Trzewia Miłości - Franciszek Bilwerdyn - ebook
Opis

Trzewia Miłości to zbiór 35 krótkich opowiadań okraszonych czarnym humorem. Stworzony z myślą o czytaniu do poduszki, jako swego rodzaju pigułka nasenna z nieskrępowanej głupoty i abstrakcji. Wspólnie pośmiejemy się z fetyszystów i zboczeńców, z miłości i namiętności, ze mnie i z Ciebie. Wskakuj więc drogi czytelniku, bądź czytelniczko na karuzelę pretensjonalności i przerostu formy nad treścią. Złap się mocno i pamiętaj — nieważne, jaką książkę czytasz, ważne jest jak przy tym wyglądasz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 129

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Franciszek Bilwerdyn

Trzewia Miłości

TYLKO DLA DOROSŁYCH 18+

© Franciszek Bilwerdyn, 2017

Trzewia Miłości to zbiór 35 krótkich opowiadań okraszonych czarnym humorem. Stworzony z myślą o czytaniu do poduszki, jako swego rodzaju pigułka nasenna z nieskrępowanej głupoty i abstrakcji. Wspólnie pośmiejemy się z fetyszystów i zboczeńców, z miłości i namiętności, ze mnie i z Ciebie. Wskakuj więc drogi czytelniku, bądź czytelniczko na karuzelę pretensjonalności i przerostu formy nad treścią. Złap się mocno i pamiętaj — nieważne, jaką książkę czytasz, ważne jest jak przy tym wyglądasz.

ISBN 978-83-8104-556-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wprowadzenie

Trzewia Miłości to zbiór 35 krótkich opowiadań, a raczej facecji, pozbawionych wyraźnej puenty utworów okraszonych nutą czarnego humoru. Nie jest to ambitna lektura, która bezlitośnie wciąga czytelnika tak, że ten jest zmuszony zrezygnować na tydzień z teatru życia, byleby tylko ujrzeć ostatnią stronę powieści i wyrwać się w końcu z jej objęć. Stworzyłem ten zbiór bardziej z myślą o czytaniu do poduszki, gdy po męczącym dniu w pracy, po użeraniu się z szefem bądź wykładowcą, po pęknięciu turbiny w zajechanym dieslu, po setce innych zależności Murphy’ego, na które jesteśmy narażeni każdego dnia — mamy ochotę się wyłączyć, zresetować umysł, i przyjąć przed snem pigułkę z nieskrępowanej głupoty i abstrakcji, która naświetli absurd życia i choć trochę poprawi nam humor. Jeśli przynajmniej jedno z opowiadań wywoła Twój uśmiech na twarzy, drogi czytelniku, bądź czytelniczko — to spełniłem swoje zadanie. Zanim jednak przystąpisz do degustacji, zalecam podkładkę z dystansu do świata, może być w postaci whisky z lodem. Pośmiejemy się bowiem z psycholi i dziwaków, fetyszystów i zboczeńców, ze mnie i z Ciebie. Będzie też o tytułowej miłości, formach jakie przyjmuje, i o tym, jaki ma związek z trzewiami. Przerost formy nad treścią w pełnej krasie; Przytaczając słowa Franciszka Bilwerdyna -,,Nieważne jak dobry jesteś w uprawianiu beletrystyki — ważne jak przy tym wyglądasz’’.

Wstęp

Przeglądasz zawartość skrzynki pocztowej. Rachunki, więcej rachunków, i ulotki, te same od kilku miesięcy. Kolekcjonowanie papierowych reklam okolicznych melin nigdy nie było twoją pasją, więc w bezwarunkowym odruchu odrzucasz kolorowe skrawki na kupkę, której przeznaczeniem będzie kosz na śmieci. Otwierasz szafkę pod zlewem. Trzeźwiejesz z porannego stuporu za sprawą nieprzyjemnego odoru martwego mięsa. Twój wzrok wyostrza się i zatrzymuje na drugim stosiku, tym wyciągającym szpony po twe pieniądze. Dostrzegasz nieoznaczoną kopertę, która umknęła wcześniej twej uwadze. Pozbawiona stempli i adresu, zamiast tego przyozdobiona tłustymi odciskami palców, które zapewne nie znają pojęcia manicure. Już masz otwierać tajemniczą przesyłkę, gdy nagle ambitny w swej nekrozie ból brzucha zgina cię wpół. Biegniesz do kibla, by nie zawalić majtek. Myjesz ręce, podziwiasz paznokcie wyrzeźbione przez profesjonalną manicurzystkę. Wracasz do kuchni. Tym razem nic nie stoi między tobą, a zawartością koperty. W środku bez niespodzianek — list. Gęsto zapisany, a raczej nabazgrany nieludzką, bezwstydną kaligrafią, którą ledwo udaje ci się rozszyfrować. Jest to zaproszenie do nowo otwartej restauracji na obrzeżach miasta. Forma reklamy, jak i treść pełna neologizmów i niejasnego bełkotu jest niezbyt zachęcająca, masz jednak wolną sobotę, i stwierdzasz, że nie zaszkodzi sprawdzić.

