do zobaczenia wkrótce. Kocham, kocham.

Odgarnęła za uszy swoje obcięte na pazia kasztanowe włosy i zbiegła szeroką marmurową klatką schodową, lekceważąc korporacyjne porady, by schodzić powoli i trzymać się lśniącej poręczy. Kto miał na to czas? Na pewno nie ona. Ona miała pociąg do złapania. Z plecakiem na ramionach, w lekkim, mocno ściśniętym w pasie płaszczu i ze swoją żółtą torbą od Radleya przebiegła przez imponującą recepcję. Idąc ze spuszczoną głową, starała się ze wszystkich sił ignorować tłum pracowników wylewający się z szesnastu pięter budynku Shultzheima, gdzie reklamodawcy, marketingowcy i ładni ludzie pracujący w PR-ze wynajmowali piętra, uśmiechali się do siebie we wspólnej siłowni i rywalizowali ze sobą we własnych przedsiębiorstwach. Grace wbiła wzrok w obrotowe drzwi, czekając na odpowiedni moment, by przez nie przejść.

Spędziła cały dzień w swoim klimatyzowanym biurze jak w kokonie i teraz przytłaczały ją hałasy miasta. Taksówki trąbiły, silnik autobusu parskał, tysiąc osobnych głosów krzyczało do telefonów komórkowych. Cała ta kakofonia dźwięków napędzała zbliżający się ból głowy. Kierowała się w stronę stacji jak na autopilocie, swojej wewnętrznej nawigacji satelitarnej ustawionej na N1C 4QP. Nie zwracała już uwagi na Londyn, jego majestatyczną architekturę, czerwone autobusy i budki telefoniczne, które najwyraźniej prosiły się o zdjęcia z kłębiącym się na jej drodze tłumem.

Grace pamiętała czasy, kiedy życie w Londynie było dla niej czymś ekscytującym. Wiele ulic skrywało miejsca, które w przeszłości kojarzyły jej się z dobrą zabawą. Pamiętała samą siebie, młodą i uśmiechniętą, stojącą przed jakimś klubem. Młodsza, beztroska, nosiła szałowe ciuchy, miała za mocno pomalowane usta i wysoko trzymała kieliszek wina, śmiejąc się długo i głośno z niczego szczególnego. Była świeżo upieczoną absolwentką uniwersytetu upajającą się życiem u boku ukochanego mężczyzny, jej kariera nabierała kształtów i prawie wszystko wydawało się zabawne! Jednak teraz, gdy do jej drzwi pukała czterdziestka, to wielkie miasto wraz ze swoimi jasnymi światłami i frywolnymi rozrywkami z fascynującego miejsca zamieniło się w absolutny koszmar. Duszne metro ją frustrowało, tłumy doprowadzały do szału, a niebotyczne ceny kawy przerażały. Gdy tylko wyszła z pociągu i postawiła stopę na stacji St Pancras, zapragnęła wrócić na wieś i nabrać w płuca ożywczego powietrza. Każdego dnia jej ulubionym celem podróży był dom, gdzie czekali Tom, Chloe i sofa, na której mogła wylegiwać się w piżamie i bez makijażu.

Wiedziała, że jej złudzenia rozwiały się po części z powodu wieku. Rzeczy, na które w młodości nie zwróciłaby uwagi, teraz były absolutnie nie do przyjęcia. Dlaczego grzeczność musiała być towarem deficytowym?… „O mój Boże – pomyślała, wymijając kolejnego nieśpiesznego przechodnia – zamieniam się we własną matkę!” Uśmiechnęła się, przywołując obraz Olive, swojej mamy. To niekoniecznie było takie złe. Jej mama umiała być jednocześnie troskliwą opiekunką, oddaną żoną i wspaniałą przyjaciółką, którą wszyscy kochali. Była szczera, bezpośrednia, do bólu lojalna i zabawna. Grace marzyła, żeby spełniać swoje zadania choćby w połowie tak dobrze, jak ona.

Była zmęczona. Przepychanki z Jasonem wyczerpywały ją i przynosiły niepotrzebny stres przy już i tak wymagającej funkcji. Poczuła pulsowanie bólu przeszywającego do szpiku kości. To nie było zwyczajne przemęczenie. Jej ciało posyłało w niebo ostrzegawcze flary. „Przystopuj albo padniesz łupem jednej z licznych przypadłości, która sprawi, że będziesz bezużyteczna”. Taki scenariusz był absolutnie wykluczony. Nie miała czasu na chorowanie. Skoro ten punkt nie widnieje w kuchennym kalendarzu, to znaczy, że nie ma racji bytu. Zbombarduje ból głowy proszkami i utopi w kubkach siarczyście mocnej kawy, która postawi ją na nogi i uruchomi krztuszący się silnik jej organizmu.

