Trzej muszkieterowie, tom IV-VI - Aleksander Dumas - ebook
Opis

Opowieść o królewskich muszkieterach, której akcja toczy się w XVII-wiecznej Francji, na dworze króla Ludwika XIII. Atos, Portos i Aramis oraz ich młody przyjaciel d`Artagnan próbują pokrzyżować plany podstępnego kardynała Richelieu. Na ich drodze staje także uwodzicielska Milady de Winter. Misja powierzona muszkieterom przez królową Annę Austriaczkę wymaga wielu poświęceń i sprytu. Czterem przyjaciołom często zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak chroni ich przyjęta dewiza życiowa: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Jedna z najlepszych powieści z gatunku płaszcza i szpady. Autor opisał dalsze losy głównych bohaterów w Trzech muszkieterach. 20 lat później.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuLes toris mousquetaires

Przekład Klemens Łukaszewicz

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

Aleksander Dumas

Trzej muszkieterowie

Tomy 4-6

ISBN: 978-83-7623-984-2

Wydawnictwo Zielona Sowa

Tom 4

I | Milady

D’Artagnan szedł ciągle za Milady, nie będąc przez nią widzianym. Dama wsiadła do karety, a nasz Gaskończyk usłyszał, jak rozkazała woźnicy jechać do Saint-Germain.

Niemożliwe było pieszo biec za powozem, który unosiły kłusem dwa silne konie, d’Artagnan wrócił więc na ulicę Férou.

Przy ulicy Serne spostrzegł Plancheta, stojącego przed sklepem cukiernika i napawającego się widokiem ponętnych ciast.

Kazał mu osiodłać dwa konie ze stajni pana de Tréville, który pozwolił d’Artagnanowi używać swoich wierzchowców na każde zawołanie, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.

Planchet udał się więc na ulicę Vieux-Colombier, a d’Artagnan na ulicę Férou. Atos był w domu, opróżniając ze smutkiem jedną z butelek tego słynnego wina hiszpańskiego, które przywiózł ze swojej podróży do Pikardii. Dał znak służącemu, aby przyniósł kielich dla d’Artagnana, a Grimaud, milcząc jak zwykle, wypełnił rozkaz.

D’Artagnan opowiedział Atosowi wszystko, co zaszło w kościele między Portosem a prokuratorową, i że ich kolega prawdopodobnie w tej chwili jest już na dobrej drodze do pozyskania ekwipunku.

– Co do mnie – odpowiedział Atos, wysłuchawszy go – jestem zupełnie spokojny, nie kobiety będą pokrywały moje wydatki na potrzeby wojenne.

– A jednak strzałom miłosnym tak przystojnego, wykształconego i wspaniałego kawalera jak ty, kochany Atosie, nie oparłyby się księżniczki ani nawet królowe.

W tej chwili Planchet wsadził dyskretnie głowę przez na wpół otwarte drzwi i doniósł swemu panu, że konie stoją gotowe przed bramą.

– Jakie konie? – zapytał Atos.

– Dwa konie, które pożyczył mi pan de Tréville i na których mam zamiar pojechać do Saint-Germain.

– Po co to jedziesz do Saint-Germain? – zapytał Atos.

Tu d’Artagnan opowiedział o swoim spotkaniu z damą, która wraz z panem w czarnym płaszczu i blizną niedaleko skroni nieustannie zaprzątała jego myśli.

– To znaczy, że zakochałeś się w niej, tak jak w pani Bonacieux – rzekł Atos, wzruszając pogardliwie ramionami, jak gdyby litował się nad ułomnością ludzką.

– Ja? O nie, mylisz się! – zawołał d’Artagnan. – Chciałbym tylko wyjaśnić tajemnicę, która się z nią wiąże, bo mam wrażenie, sam nie wiem dlaczego, że ta kobieta, chociaż nieznana mi wcale i mnie nieznająca, wywarła wielki wpływ na moje życie.

– Na honor, dobrze mówisz, nie znam kobiety, której byłoby warto szukać, kiedy już raz zginęła. Pani Bonacieux zginęła, tym gorzej dla niej, niech się odnajdzie sama.

– Nie, Atosie, nie, ty się mylisz – rzekł d’Artagnan. – Kocham moją Konstancję bardziej niż kiedykolwiek i gdybym wiedział, gdzie się znajduje… pojechałbym natychmiast choćby na koniec świata, aby ją wyrwać z rąk nieprzyjaciół. Nie znam miejsca jej pobytu, a wszystkie moje poszukiwania były dotychczas bezskuteczne. Lecz nie można przecież wiecznie się smucić, trzeba szukać rozrywki.

– A więc szukaj jej przy Milady, mój kochany d’Artagnanie, życzę ci z całego serca, jeżeli cię to może zabawić.

– Słuchaj, Atosie – rzekł d’Artagnan. – Zamiast tu siedzieć zamknięty jak w więzieniu, wsiadaj na konia i jedź ze mną do Saint-Germain.

– Mój drogi – odparł Atos. – Jeżdżę na koniu, kiedy mam własnego, w przeciwnym razie chodzę pieszo.

– A ja – rzekł d’Artagnan, śmiejąc się ze złego humoru Atosa, nie rażąc przy tym starszego kolegi, pozwalającego na kpiny – ja nie jestem tak dumny jak ty i jadę na tym, co znajdę pod ręką. Do widzenia, kochany Atosie.

– Do widzenia – odezwał się muszkieter, dając znak swojemu Grimaudowi, aby odkorkował przyniesioną w tym momencie butelkę.

D’Artagnan i Planchet wsiedli na konie i ruszyli drogą ku Saint-Germain.

Przez całą drogę młodzieniec myślał o tym, co powiedział Atos o pani Bonacieux. I chociaż z natury nie był zanadto uczuciowy, przecież piękna kupcowa wywarła na nim głębokie wrażenie i jak powiedział, gotów był szukać jej na końcu świata. Ale świat ma bardzo wiele końców, dlatego że jest okrągły, a więc nie wiedział, w którą stronę się zwrócić.

Tymczasem pragnął dowiedzieć się, kim jest Milady. Rozmawiała z człowiekiem w czarnym płaszczu, a więc musiała go znać. Zresztą podejrzewał, że tak jak poprzednio, tak i tym razem nie kto inny, a właśnie on porwał panią Bonacieux. Kłamał więc tylko w połowie, kiedy mówił, że starając się odnaleźć Milady, tym samym starał się odszukać Konstancję.

Zajęty tymi myślami, kłując od czasu do czasu swojego konia ostrogą, przybył do Saint-Germain. Przejechał wzdłuż pawilonu, w którym dziesięć lat później urodził się Ludwik XIV [Ludwik XIV (1638–1715) – od 1643 r. król Francji, nazywany Królem Słońce, po śmierci kardynała Mazarina w 1661 sprawujący rządy absolutne. Jego czasy to rozwój ekonomiczny i kulturalny Francji.]. Ulica była zupełnie pusta, rozglądał się więc na prawo i na lewo, czy nie dostrzeże gdzieś, nie pozna jakiegoś śladu pięknej Angielki. Wtem, przy ładnym domu, który według zwyczaju nie posiadał żadnego okna wychodzącego na ulicę, ujrzał jakąś znajomą postać. Postać ta przechadzała się po tarasie ozdobionym kwiatami. Planchet poznał ją pierwszy.

– E, panie – rzekł do d’Artagnana. – Czy nie przypomina pan sobie tej twarzy, która tak się na nas gapi?

– Nie – rzekł d’Artagnan. – Ale jestem pewny, że nie pierwszy raz ją widzę.

– Zgadza się – rzekł Planchet. – To ten biedny Lubin, lokaj hrabiego de Wardes, którego pan tak pięknie potraktował przed miesiącem w Calais na drodze do willi gubernatora.

– Ach tak, prawda – odpowiedział d’Artagnan. – Teraz go poznaję. Sądzisz, że on ciebie poznał?

– Mnie się zdaje, panie, że był wówczas zbyt przerażony, by mnie w tej chwili poznać.

– A więc idź, porozmawiaj z nim i wywnioskuj z rozmowy, czy jego pan jeszcze żyje.

Planchet zsiadł z konia i podszedł prosto do Lubina, nierozpoznany przez niego, po czym dwaj służący zaczęli ze sobą pogawędkę w najlepszej zgodzie. D’Artagnan zaprowadził oba konie w małą uliczkę, objechał wokół narożny dom, aby spoza krzaka móc wysłuchać całej rozmowy.

Ledwo chwilę posłuchał, gdy usłyszał turkot kół, a wkrótce potem, prawie naprzeciwko niego, zatrzymała się kareta Milady. Nie mylił się, rzeczywiście w powozie siedziała Milady. D’Artagnan przytulił się do grzbietu swego konia, aby wszystko widzieć, samemu nie będąc widzianym.