Z zewnątrz prezentuje się na swój sposób nieźle, choć kiczowato. Kolorowe neony, pstrokata markiza z fallicznymi frędzlami i wycięty z kartonu człowiek przy głównym wejściu, witający cię kurtuazyjnym uśmiechem. Kierujesz się do środka, walcząc przy tym z drzwiami, na których jakiś debil umieścił napis ciągnij. Wewnątrz — antykadencja i konsekwencja. Wszechobecny przerost formy nad treścią. Wystrój jest różnorodny, a przekaz niejasny. Nie wiesz jakiej kuchni się spodziewać. Wybierasz miejsce przy oknie, dekorowanym całunem nocy. Siadasz na ogrodowym krześle (przestajesz się zastanawiać nad sensem wystroju) i prosisz o kartę. Twoim oczom ukazuje się lista dań, których nazwy niewiele ci mówią. Tajemnica podsyca twój apetyt, decydujesz się więc na jelita pełne miłości i zupę otrzewną. Rudowłosa kelnerka obsługująca cię byłaby nawet ładna, gdyby nie miała dziwnego grzyba na ustach. Dopiero teraz zwracasz uwagę na pustkę w lokalu. Poza tobą w najsłabiej oświetlonym kącie sali siedzi jakiś brodaty prostak, wlepiający bezczelnie wzrok w twą buźkę. Udajesz, że tego nie dostrzegasz. Po kilku minutach kelnerka wraca z tacą parującej dobroci. W całym tym położeniu zaczynasz wierzyć, że otrzymasz kiszkę jelitową z nadzieniem z łajna. Twoim oczom ukazuje się jednak pospolity schabowy z ziemniakami i pomidorowa z kluskami. Kelnerka życzy smacznego i uśmiecha się z wdziękiem. Mimowolnie koncentrujesz wzrok na osobliwej narośli, która zdaje się rosnąć na twoich oczach. Przypominasz sobie szybko i manierach i dziękujesz za posiłek. Ruda jednak nie odchodzi, zdaje się, że czeka w napięciu na degustację. Wbijasz więc tępy nóż w kotleta, raniąc go śmiertelnie. Wnętrzności w postaci topionego sera i kwaszonego ogórka wypływają żałośnie z konającego kawałka mięsa. Nabijasz trzewia na widelec i wkładasz do ust. Mięso wydaje agonalne tchnienie, z łatwością ustępując miażdżącej sile zębów. Jest niezwykle kruche, a przy tym delikatne, a doprawione w sam raz, tak jak lubisz. Jesteś tak zaskoczony, że zapominasz o czekającej na wyrok kelnerce. Błyskawicznie pochłaniasz zawartość talerza, zlizując sok po surówce z białej kapusty. A zupa? Nie żadna zupa, a pieprzona ambrozja. Rzucasz się na talerz niebiańskiej substancji zalewając przy tym nową koszulę. Nie zwracasz na to uwagi, skupiając się na wrażeniach z kubków smakowych. Kelnerka klaszcze w dłonie na ten widok, powtarzając jakieś słowa, które brzmią jak japoński. To zapewne twój umysł szwankuje od nadmiaru gastronomicznych orgazmów. Po wszystkim wiotczejesz, i opadasz na ogrodowy mebel, wycieńczony, ale usatysfakcjonowany. Prosisz o rachunek. Wszystko wydaje się teraz piękniejsze, nawet grzyb u kelnerki jakby się zmniejszył, a i kwota na paragonie pozytywnie cię zaskakuje.