Miała za sobą wyjątkowo napięty dzień. Najgorszy był późny ranek, kiedy Jayney stała przed nią, trzymając dwa moodboardy i prosząc, by zaaprobowała jeden z nich, podczas gdy ona wisiała na telefonie, słuchając dramatycznie szczegółowych wyjaśnień klienta, który tłumaczył jej, dlaczego jego firma po prostu nie może sobie pozwolić na proponowany budżet projektu. W tym samym czasie na korytarzu stał już Jason, pukając palcem w tarczę swojego zegarka, co miało jej przypomnieć, że jest spóźniona na spotkanie. Chciała stamtąd uciec, ale z drugiej strony przez większość dni w tej czy innej chwili czuła podobny impuls. A ucieczka nie wchodziła w grę.

Rytmiczne kołysanie gorącego, dusznego wagonu zachęcało do drzemki. Grace rzuciła sennym okiem na współpasażerów. Zaczęła zastanawiać się nad osobliwą więzią, jaka ich łączyła, tę gromadę obcych sobie ludzi przez cały rok odbywających razem tę samą podróż. Rankiem zbierali się w tym samym wagonie, a pod koniec dnia spotykali na St Pancras i razem wracali do domów. Obliczyła, że podczas typowego dnia roboczego, włączając czekanie na poranny i popołudniowy pociąg, spędzała w towarzystwie tych obcych ludzi dwie godziny i czterdzieści minut – więcej niż z Chloe. Jednak mimo przelotnych uśmiechów i skinień głowy nie wchodzili ze sobą w żadną prawdziwą interakcję.

Grace oczywiście wymyśliła każdemu z nich nazwisko i historię życia. Był więc pan Mamrot, który dużo cmokał, kręcił głową i mówił do siebie pod nosem, a właściwie pod krzaczastymi, siwymi wąsami, najwyraźniej nie zawsze zadowolony z obrotu spraw. Niekiedy z głębi peronu uszu Grace dobiegały jego niezrozumiałe wywody. Była pewna, że mieszka z matką i piętnastoma kotami i cierpi, bo mama zabrała mu Xboxa. Może nie posprzątał w pokoju, zostawił na podłodze mokry ręcznik, pudełko po pizzy na półpiętrze albo popełnił inne podobne przewinienie. Dąsał się, mimo że miał pięćdziesiąt lat i był sędzią. Sama myśl o tym sprawiała, że się uśmiechała. Był też pan Stres z krawatem permanentnie przekrzywionym na swojej nalanej szyi oraz tonem i zachowaniem ostrzegającymi głośno o potencjalnym ataku serca. Mimo że był dość tęgim facetem, zawsze próbował wcisnąć się w najmniejsze z wolnych miejsc siedzących z rodzaju tych, co do których chcielibyście, by zajmowali je przy was tylko bliscy krewni. Pan Stres spędzał resztę podróży w niewygodzie, świadomie starając się nie zgnieść siedzących po obu stronach osób, krzycząc jednocześnie do telefonu komórkowego o przeróżnych swoich spotkaniach i pomysłach. Wyobrażała go sobie jako kierownika działu szkoleń średniej wielkości supermarketu i pomyślała, że tak wysoki poziom napięcia mógł zawdzięczać nieodwzajemnionej miłości, jaką darzył Marjorie z działu warzywnego. Z jego zaciśniętej szczęki i fałszywego śmiechu Grace odczytała, jak był „zachwycony” awansem Colina i pominięciem jego własnej, bardziej niż kompetentnej osoby. Sama znała to uczucie. No i była jeszcze jej ulubienica, panna Kocham, która większą część każdej podróży spędzała na gruchaniu przez telefon do swojego faceta. Grace doszła jednak do wniosku, że ów facet należał do jej kuzynki, a więc potajemni kochankowie zmuszeni byli uśmiechać się do siebie grzecznie podczas rodzinnych uroczystości, stukać się kieliszkami Buck’s Fizza ponad głowami dzieci w Boże Narodzenie i udawać obojętność, gdy ich połówki ogłaszały kupno większego domu bądź nowego samochodu. To by wyjaśniało jej ledwie skrywane szlochanie w chusteczkę, kiedy zbliżali się do St Pancras. Grace zastanawiała się, jakim nazwiskiem i historią obdarzono ją samą. Pani Sztywna, pani Skwaszona, pani Formalistka? Bardzo możliwe. Uśmiechnęła się na tę myśl. Nie znali jej – znało ją bardzo niewiele osób, być może tylko dwie na całym świecie, a mianowicie Alice, jej siostra, i Tom, jej mąż.