Milady wysunęła urodziwą główkę z powozu i wydawała swojej służącej jakieś polecenia. Służąca, piękna dziewczyna licząca od dwudziestu do dwudziestu dwóch lat, żywa i wesoła, prawdziwy typ pokojówek wielkiej damy, zeskoczyła ze stopnia powozu, na którym według ówczesnego zwyczaju siedziała, i skierowała się ku tarasowi, na którym Planchet dostrzegł Lubina.

D’Artagnan ścigał pokojówkę wzrokiem. Właśnie w tej chwili Lubin zniknął w domu, przed którym stali, przywołany rozkazem dochodzącym z wewnątrz kamienicy, a Planchet, oglądający się na wszystkie strony za swoim panem, pozostał sam.

Pokojówka zbliżyła się do niego i biorąc go za Lubina, wręczyła mu mały bilecik, mówiąc:

– To dla twojego pana.

– Dla mojego pana?

– Tak, zanieś go szybko, bo to ważna sprawa.

Potem podeszła do powozu, a ten zawrócił w stronę, z której przyjechał. Dziewczyna wskoczyła na stopień i kareta ruszyła z miejsca. Planchet obracał liścik na wszystkie strony, zszedł z tarasu posłuszny rozkazowi pokojówki, pognał w uliczkę i spotkał swego pana, obserwującego całe zajście, który wyszedł mu naprzeciw.

– Dla pana – zawołał Planchet i oddał młodemu człowiekowi liścik.

– Dla mnie? – zapytał d’Artagnan. – Jesteś tego pewien?

– Tak, jestem pewien, gdyż służąca powiedziała wyraźnie: „Dla twojego pana”, a ja nie mam innego pana prócz was, a więc… słowo daję, ładna buzia u tej pokojówki.

D’Artagnan otworzył list i przeczytał następujące słowa:

Pewna osoba, która zajmuje się panem więcej, niż może wyznać, chciałaby wiedzieć, kiedy będziesz w stanie zażywać przechadzki w lesie. Jutro w hotelu „Pod Złotym Polem” lokaj w kolorach czarnym i pąsowym oczekiwać będzie odpowiedzi.

– Oho! – rzekł d’Artagnan. – Proszę, proszę. Widać, że Milady i ja, oboje troskliwie zajmujemy się zdrowiem tej samej osoby. A więc, Planchet, jak się ma dobry pan de Wardes? Więc nie umarł?

– Nie, panie, ma się tak dobrze, jak powinien się mieć po otrzymaniu pchnięć, które, nie wymawiając panu, były nienaganne. Jest jeszcze bardzo słaby, bo stracił dużo krwi. Jak już panu mówiłem, Lubin mnie nie poznał i opowiedział mi całą awanturę od początku do końca.

– Doskonale. Planchet, jesteś królem wszystkich lokajów świata! Teraz wsiadaj na konia i pędźmy za karetą.

Nie trwało to długo, po niespełna pięciu minutach spostrzegli karetę po przeciwnej stronie ulicy. Jakiś bogato ubrany jegomość stał na koniu przy drzwiczkach.

Rozmowa między Milady a kawalerem toczyła się z takim ożywieniem, że gdy d’Artagnan stanął po drugiej stronie karety, zauważyła go tylko służąca.

Rozmowa toczyła się po angielsku i chociaż d’Artagnan nic nie zrozumiał, po sposobie mówienia poznał, że Angielka była rozgniewana. Zakończyła rozmowę gestem, który nie zostawił najmniejszych wątpliwości co do natury tej rozmowy: uderzyła bowiem mężczyznę wachlarzem tak silnie, że rozprysnął się na tysiące kawałków.

Kawaler parsknął śmiechem, co wydawało się najbardziej oburzyć Milady.

D’Artagnan sądził, że nadeszła stosowna chwila do interwencji, zbliżył się do drugich drzwiczek i zdejmując kapelusz, rzekł z uszanowaniem:

– Pani, czy nie pozwolisz mi ofiarować sobie moich usług? Zdaje się, że ten kawaler cię rozgniewał. Rozkaż tylko, a ukarzę go za ten brak uprzejmości.

Zaraz na pierwsze słowo Milady odwróciła się, spoglądając ze zdziwieniem na młodzieńca, a gdy skończył, odparła:

– Panie, z największą przyjemnością oddałabym się pod twoją opiekę, gdyby ten, który szuka ze mną sprzeczki, nie był moim bratem.

– Ach! Kiedy tak, przebacz mi, pani – rzekł d’Artagnan – jak domyślasz się bowiem, nie wiedziałem o tym.

– Czego się wtrąca ten dzieciak? – zawołał, nachylając się ku szybie drzwiczek, człowiek nazwany przez Milady bratem – i czemu nie jedzie własną drogą?

– Sam jesteś dzieciakiem – odezwał się d’Artagnan, pochylając się do karku konia i odpowiadając ze swojej strony przez otwór w drzwiczkach. – Nie jadę dalej, ponieważ podobało mi się tutaj zatrzymać.

Kawaler powiedział siostrze kilka słów po angielsku.

– Proszę pana, abyś raczy mówić tym językiem, którym ja się do pana zwracam. Jesteś pan bratem tej pani, niech i tak będzie, na szczęście nie jesteś moim.

Każdy mógłby sądzić, że Milady, bojaźliwa jak zwykle wszystkie kobiety, wmiesza się w tę rozmowę, aby nie wynikła z niej kłótnia, ale przeciwnie – cofnęła się w tył karety, rozkazawszy silnym głosem woźnicy:

– Do pałacu!

Piękna pokojówka spojrzała niespokojnie na d’Artagnana, który zdawał się robić na niej wielkie wrażenie.

Kareta odjechała, zostawiając dwóch przeciwników samym sobie. Żadna fizyczna przeszkoda już ich nie oddzielała.

Kawaler chciał pojechać za karetą, ale d’Artagnan, wzburzony faktem, iż Anglika spotkał już wcześniej, zatrzymał go. Był to człowiek, który w Amiens wygrał od niego konia i omal nie stał się właścicielem brylantu, chwycił więc za cugle konia.

– Oho, mój panie, zdaje mi się, że jesteś większym dzieciakiem niż ja, bo próbujesz zapominać, że między nami powstała sprzeczka.

– Ach, to znowu pan; czy ja zawsze muszę się bawić z panem w jakąś grę?

– Tak, a to mi właśnie przypomniało, że należy mi się rewanż. Zobaczymy, mój panie, czy umiesz się obchodzić ze szpadą z równą zręcznością jak z kośćmi.

– Przecież pan widzi, że nie mam żadnej broni, czyżby chciał pan odegrać rolę bohatera wobec bezbronnego człowieka?

– Mam nadzieję, że w domu ma pan szpadę. Ja w każdym razie mam dwie i jeżeli pan zechce, mogę panu jednej użyczyć.

– O nie, to zbyteczne, mam dość narzędzi tego rodzaju.

– A więc dobrze, zacny szlachcicu, wybierz najdłuższą i pokaż mi ją dziś wieczór.

– A w którym miejscu, jeśli wolno spytać?

– Za Luksemburgiem, tam jest wspaniale położone miejsce na przechadzki, a jakby stworzone dla tej, którą ja panu proponuję.

– Dobrze, stawię się.

– O której godzinie?

– O szóstej.

– Czy pan masz może kilku przyjaciół?

– Mam ich trzech, a pan uznasz za stosowne znaleźć tę samą ich liczbę.

– Trzech! A to się doskonale składa; ja właśnie na tylu liczyłem.

– A kim pan jesteś?

– Jestem d’Artagnan, szlachcic gaskoński, służę przy gwardii w kompanii pana des Essarts. A pan?

– Lord Winter, baron Sheffield.

– Służę panu, baronie. Nazwisko pańskie jest diabelnie trudne do zapamiętania.

Potem, spiąwszy konia, popędził w stronę Paryża i po przybyciu, jak to zwykle w podobnych wypadkach czynił, udał się prosto do Atosa.

Znalazł go śpiącego na ogromnej kanapie, oczekującego, jak twierdził, aż jego ekwipunek sam się pojawi.

Zbudził go więc i opowiedział wszystko, co zaszło, milczał tylko o liście do pana de Wardes.

Atos ucieszył się niewymownie, gdy się dowiedział, że d’Artagnan będzie walczył z Anglikiem. Było to, jak wiemy, jego wielkie marzenie.

Posłano natychmiast po Portosa i Aramisa, nakazując służącym, aby o wszystkim ich zawiadomili.

Portos wyjął szpadę z pochwy i zaczął próbować ciosów. Wszystkie pchnięcia wymierzone były w ścianę, od której niekiedy odskakiwał, robiąc pliés, jak tancerz. Aramis, ciągle zajęty swym poematem, zamknął się w gabinecie Atosa i prosił, aby mu nie przeszkadzano aż do chwili, kiedy przyjdzie stanąć z bronią w ręku. Atos kiwnięciem głowy dał rozkaz swojemu Grimaudowi, by mu przyniósł butelkę.