Wychodząc rozglądasz się po okolicy. Dopiero teraz zauważasz, że po drugiej stronie ulicy stoi jeszcze jedna restauracja. To raczej określenie na wyrost, gdy mówi się o budce z hot-dogami. Na szybkie ścierwo nie masz już miejsca, ale poziom endorfin w twoim ciele jeszcze się nie ustabilizował (wydawanie kasy jest w dechę — limfocyt typu T), więc przechodzisz przez ulicę, by kupić coś na wynos. Z grzeczności, skoro podszedłeś, zostaje na puszce coli. Widok nędznej imitacji jedzenia, niby jakiegoś doppelgängera zdrowej, świeżej żywności wywraca ci kiszki, smagane jeszcze ciepłą pomidorową. Sprzedawca obmacuje wszystko, co jadalne łapami porośniętymi kłakami i warstwą brudu. W pojemniku z sosem dostrzegasz poskręcane siwe włosy i coś, co wygląda na złuszczoną skórę. W dodatku nędznik za ladą wygląda jakoś dziwnie znajomo. Drapie się po brodzie i kolejne odłamki z bakteryjnego granatu lądują na połaciach tłuszczu i cukrów prostych. Zdaje się, że to… Niedorzeczna sytuacja, on wygląda, jak obdartus, który gapił się na Ciebie w tamtej restauracji. Teraz też to robi, przeszywając cię martwym, rybim wzrokiem. Po chwili uśmiecha się obnażając spróchniałe koniuszki zębów i wyciąga rękę w twoją stronę. Próbujesz się odsunąć, ale twoje nogi odmawiają posłuszeństwa, niefortunnie wrastając w ziemię. W końcu mocnym szarpnięciem wyrywasz się z niewidzialnych sideł. Rzucasz bliżej niezidentyfikowane monety na ladę i bez słowa odchodzisz pośpiesznym krokiem. Coś z tym gościem jest nie tak, kołacze ci myśl w głowie. Oddalasz się już na znaczną odległość, ciekawość jednak święci tryumfy i po raz ostatni odwracasz się by objąć wzrokiem tą obskurną budę. Oczywiście nie ma po niej śladu. Osłabiony umysł racjonalizuje na wszelkie sposoby ten błąd w systemie — jest ciemno, zamknął budę, zgasił światła i nie widać z daleka, podczepił kółka i odjechał na śniadym koniu. W końcu umysł się zamyka, i dopuszcza do siebie inne wrażenia zmysłowe. Coś ciąży ci w kieszeni marynarki. Sięgasz i pod palcami czujesz jakiś metalowy przedmiot. Nieśmiertelnik. Księżyc odbija tłuste ślady palców od gładkiej powierzchni. Odwracasz przedmiot, na którym wygrawerowano Trzewia Miłości zapraszają ponownie! W końcu ustępujesz miejsca pierwotnym odruchom, i pożywną zawartość żołądka zostawiasz na chodniku. Ogarnia cię smutek na widok autorskiego kolażu i, co cię zaskakuje, nagły, wręcz wilczy głód. A może tak coś na szybko (a może hot-doga)?

Apoptoza I

1

— Patrz. Leci Wąglik.

— Jebnięty gość. Miał się nie wychylać… Kurwa, Wąglik co ci mówiłem? To delikatna sprawa, a ty sobie hasasz po łączce, jak Calineczka.

— Sorry, Bonzo, zafajdałem gacie i głupio mi było.

— No ładnie. Przesrałeś swoją szansę, teraz moja kolej.

— Nie no daj spokój, jeszcze jedna próba, ostatnia! Tylko o to cię proszę, dam z siebie wszystko.

— Oj dałeś, nawet coś w zanadrzu. Petrov, podetrzyj tej łajzie tyłek, i przypilnuj, żeby nie wybrał się na spacer, ja ogarnę ten burdel.

— Ta jest!

— Powodzenia, Bonzo.

— Ssij włochate jajca Wąglik. Lecę.

Tum tu tum, tu tu tum. Taka muzyka grała, gdy Bonzo zbliżał się do domu spokojnej starości na Medview Lane. Niewielka mieścina na północy, początek wiosny. Rześkie powietrze unoszące się w powietrzu. Zapach koni, kotów, i żwirowej posypki do butów. Bonzo skupił się na maksymalnym zakleszczeniu zwieraczy, nie mógł pozwolić sobie na taką wpadkę, jak przygłupi Wąglik. Był w końcu liderem. Zbliżając się do niewielkiego Gmachu, ciemne słońce odbijało się od jego białych spodni moro. To był znak.

Trzy wiewiórki przeleciały nad pasmem jezior i rzek. Widziały wszystko z góry. Tam był człowiek, a raczej jego resztki. Zdeptany przez protezy, zaszlachtowany laskami i spłaszczony wózkami inwalidzkimi. To był zły omen dla Bonzo i jego węgierskich sił specjalnych.