Oparła głowę o szybę, ale mimo zmęczenia nie mogła zasnąć. Martwiła się poniedziałkiem. Posłanie małej córeczki do szpitala, bez względu na to, jak niewielki miał ją czekać zabieg i jak często powtarzała sobie listę korzyści z niego wynikających, i tak wydawało jej się poważną sprawą.

Grace zaczęła się zastanawiać, co może właśnie robić Chloe. Najpewniej odbywa swoją wieczorną kąpiel albo słucha bajki na dobranoc. Poczuła znajome ukłucie żalu, że nie ma jej teraz w domu – jak zwykle o tej porze, gdy jest albo w pracy, albo w podróży. Ale jaka była alternatywa? „Jesteś zmęczona. Gorąca kąpiel, porządny sen, a jutro będzie nowy dzień”.

Pociąg wjechał na peron i zatrzymał się z drżeniem. Grace zgarnęła torbę i aktówkę, ale postanowiła zostawić mocno już sfatygowany egzemplarz „Metra”. Połówkę banana wrzuciła do kosza między siedzeniami i ruszyła do wyjścia, omijając wyciągnięte nogi współpasażerów kontynuujących podróż do Leagrave, Harlington i Flitwick.

O tej porze dnia stacja była względnie pusta, nie licząc kilkorga elegancko ubranych nastolatków o starannie ułożonych włosach à la Elvis. Mieli na sobie ultraobcisłe dżinsy i tweedowe marynarki, przez co wyglądali po części na naganiaczy bażantów na polowaniu, a po części na nauczycieli chemii. Uśmiechnęła się. Gdy Tom i ona byli studentami, jej mężowi wydawało się, że wystarczy, jeśli uda mu się założyć czysty podkoszulek – musiała przypominać mu, by uczesał włosy, i nie była w stanie wyobrazić sobie ani jego, ani któregokolwiek z jego kolegów, by przed wyjściem w piątkowy wieczór wkładali tyle wysiłku w zadbanie o swój wygląd. „Chyba się starzejesz, Grace”.

W skromnym, pomarańczowym świetle samotnej latarni starała się odnaleźć kluczyki od samochodu. W dziedzinie damskich torebek idealnie pasowała do stereotypu: im większa torba, tym więcej gratów można w niej upchnąć. Przeczesywała akcesoria do makijażu i czarodziejskie elektroniczne gadżety, dzięki którym była zawsze dostępna, bez względu na to, jak daleko od biura się znajdowała. Jej palce napotykały chusteczki odświeżające, książki, gumę do żucia, notesy, kilka długopisów, pacynki na palec, którymi można było w każdej chwili zabawić Chloe, i pudełko mąki kukurydzianej. Nie miała pojęcia, jak to ostatnie się tam znalazło, ale na upartego byłaby zapewne w stanie wskazać głównego podejrzanego.

Znalazła kluczyki i przesunęła palcem po zdjęciu Chloe wtopionym w brelok. To był tandetny prezent od jej rodziców, przywieźli go jako pamiątkę z wypadu nad morze. Tak, był mało gustowny, ale ten dwucalowy kwadracik codziennie sprawiał Grace małą przyjemność. Znowu pomyślała o Chloe, która tego ranka była w przedszkolu, co zapewne oznaczało kolejne dzieło sztuki na kuchenną ścianę.

Niedługo będą musieli znaleźć inną „galerię”, obecna tonęła już pod nawałem kartek z przyklejonym makaronem, papierowych łańcuchów, kolorowych odcisków dłoni oraz dzwoneczków i pomalowanych farbami gwiazdek z masy solnej. Portfolio artystyczne Chloe rosło z tygodnia na tydzień. Chloe, ukochana, słodka, okrąglutka Chloe…

Grace podeszła do samochodu i wrzuciła do bagażnika aktówkę. Było cholernie zimno. Przestronny samochód z napędem na cztery koła, skórzanymi siedzeniami i delikatnym oświetleniem wewnętrznym wyglądał na przyjemnie ciepły i wygodny. Zaczęła zastanawiać się, jakiej muzyki posłuchać podczas jazdy do domu. Zdecydowała się na Ryana Adamsa, z którym następnie zaśpiewała w duecie.