D’Artagnan zaś obmyślał plan wyprawy, obiecującej mu jakąś miłą przygodę, co można było poznać po uśmiechu błąkającym się od czasu do czasu po jego rozmarzonej twarzy.

II | Anglicy i Francuzi

O wyznaczonej godzinie czterej przyjaciele udali się ze służącymi za Luksemburg, na plac, gdzie pasły się kozy. Atos dał pastuszkowi drobną srebrną monetę, aby się oddalił, służącym polecono trzymanie straży.

Wkrótce zbliżyło się do tego samego miejsca milczące grono Anglików; stosownie do zwyczajów zamorskich, nastąpiło przedstawianie się.

Anglicy byli ludźmi wysokiego pochodzenia, zatem dziwne nazwiska trzech przyjaciół były dla nich przedmiotem nie tylko zdziwienia, ale nawet niepokoju.

– Przepraszam – rzekł lord de Winter, usłyszawszy nazwiska trzech przyjaciół – dotąd nie wiemy, kim panowie jesteście, nie będziemy się pojedynkować z ludźmi o podobnych nazwiskach. To są nazwiska pasterzy!

– Tak jest, milordzie, to są nazwiska przybrane – odrzekł Atos.

– Co w nas budzi jeszcze większą chęć poznania prawdziwych – odpowiedział Anglik.

– Jednak grałeś pan z nami, nie znając naszych nazwisk – rzekł Atos – i wygrałeś dwa konie.

– To prawda, ale wówczas narażaliśmy tylko nasze pistole. Tym razem idzie o krew. Grać można ze wszystkimi, ale pojedynkować się tylko z równymi sobie.

– To słuszne – rzekł Atos.

I wziął na stronę Anglika, z którym miał się pojedynkować, po cichu wymawiając swoje nazwisko. Portos i Aramis podobnie uczynili.

– Czy poprzestaje pan na tym? – zapytał Atos swojego przeciwnika. – Czy nazwisko moje jest godne, abyś mi uczynił zaszczyt i skrzyżował ze mną szpady?

– Tak, panie – odparł Anglik z głębokim ukłonem.

– A teraz muszę panu zakomunikować jeszcze jedną rzecz – rzekł zimno Atos.

– Co takiego?

– Że byłbyś bardzo dobrze zrobił, nie dowiadując się, jak się nazywam.

– Dlaczego?

– Ponieważ powszechnie uważa się mnie za zmarłego i nie chciałbym dementować tych plotek. Tak więc, by nie dowiedziano się, że żyję, zmuszony jestem zabić pana, zachowując nadal incognito.

Anglik spojrzał na Atosa, myśląc, że żartuje, ten jednak był śmiertelnie poważny.

– Panowie – zapytał, zwracając się do swoich towarzyszy i do przeciwników. – Czy możemy zaczynać?

– Możemy – odpowiedzieli jednogłośnie Anglicy i Francuzi.

I w tejże chwili błysnęło osiem szpad lśniących w blasku zachodzącego słońca, a walka zaczęła się z zaciętością, na jaką stać ludzi podwójnie sobie nieprzyjaznych.

Atos walczył z takim spokojem i zręcznością, jak gdyby był w sali fechtunku. Portos, uleczony ze zbytniego zadufania wypadkiem w Chantilly, składał się bardzo przezornie i przebiegle. Aramis, który miał dokończyć trzecią pieśń swego poematu, spieszył się nadzwyczajnie, jak człowiek czymś bardzo zajęty.

Atos pierwszy zabił swojego przeciwnika. Zadał mu tylko jedno pchnięcie, a zgodnie z daną obietnicą było to pchnięcie śmiertelne: szpada przeszyła serce.

Portos drugi pokonał swojego przeciwnika, przeszył mu udo. Lecz gdy Anglik oddał mu broń, Portos wziął go na ramiona i zaniósł do karety.

Aramis tak dzielnie nacierał na swojego wroga, że zapędził go aż pięćdziesiąt kroków od pola walki i zmusił do sromotnej ucieczki.

Co do d’Artagnana, ten w przemyślny sposób odpierał ciosy, a gdy już znużył swojego przeciwnika, jednym zręcznym ruchem wytrącił mu szpadę. Baron, widząc, że jest bezbronny, zrobił dwa lub trzy kroki do tyłu, gdy wtem pośliznął się i upadł na wznak.

D’Artagnan jednym skokiem już był przy nim i przykładając mu szpadę do gardła, zawołał:

– Mógłbym cię zabić, mój panie, twoje życie jest w moich rękach, daruję ci je ze względu na twoją siostrę. D’Artagnan cieszył się niezmiernie, gdyż powiódł mu się uknuty zawczasu plan.

Anglik, zadowolony, że ma do czynienia z tak szlachetnym człowiekiem, uścisnął d’Artagnana, prawiąc grzeczności trzem muszkieterom. Spostrzegłszy, że przeciwnik Portosa był już w powozie, a przeciwnik Aramisa uciekł, zajęli się tylko poległym.

Podczas gdy Portos i Aramis rozbierali go w nadziei, że może rana nie jest śmiertelna, z kieszeni zmarłego wypadł pokaźny worek pieniędzy. D’Artagnan podniósł go i oddał lordowi de Winter.

– Och, co u diabła chcesz, żebym z tym zrobił? – rzekł Anglik.

– Oddasz go rodzinie – rzekł d’Artagnan.

– A to wyborne, jego rodzina nie dba o taką drobnostkę, dziedzicząc piętnaście tysięcy luidorów rocznego dochodu! Zatrzymaj pan te pieniądze dla waszych służących.

W tym czasie Atos zbliżył się do d’Artagnana.

– Posłuchaj – rzekł – oddaj ten worek nie naszym służącym, ale lokajom Anglików.

D’Artagnan rzucił więc sakiewkę woźnicy.

– Dla ciebie i twoich kolegów – zawołał.

Ten szlachetny postępek u człowieka zupełnie ogołoconego ze wszystkiego uderzył nawet samego Portosa, a wspaniałomyślność ta, o której opowiadał wszędzie lord de Winter i jego przyjaciele, sprawiała na ludziach wielkie wrażenie. Za wyjątkiem panów Mousquetona, Plancheta, Grimauda i Bazina, którzy wcale zadowoleni nie byli.

– A teraz, mój młody przyjacielu, spodziewam się bowiem, że pozwolisz mi nazywać się w ten sposób – rzekł lord de Winter – jeżeli chcesz, jeszcze dziś wieczorem przedstawię cię mojej siostrze, ponieważ życzę sobie, aby ze swej strony zajęła się tobą. Ponieważ zaś nie jest źle widziana u dworu, może kiedyś jedno słowo za tobą, w odpowiedniej chwili przez nią szepnięte, przyniesie ci jakąś korzyść.

D’Artagnan zarumienił się z radości i ukłonił się na znak pozwolenia.

Lord de Winter, opuszczając d’Artagnana, dał mu adres swojej siostry: mieszkała na placu Royale, który wówczas był modną częścią miasta, pod numerem 6. Oprócz tego zobowiązał się sam przyjść po niego i przedstawić go. D’Artagnan wyznaczył godzinę ósmą wieczór i mieszkanie Atosa jako punkt zborny.

Owa wizyta u Milady nadzwyczaj zajmowała naszego Gaskończyka. Rozważał, jakim dziwnym sposobem kobieta ta łączyła się aż do tej chwili z jego losem. Według jego przekonania, musiała to być zaufana kardynała, mimo to odczuwał niezrozumiały pociąg do niej; jedno z tych uczuć, których nie możemy sobie wytłumaczyć. Obawiał się tylko tego, aby Milady nie rozpoznała w nim człowieka z Meung i Dover. Wówczas bowiem wiedziałaby, że jest przyjacielem pana de Tréville, a tym samym duszą i ciałem oddany królowi, wskutek czego straciłby swoją chwilową przewagę i wypływające z niej korzyści. Wiedział, że będąc poznanym przez Milady, miałby utrudnione zadanie. Co do początków romansu między nią a hrabią de Wardes, nasz zarozumiały bohater nie obawiał się młodego, przystojnego, bogatego i będącego w łaskach u kardynała mężczyzny. Nie darmo miał dwadzieścia lat, był Gaskończykiem i, jak mniemał, przyszłym muszkieterem.

D’Artagnan poszedł do domu, ubrał się z wyjątkową starannością, a potem wrócił do Atosa i jak zwykle opowiedział mu o wszystkim. Atos wysłuchał jego zamiarów, pokiwał głową z pewną goryczą i polecił mu stanowczo roztropność.

– Jak to? – rzekł. – Dopiero co straciłeś kobietę, którą uważałeś za dobrą, czarującą, doskonałą, a już starasz się o drugą?

D’Artagnan przyznał, że nie może sobie z tym poradzić.

– Kocham panią Bonacieux sercem – odpowiedział młodzieniec – a Milady głową i będąc jej przedstawionym, postaram się poznać rolę, jaką ona gra na dworze.