Czuł jak zwieracze otwierają się, a wodnista brązowa ciecz ścieka mu po umięśnionej nodze. Stał przed drzwiami gmachu. Wąglik i Petrov przyglądali się z bezpiecznej odległości, skryci za kuriozalnej wielkości głazem. Nie było szansy na odwrót. Użył kołatki w kształcie kołatki. Głuchy dźwięk rozległ się w rzeczywistości i w jego głowie. Tupanie, coraz bliższe. Drzwi gładko rozpostarły się przed jego osobą, a za nimi — archaicznie stereotypowy kamerdyner.

— Witam, sir Bonzo. Wszyscy oczekują Pańskiego przybycia. Zapraszam do środka — wykonał zachęcający gest.

— Skąd znasz moje imię? Wąglik tu był? Wygadał się ze wszystkiego!?

— Pan Wąglik nie dotarł nawet do Zagajnika Idiotów, nie mówiąc już o Polanie Zagłady. My wiemy WSZYSTKO. Ale o tym później. Proszę, Arubarusolukthrakng stygnie.

— Aruba-co?

— Nalewka z dojrzałych odleżyn, specjalność Domów Starczej Uciechy. Zapraszam do jadalni.

Przeszli przez ogromnie mały hall, zatrzymali się w skromnej, olbrzymiej jadalni urządzonej barokowo. Bonzo czuł się przytłoczony lampionami na wysokim suficie, i dywanem z wzorami psiej kupy na ścianie. Dopiero po chwili zauważył niemal stumilowy stół zapełniony niemal do ostatniego miejsca niemal najstarszymi ludźmi tej planety. Byli po trzydziestce, ale przed studwudziestką. Strzelali z trzydziestek ósemek do zdeformowanych dzieci na prowizorycznym placu zabaw za oknem. Niektóre z dzieci próbowały uciec, większości z nich brakowało jednak kończyn, oczu, uszu, a nawet głowy, więc było to problematyczne. Oniemiały Bonzo z otwartymi ustami przyglądał się, jak grupka krzepkich kamerdynerów rozbija czym prędzej ścianę potężnymi młotami, pozostawiając wielką dziurę, z której niemal najstarsi mogli z łatwością wykończyć ohydne abominacje. Niezwykła humanitarność wzmacniała ich zdolności manualne, gdyż wszystkie strzały trafiały w głowę (pod warunkiem, że kreatury je posiadały) gwarantując szybkie zejście.

— To doroczny bal kostiumowy, organizowany w celach charytatywnych. Pomagamy ludziom uzależnionym od nadziewania croissantów naturalnymi płynami ciała. Naszym celem jest oczyszczenie piekarni i sklepów spożywczych z rogalików wypełnionych ropą, krwią, stolcem, lub co najgorsze — arbuzami. Jak sam Pan widzi, nasza organizacja dokłada wszelkich starań, by poranki były przyjemne, a noce upojne, natomiast jednoosobowe narady w latrynach — gładkie i bezbolesne. Jednak Pan nadal chce nas osłabić. Myślę jednak, że uda mi się to z Pana wykoncypować. Tymczasem zapraszam na Arubarusolukthrakng. Ze świeżymi paznokciami smakuje wybornie.

Bonzo nie wiedział, ale już wiedział. Nie wyjdzie stąd żywy, albo wyjdzie martwy. Tak czy inaczej, zachował pokerową twarz, i programując pretensjonalny uśmiech towarzyski podszedł do stołu i przyjął lampkę z zielonkawym trunkiem.

— Za nowy układ! Nie dajmy się strawić jelitom niewierności! — wydusił z siebie starszy bratanek Szou’n, przydrożny alfons z botanicznej rodziny.

— Heil Muscat. Heil Porto. — odparł Bonzo, w myślach klepiąc po plecach za przestudiowanie savoir-vivre organizacji Domy Spokojnej Starości sp. z.o.o. Wziął porządny haust trunku i niemal natychmiast zatańczył salsę. To był orgazm w płynie. Nie zważając na nic rzucił się w stronę barku po dolewkę. Lampka nie była mu potrzebna, butelka też nie, roztrzaskał ją więc czym prędzej o granitową posadzkę, i począł nie tylko zlizywać zieloną rozkosz wraz z odłamkami szkła, ale jednocześnie precyzyjnie wypełniać płynem najmniejsze nawet otwory ciała. Eksplozja ekstazy niemal rozrywała go od środka, dostał drgawek i migotania komorowo-przedsionkowego.

— Sir Bonzo, nalegam, by Pan usiadł, Błękitny respirator zjawi się lada moment, a On nie toleruje ludzi w postawie stojącej.