Od Nettlecombe, gdzie czekała na nią jej mała rodzina, dzieliło ją dwadzieścia minut jazdy uliczkami okolonymi wysokimi żywopłotami. Mimo zatracenia w melodyjnych słowach piosenki Gimme Something Good w jej umyśle brzęczała niekończąca się lista rzeczy do zrobienia. To właśnie ten wirtualny katalog stale nie pozwalał jej zasnąć aż do wczesnych godzin porannych, sprawiał, że traciła wątek w trakcie rozmowy i że wykrzykiwała przypadkowe słowa, kiedy nagle przypominała sobie coś pilnego, o czym wcześniej zapomniała. „Trzeba kupić mleko. Cholera, nie oddzwoniłam do Ruthie”. Jej szkolna koleżanka zostawiła jej dwie wiadomości, pytając o wspólny lunch. „Co kupić mamie na urodziny? Można by zorganizować jakiś bukiet, ale to będzie wyglądać, jakby nie chciało mi się porządnie pomyśleć o prezencie. Zapytam Alice, czy ma jakieś pomysły. Trzeba kazać Jayney wysłać odbitki korektorskie do Nell, jeśli chcemy zdążyć z projektem. Czy ja odpowiedziałam Angharad w sprawie ostatecznych kosztów? Muszę sprawdzić. Ciekawe, czy Tom spakował torbę Chloe na poniedziałek. Czego będzie potrzebowała? Chyba niewiele. Muszę sprawdzić. Boże, ale jestem zmęczona”.

Zgasiła reflektory i w ciemności podjechała pod budynek. Ich solidny dom z czerwonej cegły w stylu edwardiańskim stał pośrodku okrężnego podjazdu, który dobudowano później, by samochody mogły swobodnie zawracać i parkować. Wieczorne powietrze było nieruchome. Zimowych krzewów nie tarmosił żaden wietrzyk, ale było rześko. Wielki księżyc oświetlał tył budynku, ich przystani, ceglanej oazy spokoju i poczucia przynależności. Ich cudowny dom.

Nad ogrodem wisiała miodowa poświata, której źródłem był blask z okien kuchni mieszczącej się w dobudówce po prawej. Grace siedziała, chłonąc ten widok. Czuła się jak daleki, przypadkowy obserwator. Chloe siedziała przy stole w swoim specjalnym krzesełku. Było późno jak na nią i miała na sobie piżamkę, co sugerowało, że już raz została położona spać, ale ponownie wynurzyła się z pokoju, prawdopodobnie po to, by zobaczyć mamę. Buzię miała pełną makaronu z sosem pomidorowym i gestykulowała dziko, gdy zdawała swojemu tatusiowi relację z wydarzeń dnia, podczas gdy on kroił pękaty bochenek chleba. Była małą katarynką, żywym, pełnym energii dzieckiem, niezwykle dociekliwym i lekko niesfornym – innymi słowy, z nawiązką spełniała wszystkie nadzieje Grace i Toma.

Tom siedział teraz u szczytu stołu z kromką chleba w dłoni, a spod jego ulubionego ciemnozielonego swetra wystawała wykrochmalona bawełniana koszula. Palcami bawił się nóżką kieliszka. Tuż przed wypiciem zakręcił resztką wina na jego dnie i natychmiast sięgnął po dolewkę.

Grace patrzyła jak zahipnotyzowana, gdy zanurkował w przód, mierząc dwoma palcami w żebra Chloe i zatrzymując się tuż przed brzuszkiem małej. Chloe odrzuciła w tył swoje miękkie blond loczki i zapiszczała, obryzgując okolicę spaghetti. Wygramoliwszy się z krzesełka, wspięła się na kolana Toma i przytuliła do jego piersi, wycierając swoją ubrudzoną sosem buzię o jego sweter. Pocałował ją w czoło i bezskutecznie próbował przygładzić jej niesforne kędziorki, mocno ją do siebie tuląc.

Widok małej córeczki sprawił, że żołądek Grace zaczął wić się z tęsknoty. Chloe wciąż była przepysznie pulchniutka, przytulanie jej przypominało przyciskanie do piersi ciepłej, miękkiej poduszki. Jej nadgarstki okalały pulchne bransolety, jakie mają wszystkie małe dzieci, zupełnie jakby była skonstruowana na kształt lalki, a to były szwy łączące jej dłonie z przedramionami. Grace za nią tęskniła. Każdy dzień pracy z dala od córeczki wydawał się jej nie do zniesienia.

Z rozmysłem rozstawione lampy oplatały pomieszczenie łukami ciepła, kraciaste poduszki w okiennych wnękach były idealnie puszyste, a na krańcu ciosanego sosnowego stołu stała niska błękitna misa pełna przebiśniegów – bez wątpienia owoc pracy Chloe.

Widok jak z żurnala. Idealna rodzina w swoim idealnym domu. To był jeden z tych obrazów, które krystalizowały się w jej umyśle na skinienie palca.