– Wnosząc z tego, co mi powiedziałeś, zdaje mi się, do pioruna, że tę rolę można bardzo łatwo zgadnąć. To jakaś wysłanniczka kardynała, kobieta, która cię wciągnie w sidła, a ty dasz się dobrowolnie złapać.

– Do diabła, mój Atosie, zdaje mi się, że w zbyt ciemnych barwach widzisz to wszystko.

– Mój kochany, nie dowierzam kobietom, bo mam już doświadczenie w tym względzie, a szczególnie nie ufam blondynkom. Powiedziałeś mi, że Milady jest blondynką.

– Ma włosy blond tak piękne, jakie się zdarzają bardzo rzadko.

– Ach, mój biedny d’Artagnanie – rzekł z politowaniem Atos.

– Słuchaj, ja tylko chcę wyjaśnić całą sprawę, a gdy mi się to uda, odejdę.

– Wyjaśniaj więc sobie swoje sprawy – rzekł flegmatycznie Atos.

Lord de Winter przyszedł o umówionej godzinie. Atos, uprzedzony wcześniej, udał się do drugiego pokoju. Lord zastał więc samego d’Artagnana, a ponieważ zbliżała się ósma, udali się do pałacu.

Pod domem czekała prześliczna kareta, a że była zaprzężona w dwa wspaniałe konie, więc w jednej chwili znaleźli się na placu Royale.

Milady de Winter przyjęła d’Artagnana bardzo serdecznie. Pałac urządzony był z wielkim przepychem i chociaż większość Anglików wypędzonych przez wojnę opuszczała Francję lub właśnie miała zamiar to zrobić, Milady czyniła nowe wydatki, urządzając się, co jawnie wskazywało, że ograniczenia narzucane na Anglików bynajmniej jej nie dotyczyły.

– Widzisz – rzekł lord de Winter, przedstawiając pana d’Artagnan swojej siostrze – młodego szlachcica, który życie moje miał w swoich rękach, a jednak nie chciał nadużywać władzy, jaką miał nade mną. Doceniam to, gdyż podwójnie byłem mu nieprzyjacielem, po pierwsze obrażając go, po drugie będąc Anglikiem. Podziękuj mu więc, pani, jeżeli przywiązujesz jakąś wagę do mojego życia.

Milady lekko zmarszczyła brwi i ledwo widoczna chmurka przemknęła przez jej czoło. Dziwny uśmiech ukazał się na jej ustach, a d’Artagnan spostrzegłszy ten grymas, poczuł coś na kształt dreszczu.

Brat niczego nie widział, odwrócił się do ulubionej małpki, ciągnącej go za ubranie.

– Witam pana – rzekła Milady głosem, którego słodycz była w dziwnej sprzeczności z oznakami niezadowolenia dostrzeżonymi przez d’Artagnana. – Od dnia dzisiejszego ma pan dozgonną moją wdzięczność.

Anglik w tej chwili odwrócił się ku nim i opowiedział cały pojedynek, nie opuściwszy najmniejszego szczegółu. Milady słuchała go z największą uwagą, jednak łatwo można było dostrzec, mimo że usiłowała to ukryć, że opowiadanie nie było dla niej przyjemne, krew uderzała jej do głowy, a jej drobna nóżka niespokojnie drgała pod suknią.

Lord de Winter nie zauważył tego wcale, a kiedy skończył, podszedł do stolika, na którym stała na tacy butelka wina hiszpańskiego, nalał dwa kieliszki i gestem zaprosił d’Artagnana do picia.

D’Artagnan wiedział, że byłoby obrazą dla Anglika, gdyby odmówił wypicia razem z nim kieliszka wina, zatem zbliżył się do stołu i wziął drugi kielich. Bez przerwy jednak wpatrywał się w Milady i dostrzegł w zwierciadle zmianę, jaka powstała na jej twarzy. Kobieta, myśląc, że nikt na nią nie zwraca uwagi, śmiało oddała się uczuciu gniewu graniczącemu z jakąś dzikością, bo nawet gryzła chusteczkę z wściekłością.

W tej chwili weszła służąca, zauważona wcześniej przez d’Artagnana, i powiedziała kilka słów po angielsku do lorda de Winter, który natychmiast poprosił młodzieńca o pozwolenie oddalenia się, wymawiając się wagą interesu i polecając siostrze opiekę nad gościem.

D’Artagnan uścisnął dłoń lorda de Winter i zbliżył się do Milady. Twarz tej kobiety, obdarzona nadzwyczajną ruchliwością rysów, przybrała znowu swój miły wyraz; tylko kilka małych plamek rozrzuconych po chustce wskazywało, że aż do krwi pogryzła sobie usta.

Usta jej były prześliczne, koralowe…

Rozmowa przybrała bardzo wesoły ton, Milady wydawała się zupełnie spokojna. Opowiadała, że lord de Winter nie jest jej bratem, ale szwagrem, że wyszła za mąż za jego młodszego brata, który zostawił ją wdową z małym dzieckiem. To dziecko było jedynym dziedzicem lorda de Winter, pod warunkiem niezawarcia przez niego związku małżeńskiego. Wszystko to pozwalało d’Artagnanowi dostrzec jakąś tajemnicę, która coś osłaniała, ale jeszcze nie mógł się domyślić, co to było.

Pod koniec półgodzinnej rozmowy d’Artagnan przekonał się, że jego Milady jest Francuzką, mówiła bowiem tak czysto i swobodnie tym językiem, że nie można było mieć co do tego najmniejszych wątpliwości.

D’Artagnan nie szczędził sił, by przekonać Milady o swym dobrym wychowaniu i chęci bycia jej usłużnym. W końcu nadeszła pora zakończenia wizyty, d’Artagnan pożegnał się z Milady i wyszedł z salonu najszczęśliwszym z ludzi.

Na schodach spotkał ładną pokojówkę, która lekko otarła się o niego i zarumieniona aż po same uszy przepraszała za tę nieuwagę głosem tak miłym, że przebaczenie natychmiast zostało jej udzielone.

Gdy nazajutrz młodzieniec przyszedł z wizytą, został przyjęty jeszcze lepiej. Lorda de Winter nie było w domu i tym razem Milady sama bawiła gościa przez cały wieczór. Wydawała się bardzo nim zainteresowana, wypytywała go, skąd pochodzi, jakich ma przyjaciół i czy nie zdecydowałby się przyjąć służby u kardynała.

D’Artagnan, który, jak wiadomo, był bardzo rozsądny jak na dwudziestoletniego młodzieńca, przypomniał sobie teraz wszelkie podejrzenia, jakie miał względem Milady. Wychwalał przed nią bardzo Jego Eminencję i mówił, że byłby pewnie wszedł do straży kardynała, gdyby znał pana Cavois, a nie pana de Tréville.

Milady zmieniła swobodnie temat rozmowy i zapytała d’Artagnana głosem całkowicie obojętnym, czy był kiedyś w Anglii.

D’Artagnan odpowiedział, że posłał go tam pan de Tréville po kupno koni i że nawet sprowadził stamtąd cztery wierzchowce na próbę.

Milady w ciągu tej rozmowy kilkakrotnie zagryzała usta, spostrzegłszy, że gość miał się bardzo na baczności.

D’Artagnan wyszedł o tej samej godzinie co wczoraj. W korytarzu znowu spotkał ładną Ketty, spoglądającą na niego z wyrazem tajemniczej życzliwości. Ale d’Artagnan był tak zajęty panią, że nie zwracał uwagi na nic, co z nią nie było bezpośrednio związane.

Przez dwa kolejne dni odwiedzał Milady, za każdym razem będąc przyjmowanym z honorami.

Każdego także wieczoru, czy to w przedpokoju, czy w korytarzu, czy na schodach, spotykał piękną służącą.

Ale, jak już powiedzieliśmy, d’Artagnan nie zwracał uwagi na wytrwałość biednej Ketty.

III | Obiad u prokuratora

Tymczasem pojedynek, w którym Portos odegrał tak świetną rolę, nie usunął z jego pamięci obiadu, na jaki zaprosiła go żona prokuratora. Nazajutrz około godziny pierwszej Mousqueton ostatni raz przesunął szczotką po ubiorze swojego pana i Portos udał się na ulicę aux Ours.

Serce jego biło, lecz nie były to uderzenia miłości, męczące serce młodego i niecierpliwego d’Artagnana. Nie! Prowadził go tam raczej materialny interes. W końcu miał przestąpić tajemniczy próg, przejść nieznane schody, którymi jeden po drugim wędrowały talary pana Coquenard. Już miał widzieć na jawie ten obity kufer, który tyle razy widział jedynie we śnie, kufer długi i głęboki, z kłódkami, zasuwkami, przybity do podłogi; kufer, o którym tyle razy słyszał i który ręce prokuratora wkrótce miały otworzyć przed jego oczyma.

A poza tym on, człowiek błąkający się po ziemi, człowiek bez majątku, bez rodziny, żołnierz przywykły do oberż, zajazdów, karczm i szynków, żarłok zmuszany często do pożywienia, jakiego mu los dostarczał, miał wkrótce zasiąść do stołu rodzinnego i napawać się domowymi wygodami.