Bonzo powracał z upiornego majaku. Umysł cofał się do rzeczywistości, gdzie trzymał lampkę z nienaruszonym trunkiem w smoliście białej dłoni.

— Wszystko ma być siedzące bądź leżące, Galmanadzie, tout suite! — poganiał kamerdyner z drzwi kamerdynera z okna.

— Ugrabulabung!

— Potem dostaniesz chrupki serowe, pomóż mi teraz z nim, opary go wylizały. Podaj krzesło… Nie, poczekaj! Już za późno… Sir Bonzo, robiłem co w mej mocy, by doprowadzić te porozumienie do skutku. Jednak Błękitny Respirator już tu jest, czuję jego szkarłatny oddech. Teraz los twój jest w Jego palcach. Strzeżcie się stojący, nadchodzi On!

2

— Udało mu się! Wszedł do środka.

— Nie wierć się, ja tu pracuję — Petrov skrobał w pocie czoła chude pośladki Wąglika, a gówna nie było końca — nie dosrywaj nowych partii, nie nadążam ze skrobaniem. W dodatku nakapało mi do ust.

— Wybacz, to z tych emocji.

— Posłuchaj mnie uważnie. Musisz być skupiony. Gdy przyjdzie pora, powinniśmy być w gotowości, by mu pomóc. Hej, hej! Nie myśl o tym teraz zbyt intensywnie, inaczej trzeba ci będzie zbudować tamę dookoła tej chudej dupy.

Nie było zbyt zimno. Zaledwie nieco ciepło. Dokładnie to trochę cieplej, niż nie tak znów zimno. Tymi szczegółami nie powinien zajmować się człowiek obawiający się o własne życie. Bonzo nie mógł się jednak powstrzymać. Wyobrażał sobie te spotkanie, analizował je na wszelkie możliwe sposoby, uczył się najbardziej chwytliwych jego zdaniem kwestii — Ależ owszem, ten spryskiwacz do krzeseł czyni cuda, a ta pomadka do zwichnięć biodrowych! Żona byłaby dumna, jego wysokość. Bzdurne teksty zlewały się z przyjacielskimi pogawędkami z koła rybaków leśnych, a wzniosłe kwestie i imperatywne improwizacje tonęły w oceanie duchowych łez rozpaczy. Jednakowoż… Tak, zdecydowanie robi się coraz chłodniej, przy czym temperatura powietrza pozostaje bez zmian, przy wahaniach dodatnich temperatury spodni — Bonzo zeszczał się akurat w momencie Wielkiego Wzejścia. Błękitny Respirator spadł z nieba schodów, i potykając się po drodze o czyściec dywanów wylądował z impetem na Ziemi martwych śladów po butach, nieopodal wzbierającego jeziora amoniakalnej jaźni.

Donośny huk i głuche uderzenie przebudziły Bonza z myślowego kogel-mogel. Tak więc nadszedł ten moment. Dobre pierwsze wrażenie jest kluczowe.Odwrócę się powoli i ukło…

— Ekhm. Ekhm! — echo żądań Respiratora zmroziło krew w żyłach okolicznych trutni i biednych kamerdynerów.

— Kładź się głupcze, no już! — kamerdyner wprost rzucił się na zesztywniałego ze strachu Bonza. Gdy już obaj znaleźli się w bezpiecznym, horyzontalnym położeniu nastała chwila ciszy, nieznośnie długa chwila.

Pojedynek

Oparte na faktach

Poznałem go jeszcze za dzieciaka. Tak właściwie to on zapoznał się z moją twarzą. Rzecz działa się w wiosenne popołudnie. Słodki zapach kwitnącego ścierwa, wiatr muskający mi ciemną czuprynę, ja — ubrany w ulubione dżinsy z szelkami, wesoły, rozbawiony i beztroski. Psociłem na podwórku sąsiada, wówczas już denata. Porzucony trawnik na tle pustego, obskurnego budynku, który dawno temu zatracił status prawdziwego domu. Cienie pobliskich kasztanowców rzutujące na hermetyczną panoramę. Oniryczne wspomnienie nabiera ostrości. W jednym momencie następuje zaćmienie. Tak drodzy czytelnicy, stało się najgorsze — cholerny konik polny wskoczył mi na twarz. Bodźce cielesne nie dopuszczają do siebie tego faktu, ale umysł wie swoje. Emocje, emocje przejmują kontrolę. Panika, ucieczka, przerażenie… Zaćmienie.

Było kilka