Przyglądała się, jak jej mąż sączy wino i rozciąga pod stołem swoje długie nogi, krzyżując je w kostkach. Nie po raz pierwszy zachodziła w głowę, jak udaje mu się prowadzić dom i zajmować Chloe, sprawiając przy tym wrażenie, jakby życie było jedną wielką imprezą. Była zafascynowana tym, że zawsze wydawał się mieć czas na pogawędkę i kieliszek trunku, podczas gdy ona ledwie znajdowała chwilę, by zebrać myśli.

Ich związek był z gatunku tych, których inni nie mogli pojąć: on był żywiołowy i towarzyski, ona sprawiała wrażenie osoby statecznej, ważyła każde słowo i czyn. Jednak tych kilku wybrańców, z którymi para była blisko, wiedziało, że Grace stworzyła swoją postać, by zrównoważyć błazeństwa Toma i jego niekiedy nieodpowiedzialną postawę. Poznali się na ostatnim roku studiów, kiedy on niechętnie oddawał się zgłębianiu tajników architektury, a ona studiowała literaturę brytyjską, uważając to za dobry sposób, by rozwinąć kreatywność i zaprząc do pracy swoją miłość do słów. Zespolili się w całość pasującą do wszystkich stereotypów: byli dwiema połówkami jabłka, bratnimi duszami i tak dalej. Przed pojawieniem się Chloe zbudowali wspólne życie na fundamencie zaufania, otwartej i szczerej komunikacji, bezgranicznej życzliwości i silnej przyjaźni. Znaleźli swój przepis na szczęście.

Dla nikogo z kręgu ich znajomych nie było zaskoczeniem, gdy po przyjściu małej na świat Tom skwapliwie skorzystał z okazji, by uciec od codziennej mordęgi jeżdżenia do pracy w Londynie, która nudziła go do granic możliwości. Już dawno stwierdził, że nie będzie następnym Normanem Fosterem i dość miał przełykania codziennej dawki rozczarowań przy szkicowaniu planów przebudowy Holland Park i projektów dobudówek kuchennych w lepszej części Wandsworth. Fascynowało go, a zarazem irytowało, jak wiele spotkań było niezbędnych, by przedyskutować drobiazgi takie jak umieszczenie lustra czy wykończenie pojedynczego kranu w łazience. Dość miał mordowania się z kobietami, które miały za dużo wolnego czasu i środków na spełnianie wszystkich swoich kaprysów. Zajmowanie się domem na pełen etat wydało mu się jak najbardziej sensownym rozwiązaniem. Grace zarabiała więcej od niego i jeśli Chloe byłaby przy nim, nie musieliby martwić się o jej dobro.

Ten tok rozumowania sprawdził się w obu punktach: zarobki Grace z nawiązką wystarczały, by pokryć ich wydatki, a Tom był oddanym i cierpliwym ojcem. Przy pani Roper, która dwa razy w tygodniu sprzątała ich dom, i rodzicach Grace stale dyżurujących w pogotowiu telefonicznym, nic nie stało na przeszkodzie, by był rodzicem idealnym. Teraz zaczął naciskać na drugie dziecko, pewny, że z dwójką poradzi sobie równie dobrze, gdy przyjdzie czas, by Grace odstawiła nowe dziecię od piersi i wróciła do pracy.

Powoli stawało się to między nimi kością niezgody, a Tom nękał żonę swoim pomysłem, pokazując w gazetach zdjęcia uroczych niemowlaków i bez końca rozwodząc się nad tym, jak bardzo Chloe cieszyłaby się z rodzeństwa, jak samotnie musi czuć się jedynak, oraz opowiadając, że jego brat Jack trzymał go przy zdrowych zmysłach w czasach szalonego dzieciństwa. Grace nie umiała odeprzeć jego argumentów. Trudno było jej wyjaśnić, jak ciężko jest codziennie zostawiać dziecko, by iść do pracy – żegnanie się z dwojgiem byłoby nie do zniesienia. Rzadko wspominała o tym, że czasami czuła głębokie rozgoryczenie, gdy na dźwięk budzika zrywała się na równe nogi o piątej rano i gdy musiała patrzeć, jak Chloe ze wszystkimi nagłymi potrzebami instynktownie zwraca się do ojca. Ale i tak była szczęściarą, naprawdę. Miała wszystko.

Tom kochał ją głęboko i z poczuciem pewności, niekiedy wręcz popadając w przesadną dumę. Patrzył na ich przyjaciół i wiedział, że nikt z nich nie ma tego, co łączyło jego i Grace. Intelektualnie byli idealnie dobraną parą i mimo że fizycznie nie ciągnęło ich do siebie już tak, jak na początku, namiętność między nimi wciąż nie gasła. Jakby za zamkniętymi drzwiami ich sypialni istniał sekretny świat, który znali tylko oni dwoje. Bez względu na to, jakie wyzwania niósł dzień, obietnica przyjemności i komfort płynący z intymności sprawiały, że wszystko się układało.