Przychodzić sobie jako kuzyn codziennie na dobry obiad, spędzać troski z żółtego i zmarszczonego czoła starego prokuratora, oskubać trochę młodych pomocników, ucząc ich builo [Builo – hazardowa gra w kości.], lancknechta, i w końcu wygrywać jako honorarium za lekcje ich miesięczne dochody – to wszystko należało do ówczesnych zwyczajów. Ta myśl spodobała się Portosowi.

Chociaż muszkieter przypominał sobie tu i ówdzie krążące plotki o prokuratorach, że są skąpi, że żyją samymi resztkami i poszczą, to z drugiej strony wiedział, że pani prokuratorowa, prócz kilku ataków oszczędności, według niego zawsze nie w porę, była dosyć liberalna, rozumie się, jak na żonę prokuratora. Spodziewał się zatem, że znajdzie dom urządzony bardzo wygodnie i dostatnio.

Jednak już przed samymi drzwiami zawahał się. Wejście nie było wcale przyciągające, sień była ciemna i smrodliwa, schody oświetlone tylko słabym światłem dnia, wkradającym się przez kraty dochodzące z bocznego podwórza. Na pierwszym piętrze były drzwi niskie i okute wielkimi gwoździami, jak brama jakiegoś wielkiego zamczyska.

Portos zapukał, a wysoki i blady praktykant przyszedł otworzyć drzwi. Spostrzegłszy wysokiego i silnego mężczyznę, a przy tym wojskowego, przywitał go uprzejmie i zaprosił z pokorną miną do środka.

Oczom naszego muszkietera ukazał się znowu inny praktykant, niższy od pierwszego, za nim inny, trochę wyższy, a za nimi wyrostek dwunastoletni. Trzech i pół pomocnika wskazywało widocznie, jak na tamte czasy, że nasz prokurator miał bardzo wielu klientów.

Chociaż muszkieter miał przyjść dopiero o godzinie pierwszej, prokuratorowa czekała na niego już od południa, licząc na żołądek, a może i na serce swojego wielbiciela.

Dlatego też wyszła ze swoich pokojów prawie w tej samej chwili, w której gość wchodził drzwiami od schodów, i ukazanie się przezacnej damy wyprowadziło Portosa z wielkiego kłopotu: praktykanci przyglądali mu się z zaciekawieniem, a on nie wiedział, co ma powiedzieć do gromady pomocników.

– To mój kuzyn! – zaprezentowała go prokuratorowa. – Pójdź, pójdź, kochany kuzynku, pójdź, panie Portosie!

Nazwisko Portosa wywarło na praktykantach tylko takie wrażenie, że zaczęli się śmiać, ale Portos odwrócił się i w tej chwili wszystkie twarze stały się znów poważne.

Przeszedłszy przedpokój, wchodziło się do gabinetu prokuratora, gdzie było biuro, gdzie siedzieli pomocnicy, albo raczej gdzie siedzieć powinni. Był to rodzaj brudnej sali, zarzuconej papierami prawniczymi. Stamtąd, zostawiając na lewo kuchnię, wchodziło się do sali przyjęć.

Połączenie tych wszystkich salonów niewiele dobrego obiecywało Portosowi, poza tym przechodząc, rzucił badawcze i szybkie spojrzenie na kuchnię i z żalem, a zarazem wstydem dla pani prokuratorowej, musiał przyznać sam przed sobą, że nie widział w niej tego ognia, tego ożywienia, tego ruchu, które przed dobrym obiadem zwykle panują w tym przedsionku łakomstwa.

Prokurator musiał być chyba uprzedzony o tej wizycie, ponieważ przybycie Portosa, który zbliżył się do niego i uprzejmie go powitał, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.

– Jesteśmy kuzynami, jak się zdaje, panie Portosie? – rzekł prokurator, unosząc się lekko w swoim fotelu na kółkach.

Starzec, ubrany w wielki czarny kaftan, w którym znikało jego wychudłe ciało, był suchy i czerstwy; jego małe siwe oczy świeciły jak karbunkuły i razem z wykrzywionymi ustami wydawały się jedynymi częściami twarzy, w których jeszcze pozostało życie. Na nieszczęście nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa tej maszynie, która wydawała się złożona z samych kości. Od pięciu czy sześciu miesięcy, czując wzmożone osłabienie, szanowny pan prokurator pozostawał prawie niewolnikiem swojej żony.

Kuzyn został przyjęty z rezygnacją, oto wszystko. Do niedawna, gdy był jeszcze żwawy, pan Coquenard byłby nie uznał pokrewieństwa z panem Portosem.

– Tak, panie, jesteśmy kuzynami – rzekł niezmieszany Portos, który już zawczasu był pewien, że pan mąż nie przyjmie go z zapałem.

– W linii żeńskiej, jak mi się zdaje? – rzekł złośliwie prokurator.

Portos nie poznał ironii i wziął ją za dobroduszność, z której uśmiał się w duszy. Pani Coquenard, wiedząc, że naiwność nie leży w naturze prokuratorów, uśmiechnęła się leciutko, natomiast bardzo się zarumieniła.

Pan Coquenard od wejścia Portosa patrzył niespokojnie na wielką szafę stojącą naprzeciwko jego dębowego biura. Portos domyślał się, że ta szafa, chociaż wyglądem nie odpowiadała tej, którą widywał w snach, musiała być ową błogosławioną skrzynią, i cieszył się, że w rzeczywistości była wyższa o sześć stóp od tej, która mu się śniła.

Pan Coquenard, poprzestając na jednej uwadze genealogicznej, nie mówił już o tym, ale zwracając niespokojnie swój wzrok z szafy na Portosa, rzekł:

– Twój kuzyn raczy zapewne, zanim pojedzie na wojnę, odwiedzić nas ponownie i zjeść z nami obiad, nieprawdaż, pani Coquenard?

Teraz Portos odczuł cios, a sądząc z odpowiedzi, zrozumiała aluzję również boleśnie pani Coquenard.

– Mój kuzyn nie zechce nas odwiedzać, jeżeli tak go będziemy przyjmować. Zresztą zabawi w Paryżu tak krótko, a tym samym będzie miał dla nas tak mało czasu, że powinniśmy go prosić, aby nam nie odmawiał tych wszystkich chwil, którymi wolno mu będzie rozporządzać.

– Och, moje nogi, moje biedne nogi! – mruknął pan Coquenard i usiłował się uśmiechnąć.

Ta pomoc, udzielona Portosowi w chwili, kiedy uderzono w jego gastronomiczne nadzieje, przejęła muszkietera wdzięcznością dla pani prokuratorowej.

Wkrótce nadeszła godzina obiadu. Wszyscy przeszli do sali jadalnej, wielkiej, brudnej izby naprzeciwko kuchni.

Praktykanci, którzy jak się zdawało, poczuwszy w domu jakieś nadzwyczajne zapachy, nie spóźnili się ani minuty, weszli ze swoimi taboretami, gotowi jak najprędzej zasiąść do stołu. Szczęki ich już zawczasu poruszały się, co niezbyt dobrze świadczyło o troskliwości pani prokuratorowej.

– Ach, mój Boże! – rzekł Portos, spoglądając na tych trzech głodomorów, bo wyrostek, jak się można łatwo domyślić, nie był dopuszczony do stołu swojego mistrza. – Ja na miejscu mojego kuzyna nie utrzymywałbym podobnych żarłoków. Można by pomyśleć, że to rozbitkowie, którzy od sześciu tygodni nie mieli nic w ustach.

Pani Coquenard przysunęła swojego męża do stołu w fotelu na kółkach, a Portos pospieszył jej pomóc w tej czynności. Prokurator ledwie zbliżył się do stołu, a już jego nos i szczęki zaczęły poruszać się tak jak u praktykantów.

– Oho! – rzekł pan Coquenard – rosół wygląda bardzo smakowicie.

– Co oni, u diabła, widzą takiego nadzwyczajnego w tej zupie? – zapytał sam siebie Portos na widok rosołu bladego i chudego, w którym tylko gdzieniegdzie pływały grzanki, jak wyspy w archipelagu.

Pani Coquenard uśmiechnęła się i na jej znak wszyscy usiedli z pośpiechem.

Najpierw podano rosół panu Coquenard, potem Portosowi, wreszcie pani Coquenard napełniła swój talerz i obdzieliła grzankami bez rosołu wszystkich niecierpliwie oczekujących.

W tej chwili drzwi od sali jadalnej same się otworzyły, a Portos spostrzegł małego praktykanta, który nie mogąc należeć do biesiadników, jadł chleb, wdychając podwójny zapach: z kuchni i sali jadalnej.

Po zupie służąca wniosła gotowaną kurę, na widok której biesiadnikom omal nie wyszły oczy z orbit.

– Widać, że pani kocha swoją rodzinę, pani Coquenard – rzekł prokurator z uśmiechem prawie tragicznym – jesteś bowiem bardzo uprzejma dla swojego kuzyna.