Grace nigdy nie czuła się do końca pewnie ze swoim ciałem, a poprzednie związki Toma, mimo że liczne, były krótkotrwałe. Gdy ją poznał, wydawał się wreszcie gotowy, aby zrzucić maskę, którą przywdział, by imponować kolegom. Była pierwszą osobą w jego życiu, która kochała go bezwarunkowo, takiego, jaki naprawdę był. Jego agresywną pewność siebie i sarkastyczne poczucie humoru, którymi zaskarbił sobie szacunek kolegów, Grace lubiła w nim najmniej, więc z niemalże wyczuwalną ulgą pozwolił sobie na odsłonięcie swojej wrażliwszej, bardziej ludzkiej strony.

Ludzie powtarzali Tomowi, że jest szczęściarzem. Jednak on wiedział, że to nie łut szczęścia, ale przeznaczenie postawiło na jego drodze jego żonę. Ostrzegano go, że po pojawieniu się dziecka wszystko się zmieni, a z ciężkich westchnień, zaciskania ust i współczujących poklepywań po plecach otrzymywanych od swoich równolatków, którzy byli już rodzicami, wywnioskował, że nie są to bynajmniej zmiany na lepsze. Mylili się, wszyscy co do jednego. Przyjście Chloe na świat nie tylko było czymś dobrym – było cudowne i scalało ich jako parę. Oplotło ich jak winorośl, wiążąc ich ze sobą jeszcze mocniej, pokrywając ich zwyczajność czymś absolutnie pięknym.

Tom kochał Chloe, a właściwie jej wyobrażenie, już od momentu poczęcia – a rzeczywistość okazała się jeszcze lepsza. Rozkoszował się każdym aspektem ojcostwa. Widział w nim dar i okazję, by przypomnieć sobie wszystko, co wyniósł na temat rodzicielstwa z własnego dzieciństwa, i samemu spróbować postępować inaczej. Chloe ubóstwiała swojego tatusia. Wiedziała, że nigdy jej nie zawiedzie, nigdy nie będzie zbyt zmęczony czy zajęty, by poświęcić jej uwagę, by rozwiązać jakikolwiek problem, który jej doskwierał.

Grace czuła się wewnętrznie rozdarta, gdy tak patrzyła rozmytym wzrokiem na Chloe i Toma siedzących razem w kuchni. Z jednej strony bolało ją, że tak często jest w tej rodzinie outsiderem, jednak była też oczarowana i zafascynowana oddaniem i miłością, jakie codziennie demonstrował jej mąż. Podjechała bliżej, Chloe natychmiast ją zauważyła. Machając zapamiętale obiema rękami, zeskoczyła z kolan taty, pobiegła do przylegającego do kuchni przeszklonego ganeczku i przykleiła usta do szyby, zostawiając na niej pomidorowe odbicie.

– Mamusiu! Mamusiu! – czytała z jej warg Grace, gdy mała skakała w miejscu, nie mogąc doczekać się, by uraczyć mamę opowieściami o minionym dniu.

Grace wyskoczyła z samochodu, chwyciła torby i weszła do domu kuchennymi drzwiami.

– Cześć, mała!

Chloe z pełną mocą i rozpostartymi ramionami rzuciła się w kierunku swojej mamy.

– Prrr, koniku! Tom, możesz przynieść kawałek papierowego ręcznika? – zawołała do męża, przytrzymując córkę za nadgarstki. – Kocham cię, Chlo, ale nie chcę mieć całej spódnicy w sosie spaghetti.

– To tylko pomidory. – Tom cmoknął z dezaprobatą.

– Tylko midory, mamusiu! – powtórzyła Chloe, gdy Grace wycierała jej lepkie paluszki ręcznikiem.

– Wiem, że to tylko midory, panno Chloe May, ale i tak niepotrzebna mi wycieczka do pralni! – odpowiedziała, pochylając się, by wziąć w ramiona swoją małą córeczkę i odetchnąć jej zapachem. Musnęła ustami czubek głowy dziecka.

Ścisnęła ją trochę za mocno, więc Chloe wyszarpała się ku wolności.

– Chloe zrobiła dla ciebie prezent!

– Och, jak cudownie! Uwielbiam prezenty. – Grace uśmiechnęła się, wiedząc, że prezentem może okazać się wszystko, od dzieła sztuki po liść przyklejony do kubka po jogurcie.

– Jest taki duży! – Chloe rozłożyła szeroko ramiona.