Biedna kura była chuda i uzbrojona w grubą, najeżoną skórę, której kości, pomimo wszelkich usiłowań, nie mogły przebić. Musiano jej długo szukać, zanim ją znaleziono na grzędzie, gdzie się schroniła, by zakończyć dni swego żywota – wskutek nadmiernie podeszłego wieku.

– Do pioruna! – pomyślał Portos. – To bardzo smutny widok, szanuję starość, ale nie gotowaną albo pieczoną.

I spojrzał dokoła, aby się przekonać, czy podzielają jego zdanie. Ku swemu zdumieniu zobaczył, że oczy wszystkich pożerały już kurę, będącą przedmiotem jego pogardy.

Pani Coquenard przysunęła do siebie półmisek, odjęła zręcznie dwie wielkie czarne łapy i położyła na talerzu swego męża. Szyję i głowę odsunęła dla siebie, skrzydełko odkrajała dla Portosa i oddała nietkniętą resztę kury służącej, która zniknęła z półmiskiem, zanim muszkieter zdołał przyjrzeć się rozmaitym zmianom na twarzach, jakie zawiedziony apetyt wywołał, stosownie do charakterów i temperamentów siedzących przy stole.

Po kurze wniesiono półmisek grochu, ogromny półmisek, w którym pokazywało się tu i ówdzie kilka baranich kostek. Na pierwszy rzut oka wydawały się być na nich kawałki mięsa, ale pomocnicy znali się widocznie na tym kulinarnym manewrze i ich twarze zmieniły się w posępne maski.

Pani Coquenard podzieliła tę potrawę między młodzież z całym wdziękiem dobrej gospodyni.

Nadeszło wino. Pan Coquenard nalał każdemu praktykantowi jedną trzecią szklanki, sobie prawie tyle samo i butelka natychmiast przeszła do Portosa i pani Coquenard.

Młodzież dopełniła wodą tę trzecią część wina, a gdy wypili połowę szklanek, znowu dolali wody. Robili tak aż do czasu, kiedy w końcu obiadu rubinowy napój zmienił barwę na przydymiony topaz.

Portos jadł z wielką ostrożnością swoje skrzydło, potem wypił pół szklanki tak bardzo oszczędzanego wina. Pan Coquenard widząc, że Portos pije czyste wino, głęboko westchnął.

– Kuzynie, czy będziesz jeszcze jadł groch? – rzekła pani Coquenard tonem, który mówił: „Wierz mi, nie jedz go”.

– Dziękuję, kuzynko – odpowiedział Portos. – Już nie jestem głodny.

Nastąpiło milczenie. Portos nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Prokurator powtarzał kilkakrotnie:

– Ach, pani Coquenard, dziękuję ci, winszuję, obiad był prawdziwą ucztą.

Portos sądził, że z niego żartują, i zaczął podnosić wąsy i marszczyć brwi, ale spojrzenie pani Coquenard radziło cierpliwość.

W tej chwili praktykanci wolno powstali na spojrzenie prokuratora, a złożywszy swoje serwety jeszcze wolniej, skłonili się i odeszli.

– Idźcie, moi młodzi przyjaciele, wspomagać trawienie pracą – rzekł poważnie prokurator.

Zaledwie praktykanci oddalili się, pani Coquenard wstała, wyjęła z szafy kawałek sera, konfitury z pigwy i placek, który sama przyrządziła z migdałów i miodu.

Pan Coquenard zmarszczył brwi, uznawszy, że było za wiele potraw.

– Bankiet, w istocie! – zawołał, bujając się na krześle. – Prawdziwy bankiet! Epulae epularum [Epulae epularum (łac.) – uczta nad ucztami.], Lukullus [Lukullus – wódz rzymski słynący z bogactw, rozrzutności i urządzania wystawnych uczt.] obiaduje u Lukullusa!

Portos spojrzał na butelkę stojącą przed nim, w nadziei że zastąpi obiad winem, chlebem i serem, lecz wkrótce wina zabrakło, butelka była pusta, a pan i pani Coquenard zdawali się tego nie zauważać.

– To dobrze – rzekł Portos do siebie. – Teraz wiem przynajmniej, czego mam się trzymać. Małą łyżeczką spróbował jeszcze konfitur, a potem skosztował lepkiego placka pani Coquenard.

Pan Coquenard, po rozkoszach podobnej biesiady, którą nazwał zbytkiem, poczuł potrzebę zdrzemnięcia się. Portos sądził, że odpocznie sobie przy nich, w jadalni, ale prokurator nie chciał nawet słyszeć o tym. Musiano odprowadzić go do jego pokoju i gniewał się dopóty, dopóki nie znalazł się przed swoją szafą, o którą, dla większego bezpieczeństwa, opierał nogi. 

Prokuratorowa wyprowadziła Portosa do sąsiedniego pokoju.

– Możesz przychodzić do nas na obiad trzy razy w tygodniu.

– Dziękuję – odpowiedział Portos. – Nie lubię nadużywać grzeczności. Zresztą muszę pomyśleć o wyekwipowaniu się.

– To prawda – rzekła z głębokim westchnieniem prokuratorowa. – Ten nieszczęsny ekwipunek, prawda?

– Niestety, tak! – rzekł Portos.

– Z czego się składa taki ekwipunek twojego oddziału, panie Portosie?

– Och, z wielu rzeczy – odpowiedział Portos. – Muszkieterowie, jak pani wiadomo, są wyborowymi żołnierzami, potrzeba im mnóstwo przedmiotów, zupełnie niepotrzebnych straży przybocznej czy odźwiernym.

– Ale powiedz mi szczegółowo.

– To może kosztować… – rzekł Portos, który wolał targować się o całość niż o szczegóły.

Prokuratorowa czekała drżąca.

– Ile? – rzekła. – Spodziewam się, że koszta nie powinny przekroczyć… – powstrzymała się, zabrakło jej słów.

– O, nie – rzekł Portos. – Nie powinny przekroczyć dwóch tysięcy pięciuset liwrów. Myślę nawet, że przy oszczędnościach mogę zadowolić się dwoma tysiącami.

– Dobry Boże! Dwa tysiące liwrów! – krzyknęła. – To jest majątek i mój mąż nigdy nie zgodzi się na pożyczenie podobnej sumy!

Portos zrobił grymas nadzwyczaj wyraźny i od razu zrozumiany przez panią Coquenard.

– Pytałam cię o szczegóły – rzekła – bo mając bardzo wielu krewnych i znajomych trudniących się handlem, byłam pewna, że mogłabym kupić niektóre przedmioty za połowę ceny, którą ty musiałbyś zapłacić.

– Aha! – rzekł Portos. – Jeżeli tak…

– Tak, tak, mój kochany Portosie, a więc najpierw potrzeba ci…

– Konia.

– Tak, konia. Właśnie, będę go miała za bardzo przystępną cenę.

– Aha! – rzekł Portos uradowany. – Bardzo dobrze, więc już rzecz załatwiona co do mojego konia. Teraz chodzi o konia dla mojego służącego i o mój kufer. Co do broni, nie potrzebujesz o niej myśleć, bo ją mam.

– Konia dla służącego? – odpowiedziała z namysłem prokuratorowa. – Czy to nie zakrawa na wielkopańskie gesty, mój przyjacielu?

– Ech, pani – odpowiedział dumnie Portos. – Czy pani uważasz mnie za chłystka?

– Nie, broń Boże; chciałam ci tylko powiedzieć, że piękny muł czasem wygląda tak dobrze jak koń, i zdaje mi się, że gdybym ci dostarczyła pięknego muła dla twego Mousquetona…

– Zgoda, niech będzie i piękny muł – rzekł Portos. – Prawdę mówiąc, widziałem bardzo wielu panów hiszpańskich, których cały orszak stanowiły muły. Ale w takim razie, domyślasz się, pani Coquenard, że muł nosi pióropusze i dzwonki.

– Bądź spokojny – odrzekła prokuratorowa.

– Zostaje nam tylko kufer – rzekł Portos.

– Och, o to nie troszcz się wcale – zawołała pani Coquenard. – Mój mąż ma pięć czy sześć wielkich kufrów, wybierzesz sobie najlepszy. Jest tam jeden, który byłby najlepszy do podróży, tak wielki, że mógłbyś w niego cały świat zapakować.

– Jest więc pusty? – zapytał Portos.

– Naturalnie, że pusty – odpowiedziała prokuratorowa.

– Ale kufer, jakiego mnie potrzeba – rzekł Portos – powinien być już napełniony, moja droga.

Pani Coquenard znowu westchnęła. Molier nie napisał jeszcze swojego Skąpca, więc pani Coquenard była z pewnością wzorem dla Harpagona [Harpagon – bohater komedii Moliera Skąpiec, uosobienie skąpstwa i pazerności.].