– Wow, tak duży jak wieloryb! – Grace pocałowała ją w nos. – Gdzie jest? Mogę go zobaczyć?

– Nie. To nie prezent na dzisiaj, mamusiu. To na specjalny dzień – skinęła głową. – Zaraz idę do szpitala na poperację. – Otworzyła szeroko buzię i odchyliła głowę do tyłu, zaczepiając palcami wskazującymi o brzeg ust, by Grace mogła zobaczyć źródło jej bólu.

– Wiem, kochanie! – Grace pocałowała ją w brodę. – Wyprawa do szpitala będzie niezłą przygodą! Może spotkasz doktora Ranj.

– Kocham go – zadeklarowała Chloe z rozmarzonymi oczami.

– Wiem. – Grace ponownie ucałowała jej twarzyczkę, a dziewczynka wygięła się do tyłu, ześlizgnęła na podłogę i powędrowała z powrotem do swojego tatusia. Mama wytarła z jej policzka sos pomidorowy.

– Hej! Wszystko gra? – zapytał Tom.

– Tak, w porządku. – Grace skinęła głową w kierunku córki. – Wygląda, że jest w dobrej formie.

– Jest w świetnej formie. Prawo Murphy’ego, co nie? Na kilka dni przed usunięciem te cholerne migdałki działają bez zarzutu. Aż się zastanawiam, czy dobrze robimy. – Tom dopił wino.

– O Boże, Tom, przypomnij sobie tylko te wszystkie zarwane noce, jej płacz, bo nie może przełykać i jeść. Nie warto się z tym męczyć. Tak jak ustaliliśmy, trzeba to zrobić, żeby zaoszczędzić jej tego w przyszłości. No i nigdy więcej cholernych antybiotyków!

Tom przeczesał palcami swoje krótkie, gęste włosy.

– Wiem, nigdy więcej cholernych antybiotyków. Po prostu nie podoba mi się myśl, że będzie pod narkozą i tak dalej. Czyli zdążyłaś na pociąg?

– Tak, ledwie. Cały zapakowany. Ale powiem ci, że… – ziewnęła. – To jeden z tych dni.

– Gracie, to zawsze jest jeden z tych dni – westchnął.

– Prawda – uśmiechnęła się. Jej telefon zabrzęczał. – Cholera, wybacz. – Przesunęła palcem po ekranie, wysłała wiadomość do Roseanne, po czym ponownie skupiła uwagę na mężu. – Jestem cała twoja!

– Jadłaś? – Jak zawsze myślał przede wszystkim o tym, by ją nakarmić.

Umyła ręce w dużym kwadratowym zlewie kuchennym. Jej mąż stąpał cicho za nią i uwolnił jej włosy spod kołnierzyka koszuli. Grace spięła się, gdy jego palce dotknęły jej szyi. „Daj mi odrobinę przestrzeni, jestem zbyt zmęczona…”

– Jeśli jesteś głodna, to zrobiłem spaghetti. – Skinął głową w kierunku kuchenki, na której stał duży garnek.

Grace pokręciła głową, czuła się zbyt wyczerpana, by jeść. Tom nie dawał za wygraną, starając się śpiewnie przemawiać do żony.

– Wyglądasz na rozbitą, kotku. – Troska w jego głosie była szczera i wzruszająca, przez co poczuła ukłucie winy.

– Jestem rozbita. – Wyczuła, że mąż się cofa, i ogarnęła ją pełna skruchy wdzięczność. – Gdzie mój uroczy prezent od Chloe? To byłby przyjemny sposób na rozpoczęcie weekendu.

– Ach, to coś pięknego! – uśmiechnął się Tom.

– Tak, i najwyraźniej jest wielkie jak wieloryb – zaśmiała się Grace.

– Hmmm, nie jestem pewien. I obawiam się, że nie możesz go dziś dostać. To prezent na twoje urodziny, postawiła sprawę bardzo jasno.

Grace zmarszczyła brwi.

–Więc chyba będę musiała po prostu poczekać.

Dwie godziny później, po obejrzeniu wiadomości i wypiciu przed telewizorem dużego kieliszka wina, Grace wsunęła się do pokoju Chloe. Dziewczynka leżała na środku swojego łóżka z rączkami nad głową i nóżkami ułożonymi w literę „O”. Jej powieki drgały przez sen. Grace wyciągnęła dłoń i odgarnęła z jej czoła zabłąkany kędziorek.

– Dobranoc, słonko. Kocham cię, Chloe. Masz u stóp cały wielki świat. Śnij o nim i podążaj za swoimi marzeniami, moja śliczna córeczko.

Dziewczynka odchyliła lekko głowę i zaczęła chrapać. Po operacji Grace na pewno nie będzie za tym tęsknić.