Nadal debatowano nad resztą ekwipunku i stanęło na tym, że prokuratorowa poprosi męża o pożyczenie ośmiuset luidorów oraz dostarczy konia i muła, które będą miały zaszczyt ponieść do sławy Portosa i Mousquetona.

Zakończywszy te układy, umówiwszy się o procenty i czas zwrotu, Portos pożegnał panią Coquenard i wrócił do siebie w okropnym humorze, okropnie głodny.

IV | Służąca i kochanka

Tymczasem, jak powiedzieliśmy, mimo odzywającego się głosu sumienia, mimo mądrych rad Atosa i tkliwego wspomnienia pani Bonacieux, d’Artagnan z każdą godziną czuł rodzące się uczucie do Milady. Dlatego też nie było ani jednego dnia, żeby nie złożył jej wizyty w nadziei, że przecież prędzej czy później także ona odwzajemni się mu miłością.

Pewnego wieczora, wchodząc z napuszoną miną, zadowolony jak człowiek wyczekujący złotego deszczu, przed bramą domu spotkał pokojówkę, która nie tylko uśmiechnęła się do niego, ale nawet wzięła powoli za rękę.

– Cudownie – rzekł d’Artagnan do siebie. – Pewnie ma coś mi powiedzieć z polecenia swojej pani; może mi wyznaczy schadzkę, której pani sama nie śmiałaby mi zaproponować?

I spojrzał na ładną dziewczynę z miną prawdziwego zwycięzcy.

– Chciałabym panu powiedzieć parę słów – wyjąkała służąca.

– Mów, moje dziecko – rzekł d’Artagnan. – Słucham cię.

– Tutaj jest to niemożliwe. To, co mam panu powiedzieć, potrzebuje czasu, a przede wszystkim tajemnicy.

– A więc jak to zrobić?

– Jeżeli pan raczy pójść za mną… – rzekła trwożliwie Ketty.

– Gdzie tylko zechcesz, dziecko.

– A więc proszę.

I Ketty, trzymając ciągle d’Artagnana za rękę, poprowadziła go schodami ciemnymi i krętymi, a otworzywszy drzwi jakiejś komnaty, rzekła zapraszająco:

– Wejdź, panie kawalerze, tu jesteśmy sami i możemy pomówić.

– Co to za pokoik, moja piękna? – zapytał d’Artagnan.

– Mój, panie kawalerze, te drzwi łączą się z pokojem mojej pani. Ale bądź spokojny, nie usłyszy nas, bo chodzi spać dopiero o północy.

D’Artagnan rozejrzał się dokoła. Pokoik był miły i czysty, ale jego oczy mimowolnie zwracały się na te drzwi, które, jak mu Ketty powiedziała, prowadziły do pokoju Milady.

Ketty odgadła, co się działo w duszy młodzieńca, i westchnęła.

– Kochasz więc bardzo moją panią, panie kawalerze? – spytała Gaskończyka.

– Nie wiem, czy ją kocham prawdziwie, ale wiem, że tracę dla niej głowę.

Ketty powtórnie westchnęła.

– Panie, to wielka szkoda.

– A co w tym, u diabła, widzisz tak niepomyślnego?

– To, że moja pani wcale pana nie kocha.

– Co? Czy to ci poleciła powiedzieć?

– O nie, panie, ja sama, przez życzliwość dla pana, postanowiłam zawiadomić cię o tym.

– Dziękuję ci, moja dobra Ketty, ale tylko za twoje chęci, gdyż to zwierzenie, przyznasz sama, nie jest bardzo przyjemne.

– To znaczy, że pan wcale nie wierzy temu, co powiedziałam.

– Zawsze przykro jest w to wierzyć, moje dziecko, choćby z powodu miłości własnej.

– Więc nie dajesz mi wcale wiary?

– Przyznaję, że dopóki nie dasz mi jakiegoś dowodu, że to, co mówisz…

– Co więc pan powiesz na to? I Ketty wyjęła z zanadrza mały bilecik bez adresu.

– Do mnie? – rzekł d’Artagnan, porywając bilecik i szybkim ruchem rozdzierając kopertę, pomimo krzyku Ketty, widzącej, co zamierza.

– O mój Boże! Panie kawalerze! – rzekła. – Co pan robi?

– Ech, do pioruna, przecież muszę wiedzieć, co do mnie pisze.

I przeczytał:

Nie odpowiedziałeś na mój pierwszy bilet; czyś chory, czy też zapomniałeś o tych spojrzeniach na balu u pani de Guise? Oto sposobność, nie odrzucaj jej, panie hrabio.

D’Artagnan zbladł, jego miłość własna została zraniona, jego uczuciu zadano okropny cios.

– Ten bilet nie był do mnie! – zawołał.

– Nie – do innego, to właśnie chciałam panu powiedzieć, nie dałeś mi jednak czasu.

– Do innego! Jego nazwisko! Jak się nazywa? – zawołał d’Artagnan oburzony do najwyższego stopnia.

– Pan hrabia de Wardes.

Wspomnienie wypadku w Saint-Germain stanęło natychmiast przed oczami zarozumiałego Gaskończyka i utwierdziło go w tym, co mu wyjawiła Ketty.

– Biedny, kochany panie d’Artagnan – rzekła głosem pełnym litości i znowu ścisnęła rękę młodzieńca.

– Żałujesz mnie, moja mała? – rzekł d’Artagnan.

– Och, tak, z całego serca! Bo ja wiem, co to jest miłość.

– Wiesz, co to miłość? – zapytał d’Artagnan, spoglądając na nią pierwszy raz z pewną uwagą.

– Tak, niestety!

– Więc zamiast mnie żałować, lepiej byś zrobiła, gdybyś pomogła mi zemścić się na twojej pani.

– Jak pan chciałbyś zemścić się na niej?

– Chciałbym pozbyć się mojego rywala.

– W tym nigdy panu nie pomogę, panie kawalerze – odpowiedziała żywo Ketty.

– A to dlaczego? – zapytał d’Artagnan.

– Z dwóch przyczyn.

– Jakich?

– Po pierwsze, moja pani nigdy pana kochać nie będzie.

– Skąd ty możesz o tym wiedzieć?

– Bo ją pan mocno obraził.

– Ja? W czym takim? Ja, który od chwili, kiedy ją poznałem, żyję u jej stóp jak niewolnik? Powiedz, proszę cię…

– Wyznałabym to tylko człowiekowi, który czytałby w głębi mojego serca.

D’Artagnan powtórnie spojrzał na Ketty. Piękna dziewczyna była tak świeża i powabna, że niejedna ze znakomitych dam chętnie okupiłaby te powaby blaskiem swoich herbów.

– Ketty – powiedział – ja będę czytał w twoim sercu; ale mniejsza o to, powiedz mi…

– O nie, pan mnie nie kocha, pan kocha moją panią i powiedział mi to przed chwilą.

– I to cię powstrzymuje przed wyjawieniem drugiej przyczyny?

– Druga przyczyna, panie kawalerze – odpowiedziała Ketty, ośmielona wyrazem oczu młodzieńca – jest taka, że w miłości każdy myśli o sobie.

Teraz dopiero przypomniał sobie d’Artagnan mdlejące spojrzenia Ketty, jej uśmiechy i tłumione westchnienia, ile razy go spotykała, kiedy on, cały zatopiony w myślach o wielkiej damie, pogardzał służącą. Kto poluje na orła, nie zważa na wróbla.

Ale tym razem jednym rzutem oka poznał Gaskończyk, jaką korzyść może mu przynieść miłość Ketty: przejmowanie listów do hrabiego de Wardes, wiadomości z pierwszej ręki, wchodzenie o każdej porze przez pokój Ketty, stykający się z pokojem pani. Zdrajca już poświęcał w myślach biedną dziewczynę, by zdobyć wielką damę.

Tymczasem nadeszła północ i dał się słyszeć dzwonek w pokoju Milady.

– Wielki Boże! – zawołała Ketty. – Pani mnie wzywa, odejdź, odejdź prędko!

D’Artagnan wstał, wziął kapelusz, jak gdyby miał wychodzić, a potem, otwierając prędko drzwi od wielkiej szafy, zamiast te od schodów, wszedł tam i wcisnął się między suknie i ubrania Milady.

– Co pan robi? – zawołała Ketty.

D’Artagnan, wyjąwszy najpierw klucz, zamknął się w szafie, nic nie odpowiedziawszy.

– I co? – rzekła głośno Milady zniecierpliwionym głosem. – Śpisz, że nie przychodzisz, kiedy dzwonię na ciebie?

D’Artagnan słyszał, jak otwierano drzwi łączące pokoje.

– Jestem, Milady, jestem! – odpowiedziała Ketty, idąc na wezwanie pani.

Obie weszły do pokoju sypialnego, a ponieważ drzwi między pokojami były otwarte, d’Artagnan słyszał, jak Milady łajała jeszcze jakiś czas swoją pokojówkę, potem uspokoiła się i kiedy Ketty zajmowała się rozbieraniem swojej pani, zaczęły o nim rozmawiać.

– I cóż? – rzekła Milady. – Dziś wieczorem nie widziałam naszego Gaskończyka.

– Jak to! – odezwała się Ketty. – Nie przyszedł? Czyżby przestał się starać, wiedząc, że może być nieszczęśliwy?

– O nie! Musiała go zatrzymać jakaś przeszkoda ze strony pana de Tréville lub pana des Essarts. Znam się na tym, Ketty, i tego się będę trzymać.

– Co pani z nim zrobi?

– Co zrobię? Bądź spokojna, Ketty, między tym człowiekiem a mną jest pewna rzecz, o której on nie wie. Przez niego omal nie straciłam zaufania kardynała. Och! Zemszczę się za to!

– Myślałam, że go pani kocha.

– Ja, kochać go? Ja go nienawidzę; głupiec, miał życie lorda de Winter w swoich rękach i nie zabił go! Tym sposobem pozbawił mnie trzech tysięcy funtów dochodu.

– To prawda – rzekła Ketty. – Twój syn, pani, byłby jedynym spadkobiercą swojego stryja i aż do jego pełnoletności używałabyś pani jego majątku.

D’Artagnan zadrżał aż do głębi duszy, słysząc to łagodne stworzenie zarzucające mu, że nie zabił człowieka, który był przecież dla Milady bardzo życzliwy.

– Dlatego – mówiła dalej Milady – zemściłabym się na nim już dawno, gdyby mi, nie wiem dlaczego, kardynał nie polecił oszczędzać go.

– Och tak, ale bynajmniej nie oszczędzałaś pani tej kobiety, którą kochał.

– Och, tej kupcowej z ulicy des Fossoyeurs? Czy on dotychczas jeszcze nie zapomniał, że ona kiedykolwiek żyła? Piękna zemsta, słowo daję!

Zimny pot spłynął po czole d’Artagnana.

– A więc ta kobieta jest potworem! – rzekł sam do siebie.

Znowu zaczął słuchać, ale Ketty zakończyła już swoje obowiązki.

– Dobrze – rzekła Milady. – Teraz odejdź i postaraj się w końcu zdobyć odpowiedź na list, który ci dałam.

– Do pana de Wardes? – rzekła Ketty.

– Tak jest, do pana de Wardes.

– To jest człowiek zupełnie niepodobny do tego biednego d’Artagnana.

– Wyjdź, moja panno – rzekła Milady. – Nie lubię uwag.

D’Artagnan słyszał, jak się drzwi zamykały, potem nastąpił odgłos zamykania zamków wewnątrz pokoju Milady.

Ketty tak cicho, jak tylko mogła, zamknęła drzwi do siebie na klucz. D’Artagnan otworzył drzwi do szafy.

– O mój Boże! – rzekła Ketty. – Co panu jest, tak zbladłeś?

– Obmierzłe stworzenie – mruknął d’Artagnan cicho.

– Cicho, cicho, oddal się – rzekła Ketty. – Tylko lekka przegroda oddziela mój pokój od pokoju Milady, w jednym słychać wszystko, co się mówi w drugim.

– Dobrze, ale nie wyjdę stąd, dopóki mi nie powiesz, co się stało z panią Bonacieux.

Biedna dziewczyna przysięgała d’Artagnanowi na krucyfiks, że nie wie o tym nic zupełnie, że jej pani nie dopuszcza jej do wszystkich swoich tajemnic. To tylko mogła zaręczyć, że, jak jej się zdawało, Konstancja żyje.

Co do powodu, który mógł pozbawić Milady przychylności kardynała, także nic więcej nie mogła powiedzieć. W tym wypadku d’Artagnan wiedział trochę więcej od niej. Najbardziej uderzył go fakt, że Milady znienawidziła go za uratowanie życia szwagrowi. Wydawało mu się to straszne.

D’Artagnan następnego dnia był u Milady. Była w złym humorze, domyślał się, że ją drażniło, iż nie miała odpowiedzi od pana de Wardes. Weszła Ketty, Milady przyjęła ją bardzo surowo. Spojrzenia rzucane przez służącą na d’Artagnana zdawały się mówić:

– Widzisz, ile cierpię dla ciebie?

Jednak przed końcem wieczoru piękna lwica złagodniała, słuchała z uśmiechem słodkich słówek d’Artagnana, nawet dała mu rękę do ucałowania.

D’Artagnan wyszedł, nie wiedząc, co ma myśleć. Nie bez kozery był Gaskończykiem, który niełatwo traci głowę, zatem zaczął sobie układać mały plan.

Ketty została przy drzwiach i jak poprzedniego dnia wszedł do niej, by dowiedzieć się czegoś nowego. Ketty mocno wyłajano, oskarżono ją nawet o niedbalstwo. Milady nie mogła pojąć milczenia hrabiego de Wardes i kazała jej przyjść do siebie o godzinie dziewiątej rano po listy.

D’Artagnan wymógł na Ketty przyrzeczenie, że przyjdzie do niego i powie mu, jakie to były rozkazy. Biedna dziewczyna przyrzekła wszystko, co tylko chciał d’Artagnan, straciła bowiem dla niego głowę.

Ketty przyszła rano, trzymając w ręku nowy bilecik od Milady. Tym razem biedna dziewczyna nawet nie zamierzała zabronić czytać go d’Artagnanowi. Co więcej, sama mu go dała – duszą i ciałem należała już do swojego przystojnego żołnierza.

D’Artagnan otworzył bilecik, bez podpisu i adresu, i przeczytał, co następuje:

Już trzeci raz piszę do Ciebie, aby Ci powiedzieć, że Cię kocham. Strzeż się, abym czwarty raz nie napisała, że Cię nienawidzę.

D’Artagnan czerwienił się i bladł, kilkakrotnie czytając ten list.

– Och, ciągle ją kochasz! – rzekła Ketty, która ani na chwilę nie przestała wpatrywać się w twarz młodzieńca.

– Nie, Ketty, mylisz się, nie kocham jej, ale chcę się zemścić za jej wzgardę.

Ketty westchnęła. D’Artagnan wziął pióro i napisał:

Pani, aż do tej chwili powątpiewałem, czy Twoje dwa pierwsze listy do mnie były pisane, tak uważałem się za niegodnego podobnego szczęścia.

Ale dziś muszę wierzyć Twojej nadzwyczajnej dobroci, ponieważ nie tylko Twój list, ale nawet Twoja służąca, pani, zapewniają mnie o tym, że jestem kochany.

Dziś wieczór o jedenastej przyjdę błagać Cię o przebaczenie. Kazać Ci czekać choć jeszcze jeden dzień byłoby wyrządzeniem Ci nowej zniewagi.

Ten, którego czynisz najszczęśliwszym z ludzi

Bilecik nie był całkiem fałszywy; d’Artagnan nie podpisał go, co nie było w tych czasach czymś niespotykanym. Dzisiaj uważano by jego postępek za haniebny, ale w owych czasach nie oszczędzano się tak jak teraz. Zresztą d’Artagnan z własnych wyznań Milady wiedział, że ona jest winna zdrady, że zdradza nawet najbliższych sobie, i dlatego bardzo mało ją szanował. Na koniec pragnął się zemścić za jej zalotność wobec niego i za postępek z panią Bonacieux.

Plan d’Artagnana był bardzo prosty: przez pokój Ketty miał wejść do pokoju jej pani, zawstydzić zdrajczynię, zagrozić skompromitowaniem jej i wymóc na niej groźbą wszelkie wyjaśnienia względem Konstancji. Może nawet wolność młodej kupcowej będzie mógł wynegocjować w zamian za dobre imię Milady.

– Masz – rzekł d’Artagnan, oddając Ketty zapieczętowany bilet. – Oddaj ten list swojej pani, jest to odpowiedź pana de Wardes.

Biedna Ketty pobladła jak śmierć, domyślała się, co zawierał ten bilet.

– Słuchaj, moje dziecko – rzekł jej d’Artagnan. – Domyślasz się, że to wszystko musi się skończyć tak albo inaczej. Milady może dowiedzieć się, że ty oddałaś pierwszy list mojemu służącemu, zamiast go oddać lokajowi hrabiego, że ja otworzyłem tamte listy, które były przeznaczone dla pana de Wardes. Wtedy Milady cię wydali, a wiesz, że ona nie należy do kobiet, które poprzestają na takiej zemście.

– Niestety! – rzekła biedna służąca. – Po co wystawiłam się na to wszystko?

– Zrobiłaś to dla mnie, wiem, moja luba – rzekł młodzieniec – dlatego też jestem ci bardzo wdzięczny, przysięgam.

– Ale w końcu co ten bilet zawiera?…

– Milady ci powie.

– Ach, pan mnie nie kochasz – odrzekła Ketty – jestem bardzo nieszczęśliwa!

Ketty długo płakała, zanim zdecydowała się oddać list Milady, w końcu jednak postanowiła to zrobić, poświęcając się dla młodego żołnierza – tego też tylko pragnął d’Artagnan.

V | Ekwipunek Aramisa i Portosa