Tom zakradł się za nią.

– Ale smoczyca!

Oboje starali się stłumić chichot. Po pokoju niosło się echo odgłosów dobiegających z łóżeczka.

– Brzmi jak mój dziadek po obfitym obiedzie, podczas popołudniowej drzemki!

– Wyobraź ją sobie na uniwersytecie, jak wyrywa kapitana drużyny wioślarskiej i budzi go w środku nocy takim koncertem! – Tom wskazał na śpiącą córkę. – Nigdy nie zazna drugiej randki!

– Hej, nawet jeśli będzie się spotykać z kapitanem drużyny wioślarskiej, to na pewno nie prześpi się z nim na pierwszej randce. Będzie pilna i bystra. I zaczeka z tym do ślubu. – uśmiechnęła się Grace.

– Och, przepraszam, po prostu założyłem, że wrodziła się w matkę i pójdzie z nim do łóżka po butelce budweisera i paczce chipsów. – Schował twarz za uniesionymi rękami, jakby spodziewał się bicia.

– Oddałam ci się tylko dlatego, że wiedziałam, że za ciebie wyjdę, mądralo! – Uderzyła go żartobliwie w ramię.

Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął na półpiętro, zamknąwszy za sobą drzwi pokoju Chloe.

– Kontynuujmy tę sprzeczkę pod kołdrą. Chodźmy zrobić jej siostrzyczkę albo braciszka… – Znacząco poruszył brwiami.

Grace zwiesiła głowę.

– Tom, błagam, nie dręcz mnie! Nie mogę o tym myśleć, kiedy jestem tak zmęczona, a przez to twoje wiercenie dziury w brzuchu jest mi po prostu nieswojo. Powiedziałam ci już, w swoim czasie… To nie fair tak ciągnąć ten temat.

– Będziemy się o to kłócić? – Zrobił krok w przód i pocałował ją w czubek nosa.

– Tom, wiesz przecież, że się nie kłócimy. Po prostu drążymy i drążymy, dopóki nie dojdziemy do porozumienia. – Od zawsze mieli taki styl.

– Szkoda, miałem nadzieję na małą sprzeczkę. – Mrugnął do niej.

– Co też w pana wstąpiło, panie Penderford? – Zacmokała.

Tom uśmiechnął się szeroko, chwycił ją za nadgarstek i zaprowadził do sypialni. Ściągnął skarpetki i rzucił je na stertę rzeczy pod ścianą, jedną ręką zdjął sweter, mocując się z tyłem kołnierzyka, dopóki nie udało mu się ściągnąć go przez głowę – była to sztuka, której nigdy nie udało się jej opanować. Stwierdziła, że to typowa umiejętność facetów, ze zdejmowaniem stanika przez bluzkę poszłoby mu już dużo gorzej. Była to sprytna sztuczka, której nauczyła się w szkole.

Opuszkami palców zakrył sobie sutki.

– Nie patrz, wstydzę się. – Potrafił ją rozbawić jak nikt.

Grace pozwoliła, by ramiączka jej bluzki opadły, i przechyliła głowę na jedną stronę.

– Dziś nie podołam tym zabawom, jestem zbyt zmęczona… – Przymknęła oczy i zakołysała się, jakby chciała to udowodnić.

– Och, Grace, wcale nie musisz mnie zabawiać. – Tom przyciągnął ją do siebie i przytrzymał, opierając jej głowę pod swoją brodą, gdy tak stali razem w półmroku sypialni. – Prawdę mówiąc, to możesz nawet drzemać. Uwinę się raz-dwa.

Grace dała mu kolejnego lekkiego kuksańca, po czym poszła do łazienki.

W końcu wsunęła się pod kołdrę i położyła głowę na poduszce. W nozdrzach poczuła jej znajomy zapach.

– Grace, nie śpij! Kończę myć zęby i jestem z powrotem.

Usłyszała jego pełne frustracji westchnienie, gdy jej powieki zaczęły się zamykać. A potem zapadła w głęboki, bardzo głęboki sen, o którym marzyła cały wieczór.

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:Three-and-a-Half Heartbeats

Redaktor prowadząca: Aneta Bujno Redakcja: Justyna Yiğitler Korekta: Ewa Popielarz Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Zdjęcia na okładce: © mavo (Shutterstock), © tanatat (Shutterstock)

Copyright © 2015 by Amanda Prowse

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece, an imprint of ILLUMINATIO Łukasz Kierus Copyright © for Polish translation by Edyta Świerczyńska

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne Białystok 2017

ISBN 978-83-65740-62-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:www.facebook.com/kobiece

www.wydawnictwokobiece.pl

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stroniewww.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com